E-book
31.5
drukowana A5
64.36
Syn grabarza. Tom I

Bezpłatny fragment - Syn grabarza. Tom I


Objętość:
324 str.
ISBN:
978-83-8440-520-8
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 64.36

Sam Feuerbach

Syn grabarza

Tom 1

Wiedźma

Farin dwoma palcami wepchnął kobiecie język z powrotem do szeroko otwartych ust. Flakowaty kawałek mięsa, porowaty i szaroniebieski. Jakaś bardziej wrażliwa dusza z pewnością dostałaby rozstroju żołądka. Przedostatni z brązowych zębów w górnej szczęce ruszał się, z dolnej na świat wyglądał jeszcze tylko jeden. Farin grzebał bez obaw w ustach starej nie tylko ze względu na tak fatalny stan uzębienia — po prostu wiedział, że martwi nie gryzą.

Konopnym sznurem podwiązał jej brodę. Stara po raz ostatni zamknęła gębę. Dzięki sznurowi już jej także nie otworzyła. Blade oczy patrzyły na niego z wyrzutem, a przecież on naprawdę nie miał nic wspólnego z jej zejściem. W każdym razie do dzisiejszego popołudnia, kiedy to pojawił się sołtys z nieboszczką na wozie, nakazał mu ją zdjąć i do następnego wieczora przygotować do pochówku. Dziw nad dziwy — czemuż to sam najwyższy urzędnik w wiosce troszczył się o jej pogrzeb, skoro nawet nie był z nią skoligacony? Zupełnie nie odpowiadało to jego nienasyconej, chciwej naturze.

Farin wyprostował zmarłej kciuki i palce wskazujące, zamknął jej powieki, a potem zakleił je odrobiną wody z cukrem z niewielkiej misy. Stara po raz ostatni zamknęła oczy. Znał ją tylko przelotnie, widział parę razy z daleka, po czym rzucał się do dzikiej ucieczki. Krążyły o niej mroczne legendy, prowadziła tajemnicze życie. O, właśnie, tajemnicze, zawsze się tak mówiło, kiedy człowiek nie szedł zwykłą drogą, jak każdy normalny obywatel, tylko wciąż z niej zbaczał. Nieważne, na jakie manowce zawędrowała ta stara, to już było bez znaczenia, kresem zawsze jest śmierć; pod tym względem można jej zaufać. „Jeszcze raz, jak się nazywała?” Na próżno szukał w pamięci, po prostu wypadło mu z głowy.

Mocno chwycił ją za podbródek i przekręcił głowę najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Byle nie zapomnieć, żeby ukryć pod warstwą szminki te ciemne plamy na szyi, jedna z lewej, kilka mniejszych z prawej.

Zapach, stan skóry i opadające już stężenie pośmiertne zdradzały, że stara była martwa od jakichś dwóch dni. Farin westchnął — zapowiadał się długi wieczór. Jeśli nie przygotuje ciała wzorowo do pogrzebu jeszcze przed rankiem, ojciec będzie wściekły — nie było czasu do stracenia. Zdecydowanym ruchem pochwycił rąbek grubej, lnianej sukmany na wysokości bioder, a potem ściągnął ją z trudem przez biodra, piersi, przez głowę.

Materiał był namokły od nieczystości, zwłaszcza u dołu, gdzie zebrały się płyny ustrojowe. Był też do ostatniej nitki przesiąknięty zapachem śmierci, mimo to nie mógł go po prostu wrzucić do ognia — z braku alternatyw musiał wyprać sukienkę, a potem ponownie włożyć na nieboszczkę. Najpierw jednak po prostu ją złożył i umieścił obok stóp. Usłyszał, jak nad nim deszcz zaczął stukać po gontach niewielkiego zadaszenia. Wraz z ojcem roztropnie naprawili je latem. Teraz stał więc suchy w szopie o trzech ścianach — a przed nim, na długiej ławie, leżała martwa staruszka. Odszedł parę kroków i przyjrzał się jej. Cóż miał przed sobą? Po prostu trupa, górę martwego mięsa, otrzymanego od natury, a potem z powrotem przez nią odebranego? A może było to opuszczone ciało, przekazane w prezencie od Boga, a potem znów zabrane, pozostawione przez duszę, która uniosła się w poszukiwaniu lepszego świata? Z ciałem czy bez — Pan powinien narzucić jakieś ostrzejsze kryteria, żeby nie dopuścić do nadmiernego tłoku. Nie dalej jak siedem lat temu morowe powietrze zabrało trzy czwarte mieszkańców wioski. Była wśród nich matka Farina. Najpierw pojawiała się gorączka, potem te straszne krosty na całym ciele, a dwa dni później — czarna śmierć. Wszystko działo się tak szybko, nie było nawet czasu, żeby się pożegnać.

