E-book
47.25
drukowana A5
76.4
Syn grabarza. Tom II

Bezpłatny fragment - Syn grabarza. Tom II


Objętość:
325 str.
ISBN:
978-83-8455-810-2
E-book
za 47.25
drukowana A5
za 76.4



Najlepsze miejsce

O ciężkie, drewniane drzwi komnaty w wieży zadudnił taran. Ale gdzie tam, taran nie byłby taki głośny. Farin powoli uświadamiał sobie, że to nie sen. Podniósł się, jeszcze na wpół przytomny, nic nie widząc, bo przez wąskie okno nie wpadało ani światło księżyca, ani słońca; zamiast tego do jego świadomości powoli dostawały się przytłumione słowa.

— Otwórzcie, proszę!

— Co się… co się dzieje? — wykrztusił.

Głos po drugiej stronie drzwi wyjaśnił: — Macie się zjawić u burgrabi.

Natychmiast, w pilnej sprawie.

Umysł Farina przywołał stary rytuał pobudki: — A czy kur już zapiał?

— Jaki kur, panie?

— Nieważne. Już idę.

W żadnym wypadku nie chciał kazać czekać swemu panu, rycerzowi Emichowi. Kilkoma ruchami wbił się w koszulę i spodnie, pociągnął za zasuwę i otworzył drzwi. Sługa w liberii przestępował już z nogi na nogę.

— Chodźcie, panie, kiedy władca zamku mówi tym tonem „natychmiast”, to ma na myśli „na wczoraj”.

— Ale nieważne, jak bardzo się pospieszymy, na wczoraj już nie zdążymy — stwierdził Farin. Obiema rękami wytarł sobie resztki snu z oczu i pospieszył za tamtym. Skąd ta niecierpliwość Emicha?

W kilka chwil później wchodził do komnaty rycerza. Burgrabia miał już gościa. Liam — zwiadowca, posłaniec i szpieg — stał z rękami ułożonymi na oparciu krzesła. Jego skórzana zbroja wyglądała na jeszcze bardziej steraną, a twarz — na jeszcze bardziej przeciętną niż przy pierwszym spotkaniu.

— Jesteś wreszcie! — huknął rycerz. Służący musiał się zadowolić serdecznym: — WON! — i — DRZWI! — po czym Emicho burknął: — Liamie, opowiadaj!

— Jeden z moich posłańców wrócił właśnie z wiadomościami ze Zgniłych Dołów. — Mężczyzna ściszył głos i zwrócił się do Farina: — Ze złymi wiadomościami. Twój ojciec nie żyje.

Farin poczuł, jak żołądek zwija mu się w kłębek: — Jak… jak?

— Przykro mówić. Został zamordowany przez nieznajomych na progu własnej chaty. Przedtem był torturowany.

Kruk! Emicho ani trochę nie przesadzał, ten człowiek uwielbiał męczyć i zabijać ludzi, to było celem jego życia. Farin nawet nie zauważył, że osunął się na wolne krzesło. Ogarnął go głęboki smutek. „Co teraz? Czyż nie jestem współwinny tej śmierci? Czyż to nie ja uruchomiłem całą lawinę zdarzeń, która właśnie sprowadza nieszczęście na mą rodzinną wioskę?”

Jakby czytając w myślach chłopaka, rycerz odezwał się: — Kruk pierwszy raz pojawił się w twojej wiosce na pogrzebie Gerlundy, giermku. Od tej chwili wszyscy mieszkańcy są w niebezpieczeństwie. Czarny chce za wszelką cenę złapać demona i wykorzystać do swoich mrocznych planów. Kolejny powód, żeby zabić ich obu. — Skierował wzrok na Liama.

— Masz informacje, czy Kruk znalazł to, czego szukał?

— Wygląda na to, że nie, w przeciwnym razie nie poczynałby sobie tak ostro z grabarzem. — Szpieg skrzywił się. — Farinie, bardzo mi przykro.

— Kto jeszcze ze wsi wie, gdzie znajduje się obecnie mój giermek? — zapytał Emicho.

— Ja sam opowiedziałem o tym jedynie jego ojcu.

Farin szybkim ruchem podniósł głowę.

— Powiedzcie mi, jak przyjął tę wiadomość?

Liam spojrzał na niego z namysłem.

— To była dość dziwna sytuacja. Zgodnie z naszą umową udałem się ponownie do Zgniłych Dołów i odszukałem twojego ojca. Początkowo w ogóle nie chciał wierzyć w moje słowa i kazał mi się wynosić. Przeklinał przy tym strasznie: „Giermek? Niech ja skonam. Przecież nie ten nicpoń. Leń śmierdzący, ucieka tylko przed uczciwą pracą.”

„Jakbym go miał przed oczami”, pomyślał Farin, wyobrażając sobie swego rozgniewanego staruszka.

— Kiedy go jednak zapewniłem, że jego syn poszedł na nauki do Burzowej Twierdzy, kształcić się na giermka burgrabi, uspokoił się, ale nie przestał kręcić głową i powtarzać: „co za szalony chłopak”. Zaś przy pożegnaniu powiedział mi jeszcze zachrypłym głosem: „Nie mówcie mu tego przypadkiem, ale jestem z niego naprawdę dumny.” — Liam odchrząknął i odnalazł spojrzenie Farina. — Myślę, że powinieneś to wiedzieć.

Łzy napłynęły do oczu grabarczyka, jednak przez zaciśnięte gardło nie był w stanie wykrztusić ani słowa.

Przez chwilę wszyscy milczeli, aż wreszcie burgrabia zastanowił się głośno: — Wszyscy mieszkańcy wioski są w niebezpieczeństwie. Skoro jesteś tak ważny dla Kruka, będzie cię nadal ścigał, Farinie.

Synowi grabarza stanął przed oczami strażnik, który zaatakował go w bibliotece.

Rycerz podrapał się po szerokim podbródku i ciągnął dalej: — Demon, który tkwił w Gerlundzie, póki co zniknął. Vigo mówił mojej matce o artefakcie, którego demon może używać jako schronienia. To może być pierścień, bransoletka albo jakiś naszyjnik.

Liam wzruszył ramionami: — Nic więcej nie wiemy.

Farin natomiast, któremu tymczasem udało się już nieco opanować, powiedział: — Panie, ja… muszę pojechać do Zgniłych Dołów, oddać ojcu ostatnią posługę. On… zasłużył na godny pochówek.

— Podróż będzie niebezpieczna, jednak, chociaż bym wolał, nie mogę odmówić twej prośbie. Nie można wykluczyć, że Kruk spodziewa się takiego ruchu. — Rycerz wysunął brodę. — Dwa dni w tamtą stronę, dwa dni na miejscu, dwa dni z powrotem. Dam ci do ochrony Dopałka, Drogdana i Plaudiusa.

— Dziękuję, panie.

— Ruszajcie jeszcze dziś.

Farin podniósł się.

— Tak uczynimy.


Czterej jeźdźcy mieli za sobą już ponad połowę drogi. Zima trzymała północne Zjednoczone Królestwa w lodowatym uścisku. Śnieg zatopił okolicę w cichej, spokojnej, dziewiczej bieli, przez którą musiały przebijać się końskie kopyta. Jednak ten biały dywan wygłuszał niemal wszystkie odgłosy, nadając podróży atmosferę niesamowitości.

„Pierwsza podróż w roli giermka prowadzi mnie z powrotem prosto do moich rodzinnych Zgniłych Dołów, na pogrzeb ojca”, rozmyślał Farin.

Towarzysze nie byli nadmiernie zachwyceni taką spontaniczną wycieczką, głównie ze względu na panujący chłód. Jak dotąd pogoda im jednak sprzyjała, niemal nie wiało, a płynące wysoko białe chmury nie zapowiadały kolejnych opadów. Dopałek, otulony w narzutę z niedźwiedziej skóry, jechał na przedzie tego czteroosobowego oddziału, za nim podążali Plaudius i Farin. Ariergardę tworzył fechmistrz Drogdan.

Gdyby nie smutna okazja, Farin nawet cieszyłby się z tej podróży — na pewno była nieporównanie przyjemniejsza niż pierwsza jazda do Burzowej Twierdzy, którą spędził przywiązany w poprzek wierzchowca, z workiem po burakach na głowie. Jego koń, Tyrania, był wyjątkowo skłonny do współpracy i właściwie tylko jeden, jedyny raz spróbował go ugryźć. Może dlatego, że Paskudnik także siedział wyjątkowo cicho.

Farin jednak nie liczył na wiele: „Na pewno szwenda się gdzieś w najgłębszym zakamarku mojego umysłu.”

Żebyś wiedział, robaku. Nie bój się, jestem przy tobie!

Tyrania zareagowała od razu. Z nagła zaryła przednimi kopytami w śnieg i zatańczyła zadem. Taka zwierzęca katapulta wyrwała syna grabarza ze strzemion, wystrzelił prosto nad głową konia. Lot trwał dłużej niż skok ze skały do Jeziora Wielkiego. I zupełnie jak przy skoku na główkę Farin wyciągnął w górę ramiona, by zamortyzować upadek. Mimo to lądowanie było znacznie twardsze niż w jeziorze. Potem jeszcze elegancko prześliznął się cztery metry na brzuchu. Podniósł się z ciężkim westchnieniem i zaczął otrzepywać śnieg, który oblepił go od stóp do głów. Gdyby nie on, przygoda mogłaby skończy się znacznie gorzej.

— Nic się nie stało! — zapewnił mistrz jeździectwa.

Towarzysze zatrzymali się i jęli z zainteresowaniem przyglądać mu się z grzbietów swoich wierzchowców.

Plaudius, oparty obiema dłońmi o łęk siodła, poskarżył się: — To nie fair, w ogóle tego nie widziałem. Od tej chwili jadę za tobą, Farinie.

— Masz czego żałować. Imponująca technika hamowania. Absolutnie odlotowa. Pokażesz jeszcze raz? — poprosił Drogdan z miną niewiniątka.

Dopałek nawet nie mrugnął. Zamiast tego mruknął tylko zachęcająco.

— To nic przyjemnego mieć za towarzyszy podróży ludzi naśmiewających się z cudzego nieszczęścia — westchnął Farin i zatrząsł się z zimna, bo po plecach spłynęła mu właśnie strużka lodowatej wody. W odpowiedzi zobaczył tylko uśmiechy kompanów. Niekoniecznie współczujące. Pewnie boczyli się po prostu, że muszą go eskortować w taką zimnicę. Farin pochylił się i wyrzucił śnieg zza kołnierza swego futra.

— Mamy cię chronić. Takie mamy zadanie od Starego — deliberował Drogdan głośno. — Ale nic nie poradzimy, jeśli złamiesz sobie kark podczas jazdy.

Farin zdjął rękawicę i pogłaskał Tyranię po grzbiecie.

— Już dobrze, Tyranio. Damy sobie radę.

Zwierzę nastroszyło uszy i rozwarło szeroko oczy. Czy to była zgoda — czy jej brak? Syn grabarza bez lęku i dalszych wypadków zasiadł z powrotem na końskim grzbiecie i ruszyli dalej do jego rodzinnej wsi.


W dali, ponad wierzchołkami drzew, wznosiła się kościelna wieża z czerwonej cegły. Widok znajomy, a przecież w żołądku Farina pojawiło się także poczucie obcości. Ale właściwie co się zmieniło?

— Zaraz będziemy na miejscu! — zawołał w napięciu, gdy dotarli do rozstaju dróg. — Tędy jedzie się do Zgniłych Dołów, ale do domu grabarza trzeba jechać tam. — Wskazał w przeciwnym kierunku.

Kłusem dotarli do domu Farina. Zsiedli z koni, rozprostowali kości i rozejrzeli się. Farin od razu przyjrzał się warsztatowi w szopie. Spod całunu wystawały tylko palce stóp, ale od razu zorientował się, kogo położyli tam mieszkańcy wsi. Dopałek zdjął materiał z martwego ciała.

— Kurwa! — powiedział stojący obok Plaudius.

Było na tyle zimno, że zwłoki nie zdążyły się jeszcze zanadto rozłożyć. Mimo to ojciec nie wyglądał zbyt pięknie. Brakowało mu obojga uszu i siedmiu palców. Białka oczu były wywrócone, tak że źrenice stały się prawie zupełnie niewidoczne. Twarz stężała na mrozie w grymasie bólu.

Farin na moment zamknął oczy. Wściekłość i zgroza karmiły żądzę zemsty. Kruk jeszcze pożałuje tych tortur.

— Bardzo długo wytrzymałeś, tato — wyszeptał syn grabarza. Mimo wielkiego smutku jego głos nie stracił mocy: — Możecie iść do domu i rozpalić w piecu. Musimy się ogrzać i odpocząć.

Drogdan położył mu na chwilę dłoń na ramieniu, skinął pocieszająco i podążył za Plaudiusem i Dopałkiem do chaty.

Farin chciał umyć i umalować ojca zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki grabarskiej, a potem pochować na cmentarzu w Zgniłych Dołach. Z trudem zdjął z ciała rozdartą lnianą koszulę. Do zmycia brudu i zaschłej krwi potrzebował świeżej wody. Z dwoma wiadrami w rękach przeszedł przez lasek do swojego strumyka. Już z daleka słyszał plusk wody, krzepiący i znajomy, a jednak — inny. Napełniwszy wiadra lodowatą wodą przyjrzał się swemu odbiciu. Jeszcze nigdy nie wyglądał tak staro.

„Ale też jeszcze nigdy nie byłem tak stary patrząc w strumień”, pocieszył się bez przekonania.

Gdy wrócił do szopy, przelał część wody do misy i zdjął rękawiczki. Z właściwą sobie dokładnością umył starca — także jego stopy. Nie był to najlepszy z możliwych ojców, ale jednak kochał Farina na swój własny, surowy sposób — tego chłopak był pewien. Okazywał to wprawdzie nadzwyczaj oszczędnie i rzadko, ale właśnie dzięki temu takie chwile zdawały mu się szczególnie piękne. Farin był przerażony okolicznościami jego zgonu. Ze łzami w oczach wycierał okaleczone dłonie. Nikt nie zasłużył na tak straszną śmierć, a już na pewno nie ojciec. Kruk pożądał spuścizny po Gerlundzie, którą była Chimera tkwiąca w ciele Farina, i nie wahał się przed użyciem żadnych środków.

„Co najmniej od tej chwili mam z tobą niewyrównane rachunki, panie Kruku”, poprzysiągł sobie Farin ponownie. „Nigdy więcej nie ucieknę przed tobą zdjęty strachem.”

Skąd to nowe poczucie pewności siebie? Czyżby i Paskudnik miał w nim swój udział? Farin zdecydowanie potrząsnął głową. Moce i umiejętności demona były potężne, ale on nie chciał i nie mógł się na nich opierać. Trzydzieści lat wcześniej Chimera bez najmniejszych skrupułów porzuciła Pierwszego Rycerza imieniem Vigo, który był ojcem Emicha.

Farin poczuł przenikający chłód, zdawało mu się, że pierś za chwilę całkiem mu zamarznie. Obiema rękami złapał misę i wylał poszarzałą ciecz pod oddalony o kilka kroków krzew głogu. Potem ujął młotek i jednym, zdecydowanym uderzeniem rozbił naczynie na kawałeczki. Tak należało.


— Hej, Farinie! Może jednak najpierw odpoczniesz trochę po podróży? — zawołał Drogdan z progu domu.

— Już idę! — zapracowany całkiem zapomniał o towarzyszach. Dym wydobywający się z komina zapowiadał przytulne ciepło. Zresztą i tak musiał wejść do chaty po nową koszulę dla ojca. Nawet gdyby udało się zmyć wszystkie krwawe plamy, nie mógł mu przecież z powrotem nałożyć tak podartej szmaty.

Gdy wchodził do chaty, opanowało go dziwne, mieszane uczucie swojskości i obcości. Oto w samym centrum jego starego świata, w półokręgu przy piecu siedziało trzech towarzyszy jego nowego życia.

Plaudius powiedział: — Nareszcie jesteś. Ogrzej się. Przykro mi z powodu twojego ojca. Mordercy przewrócili też wszystko do góry nogami. Szkoda patrzeć na ten kipisz.

— A, nie, tu nic się nie zmieniło — stwierdził Farin, rzuciwszy jedno spojrzenie.

Miny kompanów zdradzały, jakie wrażenie zrobiło na nich dotychczasowe życie świeżo upieczonego giermka. Druga koszula leżała zwinięta w kłębek na sienniku ojca. Farin podniósł ją i powiesił na haku obok drzwi. Wyczerpany, usiadł na glinianej podłodze przy samym piecu. Przez chwilę nikt nic nie mówił.

Syn grabarza kontemplował tę chwilę milczenia. Potem stwierdził cicho:

— Cieszę się, że jesteście tu ze mną. Dziękuję!

Drogdan odchrząknął: — Jeszcze przyjdą lepsze czasy, zobaczysz. Co robimy teraz?

— Jutro rano dokończę pracę, potem pojedziemy pogrzebać ojca na wiejskim cmentarzu.

Trzej mężczyźni skinęli w milczeniu.


Całą drogę do Zgniłych Dołów Farin prowadził Tyranię za cugle. Na jej grzbiecie leżały zwłoki ojca, umyte, wymalowane i porządnie owinięte w całun. Rankiem trawy i gałęzie drzew pokryła szadź, z ust ludzi i pysków zwierząt wydobywały się kłęby pary. Słychać było tylko uderzenia kopyt o ziemię, od czasu do czasu biły o siebie także motyka i łopata przywiązane do końskiego grzbietu za zwłokami.

Na miejscu — zgodnie z dawną tradycją — mężczyzn przywitało zgrzytanie wypłowiałego szyldu. Jednak syn grabarza ani go nie widział, ani nie słyszał. Przeszedł obok oberży, przez błonie, ku kościołowi, obszedł go dookoła i znalazł miejsce na grób ojca.

„To będzie bardzo dobra kwatera”, uznał. „W sąsiedztwie kapłana Amena — i nawet o metr bliżej do ołtarza w kościele. Idealne miejsce.” — Tutaj wykopię grób. To najlepsze miejsce spoczynku dla mojego ojca.

Drogdan skinął.

— A co z jakimś kapłanem? Gdzie dzwony?

— Stary kapłan również został zamordowany przez Kruka. A nawet gdyby jeszcze żył — śmierć grabarza nikogo nie obchodzi. Na taki pogrzeb nikt nie dzwoni.

— Hm… — odrzekł mistrz fechtunku.

Plaudius i Dopałek patrzyli na Farina w zadumie.

Syn grabarza odwiązał narzędzia i zabrał się do pracy. Pierwsza warstwa ziemi była jeszcze zmrożona, musiał użyć motyki, ale potem radził już sobie łopatą. Gdy dół sięgał mu do kolan, usłyszał kroki. Bujak wybrał się ze swoim synem Torfem na spacer wokół kościoła — akurat tych dwóch spotkał Farin jako pierwszych po powrocie do rodzinnej wsi.

— Witam szanownych panów i życzę błogosławieństw — powiedział Bujak głosem bynajmniej nie przyjaznym. Z nieufnością spoglądał na trzech obcych.

Dopałek, Drogdan i Plaudius skinęli w odpowiedzi.

— Jestem tu sołtysem i odpowiadam za wszystko, co się dzieje w Zgniłych Dołach. — Z miną ważniaka podszedł do Farina. — Wyrazy współczucia. — Spojrzał na zwłoki. Jego głos nie był jednak współczujący, raczej obelżywy. Szybko przeszedł do rzeczy: — Na co ty sobie tutaj pozwalasz, chłoptasiu? — Wskazał z oburzeniem na grób.

„Doczeka się pieska gałąź…” Farin zazgrzytał zębami. Jednym ruchem wbił łopatę w ziemię, wyszedł z grobu i stanął tuż przed sołtysem.

— Nie widzę tu żadnego chłoptasia. Kogo masz na myśli, Bujak?

Tamten otworzył szeroko oczy.

— A w ciebie co wstąpiło? Jak ty ze mną rozmawiasz? — Jego policzki zaszły czerwienią, ale po chwili uzupełnił protekcjonalnym tonem: — Mam wrażenie, że śmierć ojca zaćmiewa ci zmysły.

— Mój umysł nigdy jeszcze nie był tak jasny.

Sołtys odparł jednocześnie z pogardą i irytacją: — Synu grabarza, to nie miejsce dla twojego ojca, pochowaj go za płotem.

Farin potrząsnął głową i wskazał na wykopany grób: — Zostanie pochowany dokładnie tam. Zasłużył sobie na to miejsce. Nie był ani gorszy, ani bardziej skorumpowany, ani bardziej szczwany niż Amen.

Sołtys aż się zapowietrzył.

