Znamię
Farin w przerażeniu wciąż spoglądał na przedramię Emicha, które teraz jednak skrywało się pod długim rękawem tuniki. Czy tylko on spostrzegł znamię Zła? Koło z pentagramem ustawionym na jednym z wierzchołków i płomieniem w środku? Demoniczny znak Niewypowiedzianego na skórze jego pana.
Zrobiło się krótko przed północą, a rada obradowała bez przerwy w sali jadalnej zamku Siegesmund. Dwunastu ludzi siedziało z nogami wyprostowanymi pod stołem, a najważniejszym z nich był nie kto inny jak sam król Baldan Grachus, pan i władca Zjednoczonych Królestw. Wspierany przez swych najważniejszych oficerów prowadził dyskusję polityczną. Farin i jego towarzysze: Plaudius, Drogdan i Baraldon zostali zaproszeni do udziału w spotkaniu ze względu na swe zasługi, ale cała ta sytuacja zdawała się ich przerastać. Przez większość czasu bardzo fachowo milczeli. Milczał też syn grabarza. Jakie mógł mieć pojęcie o intrygach na szczytach władzy? Poza tym, od chwili, kiedy odkrył znamię Niewypowiedzianego na przedramieniu swego pana, siedział jak na rozżarzonych węglach. Nawet gdyby chciał, w tym nastroju nie byłby nawet w stanie powiedzieć czegokolwiek rozsądnego. Dopiero co czuł się szczęśliwy, że Emicho przebaczył mu nieposłuszeństwo, a nawet zaakceptował obecność demona, w chwilę potem odczuwał przede wszystkim przerażenie. A w samym środku tych wszystkich emocji — jego pan, który albo sam jeszcze o niczym nie wiedział, albo umiejętnie swą wiedzę ukrywał. A może Wróg zdążył już się rozgościć w umyśle Emicha i przysłuchuje się z daleka całej naradzie?
Za to oficerowie rozprawiali tym więcej i głośniej, brnąc w dzikie spekulacje, podskakując jak skwarki na patelni. Żaden argument nie pozostał bez kontrargumentu, żadna propozycja — bez kontrpropozycji. W pierwszej kolejności analizowano, jak najskuteczniej zwalczać te diabelskie nasienia, zwolenników kultu nekorian. Najważniejsza była właśnie skuteczność. Królewska rada kręciła się skutecznie w koło, jak najbardziej skuteczna karuzela, bo w ostatecznym rozrachunku wszystko wracało do dwóch podstawowych pytań, na które nikt nie znał odpowiedzi: kim był i gdzie przebywał Pryncypał?
Emicho nie udzielał się nadmiernie w rozmowie i pomijał zupełnie temat demonów i ludzi, których zdołały opanować.
Przez okno wielkim ziewnięciem wlewał się szary świt. Dawno już wszystko zostało powiedziane, niestety jeszcze nie każdy zdołał dorzucić swoje trzy grosze. Dwaj oficerowie wciąż dyskutowali o możliwości prewencyjnego ataku na nekorian. Równie prewencyjnego, co oczywiście skutecznego.
Król Grachus wreszcie miał dość, podniósł rękę: — Mam dość. Posiedzenie uważam za zamknięte. — Podniósł się i z poważną miną rozejrzał się po obecnych. — Ostatecznie to ja muszę podjąć jakąś decyzję, jednak nie uczynię tego już dziś. Zrobiło się późno, słyszę już zew łoża. A może to moje stare ciało domaga się łoża, w sumie na jedno wychodzi.
Uprzejmy śmiech.
Rada wreszcie zaczęła się rozchodzić, Farin zaczekał, aż znajdzie się w sali sam na sam ze swoim panem.
Emicho podniósł swe krzaczaste brwi: — Giermku, co ci jeszcze leży na sercu o tak późnej godzinie?
Farin pospiesznie przełknął ślinę, gotując się na wszystko, aż wreszcie powiedział: — Panie, macie… znamię na przedramieniu! — wskazał właściwe miejsce.
— O czym ty mówisz? — odrzekł Emicho niemal opryskliwie, natychmiast podciągnął rękaw i aż się wzdrygnął, gdy odkrył pentagram z płomieniem. Z niedowierzaniem potarł go lewą dłonią, podczas gdy jego jasnoniebieskie oczy stały się niemal tak okrągłe, jak koło wokół pentagramu.
— Jak to…? Nie rozumiem…? Nie jestem nekorianinem, obaj to dobrze wiemy. Jak to się mogło stać?
W głowie Farina odezwał się nieco zaspany Paskudnik: Musiało dojść do fizycznego kontaktu między Emichem a Niewypowiedzianym. To jedyny sposób, żeby demon mógł pozostawić u kogoś swoje znamię.
— Panie, demon nekorian musiał was dotknąć, gdzieś tu, na zamku Siegesmund.
— W całym tym bałaganie dotykało mnie mnóstwo ludzi. Przecież najpierw mnie pojmali, potem bili, a na końcu związali. Czyżby Pryncypał znajdował się gdzieś tu, na zamku?
— Jakżeby inaczej mógł was naznaczyć? Jednak teraz Niewypowiedziany może w każdej chwili przejąć nad wami kontrolę — szepnął syn grabarza roztrzęsiony, jakby bojąc się, że wróg mógłby go podsłuchiwać. Może nawet już teraz tu był, tak samo jak Farin w umyśle arcybiskupa Opoki. Z pomocą Paskudnika wniknął w jego duszę, a potem podsłuchał rozmowę Hazarta z Krukiem. To właśnie Kruk powiedział wtedy zupełnie otwarcie: „Pryncypał potrzebuje medium ze znamieniem. W chwili, gdy zabijemy grabarza, Emicho powinien być już także naznaczony. Jeśli wówczas demon schroni się w ciele rycerza, będziemy mieli pod kontrolą zarówno jednego, jak i drugiego. Będą służyć nekorianom, razem z tamtym demonem, po wsze czasy. Kiedy tylko naznaczymy Emicha, zabijemy giermka.”
Rycerz całkowicie pobladł i osunął się na krzesło. Dziewięcioramienny świecznik oświetlał jego twarz i nagie przedramię, które położył na stole. Nagle spróbował pocierać mocno znamię drugą ręką, jakby sądził, że w ten sposób uda mu się je usunąć.
Jego głos brzmiał równie mrocznie jak pomysł, który przedstawił: — Nie mogę tego tak zostawić. Może po prostu odetnę sobie ramię?
— Panie! Tylko nie to!
— Zapytaj natychmiast swojego demona, czy to pomoże — warknął rycerz.
Odważny pomysł, twój pan mi zaimponował. Odcinamy jedno ramię, po co mu dwa. No i nie wykluczam, że to pomoże.
— Nie wykluczasz? Czyli nie wiesz na pewno — odparł Farin w myślach.
W życiu człowieka nic nie jest pewne, poza śmiercią.
To wciąż brzmiało bardziej jak „nie wiem na pewno”. Syn grabarza odpowiedział pewnym głosem: — Demon powątpiewa, czy odcięcie ramienia w czymkolwiek by pomogło. Znamię pojawiłoby się po prostu na drugim.
O, no pięknie się tak dowiedzieć, co się właśnie powiedziało. Brzmiało to, jakby się obraził. Mój jakże praworządny, szlachetny i honorowy Robak kłamie jak z nut i nawet się przy tym nie zaczerwieni.
Rycerz westchnął.
— W takim razie pozostaje mi tylko samobójstwo. Rzucę się na swój miecz — to ciągle lepsze wyjście, niż stać się narzędziem w ręku nekorian.
Farin naprawdę się przeraził — rozumiał, że w ustach tego rycerza nie są to bynajmniej puste słowa.
— Nie, nie, na pewno jest jakiś sposób, żeby was uratować przed demonem. Panie, nie ma co podejmować pochopnych decyzji, a ja zrobię wszystko, by wam pomóc.
Emicho patrzył na niego w milczeniu.
— Paskudniku, czy istnieje jakaś metoda usunięcia znamienia bez obcinania różnych części ciała? — zapytał Farin głośno.
— Nazywasz swoją chimerę Paskudnikiem? — zmarszczki na czole Emicha pogłębiły się jeszcze bardziej.
Ej, no właśnie, dopiero teraz to sobie uświadomiłem.
— Za to on nazywa mnie Robakiem. Tak czy inaczej, akurat to w niczym nam nie pomoże.
Pięść rycerza uderzyła z całą mocą w stół.
— Masz rację. Nie poddam się tak szybko. Może znajdziemy jakieś rozwiązanie w tej księdze, którą studiowałeś, kiedy Klemens próbował cię nabić na pikę. W końcu jest tam nawet rysunek znamienia. Tom leży na pulpicie w mojej komnacie.
Niezły pomysł. Jeżeli w ogóle istnieje jakiś sposób na usunięcie znamienia, powinniśmy znaleźć coś na ten temat w starych pismach w bibliotece Emicha.
Światełko w tunelu — tylko tunel był bardzo długi: biblioteka znajdowała się daleko na północy — w Burzowej Twierdzy.
— Panie, dla was przeczytam absolutnie wszystkie kartanezyjskie pisma, jeśli tylko będzie to konieczne. Znajdziemy jakiś sposób.
Emicho zareagował powolnym kiwaniem głową.
— Zgoda — i dziękuję ci. Jednak może to potrwać wiele tygodni, a przez ten czas stanowię zagrożenie dla wszystkich innych.
— Musimy spróbować. Ukryjcie znamię, a potem wrócimy do waszego zamku, tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.
— Zgodnie z wolą króla Grachusa moim zamkiem jest teraz Siegesmund, tu mam mieć swoją siedzibę. Tutaj mogę mu się najbardziej przydać. Głównie przy poszukiwaniach i unieszkodliwianiu Pryncypała. Tak brzmi jego rozkaz.
— Moglibyśmy go wtajemniczyć. Na pewno zrozumie, jak wyjątkowa to sytuacja.
— Zrozumie? Pewnie. — Oczy rycerza rozbłysły. Potem nagle źrenice zaczęły się kręcić jak garnek na kole garncarskim. W następnej chwili widać było już tylko białka. Z bojowym okrzykiem rycerz wyskoczył w górę i rzucił się na Farina. W mgnieniu oka objął rękami szyję syna grabarza.
— Demon nakazuje mi, abym cię zabił. Nie bój się, to nie potrwa długo. Złamię ci kark jednym krótkim ruchem.
Okrutny ton głosu rycerza całkowicie sparaliżował Farina, który siedział sztywno, nie będąc w stanie się bronić. Grube od mięśni ramiona rycerza trzymały go w żelaznym uścisku, właściwie mógłby jednym ruchem urwać głowę swego giermka. Ten zaś nie mógł się już poruszyć, nawet gdyby chciał.
Tak szybko, jak Emicho go zaatakował, tak szybko również rozluźnił uścisk.
— Wybacz mi. Chciałem tylko zademonstrować, jak to będzie wyglądało, kiedy Niewypowiedziany mnie opanuje i rozkaże, bym cię zamordował.
Farin całkowicie oszołomiony pocierał sobie dłońmi szyję.
— Hm… Wasze… lekcje mają… dużą siłę… wyrazu.
— Bez tego niczego nie zrozumiesz, giermku. Baldan Grachus wydaje ci się miłym starszym panem. A to jest jasna strona naszego Starego Króla. Tymczasem jest on człowiekiem, który robi to, co trzeba zrobić — twardo, konsekwentnie, bezkompromisowo. Gdyby nie to, nie dałby rady utrzymać się na tronie przez dziesięciolecia. Może wybaczyłby mi teraz, gdy złagodniał na starość, kiedy przestałbym mu być potrzebny i mógł wyprowadzić się z powrotem na północ. Jednak dopóki stanowię potencjalne zagrożenie i mogę pokrzyżować jego plany, na pewno nie zostawi mnie przy życiu.
A stanowię.
Farin istotnie bardzo dobrze zrozumiał daną mu lekcję — szyja wciąż jeszcze bolała go od Emichowego uścisku. Niechętnie przypominał sobie atak strażnika biblioteki, jednak unaoczniał mu on, że Emicho bynajmniej nie przesadzał.
— Musi być jakieś rozwiązanie. Może powinniśmy po prostu odnaleźć i zabić Pryncypała? Myślę, że to by was uwolniło.
Zgadza się! Śmierć Niewypowiedzianego rzeczywiście uwolniłaby człowieka ze znamieniem. Problem tylko w tym, że zabić demona jest cholernie trudno.
To uparte i żywotne pasożyty.
— Co ty nie powiesz! — pomyślał Farin.
Czyżbym słyszał w tych słowach jakiś niemiły podtekst?
— Ależ skąd. Musimy koniecznie pomóc Emichowi.
Farin ogromnie martwił się o swego pana. Natomiast ciało wciąż jeszcze nie zdążyło wypocząć po trudach minionych dni. Okropne przeżycia obciążały jego ducha, a tymczasem kolejne wyzwanie już pędziło prosto na niego, waląc jak młot w kowadło.
— Paskudniku, musi istnieć jakiś sposób na zwalczenie tego demona. Nawet jeśli nie da się go zabić, na pewno są inne sposoby.
Przychodzi mi do głowy tylko jeden. Wypędzenie. Paskudnik wydawał się dziwnie zaangażowany. Ta myśl niosła ze sobą zastanawiające poczucie satysfakcji. Tak jest, wypędzimy Niewypowiedzianego ze świata Zjednoczonych Królestw. Jednak najpierw musimy go znaleźć. Zaś żeby to zrobić, dobrze byłoby wiedzieć, kogo właściwie szukamy.
— Na noc będę się musiał przykuwać do ściany — powiedział Emicho, wzdychając ciężko. — A w ciągu dnia musicie mieć na mnie baczenie.
— Tak, panie!
— Trzeba iść spać.– Tak, panie!
Ze ściśniętym żołądkiem Farin ruszył do sypialni, którą dzielił z Drogdanem, Plaudiusm i Baraldonem.
Dlaczego właściwie słoneczny zmierzch był tak piękny, a poranna szaruga tak zasmucająca? Czy dobry Pan Bóg miał w tym jakiś cel? Żeby ludzie zaczynali dzień z pokorą, a kończyli z wdzięcznością? Troska o rycerza przyćmiła wszystkie dobre myśli, nie potrafił cieszyć się nawet obecnością na zamku Siegesmund, a przecież jego mury były prawdziwą ucztą dla oczu: smukłe wieże schodowe, eleganckie blanki, szczyty i balkony w różnych odcieniach jasnego brązu wydawały się znacznie bardziej wzniosłe niż masywne, kanciaste mury Burzowej Twierdzy. Również wnętrza były dopracowane i kolorowe — na ścianach wisiały liczne arrasy, podłogi zdobiły barwne mozaiki. Jednak po nieledwie dwóch godzinach snu Farin nie miał chęci na przyglądanie się temu wszystkiemu — nawet najbardziej bajkowy zamek prosto ze snów nie mógł zmienić nic w mrocznej tajemnicy, jaką dzielił ze swym panem.
Jego uwagę przykuło regularne skrzypienie. Czyżby ktoś jeszcze był już na nogach o tak wczesnej porze? Przy zamkowej studni stała Aros i kręciła korbą. Na koniec przelała wodę z pełnego drewnianego wiaderka do dzbanka. W progu domu dla służby stał ten dziwny człowieczek z włosami związanymi w warkocz i uśmiechał się do poranka. Był tak niski, jak krótkie było jego imię. Czyżby przyglądał się dziewczynie? Trzymał się jej jak cień, i to taki, który nie znika nawet w pochmurny dzień. Co łączyło tych dwoje?
Wydawało się, że Ki zawsze robi to, czego chce Aros.
Farin postanowił, że nie będzie łamał sobie głowy jeszcze nad tym problemem. Dziewczyna miała spory udział w uratowaniu jego towarzyszy: Drogdana, Plaudiusa i Baraldona, a także w zdobyciu zamku Siegesmund. Chociaż początkowo z trudem ją tolerował ze względu na jej cięty język, teraz patrzył na nią z pewnym zrozumieniem. Tak jak i on wyczołgała się z rynsztoka i mimo że była biedną jak mysz kościelna sierotą, nie poddawała się i szukała swojego miejsca pod słońcem w Zjednoczonych Królestwach.
— Dzień dobry! — pozdrowił ją.
— Też mi coś! Jeszcze się nawet nie obudziłam. Przypomnij mi się później — odburknęła w odpowiedzi. Nie obdarzyła go nawet spojrzeniem.
„W takim razie po co tak wcześnie wstajesz?”, chciał warknąć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Zamiast tego odparł spokojnie: — Nie ma sprawy, właśnie chciałem ci podarować Tyranię, ale nie ma się co spieszyć. Przypomnij mi się za kilka dni. — Ziewnął przeciągle, nic dziwnego po tak krótkiej nocy.
Wybudzona, jakby ktoś oblał jej głowę zimną wodą z wiadra, stanęła nagle przed nim.
— Że jak? Co ty powiedziałeś?
— Poprosiłem swojego pana o nowego konia, bo moją klaczkę chcę podarować tobie.
Jej zwykle tak cierpka twarz zmieniała się z każdym mgnieniem oka, była jak pogoda w górach, przechodziła od niewyobrażalnego szczęścia do najgłębszej nieufności. Jej usta stały się wąskie jak ostrza sztyletów: — Czego chcesz za to ode mnie? Ja jestem nieprzekupna.
— Co za pech, przejrzałaś mnie. — Farin poczuł się przyłapany na gorącym uczynku. — Bo… no faktycznie, jest taka jedna sprawa.
Wetknęła oba kciuki za pas i wysunęła biodra.
— A więc jednak! Wiedziałam! Kiedy dzień zaczyna się takim prezentem, od razu wiem, że coś tu śmierdzi. Nie wiem, czego chcesz, ale jestem prawie pewna, że tego nie dostaniesz. Nikt nie kupi sobie Królowej Szczurów.
— Szkoda. Bo chciałem cię prosić, żebyś była miła dla Tyranii i dobrze o nią dbała. Skoro to jednak za dużo jak dla ciebie…
Przez chwilę stała nic nie rozumieją.
— Czyli co, to jest wszystko? I potem dasz mi swojego konia? — Tym razem również oczy przybrały ten sam kształt co usta, mogłaby spokojnie uchodzić teraz za córkę Ki. — Nie ma darmowych prezentów!
Czyżby była to jedna z takich mądrości, które poczuła na własnej skórze? Czy może raczej nauczyła się jej od swego niewysokiego, długowłosego towarzysza? Nawet najdłuższy prysznic pod wodospadem Kabano nie zmyłby nieufności z tej dziewczyny.
— To jest wszystko. Jedyne, co jeszcze mogę ci dać, to moje słowo giermka — mam nadzieję, że ci to wystarczy.
Wciąż nie wiedziała, czy to nie jest jakiś brudny chwyt, ale w coraz większym stopniu ogarniał ją zachwyt. Emocje ponownie zaokrągliły jej oczy.
— Chcesz powiedzieć… że Tyrania naprawdę należy do mnie?
Farin skinął.
— Po prostu… po prostu nie wiem, co powiedzieć. Taki prezent… Kiedyś jedna kobieta podarowała mi sukienkę… Poza tym, co noszę na sobie… nigdy niczego nie miałam na własność. To znaczy, czegoś tak nieskończenie wartościowego.
Zapadła cisza, bo istotnie zabrakło jej słów. Radość promieniejąca z jej twarzy pocieszyła Farina na tyle, że na chwilę zapomniał o trosce o swego pana. Odrobina słońca w krainie cieni. Aros nie całkiem rozumiała, jaka gra toczy się w jego wnętrzu, ale poczuła była obecność Paskudnika i rozmawiała o tej nieuchwytnej sile. Tak, Paskudnik był siłą, siłą nieuchwytną.
Na dziedziniec zamku wszedł giermek Baraldon. Jak zwykle zignorował obecność Aros, kiedy zwrócił się do syna grabarza: — Jeszcze tego nie uczyniłem, więc czas rzecz nadrobić. — Brzmiało to trochę sztucznie. — Jestem twoim dłużnikiem, Farinie ze Zgniłych Dołów. Uratowałeś mi życie, chociaż raczej dałem ci powód, byś tego nie robił.
— Nie ma o czym mówić.
— A także proszę o wyrozumiałość dla mego ojca, który zachował się wobec ciebie niegodnie.
Farin aż za dobrze przypominał sobie księcia Turgensona, który bynajmniej nie umilał mu pobytu w Burzowej Twierdzy.
— Nie jest złym człowiekiem i zawsze pragnie służyć sprawiedliwości… jednak jego rozczarowanie i zgorzknienie okazały się przerastać jego dobre zamiary. Był całkowicie pewien, że to ja będę giermkiem Emicha, a nie ty.
— W jaki sposób służy sprawiedliwości?
— Zanim przybył na zamek Emicha, był advocatusem na królewskim dworze. Jeśli mogę wierzyć opowieściom szlachty, należał do najlepszych.
„Każdy człowiek ma swoją historię”, pomyślał syn grabarza.
— W każdym razie nigdy jeszcze nie najadłem się tyle strachu, co na tym zamku. — Baraldon wskazał na odległą o ledwie pięć metrów poprzeczną belkę, na której księżna Małgorzata von Siegesmund omal go nie powiesiła za szyję.
— Nic w tym dziwnego — trudno się nie bać w takiej sytuacji — odparł Farin. — Ja bym pewnie narobił w portki.
— Hm. Z jakiegoś powodu trudno mi w to uwierzyć. — Baraldon nabrał powietrza: — To był akt niewiarygodnej odwagi, że wróciłeś do nas i wydałeś sam siebie w zamian za nasze uwolnienie.
— Aros Brudnostopa miała w tym także pewien udział. Gdyby nie ona, pewnie bym się wahał — i to zbyt długo — oświadczył Farin.
Baraldon spojrzał na dziewczynę ostrym wzrokiem, potem jednak jego rysy złagodniały, wyrażając zrozumienie i pokorę.
— Tobie także dziękuję, Aros. Wygląda na to, że muszę się jeszcze znacznie więcej nauczyć, niż mi się zdawało.
— Farin podarował mi swoją Tyranię! — Aros promieniała na całej twarzy. Z powodu takich drobiazgów najwyraźniej nie chowała urazy, a teraz bez wątpienia nie była w stanie myśleć o niczym innym niż swoim nowym koniu.
— Istotnie? Dlaczego mnie to nie dziwi? To niezwykły giermek, znacznie lepszy niż ja — powiedział Baraldon takim tonem, jakby Farina w ogóle nie było w okolicy. Odchrząknął. — Wybaczcie mi teraz. — I odszedł z podniesioną głową.
Aros spojrzała za nim pytająco.
— Po co tu w ogóle przyszedł?
— Chciał podziękować, ale potem wymsknęło mu się coś więcej — chociaż wcale nie przyszło mu to łatwo. Przynosi mu to zaszczyt. — E, to nie moje sprawy. Idziemy odwiedzić Tyranię?