Wrzucili ciało mamy z dwudziestoma innymi na stos i spalili. Chociaż zarówno ojciec, jak i on codziennie zajmowali się zmarłymi, nigdy się nie zarazili.

Jak stwierdzili mieszkańcy wioski: „Nawet śmierć obchodzi grabarza i jego syna wielkim łukiem”.

I jak Farin miał to nazwać? Szczęściem? Ale przecież utrata mamy była dla niego największym z możliwych nieszczęść. Nie pomogły żadne próby leczenia. Wręcz przeciwnie — Farin widział, jak zwłaszcza upuszczanie krwi osłabiało chorych jeszcze bardziej. Próżne nadzieje.

Farin już kilka lat temu przestał wierzyć w niedzielne kazania kapłana. Powoli opanowywał go jakiś rodzaj pragmatyzmu, gorzki, rzeczowy światopogląd, który z trudem jedynie można było połączyć z religijnymi fantazjami o niebie i piekle. Czyżby groziło mu zostanie ateistą? Na wszelki wypadek szybko się przeżegnał. Tak czy siak, jedno wiedział na pewno: każde narodziny prowadzą do powstania trupa. To tylko kwestia czasu.

Farin ścisnął wargi. Nigdy nie zapomni, jak pierwszy raz musiał przysposabiać ciało dziecka. Trzyletnią dziewczynkę, małe, delikatne, niewinne stworzenie, które pożegnało się z tym światem z powodu dziwnej gorączki. Gdy mył małą, łzy płynęły mu po policzkach. A co dopiero jej rodzicom, którzy modlili się i modlili, i modlili. Na szczęście kapłan podczas nabożeństwa żałobnego miał gotowe pocieszające wyjaśnienie: „Niezbadane są wyroki boskie.”

No tak!

Znowu, zamiast pracować, rozmyślał o świecie i ludziach — jeśli tak dalej pójdzie, nie da rady skończyć nawet przed północą. Zdjął z haka szmatkę, zanurzył w wielkiej misie z wodą i wycisnął. „Mycie ciała należy rozpoczynać od ramion”, tak uczył go ojciec. Farin podniósł prawą rękę kobiety. Powoli wycierał zwiotczałą skórę przedramienia, aż nagle się zatrzymał. Z niedowierzaniem przyjrzał się klatce piersiowej. Dopiero teraz zobaczył dwie krwawe linie — jedna ciągnęła się poziomo, od pępka aż po grdykę, druga — pionowo, pod piersiami. Wyglądało to jak wielki krzyż utworzony z blizn i wypuklin, skutek niezliczonych nacięć i ran. W większości starych, ale częściowo — świeżych. Opuszkami palców przejechał po wypukłościach i kraterach. Wyglądało na to, że trochę zbyt dosłownie traktowała wymóg żegnania się znakiem krzyża. Zupełnie tak jakby regularnie wycinała sobie na piersiach znak Pana tępym nożem.

„Nigdy nie myśl o zmarłych, których przysposabiasz!” Również i tego uczył go ojciec. Farin lekko pokręcił głową i zabrał się do dalszej pracy. Zadba o to, żeby stara znalazła się w zaświatach w dobrej formie, a rodzina zachowała w dobrej pamięci jej obraz z ostatniego pożegnania. Ludzie nigdy nie zapominali tego widoku.

Wytarłszy ramiona i nogi, zaczął sumiennie pracować nad korpusem. Szmatę raz po raz przepłukiwał w misce; woda w niej poszarzała jak niebo. Wciąż padało, ale pilnie musiał przynieść świeżą wodę ze strumienia, bo zardzewiała beczka na deszczówkę od dawna już była nieszczelna. Mieszkali z ojcem na końcu świata, tak przynajmniej ludzie określali to niewielkie obejście, w którym obaj również pracowali. I tak właśnie było: u kresu strumienia, na krańcach wioski, na kraju świata. Kto zaś rozłożył się wygodnie na warsztacie w tej otwartej szopie, także dotarł do końca. Stąd nie było, dokąd dalej iść, tu dopadał człowieka grobowy nastrój, a wokół — zapach śmierci i brudna woda w strumieniu.

W świetle ostatnich promieni słońca jesienny wicher popędzał chmury; nic nie wskazywało na to, że przed nastaniem nocy przestanie padać. Chcąc nie chcąc Farin wziął do ręki miskę, wyszedł na deszcz i podreptał kilka metrów za podwórze. Przy okazji oblał spodnie śmierdzącą cieczą.