— Zabieraj swój kram i idź kopać gdzie indziej. Tu na pewno go nie pochowasz!

— Czy ty słyszysz, co do ciebie mówię? Pochowam go tu i basta!

— Nie! — Bujak przybrał minę dowódcy wielkiej armii. A w geście jeszcze większego dowódcy jeszcze większej armii założył ramiona na piersi.

Farin spojrzał na niego z góry.

— I niby kto mi w tym przeszkodzi?

— Ty… ty kompletnie zwariowałeś — Bujak dobitnym głosem zwrócił się do stojących obok, jakby niezaangażowanych trzech mężczyzn. — Nie wiem, co ten chłopak naopowiadał szanownym panom, ale powinniście wiedzieć, że macie do czynienia z… synem grabarza. — Spojrzał na Farina jak na kawałek spleśniałego chleba i skrzywił się. — Z nikim więcej.

Drogdan spojrzał na Bujaka uważnie.

— Niczego nam nie naopowiadał. Ale przecież ty jesteś zaledwie sołtysem.

Co to za różnica?

Dopałek zahuczał: — Ehrm!

W tym momencie Farin poczuł głęboką wdzięczność. Ledwie parę godzin wcześniej jego towarzysze naśmiewali się z jego przygody podczas jazdy, a teraz stanęli za nim murem.

Bujak szybko pojął, że nie znajdzie u nich wsparcia. Syknął na Farina: — Taki jesteś odważny, bo są tu z tobą ci trzej… obcy.

Drogdan uśmiechnął się: — Ależ my się nie wtrącamy.

Syn grabarza niewzruszenie uczynił krok w kierunku Bujaka.

— Skończyłem dyskusję. Mój ojciec spocznie w tym grobie i będzie tam leżał tak długo, jak długo będę to uważał za stosowne.

— Mieszkańcom Zgniłych Dołów się to nie spodoba.

Smutek Farina z wolna przechodził we wściekłość.

— Zamilcz wreszcie! Przestań się chować za swoimi wieśniakami.

Sołtys nie patrzył już Farinowi w oczy.

— Niesłychane… — wyjąkał. — Nie pozwolę sobie na takie rzeczy. — Teraz i jego twarz zaczerwieniła się z gniewu. Nadął się cały i zacisnął pięści.

Ale właśnie w tym momencie Torf odezwał się z lekkim drżeniem w głosie: — Daj spokój, ojcze. Czy to nie wszystko jedno, gdzie go zakopie. To nie ma sensu. Nie wiesz, do czego on jest zdolny.

Całkowicie zdezorientowany Bujak spojrzał najpierw na syna, a potem na Farina. Wreszcie spuścił wzrok na ziemię, jakby próbował się doszukać straconej właśnie twarzy. Ale tam też jej nie było.

— Twoje milczenie biorę za zgodę. Jeszcze coś? — zapytał Farin.

Sołtys opuścił cmentarz bez słowa, potrząsając jedynie głową, ale nie odwróciwszy się ani razu. Torf podążył za nim krok w krok.

— A co to za dziwne figury? — zdziwił się Plaudius. Jednak Farin zabrał się już był za kopanie.

Córka kowala

W braku duchownego Farin musiał sam powiedzieć kilka słów pożegnania nad grobem ojca. Nikt z mieszkańców wsi się nie pojawił. Jedynie raz po raz zza narożnika kościoła wyglądała jakaś głowa przedstawiciela Towarzystwa Fajczarzy Zgniłych Dołów, która jednak szybko znikała.

Łopata za łopatą ciało ojca znikało pod ciemną ziemią.

— Zaraz kończę — powiedział syn grabarza do towarzyszy.

— Może zajrzymy do oberży? — zapytał Plaudius — Nie odmówiłbym nieco strawy i napitku.

Przyłożywszy dłoń do czoła, Farin spojrzał w kierunku słońca. — „Oberżysta powinien już być na nogach.”

— Możemy wejść, a potem pojedziemy z powrotem do chaty.

Farin z zadowoleniem przyglądał się brązowemu wzgórkowi, korzystnie wyróżniającemu się na tle śniegu.

— Spoczywaj w pokoju, ojcze — powiedział syn grabarza, po czym przywiązał motykę i łopatę z powrotem na grzbiecie Tyranii.

Towarzysze udali się wspólnie do „Ciepłego Browarka”.

— Mam nadzieję, że zimą jednak będzie chłodny– zauważył z nadzieją Plaudius.

— Raczej na to nie licz. — Farin otworzył drzwi. Ani śladu gości, nie mówiąc już o Jureczku.

Farin usiadł przy stole tuż za drzwiami, na krześle swojego ojca. Pozostali zdjęli grube płaszcze, powiesili je na hakach przy wejściu i zasiedli wygodnie wokół tego samego stołu.

Z sąsiedniej izby pojawił się Jureczek, który zwęszył już dobry utarg.

— Witam najuniżeniej, szanowni panowie. — Z respektem przyjrzał się skórzanemu uniformowi Dopałka z żółtoczarnym sokołem wędrownym, po czym jego ukłon stał się jeszcze bardziej uniżony. Zadziwiające, jaki efekt powodował zawsze sam widok królewskiego herbu. Wygładzonym głosem powiedział: — Szlachetni panowie nie powinni siedzieć tutaj. Ten stół jest dla tego tam. — Nie zaszczycił Farina nawet krzywym spojrzeniem, a jedynie wskazał na niego palcem jak na plamę rzygowin. — O, te miejsca z tyłu, przy samym oknie i piecu, są dla lepszych państwa.

Drogdan odpowiedział bez ogródek i z rzadką u niego ostrością: — Jesteśmy dumni, że możemy dzielić stół z giermkiem największego rycerza Zjednoczonych Królestw, pana Emicha, władcy Burzowej Twierdzy i Lorda Północy, a także zaufanego Starego Króla Grachusa.

Na twarzy gospodarza pojawiło się bezbrzeżne zdumienie.

— Z całą pewnością zaszła tu jakaś pomyłka. A może nawet doszło do oszustwa — ten tutaj jest tylko synem grabarza.

— Nikt temu nie przeczy. Ale jest także czymś ponadto. Zważaj więc na słowa, gospodarzu! — zagroził Drogdan z wojskową wręcz surowością.

— Ależ oczywiście. — Mężczyzna przełknął ślinę; był przyzwyczajony, aby we własnej oberży zgadzać się z opinią dobrze sytuowanych klientów. — W takim razie zapraszam… wszystkich szanownych gości, aby zechcieli skorzystać z najlepszego stołu w moim skromnym domu.

— Moje miejsce jest tu! — odparł Farin z naciskiem. — Tu siedział mój ojciec, a teraz ja zajmuję jego miejsce. Jestem synem grabarza — i będę nim po kres moich dni.

Jureczek gapił się na Farina z otwartą gębą.

— Oberżysto! Kroczysz tu po cienkim lodzie. Chcesz nam nadal prezentować swoje wątpliwe mądrości, czy wreszcie przyniesiesz coś do jedzenia i picia? — zawołał Drogdan.

— Ach, wybaczcie, proszę. Macie całkowitą rację. Po ciemnym piwie dla każdego?

— Byle było zimne — powiedział Plaudius.

— Yyy… tak jest. — Jureczek oddalił się niepewnym krokiem.

— Narasta we mnie wrażenie, że z twoim pochodzeniem miałeś w tej dziurze jeszcze gorzej, niż mógłbym przypuszczać — stwierdził Drogdan.

— Nigdy się nie skarżyłem. — Farin zamilkł. Spodziewał się, że obleje go fala wstydu, gdy będzie nowym towarzyszom dawał wgląd w swoje dawne życie, ale tak się bynajmniej nie stało. Zawsze sumiennie wykonywał rzemiosło, którego się sumiennie wyuczył. Na to, jak traktowali go wieśniacy, nie mógł nic poradzić. A za ich zachowanie nie czuł się odpowiedzialny.

Gospodarz pojawił się z czterema napełnionymi po brzegi kuflami.

Farin zapytał jakby nigdy nic: — Oberżysta ma zwykle tyle oczu i uszu, co jego goście. Opowiedz mi, co się działo w Zgniłych Dołach, a zwłaszcza co się działo z moim ojcem.

Jureczek przez moment zbierał się w sobie.

— Nie ma za wiele do opowiadania. Powroźnik przyuważył trzech mężczyzn kręcących się wokół domu grabarza. Jeden z nich mógł być tym dziwnym człowiekiem w czerni, który pojawił się tu po raz pierwszy na pogrzebie Gerlundy. Dwa dni później Bujak znalazł twojego ojca martwego. Leżał przed progiem waszego domu.

— Czy od tego czasu Czarny był widziany ponownie?

— Nie! — Gospodarz z przekonaniem pokręcił głową. — Sam wiesz, że obcych trudno tu nie zauważyć. Od dwóch tygodni jest spokój.

— Czy ojciec zdradził kiedykolwiek, gdzie obecnie przebywam?

Oberżystę wyraźnie przerastały zarówno dobór słów, jak i ton głosu Farina. Spojrzał spłoszony na Drogdana i Dopałka, a potem odpowiedział: — Nie, ani słowem. Stąd moje… no… moje zdziwienie. Jednak w ostatnich dniach życia wyraźnie poprawił mu się humor.

Farinowi znów zrobiło się ciężko na sercu. A więc ojciec ucieszył się z wieści o synu. W jednej chwili Farin uświadomił sobie, jak wiele miałby mu jeszcze do powiedzenia.

Ach! Dobre zamiary zawsze pojawiają się wtedy, gdy jest już za późno. „Co mogę poprawić na przyszłość?”

Nagle przyszło mu coś do głowy. Przecież są tu jeszcze ludzie, którzy wciąż żyją i mogą go wysłuchać.

— Zamówcie sobie coś do jedzenia, ja jeszcze muszę przejść się do kuźni.

— Jesteśmy twoją eskortą. Nie powinniśmy pójść z tobą? — zapytał Drogdan.

— Nie, kuźnia jest o rzut kamieniem, a wy słyszeliście, co powiedział gospodarz. Nic złego się nie zdarzy.

Dopałek skinął głową. Jureczkowi cały czas oczy niemal wypadały z orbit, wciąż nie mógł pojąć, kim stał się ich wioskowy syn grabarza.

— Co macie do jedzenia?

— Kucharz poleca zajęczy gulasz — odpowiedział zapytany, zadowolony ze zmiany tematu.

— I co jeszcze? — dopytywał Plaudius.

— No… jeszcze gulasz z zająca. — Jureczek rozłożył szeroko ramiona, dając wyraźnie do zrozumienia, że karta dań nie kryła żadnych dodatkowych frykasów.

— W takim razie wezmę gulasz z zająca — zdecydował Plaudius.

— Będę z powrotem najpóźniej za dwie godziny — powiedział Farin, wstał i założył futro.

— A ja to samo, co mój przyjaciel Plaudius — orzekł Drogdan.

Również Dopałek skinął.

— Czyli trzy porcje — podsumował Jureczek.

Tymczasem Farin opuścił gospodę „Pod Ciepłym Browarkiem”. Odwiązał Tyranię i wsiadł na jej grzbiet. Zaburczało mu w brzuchu — może rzeczywiście powinien był najpierw coś zjeść.

Droga do kuźni zajęła mu mniej niż dziesięć minut. Im bardziej się do niej zbliżał, tym większy odczuwał głód. Poczuł zapach dymu na długo, zanim zbliżył się do warsztatu. Pod szerokim poddaszem stał kowal i ogromnym miechem napowietrzał żar.

Czarna od sadzy, spocona twarz spojrzała na Farina nieprzyjaźnie.

— Czego chcesz, synu grabarza? Skąd masz konia i miecz? Ukradłeś?

Reputacja jego zawodu wyprzedzała Farina.

— Witajcie, kowalu. Przyjechałem odwiedzić waszą córkę, Anietę.

Mężczyzna wytarł czoło wierzchem dłoni, zostawiając na nim długi ślad potu i sadzy.

— Moja córka nie przyjmuje gości! Do widzenia!

Farin odparł z rzadkim u niego uporem: — Jutro rano ponownie wyjeżdżam ze Zgniłych Dołów. To dla mnie ważne, aby przedtem zobaczyć się z waszą córką.

— Masz zatkane uszy? Ona nie ma zamiaru widzieć się z tobą.

Farin nie tak to sobie wyobrażał. Co teraz? Dlaczego nagle sam sobie wydał się takim głupcem? Czego właściwie oczekiwał? Stał tam po prostu jak niepyszny, wszystko w nim opierało się przed odwrotem bez załatwienia tej sprawy.

Otworzyły się drzwi i pojawiła się w nich Anieta.

— Ojcze, wybaczcie, ale to ja będę decydować, kogo chcę przyjąć w gości.

— Nigdzie nie pójdziesz z tym… typem! — zadudnił kowali i zacisnął pięści. Żyły na muskularnych ramionach nabrzmiały.

— Oczywiście, ojcze. Zostanę tu i zaproszę go do środka. Wejdź, Farinie.

Syn grabarza przestał rozumieć, co się dzieje. Anieta nie tylko nie odsyłała go precz, ale wręcz stawiła czoła swemu ojcu. Co za kobieta! Jak zawsze — wyglądała oszałamiająco. Miała na sobie biały czepek, spod którego falowały długie włosy, a także pofałdowaną sukienkę opiętą czerwonym paskiem.

Farin wszedł do środka ze ściśniętym żołądkiem. Nie chodziło jednak o poirytowanego kowala, ten był mu zupełnie obojętny. Nie, przyczyną była Anieta. Teraz już nie było odwrotu.

Tym razem ci pomogę, chcesz? Żebyś znowu się nie wygłupił.

Z udawanym spokojem Farin przywiązał Tyranię do palika. W myślach zaś huknął: „ANI MI SIĘ WAŻ! Nie będę cię nigdzie wysyłał, nie chcę oszukiwać Aniety. To nie byłbym ja.”

Jesteś uczciwy do wyrzygania. Paskudnik wydawał się naprawdę obrażony. W takim razie użyj tego swojego animalistycznego, minimalistycznego, małomiasteczkowego magnetyzmu. Ale na mnie nie licz!

„Świetnie”, pomyślał Farin i uśmiechnął się do Aniety, a potem podążył za nią do środka.

Ona zaś zapowiedziała przyjaźnie: — Matka jest u krawcowej. Możemy usiąść przy stole w izbie. — Obróciła się i opadła na krzesło.

Farin usiadł jak pijany. Nieco sztywny, nieco spłoszony, ale wiedział, że przyszedł czas, by załatwić tę sprawę. Nie miał wątpliwości! Ale niby jaką sprawę? Po co właściwie tutaj przyjechał?

— Dziękuję, że zaprosiłaś mnie do środka. Twój ojciec wygląda, jakby był w złym humorze.

— Tak jak przez większość swojego życia. — Podniosła głowę, dotknęła białego czepka i spojrzała na giermka trochę nieobecnym wzrokiem. — Przykro mi z powodu twojego ojca. Udało ci się go pochować?

— Tak.

— Co cię sprowadza do naszej chaty, synu grabarza? — zapytała Anieta.

Jakże wspaniale potrafiła od razu przejść do rzeczy. Jak dla Farina — aż za szybko.

— Yyyyy… chciałem… ee… zobaczyć, co u ciebie, zanim… znowu… zniknę. — Aha! — oparła się na krześle. — To miło z twojej strony.

Zapanowała cisza. Gulgotanie w tyle głowy o mało nie zbiło Farina z pantałyku. Z pantałyku? A cóż to w ogóle był za pantałyk?

Nad nosem Aniety pojawiła się niewielka zmarszczka, której nigdy dotychczas nie zauważył.

— Farinie, nie było po tobie śladu przez całe tygodnie.

— Tak, byłem w pewnym zamku na Północy. Ten rycerz, który się wtedy pojawił tak nagle i kazał otworzyć grób Gerlundy, zrobił mnie swoim giermkiem.

Uniosła brwi.

— Ten rycerz, który o mało nie zabił sołtysa?

Farin skinął.

— Ten rycerz, którego w ostatniej chwili powstrzymał Blossak, opowiadając mu o tym dziwnym obcym?

Węzeł, który czuł na żołądku, przyszedł w samą porę: dzięki temu Farin zupełnie przestał czuć głód. „Ten kłamca i pyszałek Blossak. Czy powinien powiedzieć Aniecie prawdę?”

Farin skinął niemrawo i trochę wbrew woli.

— Ten rycerz, na którym Blossak zrobił takie wrażenie, bo wyjaśnił mu, co się dokładnie wydarzyło?

Farin skinął niemrawo i trochę wbrew woli.

Anieta wstała i wyjęła z regału dwa gliniane kubki. Ścisnęła wargi.

— Zastanawiam się, dlaczego w takim razie ów rycerz zrobił giermkiem ciebie, a nie tego spryciarza.

Farin skinął.

— Bo to wszystko zrobił nie Blossak, tylko ty. Farin skinął.

— Przestań mi tu kiwać głową jak jakiś kurczak. Mam rację?

Farin nie skinął.

Natomiast Anieta powiedziała miękkim głosem: — Co za uparciuch z ciebie. Naprawdę bierzesz mnie za tak głupią?

— No wiesz, biały czepek nie oznacza jeszcze jasnego umysłu. — Syn grabarza uśmiechnął się. Włożył w ten uśmiech wszystko, co czuł do tej dziewczyny, postarał się, żeby wyglądał ciepło i ujmująco. — Tak, to byłem ja.

Teraz i jej twarz ozdobił uśmiech. — Mężczyźni! Prymitywni, gdy nie trzeba, honorowi, gdy ważniejsza jest szczerość. Ale nawet honorowy głupiec pozostaje głupcem. — Pokręciła głową, a potem nią skinęła. A może odwrotnie. Cokolwiek robiła, Farinowi i tak zapierało dech w piersi.

— Tak naprawdę wiedziałam to od samego początku. — Anieta wyszła z izby i po chwili wróciła z dwoma dzbanami.

— Wino czy woda?

Nim odpowiedział, musiał głęboko odetchnąć.

— Wznieśmy toast winem. Jutro znów opuszczam Zgniłe Doły.

— Wracasz do swojego rycerza?

— Tak, to trudny, ale dobry człowiek.

— Chcesz zapomnieć o Zgniłych Dołach i życiu syna grabarza?

— Nie, ja jestem synem grabarza. To na zawsze pozostanie częścią mnie.

Anieta podniosła kubek z czerwonym winem.

— Za zdrowie Farina, syna grabarza i giermka, i za to wszystko, co nas czeka.

— Za zdrowie córki kowala. Ale rozmawiamy cały czas o mnie, a tymczasem ja chciałbym się czegoś dowiedzieć o tobie. Opowiedz mi coś — poprosił syn gabarza.

— Ale co chciałbyś usłyszeć?

— Twój głos– odpowiedział Farin cicho.

Zaraz się porzygam.

Podniosła głowę. Po raz pierwszy od wielu lat spojrzała mu prosto w twarz. Ich spojrzenia spotkały się, dotknęły miękko dosłownie na mgnienie, po czym Anieta zamknęła oczy.

Czy mu się zdawało, że jej policzki jakby się zaróżowiły? Jeśli spojrzy na niego w ten sposób jeszcze jeden, jedyny raz, nigdy w życiu już nie wstanie, tylko będzie siedział tu, w tym miejscu, do końca świata.

Odchrząknął i ponownie podniósł kubek.

— Za zdrowie Aniety, tej osoby w Zgniłych Dołach, za którą będę tęsknił najbardziej. — Tym razem utkwił wzrok w stole. — Za którą bardzo będę tęsknił. Właśnie to chciałem ci powiedzieć jeszcze przed wyjazdem.

Twarz Aniety natychmiast straciła cały kolor.

— Ja… wstydzę się za to, jak się zachowałam wtedy, przed karczmą. — Jej oczy błyszczały.

„Co tu się dzieje?”, pomyślał.

— Zawsze cię lubiłam, od najwcześniejszych lat. Ale kiedy, z wydatną pomocą ojca, dowiedziałam się, jaką rolę pełni we wsi syn grabarza, przestałam dopuszczać do siebie jakiekolwiek uczucia.

Mrowienie w żołądku nasilało się. Co Anieta miała na myśli?

— I… — zawahała się na moment — Blossak poprosił mnie o rękę.

— To… to po prostu…

„No właśnie, co?”, zastanawiał się Farin gorączkowo.

— On nie jest złym człowiekiem… i… noszę pod sercem jego dziecko… Zgodziłam się — dodała już szeptem.

