E-book
15.75
drukowana A5
50.64
Synapselka i Kadzidełko

Bezpłatny fragment - Synapselka i Kadzidełko


Objętość:
192 str.
ISBN:
978-83-8467-303-4
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 50.64


— Czy też płoniesz? — pyta Synapsa.

— Też? — odpowiada Kadzidło, jednocześnie pytając. Co za krejzol z niego.

— Też — Synapsa kiwa głową.

— Też — Kadzidło potakuje. — A powiedz „errrr”.

— Nie powiem, bo się spalisz.

— Nie spalę.

— Errrrr… szlag… mówiłam, że się spalisz… No i jeszcze brwi mi osmalił. Jak ja teraz wyglądam?!



— Co się tak lampisz? — pyta Synapsa, szydełkując.

— Ja? — odpowiada Kadzidło, przeciągając samogłoskę. Podnosi przy tym brwi, chcąc wyglądać na zaskoczonego. Ale nie wygląda. Zapomniał, że po ostatnim ma spalone brwi. A poza tym siedzi na parapecie okna i se majta nogami.

— Nie, święty turecki. No, gada mi już, o co chodzi.

— Bo… bo…

— Kadzidło! Ty mi tu nie jąkaj się, tylko wysłów — Synapsa marszczy groźnie czoło i brwi.

— … mnie fascynujesz — odpowiada szybciutko, na wdechu, Kadzidło.

— Ja? — Synapsa wchodzi w delikatny lila róż, przeciągając samogłoskę.

— Tak — Kadzidło również wchodzi, ale w odcień karmazynu.

— I tak ma być — Synapsa bierze niedokończoną robótkę i uśmiecha się. — Bo ja jestem, mój drogi, Fascynująca.

Kadzidło przechodzi w soczystą wiśnię i szepce:

— I interesująca, i błyskotliwa, i pełna poczucia…

— Kadzidło!

— Ale bo co…

— Ty wiesz co!

— Ale…

— Bo powiem „err”!

Kadzidło przestaje majtać nogami. Patrzy na Synapsę, lekko naburmuszony. A potem leciutko się uśmiecha.

— A powiedz…



— Synapso…

— Tak, Kadzidło Niemożliwe? — rozczapierzona wygodnie na ramieniu Kadzidła, Synapsa podciągnęła brązowy kocyk pod brodę.

— Nic, nic. Daj, poprawię kocyk.

— Poproszę na sam czubek głowy.

— Tak dobrze?

— Ghy.

— Zrobię ci herbaty.

— Ghyyy.

— Wygodnie ci? Smakuje herbata?

— Tak, Kadzidło. Dziękuję. A mógłbyś…

— Tak, Synapso?

— Połomskiego zagrać.

— Mógłbym.

— Zagrasz?

— Nie.

— Niemożliwy jesteś.

— Synapso…

— Nie.

— Nawet nie wiesz, co chciałem…

— Wiem.

— To co chciałem…

— Nie…

— Ja ciebie też nie.

— Wiem.

— Niemożliwa jesteś.



— Synapso…?

— Tak, Kadzidło?

— A nic. Ja tylko tak.

— Tak?

— Yhy.

— Jesteś…

— Tak, wiem.

— Kadzidło…?

— Tak, Synapso?

— A nic.

— Wiesz, co…

— Yhy.



— Co z tą walizką?

— Co co?

— Prosiłaś, żebym podał.

— Tak, dziękuję.

— … Mogę zapytać, do czego jej potrzebujesz?

— Możesz.

— … Do czego?

— Co do czego?

— Synapsa!

— Tak, Kadzidełko?

— Co z tobą?

— A nic, tylko mnie trochę wtorek w pracy obłąkał.

— Chciałaś odejść?

— Nie pamiętam. Rozgrzejesz mi trochę szekolady?

— Może być w…?

— Nie pytaj, przecież wiesz.

— Wiem.

— Guzik tam wiesz.



— Co tam gryzmolisz? — zapytał, zaglądając jej przez ramię.

— Ej, ciekawskie jajo! Nie podglądaj!

— No powiedz, proszę, proooszę, prooooszę!

— Kadzidło! Nie mantycz! Idź, zajmij się graniem, a mi pozwól pomyśleć.

— A czy ja ci nie daję myśleć?

— A dajesz?

— No a nie?

…Zamyślił się, chwytając czubek nosa, jednocześnie zerkając w jej stronę.

Siedziała pochylona nad kartką, marmoląc pod nosem.

— Synapsa?

— Tak, Kadzidło Ty moje?

— Czy…

— Nie!

— Ale…

— Powiedziałam: nie.

— Przecież nawet nie wiesz, o co chciałem zapytać.

— Nie wiem?

— A wiesz? Przecież wiem, że nie wiesz.

— Guzik tam wiesz. Lepiej mi coś zagraj.



Czekał w umówionym miejscu. Nie przychodziła.

— Synapsa?

— No a kto? Przecież dzwonisz do mnie, to kogo się spodziewasz?

— Gdzie jesteś?

— Jak to gdzie? Tu.

— Czyli?

— No tu, dokładnie tu, gdzie teraz jestem.

— A miałaś być tu.