— Co za pytanie!
Ruszyli w kierunku stajni. Kiedy weszli, klacz przywitała ich radośnie. Promieniejąc szczęściem, Aros pozwoliła jej powąchać swoją lewą dłoń, jednocześnie drapiąc ją drugą ręką po szyi. Widać było, że rozumieją się doskonale, wyglądało to prawie tak, jakby Tyrania zamierzała zacząć machać ogonem.
— Co teraz zamierzasz, Aros?
— Nie wiem.
— Czy to przeznaczenie nas połączyło? Wciąż nie mogę wyrzucić z głowy proroctwa, które usłyszałem od Frenji.
— Tej z zaklinaczem kości i prorokiem?
— Złącz proroka i zaklinacza kości w dobrej godzinie, bo tylko sojusz demona i objawienia uratują Królestwa przed ogniem piekielnym.
— Hm. Królestwa, ogień piekielny — to strasznie wielkie słowa jak na zwykłą sierotę.
— A jednak stało się dokładnie tak, jak powiedziano w przepowiedni. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w oberży „Dobra godzina”.
Skinęła głową z powagą: — Rzeczywiście, dziwiłam się, co to za płaskonos próbuje wypatrzyć przez szybę, co dzieje się we wnętrzu gospody.
— Czy to coś więcej niż przypadek?
— No, nie wiem. Co by to miało być? Samospełniająca się przepowiednia?
— Ale jeśli to jest spełnienie przepowiedni, to czy przypadkiem nie liczy się też jej druga część, ta o ratunku przed ogniem piekielnym? — spytał Farin.
— Nie jestem zbawicielem świata. Ledwie sama siebie jestem w stanie uratować. — Jej twarz znów przybrała nieprzenikniony wyraz, jak żelazna maska.
— Czy przypadkiem król nie obiecał ci, że nakaże straży miejskiej w Opoce, by zostawiła cię w spokoju?
— Może być, ale nie sądzę, żeby arcybiskup Hazart tak łatwo dał za wygraną. Ten chce mnie złapać, i to koniecznie. Zorientował się, że Wiedziwa i ja mamy ze sobą coś wspólnego.
— Kim jest ta Wiedziwa?
— No, taka czarownica, którą arcybiskup Opoki kazał spalić na stosie na Wielkim Placu. Ani razu nie krzyknęła. Ja też nigdy nie krzyczę.
Dla Farina ten potok słów płynął nieco zbyt szybko — jedyne, co zrozumiał, to że ta dziewczyna niejedno miała już za sobą.
— Arcybiskup to straszny człowiek. Czego od ciebie chce? — zapytał.
— Znasz go? — Zmarszczka nad nosem Aros jeszcze się pogłębiła.
— No… tak jakby.
— Od razu widzę, gdy coś przede mną ukrywasz.
— To skomplikowana sprawa. — Farin miał do niej zaufanie właśnie dlatego, że nigdy nie udawała. W istocie, zastanawiał się, czy nie powinien opowiedzieć wszystkiego tej dziwnej dziewczynie. Całej historii — począwszy od niezwykłego amuletu, który pojawił się znikąd na piersi szeptuchy Gerlundy, a skończywszy na Paskudniku, demonie, który niepytany zakradł się do jego umysłu, a teraz bez przerwy utrudniał mu życie. Nie, źle pomyślał, to było niesprawiedliwe wobec demona. W końcu Paskudnik, jego niewiarygodna siła i umiejętności miały znaczący udział w awansie, którego Farin doświadczył. Co by się stało, gdyby wtajemniczył Aros w to wszystko? Czy nie musiałby przypadkiem dodać jeszcze informacji o znamieniu na ręce Emicha i o straszliwych skutkach, jakie to ze sobą niosło?
W tym momencie do stajni wszedł Ki.
— Giermek, przyjaciółka i koń rozjaśniają serce artysty.
Słowo „koń” przypomniało Aros o prezencie.
— Wyobraź sobie, Ki, że Farin podarował mi Tyranię.
— Koń to nie siła, ani prędkość, tylko charakter — skinął Ki. Potem spojrzał skośnymi oczami na Farina: — Z giermkami jest tak samo!
Ten człowieczek wciąż wprawiał go w zakłopotanie. Za każdym razem można było być pewnym, że jego słowa będą brzmiały jak najbardziej banalny banał albo jak najmądrzejsza mądrość.
— No cóż, Tyranio — Farin zwrócił się do swego dawnego konia. — Bądź miła dla Aros, dobrze? W każdym razie milsza, niż byłaś dla mnie na początku naszej znajomości.
Koń zrobił wielkie, końskie oczy z wyrazem największego zdumienia. Najwyraźniej nie miał zielonego pojęcia, o czymże ten dziwny giermek mówił.
— Farin… bo wiesz… ja nie jestem najlepsza w podziękowaniach — powiedziała Aros.
— Daj spokój. Widzimy się. — Farin wyszedł ze stajni.
Tyrania
„Piękny zamek nie wystarczy, żeby i jego mieszkańcy byli piękni”, pomyślała Aros. „Chciwość, intrygi, kłamstwa — nie troszczą się o otoczenie, wszędzie chętnie zamieszkają.”
A przecież doświadczyła tu także odwagi i sprawiedliwości — w największym stopniu od giermka nowego pana tego zamku. Ten młody człowiek ją zadziwiał. Dziwny młodzieniec, trudno było go ocenić, za to łatwo nie docenić. Jakim cudem prosty syn grabarza dostał prawo uczestnictwa w Radzie Królewskiej? Dawniej uznałaby to za czystą niemożliwość. Przecież arystokraci tak zawsze dbali o to, by nie bratać się ze zwykłym ludem, tylko zawsze patrzeć na niego z góry, a obcować tylko z podobnymi sobie. Jednak Farin był nadzwyczajny także z innego powodu. Po pierwsze udało mu się ją zaskoczyć, a po drugie — głęboko poruszyć. Podarował jej konia. Tak po prostu. To zupełnie nie pasowało do jej pokrzywionego obrazu świata.
Oparła się ramionami o parapet domu dla służby, w którym, wraz z Ki, zajmowała niewielki pokój na pierwszym piętrze. Z ciekawością patrzyła na dziedziniec. Dotarły do niej głośnie okrzyki. Oto jego królewska mość, Baldan Grachus, zbierał się właśnie, by z większą częścią swojej kawalerii ruszyć w powrotną podróż do Opoki. Tym razem nie zasiadł w siodle, stanął przed powozem, do którego zaprzęgnięto dwa siwki. To była jeszcze jedna rzecz, która całkowicie wstrząsnęła Arosowym obrazem świata. W życiu by nie pomyślała, że kiedykolwiek osobiście spotka Starego Króla. Tymczasem nawet miała okazję z nim rozmawiać, jakby był jakimś prostym chłopem. Okazał się przy tym całkiem normalny, przynajmniej na tyle, na ile normalny może być pan i władca Zjednoczonych Królestw.
Na drugim powozie siedziała skulona księżna Małgorzata von Siegesmund. W Opoce czekał ją proces o zdradę stanu. Aros nie współczuła jej bynajmniej. Ta kobieta miała wszystko, czego tylko mogła zapragnąć, a najwyraźniej wcale jej to nie wystarczało. Wraz z mężem weszła w pakt z nekorianami, sprzeciwiając się przy tym swemu królowi. Taką zbrodnię nazywało się zdradą stanu i najczęściej oznaczało to skrócenie o głowę. Szybka śmierć, nie do porównania z męczarniami na stosie. Arystokratka miała na sobie długą, jasną suknię, haftowaną bogato ciemnoniebieską nicią, ze złotymi blaszkami na kołnierzu i u dołu, oraz pasujący do niej kapelusz z pawim piórem. Wrażenie psuły tylko grube, ciemne łańcuchy na kostkach księżnej. Po obu jej stronach siedzieli żołnierze, którzy ani na moment nie spuszczali jej z oczu.
„Przecież król chciał ruszać dopiero pojutrze…”, zastanowiła się Aros.
Tak zapowiedział. Stary lis, dobrze wiedział, po co wprowadza w błąd tak przyjaciół, jak i przede wszystkim — wrogów.
Grachus miał na sobie zieloną pelerynę, spod której wyłaniał się skórzany wams. Przypominał bardziej nieco podstarzałego myśliwego niż pana i władcę Zjednoczonych Królestw. Zmarszczki na jego twarzy złagodniały nieco, gdy zauważył Farina stojącego na skraju dziedzińca.
— Jestem pewien, że wkrótce zobaczymy się w Opoce, młody giermku. — Mrugnął znacząco. — Mój rycerz, Emicho, będzie miał na was baczenie — albo może odwrotnie. — Król rozsiadł się w powozie. Kapitan dał znak do odjazdu. Żołnierze, ich król i więźniarka ruszyli w drogę powrotną do stolicy.
A co powinna teraz zrobić Aros? Najchętniej wróciłaby do stajni, do Tyranii, i tam położyła się spać na sianie. Nie potrzebowała splendorów i arrasów, ale z drugiej strony — nie chciała też zmuszać Ki do spania wśród koni. Odwróciła się do swego towarzysza. Ten siedział na podłodze ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętym oczami, wydawał się równie pełen życia co przydrożny kamień. Nic nie mówił, prawie nie oddychał. Zapewne wstrzymał także serce i wszystkie inne czynności życiowe. Nazywał to medytacją.
Aros wciąż wracała myślami do rozmowy z giermkiem. Sojusz demona i objawienia. Uderzyła się dłonią w czoło. Sprawa była tak oczywista, a ona dopiero teraz na to wpadła. Władzę nad giermkiem objął jakiś potężny demon — przecież wyraźnie czuła w chłopcu tę potężną, ciemną moc. Zastanowiła się. Demona czcili przecież nekorianie. Jak to wszystko połączyć do kupy? Co się wydarzyło w gospodzie „Dobra godzina”, kiedy książę Zolkan pojawił się nagle ze swoimi kompanami z cienia? Wszystko to śmierdziało na odległość.
— Hm, myślę, że powinnam porozmawiać z Farinem i opowiedzieć, co się wydarzyło w oberży.
Ki powolnymi ruchami budził się do życia.
— Rozmowa jest dobra. Rozmowa odpędza ciemności.
— Wtedy giermek będzie też mógł opowiedzieć mi o swoim demonie — powiedziała Aros mimochodem.
Ki zapytał, nie okazując ani zaskoczenia, ani zakłopotania: — Każdy z nas nosi w sobie jakiegoś demona, czyż nie?
Po południu Aros zauważyła Farina, jak wraz z koniuszym szedł w kierunku padoku. Jasna sprawa, potrzebował nowego wierzchowca. To znów przypomniało jej o Tyranii, której chciała zanieść wyschnięte jabłko. W chwilę później pędziła już w stronę dziedzińca. Farin akurat wyprowadzał z zagrody za stajniami gniadą klaczkę. Koniuszy został w środku, by sprawdzić podkowy potężnego siwka.
— Patrz, Aros. — Giermek wskazał na konia. — Pozwól, że ci przedstawię — oto Ćwikła.
— Ćwikła? Sam to wymyśliłeś?
— Skąd, jestem niewinny. Jako źrebię wyżarła kiedyś cały kosz buraków i zanim się obejrzała, miała już imię.
— W takim razie ja się powinnam nazywać Owsianka.
Uśmiechnął się, pokazując swe piękne, białe zęby, ale po chwili spoważniał.
— Pochodzisz z sierocińca w Opoce, prawda?
— Tak. — Zamilkła znacząco. Nie zamierzała o tym bliżej opowiadać.
Obeszła gniadoszkę dookoła. — A ty jesteś grabarzem, prawda?
— Tak. — Zamilkł wyraziście. Nie zamierzał chyba o tym bliżej opowiadać. Pogłaskał Ćwikłę po szyi.
— W takim razie… skoncentrujmy się na teraźniejszości. Opowiedz mi o tym demonie, którego w sobie nosisz. — Farin aż poderwał głowę. Aros traktowała sprawę na tyle poważnie, że nie pozwoliła sobie na wybuch śmiechu, choć miała na to ochotę, patrząc na wyraz jego twarzy.
— Skąd coś takiego… przyszło ci w ogóle do głowy? — Spróbował słabo.
— Zapomniałeś już, że jestem prorokiem? A ty jesteś zaklinaczem kości, który przy każdej okazji opowiada ten sam głodny kawałek o jakimś demonie i wizjach.
Ruszył trochę dłuższy proces myślenia. Na pierwszy rzut oka chłopak wydawał się trochę ociężały umysłowo, jednak jego oczy błyszczały rześko.
Czyżby konsultował się ze swoim demonem?
Aros spytała niecierpliwie: — No i co on na to?
Po wyrazie twarzy Farina można było natychmiast rozpoznać, że dał się złapać „na gorącym uczynku”. — No, ten… masz na myśli… — rozejrzał się ukradkiem, a potem ściszył głos: — … chimerę w mojej głowie.
— Właśnie tak. Powinniśmy być wobec siebie szczerzy, czyż sojusz nie wymaga szczerości?
— Zgoda. Demon mówi, że mogę ci powiedzieć, jaki jest wspaniały.
Dziewczyna parsknęła.
— Wygląda na to, że to dość wesoły towarzysz.
Farin skinął, nie mrugnąwszy nawet okiem.
— Tak, właśnie, boki zrywać. Ale nic nie przebije jego skromności. — Giermek przez chwilę zatopił się w dialogu wewnętrznym. — Mam ci przekazać, że bez niego jestem bardziej taką mimozą.
Pewnie jeszcze kilka dni temu uwierzyłaby bez wahania, ale ostatnie zdarzenia zasadniczo zmieniły jej opinię.
— Nie wierzę. Prawdziwa mimoza nigdy by nie przekazała tych słów.
— Wszystko jedno, Aros, obawiam się, że jesteśmy dopiero na początku naszej wojny. Kultowi nekorian przewodzi Pryncypał. Jest opętany przez innego demona, to czyni go niebezpiecznym i nieprzewidywalnym. Nazywają go „Niewypowiedzianym”. — Jego głos przybrał ton konspiracyjny. — Tamten demon naznacza ludzi, to znaczy pozostawia im znamię na przedramieniu. Dzięki temu może w nich wniknąć i kierować ich zachowaniem.
— Trudno w to uwierzyć.
— A jednak to prawda. — Farin wyjął nóż zza paska, pochylił się i na luźnej ziemi narysował okrąg, w który następnie wpisał pięcioramienną gwiazdę, a potem jeszcze dorysował coś w środku. Szło mu to naprawdę dobrze.
— Pentagram w okręgu, z płomieniem w środku. Tak wygląda znamię Niewypowiedzianego — wyjaśnił. — Jeśli zobaczysz kogoś z takim znakiem, lepiej uciekaj, gdzie pieprz rośnie. Słyszałaś o podpaleniach tych diabelskich pomiotów?
Aros skrzywiła głowę, przyglądając się rysunkowi. Zaczęła się intensywnie zastanawiać, bo kiedyś już widziała ten znak.
— Sporo się o tym mówi — odparła ostrożnie. Farin mówił o „naszej” wojnie. Dlaczego miała jego wojnę uczynić także swoją?
— Muszę jak najszybciej znaleźć i pokonać tego Pryncypała. Bez niego nekorianie zostaną bez przywódcy. Niestety, nikt nie wie, kim jest ten człowiek, ani gdzie się znajduje.
W jej głowie zaczęły zmieniać się obrazy wspomnień.
— W „Dobrej godzinie” Ki i ja mieliśmy dość dziwną przygodę. Książę Zolkan, który właściwie powinien był zginąć pod gruzami katedry, pojawił się tam nagle, w pełni zdrowia. Otaczała go jakaś czarna magia i nagle zaatakowali nas wojownicy z pyłu i cienia. — Na samo wspomnienie zrobiło jej się zimno. — I właśnie takie znamię Zolkan ma na lewym przedramieniu.
Myślałam, że to jakiś tatuaż. Możliwe nawet, że to on sam jest tym Pryncypałem.
Syn grabarza zastanowił się.
— Widziałaś go może potem jeszcze raz? Gdzieś tu, w pobliżu?
— Nie, od razu bym zwróciła uwagę.
Farin skonsternowany kopał stopą w ziemię, zupełnie jak Ćwikła kopytem. Najwyraźniej wciąż jeszcze coś przed nią ukrywał.
— Czego właściwie szukałaś w oberży? — zapytał.
— Chciałam się spotkać z kapitanem Rudobrodym. Ponoć niekiedy go tam widywano.
— Hm… a czego od niego oczekujesz? To podobno pirat.
Co za ciekawski chłopak.
— Chciałam się czegoś dowiedzieć o mojej przeszłości. — Nie chciała rozwodzić się o tym, jak wiele sierot marzyło, by któreś dnia dowiedzieć, się, że właściwie były porwanymi księżniczkami z odległego królestwa, choć z drugiej strony ona sama takich marzeń nie miała.
— Spytam Drogdana, może on coś wie o tym Rudobrodym.
— A ty, Farinie, jakie masz teraz zamiary?
— Myślę że ruszę z powrotem na północ, do Burzowej Twierdzy.
— A po co?
Giermek zawahał się przez chwilę.
— Potrzebujemy informacji o drugim demonie. Mój pan ma w swojej bibliotece rzadką kolekcję kartanezyjskich ksiąg na ten temat. Muszę je przestudiować.
— Umiesz czytać? I to jeszcze w tym zapomnianym języku? — zapytała Aros zdumiona.
Farin zaczął się jąkać: — No tak, jakby trochę… — A potem wyznał całą prawdę: — Mój demon zna kartanezyjski.
— No, no, wygląda mi na naprawdę wspaniałego demona.
Giermek nie umiał powstrzymać westchnienia.
— Zgadza się, a przy tym pragnie pochwał jak niedźwiedź miodu. Zaś kiedy już je usłyszy, staje się jeszcze bardziej nieznośny, więc lepiej daj już spokój. — Farin na krótką chwilę zamknął oczy, a potem warknął nieuprzejmie: — Nie, Paskudniku, tego jej na pewno nie powiem.
Nazywał się „Paskudnik”? Najpóźniej właśnie w tym momencie Farin i jego oswojony demon obudzili ciekawość Szczurzycy.
— Czego nie chcesz mi powiedzieć? — zapytała ostro.
— Cholera. Ta chimera któregoś dnia doprowadzi mnie do szaleństwa.
Aros spojrzała spode łba na giermka.
„Kochany dniu”, pomyślała, „kiedyż będę miała kolejną okazję uciąć sobie pogawędkę z demonem, a choćby i za czyimś pośrednictwem.” — I co teraz? Gadaj już! — uśmiechnęła się tryumfalnie.
— Hm …
— Co hm?
— Paskudnik powiedział, że tak go pochwaliłaś, że aż zakochał się w tobie bez pamięci.
— Oj! A poza tym wszyscy zdrowi? — Czy ten Farin nie stroił sobie z niej żartów?
— Zdrowy czy niezdrowy, nie ma to znaczenia, bo jest taki raczej nieśmiertelny. Ale zaczekajmy, niech no tylko pojawi się jakaś następna dusza i za coś go pochwali.
— Mówiąc szczerze, Farinie ze Zgniłych Dołów, całe to gadanie o demonach kompletnie miesza mi w głowie. Tymczasem mam już dość zamieszania sama ze sobą.
— Co to za uczucie być prorokiem?
— O wiele mniej fajne, niż to brzmi. To raczej brzemię, bo przyszłość z jakiegoś powodu wciąż jest pełna brutalnej śmierci. Pewnie jakiś problem z ludzką naturą. Poza tym mam wrażenie, że te wizje jakoś szkodzą mojemu zdrowiu, właściwie odbierają mi siły życiowe. Dlatego nawet nie chcę ich już powtarzać.
— Rozumiem! Nikt cię nie będzie do nich zmuszał. A co z twoimi planami?
— Chcę je dziś wieczorem omówić z Ki.
— Hm. Ja też muszę się zająć pewnym poważnym problemem, dopiero potem będę mógł badać jakieś proroctwa.
Aros ucieszyła się, że Farin nie naciskał na nią, nie zmuszał, by wywoływała kolejne wizje, że tak naprawdę niczego od niej nie wymagał. Wciąż jeszcze trzymała w dłoni suszone jabłko.
— Idę je zanieść Tyranii — oświadczyła i ruszyła do stajni. Na plecach czuła wzrok giermka.
Późnym popołudniem wróciła do domu dla służby z nieznanym jej poczuciem jakiegoś szczęścia. Tyrania zrewanżowała jej się za jabłko i drapanie po szyi delikatnym podgryzaniem koszuli. Aros kochała ją całym sercem.
Tymczasem artysta siedział na samym środku ich niewielkiego pokoju i wykonywał swoje dziwne ćwiczenia. Stał na jednej nodze, a drugą, a także ramionami, machał w powietrzu, raz szybko, raz wolno. Dosyć często wpadał w takie konwulsje. Miał przy tym zawsze nieobecną twarz, jakby tańczył na jakiejś chmurze i musiał się strasznie koncentrować, żeby nie spaść.
Cierpliwie zaczekała, aż skończy te swoje wygibasy.
— Posłuchaj no, Ki. Co robimy?
— Dlaczego przyjaciółka pyta mnie, gdy ma już obmyślony plan?
Ki potrafił zaglądać w sam środek jej duszy, jakby spoglądał przez szkło — jakby sam był posiadaczem Zęba Czasu.
— Nie chcę dać się w ciągnąć w coś, co mnie właściwie nic nie obchodzi. — Spojrzała na rozmówcę. — Może z wyjątkiem mojego spotkania z Wiedziwą na targu. To ona kazała mi znaleźć zaklinacza kości. Z pewnością chodziło jej o Farina.
— Wiem, że podejmiesz właściwą decyzję. — Człowieczek złożył dłonie pod brodą i skłonił się lekko.
Czarodziejka
Włosy kleiły się jej do twarzy. Łaskotały i rozpraszały. Jakieś wyjaśnienie dla tych daremnych wysiłków? Jakaś wymówka dla tych daremnych wysiłków? Stara kobieta odpędziła te myśli i kontynuowała wysiłki. Daremnie. Uparcie wpatrywała się w podkowę na stole; w skupieniu próbowała jeszcze bardziej się skupić. Mówili, że podkowa przynosi szczęście. Ale ona w ogóle nie miała okazji się o tym przekonać — w jej przypadku była prawdziwym utrapieniem. Przyglądała się temu nieszczęściu tak długo, że była w stanie rozpoznać każdą plamę rdzy, każde zadrapanie, każdą nierówność metalu.
— Rusz się wreszcie! — Od miesięcy próbowała podnieść podkowę ze stołu jedynie siłą swoich myśli. Ale mimo wszystkich wysiłków nie była w stanie ruszyć tego przeklętego, wygiętego kawałka metalu nawet o pół milimetra. I dziś było tak samo.