Po takiej nowinie Farin najchętniej wypiłby jeszcze co najmniej dziesięć kubków wina. Cała jego miłość zawaliła się z głośnym hukiem, nie chciał już nic więcej słyszeć i z trudem powstrzymał odruch zatkania sobie uszu jak krnąbrne dziecko. Czego się właściwie spodziewał? Że Anieta rzuci mu się na szyje tylko dlatego, że pojawił się nagle na koniu, który go nie cierpiał, a za pasem nosił miecz, którym właściwie nie potrafił robić? Że w zachwycie wskoczy wraz z nim na rumaka i uda się do Burzowej Twierdzy? Naiwniak. Zaczął sobie robić wyrzuty. Bo na co tak długo czekał? Powinien był od samego początku zarzucić kłamstwo Blossakowi, który posłużył się nim tylko po to, by zaimponować Aniecie, i powinien był wyznać jej miłość. Zacisnął pięści. Czy to by cokolwiek zmieniło? Na te pytania nigdy nie znajdzie odpowiedzi, a jeśli nawet, to na pewno nie teraz. Postanowił sobie na przyszłość z większym zdecydowaniem walczyć o to, na czym mu zależy. Tak jak zrobił rankiem nad grobem ojca.

Mężnie wykrztusił: — Bardzo mi zależało, żeby jeszcze cię zobaczyć. I żeby ci pokazać, że… jesteś dla mnie ważna. — Wstał.

Podeszła i pocałowała go w lewy policzek.

Syn grabarza wpatrywał się bez ruchu w drzwi, nie miał sił zrobić nic więcej. Musiał stąd natychmiast wyjść, dopóki jeszcze potrafił. Krok po kroku zbliżał się do wyjścia. Mężnie odwrócił się raz jeszcze i powiedział: — Życzę ci szczęścia Anieto. — Jego głos brzmiał jak przegniłe drewno.

— Ja tobie także, Farinie. Zasłużyłeś sobie na nie. — Odwróciła się i wytarła policzki chusteczką.

Gdy syn grabarza wychodził z domu, kowal spojrzał na niego wzrokiem, który mówił: „Moja córka zasłużyła na coś lepszego”.

Jakby w zwolnionym tempie podszedł do konia, wsiadł na konia, zasiadł w siodle, spiął konia.

Paskudnik odezwał się nagle wyjątkowo miękkim głosem: Głowa do góry! Nie rozpaczaj, to nie jest ostatnia miłość twego życia. Na dodatek ona wolałaby ciebie od Blossaka. I to o wiele bardziej — tylko sama nie chce się sobie do tego przyznać.

Czyżby demon chciał go pocieszyć? To zupełnie do niego nie pasowało.

— Skąd ten pomysł? — zapytał słabo.

Zmysł obserwacji. I… posłuchaj uważnie… teraz siedzi przy stole i szlocha.

— Co? Skąd możesz to wiedzieć? To ja szlocham.

Słyszę ją. Tak już się przyzwyczaiłeś do mojej obecności, że mogę używać twoich zmysłów nawet bez twojej świadomości…

A to co znowu miało znaczyć? Farin nie miał teraz do tego głowy. W nic już nie wierzył. Walczył z uczuciami, wiedział, że musi natychmiast stąd wyjechać. Mimo obecności Paskudnika Tyrania była posłuszna każdemu gestowi, najwyraźniej nawet koń rozumiał, jak wrażliwy był w tej chwili jeździec. Stępa wrócili do oberży.

W ostatecznym rozrachunku poradziłeś sobie lepiej, niż bym się spodziewał.

Farin nie miał siły, by dziwić się takim komentarzom, ani nawet temu, że brak w nich było zwyczajowej drwiny.

„Jest przy nadziei i wychodzi za Blossaka.” W głowie kołatała mu tylko ta jedna myśl.

Obcy

Jej puls przyspieszył. To nie był dobry znak. Starała się mieć oczy dookoła głowy. Aros szukała resztek ryb między Nabrzeżem Trzecim i Czwartym, ale poranny spokój był zwodniczy. Dotknęła kieszonki na piersi, wymacała przedmioty, które się tam znajdowały. Jeden miedziak i jeden ząb trzonowy. „Dość zastanawiania się — czas działać!”

Jednym skokiem dała nurka pod główny pomost portu w Opoce. Przy czym nie należało tego rozumieć dosłownie: nie wskoczyła do basenu portowego, a raczej chwyciła obiema rękami krawędź pomostu, jednocześnie biorąc rozpęd i ostatecznie przylgnęła nogami do jednego z pali wbitych w wodę. Gdy ta zachlupotała wokół jej pośladków, Aros podciągnęła się na ramionach i zerknęła przez jedną ze szpar między deskami.

W tym samym momencie zza dużej hali targowej wyszło pięciu żołnierzy straży miejskiej i zaczęło rozglądać się podejrzliwie.

— Dziwne, kapitan portu mówił, że kręci się tu jakaś samotna dziewczyna… — wymamrotał jeden.

— Przecież ten dureń jest zwykle pijany. W każdym razie ja żadnej nie widzę — odparł drugi. Patrol pomaszerował dalej.


„Ha! Było blisko.”

Wyszła spod pomostu i pobiegła w odwrotnym kierunku, na południe. Już od kilku dni była poszukiwana na rozkaz władz. Wiedziała dokładnie, kto konkretnie go wydał. Po śmierci Grama to arcybiskup awansował na jej arcywroga. Bardzo często myślała o tym świętoszkowatym świętym, którego podsłuchała, kryjąc się na poddaszu stodoły przy sierocińcu. Tylko czego od niej chciał? Cały czas musiała się mieć na baczności, unikać partoli i w miarę możności stać się niewidzialną.

Ledwie wczoraj obserwowała, jak żołnierze wypytywali kilku rybaków właśnie o nią. Biorąc pod uwagę wszystkie wysiłki straży miejskiej, graniczyło z cudem, że jeszcze nie została złapana. Może dlatego, że z bezmyślnym uporem koncentrowali się na poszukiwaniach czternastolatki w szarej sukience z sierocińca i czapce? Z tej ostatniej Aros ostatecznie zrezygnowała. Z ciężkim sercem oddała filcowe nakrycie głowy jakiemuś żebrakowi. Może przyniesie mu szczęście i ludzie będą mu do niego wrzucać drobniaki.

Również jej porządna, brązowa sukienka z Górnego Miasta okazała się pomocna. Pogładziła materiał otwartą dłonią i pomyślała z wdzięcznością o grubej kobiecie, od której ją dostała.

Jednak w ostatecznym rozrachunku, przed schwytaniem chronił ją głównie instynkt. Nie raz już idąc ulicą, czuła nagle dziwny niepokój. Przypadek czy intuicja? Tak czy siak chowała się wówczas od razu w którymś z zaułków albo znajdowała kryjówkę za jakimś murem. Albo pod pomostem.

„Obudzić się, przetrwać, położyć się spać. Tak wygląda mój dzień”, myślała Aros. Jak długo jeszcze da radę tak żyć, wiedziona szczurzym instynktem?

Najlepszym sposobem, by nie dać się złapać, było ograniczenie wizyt w mieście do niezbędnego minimum. Jednak akurat teraz taka wizyta była niezbędna. Bo przez cały czas nękał ją wierny towarzysz: głód. Musiała więc najpierw kupić sobie coś do jedzenia za tego ostatniego miedziaka, a potem zastanowić się, skąd wziąć kolejne pieniądze.


Dotarła do południowej plaży miejskiej w Opoce i poszła dalej wzdłuż brzegu. Wciąż była głodna, ale póki co miała dosyć miasta. Aros spędziła już kilka dni na tym niezamieszkanym kawałku wybrzeża. Wciąż w ruchu, spenetrowała całą plażę kawałek po kawałku, z uwagą przyglądając się zwłaszcza skałom w czasie odpływu. W ścianie z poszarpanych kamieni znalazła otwór z bulgoczącą wodą. Przypominał jej historie o tajnych jaskiniach piratów i podziemnych rzekach. Potężna fala przypływu zalewała skały na niemal trzy metry, kryjąc większość z nich pod wodą.

Spojrzenie na morze zdradzało, że odpływ osiągnie apogeum za jakieś pół godziny — idealna okazja, by zbadać tamten otwór suchą — brudną — stopą. A więc w drogę. Dotarła na miejsce po pół godzinie. Dziura wyglądała jak niewielka brama. Czyżby było to wejście do jaskini? Zaciekawiona pochyliła głowę i weszła. Otworzyło się przed nią okrągłe sklepienie, szerokie, choć nie nazbyt wysokie. Wspiąwszy się na palce, dotknęła błyszczącego od wilgoci stropu — wyglądało na to, że w czasie przypływu jaskinia całkowicie napełniała się wodą. Szkoda, nie dawało się tu więc zamieszkać ani nawet wykorzystać jaskini w jakikolwiek inny sposób, co najwyżej można się tu było utopić. Właśnie gdy miała się już odwrócić, jej uwagę przykuła jasna plama na samym środku podłoża. Skąd się tu wzięła? Weszła głębiej po wilgotnym piasku i odchyliła głowę. Przez otwór w powale wpadało światło, prosto w górę prowadził rodzaj szybu. Kształtem przypominał odwrócony lejek. Wspięła się po skałach i bez lęku wyjrzała przez wąski otwór między ścianami. Jakieś dwa metry dalej szyb rozszerzał się, tworząc jaskinię niemal tak dużą, jak stryszek przy sierocińcu. Tutaj skały zdawały się suche, najwyraźniej było za wysoko dla wód przypływu. Był tu też kolejny, idący prosto w górę otwór, przez który wpadało światło i, co o wiele ważniejsze, świeże powietrze. Dziewczyna przecisnęła się powoli także przez ten drugi szyb, aż udało jej się wystawić głowę na zewnątrz. Znajdowała się nad zboczem brzegu, w otoczeniu skał i krzewów. Z zewnątrz wejście do jaskini wyglądało zupełnie jak lisia nora, zbyt wąska dla dorosłego człowieka. „Cudowna jaskinia. Oto nowy dom Królowej Szczurów”, postanowiła Aros. Dobrze ukryty, od strony plaży dostępny tylko w czasie odpływu, a w razie konieczności z awaryjnym wyjściem. W dali widziała lśnienia. Do rzeki, w której mogła napełnić swój bukłak, miała nie więcej niż dziesięć minut marszu. Idealne miejsce na kryjówkę i sen, przynajmniej tymczasowo. Musiała jeszcze tylko zorganizować sobie któryś z koców, jakich wiele leżało wokół stajni w pobliżu plaży.

Miała nadzieję, że trochę odpocznie w tej szczurzej jaskini — wciąż czuła w kościach ostatnie, pełne emocji tygodnie. W kościach — i w głowie. Musiała przemyśleć mnóstwo różnych spraw, ale przede wszystkim zastanowić się nad tą dziwną kobietą, którą poznała w hali targowej. Wiedziwą, która spłonęła w piekielnych mękach na stosie — ale nawet ani razu nie krzyknęła. Aros włożyła rękę do wewnętrznej kieszeni sukienki i chwyciła w palce uratowany z popiołów ząb trzonowy. Postanowiła, że koniecznie musi dowiedzieć się czegoś więcej o pochodzeniu i życiu kobiety. Co powiedział ten bogobojny arcybiskup? Że Wiedziwę przywiózł zza oceanu Rudobrody. Nigdy wcześniej nie słyszała tego imienia, ale przynajmniej był to jakiś punkt zaczepienia.

Głód! Z kieszeni paska wyjęła linkę z haczykiem. Gdy założyła nań kawałek jasnego mięsa małży, powstała zupełnie niezła wędka. Jednak, pomimo że wiedziała, gdzie w pobliżu brzegu pływają ławice śledzi, musiała czekać całe przedpołudnie, by wreszcie jakaś drobna ryba chwyciła przynętę. Oto jej dzisiejszy obiad: surowy i zimny.


W głębi lądu znajdowała się gospoda z dużymi stajniami i dużą liczbą koni. Gdy tylko zapadł zmrok, Aros zakradła się tam i cierpliwie obserwowała obejście. Co prawda chciała zabrać sobie tylko końską derkę ze stajni, ale jednak decydowała się na duże ryzyko. Bywało, że za znacznie mniej wartościowe łupy złodzieje tracili prawą dłoń pod katowskim toporem.

Gdy z dużym prawdopodobieństwem upewniła się, że mieszkańcy zasnęli, zaczęła się skradać od zawietrznej. Wiedziała, że na podwórzu są co najmniej dwa duże psy. Jednak nic się nie działo. Chwyciła jakąś zatęchłą derkę i ruszyła w kierunku swojej nowej jaskini.

Tym razem poziom wody był tak wysoki, że musiała wejść od góry. Dziewczyna zawinęła się w derkę i położyła na jednej ze skalnych półek — tak zaczęła się jej pierwsza noc w nowym schronieniu.


Następnego dnia obudziła się bardzo wcześnie. Z mieszanymi uczuciami postanowiła wydać resztę pieniędzy na chleb. Wygramoliła się z kryjówki i powitała nowy dzień.

„Bądź dziś dla mnie miły.”

Idąc do Opoki, zauważyła go już z daleka. Jakiś mężczyzna siedział na zydlu na niewielkim pomoście w dalszej części portu, do której przybijały jedynie łodzie wiosłowe i niewielkie jednomasztowce. Co robił ten człowiek w jej ulubionym miejscu? Ostrożnie zbliżała się do nieznajomego od tyłu. Jego stołek miał tylko jedną, cieniutką nóżkę — jak on w ogóle mógł na nim siedzieć? Przed nim stała sztaluga z płótnem opinającym drewnianą ramę. W cynowym kubku tkwiło dwadzieścia albo i więcej kawałków węgla drzewnego różnej długości i grubości. Mężczyzna poruszał prawą ręką szerokimi gestami, zatrzymywał się, podnosił głowę, spoglądał na niebo, na morze i molo, a potem ponownie opierał węgiel o płótno.

Aros zatrzymała się obok i zezem spojrzała na dzieło. Aż zamrugała oczami ze zdziwienia — jak to?

— Ni hao — dzień dobry. Tak mówią ludzie w kraju, gdzie dorastał malarz, gdy spotykają się wczesnym rankiem — wyjaśnił mężczyzna, przyglądając się Aros skośnymi oczami.

— Nie witam się z obcymi!

— Każda przyjaźń zaczyna się od powitania.

— Nie widzę tu żadnego przyjaciela.

— Trzech przyjaciół. Mężczyznę, malarza, artystę.

„I wariata.” Gdyby miała tak liczyć, liczba jej wrogów zwiększyłaby się dramatycznie. Lepiej nie.

Obcy ponownie odwrócił się do niej plecami i zatoczył półkole wzrokiem. — Malarz widzi port. A co widzi, kiedy się odwróci?

— Królową Szczurów. — Dobrze, że przynajmniej to się wyjaśniło.

Aros ponownie spojrzała z niedowierzaniem na obraz.

Mężczyzna odwrócił się.

— W takim razie Królowa Szczurów nie odwiedza malarza, tylko sztalugę?

Aros zastanowiła się. Jeśli nie znasz odpowiedzi na cudze pytanie, zadaj własne; taką kiedyś dostała radę. Patrzyła na płótno z irytacją.

— Jak możesz tutaj siedzieć, gapić się na morze, a potem… rysować drzewa? — Przyłożyła dłoń do czoła i demonstracyjne obróciła się wokół własnej osi. — Drzew tu nie widać, choćby nie wiem co.

Artysta zaczął przyglądać się swemu dziełu ze zmarszczonym czołem.

— Jak Królowa Szczurów dochodzi do wniosku, że artysta maluje drzewo?

— W jego głosie pobrzmiewało rozczarowanie.

Kpi czy o drogę pyta? A poza tym ten obcokrajowiec mówił po obcokrajowsku. Dziewczyna sceptycznie spojrzała na morze, na obcego, na rysunek. Drzewa! Doliczyła się jedenastu, same brzozy, białe z czarnymi plamami. Na płótnie nie było ani śladu wody, statków czy mew. Z drugiej strony obraz mimo to był przepiękny.

— W takim razie, jak to tutaj się nazywa jak nie drzewo? — Aros z naciskiem wskazała na rysunek.

— Tamade! Jeśli dama widzi drzewo, artysta się pomylił.

Aros nie miała bynajmniej ochoty na głupawe żarty z samego rana.

— Nie jedno drzewo, kilka.

Twarzy malarza rozchmurzyła się.

— Rzeczywiście, teraz artysta także widzi.

„Wariat”, pomyślała dziewczyna. „Może nawet niebezpieczny. To właśnie Opoka — miasto wariatów i świń.” A najgorsze były kompletnie zwariowane świnie, jak Rakarz albo arcybiskup. Pomyślała, że powinna jak najszybciej zmykać, jednak jakieś niewidzialne więzy przytrzymywały ją na miejscu. Jakaś jeszcze niepojęta dla niej fascynacja. Szczurza ciekawość?

Nagle mężczyzna podniósł się. Aros podejrzliwie cofnęła się o krok, w każdej chwili gotowa do ucieczki.

W milczeniu przyglądała się, jak malarz zatacza wzrokiem koło, a potem śledzi niewielką łódkę.

Wyglądał dość dziwnie: kosmyki czarnych, rozdzielonych przedziałkiem włosów spadały mu ponad prawą brew, nos miał szeroki, choć niezwykle krótki. Jednak najdziwniejsze zdały się jej ciemne oczy, podobne do migdałów i cudacznie zwężone. Stał teraz przed nią, ale jednonogi taboret przykleił mu się do tyłka. Był niewiele wyższy od Aros, pewnie również niewiele silniejszy, a z wystającym z tyłu kołkiem wyglądał wręcz groteskowo. Dopiero teraz zauważyła obejmujący jego biodra pasek, którym przymocował owo siedzisko. „Na pewno jest nie stąd, a to przemawia za nim”, pomyślała.

Bum, i oto znowu siedział na zydlu. To cud, że się nie przewracał. Jeszcze raz poszukał inspiracji w otaczającym go porcie i domalował korzenie oraz pień dwunastego drzewa.

— Dlaczego nie patrzysz na las, kiedy malujesz las? — Ciekawość Aros wzięła górę.

— Czy Królowa Szczurów nie mówiła, że artysta maluje drzewo? — cofnął głowę i przyjrzał się sceptycznie obrazowi.

„No nie, co za mędrek.”

— To kilka drzew, a więc raczej las — odrzekła Aros energicznie, głosem damy, która wszystko już widziała.

— Hm, a ilu drzew potrzeba, żeby powstał las? — zastanowił się malarz z taką miną, jakby zgłębiał największe zagadki sensu życia.

— Dwunastu! Jesteś więc na najlepszej drodze — stwierdziła Aros. — Jednak wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

— Tu nie ma lasu, nie ma dwunastu drzew, nie ma nawet jednego. Skąd ta niecierpliwość? Kiedy malarz maluje, co widzi, wszyscy usilnie porównują obraz z rzeczywistością. A malarz traci siły, gdy narzekają: ta wieża z tyłu ma więcej wysokości niż na rysunku, mur ma więcej niskości, woda więcej niebieskości, a poranna zorza więcej poranności. Ale kiedy malarz zamiast tego maluje drzewa, ludzie akceptują bez burczenia.

— Aha — odparła Aros i zastanowiła się: — A nie chodzi może raczej o to, że umiesz malować tylko drzewa i nic innego?

— Dama to osoba pełna nieufności. — Mężczyzna zaśmiał się cicho. — Myśl sobie, że stoisz przy wszystkomalu, który najbardziej chętnie maluje port na płótnie, gdy siedzi przed lasem.

Nie brzmiało to dla Aros jakoś nadmiernie przekonująco, ale być może brało się to z faktu, że bardzo trudno było jej uwierzyć jakiemukolwiek dorosłemu.

— Hm. Umiesz rysować twarze?

— A jakże! Twarze o prawdziwej niezwykłości — stwierdził mężczyzna. — Kilka dni temu artysta namalował królową panią.

— Królową? Nie wierzę!

— Słowo honoru wszystkomala! — położył rękę na sercu. — Panią małżonkę samego Starego Króla Grachusa.

— Ale… w takim razie musiałeś malować to, co widziałeś. I wszyscy mogli porównać. Czy może pozował ci król, a malowałeś królową?

Znowu ten cichy śmiech.

— Nie, to królowa pozowała, zaiste, trzy godziny. Ale nie musiała, bo obraz byłby ten sam, tylko uraziłby jej honor. A tak malarz czynić nie może. — Skłonił się, rozejrzał konspiracyjnie na lewo, na prawo i w górę, i szepnął z jeszcze węższymi niż zwykle oczami: — Malarz zdradzi damie tajemnicę — ale jej tylko. Obraz to nie lustro. Artysta… no… nie zauważył kilku zmarszczek i skórnych plam. A oczy namalował bardziej duże, a nos bardziej mały. Na płótnie wygląda trzydzieści lat mniej, a jednak pół dworu przysięga, że malarz utrafił idealne podobieństwo. Ona przy tym jest bardziej stara niż każdy las, co ma przynajmniej dwanaście drzew.