— Cholera jasna! — zaklął, tym bardziej, że zdarzało mu się to już wcześniej. Ile razy obiecywał sobie, że nie będzie już napełniał miski aż po brzegi. O wiele bardziej praktyczne byłoby wiadro, tylko wiadra ojciec nie mógłby doliczyć do rachunku, w przeciwieństwie do tradycyjnej misy. Wylał breję jak zawsze w krzaki, kilka metrów od miejsca, gdzie pracował. Rosnący tam czerwony głóg nic sobie z tego nie robił, wręcz przeciwnie — rozrastał się i kwitł jak żadna inna roślina w okolicy — dawno już przerósł chłopaka. Z pustym naczyniem Farin pobiegł w kierunku strumienia. Wciąż jeszcze złościł się, że teraz jeszcze będzie musiał przeprać spodnie, a potem wysuszyć je nad ogniem — to była jego jedyna para. Zastanowił się nad stanem swojego majątku. Nie miał nic, prócz imienia. Przynajmniej pod tym względem przewyższał Pana Boga.

— Farin — powiedział na głos.

Dobre i to.

Farin kochał strumień za wiele rzeczy. Zawsze szumiał przyjaźnie i odprężająco, chłodna woda dawała uczucie świeżości, lubił też posiedzieć w zadumie na skałach rozrzuconych tu i ówdzie wśród fal. Również i teraz tęskne myśli spływały wraz z nurtem. Ten zaś meandrował dalej przez las, nagle opadał z uskokiem, potem przez łąkę prosto do potężnej rzeki, która coraz szerszym strumieniem torowała sobie drogę przez świat w poszukiwaniu morza.

Morze! Podobno składało się z niezmierzonych wód, których fale niestrudzenie uderzały z szumem o brzeg.

Czy to możliwe, że i tam ktoś chodził po wodę z jakąś gigantyczną misą? Och, jak bardzo pragnął zobaczyć morze. Chociaż jeden jedyny raz.

Balansując, poniósł wypełnioną po brzegi miskę z powrotem do szopy.

Farin po raz nie wiadomo już który zadał sobie pytanie, czemu właściwie nie przyniesie wody w wiadrze, żeby potem nalewać ją sobie do miski. Ale znał przecież niepodlegającą dyskusji odpowiedź: „Bo tak mi pokazał i tak sobie życzył ojciec.”

Ze świeżą wodą pod ręką zabrał się do dalszej pracy. Ciało było umyte, teraz mógł zająć się głową. Mieszaniną żółtka, rumianku, pokrzywy i wywaru z korzenia łopianu oraz dużą ilością wody umył włosy zmarłej, a potem je skrócił. Ciężka robota, jednak bardziej przez klejące się nożyczki niż cienkie pasma włosów powierzonej jego pieczy kobiety.

„Ręce są bardzo ważne”, podkreślał ojciec. W końcu podczas ceremonii spoczywały złożone godnie na piersi nieboszczyka. A może raczej powinien powiedzieć: ojciec wbił mu te zasady do głowy rózgą, bo to trafniej opisywało jego metody nauczania. Dlatego Farin w następnej kolejności zatroszczył się o paznokcie. Dzięki Bogu do tej pracy nie musiał stosować tamtych wielkich nożyc, wystarczyły niewielkie cążki, którymi łatwo było je obciąć.

Cążki ojciec kupił jakoś przed dwoma laty, w reakcji na pewne nieszczęście, które zdarzyło się Farinowi. Otóż obciął on był pewnemu nieboszczykowi cały serdeczny palec zamiast paznokcia. Zainteresowany nie zgłaszał zastrzeżeń, ale jego rodzina i owszem, wszyscy bowiem z jakiegoś powodu zwrócili uwagę, że jego ręce nie liczyły już dziesięciu, a zaledwie dziewięć palców i jeden krwawy kikut. Pech chciał, że krewni nagle jak jeden mąż przypomnieli sobie bardzo dokładnie, iż na brakującym palcu zmarły nosił niezwykle cenny sygnet, w końcu do tego przecież służy palec serdeczny. Jednak pierścienia nie udało się odnaleźć. Żałobnicy głośno się skarżyli, ale nie przy grobie, tylko u sołtysa, i tak oto każdy dostał to, na co zasłużył: ojciec guzik z pętelką zamiast zapłaty, a Farin — zapłatę podwójną w formie podwójnego lania.

Dzięki cążkom dzisiaj wszystkie palce pozostały tam, gdzie powinny i Farin mógł się zabrać za czyszczenie paznokci niewielkim nożem. Usuwał spod nich czarną ziemię, ale także drobiny skóry przyklejone do pazurów prawej ręki.