— Czekaj tylko! — fuknęła, podskoczyła, chwyciła podkowę swymi długimi, kościstymi palcami i z całej siły rzuciła nią o ścianę.
Czyli się da!
Niestety, ścianą tą był naciągnięty do sztywności żagiel, pełniący rolę namiotu. Ten przeklęty, wygięty kawałek metalu odbił się od materiału i wystrzelił z powrotem, prosto w jej bark. Przeklęty, wygięty i na dodatek ciężki. Ból wycisnął jej łzy z oczu. Co za farsa. Smutek wycisnął dodatkowe łzy. Najgorsza czarodziejka całych Zjednoczonych Królestw wyczarowywała słone krople z oczu. Zawsze to coś. Jedną ręką obnażyła ramię i spojrzała na ślad po uderzeniu. Na skórze zarysowała się czerwona pręga. Wkrótce na pewno pojawi się tu potężny siniec we wszystkich kolorach tęczy, który będzie jej towarzyszył jeszcze z miesiąc. „Kurczę, ale bolało.” Wcześniej nie była taka przewrażliwiona. Powoli podniosła się z zydla i spojrzała na prostą półkę pełną ampułek i fiolek z płynami w najróżniejszych kolorach. Nie, żadna z tych mikstur tu nie pomoże. Potrząsnęła ze smutkiem głową i podeszła z trudem do skrzynki na skraju namiotu, skąd wyjęła słoiczek z jakąś maścią.
„Może powinnam zamienić podkowę na ptasie pióro i sprawdzić, czy da się je poruszyć dmuchaniem?”
Nie, nie, uspokoiła się i podniosła górną wargę.
— Jesteś najlepszą czarodziejką w całych Zjednoczonych Królestwach. — Jakiś głos z tyłu głowy dodał bez pytania: „Ale tylko dlatego, że jesteś też ostatnią ze swego cechu.”
Westchnęła i usiadła z powrotem. Rzeczywiście, mogło tak być, bo Nynevé, ostatnia z pradawnych wróżbitek, została kilka miesięcy temu spalona na stosie w Opoce jako czarownica. Z nostalgią wspomniała swoją nauczycielkę i mistrzynię. Mnóstwo jej zawdzięczała. Nynevé pojawiła się w jej życiu zupełnie nagle i powiedziała: „Będę cię uczyć przez siedem lat, siedem miesięcy i siedem dni.” No, jasne, jasne. „Poproszę jeszcze o siedem godzin”, odpowiedziała jej wówczas Frenja, uznając kobietę za kompletną wariatkę.
Ale właśnie tak się to zaczęło i następnego dnia odbyła się pierwsza lekcja. Wszystkiego, co Frenja wiedziała o sposobach leczenia, o mocy ziół i mieszaniu eliksirów, nauczyła się od Nynevé. Ale nauki te wykraczały poza świat widzialny; w szóstym roku pradawna wróżbitka pozwoliła jej wejrzeć w przestrzenie ponadzmysłowe, a w siódmym — w tajemnice magii. Były to najcudowniejsze miesiące jej życia. Poznała wielką moc pływów, zachwycała się porywczością światła, głębią ciemności i gwałtownością bólu. Dla Nynevé zawieszenie w powietrzu podkowy było drobiazgiem. Nazywała to „lewitowaniem”. Niestety, Frenji nie była dana umiejętność zbierania sił i energii żywiołów natury i przekształcania ich w magię. Ani w czasach, gdy zdobywała nauki, ani dziś, a przy tym widziała, jak wielkie sfery potężnych sił otaczały ludzi. Sił natury, sił dobra i sił zła. Mocy, których działania ludzie ci nie rozumieli. Dzięki pobranym naukom Frenja przynajmniej je wyczuwała. Tak jak inni ludzie czuli oddech wiatru albo promienie słońca, ona wyczuwała to, co niewidzialne, a jednak nie umiała tego w żaden sposób wykorzystać.
Przez jej ciało przeszedł dreszcz; przypomniała sobie chwilę, gdy do jej namiotu nagle wszedł zaklinacz kości Farin, a potem jego dłoń dotknęła jej dłoni. Moc drzemiąca w tym młodym człowieku wywołała u niej mrowienie. Nynevé zapowiedziała jej już przed laty: „Przybędą do ciebie w czas Wielkiego Turnieju. Złącz proroka i zaklinacza kości w dobrej godzinie, Bo tylko sojusz demona i objawienia uratują Królestwa przed ogniem piekielnym.” Pierwotnie Frenja stwierdziła, że to jakiś nonsens.
Wiadomo, niewyobrażalnie wielkie zagrożenie wymagało jeszcze większego bohatera!
Jednak kiedy w siódmym roku nauki przekonała się o prawdziwej sile Nynevé, zrozumiała, jak wielkie znaczenie mają jej słowa. A lata później rzeczywiście przyszli do niej: zaklinacz kości i jego demon. Aby móc sprostać swojemu zadaniu, zapragnęła pozostać w pobliżu Farina, dlatego zgodziła się przyjąć posadę uzdrowicielki na dworze rycerza Emicha. I teraz na dodatek zarobiła kilka dodatkowych srebrników i pozwolono jej rozbić namiot w cieniu Burzowej Twierdzy. Zdecydowanie — to właśnie cień stanowił największą zaletę tego zamku, przynajmniej w letnie miesiące. Bo tak poza tym te szare, kanciaste, ciężkie mury ciążyły jej na duszy.
Oparła głowę na przedramieniu. Dziwny człowiek z tego Emicha. Spotkała go tylko dwa razy — najpierw w czasie Wielkiego Turnieju, gdy ucierpiał na skutek trucizny, i gdy musiała go leczyć; za drugim razem zaproponował jej wstąpienie do jego służby. A wstąpienie do służby — to brzmiało, jakby miała mu służyć, zaś służyć na pewno nikomu nie chciała. Jednak rycerz nie miał nic złego na myśli, propozycję złożył zapewne dlatego, że poprosił go o to jego giermek, Farin. Znowu ten zaklinacz kości — wszystko zdawało się obracać wokół tego niewyróżniającego się niczym młodego człowieka. Czy udało mu się spotkać proroka? I w jaki sposób Frenja miała mu pomóc, tworząc kolejne plecionki z mchu w swoim namiocie? Na dodatek z dnia na dzień wcale nie stawała się młodsza. Poczuła głód. Rzuciła krzywe spojrzenie na stary chleb leżący obok pieca; z jednej strony zazielenił się już nieco i sczerniał, na pewno nie wyglądał zachęcająco.
Usłyszała zbliżający się tętent koni. Ledwie kilka mgnień oka później w wejściu do namiotu stanęła niewielka postać w skórzanym mundurze królewskiego wojska. Zdobiący pierś przybysza żółtoczarny sokół wędrowny pobłyskiwał w słońcu.
— Mmmm! — wyraził się najwyższy zarządca burgrabi. Nie był w stanie wydobyć z siebie wiele więcej niż kilka podobnych odgłosów. Ludzie nazywali go rycerzem Dopałkiem. Mimo tego defektu i karlego wzrostu cieszył się szacunkiem i poważaniem mieszkańców zamku. Był to prawdziwy fenomen, bo zwykle taka odmienność była przedmiotem kpin albo wstrętu, w najlepszym razie pretekstem do występów w cyrku.
Zwykle Frenja nie lubiła, gdy wyrywano ją z rozmyślań, jednak tym razem wręcz się ucieszyła. Podniosła głowę.
— Czemu zawdzięczam ten honor waszej wizyty, rycerzu Dopałku?
Skinął na powitanie, a potem, składając dłonie na piersi w geście prośby, wskazał brodą wyjście z namiotu.
— Oczywiście, już idę.
Przeszli przez łąkę prosto ku tym przygnębiającym murom. Potężny pomnik ludzkiej żądzy mordu, walki, zabijania, zdobywania, bronienia się… byle zdominować innych. Czyżby podawała w wątpliwość samą konieczność istnienia tej smutnej budowli? Jedyną odmianę stanowiły blanki i otwory strzelnicze. Zawsze na zmianę. Zniesmaczona odwróciła wzrok, zdecydowanie bardziej lubiła patrzeć na przyrodę. Różne odcienie zieleni wprost ją odurzały, pachniało latem, niezliczone owady grzały się w południowym słońcu, a świerszcze grały swą pieśń rozpisaną na wiele głosów. Kochała kwieciste łąki, prawdziwe rojowisko różnych form życia. Kiedyś, na obszarze niewiele większym niż powierzchnia jej namiotu, znalazła ponad czterdzieści różnych gatunków zwierząt i roślin. I one, mimo całej swej różnorodności, potrafiły znosić się nawzajem. Ta myśl sprowadziła jej spojrzenie z powrotem na smutne mury.
Dopałek poprowadził Frenję do niewielkiego osiedla chat na skraju Burzowej Twierdzy. Mieszkali tu prości rzemieślnicy, drwale, garbarze i hycle, których nie było stać na mieszkanie między murami — albo po prostu nie byli tam mile widziani. Wskazał dłonią na wąską chatynkę. Drzwi wisiały krzywo w zawiasach, okien nie było wcale. Ze środka dało się słyszeć głośne zawodzenie.
Przygotowując na najgorsze zwłaszcza swój zmysł powonienia, wróżbitka podążyła za swoim przewodnikiem do środka.
Jakiś kobiecy głos biadolił: — Panie, czy to naprawdę konieczne? Przecież jest taki osłabiony.
Co tu się działo? Oczy Frenji powoli przyzwyczajały się do ciemności. Z dwóch pochodni wydobywały się sadza i dym. Jakby niechcący rzucały też ciemne światło na mroczny widok. Mężczyzna i kobieta stali przed siennikiem i patrzyli na leżącego u ich stóp może sześcioletniego chłopca. Dziecko się nie poruszało, oczy miało zamknięte, a jego czoło perliło się od potu. Lewe przedramię i bark przykrywał brązowawy opatrunek. Obok chłopca klęczał drugi mężczyzna, ubrany w białą opończę z kapturem. Frenja natychmiast go rozpoznała, był to Enariusz, zamkowy medyk. W lewej ręce, nad samą głową chłopca, trzymał ostre dłuto, w prawej — młotek. Skoncentrowany na swej pracy nawet nie zauważył nowo przybyłych.
— Zrobimy tylko niewielki otwór na wiertło. Musimy otworzyć czaszkę, żeby zmniejszyć ciśnienie w mózgu. To złagodzi gorączkę, która na skutek rany trawi waszego syna. — Wziął zamach, by uderzyć młotkiem w dłuto.
Frenja, nie wierząc własnym oczom, podeszła do niego i szybkim ruchem ręki chwyciła medyka za ramię.
— Czy wyście kompletnie powariowali? — Pokręciła głową z niechęcią.
Enariusz wyrwał przedramię. Wstał z pewną siebie miną.
— Któż to waży się przeszkadzać mi w pracy i podważać moje metody leczenia? — Spojrzał na nią krótko. — Ach, to ta przybłęda, rzekoma wróżbitka i szeptucha. Co wam przyszło do głowy?
Frenja z niedowierzaniem przyglądała się dłutu w ręku mężczyzny i mechanicznemu wiertłu leżącemu obok siennika na schodzonym, glinianym klepisku.
— A co wam przyszło do głowy? Że jesteście kamieniarzem albo murarzem? Ręce precz od chłopca!
— Wynocha stąd, muszę zająć się leczeniem ciężko chorego dziecka. Dotknijcie tylko jego czoła. Wkrótce strawi go gorączka.
— Może od razu obetniecie mu głowę. To na pewno wypędzi gorączkę. — Poczuła nieodpartą złość. Co za niedouczony konował! — Nie bylibyście w stanie wyleczyć nawet zdrowego! Koniec z eksperymentami na biednym dziecku.
Mężczyzna wyglądał tak, jakby miał zaraz rzucić się na nią z pięściami.
Jedną już nawet podniósł do uderzenia.
— Ehrm! — mruknął Dopałek.
Enariusz natychmiast opuścił ramię.
— Panie rycerzu, zupełnie was nie zauważyłem, wybaczcie.
Frenja zadysponowała z wściekłością w głosie: — Od tej pory nie dotkniecie chłopaka.
Medyk wciąż jeszcze stał niezdecydowany, jego oczy błyszczały, a mina mówiła wszystko: dla niego szeptucha pojawiła się jak zbawienie. Frenja nie miała wątpliwości, że dawno już stracił nadzieję na uratowanie pacjenta. Teraz natomiast mógł zrzucić z siebie odpowiedzialność za rychłą śmierć dziecka.
Westchnęła ciężko; niewyparzona gęba znów ściągnęła na nią kłopoty i trudne zadanie leczenia dziecka. Już czuła na plecach dodatkowy ciężar, wielki jak worek mąki.
— Po pierwsze, wynieście chłopca na zewnątrz, jest piękna pogoda. Jak można go trzymać w tej zatęchłej, ciemnej chacie? Chcecie go udusić?
— Natychmiast, pani. — Ojciec chłopca, wychudzony, garbaty mężczyzna, zgarbił się jeszcze bardziej i podniósł chłopca. Ostrożnie wyniósł go na zewnątrz i położył na trawie.
Jedno spojrzenie na zawilgocony i zakrwawiony siennik wystarczyło, by Frenja zakomenderowała: — Wyrzućcie ten śmietnik. Na noc przygotujcie mu świeże legowisko na czystym sianie.
Medyk Enariusz przyglądał się wszystkim tym działaniom z arogancką miną. Był głęboko przekonany, że chłopca i tak nie da się uratować.
— Dzięki moim metodom to biedne dziecię miałoby jeszcze jakieś szanse na wyzdrowienie. — Wzruszył ramionami. — Ale najwyraźniej wszystko wiecie lepiej. Równie dobrze możecie od razu położyć go na popiołach. Tylko proszę potem żadnych pretensji w moją stronę, szanowna koleżanko. Życzę wam sukcesów, głównie ze względu na dobro dziecka i jego rodziców.
Frenja rozumiała, że wszystkie te wywody były równie fałszywe, co jego sposób leczenia. Matka zaczęła płakać. Położyć na popiołach znaczyło „pożegnać kogoś na zawsze”, zmuszając śmierć, by pozostała przy samej ziemi i nie miała szansy ruszyć w podróż po kolejne okoliczne dusze.
Starając się zachować pozory spokoju, Frenja zwróciła się do medyka: — Zrobię, co w mojej mocy. Jak dziecko ma na imię, Enariuszu?
Medyk wzruszył ramionami bez emocji.
— A niby skąd mam to wiedzieć? Jakie to ma znaczenie przy leczeniu?
— Idźcie już stąd! — ofuknęła go wróżbitka.
Enariusz syknął: — To jeszcze nie koniec! Jeszcze się zdziwicie, wszyscy. — Usta wykrzywiła mu wściekłość, założył kaptur głębiej na głowę, a potem, nie wiedzieć czemu, jeszcze się przeżegnał. I wreszcie poszedł sobie.
Teraz Frenja mogła się już skoncentrować na chłopcu. Długimi palcami odwinęła opatrunek z ramienia i barku. Przyjrzała się ranie w blasku słońca. Skrzywiła się od smrodu gnijącego mięsa. Pomiędzy skrzepami krwi sączyły się strużki ropy. Jakaś larwa w pośpiechu schowała się w ranie.
Szeptucha odwróciła się do matki, by wyrwać ją z letargu i przerwać zawodzenia: — Jak nazywa się mój mały pacjent?
— Ma na imię Noe.
— Dobrze zatem, uczynię, co w mojej mocy, by pomóc Noemu. Nie chcę was oszukiwać, to nie będzie proste, ale póki co jeszcze nie umarł. — Ponownie skoncentrowała się na dziecku.
— Co mu się stało?
— To było drobne zadrapanie. W czasie zabawy… za tymi jeżynowymi krzewami — zaszlochała matka.
Frenja położyła dłoń na piersi chłopca, jego serce biło jak u zająca.
— Sześć dni temu?
— Tak, skąd to wiecie?
— Rozpoznaję po stanie zapalenia. Przy takim rodzaju rany nie ma szans uniknąć gorączki i dreszczy, ale żeby go wyleczyć na pewno nie potrzeba otwierać mu czaszki. — Potrząsnęła głową, wciąż jeszcze zdegustowana działaniami medyka.
Ojciec chłopca szepnął: — Uratujecie go?
— Rana nie ropieje jeszcze od zbyt dawna, wygląda na to, że miazmaty nie dostały się jeszcze do krwi, nie tracę więc nadziei. Ale nie będzie łatwo. Przy podobnej ranie na ręce albo nodze można jeszcze w najgorszym razie dokonać amputacji, ale z barkiem oczywiście tak się nie da. — Spojrzała na ojca chłopaka. — Kiedy sprowadziliście medyka?
— Dopiero wczoraj wieczorem. Ledwie nas stać na jego usługi. — Opuścił głowę.
Nie było sensu dalej o tym mówić.
— Najpierw musimy zbić mu gorączkę, zróbcie zimne okłady. Potrzeba wody, dużo czystej wody. Chłopak musi ją też pić. Dodatkowo ranę trzeba codziennie przemywać. — Wyglądało na to, że medyk Enariusz jeszcze nie zdążył wykonać tej czynności. Ojciec zniknął w chacie i po chwili wrócił z dwoma drewnianymi wiaderkami.
— Skoro przyprowadził was rycerz Dopałek, to na pewno miał swoje powody — powiedział. — Przyniosę wody ze studni. Powierzam wam syna.
Worek mąki, który spoczywał na jej ramionach, nagle zaczął ważyć jeszcze więcej.
Obok usłyszała ciche: — Hrm.
Wzięła to za słowo zachęty, bardzo jej teraz potrzebowała. Rodzice Noego nigdy nie wpadliby na to, żeby po nią posłać. Wpływy wielkiego medyka Enariusza były zbyt silne. Ale w takim razie dlaczego rycerz Dopałek to uczynił? Tą kwestią mogła się zająć później, teraz były pilniejsze sprawy.
— Ciało Noego musi podjąć walkę z infekcją. A my musimy je wspierać. Uwarzę napój, który wzmocni jego siły. — Zaufanie do własnych umiejętności nieco ją uspokoiło, choć nie była jeszcze całkiem pewna, jakich składników powinna użyć.
— Niech wam Bóg błogosławi! — powiedziała matka. — To nasze jedyne dziecko.
— Macie może czystą lnianą chustę?
Skinęła i znikła w chacie.
Frenja potrzebowała niemal godzinę, by porządnie przemyć ranę. Wyglądało na to, że na początku rana rzeczywiście była drobna, ot, zadrapanie, zbyt małe, niegroźne, niewarte, by je zszywać. Szeptucha spojrzała na rodziców stanowczym wzrokiem: — Wrócę jutro wieczorem. Dawajcie mu dużo wody do picia. — Popatrzyła w niebo i wciągnęła nosem powietrze. — Nie będzie padać. Możecie go bez obaw zostawić tu, w cieniu, tylko dobrze go przykryjcie.
Powróciwszy do namiotu, Frenja zaczęła się zastanawiać. Chciała uwarzyć eliksir, który uratowałby Noego. Lekarstwo, które z jednej strony zbiłoby gorączkę, a z drugiej — pomogło ciału zwalczyć zapalenie. Zdawała sobie sprawę, że gorączka może wspierać pacjenta w walce z chorobą, jednak zbyt wysoka zanadto osłabiała pacjenta. Do niewielkiego garnka stojącego na ogniu Frenja wlała trochę octu jabłkowego, dorzuciła kilka ziół, czosnek i nieco miodu. Ostrożnie podgrzewała zawartość naczynia do temperatury ciała, aż miód całkiem się upłynnił. Nucąc pod nosem, dodała do mikstury czosnek niedźwiedzi, kilka kropel wyciągu z korzeni arniki i odrobinę ropuszej trucizny. Powoli mieszała breję, oczywiście w lewą stronę, aż mikstura zmieniła się w gęsty nektar.
Z lekarstwem w ręku wróciła do Noego. Jego stan wyraźnie się pogorszył, ciało wokół rany sczerniało przez poprzedni dzień, zgnilizna wgryzała się w zdrową tkankę jak głodny drapieżnik, a smród unosił się w niebo. Frenja ostrożnie podała dziecku swój wywar. Drobne usta i wąskie wargi z trudem radziły sobie z tym zadaniem. Matka i ojciec patrzyli na nią w napięciu, szargani rozpaczą i nadzieją.
— Ile wypił przez ten czas? — zapytała.
— Kubek wody — odpowiedział ojciec.
— W takim razie podajcie mu przed nocą jeszcze jeden. Koniecznie. Traci zbyt wiele płynów.
Mężczyzna przełknął ślinę. Frenja nie miała wątpliwości, że zdawał sobie sprawę ze stanu swego syna. Rzadko kto był w stanie przetrwać ranę z tak zaawansowanym zapaleniem.
— Jeśli będziecie mnie potrzebować w nocy, poślijcie po mnie, jeśli nie — wrócę o świcie — powiedziała.
Mężczyzna skinął słabo, kobieta zapłakała.
Wolnym krokiem szeptucha wróciła do namiotu. Sama także dobrze wiedziała, że szanse na uratowanie chłopca jej metodami były niewielkie. Minimalne.
Szarzyca
Mroczne myśli niemal doprowadzały Farina do szaleństwa. Za wszelką cenę próbował nie wyobrażać sobie, co się stanie z Emichem, kiedy Niewypowiedziany przejmie nad nim kontrolę. I za każdym razem, kiedy starał się nie wyobrazić sobie czegoś, to właśnie to sobie wyobrażał. Dla odwrócenia uwagi szedł do niewielkiej zbrojowni, gdzie z wielką starannością sprawdzał rzemienie i zawiasy płytowej zbroi swojego pana. Potem siadał na zydlu i polerował pancerz aż do momentu, gdy mógł się w nim przejrzeć jak w zwierciadle. Wybrzuszenie powodowało, że odbicie wydawało się pełniejsze niż w rzeczywistości, tak jakby od miesięcy codziennie pałaszował całego barana. Chociaż nie było mu specjalnie do śmiechu, wyszczerzył się na tę myśl do swego wizerunku.
Głupkowaty Robak, zaskrzeczał aż za dobrze znany głos w jego wnętrzu.
Giermek zupełnie się tym nie przejął, tylko odwrócił tarczę. Na koniec natłuścił skórzane elementy zbroi i wszystko powiesił z powrotem na stojaku.
W Zjednoczonych Królestwach dzielę ludzi na dwa rodzaje: tych z forsą i tych bez niej.
— Ojej! — pomyślał Farin. Paskudnik najwyraźniej się nudził, a to brzmiało groźnie. Groziło wykładem, wywodem i wywlekaniem nieprzyjemnych spraw.
Wolał nie prowokować demona, więc po prostu siedział cicho. Nie pomogło.