Aros nie wytrzymała — roześmiała się i to nie cicho, tylko na cały głos.

Jak ten człowiek to zrobił, że polubiła go w tak krótkim czasie?

— Zarabiasz wystarczająco takim malowaniem?

— Wystarczająco? To jest pytanie wielkiej ważności. Malarz zna wielu ludzi, dla których nie da się „zarabiać wystarczająco”. — Spojrzał na nią. — Wystarczająco? Do czego? — Do przeżycia.

— Tak! Na to wystarczająco. — Z zadowoleniem odwrócił się z powrotem w stronę sztalugi.

— Malujesz ładne lasy. — W jej głowie pojawiła się pewna myśl. W końcu ona też była królową — czy powinna go poprosić, żeby sporządził niewielki szkic jej twarzy? Jednak szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Dziewczynka poszukiwana przez straż miejską nie powinna się uwieczniać na obrazkach.

— Czym dama zajmuje się? — zapytał obcy, nie spuszczając oczu z płótna.

— Oglądam artystów, którzy malują lasy, siedząc w portach — uchyliła się od odpowiedzi. Wolała nie opowiadać o sobie.

— Hm, a czy dama tym zarabia wystarczająco?

Aros roześmiała się po raz drugi tego poranka. Dawno jej się to nie zdarzyło — do tego stopnia, że aż zabolały ją kąciki ust.

— Mam wystarczająco — stwierdziła, łapiąc za wewnętrzną kieszeń swej brązowej sukienki, by poczuć ząb Wiedziwy i monetę. Wyciągnęła ją: — Proszę, mój ostatni miedziak. Zaraz kupię sobie za niego coś do jedzenia.

— Rzeczywiście! — Malarz przyglądał się ze zdumieniem jej dłoni. — To dobry pomysł! Czy dama przyjdzie podzielić się?

Aros się zawahała. Miedziak nie wystarczy na więcej niż pół wczorajszego bochenka. Mogła na nim przeżyć całe dwa dni. Jednak nigdy nie była skąpa, więc przytaknęła.

— Zobaczę, co mi się uda zdobyć.

Mały człowiek skinął i domalował kilka gałęzi. Brzezina rozrastała się szybko.


O tak wczesnej porze Aros najchętniej włóczyła się po porcie. Z wyjątkiem wczorajszego dnia nie pojawili się tu ani strażnicy, ani żołnierze, dziwki i ich opiekunowie nie zdążyli jeszcze wstać, rybacy wrócić z połowów, zaś kupcy dopiero otwierali stragany. Tak jak się spodziewała, po długich targach i przy pomrukach niezadowolenia piekarza udało jej się za ostatniego miedziaka kupić pół bochenka z poprzedniego dnia. Pełna dumy wróciła na pomost. Obcy pilnie malował dalej. Nad lasem pojawiło się słońce, po przestworzach latały dwa kruki, a drzewa zaczęły rzucać cienie. Obrazek piękniał w oczach.

— Proszę! — Dziewczyna oderwała obiema rękami duży kawałek chleba.

Człowieczek, nim go wziął, złączył płaskie dłonie pod brodą i skłonił się lekko. Wyglądało to jak podziękowanie.

Dopiero wtedy przyjął chleb i odgryzł kawałek.

— Artysta często zapomina o jedzeniu i piciu przez malowanie. — Chleb zachrupał mu w ustach. — Dobre!

Aros także żuła zapamiętale. Cholerny piekarz, bochenek był nie z wczoraj, tylko chyba sprzed miesiąca.

Siedzieli, jedząc w przyjemnym milczeniu.

— Jak dama nazywa się? — przerwał ciszę malarz.

— Aros odpowiedziała dziewczyna bez zastanowienia. — A ty?

— Ja — Ki.

— Jak Ki??

— Nie Jaki, tylko Ki. To nie takie częste imię — skrzywił się — jak Aros — i uśmiechnął.

Aros roześmiała się po raz trzeci.

„Kochany, głupkowaty dniu. Dzisiaj naprawdę podarowałeś mi coś niewiarygodnego: głupkowatego dorosłego z ostrzem w tyłku.”

— Ki to imię wielkiej praktyczności — oświadczył Ki. — Kiedy artysta podpisuje obraz, nie musi męczyć się.

To wiele wyjaśniało.

— To miejsce na pomoście pełne dziwów — powiedział.

„Jakie znowu dziwy?”, zdziwiła się Aros. Ale potem zrozumiała.

— Tak, to najcudowniejsze miejsce w całej Opoce. Uwielbiam je.

— Malarz maluje w świetle słońca poranka najchętniej — szczególne światło, pełne świeżości i soczystości. — Człowieczek podniósł się z zydla. — Wołają inne zadania. Czy malarz i dama chcą jutro o tej samej porze spotkać się tu? — zaproponował.

— Jasne! Tu, na pomoście — odpowiedziała Aros, rozmyślając o świeżym i soczystym powietrzu.

Ki wyćwiczonym gestem wsunął sztalugę pod ramię i jedną ręką uwolnił się od stołka.

— Do jutra.

Dama skinęła.


Która to godzina? Aros po raz drugi obudziła się w swojej nowej jaskini. Czy nie była aby umówiona? I czy wszystkomal na pewno dotrzyma słowa? Zrzuciła starą derkę i rozciągnęła się. Do ulubionego nabrzeża miała jakieś dwadzieścia minut. Może nawet znajdzie chwilę na kąpiel w morzu. Ostrożnie przecisnęła się przez tunel na górę, dbając, by nie podrzeć sobie sukienki.

Dotarłszy na plażę popływała chwilę w morskich falach. Do jedzenia wciąż miała końcówkę prastarego chleba. Wydała już ostatniego miedziaka, teraz musiała coś wymyślić, jeśli nie chciała umrzeć z głodu.


Podobnie jak poprzedniego dnia Ki siedział na zydlu na samym końcu jej ulubionego nabrzeża i w pogodnym zamyśleniu spoglądał na morze, łodzie i mewy. Las gęstniał, teraz zdawał się już wręcz tajemniczy. Pod sztalugą leżało jakieś zawiniątko.

Ki powitał dziewczynę przyjaznym skinieniem.

— Ni hao! Skąd dama przychodzi?

Choć niebo było bezchmurne, Aros poczuła, jak po jej twarzy przetacza się cień. — Co masz na myśli?

Trzymanym w ręku kawałkiem węgla Ki wskazał wybrzeże.

— W tę stronę nie leży wieś. Dlatego malarz pytał siebie sam, gdzie mieszka dama.

— Ja jeszcze sama siebie nie pytałam, gdzie ty mieszkasz — odparła Aros ostrzej, niż zamierzała.

Artysta złączył dłonie płasko pod brodą i skłonił się lekko. Wyglądało to jak propozycja, by wrócić do punktu wyjścia.

— Malarz rozumie. Odpowiedź na to pytanie jest tajemnicą. A dama chce zachować tajemnicę dla siebie tak długo, jak długo będzie ona tajemnicą.

Aros nieco się uspokoiła, nie cierpiała, gdy ją wypytywano.

Rysunek na płótnie zyskiwał na szczegółach. Z gałęzi powyrastały liście.

Setki malutkich brzozowych liści, co za cierpliwość, co za mozół.

— Rysunek jest coraz piękniejszy — pochwaliła.

Artysta złączył dłonie płasko pod brodą i skłonił się lekko. Wyglądało to jak podziękowanie.

Przez chwilę przyglądała się, jak powstają kolejne listki. Fascynowała ją szybkość, z jakim poruszała się węglowa kredka.

— Czy ja też mogę się tego nauczyć? — spytała dziewczyna.

— Dama już umie. Rysować każdy umie.

— Ale moje rysunki są okropne — mruknęła Aros.

— Hm, a kto o tym decyduje?

Ten Ki wciąż ją zaskakiwał. Przypominał jej trochę Wiedziwę, chociaż ona mówiła jeszcze bardziej pokrętnymi zagadkami. W tym momencie przypomniała sobie kilka pytań, które wiązały się ze staruszką.

— Powiedz, no, Ki. Czy ty też przepłynąłeś ocean, żeby tu przybyć?

— Tak, wielka podróż z kontynentu na kontynent.

— Znasz Wiedziwę?

Malarz spojrzał na nią zdumiony.

— Nie, nigdy nie słyszałem. Dziwne imię.

„No tak, Aros, najgłupsze z możliwych pytań.”

— To znaczy, chodzi mi o tę niby czarownicę, spaloną kilka tygodni temu na wielkim placu.

— O tym słyszałem. — Ki skrzywił się. — Ale ja nie oglądam takich rzeczy. — Hm. A jak się tu dostałeś?

— Na statku wielkiej potężności, na Barbarossie. Cztery maszty, wysokie jak baszty królewskiego zamku, żagle szerokie jak dach nad halą targową, a ster wielki jak młyńskie koło. Żaden inny statek nie umie przekroczyć oceanu. Podróż trwa trzy tygodnie i prowadzi przez wody groźne jak tygrys.

— O czymś takim nigdy nie słyszałam — zdziwiła się Aros. I co to, do diaska, jest „tygrys”?

— Ten statek przybywa do portu w Opoce bardzo rzadko. Kapitan nazywany jest Rudobrodym. To człowiek wielkiej niebezpieczności. Pirat. — Ki potwierdził własne słowa energicznym kiwaniem, po czym odwrócił się z powrotem do płótna. — Malarz kocha drzewa. To stworzenia wielkiego spokoju i piękności — powiedział.

Myśli Aros wciąż krążyły wokół słów Wiedziwy.

— Czy wiesz, kim jest zaklinacz kości?

Ki przerwał pracę.

— Wyrażenie wielkiej rzadkości. Są ludzie, którzy patrząc na martwego człowieka, potrafią powiedzieć, jak zmarł. Badają rany, kości, a nawet organy i wyciągają swoje wnioski. To sztuka wielkiej trudności i wymaga prawdziwego talentu. Oraz wielu martwych dla doświadczenia. Tam, skąd pochodzę, tacy ludzie cieszą się ogromnym szacunkiem.

— A niby kto ma często do czynienia z martwymi?

— Ci, którzy ich grzebią. I uzdrowiciele bez szczęścia.

— Czyli grabarze.

— Tak się może nazywać ten zawód tutaj, choć w tych krajach nie jest on podziwiany.

Czy przypadkiem arcybiskup i dziwny obcy w szopie nie ścigali jakiegoś grabarczyka, który obecnie miał się uczyć na giermka na jakimś zamku? Jak się ten zamek nazywał? Bezskutecznie przeszukiwała pamięć.

Przez chwilę oboje milczeli, po czym Ki podniósł się ze swego zydelka.

— Na tym pomoście lubię też powietrze.

Aros uśmiechnęła się: — Tak, jest takie cudownie jasne i błyszczące.

Ki skinął.

— Wiatr wieje nam w plecy i oszczędza wdychania oparów płynących z Opoki — oświadczył zaskakująco rzeczowo.

Tego człowieczka trudno było zaszufladkować.

— Ki, co jest w tym białym zawiniątku? — zapytała Aros.

Na czole malarza pojawiły się ciemne chmury.

— To jest tajemnica wielkiej tajemniczości. — Wysunął dolną szczękę i dmuchnął sobie w twarz z taką siłą, że grzywka aż mu podskoczyła. — Tajemnica, którą teraz się z tobą podzielę, bo dama jest przyjaciółką.

Pochylił się i rozchylił materiał. Oczom Aros ukazały się bochenek świeżego chleba, kilka kiełbas, dwa pączki, mnóstwo suszonych skórek od jabłek i śliwki. Dziewczyna gapiła się na te delikatesy — był to widok jeszcze piękniejszy niż brzozowy las, głównie dlatego, że nagle znowu poczuła się ogromnie głodna.

— To… to jest… — zabrakło jej słów.

— … pyszne. Wczoraj przyjaciółka zaprosiła malarza, dziś jest odwrotnie.

Przez dłuższą chwilę zajadali się na wyścigi. Jednak Ki nie miał szans w starciu z Aros. Chrupiąc i mlaskając, wpychała sobie kiełbasę do ust, jednocześnie machając nogami w wodzie. Zupełnie nie wyglądała przy tym jak dama. Gdy połknęła już ostatni kęs, powiedziała: — Dziękuję, od dawna tak dobrze nie zjadłam. — Pomachała palcami u stóp w wodzie i uśmiechnęła się.

— A w sierocińcu to już w ogóle nie dostawaliśmy takich frykasów. — Ojej, no to się wygadała.

— Przyjemność po mojej stronie. — To była jedyna reakcja Ki.

Po dłuższej chwili Aros zapytała: — Czy ty jesteś bardzo stary, Ki?

— Stary? W porównaniu do czego?

Nie mógł po prostu powiedzieć, ile ma lat?

— W porównaniu do mnie. Ja mam czternaście lat.

— Jej! W takim razie malarz jest bardzo stary. Mógłby być dziadkiem. — Ki skrzywił się, a na jego twarzy pojawiły się niezliczone zmarszczki.

— Ki dziadek? — zaśmiała się dziewczyna.

Spędzili razem na tym małym pomoście całe przedpołudnie. Węgielki pomykały po płótnie, a Aros siedziała, mocząc nogi w wodzie.

— Jeszcze tylko jutro i malarz portowy skończy– uśmiechnął się Ki.

— A co potem? — Ucisk w piersiach był dla Aros sygnałem, że chętnie spędziłaby z tym człowieczkiem więcej czasu. Po zaledwie dwóch dniach przestał być dla niej obcym, a stał się kimś, kogo lubiła. Zaś ona sama nie była już żadną damą, tylko przyjaciółką. Przyjaźń? Być może. Na przyjaźni nie znała się zbyt dobrze.

Gospodarz

Podróż z powrotem minęła bez radości. Drogdan starał się wprawdzie co i rusz dodawać mu otuchy i poprawiać wszystkim humor, ale mimo to Farin czuł się pusty jak kukułcze gniazdo. Myślami wciąż powracał do Aniety i wciąż nie mógł uwierzyć, że jego wielka miłość była dla niego na zawsze stracona. Pewnie, nie mógł oczekiwać, że zaraz rzuci mu się na szyję, ale to, że wychodziła za mąż, oznaczało koniec wszelkich marzeń. A on lubił marzyć, przez wiele lat marzenia były niemal wszystkim, co posiadał.

Na odległym wzgórzu pojawiła się Burzowa Twierdza. Szare niebo pasowało do szarych murów i szarych myśli. Obie wieże zlały się z chmurami. Mury miasta z daleka robiły wrażenie ociężałych i zimnych,

Niezachęcających ani do wizyty, ani tym bardziej do zamieszkania w nich, wartość twierdzy wynikała wyłącznie z jej strategicznego położenia.

Kilku mężczyzn ścinających drzewa u stóp wzgórza pozdrowiło Dopałka z daleka. Ten zrewanżował się przyjaźnie.

Towarzysze Farina cieszyli się już na porządną strawę i ciepło kominka. Natomiast jego własne soki życiowe zdawały się zamarznięte do takiego stopnia, że nawet ogień nie byłby w stanie ich roztopić. Z głośnym tętentem przejechali przez most zwodzony, zsiedli z koni i poprowadzili je przez bramę za cugle. Po stajniach kręciło się więcej żołnierzy i służby niż zwykle. Na zamkowym dziedzińcu czekał czterokonny powóz — twierdzę nawiedził ważny gość.

— Książę Gorian von Siegesmund z orszakiem — wyjaśnił strażnik. — Zostają przez noc, a rano wracają na południe z ciałem syna.

Dwóch stajennych przejęło od nich wierzchowce, Farin na pożegnanie podrapał jeszcze Tyranię między uszami. Tę pieszczotę lubiła szczególnie, zachowywała się przy tym bardzo spokojnie, tylko jej nos zdawał się coraz dłuższy. Wyglądało na to, że powoli przyzwyczajała się do obecności Paskudnika.

Trójka towarzyszy opuściła stajnię.

— Zgłoszę Emichowi, że jesteśmy z powrotem — oświadczył Drogdan.

Plaudius odparł: — Nie trzeba.

Zaczęły do nich docierać donośne głosy. Na dziedzińcu pojawił się Emicho w towarzystwie dystyngowanego mężczyzny. Tamten miał na sobie tunikę błyszczącą jak rozgwieżdżone niebo, chociaż nie świeciły ani księżyc, ani słońce. Jej kołnierz, mankiety i dolna krawędź były zdobione kunsztownymi arabeskami. Na szerokim pasie widniał herb z wizerunkiem rekina. Na wierzchu nosił ciemny płaszcz, spięty na prawym ramieniu złotym guzikiem. Włosy trzymał związane w długi warkocz, a rysy jego twarzy miały wyraz szlachetności.

Za oboma mężczyznami pojawiła się reszta orszaku. Czterech służących niosło zamkniętą trumnę, za nimi kroczyły kobiety i mężczyźni w liberiach. W oczy rzucała się szczególnie pewna szlachetna dama. Małgorzata von Siegesmund. Na stopy spływała jej bogato haftowana, ciemnozielona suknia. Rękawy były tak rozszerzone na końcu, że stale musiała trzymać ręce na wysokości brzucha, żeby nie potknąć się o materiał.

Mimo całego zmęczenia Farin nie potrafił oderwać wzroku od rozpoczynającego się spektaklu.

— Wasze zarzuty, książę Gorianie, są pozbawione jakichkolwiek podstaw — powiedział Emicho ostro.

— Nie możecie całkowicie odżegnywać się od winy za śmierć mojego syna, Emichu — zadudnił arystokrata. — Wysłałem wam mojego najstarszego syna na giermka, wy zaś w najbardziej niegodny sposób naruszyliście swój obowiązek opieki.

Farin poczuł ścisk w żołądku. Te załgane historie ludzie nazywali polityką. W rzeczywistości syn księcia Goriana bezwzględnie szpiegował swego pana, rycerza Emicha, ten zaś w odpowiedzi bezwzględnie go zamordował, pozorując wypadek. Nie wyglądało na to, aby rycerz wyjawił księciu całą prawdę. Czy książę Gorian do pewnego stopnia odgrywał rolę wzorowego, zrozpaczonego ojca, czy może doskonale zdawał sobie sprawę ze zdrady syna? A może wręcz namówił go do niej? Wrogiem burgrabi był przede wszystkim kult nekorian, który w ojczyźnie Goriana, w południowych Zjednoczonych Królestwach, miał bardzo duże wpływy. Czy to możliwe, że należał doń cały książęcy ród? Kto odpowiadał za którą intrygę? „Cholera! Szukanie odpowiedzi na takie pytania — to nie jest mój świat.” To świat, w którym żyjesz. Innego nie masz.

„No, jasne, mądrala jak zwykle wie wszystko lepiej”, pomyślał syn grabarza ze znurzeniem.

Żałobny orszak minął Drogdana, Dopałka, Plaudiusa i Farina. Wydawało się, że ani Gorian von Siegesmund, ani Emicho ich nie zauważyli. Farin oczywiście doskonale rozumiał, że w rzeczywistości rycerz ich spostrzegł, jednak całą uwagę musiał poświęcić wściekłemu księciu.

— Powiedzcie mi jedno: dlaczego bezcześcicie honor mojego zmarłego syna, wybierając na jego miejsce jakiegoś… grabarza? Czy mam ten niegodny czyn poczytywać za jakąś prowokację?

— Czy to jest naprawdę rzecz, która najbardziej was w tej chwili porusza? — zapytał Emicho.

Gorian aż się zapowietrzył: — Książę Ransorg opowiedział mi co nieco o waszych eskapadach. Powinniście chyba… bardziej rozważnie podejmować działania.

— Wasz ból jest w pełni zrozumiały, jednak nie będziecie mi narzucać, co mam myśleć albo co robić. — Rycerz przewiercił gościa wzrokiem, wyraźnie sondując, czy książę Gorian przypadkiem nie kolaboruje z wrogiem. Farin nie wyobrażał sobie, aby giermek Kiejmund mógł zupełnie sam wpaść na pomysł przystąpienia do kultu nekorian.

— Dawniej uważano was za jednego z najbardziej utalentowanych szermierzy w Zjednoczonych Królestwach; byliście na najlepszej drodze, by stać się żywą legendą. A teraz staliście się jedynie zapomnianym rycerzem, gdzieś na nic nieznaczących rubieżach, na niegościnnym zamku. Jedyne, co pozostało z waszej legendy, to legendarny upór. — Arystokrata odwrócił się od Emicha ruchem znamionującym poczucie wyższości. — Wyjeżdżamy jeszcze dziś. — Książę mówił teraz nieco ciszej, jednak krew burzyła mu się w żyłach.