„Na stopy nikt nie patrzy”, nauczał ojciec, wzmacniając przekaz razami w policzki. Mimo to Farin czyścił paznokcie u nóg z takim samym zaangażowaniem.

Może Pan Bóg patrzy na stopy.

Jak co wieczór słońce zachodziło powoli, ale niepowstrzymanie. Farin zapalił lampę olejną i postawił ją na półce zamontowanej nad warsztatem. Tak, tak, to był warsztat. Kiedy był mały, zdarzyło mu się przez pomyłkę nazwać to miejsce stołem, co jego ojca przyprawiło o białą gorączkę.

Zaczął krzyczeć: „TO JEST WARSZTAT! Zmarłych nie kładzie się na stole!”

Przytłoczony tak wielką czcią dla miejsca pracy, wspartą porządną porcją razów, Farin natychmiast zapamiętał i tę lekcję.

Cholera, gdy szedł po wodę, powinien był od razu zabrać ze sobą i uprać tę brudną sukienkę. Zamiast tego musiał teraz zadowolić się resztką wody w misie, nie umiał już bowiem wykrzesać z siebie chęci na kolejny spacer do strumienia. Materiał wciąż jeszcze zdawał się brudniejszy niż ciecz, którą dysponował, więc liczył, że uda mu się choć trochę oczyścić ubranie zmarłej. Obiema rękami włożył lnianą suknię do miski, obrócił, a potem wycisnął brązową wodę. Sceptycznie przyjrzał się efektom. Były raczej skromne. Nie, to nie miało sensu, będzie musiał wyprać sukienkę o świcie, pod bieżącą wodą. Westchnął i ponownie odwrócił się ku ciału. Błyskawica przedarła ciemność nieba, a towarzyszący jej grzmot przedarł się do samych trzewi Farina.

„Nie bój się, głupi! To tylko burza!”

Powiesił ubranie na jednej z poprzecznych belek i zajął się twarzą nieboszczki.

„Twarz jest jeszcze ważniejsza niż ręce”, powtarzał mu do znudzenia ojciec, chociaż akurat na to Farin wpadłby sam. Martwy czy żywy — ludzie zawsze najpierw szukali kontaktu z oczami swego vis-à-vis, a oczy, jak to oczy, również u martwego tkwiły w samym środku twarzy. Przyjrzał się policzkom i nosowi zmarłej. Krew spłynęła była na tył głowy, przez co skóra na twarzy zdawała się blada jak mleko. Z rozmów we wsi wiedział, że liczyła jakieś pięćdziesiąt lat, ale on dałby jej co najmniej dwa razy tyle. Kości policzkowe oblekała pomarszczona skóra, broda zwisała jak rozłożysty wachlarz. Rysy były głęboko naznaczone zgryzotą, zmartwieniem i cierpieniem. Farin przyglądał się im jak zahipnotyzowany. Tkwiło w nich jeszcze coś, coś niezrozumiałego, złego, jakieś szaleństwo. Przeszedł go dreszcz.

Nagle jego niepokój wzmógł dziwny odgłos. Za plecami zdążyło się już zrobić zupełnie ciemno, oczy powoli przyzwyczajały się do mroku. Czyżby poruszał się tam jakiś cień? Poczuł gęsią skórkę na ramionach, był pewien, że ktoś go obserwuje.

— Czy ktoś tam jest? — zawołał i poczuł dreszcz strachu na dźwięk swego własnego, cienkiego głosu.

Ktoś nie odpowiedział — co było do przewidzenia.

Zbeształ sam siebie za tę bojaźliwość, jednak gdy odwrócił się z powrotem ku zmarłej, uczucie niepokoju wcale go nie opuściło.

„Daj spokój, Farin. Z własnej woli nikt nie przyjdzie, żeby ci się przyglądać, jak myjesz trupa.”

Odwagi nie wystarczyło na długo. Miał wrażenie, jakby ktoś wylał mu na głowę wiadro lodowatej wody. Jej oczy — szeroko otwarte — gapiły się prosto na niego. Z piersi wyrwał mu się cichy okrzyk. Mógłby przysiąc, że to były oczy żywego człowieka. Czyż nie dostrzegł w nich właśnie krótkiego błysku, tak jakby za oknem przebiegł ktoś z zapaloną pochodnią? Jak zaczarowany gapił się w twarz zmarłej.

„Jeśli teraz jeszcze zacznie mrugać, zemdleję.”

Przecież dopiero co starannie zamknął i zakleił jej te gały! Z walącym sercem powtórzył procedurę. „Czasem może się zdarzyć, że powieki się otworzą, kiedy z ciała schodzi sztywność”, uspokajał się.