— Ale nie jestem. Czekam na ciebie w pokoju. Kawa już się parzy, ciasto pachnie, poduchy wytrzepane. Wyjęłam też nuty i położyłam na pianinie. Przyjdziesz?

— Przyjdę. A czy…

— Tak.

— Ale skąd wiesz?

— Bo wiem. A ty?

— Ja też wiem.

— Guzik tam wiesz.



— A nie przeszkadza ci, że w weekend chcę dłużej pospać?

— Lubię, gdy śpisz. Wtedy nie zawracasz mi głowy i mam czas dla siebie.

— Kadzidło, masło ci zjełczało.

— W takim razie idę na poszukiwanie nowej kostki, a ty…

— A ja idę po bagietkę.

— Wiem.

— Guzik tam wiesz.



— Synapsa, a ty dzisiaj tak nic do mnie nie mówisz?

— No jak? Gadam bez przerwy, a że nie słyszysz, to trudno. Nie będę dwa razy powtarzać.

— Chciałbym jednak przedstawić postulat…

— Chcieć to se możesz. Weekend jest, nie wiesz?

— No i co z tego.

— Jak to co? Nie wiesz?

— Wiem.

— Guzik…

— … tam wiesz. Wiem.

Usiadła bliżej, żeby zajrzeć głębiej.

W tym „głębiej” błąkał się niepokój, żeby Młody nie wkałabanił się w to samo, czego on doświadczał wiele lat temu i czego skutki jego mózg odczuwa do dziś.

— Kadzidło Ty moje?

— Tak, Synapso?

— A powiedz szybko: salsejszyn?

— Sajlejszyn.

— Jesteś samowity, wiesz?

— Wiem tylko tyle, że nazbierałem już guzików na kilka płaszczy.

— Jakich płaszczy?

— Takich nie szarych. I dobrze skrojonych.

— Bardzo cię lubię, wiesz?

— Tym razem nie dam się zwieść. Nie powiem.

— Czego nie powiesz?

— Wiem.

— Guzik tam wiesz.



— Synapsa, zaczyna się!

Przytuptała do kuchni lekko rozkojarzona, bo właśnie myślała o niebieskich migdałach.

Przyjemnie jest leżeć, patrzeć w okno, za którym szaleje zawierucha, i słuchać trzaskających drewienek w kominku. Myśli przepływają swobodnie i ani się człowiek obejrzy, jak zawędruje w miejsca zupełnie niespodziewane.

— Ja pokroję cebulę, a ty weź tarkę i możesz już zacząć — powiedział łagodnie, wiedząc, że na to właśnie czekała. Na łagodność z lekkim wewnętrznym uśmiechem.

— Pamiętasz, Synapsa, jak kiedyś, dawno temu, wymyśliłem sobie dzień wspólnego gotowania. Właściwie to całą dobę.

— Pamiętam. Twoje wymyślenie stało się moim marzeniem.

— Myślisz, że kiedyś się spełni?

— Już się spełnia. O więcej nie śmiem prosić.

Otarł łzę, która spłynęła po policzku. Cebula była tak ostra, że nie pomógł ręcznik nasączony wodą. A może to nie była wina cebuli? Ta mała przywra rozmontowywała jego system nerwowy krok po kroku, centymetr po centymetrze. Tęsknił do playlisty złożonej z ostrych riffów, z gardłowych męskich głosów sławiących imię czarnego pana ciemności. Gdzie się podziała jego duma, jego moc, jego nakurwiaszczy wkurw radosny? Nie rozumiał, jak to się stało, że pewnego dnia założył fartuszek z falbanką i zaczął gotować, słuchając dźwięków z krainy łagodności.

— O czym myślisz? — zapytała, przysuwając się bliżej, żeby sięgnąć po patelnię.

— Możesz wciągnąć brzuch? Trudno się przecisnąć. Czekaj, wciągnę cycki. O, już, dziękuję.

— O niczym szczególnym.

— A wiesz, że jeśli dodasz trochę mąki ziemniaczanej, to będą bardziej chrupiące?

— Wiem.

— Guzik tam wiesz. Twoje i tak będą najlepsze.



— Kadzidło…

— O, Przywra przylazła. Zaraz będzie gotowa kawa.

— Wiesz co…

— Guzik wiem.

— Szybko się uczysz.

— Kawy?

— Poproszę.

— Ładne masz dłonie.

— Wiem.

Pili przez chwilę w milczeniu, a po południu wstali od stołu.

Przechadzając się brzegiem rzeki, patrzyli, jak niemal oleisty nurt odbijał niebo o barwie stali.

Szli blisko siebie, dotykając się czubkami nosów, ramię w ramię, lecz w pewnym oddaleniu.

— Objaśnię ci świat.

— Skoro musisz i nalegasz.

— Wyobraź se…

— No…

— Że urządzamy se muzyczny pokój…

— Se?

— No…

— No i?

— I ten pokój ma wszystko łagodne, zaokrąglone. I ładne. Dla nas się podoba.

— Jak twój nos?

— Jak mój nos.

— Są w tym pokoju różne kąciki, różnią się niekiedy pomiędzy sobą bardzo, bardzo, ale mają wspólny mianownik.

— Dopełniacz?

— Czytasz w moim mózgu.