To jedna z moich obserwacji po stuleciach przyglądania się twoim ziomkom.
Byle nie okazywać ciekawości. Farin zaczął nucić piosenkę o wesołym siodlarzu. Daremnie.
Ci z forsą leżą w pieleszach i śpią albo siedzą na tyłkach i jedzą. Jedzą tyle i tyle, rozmyślają o tym, jak tu jeszcze bardziej się wzbogacić, że zaraz znów się męczą i kładą z powrotem do łóżek.
— Co ty nie powiesz.
Gdy raz już się rozpędził, demona nie powstrzymałyby choćby i zamkowe mury z najgrubszego granitu.
Natomiast ci bez forsy, a jest ich znacznie więcej, leżą w łóżkach albo pracują. Pracują tyle, że zaraz znów się męczą i kładą z powrotem do łóżek. Tak tworzy się krąg życia. Oba sorty to gorsze sorty.
Do czego to zmierzało?
Mój Robak oczywiście należy do tej drugiej kategorii. Haruje, zamęcza się i urabia sobie ręce, a mimo to nie ma grosza przy duszy.
— Jasne, jasne. Dotarło. Masz rację — zgodził się Farin. I… ziewnął. Po pracy zawsze czuł potrzebę, by się położyć.
A wszystko po to, by pierwszy sort wzbogacił się jeszcze bardziej i mógł spać jeszcze dłużej. Zanim całkiem się załamiesz z przepracowania, mógłbyś poprosić swego rycerza o jakieś odrobaczanie.
— Paskudniku, co z tobą? Aż tak zmęczony nie jestem. Nie utrudniaj mi życia. Czasami zupełnie niepotrzebnie bawisz się w jakieś niedomówienia.
Nie zapomnij wyczyścić tego szerokiego miecza.
Farin grzecznie zdjął broń ze stojaka i przyjrzał się ostrzu.
Najwyraźniej muszę wyrazić się trochę jaśniej. Nie masz nic pilniejszego do roboty, niż czyszczenie mieczy?
— Jutro rano jadę do Burzowej Twierdzy. Zależy mi, żeby wszystko zostawić w jak największym porządku.
Czyli naprawdę chcesz wracać i przywieźć tamtą księgę?
— No, chyba że mi po prostu zdradzisz, w jaki sposób moglibyśmy bez jej pomocy uwolnić mojego pana od znamienia Niewypowiedzianego.
Wszystko, co wiem na ten temat, zdążyłem ci już wypaplać. Chodzi o to, że ściągnięcie tego tomiszcza z Północy będzie trwało o wiele za długo. Będziesz potrzebował co najmniej trzech tygodni na podróż w tę i z powrotem. A jak cię znam, pewnie po drodze potkniesz się o jakieś mrowisko albo nawet o własne nogi, zgubisz drogę albo trafisz na każdego nekorianina, który błąka się między obydwoma zamkami, albo dostaniesz udaru słonecznego, albo…
— Litości! Paskudniku, przecież doskonale wiem, że bez twojej pomocy jestem tylko samotnym robakiem pośród stada wron. Jestem ci wdzięczny, że mi jesteś do pomocy…
Zgadza się, taki diabeł stróż zawsze się przyda. Prawda?
— Prawda. Ale prawdą jest także to, że nie chciałbym nadmiernie cię wykorzystywać. — „W przeciwieństwie do Vigo”, dodał Farin w tajemnicy.
Głos Paskudnika przybrał nieco bardziej konstruktywną nutę: Bo ja mam pomysł, co moglibyśmy razem zrobić…
Tym razem syn grabarza zaciekawiony przerwał pracę.
— Wytężam słuch.
Ty będziesz robił to, co i tak umiesz najlepiej…
— Hm. Czyli niby co? Polerowanie zbroi?
Ach, daj spokój. Nie rób już z siebie takiego niedojdy, odparł Paskudnik po przyjacielsku. Doskonale radzisz sobie także z szorowaniem mieczy.
Farin westchnął ciężko.
— Boki zrywać.
Co nie? Jednak głos demona nieco spoważniał. Tak naprawdę chodzi mi o coś innego.
— Czyżby? Cóż jeszcze tak dobrze mi wychodzi?
— Spanie. I w sumie to nic dziwnego, ćwiczysz się w tym pół życia.
— No jasne! Mam wrażenie, że wracamy do początku twoich wywodów. Mówię serio. Położysz się spać i znowu razem odwiedzimy Sżortenaan.
— Szortenan?
— Ha, ha, prawie. Zwane także Szarzycą. To na pewno łatwiej wymówić.
— Szarzyca? Kto albo co to jest?
Taki koślawy wymiar.
— A, jasne.
Jakie znowu „jasne”? Teraz jest ten moment, kiedy ty pytasz „Czym do diabła jest koślawy wymiar”?
— Wielki Paskudniku, bądź, proszę, tak dobry i wyjaśnijże mi, czym do diabła jest „koślawy wymiar”?
Ty to naprawdę kompletnie nic nie wiesz. To jest oczywiście wymiar pomiędzy wymiarami.
Farin odważnie zrezygnował z kolejnego „,a, jasne”. Chimera po prostu uwielbiała, żeby ją wypytywać.
— Wszechwiedzący demonie… czymże do diabła jest wymiar pomiędzy wymiarami?
To po prostu zmienny wymiar. Taki, który żyje dzięki snom i szaleńczym wizjom. — I niby jak ma to nam pomóc?
Tak do końca to jeszcze nie wiem. Ale spróbować warto. I wymyśliłem plan. Zgrubny taki.
— Hm — całe życie to taki zgrubny plan. — Farin pomyślał przez chwilę. — Zastanawiałem się właśnie, czym ty się zajmujesz, kiedy ja śpię. Czasami, kiedy się budzę w nocy, wydajesz się być gdzieś bardzo daleko. No dobra, co tam wymyśliłeś?
Wymyśliłem, jak moglibyśmy oszczędzić sobie całej tej długiej wyprawy do Burzowej Twierdzy i z powrotem. To będzie niespodzianka.
— Im szybciej będziemy mogli pomóc Emichowi, tym lepiej.
Kiedy tylko zaśniesz, wezmę cię za rękę. Dobra?
— Ale wiesz, co robisz?
Czy kiedykolwiek było inaczej?
Koślawy demon, koślawy wymiar, koślawy plan. Farin powstrzymał się od komentarza. Paskudnik obrażał się szybciej niż kucharka.
— Zgoda. Dla Emicha jestem gotów na każde ryzyko.
To jest tylko trochę bardziej niebezpieczne niż pojedynek z Gorianem von Siegesmundem.
— Coooo?
Ale może się opłacić. I przecież będę przy tobie.
Farin przekoślawił głowę: — To jest twój pomysł, Paskudniku. Mam do ciebie zaufanie. Jeśli tak trzeba, jeśli to pomoże, wchodzę w to.
Włożył miecz z powrotem do pochwy. Czy Emicho podniesie go kiedyś na Farina, gdy przejmie nad nim władzę Niewypowiedziany? Tak czy siak, giermek miał obowiązek dbać, by broń i zbroja jego rycerza były w nienagannym stanie.
Kiedy Farin wszedł do wielkiej sypialni, Plaudius, Drogdan i Baraldon już spali.
Grubas chrapie jak Cerber po apokalipsie. Mam nadzieję, że mimo tego hałasu dasz radę w ogóle zasnąć.
— Dam z siebie wszystko, w końcu ćwiczę się w tym przez pół życia — szepnął Farin.
O, widzę, że coś wyniosłeś z mojej lekcji.
Chwilę później Farin leżał już na materacu i zamknął oczy. Jego oddech powoli się uspokajał i zwalniał.
— Możemy zaczynać, cokolwiek to ma być — pomyślał i spróbował się odprężyć.
Nie całkiem mu się to udało, bo łóżko zaczęło się nagle kręcić. Kiedy Farin otworzył oczy, kompletnie zakręciło mu się w głowie. Kręcił się coraz prędzej, przyłączył się do niego także koc, nie cały pokój — tylko on obracał się w przeciwną stronę? Siła obrotu była tak wielka, że oczy wyszły mu z orbit. Opadł, nie, lewitował, przeleciał przez wąski snop światła, odwrócił się jeszcze w ostatniej chwili bokiem, żeby się weń w ogóle zmieścić. Chmury, drzewa, łąki — wszystko to tylko śmignęło obok, aż w źrenicach rozbłysło mu rażące światło. Zacisnął oczy, jak tylko mógł najmocniej.
Witaj w Sżortenaan.
Farin z trudem otworzył oczy. W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś wetknął go głową w dół w jakąś chmurę. Ogarnął go bezwład, nie był w stanie zebrać myśli, otaczała go nieprzenikniona szarość.
— Szarzyca!? — wymruczał. — A gdzie podłoga?
Może spróbujesz na dole? Nie stawaj mi tu okoniem.
Stanął na nogi. Czuł, że jest na nich jakiś ciężar, ale jakby mniejszy niż zwykle. Stóp nie był w stanie zobaczyć, na wysokości kolan, jak okiem sięgnąć, wisiała gęsta mgła.
Działają tu inne zasady niż w twoi wymiarze, tu możesz skakać znacznie dalej i wyżej. Grawitacja jest mniejsza.
Jęcząc żałośnie, syn grabarza zapytał: — Czy to się odnosi także do rzygania? Strasznie mnie mdli.
Gdybym miał zgadywać, to raczej tak — ale najlepiej spróbuj.
Nic dziwnego, że Paskudnik nazywał się Paskudnik.
— Co to jest grawi… tacja?
Siła, która ściąga rzeczy na ziemię.
Farin nie poczuł się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
— A niby jak? Oczywiście, że rzeczy spadają na ziemię. Niby jak coś miałoby spadać na górę?
To wcale nie jest takie oczywiste. Dlaczego jabłko spada z gałęzi na ziemię?
— To chyba jasne. Bo nie umie latać! Gdyby umiało, nazywałoby się ptakiem. Paskudnik jęknął.
Zostawmy ten temat. To nie pierwszy raz, gdy trafiamy na granicę twoich możliwości.
— Właśnie, mamy ważniejsze sprawy na głowie. — Farin ostrożnie zaczął stawiać jedną stopę przed drugą. W obliczu tej mgły i pewnie z powodu mniejszej wagi ciała czuł się, jakby stąpał po chmurze. Otaczały go wysokie drzewa; świeciły srebrzyście jak półksiężyc w lesie w Zjednoczonych Królestwach. Kolorów nie widział żadnych, wszystkie tonacje brązów i zieleni zmieniły się w różne odcienie szarości.
— Prawdziwa szarzyca!
Chimera westchnęła z bólem.
Prawdziwy kawalarz z ciebie.
— Dokąd mam iść?
Zawsze tam, gdzie cię oczy poniosą, odpowiedział Paskudnik bardzo pomocnie.
Powoli maszerował po miękkim gruncie, który wydawał się podobny do łąki po tygodniowym deszczu. Dla Farina fakt, że nie widzi podłoża, był kolosalnym problemem. Ale gorsze było co innego: Przy każdym kroku słyszał, jak pod jego stopami coś dziwnie chrzęści. Wreszcie zatrzymał się poirytowany: — Po czym ja cały czas idę?
To nic niebezpiecznego, jakieś robaki, żuki i pająki.
Jakby na potwierdzenie dał się słyszeć głośny trzask, jakby nastąpił na jakiegoś szczególnie tłustego karalucha.
— Co za obrzydlistwo! Chcę się natychmiast obudzić!
Nie stawaj mi tu okoniem. Jesteś jeszcze gorszy niż Gerlunda.
— Że co? Byłeś tu kiedyś z tą starą czarownicą?
Pewnie — ale tylko po to, żeby się z nią podroczyć. Od tego momentu zaczęła sobie regularnie wydrapywać krzyż na piersi. Chimera zagulgotała z zadowolenia. Jakby to miało w czymś pomóc.
— Nie traktowałeś jej jakoś nadmiernie uprzejmie.
— Czasem potrafisz przemawiać naprawdę dyplomatycznie… nawet ciebie łatwiej mi znieść niż Gerlundę.
Ta pochwała spłynęła po Farinie jak woda po kaczce.
— Dobra, to teraz gadaj wreszcie. Po co mnie tu sprowadziłeś? Jak brzmi ten twój… zgrubny plan?
Musimy znaleźć Koszmarraka.
— Ach, jego.
Cieszę się, że pytasz. To demon snów. Mieszka tu niedaleko. Idź dalej.
— Wyjaśnisz mi, czym jest „demon snów” sam z siebie, czy muszę koniecznie o to zapytać?
Hm. Niechętnie. Tym razem jednak wolałbym cię zaskoczyć.
Obrzydliwy chrzęst pod stopami nie przestawał dawać znać o sobie. Z pewną obawą Farin zatrzymał się i podniósł stopę, żeby ujrzeć ją ponad mgłą.
Jeśli się zatrzymasz, wdrapią się pod nogawkę i ugryzą Robaka w robaka.
Syn grabarza zaczął natychmiast podskakiwać, jakby rozgniatał winogrona w kadzi.
Żartowałem. Z Gerlundą też tak się zabawiałem. Piszczała jak setka prosiąt przed zaszlachtowaniem. Paskudnik wspominał to z wyraźnym zadowoleniem. Ruszaj dalej i depcz z całej siły. Musimy się ruszać, żeby nas zauważył.
— Chcę się natychmiast obudzić!
Uwierz mi, jesteśmy na najlepszej drodze. Koszmarrak natychmiast zauważa, gdy po jego sennym lesie kręcą się obcy. Strasznie się wkurza. Więc zapamiętaj, kiedy się pojawi, mówię tylko ja.
Z zaciśniętymi ustami, czując mrowienie i drapanie pod stopami, Farin ruszył dalej. Po kilku metrach gdzieś spośród koron drzew dał się słyszeć złowieszczy głos: — Intruzi! Co ten ciemięzca robi w moim lesie?
„Ciemięzca? Cóż za przyjemne miano, prawie jak Paskudnik”, pomyślał Farin.
— Musisz nam pomóc! — powiedziała Chimera głośno.
Z wierzchołków drzew spadł na nich drwiący śmiech. Potem za jednym z szarych dębów z prawej strony pojawił się ruch, a potem wyłoniła się jakaś postać.
— Już drugi raz przyprowadzasz do mojego królestwa jakiegoś deptacza. Nienawidzę tego!
Farin spoglądał na stojącą przed nim istotę z zakłopotaniem. W niego zaś wpatrywało się dwoje wybałuszonych oczu z pionowymi źrenicami. Wokół nich pełno było jakichś łusek, guzów i szczeciniastych włosów. Istota ta nie miała szyi ani uszu, za to dwa małe rogi. Taka mieszanka ropuchy, kozy i dzika. Demon był dokładnie tego samego wzrostu co Farin — nie, zaraz, oszukiwał trochę, bo unosił się ponad mgłą.
Koszmarrakk skrzywił się z obrzydzeniem.
— Fuj! Ten deptacz jest jeszcze wstrętniejszy niż ta starucha z poprzedniego razu. Jak ona się nazywała? Gaduła?
Oto ktoś, kto też nie umiał spamiętać imion, od razu wydał się Farinowi prawie sympatyczny. Prawie, bo z drugiej strony, im dłużej o tym wszystkim myślał, tym bardziej się irytował. „Że co? Jeszcze brzydszy niż ta… Gir… Gur…, no niż ta czarownica od ziółek? Dobra, to kwestia smaku”, uspokoił się Farin. Poza tym to wszystko to był przecież tylko sen.
Tamta piękność nosiła imię Gerlunda. A teraz przestań już się tak skarżyć, leśny demonie. Lepiej nam pomóż. Paskudnik od razu przeszedł do rzeczy.
— Pomagam tylko samemu sobie. — Założył długie, oblepione łuskami ramiona na piersiach. — Po tym twoim występie z poprzedniego razu masz jeszcze w ogóle czelność znów pojawiać się w towarzystwie i jeszcze prosić mnie o przysługę?
Wyglądało na to, że Paskudnik cieszył się w Szarzycy prawdziwą estymą.
— I po co chować urazę? Skąd mogłem wiedzieć, że Gerlunda nosi ze sobą krzesiwo? — Zapewnił o swej niewinności Paskudnik. Tamten tylko prychnął oburzony.
— Jeszcze chwila i cały las puściłaby mi z dymem.
— Ale nie puściła. — Głos Paskudnika stał się natarczywy. — Rakkusiu, sprawa jest naprawdę ważna. Potrzebuję twojego wsparcia.
— Przestań mnie nazywać Rakkusiem. Mówisz tak zawsze tylko wtedy, gdy czegoś ode mnie chcesz.
— No co ty, zawsze byłeś moim prawdziwym przyjacielem. I tym razem obiecuję, że będę ci winien przysługę.
— Nie, tylko nie to. — Leśny demon zaczął energicznie potrząsać głową. — Dług wdzięczności u ciemięzcy to siedem lat nieszczęścia.
— To nawet lepiej — w takim razie po prostu mi pomóż i tyle.
Rakkuś przyłożył środkowy z trzech palców swojej prawej dłoni do wypukłego czoła.
— Niee, to słaby interes. Niby po co miałbym to zrobić?
— Po to, żeby nie mieć długu wdzięczności u bezlitosnego ciemięzcy! — To brzmiało zupełnie jak jakiś okrzyk bojowy.
— Ty masz rację. Załatwione. Czego potrzebujesz?
— W Burzowej Twierdzy mieszka pewna wróżbitka. Nazywa się Frenja. Chcemy dostać się do jej snu i z nią porozmawiać.
Farin ze zdumienia aż stracił dech. Chimera chciała w tym koślawym wymiarze nawiązać kontakt z Frenją? Prawdziwie genialny pomysł, który otwierał zupełnie nowe możliwości, jeśliby tylko oczywiście zadziałał.
— Ale już tu jesteś. Razem z tym tam… — Rakkuś rzucił na Farina mrocznoszare spojrzenie. — Do czego ja ci jestem jeszcze potrzebny? Przecież wiesz dokładnie, co trzeba zrobić — powiedział demon jakby podstępnie, a jego pozbawione powiek oczy zadrżały.
— Oczywiście, że cię potrzebuję. Niby gdzie mam zacząć poszukiwania? Każdy listek w tym lesie to jeden sen w Zjednoczonych Królestwach. Żeby znaleźć akurat Frenję potrzebowałbym z dziesięciu lat.
— Hi, hi. Co najmniej. Całkiem zapomniałem, że jest ich tu tyle. — Rakkuś pławił się w świadomości, że Paskudnik jest od niego uzależniony.
— No to nie ma co kręcić się w kółko. Po prostu mi powiedz, gdzie są jej sny.
— Ale potem zmykacie stąd i więcej mi się tu nie pokazujecie. — Demon demonstracyjnie splótł znów pokryte łuskami ramiona na piersi, aby podkreślić wagę swojego żądania. Czy Farinowi tylko się zdawało, czy był w stanie objąć się tymi ramionami dwa razy?
— Dopiero kiedy doprowadzimy naszą sprawę do końca. Ale potem damy ci spokój, na co najmniej pięćset lat. Chociaż jest dla mnie oczywiste, że już wkrótce znowu za mną zatęsknisz.
— Z całą pewnością zatęsknię, ale pod warunkiem, że nie pojawisz się tu ani dnia wcześniej.
— Załatwione.
— W takim razie za mną. — Koszmarrakk ruszył przodem, wciąż unosząc się nad ziemią.
Farin podążył za nim, wciąż wydając odgłosy trzaskania i chrupania. Przyglądał się temu dziwnemu stworzeniu z mieszanymi uczuciami. Czyżby to wszystko był tylko sen? Czy ten demon istniał naprawdę, czy był tylko wytworem jego wyobraźni? Rakkuś poruszał się na swych cieniutkich nóżkach ponad gęstą mgłą z jakąś cudaczną elegancją.
Chwilę to trwało, ale wreszcie ów senny tancerz się zatrzymał.
— To tu. Widzicie ten klon? Wśród jego gałęzi uwięzione są sny Frenji Svinnegarn. Skoncentruj się na nich i czekaj, co się wydarzy.
Farin z niedowierzaniem przyglądał się zwisającym nisko gałęziom i wiszącym na nich wielkim liściom przypominającym ludzkie dłonie.
Musisz położyć swoją dłoń płasko na korze, wyjaśnił Paskudnik. I przywołać przed oczy wyobraźni tę starą wróżbitkę. Musimy się do niej dostać, to ona jest właściwą dla nas osobą. Przypomnij sobie naszą podróż do umysłu przemiłego arcybiskupa Hazarta. Procedura jest podobna, tylko tym razem naszym medium jest ten senny las.
Farin z pewnym wahaniem uczynił to, co mu kazano. Poczuł szorstką, popękaną korę klonu i zamknął oczy, żeby się lepiej skoncentrować. Wróżbitka Frenja! Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie na błoniach u stóp Burzowej Twierdzy. Siedziała w swoim namiocie, wpatrując się w szklaną kulę. „Po prostu wyciągam przesądnym idiotom pieniądze z kieszeni, opowiadam im przy tym zawsze to, co chcą usłyszeć”, kpiła.
Szara cisza. I nic oprócz ciszy. Syn grabarza niecierpliwie otworzył oczy. Kontury kory rozmyły się; po policzkach spłynęły mu łzy, jakby przypatrywał się był czemuś z nadmiernym wysiłkiem. Wytarł je rękawem i w ten sposób odzyskał nieco jasności widzenia. Przy niewielkiej beczce obok łóżka migotała nocna świeczka. Obejrzał się wokół, dookoła wszystko było koliste, siedział w okrągłym pomieszczeniu przypominającym wnętrze wieży. Potrzebował chwili, by zrozumieć, co się stało. Znowu był w jej połatanym namiocie.
— Frenjo? — szepnął z wahaniem. — To ja, Farin.
Podniosła się jak oparzona.
— A niech cię kopnie motyla noga! Czy to jawa czy sen? Skąd się wziąłeś w mojej głowie, zaklinaczu kości? — Stara wróżbitka podskoczyła i otrząsnęła się.
— No cóż, to długa historia. Potrzebujemy twojej pomocy. I to pilnie. Niewypowiedziany naznaczył Emicha i musimy podjąć akcję ratunkową.
— Zwolnij trochę. Co tu się dzieje? Ostatnio śniłam o młodym kawalerze ze sto lat temu — zachichotała krótko.
— Sprawa jest poważna. Nasz pan jest w wielkim niebezpieczeństwie. Straszliwy demon może go opętać w każdej chwili. Musimy znaleźć jakiś sposób, żeby usunąć znamię.
Wróżbitka skrzywiła głowę.
— I niby jak ja miałabym w tym pomóc?
— Potrzebujemy pewnych informacji ze starej księgi, która znajduje się w Burzowej Twierdzy.
— W tej chwili mam inne troski na głowie. Zaklinacz kości, który zakłóca mi sen, nie przyczyni się do ich rozwiązania.