Odwrócił się z nagła — ale za plecami miał, jak zawsze, nieprzeniknioną ciemność. Krew powoli zaczęła ponownie krążyć po jego członkach. Co się z nim działo?

„Grabarz, który boi się zmarłych”, pomyślał z krzywym uśmiechem, „to jeszcze gorzej niż rzeźnik, który mdleje na widok krwi. A więc, Farinie, weź się wreszcie z powrotem do roboty.”

— A zatem, moja droga… hm, zaraz, jak ty masz na imię? — zapytał zmarłą, która jednak wyniośle milczała.

Coś na „G” albo na „K”. Chłopak znów spojrzał na martwe ciało i nagle aż podskoczył, jakby ktoś porwał go spod powały za ubranie.

Na piersiach nieboszczki coś leżało. Coś okrągłego i błyszczącego. W każdym razie coś, czego przed chwilą jeszcze tam nie było. Rozejrzał się, serce waliło mu jak młotem. Nikt oprócz niego nie zbliżył się do ciała. Więc skąd się tam wziął ten przedmiot? Podszedł do zmarłej powoli, na samych palcach. Z całej siły zacisnął wargi, żeby przypadkiem nie krzyknąć. Szeroko otwartymi oczami gapił się na pierś kobiety, dokładnie tam, gdzie kiedyś biło jej serce. Tam właśnie leżał jakiś wisiorek czy może amulet. Bardzo ostrożnie, jakby obawiając się, że jego ręce w każdej chwili mogą obrócić się w proch i pył, podniósł klejnot koniuszkami palców. Zdawał się ciepły i wyglądał jak pozbawiona wytłoczeń moneta: okrągła, prosta w formie i gładka po obu stronach. Jedynie na krawędzi widoczny był niewielki otwór, najwyraźniej po to, by było go jak zawiesić. W świetle lampy amulet połyskiwał żółto. Farin zważył go w wyciągniętej dłoni — na złoto za lekki. Delikatnie nadgryzł materiał, ale jego zęby nie pozostawiły śladu. Nigdy jeszcze nie widział takiego metalu. I tylko mu się zdawało, czy naprawdę poczuł w ustach posmak czosnku? Co teraz? Nie miał pod ręką żadnego naczynia, więc przeciągnął przez znalezisko konopny sznurek i zawiesił je sobie na szyi; amulet skrył się pod lnianą koszulą chłopca. Trzeba go będzie oddać rodzinie podczas pogrzebu, ale do tego czasu musi pozostać w ukryciu przed ojcem. Ojciec z całą pewnością schowałby go do czasu, gdy trawa na grobie nieco podrośnie, a potem sprzedał w jakiejś dalekiej wsi, gdzie od razu przepiłby zarobione pieniądze. Nie byłoby to przecież pierwszy raz, gdy ojciec czyścił kieszenie zmarłych, potwierdzając zresztą w ten sposób wszelkie uprzedzenia wobec grabarskiego cechu. Ojciec był naprawdę dobry — w pielęgnowaniu swojej złej sławy. Farin nie chciał być taki jak ojciec. W żadnym wypadku. Czy to dlatego był uczciwy? Ale w takim razie na kogo by wyrósł, gdyby rodziciel zawsze zachowywał się porządnie i bez zarzutu? Czy stałby się wówczas szachrajem szukającym każdej okazji do wzbogacenia się na cudzy koszt?

Co prawda nie były to rozmyślania, które doprowadziłyby go do jakichś wniosków, ale przynajmniej pomogły spowolnić rytm bicia serca.

„Skąd, do diaska, wziął się ten amulet? Przestań się zastanawiać, skoncentruj się wreszcie na pracy, człowieku!”

Twarz starej wyrażała czystą niewinność. Znowu się zdumiał. Naprawdę? Rzeczywiście jakoś się rozluźniła, czy tylko mu się tak zdawało? Zdjął z haczyka jakąś czystszą szmatkę, zamoczył ją w rozwodnionej berbelusze i szerokimi gestami wytarł czoło, policzki, brodę i szyję zmarłej. W ten sposób nieco spowalniał proces rozkładu.

Byle nie nazbyt hojnie. Albo, jak by to ujął ojciec: bez marnotrawstwa. Nic dziwnego, wolał pić to tanie świństwo.

Następnie na policzki zmarłej nałożył nieco farby. W tym celu posłużył się startą, rozcieńczoną w oleju ochrą; była to stara, rodzinna receptura upiększania klientów. Powieki i brwi poczernił jeszcze kawałkiem węgla, a odrobiną łoju dodał im blasku. I wreszcie uczesał włosy zmarłej.