— Nie tylko…

— Nie zaczynaj…



Wieczór wśliznął się do kuchni niemal niezauważenie. Aby rozproszyć mrok, wystarczyło włączyć małą lampkę stojącą w rogu. Pomieszczenie, wypełnione zapachem starego drewna, parzonej wcześniej kawy, a jeszcze wcześniej smażonych placków ziemniaczanych, jakby się skurczyło.

Wydawało się mniejsze, intymne.

— Wciągnij brzuch, chciałabym przejść.

— Wciągnij cycki, to przejdziesz.

Usiadła obok niego.

— Synapsa, opowiesz mi, co jest pod brązowymi kocykami?

— Opowiem.

— Dziękuję.

— A w tym pokoju…

— Przecież wiem…

— Guzik tam wiesz.

— Świta już…

— Zrobię kawy.

Nie usłyszała już jego ostatnich słów; odpłynęła w sen nagle, jakby coś ją tam wciągnęło.

Przez chwilę patrzył na jej spokojną, piękną twarz, a potem sięgnął po brązowy szal, niedbale przerzucony przez oparcie fotela. Przykrył ją, opatulił, a potem, wstrzymując oddech, pochylił się nad nią i delikatnie odgarnął zbłąkane pasmo włosów z nosa.

— Twój jest piękniejszy — szepnął.

— Kadzidło, weź nie pierdol, wszystko słyszałam.



— Kadzidło, to ty?

— Co ja? O co pytasz?

— Nie czujesz?

— Nie.

— A zatem to ty.

— Synapsa, jak ty to robisz?

— Co takiego znowu?

— Nawet bączenie w twojej obecności jest rozkoszne.

— Nie wiem. Może masz coś z głową, wiesz?

— Wiem.

— Guzik tam wiesz.



— Wyjdź mi z kuchni.

— Ale kiedy ja chciałbym upiec szekoladnik.

— Nie umiesz, to co się pchasz. Nie wejdziesz, dopóki nie nauczysz się piec.

— Taak? A ty nie wejdziesz do wody, dopóki nie nauczysz się pływać! Berek!

Trzasnął ją w plecy ścierką i wybiegł na plażę.

Popędziła za nim, gubiąc po drodze synapselki, które miała dodać do ciasta. Gnała co tchu, zachłystując się rześkim powietrzem. Musiała zwolnić, żeby dać mu jeszcze przez chwilę ponapawać się tryumfem. Myślał, że był szybki. Niech myśli. Ona czasem myślała, że jest silna, a on wtedy udawał dumę i cmokał z zadowolenia. W końcu dogoniła go i wskoczyła na plecy.

— Ej, Synapsa, a tobie co? Nóżki odjęło?

— Może odjęło, a może nie. Właź do wody!

— Nie ma mowy! Powiedziałem przecież, że nie wejdziesz, dopóki nie nauczysz się pływać.

— A czy ja wchodzę? — odpowiedziała, przywierając mocniej do jego pleców.

— To ty wchodzisz. Ja jestem tylko przywrą na bezkresie Twoich misternie rozbudowanych barków, wiesz? Szach mat!



— Kadzidło… Kadzidło… Kadzidełko moje, otwórz oczęta swoje, nie śpij już…

— Kimkolwiek jesteś, idź precz, ale najpierw oddaj mi moją Synapsę.

— Ale to ja! Twoja Synapsa!

— Moja Synapsa nie mówi „otwórz oczęta swoje”, tylko „weź nie ściemniaj, że śpisz, i otwieraj te ślipia”.

— Jak ty mnie znasz.

— Guzik cię znam.

— Masz rację.

— Jak się tu znalazłem?

— Przywlokłam cię za kudły. Wsunęłam dłonie i…

— Znowu?

— Nic nie poradzę, że lubię. A poza tym miałam cię na plecach nieść? A tak rach, ciach i…



— Po prostu cię przeciągnęłam.

— Za włosy?

— Za włosy.

— Jesteś niemożliwa.

— Ładnie grałeś.

— A wiesz może, dlaczego coś mnie w plecach łupie?

— Może wiem, może nie wiem…

— Synapsa!

— Podsuń się, coś ci powiem.

— Jaka przywra…

— A temu co znowu, że mu się gęba nie zamyka?

— Co chcesz mi opowiedzieć?

— Za siedmioma górami i siedmioma lasami…



— Wyglądasz na umęczonego… zrobić ci masaż pleców?

— Nie pytaj…

— Już nie stękaj, sam chciałeś włazić na tę górę.

— Bo powiedziałaś, że chciałabyś zobaczyć…

— Nie powiedziałam. Zapytałam tylko: „ciekawe, co tam jest na tej górze”.

— Synapsa!

— Tak, Kadzidło?

— Nie stękaj, tylko bierz się za masaż. Ej, no! A to co takiego?

— Drewniany wałek do masażu. A co?

— Raczej kij bejsbolowy i to z kolcami?!

— To nie kolce. To specjalne wypustki, które z niebywałą precyzją docierają do najgłębszych warstw twoich mięśni. Chyba nie sądziłeś, że jestem powierzchowna?

— Już nic nie mów.

— Mogę w ogóle się nie odzywać.