Paskudnik nie wytrzymał. Posłuchaj mnie dobrze, Starucho! Gdy tylko się obudzisz, udasz się do komnaty Emicha i przyniesiesz foliał z grubą, skórzaną oprawą. To chyba nie jest aż takie poświęcenie, warknął.
Frenja przetarła oczy.
— Co proszę? Co to za bezczelnik szarogęsi się pod moją czaszką jak ostra migrena? Czy ty wciąż tam jesteś, Farinie?
— Tak, jestem. Posłuchajcie, proszę, tego bezczelnika. Poczułaś go we mnie, kiedy chwyciłaś mnie za rękę. Gdyby nie on, nie miałbym szans z tobą teraz rozmawiać. Pan naszego zamku jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, musimy działać, ale w tym celu potrzebujemy informacji z księgi demonów.
— Niby jak by to miało wyglądać? Co mam powiedzieć strażnikom przed komnatą burgrabiego? W życiu mnie nie wpuszczą! Poza tym mam ważniejsze sprawy, muszę się troszczyć o śmiertelnie chorego chłopca.
Paskudnik jęknął niecierpliwie. Typowy człowiek. Zawsze milion pomysłów, jak czegoś nie zrobić. A głośno zapytał: — Na pewno coś wymyślisz. Księga leży na biurku.
— To szaleństwo. Kompletne szaleństwo. I niby co potem?
Kiedy tylko znajdziesz się w posiadaniu księgi, odwiedzimy cię znowu w twoim śnie i rzucimy okiem, co tam piszę. — oświadczył Paskudnik z dumą w taki sposób, aby nikt nie miał wątpliwości, kto jest autorem tego genialnego zgrubnego planu.
Farin był tak odurzony samą myślą, że będzie miał możliwość przestudiowania tych zapisków, że aż zabrakło mu tchu. Czy to naprawdę było możliwe i to pomimo odległości, jaka ich dzieliła od Frenji?
Wróżbitka zdawała się nieco mniej zachwycona.
— Co to wszystko ma znaczyć? Czy to jawa, czy sen?
— Na razie jeszcze śpisz. Ale kiedy się obudzisz, zatroszcz się o książkę. Bo inaczej diabli cię porwą.
— Akurat tego najbardziej się boję. Nikt oprócz mnie nie będzie decydował o moim życiu. Precz, maro nieczysta! — Frenja w oburzeniu podniosła pięść. — Precz! Jak ty w ogóle możesz wytrzymać z tą paskudą, Farinie? Zachowuje się, jakbym tylko marzyła o tym, żeby spełniać jego życzenia. Mam ważniejsze sprawy.
— Ale jak to ważniejsze? Mówimy przecież o Emichu — odpowiedział Farin zdumiony i zły jednocześnie. — Nikt nie jest ważniejszy niż nasz pan.
— Akurat ja to widzę inaczej. — Po tonie jej głosu było słychać, że nawet zupełnie inaczej. W zdenerwowaniu przeczłapała wokół stołu. — Chodzi o ciężko chorego chłopca. Ma na imię Noe i ledwie skończył sześć lat. Obiecałam, że zrobię wszystko, żeby mu pomóc. Niby dlaczego życie Noego ma być mniej warte niż burgrabi?
To pytanie, cięższe niż tysiąc żelaznych kowadeł, spadło Farinowi prosto na głowę. Obraz wnętrza namiotu rozmazał mu się przed oczami. Zrobiło mu się głupio i zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. A to właśnie on powinien takie rzeczy wiedzieć najlepiej. Przecież wróżbitka równie dobrze mogła spytać: Czy syn grabarza jest mniej wart niż syn sołtysa? W zakłopotaniu wyjąkał: — Tak bardzo… tak bardzo się martwię o swego pana, że… w ogóle o tym nie pomyślałem w ten sposób.
— Dla mnie każde życie jest warte tyle samo. Wiem, jak ważna jest twoja misja, zaklinaczu kości, ale ja także mam zobowiązania.
— Wybacz. Co jest temu dziecku?
— Zaawansowana gangrena. Pojawiło się już gnicie, jest bardzo słaby. — Farin wyczuwał jej troskę, jej poczucie odpowiedzialności i desperację. — Nie wiem, czy jestem w stanie go uratować, ale muszę próbować aż do… — Przerwała. Westchnęła ciężko, wstrząsnął nią spazm.
To brzmiało nie za dobrze, nieraz miał wątpliwą przyjemność mycia ludzi złożonych gangreną.
Nieoczekiwanie odezwał się Koszmarrakk.
— Rozejrzyj się po swoim namiocie, starucho.
Frenja zamarła w przerażeniu. — Trzeci głos — jestem na skraju szaleństwa.
— Już dawno go przekroczyłaś, niewieszczko. No już, pokaż mi swoje regały i eliksiry. Bez tego nie będę mógł ci pomóc. — Demoniczna bezpośredniość komunikacyjna przypominała Farinowi Paskudnika.
— Posłuchaj go, proszę — poprosił Farin.
— No, no, co za przygoda! Czyżbym miała teraz zaszczyt gościć jeszcze więcej bezczelnych demonów w mojej głowie?
— Nie, tylko tę dwójkę.
Frenja rozejrzała się po namiocie.
— Już zaczęłam przygotowywać eliksir, ale obawiam się, że jest za słaby, żeby uratować chłopca.
Farin przypominał sobie bardzo dobrze swoją pierwszą wizytę w jej namiocie. Wtedy kilka przedmiotów widział po raz pierwszy w życiu i zupełnie nie rozumiał ich przeznaczenia. Teraz widział te wszystkie słoiki, ampułki i fiolki zupełnie innymi oczami, teraz wszystkie miały jakiś sens. Od razu sobie uświadomił, jakie trucizny pozyskane z węży, grzybów, pająków czy ropuch trzymała w którym słoiku. Rozpoznał wyciągi z ziół leczniczych, a także narzędzia do ich wytwarzania. Porcelanowe moździerze, granitowe misy, szklane kolby i pipety ze szkła, a także wiele innych przedmiotów do produkcji lekarstw.
— Co tam włożyłaś do tej pory? — spytał Rakkuś.
— Miód, czosnek niedźwiedzi i trochę jadu ropuchy.
— W porządku. Hm… tam całkiem z prawej na półce — dodaj naparstek tego olejku z krwawnika — poinstruował ją demon. — Ale to nadal nie wystarczy. Co jeszcze masz? Rozejrzyj się!
Wróżbitka jeszcze raz obróciła się wokół swojej osi.
— A co to za bryłka na piecu? — spytał Koszmarrakk.
— To tylko kawałek spleśniałego chleba. W namiocie jest ciepło i szybko to idzie.
— Poświeć mi tu
Frenja przytrzymała płomień świecy tuż obok. Nie musiała nic mówić, Farin wyraźnie czuł, jak rośnie w niej poczucie rozpaczy.
— No, to ma szczęście! Właśnie tego potrzebujemy. Zetrzesz z chleba tę czarną pleśń — do jednej z tych misek. A potem zrobisz to, co ci powiem. Żeby dokończyć miksturę musimy zdobyć jeszcze parę składników.
Stara z niedowierzaniem pokiwała głową, ale nie protestowała. Już po chwili dodała do eliksiru nieco jadu węża, parę kropel oleju z ropuchy i wyciąg z pleśni.
— A teraz kładź się z powrotem i zamknij oczy. Rano idź o świcie do chłopca i zacznij podawać mu to lekarstwo. Co cztery godziny, przez pięć dni, po jednej łyżeczce. Nic więcej nie możemy zrobić, natura zdecyduje, czy uda mu się przetrwać.
— Myślałam, że zawsze tak jest? — Również tym razem Farin wyraźnie wyczuł u niej niedowierzanie, ale skinęła głową. Innego wyjścia i tak nie było.
— Rakkusiu, czy skończyliśmy już lekcję ziołolecznictwa? — wbił się nagle w rozmowę Paskudnik, który do tego momentu czekał z iście diaboliczną cierpliwością.
Farin zwrócił się do leśnego demona.
— Wygląda na to, że dobrze się znasz na ziołach i eliksirach. Czy potrafiłbyś przygotować taki, który usunie znamię Niewypowiedzianego?
Kolor jego łuskowatej twarzy z jasnoszarego zmienił się na ciemnoszary. — Jak? Co? Chcecie… chcecie wystąpić przeciwko Niewypowiedzianemu? Z tym nie chcę mieć nic wspólnego. Dość już tu zamarudziliście.
Czyż pewien zarobaczony giermek nie dostał był kiedyś rady od mądrego demona? „Kiedy się pojawi, mówię tylko ja.” Ale nie zmienia to faktu, że pomysł jest niezły. Paskudnik zapytał głośno: — Rakkusiu, przestań robić w majty. Możesz nam pomóc czy nie?
— Nie! A nawet gdybym chciał… nikt nie może zabrać z Sżortenaanu do swego świata niczego, czego sam tu przedtem nie przyniósł. Jak na przykład krzesiwa.
Jaszczurze senny, przestań mi to wreszcie wypominać. Ale… w takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak skorzystać z pomocy naszej nowej sojuszniczki. Paskudnik podniósł głos: — Starucho, teraz się obudzisz i zrobisz wszystko, co ci polecimy. Bez gadania!
— Już teraz? — zapytała Frenja.
— Ile znasz wykładni słowa „teraz”, wróżbitko? — wrzasnął Paskudnik. — Skoncentrujże się! Właśnie teraz, natychmiast i w mgnieniu oka!
— Farinie, powiedz swojemu demonicznemu lokatorowi, że może mi skoczyć i obtoczyć. Do diabła z nim!
— On nie ma nic złego na myśli i chce tylko pomóc. Proszę, posłuchaj go. — Zanim Farin usłyszał odpowiedź, namiot zakręcił się w koło, wszystko się rozmyło we mgle, straciło kolor, a on znalazł się znowu w Szarzycy. Stał z dłonią na pniu klonu, a wokół jego stóp unosiła się mgła.
Cholera. Wróżbitka wyrzuciła ich ze swojego snu.
— Hi, hi, jest jeszcze lepsza niż Gerlunda — Rakkuś był wyraźnie ukontentowany. — Jestem pod wrażeniem, ciemięzco. Twój wdzięk jest dla mnie źródłem nieustającej inspiracji.
— To jeszcze nie koniec. Wracamy tu jutro w nocy. — Paskudnik z dziką determinacją zazgrzytał zębami. Farin dopiero po chwil zorientował się, że to były jego zęby.
Czegoś trzeba się trzymać
Kiedy Frenja otworzyła oczy, do jej namiotu nie przedostawał się jeszcze ani jeden promień słońca. Musiało być jeszcze bardzo wcześnie, na pewno przed świtem. Śnił jej się zaklinacz kości. Ale nie sam, sprowadził jeszcze tego swojego aroganckiego demona, a jakby tego było mało — także leśnego dziada o imieniu Rakkuś. I tenże Rakkuś w pierwszej kolejności zażądał, żeby… jak to było?… żeby zeskrobała pleśń z chleba. Z trudem porządkowała myśli. A, no tak, na domiar wszystkiego miała jeszcze ponoć przynieść jakąś durną księgę z zamku. Z ciężkim westchnieniem odwróciła się w kierunku regału — ruchem tak płynnym jak ruch żółwia leżącego na skorupie. Głowa pękała jej z bólu, nic dziwnego, przez całą noc jakieś nieproszone głosy gadały do niej i wydawały polecenia, najczęściej zupełnie bezsensowne. Po prostu głupi sen niemądrej staruszki. Z trudem podparła się obiema rękami, inaczej w ogóle nie dałaby rady wstać. Teraz stała, z wolnymi rękoma, w swoim połatanym namiocie, a nocna świeczka pobłyskiwała w ekscytacji.
— Kiedyś człowiek był młodszy — Frenja z westchnieniem wypowiedziała na głos jedną ze swoich życiowych mądrości. W końcu czegoś trzeba się trzymać. Nieufnie przyglądała się stojącej na samym środku stołu fiolce z jasnoszarą cieczą. Wydawało jej się, że lekarstwo dla Noego ustawiła wieczorem na półce. Wzięła świecę do ręki i zbadała dokładnie chleb, który wciąż jeszcze spoczywał na piecu. Obok zielonej pleśni odnalazła jasny punkt — ktoś zeskrobał tam nożem grubą warstwę grzyba.
— To byłam ja, w moim śnie — szepnęła i zadrżała mocniej niż płomień nocnej lampki. — Nynevé, to od ciebie wiem, że są rzeczy na niebie i ziemi, których nie obejmę i nie zrozumiem. A poza tym jeszcze raz się okazało, że Farin, ten zaklinacz kości, to nie jest byle kto. — Podekscytowanie, które teraz poczuła, pobudziło ją do życia, siła napłynęła do całego ciała i Frenja obudziła się na dobre.
Rodzice Noego nie obudzili jej przez całą noc. Czy to dobry znak? Czy może zły? Podniosła buteleczkę ze stołu i przyjrzała się zawartości. Nie ma co myśleć, jedną ręką odsunęła połać wejścia do namiotu. Tak szybko, na ile tylko pozwalały jej stare kości, pospieszyła przez łąkę, na górę, do chaty garbarza. Pierwszy srebrny promień zwiastował nadejście nowego dnia. Było jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, by uznać go za zwiastun nowej nadziei.
Wróżka z daleka widziała już odsuwający się gdzieś cień. Matka Noego klęczała przed legowiskiem syna i przyglądała się mu. Chłopiec leżał, blady i nieruchomy, delikatnie owinięty w koce.
— Dzień dobry — powiedziała Frenja, schyliła się i sprawdziła puls pacjenta, przykładając palec do jego szyi. Niemal niewyczuwalny — jakieś ostatnie uderzenia.
— Zbliżamy się do końca — szepnęła kobieta, a w jej słowach drżało całe cierpienie matki przyglądającej się śmierci swojego dziecka.
Frenja lewą ręką lekko podniosła chłopca i wcisnęła mu fiolkę między wargi.
— Tylko jeden łyczek, Noe. Słyszysz mnie? No już, połykaj. Jesteś silny, a to ci pomoże.
Chłopak instynktownie przepuścił kilka kropel eliksiru przez usta. Frenja ostrożnie położyła go z powrotem na słomianej macie. Oczy matki pozostawały skupione, wpatrywała się w synka, jakby chciała na resztę życia wyryć sobie jego twarz w pamięci. Frenja po raz pierwszy zadała sobie pytanie, kto tak pogrywał sobie z losem ludzi, kto decydował o życiu i śmierci, o szczęściu i nieszczęściu. Bóg? A może diabeł? Obaj, tocząc ze sobą jakiś bój? W każdym razie mały Noe nie miał nic wspólnego z tymi zapasami, po prostu zadrapał sobie skórę, bawiąc się obok krzaków jeżyny.
Stara ostrożnie zmieniła opatrunek. Rana ropiała, czarna plama poszerzała się. Martwą tkankę trzeba było usunąć, jednak chłopak był obecnie tak słaby, że nie było mowy o operacji.
— Wrócę jeszcze dziś po południu, musimy podawać Noemu ten eliksir co cztery godziny. — Schowała fiolkę pod spódnicę.
Prawie niewidoczne skinienie — na więcej nie było matki stać.
Powróciwszy do namiotu Frenja odstawiła fiolkę z powrotem na stół. Wreszcie miała chwilę spokoju i mogła zebrać myśli. Spróbowała odtworzyć w głowie swoją nocną pogawędkę z zaklinaczem kości i jego demonicznymi koleżkami. O ile pamiętała, powinna zdobyć jakąś księgę z komnaty rycerza, sprawa najwyraźniej była niezwykle pilna. W tej komnacie była tylko raz, gdy Emicho przyjmował ją do służby. Skrzywiła się.
Odważnie ruszyła przed siebie. Ostatni odcinek przed zamkiem był szczególnie stromy i wyboisty, tak jakby ktoś celowo chciał zniechęcić ludzi przed wkraczaniem w te ponure mury. Mimo to wciąż napotykała takich, którzy przyglądali się jej w milczeniu, jakby z jej szyi wyrastały trzy głowy jak u hydry. Tymczasem jej wystarczyła jedna czaszka, kłębiące się w niej myśli nastręczały i tak dość kłopotów. Pewnie musiałoby to potrwać całe pokolenia, zanim zaczęto by uznawać ją w zamku za miłego gościa. Właściwie to w jakiej funkcji wstąpiła do służby burgrabi? Jako zielarka, uzdrowicielka czy wróżbitka? Chyba raczej jako kompletnie nieznajoma. Właśnie, nikt jej tu nie znał i ona nie znała nikogo.
Po obu stronach zwodzonego mostu stały straże. Z długimi pikami w rękach przyglądali się zbliżającej się staruszce, jakby ciągnęła za sobą wrogą armię. Niechęć i nieufność zagrodziły jej drogę.
— Stać! — zawołała pierwsza.
— Stać! — zawołała druga. Dobrze, że przynajmniej między nimi nie było nieporozumień.
— Dobrze, dobrze. W życiu warto na chwilę się zatrzymać… — westchnęła prawie bez tchu, co jednak nie zrobiło na tamtych absolutnie żadnego wrażenia.
Ten z lewej od razu przeszedł do rzeczy: — Chcesz wejść na zamek?
Naprawdę zadał to pytanie? Chyba hełm za bardzo ścisnął mu mózg. Frenja sapnęła: — Ależ skąd, weszłam po tej stromej górze, ledwie łapiąc oddech, żeby sobie chwilę z wami pokonwersować. — To był błąd! Z pewnością żaden z nich nie miał pojęcia, co oznacza to słowo!
Osiłek z lewej odparł: — Bardzo to miłe z twojej strony. Dzięki temu już wiesz: życie to stroma góra, a nie zielone błonia. — A potem uzupełnił, uśmiechając się lakonicznie. — Czujesz się usatysfakcjonowana tą konwersacją? W takim razie sukces zaliczony i możesz gramolić się z powrotem. Miłego dnia.
Strażnik z prawej prychnął rozbawiony.
— W tym celu udaj się najpierw prosto, a potem trzymaj się prawej. Możecie wtedy uniknąć niepotrzebnych konwersacji.
Obaj najwyraźniej nieźle się bawili kosztem starszej pani. Z drugiej strony musiała przyznać, że zupełnie ich nie doceniła. No dobra, zmiana myślenia i nowa próba.
— Widzicie, że mam już na karku swoje lata, nie jestem przyzwyczajona do takiego wysiłku. Mam pilną sprawę do rycerza Dopałka.
Mina strażnika nieco złagodniała.
— Zarządca zamku opuścił Burzową Twierdzę dzisiejszym rankiem.
— Czy wiecie, kiedy wróci?
— Może nawet dopiero wieczorem. O szczegóły możesz dopytać naszego podkomorzego, Markana. Pod warunkiem, że cię do niego wpuścimy.
— Czy bylibyście tak uprzejmi, aby mnie zaanonsować? Jestem Frenja, wróżbitka.
— Ach, tak. Słyszałem o tobie. Ponoć służysz Emichowi, a to oznacza… że możesz wejść.
To naprawdę nie wymagało aż takiego wysiłku.
— Dziękuję wam. Gdzie znajdę tego Markana?
— Zwykle siedzi w niewielkiej izbie po lewej stronie od wejścia do domu służby.
Skinieniem podziękowała obu strażnikom i dumnie przeszła przez bramę zamku. Doprawdy, zaskakujące było to spotkanie. I przemawiało za Emichem, że nie stawia przy zamkowej bramie pary durniów. Postanowiła, że następnym razem będzie w mniejszym stopniu ufać swoim uprzedzeniom, a zamiast tego postara się być uprzejmiejsza.
W okolicach wejścia do domu służby nie było nikogo, może Markan poszedł do pałacu, czyli głównego budynku na zamku — szarego klocka przypominającego gigantyczną klatkę na króliki. Kilku napotkanych służących nie potrafiło jej w żaden sposób pomóc, bo i tam podkomorzego najwyraźniej nie było.
Ani się obejrzała, znalazła się przed drzwiami do komnaty roboczej rycerza. Ziejący ogniem smok patrzył na nią złym wzrokiem. Zignorowała go, w końcu była to tylko drewniana kołatka z metalowym okuciem od wewnętrznej, czekająca jedynie na to, by się nią posłużyć. Pod tym względem nie różniła się zbytnio od szlachty zamieszkującej te mury. Czy ta komnata podczas nieobecności Emicha była w ogóle w użyciu? Frenja użyła kołatki. Wzdrygnęła się przestraszona — dźwięk odbił się po całym zamku takim echem, jakby uderzył weń pocisk wrogiej katapulty. Echo dudniło po korytarzach, chodnikach i schodach niczym grom. Nic się nie poruszyło. Powoli nacisnęła żeliwną klamkę. Zamknięte! No, jakżeby inaczej.
— No, proszę, szanowna koleżanka po fachu pragnie dostać się do środka. — Medyk Enariusz stał tuż za nią i przyglądając się jej z góry, uśmiechał się spod białego kaptura. — A jak tam wasz mały pacjent? — Nawet nie próbował ukryć nienawiści w głosie. — Tak sobie teraz myślę, że wtedy nie powinnaś była kwestionować moich metod i przerywać terapii — ciągnął dalej z miną pełną samozadowolenia.
Ten dureń doprowadzał ją do pasji. Wciąż chodziło tylko o niego, nigdy o tamto dziecko.
— Oszczędźcie mi swojej paplaniny. Wiecie może, kiedy wraca zarządca?
— Słyszałem tylko, że opuścił zamek wczesnym rankiem. Co za szkoda, nie masz już, za kim się chować. Ale zdradź mi, proszę, cóż cię sprowadza do tej komnaty pod jego nieobecność?
Frenja wysunęła dolną wargę. Enariusz był ostatnią osobą, której miała chęć tłumaczyć niewytłumaczalne.
— To nie wasza sprawa. Jak mogę otworzyć te drzwi?
Chełpliwy uśmiech i spojrzenie na pęk kluczy na pasku wystarczyły za wszystkie wyjaśnienia.
— Otwórzcie mi te drzwi, mam do spełnienia pilną misję dla burgrabiego.
— Rozumiesz chyba, że nie mogę cię wpuścić bez jakichś bliższych wyjaśnień. O co chodzi dokładnie? — spytał Enariusz z miną słodką jak cukiereczek.
Jeśli nie chciała czekać na powrót Dopałka, nie miała wielkiego wyboru.
Postanowiła dać szansę prawdzie.
— Chodzi o księgę na jego stole. Zawiera ważne informacje. Mam ją zabrać do siebie.
— Do siebie? Jakiego rodzaju informacje?
— Tego nie mogę powiedzieć.
— Nie możesz — czy nie chcesz?
— Nie mogę.