Cofnął się o kilka kroków i przyjrzał swemu dziełu. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kobieta odmłodniała o co najmniej kilka lat, tak do osiemdziesiątki. Jednak nie przybyło jej od tego ani trochę życia. „Do licha, jakże ona miała na imię?” Miał je na końcu języka.

Farin ziewnął. Było późno, postanowił, że czas iść spać. Sukmanę wypierze jeszcze raz rano, zdąży wyschnąć na czas. I tak o świcie czekało go jeszcze perfumowanie; wieczorem nie było sensu tego robić, bo zapach i tak ulotniłby się przez noc. Nie było obaw, że stara ucieknie, udał się więc do ojcowej chałupy.

Jakie życie, taki dom. Prosty. Niewielka chata zbudowana była głównie z gliny: glinianie klepisko, ściany z wikliny, także pokrytej gliną, i wreszcie dach z płaskiego glinianego gontu, kryjący jedyną izbę. Farin usłyszał chrapanie i poczuł zapach ojca, zanim jeszcze wszedł do środka. Pochrząkiwał i popierdywał w rogu za piecem, spał snem pijanego. Usta miał otwarte, wargi błyszczały od spływającej po nich śliny. Stary człowiek, złamany życiem, przeżarty nienawiścią i zgorzkniały od zawiści wobec wszystkich, którym powodziło się choć trochę lepiej. Czyli w sumie wobec całej wsi.

Farin zdjął zabrudzone spodnie, położył się naprzeciwko na sienniku i natychmiast zasnął.

— Wstawaj, wałkoniu! — Obudził go kochany głos ojca, wzmocniony zachęcającym kopniakiem. — Kur już dawno zapiał, a ty się lenisz!

Ta tradycja miała pewien sens. Ojciec codziennie budził go tym stwierdzeniem. Jednak ponieważ Farin zawsze wtedy spał, nie mógł zaprzeczyć. Może po prostu powinien kiedyś czuwać całą noc i nasłuchiwać.

— Co się dzieje z tą starą Gerlundą, leży naga w szopie, może raczysz się nią zająć, synu.

Farin usiadł. Na dworze wciąż jeszcze było ciemno.

— Gerlunda! No właśnie, całkiem wczoraj zapomniałem, jak ma na imię! Ciekawe, dlaczego?

— Boś głupi! — wyjaśnił mu ojciec.

No tak!

Chwilę później stał już w samej koszuli przed trupem w szopie. Leżała tak, jak ją zostawił, sukienka wciąż wisiała na belce. W świetle słonecznym Farin nie mógł się nadziwić swoim wczorajszym obawom. A może to wszystko mu się tylko śniło? Mimowolnie złapał się za pierś i przekonał, że jednak nie. Na szyi, na konopnym sznurze, dyndał amulet.

Jak taki dziwny klejnot znalazł się na piersiach Gerlundy i o co w tym wszystkim chodziło?

Zezował na trupa z mieszaniną nieufności i zadziwienia. Wiedźma Gerlunda — tak ją nazywała cała wioska. Porwał szatę starej, pobiegł z powrotem do domu, z podłogi podniósł spodnie i ruszył w kierunku strumienia. Starannie wyprał oba łachy, potem dokładnie się umył. Palcem wskazującym wyszorował zęby i wypłukał usta. Brud spomiędzy zębów usunął jednym z naostrzonych patyków, które trzymał tutaj w tym celu. Dzięki temu jego uśmiech lśnił zdrową bielą. Nauczył się tego od mamy, a ojciec tylko się śmiał. Farin przyjrzał się zwichrzonym włosom w odbiciu w wodzie. Takimi je właśnie lubił, grzebienia miał zamiar użyć dopiero po swojej śmierci.

Kiedy wrócił do domu, tatuś stał już przy nieboszczce z rękami na biodrach.

— Gdzie cię nosi? — warknął. Potem wskazał na Gerlundę. — Policzymy za miskę, grzebień, nici i szminkę. Jasne?

— A co z wodą do mycia?

— Nie bądź chciwy, mój chłopcze. Wodę damy w promocji. — Zaśmiał się dysząc.

Farin niewiele rozumiał z takiego gospodarowania. Wszystkie przedmioty, których użył był do mycia Gerlundy, uznawano od tej chwili za nieczyste i nie wolno ich było ponownie użyć — zwłaszcza miski. Tradycja nakazywała rozbić ją zgodnie z prastarą procedurą, więc żałobnicy musieli za nią zapłacić. Marszcząc czoło, Farin przyglądał się naczyniu. Było z pewnością czarodziejskie, bo ojciec rozbił je był i wliczył do rachunku już co najmniej ze trzydzieści razy. Tak samo było z grzebieniem.