— Kadzidełko…

— Tak, Synapselko?

— Płonie?

— Płonie.

— Będę mogła…

— Nie pytaj.

— Zawsze pytam.

— Lubię się wtulać w ciepło twego hipokampa.

— Z dziką rozkoszą?

— Z dziką rozkoszą.

— Miałeś mi opowiedzieć o wyspie, o tej, którą tak bardzo lubisz.

— Wciąż odpowiadam.

— Lubię o niej słuchać.

— Ale wiesz, że to twoja wyspa.

— Opowiesz mi o tym?

— Synapsa, jesteś niemożliwa.

— Jestem samowita.

— Najbardziej na świecie.



— Już mi się synapsy grzeją od tego mówienia.

— Przecież nic nie mówisz.

— I jeszcze nagrywa się ze mnie.

— Ja?!

— Nie, to drugie Kadzidło.

— Niemożliwa jesteś.

— Ale mnie lubisz.

— Wcale.

— Trudno. Wiedziałam.

— Oprzyj się o mnie. Coś ci opowiem.

— Znowu będzie paplał o sobie.

— Za siedmioma górami i siedmioma lasami…



— Ładnie mówisz.

— Nie usłyszałem. Powtórzysz jeszcze raz?

— Uszy se umyj.

— Synapsa!

— Tak, Kadzidełko?

— Czy ty nie możesz…

— Nie.

— Nie chcesz wiedzieć?

— Wszystko wiem.

— Guzik tam wiesz.

— Opowiadaj dalej.

— Więc wtedy on odkrył brązowy kacyk i sięgnął po książkę. A wtedy ona… Synapselko… Ty spisz?

— Nie śpię. Po prostu nie stawiam oporu, gdy zamykają mi się oczy.



— Kadzidło, wiesz co? Przyjemnie się na nas patrzy.

— A dziękuję, nie trzeba, to miłe z twojej strony, że dla ciebie się podobam.

— Nie mówię o tobie…

— Nie…?

— Atencjusz…

— Ty to zawsze…

— I wszędzie.

— Idę do kącika.

— Idę z tobą.

— Prosz. Poduszeczka dla ciebie. Podasz mi dłoń? Na chwilkę?

— Yhy.

— Opowiesz mi, co jest w tej książce, którą chowasz pod brązowym kocykiem? Synapso? Synapselko? I znowu śpi…



— Kadzidełko?

— Tak, Synapselko?

— A wiesz, że…

— Tak, wiem, ja ciebie też. I to bardziej, wiesz?

— Wiem, Kadzidełko, wiem.

— Guzik tam wiesz. Cho, mój hipokamp już czeka i wierzga.

— Idę. Przykręcisz trochę, bo grzeje?

— Spróbuję, ale obiecać nie mogę.

— Ty nigdy nic nie możesz.

— A ty zawsze.

— Masz rację.



— Kadzidło…

— Tak?

— A gdy będziemy w piekle, to co tam będziemy robili?

— Napawali się.

— I co jeszcze?

— Piekli siasta szekoladowe.

— Będę ci grał.

— I nie będziesz przestawać?

— Nie będę.

— Nie mogę się doczekać.

— I notabene.



— Kadzidło?

— Tak, Synapso?

— Pewnie masz dość, co nie?

— Serdecznie.

— Tak myślałam. Trudno.

— Synapso?

— Tak, Kadzidło?

— Lubię z tobą milczeć.

— Jak tesz, Synapselko.

— Tak tylko mówisz.

— Tak, masz rację.

— Wiem i nie mów mi, że guzik wiem, bo wiem.

— Mogę się w ogóle nie odzywać.

— Trudno. Lubię, jak majtasz nóżkami, siedząc na ramieniu. Chcesz do hipokampu? Proszę, chodź, odprowadzę cię. Podasz mi dłoń? Dziękuję. Przykryję cię brązowym kocykiem. Opowiesz mi kiedyś, prawda? Opowiesz mi, co jest w tej książce, którą pod nim chowasz? Nie musisz słowami. Gdy milczysz, również cię słyszę. Podobają się dla mnie niedokończone ścieżki rozmów, niknące w gąszczu innych rozmów, zdarzeń, w mgle dnia, w mroku nocy, gdzieś, nie wiadomo gdzie. Wyłonią się kiedyś, jakby nowe. Już czuję tę radość, z jaką się na nie rzucamy.

— Kładziesz się?

— Pod kołderkę.

— Pocałuj mnie w czubek nosa na dobranoc.

— A palnąć się w łeb?

— Poproszę…

— Nie mam nosa na czubku głowy!

— Nie? Wybacz, nie założyłam okularów.

— Z tobą to tak zawsze.

— I wszędzie. Kadzidełko…

— Tak, Synapselko?

— Wiesz, co nie?

— Wiem.



— Kadzidełko?

— Słucham, Synapselko.

— Lubię, gdy mówisz „Synapselko”, widzę wtedy kapselki.

— Chciałaś o coś zapytać?

— Nie, chciałam tylko powiedzieć, że pięknie grasz.

— …

— Tak, naprawdę pięknie.

— Czasem widzę, jakby ktoś mieszał w wielkim garze, aż tu nagle wir staje się regularny, doskonały, jak melodia, która płynie spod twoich palców.