— To wasza decyzja. — Burgrabia nie miał zamiaru dać się sprowokować.

— Teraz zadbam o godny pochówek mojego syna. Jednak za kilka tygodni zobaczymy się na arenie Wielkiego Turnieju. Pokażę wówczas całemu światu, jaki z was nieu…

— ZAMILCZCIE! — ofuknął go Emicho. — Odpuśćcie choć na chwilę. Potem wyjaśnimy wszystko, co waszym zdaniem wymaga wyjaśnień.

Pełen niepokoju Farin wstrzymał oddech. Zdawał sobie sprawę, że jakakolwiek eskalacja musiała doprowadzić do śmiertelnego pojedynku: Emicho nie mógł sobie pozwolić na takie zachowanie w obecności swych wasali.

Książę zauważył, że posunął się o krok za daleko i nieco się pozbierał. Zazgrzytał zębami: — Zobaczymy się na estorze. Na waszym własnym turnieju nie będziecie mogli się chować, tym razem będziecie musieli wyjść na arenę. — Te słowa zabrzmiały jednocześnie jak groźba i pożegnanie. Gorian nie zaszczycił swego gospodarza ani jednym dodatkowym gestem i ani jednym słowem.

Drogdan, Dopałek i Plaudius wymienili poważne spojrzenia.

Farin spytał cicho: — O czym mówi książę?

— Emicho nie wziął udziału w pięciu ostatnich Wielkich Turniejach. Krążą plotki, że obawiał się konfrontacji, bo jakoby nie jest już wystarczająco dobry. Tym razem jest gospodarzem i musi wziąć udział w estorze — szepnął Drogdan.

Rycerz Emicho odwrócił się bez słowa i wrócił tam, skąd przyszedł. Rzucił jeszcze krzywe spojrzenie na czwórkę swoich ludzi i warknął, nie zwalniając kroku: — Giermku, za godzinę u mnie.

— Jak to dobrze być znowu w domu — westchnął mistrz walki na miecze Drogdan tak cicho, że Emicho nie był w stanie tego usłyszeć.

Patrzyli, jak znika w murach pałacu.

— Gorąca kąpiel? — zapytał Plaudius pozostałych. Wszyscy skinęli.


W godzinę później Farin wszedł do komnaty burgrabiego.

Wyjątkowo Emicho nie kazał mu czekać, tylko od razu przeszedł do rzeczy. — Udało ci się załatwić wszystko, co powinieneś?

— Tak, panie. Ojciec otrzymał godny pochówek. Ja… zakończyłem swoje sprawy w Zgniłych Dołach. — Było mu trochę wstyd, bo w tym momencie bardziej myślał o Aniecie niż o swoim ojcu.

— Dobrze! — Tymi słowy rycerz zakończył temat. — Masz jeszcze jakieś inne wieści? O człowieku w czerni albo demonie?

— Nie, nie dowiedzieliśmy się niczego nowego.

Badawcze spojrzenie rycerza zaniepokoiło Farina. Jak długo jeszcze mógł oszukiwać tego człowieka?

Emicho uderzał płaską dłonią o otwartą księgę leżącą na pulpicie.

— Pamiętasz? Strażnik Klemens, który zaatakował cię w bibliotece, miał na ręku ten sam tatuaż, co mój poprzedni giermek, Kiejmund.

„Znamię Niewypowiedzianego”, uświadomił sobie Farin natychmiast. Próbował jednak wyglądać, jakby niewiele rozumiał. Czy powinien był wyjaśnić wszystko Emichowi? Ciężka sprawa, jeśli miał nie zdradzić przy tym obecności demona.

Rycerz podniósł foliał w ciemnej, skórzanej oprawie i jeszcze raz wskazał na pentagram z płomieniem.

— Tutaj ten znak pojawia się znowu. I właśnie ten foliał wyjął sobie z regału mój giermek do poczytania, kiedy został zaatakowany przez strażnika z halabardą. — Podrapał się po szerokiej brodzie. — Cóż za przypadek.

Cholera. W całym tym zamieszaniu po walce Farin zupełnie zapomniał o odstawieniu książki na miejsce.

— Ja… ja po prostu rozpoznałem symbol na ramieniu Kiejmunda i chciałem się dowiedzieć, co może oznaczać.

Dolna szczęka rycerza wysunęła się do przodu.

— To niełatwa lektura, od lat próbuję poznać ten język, żeby przetłumaczyć choćby tylko najważniejsze fragmenty.

Ile jeszcze mógł powiedzieć, nie wzbudzając dodatkowych podejrzeń rycerza? Farin przestępował z nogi na nogę. Emicho przyglądał mu się badawczo z podniesionymi brwiami.

— Kartanezyjski nie jest aż taki trudny — powiedział syn grabarza — właściwie tylko po to, żeby coś powiedzieć.

Nie potrzebował tego głośnego westchnięcia w tyle głowy, żeby natychmiast uświadomić sobie, że to jakże mądre stwierdzenie nie było bynajmniej zbyt mądre. Wciąż zasmucony zdarzeniami w Zgniłych Dołach i wyczerpany długą podróżą po prostu się wygadał.

Krzaczaste brwi rycerza wystrzeliły w górę, przebijając się przez sufit. — Na tym zamku oprócz mnie nie ma nikogo, kto by znał choćby tylko słowo „kartanezyjski”. Ten język nie istnieje od stuleci. A i nawet wówczas mówiono nim wyłącznie po tamtej stronie oceanu. Jednak mój oświecony, oczytany cudgiermek stanowi tu imponujący wyjątek. — Rycerz musiał nabrać powietrza. — I uważa kartanezyjski za „nie aż taki trudny”! — Niełatwo było w to uwierzyć, ale głos rycerza stał się jednocześnie głęboki i skrzeczący. — Cóż z ciebie za geniusz?

„Cóż ze mnie za idiota”, pomyślał Farin.

Cóż za idiota z ciebie.

— Znaczy, znam parę słów — nauczyłem się od mamy.

Brwi rycerza wróciły do standardowej pozycji. Pozornie uspokojony oparł się na krześle.

— No jasne. Pozazdrościć tak wykształconej matki. Chętnie poznałbym tę uczoną damę i zapytał, skąd zna kartanezyjski.

— Niestety, od wielu lat nie żyje.

— Bardzo mi przykro. — Emicho podniósł się. — Tylko dlaczego w ogóle mnie to nie dziwi?! Podejdź no tu i zdradź mi, co tu jest napisane.

Farin przełknął gorzką ślinę, obszedł stół i zaczął gapić się na foliał. Milczał.

— A więc?

— Tutaj.. tutaj rozpoznaję tylko dwa słowa — chodzi o jakiegoś demona, który ma coś wspólnego z ogniem i chaosem.

— Po prostu nie wierzę — wyszeptał Emicho. Wskazał palcem na konkretne miejsce. — Naprawdę to wiesz! To słowo oznacza ogień, tyle udało mi się domyślić. A to obok — to jest chaos?

Farin skinął bezgłośnie.

W komnacie zapadła głęboka cisza.

— Do jasnej cholery! Teraz rozumiem te wszystkie powiązania. — Spojrzał wściekle na Farina. To spojrzenie właściwie powinno wystarczyć do wypędzenia każdego demona i natychmiastowego wyleczenia każdej formy opętania.

Było jasne, że Emicho wpadł już na trop Paskudnika i wszystkich kłamstw Farina. Że też Farin nie powiedział mu był wszystkiego wcześniej! Ale czy rycerz przypadkiem nie zabiłby go od razu, aby dać upust swej żądzy zemsty za domniemaną zdradę na ojcu i jego śmierć? Farin przygotował się na najgorsze.

W tym momencie Emicho stwierdził: — Wygląda na to, że nekorianie są wreszcie w posiadaniu demona. Dlatego żaden z nich nie pojawia się już w Zgniłych Dołach.

Twój pan rycerz myśli, że jest tylko jeden demon.

Farin słuchał dalej jak sparaliżowany.

— A tatuaż nie jest żadnym tatuażem, tylko znamieniem, ukąszeniem diabła, dzięki któremu bierze on sobie ludzi w posiadanie — zastanawiał się rycerz głośno. — To nie są dobre wieści.

— Tak… no… chyba właśnie tak.

— Pomożesz mi z tłumaczeniem. — Emicho uderzył palcem w księgę. — Muszę wiedzieć wszystko o tej paskudnej postaci. Musimy przyglądać się ludziom na zamku i w miarę niepostrzeżenie sprawdzać, czy nie mają na przedramieniu tego znaku. Wolałbym na przyszłość uniknąć takich niespodzianek jak z Klemensem i Kiejmundem.

— Mówiąc szczerze, ja też — powiedział Farin.

— Mam mnóstwo innej pracy, przede wszystkim organizację Wielkiego Turnieju. Trzeba jeszcze wyciąć część lasu i przygnać bydło, potem ściągnąć kamieniarzy i cieśli, żeby ponaprawiali budynki. Prawdę mówiąc, w ogóle nie podoba mi się obowiązek przygotowania tego targowiska próżności, ale niestety nie mam wyboru.

— Ale dlaczego tak się przed tym wzbraniacie?

— Nie słyszałeś mojej rozmowy? Bo jestem gospodarzem i jeszcze muszę brać udział w tym idiotyzmie.

— Hm, na ile zdążyłem was poznać, bez problemu znajdziecie się w finałowych walkach.

— I właśnie to mi się nie podoba.

— W takim razie przegrajcie gdzieś w początkowej fazie.

Oczy pod szerokimi brwiami zakręciły kółko.

— Dobre rady mojego giermka. Na świecie są trzy rzeczy, których nie umiem robić: czytać po kartanezyjsku, latać i przegrywać.

— Aha.

— Na ciebie też czeka mnóstwo zadań. Musisz zawrzeć bliższą znajomość z moją bronią, z moją zbroją i moim koniem. Najpóźniej w dniu Wielkiego Turnieju masz być idealnym giermkiem, czy to jasne? — Tak, panie.

— I jeszcze jedno…

— Tak, panie?

— Ostatnimi czasy nieco już przesadzasz. Ile jeszcze razy zamierzasz mnie tak zaskakiwać?

— Trudno powiedzieć.

— A teraz precz! — Koniuszki ust rycerza poruszyły się. W uśmiechu czy zgryzocie? Tego syn grabarza również nie wiedział.

Prędzej czy później

Również następnego ranka Ki przyniósł w zawiniątku obfite śniadanie — obfite nie tylko jak na warunki w sierocińcu.

— Właściwie dzisiaj jest znowu moja kolej — zauważyła Aros, wbijając zęby w świeżego pączka.

— A czy przyjaciółka ma jeszcze pieniądze?

— Nie! Ani grosika i ani miedziaka — odpowiedziała Aros beztrosko. Pewnie, była tak biedna, że każdy nowy dzień stanowił wyzwanie, ale przecież nie był to powód, żeby sobie zatruwać krew. Sieroty szybko się uczą, że nie mają niczego, nawet rodziców. Aros zastanowiła się. W zasadzie jedyne, co miała, to życie.

— W naszym świecie pieniądze są potrzebne, ale tego obrazu malarz nie sprzeda — powiedział Ki, przyglądając się rysunkowi raz lewym, raz prawym okiem. — Dziś będzie gotowy i dostanie imię.

— Nadajesz swoim obrazom imiona?

Ki spojrzał na nią zdziwiony.

— Oczywiście. Każde dzieło zasługuje na imię.

— Jak chcesz go nazwać?

— Aros.

Dziewczyna odparła skonsternowana: — To… to dla mnie zaszczyt, tylko… mnie tutaj w ogóle nie ma.

— Jak to? — Na twarzy Ki pojawiło się zdumienie, a jego skośne oczy rozświetliły się błyskawicami. — Oczywiście, że przyjaciółka jest na tym obrazie. — Energicznie wskazał na płótno. — Tutaj! Czternastoletnia dziewczynka, często o wielkiej głodności, w brązowej sukience pełnej tajemnic. Kto inny mógłby to być?

Z oczami przymkniętymi niemal jak u Ki przyjrzała się najpierw jemu, a potem dwunastu brzozom na rysunku. Jedno było pewne: był to malarz o wielkiej bzikowatości.

Ki zdawał się zdezorientowany jej dezorientacją. Łagodnym głosem poprosił: — Przyjrzyj się dobrze! W samym środku lasu przyjaciółka kryje się za drzewem przed strażą miejską.

Aros nagle przestała przeżuwać śniadanie. Aha! Ten przemądrzały malarz wiedział więc, że jest poszukiwana. Jednak zamiast od razu zagadnąć ją o to, dochodził do tematu takimi opłotkami. Nagle poczuła wielką chęć, aby wstać i nigdy więcej tu nie wracać. Jej usta wypełniły się goryczą, przełknęła ślinę, ale rozczarowanie już rozgościło się w całym ciele.

— Nazwę ten obraz Aros, ponieważ przyjaciółka wrosła w moje serce w tym lesie.

— Ale tutaj jak okiem sięgnąć nie ma ani jednej brzozy! — stwierdziła oschle.

— To takie obrazowe stwierdzenie — uśmiechnął się Ki.

Czego właściwie chciał ten człowieczek? Zupełnie straciła humor i wciąż zastanawiała się, czy nie powinna sobie pójść.

— W Opoce wyznaczono nagrodę za złapanie sieroty imieniem Aros, dwadzieścia srebrników. To dużo pieniędzy. Co przyjaciółka uczyniła takiego?

Teraz już zupełnie zabrakło jej tchu. Czyżby Ki właśnie zaczął ją przesłuchiwać?

— To nie twoja sprawa — syknęła i wstała. Nie czuła nic prócz oburzenia, przekonania, że właśnie została napadnięta i to przez kogoś, po kim tego zupełnie się nie spodziewała i do kogo zaczynała już nawet mieć zaufanie. To bolało, bolało tak samo jak razy kijem numer pięć. Nie ma na co czekać, czas pożegnać się z tym dwulicowym malarzem.

Nagle posłyszała rytmiczne pobrzękiwania. Wzdłuż portowego muru przechadzał się mężczyzna, który teraz zszedł na pomost i zagrodził drogę na brzeg. Postawny mężczyzna w kolczej zbroi. Przy jego pasie huśtały się miecz, pałka i bat. Rakarz kierował się prosto ku nim. Dlaczego akurat teraz? Czyżby Ki sprzedał ją za dwadzieścia srebrników? Wciąż wzbraniała się przed tą myślą.

Malarz podniósł się. Stojąc naprzeciw przybysza, wydawał się malutki, a z wystającym z tyłu stołkiem — po prostu śmieszny.

Rakarz był tego samego zdania. Z pustym uśmiechem stanął przed Ki i powiedział z kpiną w głosie: — A ty co za jeden?

— Artysta wielkiej skromności, mój panie. — Ki skłonił się uniżenie.

— A ta mała? Jakbym skądś ją znał. — Spojrzał nieufnie na Aros.

Nie miała którędy wydostać się z pułapki. Może powinna wskoczyć do wody i spróbować ucieczki tą drogą?

„Jeśli wskoczę do morza, mogę zgubić ząb”, pomyślała, mimowolnie chwyciła za wewnętrzną kieszeń sukienki i zacisnęła na nim dłoń. Spojrzała na Rakarza wściekle i wyzywająco. Ten skurwysyn miał na sumieniu Matyldę.

Grube palce chwyciły ją za ramiona i potrząsnęły.

— KTOŚ TY? NAZYWASZ SIĘ AROS? — krzyknął jej prosto w uszy.

Światło zamigotało jasnymi błyskami, aż zrobiło jej się słabo. Oślepiona zmrużyła powieki. Gdziekolwiek spojrzała, zdawało jej się, jakby z otwartymi oczami zanurzała się w morzu mleka. Skąd się nagle wzięła ta mgła? Wyłoniła się postać — Rakarz. Z jego palców spływała krew. Grzmot, deszcz, potężna burza. I wtedy zobaczyła tę scenę, widziała ją z każdym błyskiem. Rakarz biegł za nią wrzeszcząc z wściekłości — dokładnie na ten pomost. Jego twarz wyglądała przerażająco: policzki blade jak ściana, czoło i nos ubazgrane czerwienią. Utykał, nakolannik i metalowe osłony na nogi kleiły się od brudu i krwi.

— ZDRADZIŁAŚ MNIE! OPOWIEDZIAŁAŚ ZOLKANOWI O MOJEJ PUŁAPCE! ROZEDRĘ CIĘ NA STRZĘPY! — ryczał, wyciągając ku niej ramiona i chwytając za szyję.

Przerażona dziewczyna otworzyła szeroko oczy, aż zabolało. Ten sukinsyn wciąż trzymał ją za ramiona. Aros przez chwilę była w stanie zajrzeć w głąb jego duszy, doświadczyć wszystkich okrucieństw, których się dopuścił. Przez głowę przemknęły jej pełne bólu obrazy martwych kobiet i mężczyzn. Jeszcze tego samego dnia poderżnął od tyłu gardło jakiemuś nieuzbrojonemu człowiekowi. Tylko jedna rzecz przewyższała jego umiłowanie przemocy — miłość do władzy. Robił wrażenie głupiego i prymitywnego do tego stopnia, że wciąż był niedoceniany przez przeciwników. Jednak Rakarz nie miał skrupułów i dążył do zawładnięcia całym podziemnym światem Opoki, był zresztą na najlepszej drodze, by to osiągnąć.

Mgła znikła, Aros patrzyła teraz prosto w bezchmurne niebo.

— NAZYWASZ SIĘ AROS? — Rakarz aż się zapluł. Znów wyglądał jak zawsze.

Ki stanął za dziewczyną, położył dłonie w geście poufałości na jej ramionach i odciągnął ją od oprawcy.

— To Marinda, moja uczennica — oświadczył spokojnym głosem. — Wybaczcie, panie, jest niemową od samego urodzenia.

— To prawdziwa zaleta u kobiety — pochwalił Rakarz. Przyglądał się jej jednak nadal z nieufnością. — Szukam pewnej dziewczynki z sierocińca. Podobno dawniej często tu bywała.

— Wielki panie, zaręczam wam: malarz i uczennica pracują w tym miejscu od kilku dni i przez ten czas nie była tu widziana przez nich żadna inna osoba.

Rakarz musiał chwilę zastanowić się nad znaczeniem tego zdania. Doszedł do mało zadowalającego go przekonania, że całą tę drogę na pomost przeszedł na próżno. Jego i tak zły humor jeszcze się pogorszył.

— A co to za głupi rysunek? Czemu malujesz las, siedząc nad wodą, pierdzipędzlu? — Na twarzy rysował mu się czysty wstręt do rzeczy, których nie rozumiał. Głębokie zmarszczki zdradzały, że działo się to wcale nierzadko.

— To inspiracja artysty, łaskawy panie. Przykro mi, że się wam nie podoba — zgarbił się Ki.

— Malujesz bzdury! — Szybciej niż Aros mogłaby się po nim spodziewać, Rakarz jedną ręką uderzył Ki w twarz, a drugą zerwał płótno ze sztalugi i odwrócił się w kierunku wody. — Precz z tym!

— Panie, proszę, nie! — Człowieczek krwawił z nosa.

— A niby kto mi przeszkodzi? Tyy? — zatrząsł się śmiechem, a kolczuga wtórowała mu rytmicznym pobrzękiwaniem.

Szerokim ruchem ramienia rzucił obraz daleko w morze. Drewniane ramy zakołysały się na spokojnych falach, woda zalała brzozowy las, rysowane węglem kreski rozpłynęły się.

Rakarz zawarczał: — Będę cię miał na oku! Jeśli chcesz być mi przyjacielem, dasz mi znać, gdy tylko zobaczysz brzydką dziewczynę w czapce i szarej sukience. Znajdziesz mnie na nabrzeżu. I pamiętaj: kto nie jest moim przyjacielem, jest moim wrogiem!

Rakarz obrócił się na pięcie i opuścił pomost, nie omieszkał przy tym wsadzić sobie jeszcze w gębę ostatniego pęta kiełbasy.

Ki i Aros stali przez chwilę bez słowa. Dziewczyna przez zasłonę łez patrzyła na dryfujące coraz dalej ku otwartemu morzu płótno. Potem poszukała oczu Ki i przyjrzała się im z mieszanymi uczuciami. Nie da się ukryć, że nie tylko jej nie zdradził, ale nawet uratował historią o uczennicy Marindzie. Aros odczuwała z jednej strony wdzięczność, ale z drugiej– niechęć wobec okazanego tchórzostwa. Malarz wydawał się wręcz przerażająco pozbawiony odwagi. Nawet w chwili, gdy Rakarz zagroził, że wyrzuci ten piękny rysunek prosto w morze, Ki dalej bił mu czołem. A teraz, po trzech dniach mozolnej pracy, stał przed nią z pustymi rękami. I na dodatek… uśmiechał się.