— Pogrzeb jest już po południu, więc się pospiesz.

— A właściwie co się stało? — zapytał Farin.

Ojciec spojrzał na niego krzywo, nie cierpiał pytań. A już zwłaszcza takich. Mruknął: — Kapłan znalazł ją rano martwą w jej chacie. Opowiedział mi o tym wczoraj po południu w „Ciepłym Browarku”. A potem przysłał ją tutaj przez sołtysa.

„Pod Ciepłym Browarkiem” — tak nazywała się wiejska karczma stojąca naprzeciw kościoła; nazwa równie powabna, co pociągająca. Gospodarz pewnie nie straciłby ani jednego ze stałych bywalców, nawet gdyby nazwał szynk „Pod Wylewną Szczyną” — bo był to jedyny tego rodzaju przybytek w okolicy.

— Jak zmarła?

Ojciec skrzywił się. Koniec języka wysuwał się spomiędzy brakujących siekaczy jak u węża. — Jak zmarła, jak zmarła? — przedrzeźniał chłopaka. Tego pytania nie cierpiał szczególnie — a mimo to Farin wciąż je zadawał.

— Serce jej stanęło, to chyba proste, mój synu.

— Ach, tak! — Farin wiedział, że ojciec wiedział znacznie więcej oraz że wiedział, że Farin to wie. Jednak tatusia wcale to nie obchodziło. „Martwy jest martwy”, mawiał, i — podobnie jak w przypadku niemal wszystkich jego życiowych mądrości, trudno było mu odmówić racji. „Zbyt wiele pytań szkodzi interesom.” Tak więc dla niego wszyscy ludzie umierali po prostu na serce. I koniec! I chociaż Farin, przynajmniej ostatnio, lubił szukać absurdów w myśleniu ojca, a przynajmniej w tym jednym jego twierdzeniu, musiał przyznać, że niosło w sobie pewne ziarenko prawdy. Przecież każde serce kiedyś się zatrzymywało. Czy to serce staruszki, która wreszcie ugięła się pod brzemieniem czasu, czy wojownika, przebite wrażym mieczem, czy wreszcie chłopca, który złamał sobie kark, spadłszy z drzewa.

— Idę kopać grób, ty dokończ robotę z tą starą. I pamiętaj: martwi są martwi. Zadawanie pytań szkodzi interesom.

— Ach, tak!

Ojciec spojrzał na niego spode łba. Może dlatego, że w sumie nie był już w stanie utrzymać go prosto.

— I przestań ciągle powtarzać „ach, tak”. To brzmi, jakbyś mówił: „Właśnie, że nie”.

Farin nie odpowiedział. Ojciec chwycił motykę i łopatę, a potem ruszył w kierunku cmentarza. Przynajmniej tyle, w końcu bywały też takie dni, gdy wielkodusznie pozwalał synowi wykonać i tę pracę.

Farin wiedział, że nie zobaczy ojca do wczesnego wieczora. Po wykopaniu grobu, tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i w ogóle jak co dzień, pójdzie do karczmy przy kościele zalać robaka. O tej porze pił wyłącznie z karczmarzem, bo inni goście zjawiali się znacznie później. Ojcu to nie przeszkadzało — i tak musiał siedzieć przy osobnym stole w rogu, daleko od porządnych obywateli, którzy nie chcieli mieć nic wspólnego z grabarzem. Póki zaś nie było nikogo, nie miał się kto od ojca odsuwać.

Farin patrzył za oddalającym się rodzicielem.

Ziewnął. Po robocie spróbuje się wyspać.

Wieś

Około południa Farina obudziły uderzenia kopyt o ziemię. Szybko wcisnął się we wciąż jeszcze wilgotne spodnie i wyszedł przed chatę. Na środku podwórza, na koźle swej furmanki, siedział sołtys.

— Chłopcze, do roboty, załaduj mi tu tę starą! — rozbrzmiało powitanie.

— I wam dobrego dnia! — Farin spoglądał na Bujaka przyjaźnie.

Ten bynajmniej się nie uśmiechał.

— Bez gadania! Ruchy!

— Zaczekajcie, już ją przynoszę.

— Z życiem!

Nikt nie wiedział, czemu sołtysowi zawsze się spieszy. Miał na imię Bujak, ale z nieznanych powodów Farin nigdy go tak nie nazywał.