— A potem?

— Potem znów ktoś miesza, a po chwili wydobywa kolejną doskonałą melodię.

— Tak?

— Tak.

— I co jeszcze?

— I to, że czasem też czuję się jak taki garnek, w którym mieszasz. I mieszasz. Aż w końcu wyciągasz coś, co jest ładnie zagrane.

— I co?

— I wtedy dziwię się, że to moje.

— Ja się w ogóle nie dziwię.

— Ty nie, to oczywiste. Przecież jesteś wirtuozem, co nie?



— Kadzidełko?

— Tak, Synapselko?

— Ładne masz biurko.

— Prawda?

— Mogę się rozczapierzyć w twoich włosach?

— Nie pytaj.

— Zawsze…

— Pytam.

— Musisz zawsze za mnie kończyć?

— Niemożliwa jesteś.

— I samowita.

— Atencjuszka…

— Palnąć cię w łeb?

— Z dziką rozkoszą.



— Synapselko?

— Tak Kadzidełko?

— A powiesz mi jeszcze raz jak jadłaś precel z synamonem?

— Ten, jak coś wymyśli… Kadzidło?

— Tak Synapso?

— Opowiesz mi bajkę?

— Opowiem.

— Czekaj, tylko się umoszczę. Ten twój hipokamp zawsze taki gorący?

— Zawsze.

— To opowiadaj.

— Za siedmioma górami i siedmioma lasami…

— Znowu?

….

— Ładnie opowiadasz.

— Dziękuję.

— A wiesz, że…

— Nie wiem Synapselko.

— Ja też nie wiem Kadzidełko. Dobranoc.

— Wygodnie ci tam? W hipokampie?

— Wygodnie. Przykryjesz mnie kocykiem?

— Przykryję.

— Dobranoc.

— Dobranoc.



— Ała!

— Boli?

— Nie, jeszcze raz.

— Sam się palnij jeszcze raz. Ot, wymyślił.

— Masz siłę, Synapselko.

— Wiem.

— A wiesz, że w fizyce kwantowej siły elektromagnetyczne, słabe, silne, grawitacja, są opisane jako wymiana bozonów między oddziałującymi fermionami…

— Do reszty zdurniał. Idź ty.

— Idziesz ze mną?

— Pewka.

— Kadzidło?

— Tak, Synapsa?

— Cho se powymieniamy bozony.

— Cho.

— Ja mam bozon dziewczynki z wiadrem. Wymienię go na twój bozon z dłonią utytłaną szekoladą.

— Proszę.

— Dziękuję.

— Przykryjesz mnie kocykiem?

— Śpisz z bozonem?

— A co?

— Tak pytam.

— Dobranoc.

— Dobranoc.

— Mogę usiąść przy Tobie i potrzymać za dłoń?

— Nie pytaj.

— Zawsze pytam. Zawsze będę pytał.



— A wiesz?

— Nie wiem, Synapselko.

— Pewnie, że nie wiesz, bo nawet nie zdążyłam pomyśleć.

— Powiesz?

— Co mam powiedzieć?

— Synapsa, ty udajesz, czy faktycznie jesteś skrajnie nierozgarnięta?

— Przecież wiesz.

— Chyba chcesz, żebym zastosował drugą zasadę Newtona…

— A właśnie! Dziękuję, że mi przypomniałeś. Chciałam ci powiedzieć, że jestem małym silnym kwarkiem.

— Wiem to nie od dzisiaj.

— Wiesz?

— Wiem, a co się dziwisz?

— Dziwię się, bo znasz mnie lepiej, niż ja teorię względności. A ty jesteś kwarkiem czy leptonem?

— To zależy.

— Od czego?

— Zależy. Nie musisz wiedzieć wszystkiego, co nie?

— Nie muszę. Nie od razu. Bezwzględnie.



— Kadzidło?

— Tak, Synapselko?

— A co ty byś chciał w nowym roku?

— To i owo. I jeszcze to, tamto i to.

— I nic więcej?

— I nic więcej.

— To tak jak ja.

— Chcesz jeszcze patrzeć na koc?

— Chcę jeszcze patrzeć na koc.

— Do jutra?

— Do jutra.



— Synapselko?

— Idź już, nie widzisz, że się szykuję?

— A na co, jeśli można wiedzieć?

— Jak to na co? To nie wiesz?

— Nie wiem, Synapselko.

— To się nie dowiesz.

— W takim razie idę.

— Dobrze, Kadzidło, pamiętaj tylko, żeby nałożyć błyszczyk i trochę tych zjełczałych perfum. I nie garb się!

— Mówisz do mnie, czy do nosa?

— No tego to ci chyba tłumaczyć nie muszę.



— Kadzidełko…

— Popa, tak będzie dobrze?

— Kadzidełko…

— A może jednak przedziałek na drugą stronę?

— Kadzidło!

— Co znowu?

— Już nic.

— Synapselko, przecież wiesz…

— Może wiem, może nie wiem.

— Synapselko…

— Co znowu?

— Co tak śmierdzi?

— Nie musisz wszystkiego wiedzieć.

— Ale… chciałem ci tylko…

— Nie garb się.