— Szanowna koleżanko po fachu, to dla mnie za mało — powiedział wyraźnie rozczarowany medyk. Jednak już po chwili jego twarz się rozjaśniła. Te błyski w jego oczach, gdy mówił dalej, wcale jej się nie podobały: — Wpuszczę cię, skoro to aż tak ważne. Uznaj to za ofertę pokojową.
— Skąd ta nagła zmiana w waszym sercu?
— Solidarność medyków. W przyszłości moglibyśmy połączyć naszą wiedzę o metodach leczenia, wymieniać się nią. — W tym momencie patrzył niemal przyjaźnie. Nie zdejmując kluczy od paska wsunął jeden z nich do dziurki i pchnięciem biodrem otworzył drzwi. Rozległo się zgrzytnięcie.
— Dziękuję wam — powiedziała Frenja. Z lekkim wahaniem weszła do komnaty burgrabi. Jej wzrok przewędrował od niedźwiedzich skór na ścianach do kominka, by wkrótce dostrzec leżącą na stole księgę w czarnej skórzanej oprawie. Zdecydowanym krokiem podeszła do stołu i chwyciła księgę.
Wzdrygnęła się na widok wygrawerowanego na okładce pentagramu.
— Upiorne demony! A kysz! — mruknęła cicho, by stojący przy drzwiach medyk jej nie usłyszał. Trzymała diabelską księgę dwiema rękami, jak najdalej od siebie, jakby się bała, że ją ugryzie. Powoli wyszła z komnaty i rozejrzała się. Na korytarzu nie było nikogo.
— Enariuszu? — zawołała. Dziwne, gdzie się mógł podziać? — Powinniście zamknąć komnatę z powrotem na klucz. — Brak odpowiedzi, naprawdę została sama w tym korytarzu.
Opuściła pałac z poczuciem ciężaru w żołądku. Cały ten dzień przebiegał dziwnie od samego początku. Za chwilę znów powinna pójść do Noego, by podać mu lekarstwo. Staruszka schowała tomiszcze pod pachą i weszła na dziedziniec. Na wysokości studni wyszedł jej na spotkanie patrol żołnierzy z kapitanem straży zamkowej na czele.
Ktoś krzyknął: — Tam jest! Łapać złodziejkę! Próbuje ukraść bezcenną księgę! — Zza mężczyzn wychynął jej nowy przyjaciel, medyk Enariusz. Zapytał ze smutną miną: — Jak mogłaś to zrobić? Rycerz Emicho będzie niepocieszony.
Żołnierze otoczyli ją z ponurymi minami, jeden wyjął swój miecz. W ten sposób udało się aresztować bezecną zbrodniarkę.
— Ale to jest życzeniem samego burgrabiego, abym wzięła tę księgę w moją pieczę — broniła się. — To nie kradzież. — Sama zdawała sobie sprawę, że wszystko to brzmiało jak słaba wymówka.
— Jakże mi przykro — powiedział medyk. — Takie kłamstwa z takich ust? Emicho przebywa daleko na południu, na zamku Siegesmund. Niby w jaki sposób miałby ci wydać taki rozkaz?
Frenja nie miała pojęcia, co na to powiedzieć. Stała bezradna na zamkowym dziedzińcu jak baranek przed drzwiami rzeźni, trzymając się kurczowo akurat tego demonicznego foliału.
Najwyraźniej zły na samego siebie Enariusz potrząsnął głową.
— Miałem cię za kogoś lepszego. To smutne, że dałem się tak zaślepić.
Kapitan przybył z odsieczą: — Nikt z nas nie jest w stanie zajrzeć do głowy innych ludzi. Nie obwiniajcie się o to, przyjacielu.
— Bardzoście łaskawi, Zebalcie. Otrzyma sprawiedliwą karę.
— Z pewnością, sam o to zadbam.
Frenja przyglądała się obu mężczyznom w oszołomieniu. Najwyraźniej dawno już przypieczętowali jej los. Jak mogła dać się złapać w taką tandetną pułapkę?
Jednak Enariusz bynajmniej jeszcze z nią nie skończył.
— Dla kogo pracujesz? — Bezceremonialnie wyrwał jej księgę z ręki i przyjrzał się okładce. — Dobry Boże, a cóż my tu mamy? Komu niosłaś tę grubą księgę o czarnej magii? Nekorianom? Czy może sama pożądasz władzy dzięki czarnoksięstwu?
Żołnierze gapili się na nią w przerażeniu, potem zaczęli szeptać między sobą z wściekłymi minami. Kapitan Zebalt zazgrzytał zębami. — Wyciśniemy to z niej.
Naprawdę, lepiej nie mogła tego rozegrać. Przecież nie mogła powołać się teraz na sen z Farinem i towarzyszącymi mu dwoma demonami. Równie dobrze mogła spróbować pójść do lasu, zebrać chrust i sama spalić się na stosie. Znalazła się w tarapatach. Poważnych i na dobre.
Z poczuciem wielkiego zadowolenia Enariusz uznał jej milczenie za przyznanie się do winy. Kręcił głową, najwyraźniej wciąż nie dowierzając, że tyle jest na tym świecie zła. Nie doceniła niegodziwości tego swojego nowego śmiertelnego wroga, którego skompromitowała wczoraj w obecności Dopałka. Gdzież się podziewał ten rycerz? W końcu to on wyciągnął ją z jej namiotu i zaprowadził do rodziny garbarzy, puszczając w ruch całą tę serię niefortunnych zdarzeń. Już samo to, że zarządca zamku preferował jej usługi, a nie medyka, wystarczyłoby, żeby tenże stał się jej śmiertelnym wrogiem. I teraz Enariusz był gotów zniszczyć konkurentkę każdym możliwym sposobem. Dlaczego takie rzeczy zawsze uświadamiała sobie z opóźnieniem? Może czas na nowy styl myślenia i bycie mądrą przed szkodą?
— Do lochu z nią. Później się nią zajmiemy — zarządził kapitan. Żołnierze wykonali rozkaz.
Potrzeba było bez mała sześćdziesięciu lat na tym padole, żeby coś takiego jej się przytrafiło. Inni gromadzili mądrość, nieraz nawet mimowolnie. Za to ona zbierała, pozyskiwała i gromadziła głupotę — i teraz mogła z dumą przedstawić ją całemu światu. Oparta plecami o ścianę lochu Frenja siedziała na sianie i w rozpaczy czyniła sobie wyrzuty. Przy tym wszystkim jej samej było jej o wiele mniej żal niż tego małego chłopca, który w ten sposób stracił lekarstwo i tym samym ostatnią szansę na wyzdrowienie. Męczyło ją samo wspomnienie twarzy jego rodziców. Po co wszystkie nauki Nynevé, skoro teraz, w decydującym momencie, Frenja miała zawieść?
Na zewnętrz słońce chyliło się ku zachodowi. Im węższy był promień wpadający jeszcze przez szczelinę w ścianie, tym mniejsza nadzieja, że chłopiec umknie kostusze. Wąskie okienko znajdowało się na wysokości trzech metrów, nie była więc w stanie nawet przez nie wyjrzeć.
Siedziała na sianie już cały dzień, straciła już głos, wciąż próbując wezwać rycerza Dopałka. Robiła to zwłaszcza na początku, jednak teraz już ledwie od czasu do czasu, wciąż bezskutecznie.
W lochu całkiem zadomowiła się już ciemność. Całe szczęście, że nie była w stanie dostrzec tej głupiutkiej staruszki, skulonej w kącie na słomie.
Zbliżały się głosy, a po chwili drzwi lochu otworzyły się z wielkim zgrzytem. Oślepiło ją światło pochodni, jednak nie zamykała oczu — iskierka nadziei dodawała jej odwagi. Dopałek? Nie, oto stali przed nią kapitan Zebalt z trzema żołnierzami i… Enariusz.
Medyk wyjawił jej z zasmuconą miną: — Dobrze, żebyś to wiedziała. Wskoczyłem na konia, by pojechać z pomocą do domu garbarza, jednak pojawiłem się zbyt późno. Chłopiec zmarł. Leżał już na marach przed domem. Przez te wszystkie twoje gusła masz teraz na sumieniu jedyne dziecko garbarza.
— Kłamiesz! — wyrzuciła z siebie. Jej ciałem wstrząsnęły przerażenie i smutek, choć przecież właściwie nie powinna to być dla niej nowina.
Jeden z żołnierzy syknął gniewnie: — Byłem tam, wstrętna złodziejko. Na własne oczy widziałem ciało tego umęczonego chłopca.
Kapitan Zebalt podniósł dłoń w geście uspokojenia.
— Tej czarownicy nie pozostało zbyt wiele czasu na okazanie skruchy.
Teraz nawet kapitan zaczął nazywać ją czarownicą. Staruszka spuściła głowę. Kamyczek poruszył lawinę, sytuacja stawała się beznadziejna. A teraz wreszcie padło to ostatnie słowo. Całe życie Frenja jako wróżbitka i uzdrowicielka stąpała po lodzie cienkim jak źdźbło trawy. Spod spodu wciąż wyzierało na nią ryzyko oskarżenia o bycie czarownicą — a teraz lód po prostu pękł.
— To niewykluczone, jednak w tej chwili nie powinniśmy działać zbyt pospiesznie — powiedział Enariusz przez zaciśnięte zęby. Akurat właśnie on zgrywał teraz jej obrońcę. To jasne, że w ten sposób jeszcze bardziej delektował się zwycięstwem. — O jej dalszym losie powinien zadecydować Emicho, kiedy tylko wróci z Południa — oświadczył wspaniałomyślnie.
Kto wie, ile to mogło potrwać, może i z rok, tymczasem w tych przesiąkniętych wilgocią lochach zdążyłaby już dawno marnie zginąć.
— Chcę rozmawiać z rycerzem Dopałkiem — wybąkała.
— Zastępca Emicha ma pełne ręce roboty. Ale przekażę mu twoją prośbę. „No już, na pewno.”
— Kapitanie, już nawet wasz żołnierz to powiedział, że ta złodziejka prawdopodobnie jest także czarownicą. Musimy jej dobrze pilnować. Sami wiecie, jak niebezpieczne są kobiety obcujące z diabłem. O wszystkim sam powiem rycerzowi Dopałkowi.
— W imię Boże, oczywiście, panie medyku. Nie możemy z tym czekać na Emicha. Jako jego prawowici przedstawiciele i kaci postawimy ją od razu jutro o świcie przed sądem.
Enariusz udał zaskoczonego tak szybkim rozwojem sprawy.
— Cóż, być może to będzie najlepsze rozwiązanie. — westchnął, jakby to on miał stanąć przed obliczem sprawiedliwości.
Nie doceniła nie tylko niegodziwości Enariusza, ale również jego wpływów. Energiczny i sprytny, najwyraźniej wiedział, co robi.
Mężczyźni opuścili lochy, a ona została sama w ciemności, sama ze swym smutkiem i poczuciem beznadziei. Postanowiła odpuścić sobie wyrzuty sumienia, bo zżerały ją od środka jak tysiąc szczurów. Na czworaka przeszła przez swoje więzienie, wiedziała, że gdzieś tam zostawili jej dzbanek z wodą. Wielka szczodrobliwość. Wzięła łyk, oparła się o szorstki kamień i zamknęła oczy. Wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle. Chyba nikt jeszcze tak wszystkiego nie zepsuł.
Wróżka
Aros siedziała na parapecie odwrócona plecami do okna i zastanawiała się na głos.
— Ki, przebywamy tu co prawda na zaproszenie burgrabi i nie musimy za to płacić, ale jakoś mi się to nie podoba. Nie lubię mieć długów. A skoro już o tym rozmawiamy, nie może być tak, że ty zawsze za wszystko płacisz ze swojej kieszeni. Muszę zacząć zarabiać.
Człowieczek spojrzał na nią wąskimi oczami, uśmiechnął się dobrotliwie. — Przyjaciółka nie ma długu u artysty.
— Dziękuję, Ki, że tak na to patrzysz. A jednak — muszę w większym stopniu stanąć na własnych nogach.
Ki spojrzał sceptycznie na jej… buty, na owiniętą wokół jej stóp twardą, surową skórę, związaną na czubku zużytym rzemieniem.
— Przyjaciółka ma jeszcze czas. Nie musi szukać drogi, droga sama ją znajdzie.
Te słowa zadziwiły Aros. Taka droga wydała jej się zbyt nieruchawa. Poza tym brzmiało to tak, jakby miała bezczynnie czekać, a to było całkowicie sprzeczne z jej doświadczeniem. — Same z siebie pojawiają się tylko złość i kłopoty. — Spojrzała na Ki w zamyśleniu. — Twoje metastwory brzmią zupełnie jak te Wiedziwy. — Poszukała palcami zęba staruszki schowanego gdzieś w sakiewce. To wszystko, co po niej pozostało, biedna kobieta została spalona na stosie jako czarownica.
— Cierpliwość karmi się niecierpliwością. Pewna stara kobieta szukała przyjaciółki przez pięć lat — powiedział Ki.
Powróciło wspomnienie ze spotkania na rynku w Opoce. Oczami wyobraźni znów zobaczyła pomarszczoną twarz Wiedziwy. „Dziecko, znalezienie cię kosztowało mnie pięć lat życia. Posłuchaj teraz dobrze i weź na poważnie to, co ci powiem. Nie wiesz, kim jesteś. Będziesz moją następczynią. Nie zapomnij moich słów, moja śmierć nie pójdzie na marne.”
Aros zmarszczyła nos. Nie zapomniała tych słów. Tymczasem także wiedziała nieco więcej o sobie. Niektórzy brali ją za proroka, ale to bynajmniej nie upraszczało jej życia, tylko wręcz przeciwnie. Budziło to raczej żądze, których nie była w stanie spełnić. Nagle poczuła coś w brzuchu. Poczuła, jak rośnie, przechodzi do serca, aż w końcu dociera do umysłu. Mimo młodych lat na jej czole pojawiły się zmarszczki. Niemal bezwiednie odwróciła głowę w kierunku Ki, potem niemal bezwiednie wyrzuciła z siebie pytanie, które spadło na parkiet ich komnaty, a potem nieubłaganie potoczyło się w stronię Ki: — Skąd wiesz, że to było pięć lat? Nigdy o tym nie wspomniałam.
Ich spojrzenia skrzyżowały się. Szczęka artysty zesztywniała, przez co jego policzki wydawały się jeszcze głębiej zapadnięte. Twarz kompletnie zbladła, zaciśnięte usta straciły kolor. Tym razem jego mądrość wyrażała się w głębokiej ciszy.
— Ki! Co przede mną ukrywasz!
Skądś dobiegło ją ciche mruknięcie: — Artysta dowiedział się tego sam od tamtej staruszki.
— Że co? Czyli tak naprawdę znałeś Wiedziwę?
Mały człowiek skinął skinięciem tak małym jak on sam.
— Wiedziwa była magiem o wielkiej wspaniałości. Ostatnią z rodu starożytnych jasnowidzów.
Aros podniosła się jednym skokiem. Pełna oburzenia oparła dłonie na biodrach.
— Dlaczego dopiero teraz mi to mówisz? Co jeszcze wiesz?
Twarz Ki zaczęła zmieniać kolory w wielkim tempie, co jeszcze bardziej wzbudziło jej nieufność. Stłumiła wściekłość, uspokoiła się z trudem. Jej serce biło z niecierpliwością, ale udało jej się cierpliwie odczekać.
Wreszcie Ki wydusił: — Jasnowidząca… o imieniu Nynevé.
— Aha. Czyli Wiedziwa była wróżką. — Aros zupełnie nie wierzyła we wróżki. Były tak samo realne jak głupie olbrzymy, gotowe wykrwawić się na śmierć z miłości. — Co to za bajki dla dzieci! — parsknęła. — Od tej chwili nie uwierzę w ani jedno twoje słowo. Czego ty w ogóle ode mnie chcesz?
— Nynevé nie żyje.
— Przecież wiem. Byłam przy jej śmierci.
— Artysta już dawno chciał o tym powiedzieć przyjaciółce. Dał słowo.
— Jakie sło…? — Aros umilkła nagle. Nie chciała domyślić się tego, czego się domyślała. Szybko zamknęła oczy, jakby w ten sposób mogła zapomnieć o tym, co właśnie zrozumiała, a przynajmniej odsunąć to jak najdalej w czasie.
Jakby z daleka usłyszała głos Ki.
— Misja. Artysta obiecał, że zaopiekuje się przyjaciółką.
Czyli to nie był los, nie był przypadek, tylko handel jak krową na targowisku. A ta durna krowa nazywała się Aros i była od tamtej pory kontrolowana, manipulowana i wodzona za kółko w nosie. To niemożliwe! To nie mogło tak być. Nie chciała w to uwierzyć, a jednak zapytała mężnie: — Ale przecież wtedy, na przystani w porcie, kiedy malowałeś drzewa, wtedy spotkaliśmy się przypadkiem.
Ki nie odpowiedział. Nagle zdał się jej jeszcze mniejszy.
— Czyli ty… — wzięła głęboki oddech — … zaplanowałeś to nasze spotkanie od samego początku, zyskałeś moje zaufanie… podstępem?
— Artysta miał nadzieję, że dojdzie do tego spotkania. Nie chciał niczego wymuszać. I nie ma mowy o jakimkolwiek podstępie. — Uniósł ramiona w geście niewinności.
— Ale… mogłeś po prostu powiedzieć: „Cześć Aros, jestem Ki. Przysłała mnie Wiedziwa — mam na ciebie uważać.” A zamiast tego — co robisz? Wkradasz się w moje życie jakąś brudną sztuczką i jeszcze udajesz, że jesteś moim przyjacielem! — W jej sercu kotłowały się z równą siłą wściekłość i rozczarowanie.
— Przyjaciółka nigdy by się na to nie zgodziła. Musiała sama podjąć decyzję, czy artysta może się nią zaopiekować. — Po wyrazie jego twarzy widziała, że głęboko wierzył w to, co mówi.
No i co z tego?! Zupełnie jakby była jakimś uparciuchem, samolubem i arogantem. Nonsens! Nigdy! Przecież nie ona!
— Nie wierzę, to wszystko była gra znaczonymi kartami! — zawołała. Wszystkie hamulce puściły. — To czysta zdrada, i to ze strony mojego najlepszego przyjaciela! Dlaczego wszyscy dorośli ciągle tylko kłamią? — Łzy napłynęły jej do oczu, ale to tylko rozgniewało ją jeszcze bardziej. Nie cierpiała okazywać słabości, bo było prawie tak, jakby krzyczała. Najchętniej zresztą właśnie by teraz pokrzyczała, ale nie zamierzała dawać takiej satysfakcji temu zakłamanemu aktorzynie. Nigdy nie krzyczała.
— Przyjaciel nie chciał zrobić przyjaciółce przykrości, chciał tylko zapewnić jej jak największą swobodę.
— Przyjaciel? Przyjaciółce? Nie jestem twoją przyjaciółką. Ty po prostu wypełniasz jakąś misję tej swojej głupiej wróżki, tu w ogóle nie chodzi o mnie. Zapłaciła ci za to? — Aros nie posiadała się ze złości. — Nie chcę cię więcej widzieć. Znajdź sobie kogoś innego do opieki. Jakąś prawdziwą krowę!
— Przyjaciółka nie rozumie. Przyjaciółka jest ostatnią ze swego rodu.
— A ty jesteś najostatniejszym ze swojego! — Aros wybiegła z pokoju. Pragnęła znaleźć się daleko, jak najdalej od tego fałszywego przyjaciela.
Sama nie wiedziała, jak znalazła się w stajni — w każdym razie wciąż jeszcze leżała na sianie, pełna złości, kiedy Tyrania spojrzała na nią swymi wielkimi brązowymi oczami.
— Jesteś moim jedynym przyjacielem — powiedziała dziewczyna cicho. — Wszyscy inni chcą mnie tylko wykorzystać, bo nawiedzają mnie te głupie wizje. Aros Brudnostopą nie interesuje się nikt. — Tyrania parsknęła przytakująco i potrząsnęła grzywą. — Wiesz co? Nie mam już ochoty siedzieć w tym zamku, w którym nikt nie czuje się szczęśliwy. Nie mam już ochoty na towarzystwo strażników i nadzorców, na człowieczków i zaklinaczy kości. Całe te Zjednoczone Królestwa to jeden wielki sierociniec, a ja tak naprawdę jestem sama. — Samotność wyżerała w jej sercu wielką dziurę, ale to nie powstrzymywało jej przed snuciem planów. Planów, w których na pierwszym miejscu była Aros, jej pragnienia i wyobrażenia. A zatem, cóż to były za pragnienia? Westchnęła. Tak naprawdę chciała wieść proste życie, wolne od głodu, wolne od zmartwień, ale z Tyranią u boku. Może jeszcze niekiedy mogłyby się pojawić chwile szczęścia, takie jak dziś rano. I bynajmniej wcale nie teraz zrozumiała, jak są one ulotne. Wyglądało na to, że te jej pragnienia są jednak wygórowane.
„Kochany dniu, dawno już przestałam cię chwalić przed zachodem słońca. Gratuluję, dziś po raz kolejny pokazałeś mi, że mam pod tym względem rację.”
Nie miała najmniejszej ochoty wracać do komnaty, do Ki. Wszystko, co jej zostało, znajdowało się tu, w stajni. Założyła Tyranii uzdę i zaczęła się szykować do drogi. Na koniec przypięła zwiniętą derkę i worek na wodę do siodła, a wreszcie sprawdziła zawartość swego mieszka. Nie było tak źle, w końcu Emicho wręczył jej dwa srebrniki za pomoc w uwolnieniu go z kazamatów. Co jeszcze miała? Krzesiwo i niewielki nóż, lepszy do zbierania grzybów niż do obrony. No i oczywiście ząb Wiedziwy. Nie, zaraz, przecież to była wróżka Nini. To ta przebiegła starucha napuściła na nią owego fałszywego malarza. Nie da się ukryć, że starsza pani była kimś niezwykłym, co do tego Aros nie miała wątpliwości. Do dziś nie miała pojęcia, jak spowodowała, że wtedy, gdy siostra przełożona chciała pobić ją na śmierć, na pomoc dziewczyny przybyły szczury. Ki mówił, że jest ostatnią ze swego rodu. Też mi coś! Nie pozostało po niej nic oprócz kupki popiołu i zęba trzonowego. Los nieszczególny jak na kogoś tak szczególnego. „Jest ostatnią ze swego rodu”, przemknęło jej przez głowę jeszcze raz. Teraz, nie w przeszłości. „Jest”, a nie „była”. Czy Ki aby na pewno mówił o wróżce Nini? Czy może raczej… Aros nie wiedziała i w sumie wcale nie chciała się nad tym zastanawiać. Jak się za dużo myślało, to świat wcale nie stawał się lepszy, tylko trudniejszy, bardziej zagmatwany i skomplikowany. Dlaczego nie mogła po prostu przestać myśleć, przestać się zastanawiać? Nie powinna była wcale tak szybko uciekać od Ki, tylko raczej go wypytać, o co w tym wszystkim chodzi. Nieważne, teraz było już za późno, i może nawet tak było lepiej. Nie chciała już nigdy więcej widzieć tego zdrajcy.