— Cóż to był za człowiek? — zapytał Ki zdumiony. Z nosa przestała mu lecieć krew.

— Najgorszy ze wszystkich! — powiedziała Aros. — Dlaczego mu powiedziałeś, że jestem niema?

— Wydawało mi się, że on zna przyjaciółkę, a dźwięk jej głosu mógł usunąć resztę wątpliwości.

— A! To było sprytne. Dziękuję, Ki, że wolno mi być twoją uczennicą.

Ten człowiek był jednym z opiekunów. Spotkałam go na Czwartym Nabrzeżu. Całymi tygodniami znęcał się nad moją przyjaciółką, Matyldą. — Poczuła narastającą wściekłość. — A potem powiesił ją za nogi i rozpruł na pół.

Czeka go za to śmierć.

Ki spojrzał na dziewczynę zmieszany.

— I tak czeka go śmierć. Prędzej czy później. Przyjaciółka powinna wiedzieć: najlepszą zemstą jest wybaczenie.

Wybaczenie? Ten obcy człowieczek przybywał z dalekiego kraju i najwidoczniej przywiózł ze sobą mnóstwo naiwności. Jasna sprawa — wszyscy tchórze swoją bezczynność nazywają „wybaczeniem”. Czyżby nie wiedział, jak wygląda życie w Opoce? W tej kleistej mazi liczyły się tylko pieniądze i przemoc. I niby kto z nich dwojga był jeszcze dzieckiem?

Wciąż wzburzona spróbowała jeszcze raz: — Im wcześniej umrze, tym lepiej, Ki. Ta kanalia nazywa się Rakarz i jest brutalny i bezwzględny. Należy do Żniwiarzy — to jedna z dwóch grup bandziorów rządzących Opoką. Ta druga to Krętacze. Jedni i drudzy zarabiają na zbrodni, szantażu i nierządzie. A królowi jest to zupełnie obojętne, nic z tym nie robi.

Malarz znów wyglądał na starego człowieka. Patrzyły na nią dwa pokolenia zamorskiego doświadczenia życiowego. — Malarz miał kiedyś śmiertelnego wroga, którego chciał zabić. Kiedy nadszedł właściwy moment, zawahał się i pozostawił go przy życiu. Niedługo potem ten śmiertelny wróg uratował malarzowi życie.

— Też mi coś! Takie historie w naszym kraju nazywamy bajkami. Rakarza nigdy nie namówisz, żeby zrobił cokolwiek dobrego.

— Malarz nic nie mówił o namawianiu. Nie ma wątpliwości, że ten człowiek odgrywa w życiu przyjaciółki rolę pełną ciemności. Ale kto może powiedzieć, jaką? Może kiedyś uratuje jej życie.

„Idiotyzmy! Cóż ten Ki może wiedzieć? Nie ma sensu go przekonywać. Na pewno nie wychował się w sierocińcu gnijącego, śmierdzącego miasta.”

Wciąż rozemocjonowana wzięła głęboki oddech.

— A co z twoim obrazem?! Cały czas nie mogę uwierzyć, że tak lekce to sobie ważysz, że ta kanalia ci go zniszczyła.

— Teraz ten obraz jest już tylko w naszych głowach. Oczywiście to przykre wydarzenie, ale malarz nic na to nie poradzi — chyba że namaluje drugi obraz. Przyjaciółka też musi przyjąć przeszłość taką, jaka jest.

Aros odparła zdecydowanie: — Skoro tak, skoncentruję się na teraźniejszości i zadbam o przyszłość.

— Właśnie tak, nowy dzień, nowy obraz. Co przyjaciółka chce zrobić?

Przecież nie powie o tym Ki. Dostała kiedyś taką radę: jeśli nie znasz odpowiedzi na cudze pytanie, zadaj własne.

— A co zamierza przyjaciel?

Człowieczek pokiwał głową w tę i z powrotem.

— Malarz otrzymał zapytanie o zlecenie wielkiej ważności. W katedrze trzeba ozdobić świeżo otynkowaną ścianę malowidłami. Malarz będzie miał przez długi czas co robić.

Wszystkie dzieci z sierocińca musiały raz na jakiś czas uczestniczyć w nabożeństwach w katedrze. Aros pamiętała z nich niewiele poza ścianami zdobionymi portretami arystokratów o krzykliwych strojach i tłustych policzkach. No może jeszcze to, z jakim — ha! — nabożeństwem siostra przełożona wsłuchiwała się w słowa kapłana, by zaledwie kilka godzin później praktykować miłość bliźniego przy pomocy kija numer cztery.

Ki uśmiechnął się na pożegnanie.

— Przyjaciółka wie, gdzie mnie znajdzie. — Artysta złączył dłonie płasko pod brodą i skłonił się lekko.

— Dziękuję ci za pomoc, Ki. To był dobry czas, tu, z tobą, na tej przystani.


Patrzyła w poruszeniu za wszystkomalem, nawet wówczas, gdy dawno już zniknął za dużym magazynem portowym. Czy zobaczy go jeszcze kiedykolwiek? Była wobec niego niesprawiedliwa, wypytywał ją o jej sprawy tylko dlatego, że się o nią martwił. Aros nie miała wątpliwości, że był dobrym człowiekiem. A nawet zbyt dobrym — zachowywał się jak dziecko, wierzące, że ukryje się przed niebezpieczeństwem, jeśli tylko wystarczająco mocno zamknie oczy. Taka strategia nie wróżyła zbyt długiego życia w Opoce.

Nagle poczuła się straszliwie samotna. I że musi natychmiast znaleźć się gdzie indziej. Opuściła pomost powoli, ze spuszczoną głową. W kieszeni sukienki coś zabrzęczało. Zdenerwowana włożyła do niej dłoń przez dekolt i poczuła znajomy kształt zęba. Ale poczuła także coś jeszcze — coś płaskiego i okrągłego. Zaskoczona wyjęła rękę, a wraz z nią — trzy błyszczące w słońcu monety.

Ha! Trzy srebrniki! To jej wystarczy na ładnych kilka tygodni. Najwyraźniej Ki włożył jej pieniądze do kieszeni, kiedy tak demonstracyjnie stanął w jej obronie.

— Dziękuję, że nie wypytywałeś mnie już dalej. Dziękuję za twoją pomoc, dziękuję ci za pieniądze, Ki.

Przyjaciółka miała przyjaciela. Zastanowiła się. A przyjaciel — miał przyjaciółkę.


Minęły dwa dni, nim Aros podjęła decyzję, jakie będą jej dalsze kroki. Dopadło ją poczucie pustki. Wsłuchała się w siebie — tym razem, dzięki monetom od Ki, nie był to głód. Tym razem było to coś innego, o czym wcale nie chciała myśleć, czego wcale nie chciała przyjąć do wiadomości — po prostu czuła się samotna. Tak właśnie ludzie nazywali to uczucie — osamotnieniem. Czasem było gorsze niż najgorsza kłótnia.


Katedra w Opoce robiła wrażenie swą potęgą już z daleka. Obie wieże wyrastały na pięćdziesiąt metrów ku niebu, portal między nimi przewyższał bramę królewskiego zamku, a do środkowej nawy zmieściłoby się bez trudu nawet pięć pobliskich kamienic. Nie do wiary, jak wielu ludzi i przez ile lat ją budowało. Przez jakiś czas oprócz nabożeństw odbywał się tam także ożywiony handel i miały miejsce przedstawienia teatralne, jednak obecnie służyła już tylko celom religijnym. Oraz oczywiście pompatycznym występom arcybiskupa — cóż za marnotrawstwo.

Przed kościołem stało dwóch żołnierzy. Dziwne, że ten stary budynek był pod stałą strażą. Aros łukiem obeszła główne wejście i skorzystała z tego w zachodniej nawie. Pałąk kłódki był odchylony, rygiel odciągnięty. Ciężkie drzwi otworzyły się niemal same, wystarczyło nacisnąć klamkę. Dziewczyna zmarszczyła nos — doskonale pamiętała ten zapach, czcigodny, podniosły, a jednak zanieczyszczony także kurzem ziemi i wyziewów ludzkiego ciała. Tak czy siak — na pewno nie pachniało tu Panem Bogiem. Za to z całą pewnością czuć było świeżą farbę. Aros minęła grubą kolumnę i stanęła przed głównym ołtarzem, jakby się modliła. Był to gładko oszlifowany, potężny blok czarnego granitu, dwa na trzy metry, masywny, z niewielkim wcięciem na wysokości kolan. Ile mógł ważyć ten olbrzym? Aros dobrze znała ten widok, jednak po raz kolejny musiała przyznać: sufity i łuki na zawrotnej wysokości, ogromne, kolorowe witraże, tonąca w świetle nawa główna i rzeźbione postaci pod ścianami z prawej i lewej po prostu zapierały dech w piersi. Jednak bez względu na wspaniałość tej architektury, Aros nie potrafiła rozpoznać w niej dowodu na łaskę bożego błogosławieństwa. Kilka metrów dalej ludzie umierali z głodu, a ten budynek po prostu obnosił się bogactwem. Może kiedyś to zrozumie, jak będzie dorosła. Mimo całego przepychu dziewczyna zdała sobie sprawę, że najlepsze lata katedra miała już za sobą. Naprzeciwko okien stało rusztowanie, którego pionowe podpory strzelały prosto w niebo, a przynajmniej tak się wydawało w tej potężnej głównej nawie. Aros zdumiona zadarła głowę. Najwyraźniej konieczny był jakiś remont sufitu.

Jak dotąd nie znalazła tu żywej duszy.

— Ki? — szepnęła.

Przy tej akustyce zabrzmiało to jednak, jakby krzyknęła.

— Przyjaciółka przyszła odwiedzić przyjaciela. Malarz bardzo się cieszy. — Z okolic portalu wyłoniła się niewielka postać.

Czyżby jednak udzieliła się jej niezwykła atmosfera tego potężnego budynku i jego bliskości do Boga? W każdym razie Aros podbiegła do Ki i przytuliła go. Wprawdzie tylko trochę i tylko przelotnie — jednak nigdy wcześniej nie zrobiła czegoś podobnego.

Człowieczek jaśniał bardziej niż otaczające go witraże.

— Malarz cieszy się z wizyty przyjaciółki.

Aros oderwała się od niego z westchnieniem.

— Dziękuję za pieniądze, Ki. Wydałam tylko niewielką część. Kupiłam tylko piernat i coś do jedzenia.

Na samym środku nosa Ki widniał żółty kleks. Również jego biały fartuch był usiany niezliczonymi plamami we wszystkich możliwych kolorach.

— Artysta wie, że przyjaciółka potrafi zadbać o siebie, ale trochę pomocy nigdy nie zaszkodzi.

— Jesteś tu całkiem sam?

— Teraz już nie. A każdego wieczora przychodzi kapłan i sprawdza moje postępy. — Wskazał na pokrytą białym tynkiem ścianę obok rusztowania. Na niej wyraźnie zarysowywała się już naturalnej wielkości postać szlachetnego pana na szlachetnym rumaku.

— Wygląda wspaniale. — Aros podziwiała rysunek, który już w tym kształcie dawał pojęcie o swym przyszłym pięknie.

W nawie dało się słyszeć donośne głosy. Pojawiło się dwóch mężczyzn, jeden w księżej sutannie, drugi w kosztownej tunice. Nie zaszczycili malarza i dziewczyny nawet spojrzeniem.

— Czcigodny architekcie, czy zastanowiliście się już nad sposobem naprawy dachu? — zapytał kapłan. Mimo że mówił cicho, Aros bez trudu rozumiała każde słowo.

— Obelkowanie ma już ponad trzysta lat, a teraz jeszcze zaatakował je kornik. Belka nośna jest praktycznie pusta w środku. Trzeba też całkowicie wymienić płatew kalenicową. Także poprzeczne belki w dzwonnicach zostały zaatakowane, a przecież nieźle dało się im już we znaki trzęsienie ziemi cztery lata temu.

Na kapłanie nie zrobiło to większego wrażenia: — Arcybiskup zapewnia szczodre środki na tę renowację. Wiecie, jakie znaczenie przywiązuje do katedry. Na co więc jeszcze czekacie?

— Potrzebuję więcej pieniędzy i więcej rzemieślników, przede wszystkim cieśli i stolarzy. Trzeba najpierw zabezpieczyć obelkowanie dachu i to na dużej powierzchni.

Mężczyźni zniknęli w północnej nawie.

Ki wzruszył ramionami.

— Ząb czasu nadgryza także świątynie.

Na dźwięk tych słów Aros mimowolnie chwyciła się za dekolt. W wewnętrznej kieszeni wyczuła spoczywający tam „Ząb Czasu”.

Zacisnęła oczy, światło zaczęło ją nagle oślepiać. Musiała oprzeć się o ścianę. Ostrożnie otworzyła powieki. Dlaczego w kościele znienacka pojawiła się tak gęsta mgła? Zrobiło się ciemno, dał się słyszeć grzmot, zaczął padać deszcz, rozpętała się burza. Znowu to samo, zupełnie jak wtedy na pomoście. Co się z nią działo? W uszach jej szumiało. Czy to wiatr? Usłyszała szorstkie męskie głosy. Brzmiało to jak „orkan, orkan, orkan”. Czyżby zaklinali burzę? Rozbrzmiały oba dzwony. Coraz głośniej i głośniej. Przeraźliwie, dziko, bez jakiejkolwiek harmonii. Teraz już tylko jeden. Do jej uszu docierał już tylko ryk. A potem, między światłem błyskawic, zobaczyła ten widok. Wszędzie pył i krew. Wycie chaosu. Śmierć! Taniec wokół ołtarza! To wszystko działo się właśnie tu.

Poczuła jakieś przyciąganie, niewyjaśnioną potrzebę, aby nie bagatelizować tych omamów, a raczej spróbować jakoś je wyjaśnić. Czy były one skutkiem działania zęba Wiedziwy? Czy były wizjami przyszłości? Takiej, jaka musi się koniecznie zdarzyć? Czy też jedynie jednej z wielu możliwych? Takich, które mogłyby się zdarzyć konkretnie w miejscu, w którym się znajdowała? Nie rozumiała tego, ale czuła, że jak dotąd wszelkie próby przewidywania przyszłości okazywały się bardzo pożyteczne. W końcu jak dotychczas zawsze udawało jej się uniknąć złapania przez straż. Spodziewała się także napadu Grama na strychu i odpowiednio się przygotowała. Mimo to nie było jej łatwo zrozumieć, co miałyby oznaczać te wizje. Co dawało jej pewność, że wszystko wydarzy się właśnie tak, jak jej to objawiały? Nie mogła wykluczyć, że po prostu tyle już dostała ciosów w głowę, że zwyczajnie zwariowała. Spróbowała uporządkować myśli. Kiedy po raz pierwszy doświadczyła takiej wizji przyszłości? Nie było jej łatwo odpowiedzieć na to pytanie, bo wciąż była zmuszona nakierowywać myśli na przyszłość, choćby tylko odnośnie do tego, co będzie dzisiaj jadła. I czy przypadkiem wszystkie plany nie były czymś w rodzaju wyważania możliwości? Wywąchiwania przyszłości? Możliwości działania miała nieskończenie wiele, problemem były raczej konsekwencje, z którymi musiała żyć. Pierwszą wizję miała na plaży, kiedy wróciła z Górnego Miasta w nowej sukience. Zobaczyła wówczas Grama wspinającego się na stryszek po buku, żeby ją złapać. Czy po prostu odgadła, co mógł zrobić? Domyśliła się? Przeczuwała? Przewidziała? Albo wiedziała? A jak to było z jej wizytami w mieście? To, że potrafiła dotąd uniknąć złapania przez straże, to musiało być coś więcej niż zwykłe szczęście. Coś więcej, niż instynkt, który nakazywał jej ukrycie się zawsze we właściwym momencie. We wszystkich tych niezwykłych zdarzeniach ząb Wiedziwy odgrywał jakąś rolę. A może decydującą?

„Czyżbym teraz to ja była Wiedziwą?”, pytała sama siebie — i nie wiedziała.


— Aros! — głos Ki przywrócił ją do rzeczywistości.

— Jak… co się stało?

— Duch przyjaciółki udał się w daleką podróż. Witam z powrotem.

Właśnie to lubiła w Ki. Zawsze zachowywał się tak, jakby wszystko, co się działo, było całkowicie normalne.

— Ja… chyba śniłam na jawie.

— Dopóki przyjaciółka śni, są to prawdziwe sny. — Ki zdążył się już odwrócić z powrotem do ściany. — Jutro malarz nałoży następne kolory. — Zachichotał zadowolony. — Mieszanie farb to wielka radość.

— Czy przynieść coś do jedzenia? — zapytała Aros.

— Chętnie, chleb był dobry.

— Tak, ale za pieniądze od ciebie będę mogła kupić taki, który ma nie więcej niż dwa tygodnie — obiecała dziewczyna i wybiegła przez boczne drzwi.

Na rynku ludzie tłoczyli się między stoiskami. Jak zwykle sprzedawcy głośno zachwalali swój towar. Co dwa metry oferowano coś absolutnie nadzwyczajnego za grosze. U pierwszego lepszego piekarza kupiła bochenek świeżego chleba i dwa pączki. Słodkości schowała w kieszeni, chleb wsadziła pod ramię, czuła jego miękkość i świeżość.

— Tutaj! To może być ona! — zawołał podekscytowany mężczyzna i rzucił się na Aros. Dziewczyna dostrzegła ledwie skrawek munduru, ale to zupełnie jej wystarczyło. Patrol straży miejskiej brutalnie przepychał się przez tłum, prosto w jej kierunku.

Na domiar złego po lewej pojawiła się kolejna grupa żołdaków. Natychmiast się schyliła i pobiegła w przeciwną stronę. Rzadko kto potrafił tak szybko przedzierać się między ludźmi jak Aros. Używała przy tym barków, bioder i łokci, przepychała ludzi na stronę, a w razie potrzeby przeciskała się między nogami.

Ktoś krzyknął: — ZATRZYMAĆ TĘ DZIEWCZYNĘ!

Zupełnie się tym nie przejęła. Nikt nie lubił straży miejskiej, uważano ją za leniwą i skorumpowaną, i każdy wiedział, że najlepiej w ogóle nie mieszać się w jej sprawy.

— DWADZIEŚCIA SREBRNIKÓW ZA ZŁAPANIE TEJ DZIEWCZYNY!

Tym już się przejęła. Z wściekłością odrzuciła chleb, przeszkadzał w ucieczce. Jeszcze przyspieszyła. Za takie pieniądze większość mieszkańców miasta gotowa była porzucić wątpliwości, tak jak ona pieczywo. Mężczyzna, obok którego właściwie zdążyła już przebiec, złapał ją nagle za ramię. Odwróciła się błyskawicznie i z całej siły wbiła mu kolano w podbrzusze. Żałowała, że nie miała czasu przyjrzeć się, jak, jęcząc, zgina się w pół, bo ze wszystkich stron deptali jej po piętach żołnierze. Tłum był zbyt niebezpieczny, zbyt nieobliczalny, zbyt kapryśny. Ostatnia droga ucieczki prowadziła do wielkiego magazynu. Tam swoje towary przechowywali miejscy hurtownicy. Właściwie nie był to nawet budynek, raczej zadaszony teren, pełen ogromnych regałów, na których stały beczki, skrzynki i kosze. Nie brakowało też materiałów budowlanych, belek, desek czy legarów. A więc tam. Tam mogła znaleźć zakątki i zaułki, w których łatwo było się schować. Już wbiegła na teren magazynu i zniknęła między dwiema wysokimi półkami.

Ktoś z tyłu krzyknął: — Jest w magazynie!

Ktoś inny zaproponował: — Zamkniemy wyjście z drugiej strony! Pojawił się trzeci patrol.

Z rozbiegu wskoczyła na drewnianą skrzynkę, wdrapała się na następną i schowała za stosem desek. Co teraz? Czy powinna zejść z drugiej strony i spróbować uciec w kierunku portu? Nie, żołnierze właśnie tego się spodziewali.

Przed nią, za nią, obok i powyżej tłoczyły się puste skrzynki. Każda stanowiła świetną kryjówkę. Czy naprawdę byli gotowi przeszukać wszystkie? Z drugiej strony, jeśli znaleźliby ją w takim pojemniku, stałby się dla niej pułapką. Lepiej byłoby ukryć się gdzieś pomiędzy. Skuliła się więc najbardziej, jak potrafiła i wcisnęła w przestrzeń między dwiema dużymi drewnianymi ścianami. Jak szczur. Serce waliło jej w emocjach, oddech uspokajał się powoli. Dłoń mimowolnie odnalazła drogę do wewnętrznej kieszeni sukienki i zacisnęła się na zębie Wiedziwy. Początkowo nic się nie wydarzyło, jednak w pewnej chwili jak przez mgłę zobaczyła niezliczonych, zajętych poszukiwaniami strażników. Sprawdzali każdą przestrzeń i każdy pojemnik. Jakiś głos szepnął: „Twoje imię jest drogowskazem.”