— To ja se idę.

— Idę se z tobą.

— A to ty tak śmierdzisz! Ohydnie.

— Najbardziej na świecie?

— Najbardziej na świecie.



— Synapselko?

— Tak?

— Nie zmarzłaś?

— Absolutnie. Twoje słowa były jak płomień rozpalający wyobraźnię.

— Ach…

— Oj Kadzidło… Jak nóż w masło, jak w masło…



— Synapso?

— Czego znowu chcesz?

— Opowiesz mi bajkę?

— Łaził cały dzień i bajek mu się zachciewa.

— Na dobranoc.

— Skoro nalegasz… Była raz sobie mała dziewczynka, która lubiła bawić się w strumyku.

— W strumyku?

— Przecież mówię.

— A co ona tam robiła?

— Taplała się.

— Tak jak ty teraz?

— Tak jak ja.

— Opowiadaj dalej…

— I pewnego dnia… No i zasnął… A ić, Kadzidło, Tobie to coś powiedzieć. Podsuń się, a nie ciągle się rozpycha. I dawaj kołderkę.


— Co tam piszesz, Synapselko?

— Liczę, nie przeszkadzaj.

— Natychmiast się rozmarzył. Taaak, zaraz minie rok, kiedy to zleciało? Przeszło jak tsunami, poszło jak konie po betonie, przez wszystkie pory roku w swojej najlepszej odsłonie. Każda jest najlepsza.

— Siedzi tam i liczy, pewnie zlicza godziny, dni, tygodnie — skupiona taka, marmoląca pod nosem.

— Synapselko, pomóc ci?

— Nie, Kadzidełko, dziękuję, ale już skończyłam.

— Ależ jej błyszczą oczy — pomyślał — a poliki jakie różowe, to pewnie od wspomnień.

— To ile ci wyszło?

— Jakieś 1800.

— 1800?

— Tak, 1800.

— Ale czego?

— Jak to czego? No przecież kalorii. Kilo. Mówiłam już, że muszę mniej żreć.

— Ale…

— Nic nie mów! Idziemy na gorący strudel z lodami?

— Skoro nalegasz…

— Musimy to uczcić.



— Synapselko…

— Śpię…

— Skoro mówisz, to już nie śpisz.

— To nie ja przemawiam.

— A niby kto?

— Lepiej byś zrobił kawę.

— Taką że…

— I jeszcze taką że…

— I jeszcze?

— Tak.

— To idę.

— Idź. A ja jeszcze poszwendam się po ścieżkach.



— Kadzidło, bo ja bym chciała jeszcze pójść z tobą tamtą ścieżką.

— Tamoj?

— Skąd wiedziałeś?

— Kadzidło wszystko wie.

— A temu znowu włączył się Atencjusz.

— Znowu na mnie krzyczysz.

— Nie rozczulaj się nad sobą, tylko cho. Delikates się znalazł.

— Jak dla ciebie się nie podoba, to możesz se pójść.

— Toć idę, za to ty się guzdrzesz.

— Idę, idę. Co za kobieta…

— Fajoska, co nie?

— Najbardziej na świecie.



— Kadzidło?

— Tak, Synapselko?

— A ty jesteś oświecony?

— No jestem, a co?

— Żeś zdurniał do reszty chyba.

— Światło twego umysłu mnie oświeca.

— A to zmienia postać rzeczy. Mów dalej…

— To powiadasz, że światło mego Umysłu takie jest?

— Tak, Synapselko, takie właśnie jest.

— I mówisz, że ciągle kochasz mój Umysł?

— Wciąż, nieustająco.

— A łeb cię palnąć?

— Jeśli możesz…

— Niemożliwy jesteś.

— A ty samowita.

— Wiem, ale mów mi. Co dwa dni. A teraz cho, pogłaszczę cię po czubku głowy.

— Ej, ale to mój nos!

— I czego tak wrzeszczy? Wie przecież, że ja bez okularów ledwo widzę. Lepiej kawy zrobi i przyszykuje na śniadanie tych dobrych śledzi.



— Kadzidełko?

— Tak, Synapselko?

— Ładnie komponujesz, wiesz?

— Ja?

— No ty, a co się dziwisz? W tonacji re coś tam. Rekomponujesz.

— Aaa, o tym mówisz.

— A myślałeś, że o czym? O tamtym porozmawiamy kiedy indziej.

— Jesteś samowita.

— A ty samitny.



— Kadzidełko?

— Tak, Synapselko?

— A jak zadedykujesz dla mnie książkę?

— Ohydnie.

— Tak właśnie pragnęłam. Dziękuję.

— Drobiazg.

— Trudno.



— Synapselko, nie powinnaś się już położyć? Rano musisz wstać.

— Hmpfgh…

— Synapselko!

— ……

— Synapsa!

— A, to ty, Kwasie mój nienasycony.

— Co robisz?

— Czytam.

— O czym?

— O układzie trawiennym i wydalniczym.

— A dokładniej?

— O gestaltyce jelit.

— Synapsa, jesteś pewna, że…

— No chyba wiem, co czytam. Gestaltyka pozwala nam skupić się po tym, jak niestrawione resztki pokarmu zostaną dzięki niej przesunięte na koniec obwodu. To rodzaj oczyszczającego aktu, zanurzenia w Tu i Teraz. Gdyby nie gestaltyka…

— Błagam, nie kończ.