— Wio, Tyranio. Zostawmy za nami to nieszczęsne miejsce. Nie potrzeba mi żadnych artystów ani zaklinaczy kości. Pchają nas w jakimś kierunku, w którym w ogóle nie chcemy iść. To ja będę decydować, co dalej.
Aros Brudnostopa wyprowadziła Tyranię ze stajni, wsiadła na jej grzbiet i wyjechała stępa przez otwartą na oścież furtę. Powoli, z podniesioną głową, przejechała obok skały, za którą była się skryła z Ki, gdy uciekli z zamku przed żądną zemsty księżną. Na to wspomnienie zmarszczyła nos. Było to jedno z tych wspomnień, które musiała zrzucić z siebie, jak się zrzuca okruchy chleba z koszuli.
Zgrzytając zębami, zawarczała wprost w leniwy, letni wiatr: — Nie potrzebuję tego całego Ki, z tymi jego zakłamanymi mądrościami. Od tej chwili polegam wyłącznie na sobie, żaden obcy już mnie nie rozczaruje ani nie zrani.
Miękkim pchnięciem ud puściła Tyranię w miękki galop. Co teraz? „Byle jak najdalej od zamku Siegesmund”, to był jej jedyny konkretny cel. Była pewna, że wkrótce coś wymyśli. W najgorszym razie Królowa Szczurów znajdzie towarzyszy wśród szczurów.
Kajdany
Farin przynajmniej wiedział, dlaczego następnego ranka czuł się tak strasznie zmęczony. Co za przygoda! Większość nocy spędził z dwoma demonami w wymiarze zwanym Szarzycą. W naprawdę koślawym wymiarze, porównywalnym tylko z gigantyczną, burzową chmurą. Największa góra popiołu wydawała się przy niej mieniącą się kolorami tęczą. Opierając się ramionami o blankę, syn grabarza stał na murach zamku w pobliżu wielkiej bramy. Upajał się zielenią lasów i pól w oddali, a także barwnymi kwiatami na łące poniżej. Kolory! Była w nich jakaś radość i z jakiegoś powodu dodawały animuszu. Nie myśląc o tym dłużej, Farin pozwolił swemu umysłowi odpłynąć. Paskudnik natychmiast poczuł większą swobodę i skorzystał z niej skwapliwie. Chimera uwielbiała pokazywać wszem wobec swoje niezwykłe umiejętności, nawet jeśli niekiedy tylko po to, by pokazać Farinowi, jakim małym, nic nieznaczącym, słodkim robaczkiem syn grabarza był bez niego. Syn grabarza czuł, jak zmęczenie z niego uchodzi, do mięśni spłynęła moc, wyostrzyły mu się zmysły: oczy, uszy i nos. To, co przed chwilą na horyzoncie wyglądało jak zieleń liści, teraz widział bardzo dokładnie. Buczyna zmieszana z brzeziną, coś wspinało się na jeden z pni. Wiewiórka. Nie do wiary, z odległości dobrych czterystu metrów był w stanie dostrzec rudości i brązy jej futerka. Świerszcze grały, ptaki śpiewały swe pieśni, Farin był przekonany, że słyszy nawet chrząszcze pełzające po trawie. Jednak nade wszystko odurzały go zapachy. Trawy, ziemia, wiatr, wszystko jeszcze bardziej intensywne, bardziej trawiaste, ziemiste, wietrzne.
— Po Szarzycy jest to prawdziwa uczta dla zmysłów.
Chimera także chłonęła wrażenia i odczucia, jak sucha gąbka wodę. Gdyby nie ludzie, Zjednoczone Królestwa byłyby niemal piękne.
— Cóż za wspaniała pochwała. A skoro już jesteśmy przy chwaleniu — to był genialny pomysł z tym sennym lasem. Rozmawialiśmy z Frenją, jakby stała tuż obok.
Bez pomocy Rakkusia taka duchowa podróż nigdy by się nam nie udała. A na dodatek zdziwiło mnie, że pomógł zrobić eliksir dla tego chorego chłopca.
Zupełnie go nie znałem z tej strony.
— Twoje relacje z Koszmarrakkiem są… jak by to powiedzieć…
Podobne do moich relacji z tobą. Wielowarstwowe jak cebula.
— Wielowarstwowe? Ależ ty znasz wielowarstwowe słowa!
Jak to możliwe, że zapamiętałeś sobie pełne imię Rakkusia, skoro skądinąd nawet Ki jest zbyt długi i skomplikowany dla twojego umysłu?
— Że co? Kto to jest Ki? Lepiej opowiedz mi, dlaczego leśny demon nazywa cię ciemięzcą.
Co za pytanie! Ja jestem ciemięzcą, ty jesteś w ciemię bity, każdy z nas podąża za swoją naturą. Zarechotał jakoś szczególnie złowrogo. Jak do tej pory miałem wrażenie, że całkiem ci dobrze z takim podziałem ról, a nawet że w pewnym sensie ci on odpowiada.
Paskudnik był demonicznie genialny w robieniu wody z mózgu i ucinaniu dalszych dyskusji. Albo po prostu w odwracaniu uwagi od niewygodnych tematów. Tym razem jednak Farin nie pozwolił mu się wymknąć, bo nie dał za wygraną: — No dobrze, to niby dlaczego jesteś w ciemię bitym ciemięzcą?
Robaku, ja właśnie jestem nie w ciemię bity.
— Uciekasz od odpowiedzi. Dlaczego Rakkuś nazywa cię ciemięzcą?
Ojej, po prostu takie przezwisko.
— Ale czym sobie na nie zasłużyłeś?
Możliwe, że ma to coś wspólnego z moją miłością do wielkich bitew, ostrych broni i dużej ilości krwi.
— Ale co dokładnie? Przecież wiesz, że mi możesz opowiedzieć wszystko.
Nawet najpaskudniejsze szczegóły.
Na to jesteś o wiele za wrażliwy, śmiertelniku.
Wiatr przywiał znajome głosy. W następnej chwili Farin zobaczył, jak Plaudius i Drogdan zaglądają przez blanki północnych murów, jakieś pięćdziesiąt metrów dalej. Syn grabarza cieszył się, że ci dwaj kręcą się w pobliżu, bo trzymali z nim od samego początku i okazali się dobrymi przyjaciółmi.
Jednak oni jego nie zauważyli.
— To jest dokładnie to miejsce, z którego Farin zeskoczył, kiedy nekorianie napadli na nas na zamku — mówił Plaudius.
Oj, mówili o nim. Dzięki wyostrzonym zmysłom rozumiał każde słowo, zupełnie jakby stali tuż obok. Obaj wychylili się poza mury zamku i spojrzeli w dół.
— O rany! Naprawdę wysoko, chyba tak z osiem metrów. W każdym razie ja bym sobie połamał nogi — stwierdził Plaudius.
— Przy twojej tuszy z całą pewnością, ale i ja bym sobie poradził niewiele lepiej — przyznał mu rację Drogdan. — A tymczasem nasz giermek nawet sobie nie skręcił kostki. — Ton jego głosu zdradzał zdumienie. — Są takie chwile, kiedy myśl o nim przyprawia mnie o dreszcze.
— Znasz go lepiej niż ja, w końcu od miesięcy ćwiczysz z nim walkę na miecze. Jak mu to właściwie idzie?
Fechmistrz odparł poważnym głosem: — W sumie nie robi wrażenia zupełnego niedojdy. Ale nie zmienia to faktu, że jeśli ktoś zaczyna naukę szermierki dopiero w wieku osiemnastu lat, nie ma wielkich szans na karierę w branży. To bardzo ważne, żeby wszystkie sekwencje ruchów weszły ci w krew od wczesnego dzieciństwa, żeby wywoływać je odruchowo. Farin natomiast najpierw musi wszystko przemyśleć. W szybkiej walce trwałoby to o wiele za długo. Z doświadczonym przeciwnikiem nie przetrwa nawet minuty.
— Hm, w takim razie wyjaśnij mi, jak to się stało, że pokonał w pojedynku nie kogo innego jak samego Pierwszego Rycerza, księcia Goriana von Siegesmunda.
— Mówiąc szczerze, nieraz już sam łamałem sobie nad tym głowę. Właściwie to ty powinieneś mi to wyjaśnić, bo to przecież ty oglądałeś całą walkę. Nie bez powodu w normalnych okolicznościach nigdy w życiu nie pozwoliłbym mu się pojedynkować, przecież nawet tego nie ćwiczyliśmy. Sam wiesz, że tu potrzebne są lata doświadczenia. Czyli absolutnie nie powinien wygrać. To graniczyło z niepodobieństwem.
— Całe szczęście, że żaden z nas mu tego nie powiedział, bo ostatecznie przecież wygrał. I to w niesamowitym stylu.
— Żałuję, że nie widziałem tego na własne oczy, Plaudiusie.
— Pewnie, wtedy miałeś przecież akurat pełne usta. Rzygów.
Ze swojego stanowiska Farin widział tylko tył głowy Plaudiusa, jednak bez trudu wyobraził sobie, że grubas uśmiechnął się właśnie od ucha do ucha.
— Nawet mi nie przypominaj. Pozbyłem się wtedy całej żółci.
— Szkoda, że ominął cię ten pojedynek. Dla mnie wciąż jeszcze graniczy z cudem, że Grzmot w ogóle pozwolił Farinowi usiąść na swój grzbiet. Ale to nie wszystko — tworzyli prawdziwą jedność, zupełnie jakby chłopak urodził się w siodle bojowego rumaka.
— A jednocześnie ledwie był w stanie utrzymać się na grzbiecie Tyranii. — dziwił się Drogdan.
Plaudius zatopił się we wspomnieniach: — Gorian i giermek jechali na siebie w pełnym galopie. Do tej pory czuję, jak pod kopytami ich koni trzęsie się ziemia. Myślałem, że chłopak z nerwów zapomniał, że kopię trzeba trzymać w poziomie, ale on opuścił ją w ostatniej chwili i wyrwał księcia z siodła jak lalkę.
— Czy to możliwe, żeby jeden człowiek miał tyle szczęścia na raz?
— Nie mam pojęcia. Wiem tyle, że gdyby przegrał, wszyscy mielibyśmy się z pyszna. Ten zbój Gorian usunął koronę z kopii. Chciał nadziać Emicha jak prosiaka na rożen.
— A do tego nasz pan straciłby cały majątek.
— To był akt niepojętej odwagi ze strony Farina.
— Powinien był wtedy zginąć, Plaudisie. To była niepojęta lekkomyślność.
— Ale zobacz, cały ten turniej to jeszcze nie wszystko. Pomyśl, że przecież wrócił tu, do zamku, i poddał się księżnej, tylko po to, żeby puściła nas wolno.
— Nie ma dnia, żebym o tym nie myślał. To też było niepojęte. Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim sądzić.
— Nie doceniasz go. Chłopak wie, co robi. Jest dorosły.
Drogdan zaprotestował: — Chyba wyrośnięty. I nic poza tym.
Przez całą tę rozmowę Farina gnębiły wyrzuty sumienia, bo te słowa nie były przeznaczone dla niego. Zbyt długo podsłuchiwał przyjaciół. Szybko przejął z powrotem kontrolę nad zmysłami.
Niedługo potem Plaudius i Drogdan obejrzeli się dokoła i zauważyli syna grabarza. Pomachali do niego. Farin szybkim krokiem zszedł po schodach, wspiął się w innym miejscu na drabinę i już stał wśród swoich towarzyszy.
— Co ty tu robisz na górze? — zapytał Plaudius.
— Cieszę się widokami tak jak wy.
— Nie było cię na śniadaniu, dobrze, że cię widzimy. Emicho chce cię widzieć u siebie po południu. Mieliśmy ci przekazać — powiedział Drogdan.
Nie mogli wiedzieć, że do tego czasu Farin zdążył już przedyskutować z Emichem nocne zdarzenia. Emichowi spodobał się pomysł takiego właśnie zapoznania się z treścią księgi, ucieszył się, że udało się zaoszczędzić czas. Farin wszystkie nadzieje pokładał w kolejnej nocnej wizycie w koślawym wymiarze.
Drogdan zauważył, że Farin gdzieś odpłynął myślami.
— Słyszałeś? Mamy audiencję u Starego.
— Znowu zebranie rady? — Giermek skrzywił się. — Dużo gadania wśród licznej gromady to trochę strata czasu.
— Mamy być w małym gronie. Tylko burgrabia, Plaudius, ty i ja. — Fechmistrz spojrzał w niebo, wiatr przybierał na sile i zaczęły się zbierać ciemne chmury.
„Pozdrowienia z Szarzycy”, pomyślał Farin.
I już zaczęło padać. Tu, na Południu, pogoda zmieniała się czasami w okamgnieniu. Poczuli na karkach grube krople. Syn grabarza kochał letni deszcz, ale Plaudius i Drogdan najwyraźniej nie podzielali tych uczuć.
— Schowajmy się — powiedział fechmistrz, wciągnął głowę i pierwszy ruszył na schody.
Farin podążył za przyjaciółmi. Uznał, że czas znaleźć jakieś smakołyki w kuchni, a potem nieco wypocząć przed spotkaniem z Emichem.
Jak zwykle Farin musiał się pospieszyć, jeśli chciał zdążyć na czas. Jakim cudem zawsze był tak bliski spóźnienia, skoro przecież doskonale wiedział, że burgrabia nienawidzi niepunktualności? Po wyczerpującej nocy chciał się tylko chwilę zdrzemnąć w swojej sypialni. Wyglądało jednak na to, że potrzebował więcej snu, niż sam się spodziewał.
— Nie mogłeś mnie obudzić trochę wcześniej?
Jestem demonem, a nie kurem.
— Dobry pomysł, będę musiał sobie sprawić kogucika. — Farin nie miał już siły biec i nieco zwolnił kroku. Za chwilę i tak znajdzie się na miejscu.
Cholera, drzwi były już zamknięte.
Pospiesznie przekręcił grubą gałkę z dębowego drewna i przecisnął się przez wąską szparę, bo nie chciał zamykać drzwi zbyt szerokim ruchem.
Plaudius, Drogdan i Emicho siedzieli już oczywiście wokół niewielkiego stołu w komnacie regenta. Tak nazywano pomieszczenie, w którym uprzednio urzędowe sprawy załatwiał książę Gorian von Siegesmund.
— Jak to miło, że także mój giermek zaszczycił mnie swą obecnością — chrząknął rycerz niezadowolony. — Czy pozwolicie, Wasza Miłość, abyśmy już zaczęli?
Farin rzucił szybko okiem na klepsydrę — wskazywała dokładnie drugą po południu. — Przyszedłem… punktualnie — odpowiedział bez tchu.
I trochę także bez sensu, bo Emicho zadudnił: — Każdy, kto zjawia się po mnie, jest spóźniony. To chyba łatwo zapamiętać, prawda?
Farin przytaknął pospiesznie. Sprzeciw w obecności innych wasali oznaczał karę śmierci. Co najmniej.
— Wy trzej… — Emicho przeszedł od razu do rzeczy, wyjątkowo nie drapiąc się nawet po brodzie — ...jesteście jedynymi osobami, do których mam bezwarunkowe zaufanie. — Burgrabia spojrzał każdemu po kolei głęboko w oczy. — Dlatego omawiam tę pilną kwestię wyłącznie z wami.
Godni bezwarunkowego zaufania spojrzeli po sobie, z jednej strony ucieszeni treścią tego wprowadzenia, z drugiej zdumieni jego jednoznacznością, z trzeciej zaś — ciekawi, do czego prowadziło.
Rycerz wstał i podwinął lewy rękaw koszuli. Na przedramieniu wyraźnie widział ustawiony na jednym z wierzchołków pentagram z płomieniem w środku.
— Wszyscy już słyszeliście o diabelskich sztuczkach nekorian. Ich przywódca, ten cały Pryncypał, jest ponoć opętany przez demona. I to właśnie temu demonowi zawdzięczam to znamię.
— Panie, co oznacza ten znak? — zapytał cicho przerażony Plaudius.
Burgrabia odpowiedział z ponurą miną: — Oznacza, że rzeczony demon może w każdej chwili opętać także mnie i zacząć mi rozkazywać. Może mnie zmusić, bym robił różne złe rzeczy wbrew swojej woli. Na przykład, bym zabił całą waszą trójkę. Dlatego się tu spotykamy. Mówiąc szczerze, nie do końca rozumiem, na co ten diabeł jeszcze czeka.
Drogdan i Plaudius otworzyli szeroko oczy i ścisnęli usta.
Niewypowiedziany nie może wejść jednocześnie do kilku głów, może sterować na raz co najwyżej jednym umysłem. Wie przy tym doskonale, że Emicho już mu nie ucieknie, więc nie widzi powodu do pośpiechu.
— Jednak zanim przejdziemy dalej, każdy z was pokaże mi swoje przedramiona. Po kolei. Zrozumcie, muszę mieć pewność, że żadnego z was nie spotkał ten sam los.
O, nie! Farin w ogóle nie pomyślał o takiej możliwości. Rzeczywiście, przecież każdy z jego przyjaciół też mógł nosić znamię Niewypowiedzianego.
Wnioski Emicha były w pełni uzasadnione; w końcu Pryncypał musiał przebywać na zamku w chwili, gdy jego towarzysze pozostawali w niewoli. Bo jakżeby inaczej mógł naznaczyć rycerza? To jasne, że w tej sytuacji należało bezwzględnie sprawdzić, czy i ktoś z jego najbliższych ludzi nie otrzymał przypadkiem znamienia.
Zdenerwowani Drogdan i Plaudius zakasali rękawy i zaczęli sceptycznie poszukiwać śladów na skórze.
Na szczęście naliczyli tylko jedno znamię — to na ramieniu burgrabi. Rycerz ze stoickim wyrazem twarzy opadł z powrotem na krzesło.
Pobladły Plaudius zapytał: — Panie, jak możemy ci pomóc?
— Pracuję właśnie nad tym, by się dowiedzieć, jak pozbyć się tej klątwy. Jednak tymczasem musicie mnie pilnować. Drogdanie, czy widzisz te kajdany?
Na haku wbitym do ściany wisiały dwa czarne łańcuchy, na których połyskiwała masywna kłódka.
— Nocami będziesz mnie nimi przykuwał do ściany, a klucz zabierał. Nie oddasz mi go za nic na świecie. Nawet jeśli miałbym ci rozkazywać, wydzierać się na ciebie albo gdybym próbował cię przebłagać. Czy to jasne? Nie uwolnisz mnie, bez względu na wszystko! Jeśli demon przejmie nade mną kontrolę, przestanę być panem swoich zmysłów, a stanę się śmiertelnym niebezpieczeństwem dla wasz wszystkich.
— Tak jest… panie! — Drogdan przełknął głośno ślinę. — Ale czy to muszą być kajdany? Może po prostu oddalilibyście się gdzieś, na tyle daleko, by nie stanowić dla nikogo zagrożenia?
— Znamię będzie mi towarzyszyć wszędzie. Demon znajdzie mnie zawsze, gdziekolwiek się znajdę. Tylko tu, na miejscu, jesteście w stanie mnie kontrolować, okiełznać dzięki tym łańcuchom.
W samo sedno! Emicho doskonale rozumie niebezpieczeństwo i jest surowy dla samego siebie, jak zawsze.
Trzej zaufani słudzy zwiesili nosy na kwintę.
— W obliczu takiej przebiegłości naszego wroga musimy sięgać po drastyczne środki. — Rycerz westchnął. — Od tej pory będziemy się spotykać codziennie po południu o tej samej godzinie. Punktualnie! — Farin daremnie próbował nie zauważyć miażdżącego spojrzenia.
— Liczę na waszą wierność. Nawet jeśliby się okazało, że musicie mnie zamknąć w lochu — uczyńcie tak.
Trzy głowy podniosły się dwukrotnie i opuściły bezgłośnie.
— I jeszcze jedno… — Tym razem Emicho znalazł jednak moment, by podrapać się po swoim szerokim podbródku. — Plaudisie i Drogdanie! Jeśli z przedłożonych tu przyczyn przestanę być panem swoich zmysłów, chcę, abyście słuchali tego, co powie wam Farin ze Zgniłych Dołów. To on będzie waszym przywódcą.
Nikt nie był tak zaskoczony jak Farin ze Zgniłych Dołów. Czy jego policzki zapłonęły właśnie teraz, gdy Drogdan i Plaudius zaczęli tak strasznie intensywnie się mu przyglądać? To było bardziej niż niezwykłe, że taki niewydarzony giermek miał wydawać rozkazy doświadczonemu fechmistrzowi i zasłużonemu żołnierzowi. Zresztą nie tylko on tak uważał. Drogdan w każdym razie wyglądał, jakby zastanawiał się, czy obłęd Emicha aby już się nie zaczął.
„Jest wyrośnięty. I nic poza tym.” — słowa, które usłyszał ledwie przed kilkoma godzinami, ponownie rozbrzmiały w głowie grabarczyka. A jednak takie właśnie zapadły decyzje.
Zdumienie żołnierzy oczywiście nie uszło uwagi Emicha.
— Ten rozkaz ma swoje uzasadnienie. Zaufajcie mi. — Rycerz nie pozostawił wątpliwości co do powagi swoich słów. — Radźcie się między sobą. Ale gdy przyjdzie co do czego, postępujcie zgodnie ze wskazówkami Farina. Natomiast na zewnątrz dowództwo przejmuje Drogdan.
— Tak, panie! — Fechmistrz zareagował na tę nową hierarchię zaciśniętymi ustami.
— Wszystko zrozumiecie, kiedy cała tak historia się skończy. Na tym koniec dzisiejszej narady. — Emicho podniósł się.
W lochach
— Ej, kobitkowróżbitko, gdzie twoja lampka nocna? Czemu siedzisz w ciemności i czemu tu śmierdzi szczynami? Przyłapaliśmy cię w toalecie? — usłyszała uprzejmy wewnętrzny głos. Charakterystyczny. Chrapliwy, wredny, złośliwy. Ulubiony demon Farina. Podniosła się z siennika. Zdążyła całkiem zapomnieć o zaklinaczu kości i jego bezdusznej chimerze.
— Ee… no nie. — odpowiedziała zgodnie z prawdą.
— To w porzo. Ha, ha. Przez moment zdążyłem pomyśleć, że wdepnęłaś w jakieś gówno. No, dawaj. Pokaż nam tę księgę!
— Ale… — Nagle lochy wydały się jej jeszcze bardziej przerażające. Ale właściwie czemu tak zesztywniała? Przecież nie musiała się tłumaczyć przed tym demonem.
— Frenjo, czy udało ci się znaleźć księgę? — zapytał zaklinacz kości zdecydowanie uprzejmiej.