Zanim zdążyła się zdziwić, ktoś podniósł leżącą obok niej pustą skrzynkę i zawołał: — TUTAJ!

Rzucili się na nią we trzech. Jeden z żołnierzy zawołał wściekle: — Mamy cię wreszcie! Szukamy cię od tygodni i wciąż musimy wysłuchiwać przekleństw i obelg, że tak słabo nam idzie! Ale teraz koniec z tym! — Rozjuszony uderzył ją w twarz.

Aros w przerażeniu otworzyła szeroko oczy, żołnierze zniknęli. Zniknęła też mgła.

To była tylko przerażająca wizja. Przynajmniej na razie. Nie, nie mogła

do tego dopuścić. Musiała stąd zniknąć i to jak najszybciej. W panice opuściła kryjówkę. Dokąd teraz? Nogi miała jak z waty. Drżała na całym ciele, czuła się jak sparaliżowana bezsilnością. Rozglądała się dzikimi spojrzeniami. Rozemocjonowane głosy zbliżały się z każdą chwilą. Na samej górze stosu skrzyń zauważyła jedną z wielkimi, wypalonymi literami. Zamrugała oczami. Czy to możliwe? Jak to możliwe?

Ha!

Wszystko zdawało się kręcić wokół tego, co tam zobaczyła: jej strach, nadzieja, tajemnica i ratunek.

Ta skrzynia z napisem przyciągała ją jak trąba powietrzna, jakby chciała ją połknąć. I może także ukryć — a raczej: pochwycić? Podbiegła do niej jak w transie, wspięła się. Pokrywa była na wpół otwarta, weszła więc do środka i skuliła się w kącie. Gdyby oceniać rzeczowo, ze wszystkich możliwych opcji wybrała akurat tę najbardziej ryzykowną. Czy to będzie jej ostatnia kryjówka? Skrzynia? Pułapka na szczury? Trumna? Czuła się jak małe dziecko, podciągnęła kolana pod brodę i z trudem powstrzymała potrzebę ssania kciuka.

Kroki i krzyki mężczyzn zbliżały się coraz szybciej. Głuche odgłosy wpadały do jej kryjówki z każdej strony.

— Z tyłu wszystko jest pozamykane. Musi gdzieś tu być. Wreszcie ją dopadniemy.

— Najpierw sprawdźcie wszystkie przestrzenie między skrzyniami, na pewno nie była tak głupia, żeby do którejś wejść — rozkazał kapitan.

Aros powstrzymała się od jakiegokolwiek ruchu. Strażnicy biegali na wszystkie strony i ze wszystkich stron. Z każdą minutą poszukiwań przekleństwa rozbrzmiewały coraz częściej i coraz głośniej.

— Może tu się wczołgała — zawołał któryś.

Ktoś przesunął skrzynie na bok, Aros zdawało się, że to była jej pierwsza kryjówka.

— Do diabła! Przecież nie mogła się rozpłynąć w powietrzu. Sprawdźcie każdą skrzynkę, co do jednej. Przeszukujemy każdy kąt.

Mężczyźni jęknęli, tych kątów były tysiące.

Aros spoconymi palcami chwyciła ząb. Niczego nie poczuła, nic się nie wydarzyło. Czyli tym razem nawet on jej nie uratuje.

Usłyszała kroki tuż obok — tylko drewniana ściana oddzielała ją od strażnika. Ktoś z głośnym zgrzytem przesuwał skrzynie, rozczarowaniu mężczyzn towarzyszyły wściekłe przekleństwa.

— Do diabła! Przeszukaliśmy każdy zakątek. Arcybiskup będzie wściekły. Ta dziewczyna to diabeł wcielony!

Mimo wszystko trwało to całą wieczność, nim głosy zaczęły się oddalać. Świat po drugiej stronie drewnianej ściany powoli się uciszał i pustoszał. Drugą wieczność Aros po prostu drżała. Z wielkim trudem uwierzyła wreszcie, że strażnicy zrezygnowali z poszukiwań i zniknęli. Po trzech wiecznościach dziewczyna wygramoliła się ze skrzyni. Nieufnie rozejrzała się na wszystkie strony, wciąż nie mogąc uwierzyć. Poruszona przyjrzała się swej kryjówce. Żołnierze ominęli tylko tę jedną skrzynię, po prostu ją przeoczyli. Jej skrzynię. Jej imię było drogą. W drewnie ktoś głęboko wypalił wielkie litery. BARBAROSSA — dokładnie tak, jak na skrzynce, w której leżała, gdy odnaleziono ją pod drzwiami sierocińca. Tylko wtedy deska była inaczej przycięta. Szeroko otwartymi oczami szukała kolejnych wskazówek. Z trudem odczytała nakreślone kredą na odwrotnej stronie deski słowo: ZOLKAN. Postanowiła, że musi się lepiej nauczyć czytać.

„Drogi dniu, najpierw zdradzasz mi sekret mojego imienia. A potem po raz drugi przedstawiasz mi tego Zolkana. Najpierw w mojej wizji z Rakarzem na przystani, teraz znów tu, na skrzynce. Znam cię dobrze. Raczej nigdy nie raczyłeś mnie przypadkami.”

Zolkan należał do najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w Opoce — krążyło wokół niego wiele historii i plotek. Najwyraźniej robił też jakieś interesy z piratem Rudobrodym. Uznała, że zajmie się tym później. Teraz była już pora wracać do Ki.

— Przepraszam, że tak długo to trwało, Ki. Na dodatek przyniosłam tylko dwa pączki. — Powoli wyjęła z kieszeni zgniecione kawałki ciasta, jeden podstawiła mu pod nos.

— Bardzo dziękuję! — ucieszył się człowieczek i natychmiast ugryzł kawałek. — Zrobił się prawie wieczór. Coś cię zatrzymało?

— Hm. I to jak. O mało mnie nie złapali miejscy strażnicy.

— Jak długo przyjaciółka chce jeszcze uciekać?

— Że co? Ja w ogóle nic nie zrobiłam, a oni i tak mnie ścigają. Mam się sama zgłosić? Nigdy w życiu!

— Ale trzeba coś zmienić. — Podniósł palec wskazujący. — Ponieważ jeśli ktoś wciąż ucieka, nigdy nie dociera do celu.

Rzeczywiście, mądrości Ki mogły przyprawić o atak wściekłości. — Masz dla mnie jeszcze jakieś rady? — rozżaliła się.

Człowieczek nie stracił rezonu: — Życie trzeba wypełnić sensem.

Aros spoglądała na artystę spode łba — a potem syknęła jak ranna kotka: — Co ty tam wiesz? Życie nie jest jakimś naczyniem do wypełniania. Chociaż, jak się tak rozglądam po Opoce, to może rzeczywiście — przypomina zasrany nocnik.

Skośne oczy Ki nagle stały się niemal okrągłe.

— Malarz również może się wiele nauczyć z filozofii przyjaciółki.

„Nie ma nic złego na myśli”, uspokoiła się Aros. Uznała, że trzeba zmienić temat: — Znasz się na farbach, prawda? Pomożesz mi przefarbować moją sukienkę?

Ki z zainteresowaniem przyjrzał się brązowemu materiałowi.

— Można. Roztwór z bukowego popiołu, namaczać dwa dni, wywiesić na tydzień na słońce, ale nie pozwolić wyschnąć. Potem znowu pofarbować. Co powiesz na żółty, żółty jak słońce? — rozpromienił się.

Twarz dziewczyny z kolei zaszła chmurami.

— Ki, to o wiele za długo, umrę do tego czasu. Poza tym żółty za łatwo wpada w oko. Chodziłoby o jakiś inny kolor, nie taki, który krzyczy „patrzcie na mnie!”

— W takim razie jedyne, co pozostaje, to kupić nową sukienkę. A może lepiej spodnie i koszulę? — Brzęknął monetami w kieszeni.

Była to jedna z tych rzadkich chwil, gdy Aros nie wiedziała, co ma powiedzieć.

Na błoniach

— Rozluźnij trochę uchwyt, za sztywno trzymasz ten miecz — pouczał go Drogdan.

Farin był spocony cały, ale najbardziej na zesztywniałych palcach. Za żadne skarby nie chciał wypuścić broni z ręki, ściskał więc rękojeść, jakby chciał ją zmiażdżyć. Wymiana ciosów nabrała tempa — po tygodniach ćwiczeń nawet syn grabarza zauważył, że w pewnych ruchach nabiera automatyzmów. Poza tym jego działania nie były już czystymi reakcjami, potrafił niekiedy przejąć inicjatywę. Niestety — fechmistrz nadal odpierał wszelkie jego ataki bez najmniejszego trudu.

Stal z brzękiem uderzała o stal. Farin sam nie wiedział, czy wspierał go refleks, czy może raczej intuicja — ale od czasu do czasu udawało mu się odczytać intencje przeciwnika i sparować uderzenia.

— Przerwa! — zarządził nauczyciel. — Napijemy się czegoś i zaczniemy kolejną lekcję.

— Wielki Turniej już za dwa tygodnie. Mam jakąkolwiek szansę przetrwać pierwszą rundę?

— Może, przy odrobinie szczęścia, gdybyśmy mieli jeszcze ze dwa lata…

Farin odparł wzdychając: — Nigdy bym nie pomyślał, że to machanie mieczem może być tak wymagające.

Drogdan złapał się za koniuszek ucha: — No tak, w końcu będziesz walczył z przeciwnikami, którzy machali mieczem, zanim zdążyli powiedzieć pierwsze słowo. A nawet więcej: przedtem jeszcze uczyli się wspinać, uderzać, walczyć wręcz i jeździć konno. — Spojrzał na Farina wymownie. — Ty jesteś ulepiony z zupełnie innej gliny. Na dodatek nie nazwałbym cię specjalnie utalentowanym szermierzem.

— No to pięknie. Ciągle tylko połajanki. Mógłbyś mnie chociaż raz pochwalić.

— Pochwały zachowuję dla wrogów, przyjaciołom mówię prawdę. Póki co wciąż walczysz do dupy.

— Miłe słowa, Drogdanie — odparł Farin z uprzejmością, której w żaden sposób nie można się było doszukać na jego twarzy.

Nagle odezwał się trzeci głos.

— Jak słodko. A więc to tu ćwiczy w tajemnicy nasz nowy giermek. Nie wiadomo tylko, po co, i tak nie unikniesz kompletnego blamażu na turnieju. — Do stajni wszedł książę Turgenson w towarzystwie swojego syna Baraldona, który uosabiał ideał przyszłego rycerza. Dzięki blond lokom, delikatnym rysom twarzy i szerokim ramionom był nie tylko wyjątkowo przystojny, lecz także promieniał szlachetnością i wielkodusznością. Farin poczuł ukłucie zazdrości.

— Gdyby ćwiczył w tajemnicy, nigdy byście nas nie znaleźli. Czego tu szukacie, książę Turgensonie? — zapytał Drogdan.

— Nie mam bynajmniej obowiązku tłumaczyć się przed takimi jak wy, ale cóż — po prostu usłyszałem odgłosy walki i postanowiłem sprawdzić, skąd się biorą. — Potarł nos. — Dlaczego marnujecie czas na tę beznadziejną próbę uczynienia rycerza z grabarza? Prędzej już dałoby się przekształcić osła w bojowego rumaka. — Roześmiał się bez radości.

— Ojcze, chodźmy już — poprosił Baraldon, któremu najwyraźniej nie w smak były takie prowokacje.

— Zaczekamy do turnieju, tam cały świat przekona się, jaki niewiarygodny błąd popełnił Emicho przy wyborze swojego giermka — zagrzmiał książę. — Ten osobnik… — twarz szlachcica przybrała grymas obrzydzenia i oburzenia — ...nadaje się co najwyżej do kopania latryn. Jest stworzony do najniższych czynności, tylko to umie. — Zwrócił się bezpośrednio do Farina: — Powinieneś dalej kopać groby, a nie kalać honor giermka i rycerza. Turniej jest przeznaczony wyłącznie dla szlachetnie urodzonych.

„Czy naprawdę muszę to znosić bez sprzeciwu?”, zadawał sobie pytanie Farin.

Oczywiście, że nie. Pozwól mi tylko przejąć inicjatywę — wyzwę ich obu jednocześnie, a potem zgniotę.

— Łączy nas przynajmniej jedno, książę: ja was także nie znoszę — powiedział mocnym głosem.

Arystokrata zaczerwienił się z wściekłości.

— Co za bezczelny łachudra. — Szybkim ruchem uderzył Farina płaską dłonią w twarz.

Drogdan przeszedł krok do przodu.

— Wybaczcie, książę. Wystarczy tego!

— Wy nie macie tu nic do powiedzenia, żołnierzu — zagrzmiał Turgenson wściekle.

Baraldon delikatnie pociągnął go za ramię ku wyjściu.

— Chodźmy, ojcze.


Drogdan i Farin zostali sami. Syn grabarza stał z palącym policzkiem i spuszczoną głową.

— Wszędzie natrafiam wyłącznie na niechęć, jeśli nie wręcz na nienawiść. Książę Gorian, książę Turgenson, wszyscy tylko utrudniają mi życie. W ich oczach jestem nikim tylko z powodu niskiego urodzenia.

— Tak zostali nauczeni. Kończymy na dziś. — Fechmistrz szybkim ruchem schował miecz do pochwy. — Przywilej wysokiego urodzenia zmienia sposób myślenia arystokratów, zanim zdążą to sobie uświadomić. Od samego początku pudrują sobie najpierw dupy, a potem także i twarze. Szlachta ma rządzić, reszta ma pracować. Taki prosty podział obowiązków.

— Ależ czy rycerze nie powinni stawać w obronie słabszych i dbać o sprawiedliwość?

— Teoretycznie tak, a nawet niektórzy to zrozumieli i żyją wedle tych zasad. Na przykład Emicho, mimo całej swojej zgryźliwości. Za niego oddałbym życie.

Farina nie zdziwiła taka bezwzględna wierność. Ten rycerz potrafił dotknąć w człowieku jakąś strunę i to pomimo że nie dbał o nadmiar uprzejmości. W chwilach jak ta Farina trapiły wyrzuty sumienia, że choć złożył obietnicę lojalności, był zmuszony zachowywać dla siebie tajemnicę demona.


Wśród mieszkańców Burzowej Twierdzy zapanowała gorączka podniecenia. Najbliższe dziesięć dni miało stać pod znakiem Wielkiego Turnieju, najważniejszego wydarzenia tego rodzaju w całych Zjednoczonych Królestwach — organizowanego tym razem dosłownie za bramą, na przyzamkowych błoniach. Co za wydarzenie! Zawody nigdy jeszcze nie odbywały się tak daleko na Północy. Prawdziwe wyróżnienie dla tutejszych.

Farin siedział z płytowym hełmem Emicha na kolanach przez zbrojownią już od samego rana i pucował stal. Zadziwiające, jak ciężkie było takie nakrycie głowy.

Rycerz wszedł do korytarza i nieufnie przyglądał się, jak giermek poleruje metal na wysoki połysk.

— Na hełm wszyscy patrzą. Nie chcę na nim widzieć ani odcisku palca.

— Oczywiście, panie.

Im bliżej było do tego wielkiego wydarzenia, w tym gorszym humorze był burgrabia.

— A tarcza?

— W idealnym stanie. — Farin zawahał się tylko na chwilę, ale potem dodał: — Zdradźcie mi, proszę, jak to jest, wasza radość z powodu turnieju wydaje się dość… ograniczona.

— Bardzo delikatnie to ująłeś, giermku. Rzygać mi się chce na samą myśl o tych bezsensownych pląsach na arenie. Służą wyłącznie próżności rycerzy i rozrywce gawiedzi. Zwłaszcza zaś odciągnięciu uwagi od naprawdę ważnych spraw. — Potarł się po brodzie. — Zbliża się niebezpieczny przełom, wystarczy pomyśleć o marszu nekorian, a my urządzamy sobie gry i zabawy na łące i w borze. Jak sądzisz, ilu członków tego towarzystwa będzie w czasie turnieju odgrywać rolę szlachetnych rycerzy?

Farin wzruszył ramionami.

— Wróg jest najgroźniejszy wówczas, gdy nie potrafisz go rozpoznać. Stary Król już sobie z tym wszystkim nie radzi, podchodzi do tego zbyt beztrosko. Mówią, że tylko ukrywa się w swoich komnatach. Nie pojawił się nawet na trzech ostatnich Wielkich Turniejach, całkowicie wbrew tradycji. Widać, że zbyt długo już włada Zjednoczonymi Królestwami. No i nie ma się co dziwić — nikt dotąd nie rządził jeszcze cztery dziesięciolecia.

— Kto będzie jego następcą?

— Jedno muszę ci przyznać, giermku. Często twoje pytania są lepsze niż moje odpowiedzi — odburknął rycerz. I w chwili, gdy Farin już zamierzał zacząć zastanawiać się nad słowami Emicha, ten dodał: — Chociaż król jest naprawdę stary, kwestia następstwa tronu wciąż nie jest uregulowana. Grachus nie ma syna. Wzbudza to wielkie ambicje wśród skłóconych arystokratów, tak że nie umieją się zgodzić co do tej sprawy. Po jego śmierci Zjednoczone Królestwa czeka rozpad. Już teraz gra toczy się o kontynuację dotychczasowego porządku. Pomyśl tylko o nekorianach. Rzadko Wielki Turniej odbywał się w obliczu takich zagrożeń. Co prawda, na jego czas obowiązuje pokój Boży, zgodnie z którym należy zapewnić bezpieczeństwo nawet najbardziej zagorzałemu wrogowi, ale kto wie, czy w tych czasach wszyscy będą się trzymać zasad. Dość tych rozważań! — Mrocznym wzrokiem spojrzał na hełm.

— Niech ci tylko nie przyjdzie do głowy, żeby naoliwić przyłbicę! Lubię, jak głośno piszczy — To powiedziawszy, burgrabia odszedł w kierunku warsztatów rzemieślniczych.

Syn grabarza patrzył za nim w zamyśleniu. Emicho od rana do wieczora zajmował się przygotowaniami do Wielkiego Turnieju, w końcu było to wielkie wydarzenie, spodziewano się siedmiu tysięcy gości, przedstawicieli Zjednoczonych Królestw, w tym około setki arystokratów. Ach, tak, wśród uczestników byli też rycerze — zapowiedziało się nie mniej niż trzystu, a przynajmniej tylu zostało zakwalifikowanych.

Od wielu tygodni okoliczne folwarki dostarczały gęsi, świnie, owce i woły. Wybudowano specjalne klatki i stajnie, by było gdzie przechowywać cały ten zwierzyniec. Zamkowy browar pracował dzień i noc, w korytarzach katakumb piętrzyły się beczki z piwem. Ledwie wczoraj siedem wozów zaprzężonych w woły przywiozło niezliczone ilości białego i czerwonego wina. Emicho osobiście, na samym środku zamkowego dziedzińca, sprawdził jakość trunków, zanim przekazał winiarzowi należną zapłatę.


Po południu Farin stanął obok Drogdana na murach i gapił się w zadziwieniu. Kotłowanina na dole przywodziła na myśl mrowisko. Gdziekolwiek spojrzał, wszędzie kręcili się ludzie. Większość rozkładała właśnie namioty na błoniach.

— Każdy rycerz będzie miał własny namiot, oznaczony jego herbem, oraz umieści swoje barwy wokół areny. — Drogdan wskazał na prawo. — A tam będą stały namioty do spania, zabaw i gotowania. Oraz namioty dla rzemieślników, znachorów, służby, muzykantów, sztukmistrzów i wszetecznic.

Syn grabarza skinął. Oto na jego oczach ludzie tworzyli z niczego całe imponujące miasto. Grupa mężczyzn kończyła układanie bruku na szerokiej drodze prowadzącej od zamkowej bramy, w dół, bezpośrednio do placu, gdzie miały się odbywać zawody.

— Droga też będzie gotowa na czas — stwierdził Drogdan. — Będą po niej bez przerwy jeździć wozy wyładowane prowiantem i napitkami. Trudno uwierzyć, ile są w stanie w siebie wtłoczyć rozochoceni zabawą ludzie.

— Hm.

— No i oczywiście potem trzeba wywieźć mnóstwo odpadów. Głównie puste beczki. — I dodał: — Oraz rannych uczestników turnieju. Albo nawet martwych.

— Że co? Jak to — martwych? Cały czas myślałem, że to jakieś opowieści z mchu i paproci, jakoby ludzie umierali w czasie zawodów — dopytywał się syn grabarza.