— To Tu i Teraz, odczuwanie i nazywanie myśli i emocji, doświadczanie jedności z czasem i czynnością po to, żeby po wszystkim powiedzieć…

— No żesz kurwa! Znowu nie spuścił wody!



— Synapso?

— Tak, Kadzidło?

— A fajoskie igło wybudowałem, co nie?

— Fajoskie.

— A kawę też fajoską zrobiłem, co nie?

— Kadzidełko, a czy ty przypadkiem nie chcesz czegoś ode mnie?

— Jaaaaaa? Absolutnie.

— Cho no tu.

— Tu?

— Tu……

— Skąd wiedziałaś?

— Zawsze wiem, gdy chcesz, abym palnęła cię w plecy.

— Łoświecona!

— A palnąć cię w łeb?

— Czytasz w moich myślach.

— Kadzidłooooo…



— Kadzidełko?

— Tak, Synapselko?

— A nic. Chciałam sprawdzić, czy naprawdę jesteś.



— Synapselko?

— Tak, Kadzidełko?

— Dobrze, że jesteś.

— A temu co znowu?

— Triangulacja.

— A ty co? Załoga dżi?

— Zawsze wszystko zepsujesz.

— No już dobrze, dobrze. Ładnie wymówiłeś. A powiedz salsejszyn.

— Saseljszyn.

— ……

— Synapsa! Nienawidzę cię!

— Z ekstazą?

— Nad wyraz.



— Co tam kuchmarzysz, Synapselko?

— Nic wykwintnego, moje Kadzidełko. Sałatkę z kurczakiem i sosem.

— Sosem?

— Yhy.

— To pewnie sos tysiąca wysp?

— Prawie trafiłeś w sedno płotu, Kadzidełko. To sos tysiąca i jednej wyspy.



— Kadzidło.

— Tak, Synapselko?

— Elektrolity są ohydne! Te nowe.

— Osłodzę ci życie.

— Niby jak?

— Zaśpiewam.

— Trudno.

— Nie lubisz, gdy śpiewam?

— Absolutnie, po prostu uwielbiam.

— Tak, z pewnością.

— A! I jeszcze jedno.

— Taaaak?

— Bardzo jesteś mój ulubiony.

— A ty najbardziej na świecie moja ulubiona.

— Zawsze po mnie powtarzasz.

— I wszędzie.

— Cho, palnę cię w łeb.

— I jeszcze po plecach.



— Synapselko, co z tobą?

— ……

— Synapko?…

— …

— Synapsa!

— Pgfhhhhhh… tak?

— Martwię się o ciebie, jesteś nieprzytomna czy nieczuła?

— Nieczuła? Ależ skąd! Czuję każde włókno, każdy najmniejszy mięsień, czuję jakbym miała niekończącą się pompę w nogach. Jak mogłeś pomyśleć, że jestem nieczuła?

— Wybacz, zobaczyłem te tabletki i…

— I od razu pomyślałem.

— Ach, rozumiem. Nie gadaj, tylko przykryj mnie kocykiem, bo…

— Tak, wiem Synapko.

— Wiem, że wiesz, Kadzidełko.

— Guzik tam wiesz, czuła Synapso.



— Synapselko?

— Czytam.

— Bo ja chciałbym…

— Ciebie.

— I co?

— Same nudy.

— Trudno.

— Kadzidło?

— Triangulacja salsejszyn!

— Abrakadabra!

— Hokus pokus.

— A ić.

— Ja ciebie tesz.



— Kadzidełko, a cóż ty taki tajemniczy?

Odwrócił wzrok, teatralnym gestem kładąc dłoń w okolicach ust. Doskonale pamiętał ich ułożenie — tamto zdjęcie nosił w portfelu i często na nie spoglądał. Był tak uwodzicielski i inteligentny. Żadna Synapsa mu się nie oprze.

— Kadzidełko? Ty wiesz, że nie ma takiej drugiej Synapsy, co nie? To przestań roić i zmień wyraz, bo mnie nie rozmiękczysz tym wystudiowanym spojrzeniem. A teraz szast–prast i siadaj do pianina. A ja wezmę kocyk.


— Synapselko…

— Tak?

— Ale ty masz oczy…

— Ot wymyślił, pewka że mam.

— Brązowe…

— Kadzidło, ale ty jesteś spostrzegawczy, ho, ho!

— Są samowite!

— Kadzisz…

— Mogę się troszeczkę podsunąć?

— Nie pytaj.

— Zawsze pytam. A utytłamy się?

— W cieście szekoladowym…

— Tesz.

— A w czym jeszcze?

— W kisielu.

— Robisz to specjalnie, żebym palnęła cię w łeb.

— I w plecy.

— To cho.



— Kadzidełko?..

— Tak, Synapselko?

— A powiesz do mnie „kapselku”?

— Dlaczego akurat tak?

— Bo zawsze, kiedy mówisz Synapselko, ja widzę kapselek. A widząc go czuję zapach i smak oranżady sumującej na języku i strzelającej na podniebieniu.

— Chyba musującej?