Niestety w niczym nie zmieniało to jej nieszczęśliwego położenia.
— Siedzę… siedzę w lochach. Medyk Enariusz… zastawił na mnie pułapkę.
Demon westchnął, jakby go ktoś wrzucił do lodowatej wody.
— Tylko nie to. Co się konkretnie wydarzyło? — zapytał Farin szybko.
Powoli, z plecami opartymi o ścianę, osunęła się na podłogę.
— Opowiem wam wszystko — zapowiedziała matowym głosem. Nie owijając w bawełnę, przedstawiła im serię zdarzeń od chwili, gdy wkroczyła na teren zamku. Niczego nie upiększała, po prostu opowiedziała zgodnie z prawdą o zdradzie medicusa, o swojej naiwności, o aresztowaniu, śmierci Noego i swej aktualnej sytuacji. Nikt jej nie przerywał, nikt nie zadawał pytań.
— Już jutro ma się odbyć sąd nade mną jako czarownicą. Sędzią ma być kapitan Zebalt, przyjaciel Enariusza. Bardzo mi przykro. — zakończyła, wzdychając ciężko.
Zapanowała całkowita cisza. W lochach to nic nowego, ale teraz także w jej głowie. Czy oba demony i zaklinacz kości ciągle jeszcze tam byli?
— Ta stara jest jeszcze głupsza niż nasz Robak! Na Zorrghorozzę i Borghezzę! — usłyszała.
— Paskudniku, twoje przekleństwa nic tu nie pomogą. — spróbował go uspokoić syn grabarza.
— Owszem, mi pomogą! Muszę dać upust swojej złości. Mamy tu najbardziej bezmyślną, bezrozumną, beznadziejną baranią głowę na ziemi. Wielka mi jasnowidzka. Niech mnie jasny piorun, jeśli ona jasno widzi.
— Dość tego. Trzeba zacząć myśleć, co możemy w tej sprawie zrobić.
— Ależ to proste! Pozwolimy jej zgnić w tym lochu albo niech sobie płonie na stosie. A potem znajdziemy jakieś bardziej wydarzone medium.
Nie znajdując nic na swą obronę, Frenja tylko spuściła głowę. Jej broda spoczęła na piersi, wzrok wbił się w ciemność — gdzieś tam, na dole, musiały być zapewne jej stopy.
— Uspokój się wreszcie, paskudo! To absolutnie wykluczone. — Stanowczość w głosie Farina zaskoczyła wróżbitkę.
— Frenjo, oceniam to inaczej niż mój demon. Poprosiliśmy cię o pomoc i ruszyłaś z pomocą. Zaniosłaś lekarstwo Noemu, poszłaś na zamek, znalazłaś komnatę Emicha i zdobyłaś foliał. Wszystko wedle najlepszych chęci. Teraz my pomożemy tobie.
Demon aż zakipiał z wściekłości, do tego stopnia, że przyprawił Frenję o zawroty głowy. — Pewnie! Wielkie dzięki, moja droga. Wszyyyyyystko zrobiłaś, jak należy! Nie słuchamy starego Paskudnika. On i tak zawsze tylko wszystko psuje. Przemawia za tobą przecież wielki sukces, którego jesteśmy świadkami.
— Dajże już spokój, Paskudniku! To na prawdę w niczym nie pomoże. — Farin westchnął ciężko: — Twój pomysł, żeby wykorzystać Szarzycę, nic nie stracił na genialności. Zastanówmy się tylko wspólnie, jak możemy to wszystko naprawić.
Demon zawarczał z niechęcią: — Ja po prostu śmiertelnie nienawidzę, gdy moje plany biorą w łeb przez głupie łby ich wykonawców.
— Czy nie moglibyśmy odwiedzić stąd we śnie Dopałka i wysłać go do lochów, żeby wyciągnął z nich Frenję? — zapytał zaklinacz kości.
W tym momencie ktoś jeszcze poczuł się wywołany z sennego lasu.
— Że co? Nie ma mowy! Obiecywaliście tylko wizytę we śnie Frenji Svinnegarn, a potem mieliście zniknąć na pięćset lat. Taki był układ.
A więc drugi demon też przyłączył się do wycieczki — Rakkuś, ten, który pomógł jej sporządzić eliksir dla Noego.
— Święta racja! Tylko umowy między demonami są jeszcze bardziej święte!
— Posłuchajcie no, wy demoniczne łajdaki. — Wyglądało na to, że zaklinacz kości postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. — Co to za fanaberie? Jak sądzicie, po co Frenja i ja robimy to wszystko? Ani nas to nie wzbogaci, ani nie ubogaci, co najwyżej zostaniemy bez gaci.
— Robaku, skoro tak mówisz… w takim razie po co to wszystko?
— Po prostu robimy to, co jest słuszne. Wróżbitka chciała pomóc Noemu i chciała pomóc nam. Ja chcę pomóc Emichowi. Możecie uważać, że to głupie, że naiwne albo niedojrzałe. Ale mamy tylko dwie możliwości: albo będziecie się upierać przy waszej demonicznej umowie, waszej dumie, waszym cynicznym egoizmie, albo spróbujemy wspólnie zrobić coś konstruktywnego. Pomoc jest konstruktywna.
Pomoc… wciąż tylko słyszę wołania o pomoc. Niby dlaczego ja nie potrzebuję żadnej pomocy?, prychnął Paskudnik w odpowiedzi.
— Potrzebujesz pilnie pomocy, taki jesteś bezbłędny i nieomylny — odparł Farin rzeczowo.
Frenja niemal straciła dech, słysząc całą tę kłótnię w swojej głowie. Nie sądziła, że syn grabarza jest zdolny do takiej przemowy. Zadziwiający chłopak.
Zaklinacz kości nie pozostawił demonom ani chwili na odpowiedź.
— Zróbcie wreszcie i wy to, co słuszne. No już, decyzja!
Rakkuś potrzebował na odpowiedź trzech mgnień oka: — No, ciemięzco, niezłe sobie znalazłeś ziółko do towarzystwa. Muszę przyznać — ładny to on nie jest, ale tkwi w nim coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.
— Zamknijże się, Rakkusiu. Lepiej nam pokaż, którędy do snu Dopałka.
Cisza. Po tych wszystkich demonicznych tyradach nagle w jej głowie zapanowała niebiańska cisza. Wreszcie mogła się nieco uspokoić. Dwa demony, jeden zaklinacz kości i jeden jej osobisty zupełnie zdezorientowany umysł. Cóż tam się właściwie działo w jej głowie?
Obudziło ją zgrzytanie drzwi do lochu. I znowu w jej oczy wgryzło się boleśnie jaskrawe światło pochodni. W tymże świetle spoglądali na nią rycerz Dopałek i podkomorzy Markan.
— Rzeczywiście, jest tutaj! Panie, o niczym nie wiedziałem! — zarzekał się podkomorzy.
Pomogli jej się podnieść.
— Podziękować! — powiedziała.
Dopałek skinął na Markana z poważną miną. Tamten zrozumiał natychmiast.
— Idziemy do pałacu, tam opowiecie nam, co tu się wydarzyło.
— Opowiem. — W końcu nie będzie to pierwszy raz. — Ale skąd wiedzieliście, gdzie mnie znaleźć? — Nie odważyła się spytać bezpośrednio, czy to Farin wpadł do ich snów w towarzystwie dwóch demonicznych stworów. — Cierpliwości — odparł Markan. — Zaraz wszystkiego się dowiesz.
Musiało być wcześnie rano, pierwsze światło dnia przebijało się przez zachmurzone niebo. Cała trójka weszła do pałacu, korytarze wydały się Frenji znajome. Rzeczywiście, po niedługim czasie stanęli oko w oko z ziejącym ogniem smokiem i weszli do komnaty rycerza. Gdy usiedli przy stole, Dopałek chwycił za pióro i szybko napisał na kawałku pergaminu: „W moim śnie pojawił się Farin i zdradził miejsce Waszego pobytu. Kapitan Zebalt wysuwa przeciwko Wam poważne zarzuty.”
— Nie zrobiłam niczego złego.
Dopałek zastanowił się chwilę, potem napisał jedno słowo: „Turgenson.” Markan rzucił okiem na pergamin, podrapał się za uchem i wyszedł.
Turgenson? To brzmiało jak jakieś nazwisko. Nie znała nikogo, kto by się tak nazywał. Niby jak miałby jej pomóc? Wszystko zmierzało w stronę procesu czarownicy, w którym wyrok „oczyszczenie przez ogień” dawno był już zapadł. I właśnie tego bała się najbardziej w związku ze swoim zawodem. Nie chciała, by jej udziałem stał się ten sam los, który spotkał jej mistrzynię, Nynevé. Skulona na krześle Frenja czekała na dalszy rozwój wypadków.
Po jakiejś chwili Markan wrócił. Prowadził za sobą jakiegoś elegancko ubranego mężczyznę, najwyraźniej w bardzo złym humorze. Spojrzała na niego spode łba. Jego spiczasty podbródek zupełnie nie pasował do szerokiego nosa, małe oczka wydawały się nieobecne, również jego mina sygnalizowała, że wolałby być gdzie indziej, najchętniej zaś w łóżku.
— A więc tu mamy naszą czarownicę — brzmiały jego pierwsze słowa.
Cóż za cudowne powitanie. Czy naprawdę oni wszyscy zmówili się przeciwko niej? Niby jakiej pomocy Dopałek spodziewał się od człowieka, który już z góry zdążył wydać wyrok?
— Jestem książę Turgenson, bratanek Starego Króla Grachusa. A Stary Król Grachus jest pierwszym po Bogu. Obecni tu panowie poprosili mnie o tak wczesnej porze, abym stanął po waszej stronie jako advocatus. — W jego głosie było tyle pretensji, że słowa o mało od niej nie popękały. Stanął ze złożonymi rękami i spojrzał na nią z góry. Z samej góry. — Jeszcze nigdy nie broniłem kogoś, kto nie pochodziłby ze szlachty. Od kiedyż to zwykły lud może sobie pozwolić na advocatusa?
W tym momencie Frenja całkowicie straciła nadzieję. Takich wysoko urodzonych arogantów nienawidziła od kołyski. Przecież ten człowiek nie kiwnie nawet palcem, żeby jej pomóc.
Twarz Dopałka pozostała nieruchoma. Natomiast podkomorzy Markan uśmiechnął się w zamyśleniu, a potem powiedział: — Frenjo, opowiedzcie nam, proszę, co się wydarzyło.
Teraz to już nie miało znaczenia. I tak oto wróżbitka zrobiła to, czego od niej oczekiwano. Kiedy skończyła, wszyscy trzej spojrzeli na nią bez jakichkolwiek emocji. Przynajmniej także bez współczucia oraz bez gniewu i przekleństw. W tej chwili nie było jej potrzebne ani jedno, ani drugie, ani trzecie.
Książę Turgenson zwrócił się do Dopałka: — Obstajecie przy tym, żebym zajął się tą beznadziejną sprawą? Chyba nie mówicie serio.
Rycerz w odpowiedzi spojrzał ze stoicką miną. Potem skinął delikatnie.
Advocatus spuścił wzrok, nadął policzki i zaczął głośno rozmyślać: — Medicus Enariusz to nie byle kto. Z pewnością będzie w stanie podburzyć mieszkańców Burzowej Twierdzy przeciwko wam. Również śmierć garbarskiego syna to poważny zarzut. Oskarżenie będzie zatem obejmować: kradzież, czarnoksięstwo i morderstwo. I tego raczej nie da się uniknąć. Dodatkową okolicznością obciążającą jest fakt, że kapitan Zebalt pod nieobecność burgrabiego Emicha jest najwyższym sędzią w niecierpiących zwłoki sprawach. Dodatkowo nie jest tajemnicą, że łączy go przyjaźń z Enariuszem.
Advocatus w pięknych słowach podsumował całą grozę sytuacji, która się jednak od tego zupełnie nie poprawiła.
— Muszę się dowiedzieć paru rzeczy i zobaczymy, co potem. Emicho zawsze kładł nacisk na to, by na tym zamku panowała sprawiedliwość, a przed wydaniem wyroku zawsze wsłuchiwał się w opinię ludu. Oznacza to, że i ten przypadek będzie badany publicznie. Choćby i z tej przyczyny, że Enariusz i Zebalt będą musieli wyjaśnić burgrabiemu w szczegółach wyrok, który zapadnie. I to zwłaszcza w przypadku skazania.
Prawdziwa ulga!
— Tylko że ja… jestem niewinna. Sama nigdy nawet bym nie pomyślała, żeby wziąć jakąś księgę z komnaty.
Turgenson złapał się za brodę.
— Hm! Powoływanie się na fakt, że giermek Emicha pojawił się wam we śnie i zaczął wydawać jakieś polecenia, to nie najlepsza linia obrony. Samo w sobie brzmi raczej jak czary i mogłoby być podstawą do zbudowania stosu. Z drugiej strony — jak inaczej możemy uzasadnić zabranie księgi z komnaty Emicha? Medicus Enariusz będzie żądał wyjaśnień i kary, i nie zadowoli się byle czym. — Książę kiwał głową w przód i w tym, tak jakby jego mózg potrzebował ruchu, by wszystko rozważyć. — Od siedmiu lat nie prowadziłem żadnej sprawy przed sądem…
Frenja aż jęknęła, słysząc te słowa, a potem ze zmartwienia ugryzła się w dolną wargę. Natomiast rycerz wpatrywał się w advocatusa z kamienna twarzą, aż wreszcie powiedział: — Hrm. — Ten prosty dźwięk z jakiegoś powodu dodawał otuchy. Jak on to robił?
Istotnie, ten czar przeszedł także na księcia, którego twarz natychmiast pojaśniała.
— No dobrze. Zajmę się waszym przypadkiem. — Spojrzał na nią surowo. — Będziecie się odzywać przed wysokim sądem, tylko gdy ktoś was o coś zapyta. I w miarę możności odpowiadać tylko „tak” lub „nie”. Poza tym będziecie milczeć jak grób. Czy to zrozumiałe?
Cóż innego jej pozostało? Najpierw skinęła, potem przełknęła ślinę. Czarownica! Śmierć na stosie! Tylko nie to. Tak naprawdę ogień sięgał jej już do szyi. Advocatus musiałby być prawdziwym magikiem, żeby uratować ją przed tym losem. Frenja głęboko wątpiła, że Turgenson jest w stanie poruszyć podkowę siłą swoich myśli.
Czyż nie pali się czarownic?
Na dziedzińcu zamku tłoczyła się ciżba. Rycerz Dopałek jako najwyższy zarządca gestem dłoni otworzył rozprawę wysokiego trybunału. Pod nieobecność burgrabi kapitan Zebalt pełnił rolę sędziego, to na nim spoczywało zadanie wydania wyroku. Nawet wyroku śmierci. Uczestnicy procesu stali, dobrze widoczni, na drewnianym podeście. Przede wszystkim stała na nim sama domniemana zbrodniarka, obca tu Frenja. Oskarżyciel, medicus Enariusz, stał po jej prawej stronie, podczas gdy książę Turgenson opierał się o belkę po lewej. Frenja nie przyglądała się nawet dokładnie, i tak wiedziała, że ta belka jest częścią szubienicy, solidnej konstrukcji z wygodnym miejscem dla nawet trzech skazańców.
„To nie mój rodzaj śmierci”, pocieszyła się Frenja. Czarownic się nie wiesza, czarownice się pali, czyż nie?
Z rozważań wyrwał ją przyjemny głos ławnika, który ogłosił: — Słuchajcie, słuchajcie, mieszkańcy Burzowej Twierdzy! Dzisiaj sprawujemy sąd na Frenją Svinnegarn, wróżbitką i uzdrowicielką w służbie naszego burgrabi Emicha. Pojawiły się nieprzyjemne plotki i poważne oskarżenia, które musimy zbadać bez zwłoki. Słuchajcie teraz, o co obwinia się Frenję Svinnegarn.
Medicus Enariusz postąpił do przodu.
— Liczne to zarzuty. Zacznijmy od spraw najbardziej oczywistych. Ta… kobieta dostała się do komnaty naszego burgrabi i haniebnie go okradła. Naszego szlachetnego pana! Naszego suwerena! Złapano ją na gorącym uczynku, gdy próbowała wymknąć się z zamku z drogocenną księgą za pazuchą. — Zatrzymał się, by dać czas słuchaczom na uświadomienie sobie wagi tego zarzutu.
— Potwierdzam, tak było! — zawołał jeden z żołnierzy, którzy uczestniczyli w jej schwytaniu.
— Miała przy sobie tę księgę, gdy próbowała zniknąć z zamku.
— Hańba! Więcej nie trzeba! — dał się słyszeć głos z tłumu. — Odciąć jej rękę!
— Ja również jestem wstrząśnięty. — Medicus ze smutkiem pochylił głowę, jakby to on miał za chwilę utracić dłoń. — Ale to jeszcze nie wszystko. — Teatralnym gestem chwycił się za serce. W następnej chwili podniósł księgę w czarnej, skórzanej oprawie. — Przyjrzyjmy się, cóż tu zostało skradzione. Przyjrzyjcie się, mieszkańcy Burzowej Twierdzy, jest to księga o czarnej magii, o demonach i diabłach. Samo jej posiadanie jest już występkiem.
Rozległy się głosy podniecenia. Wielu obecnych przeżegnało się w przerażeniu.
— Ta czarownica jest więc w zmowie z demonami. Jej metody leczenia to nic innego jak polowanie na młode dusze, by później, po wieki wieków, dręczyć je w ogniu piekielnym, ku radości jej mrocznych mocodawców. — Aż zatrząsł się z przerażenia i oburzenia. — Dlatego właśnie sięgnęła po niewinną duszę synka garbarza. Przed nami stoi Frenja Svinnegarn, nie tylko czarownica, lecz także pozbawiona jakichkolwiek skrupułów dzieciobójczyni.
— Po co dalsze gadanie? Zbierać drewno dla wiedźmy! — krzyknął jakiś wieśniak.
— A juści, na stos z nią, na stos! — zapiszczała jakaś kobieta.
— Nie, nie, najpierw obciąć rękę, potem dopiero spalić!
Lud zdążył już wydać wyrok. Frenja nie rozumiała, co się dzieje, medicus od samego początku nie zasypiał gruszek w popiele. W zasadzie była już martwa.
— Czy przyznajesz się do winy? — zapytał kapitan Zebalt, mając nadzieję na proces szybki jak błyskawica.
— Wszystko to nieprawda! — zawołała Frenja. — Same kłamstwa! Jestem niewinna! — nie zamierzała korzyć się przed tą żądną krwi czernią. Rozglądała się z wściekłością, rzuciła pełne złości spojrzenie w kierunku Enariusza i wreszcie odwróciła się ku advocatusowi. Co on tu w ogóle robił? Elegancik wciąż jeszcze opierał się o szubienicę, jego oczy sprawiały wrażenie matowych, a mina zdradzała obojętność. Nakazał jej był, by jak najmniej się odzywała. Czyżby odnosił te słowa także do samego siebie? Ale przecież ktoś musiał zacząć ją bronić.
— Nie kłam, czarownico! — odezwał się niepytany kolejny żołnierz. — Byłem przy tym, jak cię złapaliśmy z tą księgą. I widziałem rodziców tego nieszczęsnego zmarłego chłopca.
— Na stos! Na stos! — chór wielu głosów mówił jednym głosem.
Przerażona Frenja zamknęła oczy.
— Żołnierzu! Podejdźcie tu na przód.
Był to głos Turgensona. Jak to miło, że bratanek króla, który jest przecież pierwszy po Bogu, także ma coś do powiedzenia. Spojrzała na niego spod półotwartych powiek.
Advocatus zaczekał, aż mężczyzna stanie przed nim, dobrze widoczny dla tłumu.
— Żołnierzu, gdzie spotkaliście oskarżoną z rzeczoną księgą za pazuchą?
Jakaś kobieta krzyknęła: — A co to za różnica?
Jednak książę Turgenson podniósł prawe ramię, zrobiło się ciszej.
— A zatem? Gdzie konkretnie?
Żołnierz zawahał się.
— No… niedaleko stąd. O, tam, po drugiej stronie. — Wskazał w głąb dziedzińca.
Turgenson ze zdumieniem spojrzał we wskazanym kierunku.
— Tam? Na samym środku dziedzińca?
Mężczyzna skinął.
— A kiedy to było?
— Wczoraj w południe.
— No tak, przypominam sobie, świeciło jasne słońce. Mieliśmy wczoraj piękny dzień.
— Hm. No tak.
Sędzia Zebalt stracił cierpliwość.
— Próbujemy tu wydać wyrok, a nie cały dzień rozprawiać o pogodzie. I to jeszcze wczorajszej — co to ma wspólnego z czarownicą? Przestańcie zmieniać temat, książę Turgensonie.
— Taak! Niech spłonie! — podekscytowali się obiektywni widzowie.
— Jeszcze nie dowiedziono, że jest czarownicą. — Advocatus ponownie zwrócił się do żołnierza. — Czy oskarżona skradała się z tą księgą w rękach?
— Nie… no, nie tak bardzo… Właściwie szła normalnie.
— Wielce szanowny pan medicus stwierdził był właśnie, że próbowała się wymknąć z zamku. Tymczasem okazuje się, że spacerowała przez sam środek zamkowego dziedzińca w samym środku jasnego dnia.
— Nie będziemy tu przecież dzielić włosa na czworo — odpowiedział Enariusz przez zaciśnięte zęby.
— Nie chodzi o słowa, lecz o sprzeczności w zeznaniach. — Książę wyciągnął rękę. — Czy możecie mi na chwilę podać tę księgę, panie medyku?
Enariusz zmrużył oczy, ale przekazał foliał. Advocatus zważył księgę w ręce.
— Jesteście pewni, że to własność rycerza Emicha?
— Ależ oczywiście, leżała w jego komnacie. Ta czarownica okradła naszego najwyższego suwerena, co czyni jej przestępstwo jeszcze bardziej haniebnym.
— Tak, to księga o czarnej magii, demonach i diabłach. Powiedzieliście: samo jej posiadanie jest już występkiem. — Obrócił ją w rękach. — A także, że należy do Emicha. Chcielibyście może oskarżyć o coś pana naszego zamku?
— Że co?… no nie… u niego ta wiedza jest z pewnością bezpieczna.
— W jaki sposób Frenji Svinnegarn udało się dostać do tego foliału? O ile mi wiadomo, komnata burgrabi jest stale zamknięta na klucz.
— Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Musicie ją o to zapytać.
— To był… — Frenja już chciała zawołać, że to Enariusz otworzył dla niej drzwi, jednak zamilkła pod ostrzegawczym spojrzeniem advocatusa.
— Ale najpierw pytam was, medicusie.
— Powiedziałem już, że nie mam pojęcia, jak udało się jej tam dostać.
— Straż! Czy zamek w drzwiach do komnaty burgrabi jest uszkodzony?