— Podczas wielu ważnych turniejów były nieszczęśliwe wypadki. Często

już w czasie kłótni przed zawodami, ale potem także w pojedynkach — stwierdził Drogdan.

Chcąc nieco odwrócić własną uwagę od tych spraw, Farin zapytał: — A co robią tamci mężczyźni z łopatami?

— Ach, tamci! No, tu chyba ty jesteś ekspertem. Wykopują doły pod latryny — wszystkiego razem cztery. Miejmy nadzieję, że wiatr będzie wiał w przeciwną stronę, nie wyobrażasz sobie, jaki smród potrafi wytworzyć kilka tysięcy ludzi.

— Akurat mój nos jest przyzwyczajony do wszystkiego — odpowiedział Farin.

Tak naprawdę martwiło go coś zupełnie innego. Przez trzy pierwsze dni miały się odbywać walki towarzyszące giermków. Cały turniej miał otwierać buhurt. „Co za radość — dla wszystkich, oprócz mnie”, pomyślał Farin i skrzywił się. Ale jeszcze bardziej trząsł się przed pojedynkami. Nieco uspokajał go fakt, że wszystkie dyscypliny opanował w równym stopniu — w rzucaniu oszczepem był równie beznadziejny, jak w pojedynkach na miecze i puklerze albo w l’anneau — łapaniu pierścieni na pikę. I również jego samopoczucie nie odbiegało od tych umiejętności.

„Będę walczył najlepiej, jak umiem”, postanowił sobie.

Drogdan zdawał się rozumieć, co czuje Farin.

— Na pewno nie będzie takiego wstydu, jak wtedy z tym niemowlakiem, pod warunkiem, że uda ci się nie wypuścić broni z ręki. W końcu miałeś niezwykle sprawnego nauczyciela.

— Hm. Próbujesz pocieszać mnie, czy może siebie? — zapytał Farin kwaśno.

— Każdemu według zasług.

Taka to była rozmowa.


Niemal sto namiotów stało jeden przy drugim, tworząc wielką literę „U”. W środku pozostały wielkie, prostokątne szranki z dwoma torami na pojedynki. Na błoniach rozbito, bez ładu i składu, dalsze namioty, we wszystkich kolorach i rozmiarach. Ktoś mniej zorientowany mógłby wziąć taką grupę uzbrojonych mężczyzn z jakąś armię, jednak zbyt wielka była tu różnorodność flag, sztandarów i proporców, a i ludzie byli nazbyt rozochoceni.

Na wschodnich murach zamku stali Dopałek, Drogdan, Plaudius i Farin wraz z innymi żołnierzami, rycerzami i giermkami, przyglądając się barwnemu zgiełkowi.

— Dobrze, że jutro wreszcie zaczynamy — cieszył się Drogdan.

— Cudownie — odpowiedział syn grabarza i od razu poczuł na sobie wzrok towarzyszy. — Musicie wiedzieć, że nie jestem wielkim wojownikiem.

— Musimy — uśmiechnął się krzywo fechmistrz. — Już się cieszę na buhurt. Zawsze jest kupa śmiechu, kiedy giermkowie próbują się nawzajem okładać jak wariaci.

— Co w tym takiego zabawnego? — obruszył się Farin. — Tępa bijatyka, ot, co.

— Bynajmniej, całkiem ostra. Tylko broń jest tępa. — Drogdan uśmiechnął się. — Nie bój się, zwykle kończy się na paru siniakach.

— Niby tak, ale ja podczas swojego pierwszego buhurtu złamałem obojczyk i przedramię — rzucił Plaudius takim tonem, jakby wciąż odczuwał ból.

Kątem oka Farin przyuważył potajemne mrugnięcie okiem do Drogdana.

— Obaj jesteście skończonymi durniami — stwierdził raz na zawsze.

Fechmistrz zaśmiał się całą piersią.

— Nasz gabarczyk pragnie pojedynku, w którym miałby chociaż cień szansy. Na przykład: kto wykopie najszybciej swój własny grób?

Wszyscy roześmiali się serdecznie — z wyjątkiem Farina.

„Lepiej taka sława niż żadna”, pocieszał się.

Dopałek położył mu delikatnie dłoń na ramieniu i mruknął pocieszająco:

— Hrm!

— Chodźcie, sprawdzimy jeszcze raz, czy wszystko w porządku z turniejowym domostwem Emicha — zaproponował Drogdan. — Będzie oczekiwał perfekcji.

Nie trwało to długo i cała czwórka dotarła do namiotu Emicha po frontowej stronie błoni. Na wysokim na cztery metry środkowym słupie wisiało naoliwione płótno żaglowe. O jego napięcie dbało osiem lin głęboko zakotwiczonych w ziemi. Przed wejściem stały stojaki na zbroję i lance, a także ławka. Pomiędzy nimi powiewał na maszcie sztandar z plującym ogniem smokiem. Zaraz po prawej rycerz, jego giermek i ich pomocnicy mogli zaopatrzyć się w świeżą wodę z beczki.

Za namiotem stał wbity w ziemię słupek do przywiązywania bojowego rumaka, a obok leżała niewielka drabina, której zadaniem było ułatwić Emichowi wejście na konia w pełnej zbroi.

Wyposażenie wnętrza składało się z kilku krzeseł, leżanki i całego mnóstwa narzędzi do pielęgnacji broni i pancerza. Były też takie do pielęgnacji ciała — ale bardzo zgrubnej: igły i grube nici do zszywania poważniejszych ran. Namiot był rodzajem azylu, gdzie można było wypocząć i przygotować się do dalszej walki; wstęp mieli tu tylko rycerz i jego najbliżsi zaufani.

— Wszystko w najlepszym porządku — stwierdził Drogdan z zadowoleniem, gdy skontrolowali wszystkie kotwy.

Wtem ich uszu doszły wesołe hałasy. Zaciekawieni podążyli za dźwiękami. Część gości zabawiała się przeciąganiem liny i skokami na skakankach. Inni ze śmiechem przyglądali się żonglerom, linoskoczkom i lalkarzom. Atmosfera była wspaniała. Prosty lud chciał się bawić i nie życzył sobie, by mu w tym przeszkadzano opowieściami o jakichś sprawach politycznych. Przynajmniej na ten jeden dzień wszystkie troski miały odejść precz. Farin zwrócił uwagę na samotny namiot na skraju łąki. W słońcu mienił się wszystkimi kolorami tęczy.

— Czyj to namiot? — zapytał.

— Jakiejś staruszki. Była tu już wczoraj. Zarabia jako wróżbitka — odpowiedział Drogdan.

— Wygląda na to, że ludzie nie są jakoś żywo zainteresowani przyszłością.

Nie widzę żadnych klientów.

— Może w ogóle jej tu nie ma — zastanowił się Plaudius.

— Idę się temu bliżej przyjrzeć — powiedział syn grabarza.

— My tymczasem poprzeciągamy sobie linę! — zawołał Drogdan w świetnym humorze i podwinął rękawy, mrugając przy tym znacząco do dwóch ponętnych dam głośno zagrzewających mężczyzn do walki.

Z bliska namiot okazał się jednym wielkim dywanem pozszywanym z kolorowych szmat. Niezliczone dziury i pęknięcia naprawiono materiałami wszelkiego rodzaju i koloru. Obok stał niewielki ręczny wózek.

Zaciekawiony Farin stanął przed wejściem.

— Jest tam kto? — zawołał. — Jeśli tak, życzę dobrego dnia! Nazywam się Farin i jestem giermkiem burgrabi. Czy mogę wejść?

Cisza w odpowiedzi. Farin rozejrzał się. Wokół namiotu nie było nikogo. Dlaczego wróżbitka miałaby go ustawiać tak daleko od pozostałych, jeśli liczyła na liczną klientelę?

„Może jest chora”, pomyślał.

Zdecydowany na wszystko, Farin odciągnął niebieską zasłonę i wszedł do środka. Zaskoczony, zmarszczył brwi — spodziewał się ciężkiego, kleistego zaduchu, tymczasem pachniało tu niespodziewanie świeżo. Na razie nie widział jeszcze zbyt wiele, oczy nie zdążyły się przyzwyczaić do ciemności. Dostrzegł jakąś postać. Kobieta z chustą na głowie siedziała przy niewielkim stoliku, na nim szklana kula wielkości głowy. Wyciągnięte ku niej dłonie drżały, usta poruszały się bezgłośnie. Zdałoby się, że wędruje gdzieś po dalekich światach.

Farin przez chwilę obserwował ją nieco przejęty, wreszcie zdobył się na szept: — Wybaczcie, pani. Nie chciałem wam przeszkadzać, a tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Z jej ust popłynęły dźwięki. Niezrozumiałe. Jak czarodziejskie zaklęcia w obcym języku. Wciąż nie zaszczyciła syna grabarza nawet przelotnym spojrzeniem.

Farin, równie spłoszony, co urzeczony, zapytał: — Czy jesteście prawdziwą wróżbitką?

Stara bez ostrzeżenia przerwała pomrukiwania, spojrzała na niego i odburknęła: — Oczywiście, że nie, naiwniaku. Niby jak by to miało działać? Po prostu wyciągam przesądnym idiotom pieniądze z kieszeni, opowiadam im przy tym zawsze to, co chcą usłyszeć.

No tak! — Hm, no tak — to były jedyne dźwięki, jakie z siebie wydobył.

Stał teraz po prostu w ciszy, próżno szukając słów.

Stara wstała i zgarbiona przeszła do kotła z gorącą wodą. — Zapewne odmówisz napicia się herbatki z suszonych kozich jąder, prawda?

— Eeee… no tak.

— Ha, może jednak jestem wróżbitką.

Nalała nieco zielonkawej brei do glinianego kubka. Farin nie mógł oderwać wzroku od licznych, nieznanych przedmiotów stojących na prostym regale za jej plecami. Może tam właśnie suszyła składniki do swoich herbat. Widok ten nieco przypominał mu chatę Gerlundy. Na najwyższej półce stały niewielkie słoiki, ampułki i fiolki, pełne różnobarwnych płynów.

Wreszcie wydobył z siebie jakieś słowa: — Patrzyliście na tę swoją kryształową kulę z takim zaangażowaniem… Co tam widzieliście?

— A co miałam zobaczyć, równie dobrze mogłabym się gapić w twój nocnik. Kupiłam ten bubel od jakiegoś szklarza za całego srebrnika. Skurwysyn nie chciał sprzedać go taniej. Ale kula robi wrażenie na mniej ogarniętych. — Spojrzała na niego wyzywająco. — Co nie?

— Hm… no tak… — wybełkotał znowu.

— No dobra, po co przyszedłeś? Po prawdę, po przyszłość czy po lekarstwo? Ewentualnie mogę trochę pokłamać albo opowiedzieć ci o czymś z twojej przeszłości. No już, mam mało czasu.

Jasne, przy tych tłumach kłębiących się przed wejściem. Farin nie dał się wyprowadzić z równowagi: — Stoicie zupełnie na peryferiach. Nie sądzę, żeby miało was odwiedzić wielu klientów.

— Aha! Czyli ty też jesteś czymś w rodzaju wróżbity? Ja tu byłam pierwsza.

Gulgotanie. Rodzaj wróżbity? Raczej w ciemię bity! Paskudnik bawił się w najlepsze.

„Stara i ten wrednik idealnie do siebie pasują”, pomyślał Farin i poczuł wzbierający gniew.

— No i jak tam, mały? Skoro już tu jesteś… mam ci poczytać z dłoni? — zapytała stara. — Jedyne dwa miedziaki.

— Żeby mi opowiedzieć coś, co chcę usłyszeć? — zapytał Farin bez entuzjazmu.

— Skąd, tym się zajmuję tylko patrząc w tę głupią kulę. W czytaniu z ręki jestem o wiele lepsza.

Farin poczuł, jak opuszcza go nie tylko zaufanie do starej, ale nawet jakakolwiek życzliwość. Nie uwierzyłby jej nawet, gdyby mu powiedziała, jaki to dzień tygodnia.

— Wasze zachowanie nie zachęca jakoś specjalnie do skorzystania z waszych usług — zauważył.

— Ależ, daj spokój, przeczulony jesteś. Dawaj tu te łapska. Mimozy obsługuję za darmo — zaśmiała się chrapliwie.

„Nie ma mowy, żebym się nawet zbliżył do tej nieuprzejmej, charczącej, paskudnej baby. Może sobie popatrzeć co najwyżej na moją nogę, jak daje jej kopniaka w tyłek”, pomyślał Farin.

W tym samym momencie zauważył, że stara chwyciła go już za prawą dłoń, gapiąc się w nią intensywnie. Przejechała po skórze palcem wskazującym, nieco go łaskocząc. Sam się zdziwił, że nie wyrwał jej tej ręki odruchowo. Z jej zapadłych warg dał się słyszeć pełen zdziwienia pomruk o liniach losu, słońca i miłości.

Powiedz, żeby przestała, bo umrę ze śmiechu, zagulgotał Paskudnik. Zaraz nabije cię w butelkę i bambuko. Obieca, że pewnego dnia poślubisz przepiękną księżniczkę, która urodzi ci tuzin dzieci.

Zdawało się, że czas stoi w miejscu. Stara niby zamieniła się w zamarznięty kamień nagrobny. I nagle cofnęła ręce, jakby coś ją oparzyło. Wielkim skokiem, jakiego Farin nigdy by się po niej nie spodziewał, oddaliła się od niego, wyraźnie przestraszona. Trzęsącymi się dłońmi odnalazła krzesło przed stolikiem i usiadła. Dałby głowę, że tym razem nie grała, tylko rzeczywiście majaczyła.

I to go naprawdę zaciekawiło.

— Co zobaczyliście?

Z jej twarzy zniknęło zaskoczenie.

— Usiądź, Farinie — powiedziała mocnym głosem i wskazała na drewniany stołek naprzeciwko.

Podążył za jej wezwaniem, nie spuszczając jej z oczu. Nagle zupełnie zmieniła usposobienie: była w równym stopniu podekscytowana, zmartwiona i pełna nadziei.

— Nareszcie! — westchnęła. — Sprawa jest poważna. Byłam pewna, że jesteś znacznie starszy, nic dziwnego, że dopiero teraz udało mi się cię znaleźć. Nie ma wątpliwości, to ty jesteś Zaklinaczem Kości. Spotkałeś już Proroka?

Ej, niezła jest. Tej bajeczki jeszcze nie słyszałem, pochwalił ją Paskudnik.

— Nie wiem… nie wiem, o czym mówicie.

— Moja mistrzyni dawno temu przygotowywała mnie na ten moment. Niestety, od trzech lat słuch po niej zaginął. Mówi się, że niedawno została spalona na stosie w Opoce jako czarownica.

— Nie wykluczam, ale co to wszystko ma wspólnego ze mną?

— Co trzy lata powtarzała to samo proroctwo. — Potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

Proroctwa to bzdury. Jedyne, które mają jakiś sens, to te, które same się spełniają.

— Co mówiła? — Farin poczuł, jakby instynkt aż kopnął go w tyłek. W tym namiocie działo się właśnie coś nieoczekiwanego, ale brzemiennego w skutki.

Głos starej nabrał mocy.

— Przyjdą do ciebie w czasie Wielkiego Turnieju. Złącz Proroka i Zaklinacza Kości w dobrej godzinie, bo tylko sojusz demona i objawienia uratują Królestwa przed ogniem piekielnym.

Mówiła z emfazą, niemal dziecięcym zaangażowaniem, ale Farin czuł, że była w tych słowach sama szczerość. I to, że także w nim poruszyła jakąś strunę.

Stara dodała: — Najpierw myślałam, że to nie możesz być ty, bo przecież wróżba brzmiała: „przyjdą do ciebie”. Więc spodziewałam się dwóch osób, a ciebie miałam za kogoś, kto się tu po prostu zabłąkał.

— I co was przekonało?

— Dotknięcie twojej dłoni. — Ściszyła głos. — Nie jesteś tu sam. Jest was dwóch, a jeden z was jest Zaklinaczem Kości. Ten drugi zaś… to demon.

„Hola, hola, co to za wymysły”, omal nie zaprotestował Farin. A jednak nie był w stanie tego zrobić i zmliczał. Podobnie jak Paskudnik, który zaczął nagle bardzo pilnie się przysłuchiwać.

— Jestem tylko grabarzem — powiedział Farin z naciskiem.

— Ale to przecież tylko potwierdza mojej słowa. Potrafisz bardzo dobrze ocenić, z jakiej przyczyny ktoś umarł, prawda?

„Zawsze na zatrzymanie akcji serca” miał już odpowiedzieć, ale słabe skinienie okazało się znacznie bardziej wymowne.

— Kim była ta mistrzyni?

— Była nadzwyczajną kobietą. Czarodziejką z dalekich krajów po drugiej stronie oceanu. Głęboko wierzę w to, co mówiła.

Ledwie kilka miesięcy temu Farin po prostu uśmiechnąłby się z politowaniem, jednak niewiarygodne przeżycia ostatnich tygodni otworzyły jego umysł na sprawy, które niedawno uznałby za niemożliwe.

Mimo to wciąż nie chciał wyjawić wszystkiego.

— Mówicie: czarodziejka? Taka, jak z bajek dla małych dzieci, znajoma wróżek i smoków?

— Może być — odparła. — Albo z mrocznych opowieści o demonach. — Rzuciła mu znaczące spojrzenie. — Sprawa jest zbyt poważna, żeby bawić się w kotka i myszkę. Nosisz go w sobie. Przestać skrywać, że go w sobie skrywasz.

Z głośnym siorbnięciem wypiła łyk herbaty.

— Mogę ci pomóc w twojej podróży.

Jak dotąd Farin potrafił zachować tę mroczną tajemnicę dla siebie. I akurat ta dziwna stara kobieta niebezpiecznie się do niej zbliżyła.

— Na dziś wystarczy mi już waszego jasnowidzenia — powiedział najbardziej znudzonym tonem, na jaki było go stać.

— Jak sobie życzysz, Zaklinaczu Kości. Rozumiem twoją nieufność, ale nie uciekniesz przed przeznaczeniem.

— Jasne, po prostu idę jak baran ścieżką, którą przygotował dla mnie los. — Ziewnął, by pokazać, co sądzi o takich opowieściach.

— Widzę, że póki co wymagam od ciebie zbyt wiele. Przemyśl moje słowa. Wkrótce będziesz mnie potrzebował. Zawołaj, a ci pomogę.

Czyżby się teraz obraziła? W każdym razie wyglądało to, jakby zamilkła na dobre.

Farin wstał zirytowany.

— Życzę wam wszystkiego dobrego — pożegnał się.

Stara przyglądała mu się w milczeniu, gdy opuszczał namiot.

Zamyślony wrócił do kolorowego zgiełku na łące. Drogdan i Plaudius wciąż ze wszystkich sił próbowali wywrzeć wrażenie na obu damach, za to Dopałek gdzieś zniknął.

Farin zmarszczył czoło i jeszcze raz spojrzał na kolorowy namiot. Nie zapytał jej nawet o imię. Z drugiej strony — co za różnica, i tak by go nie zapamiętał. Szybko przestał myśleć o tym, co go przed chwilą spotkało, zbyt wiele wydarzeń czekało go następnego dnia. Buhurt giermków. Kolejny już raz postanowił sobie, że położy na szali wszystko, czego się nauczył, byle tylko uniknąć ostatecznego blamażu. I nie życzył sobie przy tym żadnej pomocy od Paskudnika.

Buhurt

Dzień rozpoczął się od dźwięku fanfar. Tuzin trębaczy stał z instrumentami skierowanymi ku słońcu i dął w nie z całych sił.

Do przodu wystąpił herold w czerwonej szacie i zawołał mocnym głosem: — Słuchajcie, słuchajcie, szlachetni panowie i szlachetnie panie! Najdumniejsi rycerze naszego prześwietnego imperium zebrali się w tych progach na najbliższe dziesięć dni. Najodważniejsi z najdzielniejszych będą się mierzyć tu, na tej ziemi, aby pomnożyć swą sławę i honor, a także by zdobyć przychylność naszych serc.

Zachwycony tłum odpowiedział głośnymi oklaskami i okrzykami. Dla wielu ta impreza była najważniejszym wydarzeniem roku, wielkim świętem radości i emocji.

— Z pewnością wszyscy czekamy na estor rycerski, który odbędzie się w ostatnich trzech dniach. — Herold złapał oddech, po czym zapowiedział jeszcze bardziej dudniącym głosem: — Tegoroczny Wielki Turniej rozpocznie się tradycyjnym buhurtem dla giermków.

I znów po błoniach przetoczyła się fala wiwatów. Ludzie zarażali się wzajem entuzjazmem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 47.25
drukowana A5
za 76.4