— Przecież mówię. Sumującej.

— Kapselku, jesteś samowita, wiesz?

— A ty samowicie samitny. I jeszcze sumujący w moim cynamonowym mózgu.

— Wiem.

— Guzik mi się oderwał.



— Kapselku…

— Tak, Kadzidło?

— Chcę ci coś powiedzieć.

— Chcesz odejść?

— Ot wymyśliła, durnowata.

— Trudno.

— Chcę powiedzieć, że jesteś najbardziej na świecie samowita.

— Do roboty byś się wziął, a nie ciągle egzalty i egzalty. Rzygać się chce.

— Rzygniemy?

— Pewka! A mogę na twoją koszulę?

— Nie pytaj.



— Kapselku?

— Tak, Kadzidełko?

— Ta se myślę, że moglibyśmy wyruszyć w podróż dookoła czegoś.

— Chciałabym najbardziej na świecie wyruszyć w podróż dookoła.

— Czegoś?

— Dookoła.

— Zaiste świetny pomysł. Kiedy wyruszamy?

— Wczoraj.

— Wyruszyliśmy w podróż dookoła nie pakując się?

— A czegoś ci brakuje?

— Nie, absolutnie mam wszystko.

— Kadzidełko?

— Tak, Kapselku?

— A jak wrócimy z podróży dookoła, to wyruszymy w kolejną?

— Pewka!

— A gdzie?

— Donikąd?

— Samowicie.



— Czuję cynamon.

— To twój mózg. Co tam znowu w nim pitrasisz, Synapselko oranżandowa?

— Myślę, że nikt nigdy nie lubił go tak, jak ty.

— Jak można nie lubić cynamonu?

— No właśnie nie wiem.

— A wiesz, że…

— Nie wiem.

— Guzik tam nie wiesz, Synapselko. Wiesz.



— Synapselko, wiesz, że…

— Nie wiem…

— Nie wiesz?

— Wiem, ale chcę usłyszeć.

— Synamonowe są twoje słoiczki i absolutnie po prostu samitne.

— Kadzidełko kadzi.

— Wcale bo nie.

— Mów, nie przestawaj.



— Synapselko, a co ty robisz?

— Piłuję.

— Ale co?

— Piłuję cień, żeby się odcieniował od ciebie.

— Zmachałaś się, odpocznij.

— Jeszcze ciut, łooo! Widzisz? Nie ma.

— Nie wiem co powiedzieć.

— Lepiej nie gadaj tylko graj.

— Opery?

— Wszystkie.

— A co z cieniem?

— Jak posłucha muzyki, to się rozpuści.

— Samowita jesteś.

— Ty bardziej.

— I znowu się kłóci, człowiek żyły sobie wypluwa, a tu taka wdzięczność. Idę do kącika.

— Idę z tobą.

— Wezmę tylko poduszkę.

— Weś i graj już.



— Kadzidło, zwariowałeś?

— Leczę twój okieć.

— Mamrocząc pod tym swoim dużym nochalem i kiwając się w przód i w tył?

— To mantra wprowadzająca w trans, a tam połączę się ze Wszechświatem.

— Dobsz. To jak się już połączysz, nie zapomnij wspomnieć o…

— Wiem.

— Guzik tam wiesz.



— Nie wytrzymam z tobą. Co ty znowu wymyśliłeś?

— Ja…?

— Nie. Ja.

— A ty, to ja nie wiem, co ty wymyśliłaś. Ja wymyśliłem machinę leczniczą twój okieć.

— Kadzidłoooo?

— Tak, Synapselko?

— Już nic.

— Grudzień dobrze zagrany?

— Poproszę.

— Kocyk?

— Tesz?

— Synapselko?

— Wiem, Kadzidełko.



— Co tam znowu mieszasz, Synapsa?!

— Kogel-mogel.

— Z czego? Zjedliśmy przecież wszystkie jajka.

— Jak to z czego? Z cienia i wspomnienia. Patrz. Jak się pieni!

— Faktycznie, piana jak ta lala.

— Która?

— Co „która”?

— Która lala?

— Synapsa…

— Tak, wiem.

— Nic nie wiesz. To znaczy guzik wiesz.

— A ty szpilkę!



— Synapselko…

— Śpię…

— A twój okieć?

— Też śpi.

— Smacznie?

— Nad wyraz.

— Otulę kocykiem.

— Otul.

— Lubię, gdy tak smacznie śpicie.

— Też lubię smacznie spać.



— Kadzidełko?

— Już idę. Tak?

— Pobędziesz?

— Gdzie?

— Tu.

— Tu?

— Ło tu.

— Ło tu?

— Właśnie tak.

— Tak dobrze, że jestem ło tu?

— Bardzo dobrze.

— Synapselko?

— Tak?

— Upewniam się.

— Że?

— Wszystko chciałabyś wiedzieć.

— Ale ja wszystko wiem.

— Fakt, absolutnie o tym zapomniałem.

— To cho, palnę cię jeszcze w łeb.

— I w plecy.

— Jaki zachłanny.

— Wciąż.



— Kadzidełko?

— Tak, Kapselku?

— A co, jak mi zwiędną bicki?

— Podleję je wywarem z bezy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 50.64