Wzruszył ramionami i poszedł do szopy. Ostatni raz, delikatnie poprawił lnianą sukienkę na Gerlundzie i przyjrzał się swemu dziełu. Z zadowoleniem stwierdził, że ogólnie rzecz biorąc, przysposobił ją całkiem nieźle. Wprawnym ruchem podniósł nieboszczkę pod ramiona i zaniósł do wozu. Miał już osiemnaście lat i był mocno zbudowany, a na dodatek był przyzwyczajony do noszenia nawet znacznie cięższych ciał. Poza tym często kopał groby, więc mięśnie ramion i pleców miał rozwinięte i twarde. Ostrożnie położył Gerlundę na kałamaszce.

Sołtys rzucił szybkie spojrzenie na nieboszczkę i uśmiechnął się smutno. — Starucha nigdy jeszcze nie wyglądała tak dobrze. — Mlasnął językiem i lekko uderzył lejcami. Koń ruszył, pojazd zatoczył koło na podwórzu.

— Kiedy pogrzeb?

— Gdy zabrzmi dzwon, chłopcze.

Miał na imię Farin, ale z nieznanych powodów Bujak nigdy go tak nie nazywał.

Stukając i hurkocząc, koń, powóz, Bujak i Gerlunda opuścili podwórze.

Farin spostrzegł nagle, że zapomniał przykryć zmarłą całunem. Z uwagą przyjrzał się chmurom na niebie. Jeśli nie zacznie padać, nic się nie stanie.

Wczesnym wieczorem ojciec wrócił do domu z pustymi rękami, ale za to na pełnej bani. Jak zwykle wrzeszczał, chwiejąc się i chwiał się, wrzeszcząc bez sensu i bez celu; bez przyjemności ugryzł kawałek twardego chleba, a potem uspokojony opadł na siennik. Zgodnie ze starym zwyczajem motykę i łopatę zostawił był w karczmie. Kiedy obudzi się rano bladym świtem i stwierdzi brak najważniejszych narzędzi, wściekły zrzuci całą winę na syna-nieudacznika. Ponieważ zaś Farin nie znał żadnego nieudacznika, którego z kolei on mógłby obwinić, postanowił pobiec do wioski.

Niebo było zasnute szarymi chmurami, siąpił deszcz. Chłopak naciągnął głębiej kaptur peleryny. Jak dotąd dzwon w kościele uparcie milczał, jednak jeśli pogrzeb miałby się odbyć jeszcze dziś, powinien zacząć się niedługo. Szybkiemu piechurowi droga do wsi zajmowała jakieś trzy kwadranse, Farin potrzebował dwóch. W dali, ponad wierzchołkami drzew, wznosiła się kościelna wieża z czerwonej cegły — dosłownie szczytowe osiągnięcie i duma tej niewielkiej miejscowości. Boso przedzierał się przez błotniste ulice. Zima zbliżała się nieubłaganie, potrzebował pilnie nowych butów. Wystarczyłyby drewniane chodaki od wiejskiego stolarza. To był zawód, którego chętnie by się wyuczył. Uwielbiał zapach świeżego drewna i trocin, uwielbiał wszystkie narzędzia, tokarki i strugnicę. Kiedy był młodszy, wiele czasu spędzał w warsztacie, pomagając stolarzowi. Dopóki ojciec się nie dowiedział.

Po obu stronach drogi zaczęły pojawiać się pierwsze chaty rodzinnej wioski Farina, Zgniłych Dołów. Zaraz na skraju lasu, gdzieś w drugim rzędzie zabudowy, mieszkała Gerlunda. We wsi prawie nikt jej nie lubił, wszyscy schodzili jej z drogi.

„Zupełnie jak z grabarzami”, pomyślał Farin.

Trudno się dziwić, przecież stale przypominali ludziom o tym, co nieuniknione, nieproszone, nieubłagane. A on był synem grabarza i dziedzicem tej spuścizny. Jednak bez względu na to, ile wzgardy i niechęci okazywaliby mu sąsiedzi — niczego to nie zmieniało: śmierć była miotłą Pana Boga. A Farin lubił porządek.

Już z daleka posłyszał odgłos wyblakłego, drewnianego, huśtającego się bez umiaru na wietrze szyldu z wizerunkiem kufla z ciepłym piwem. Wisiał na dwóch zardzewiałych łańcuchach przybitych do ściany dwoma zardzewiałymi gwoździami, zapraszając do karczmy rdzawym dźwiękiem. Sprytnie to sobie oberżysta wymyślił.

Wreszcie Farin zobaczył cel swojej wyprawy. Prosty, szachulcowy budynek, u dołu szynk, na górze cztery pokoje gościnne. W przybudówce z tyłu mieszkał gospodarz z żoną i dwoma synami.

Farin za dnia niechętnie mieszał się między ludzi. Jednak teraz przemógł się, stanął na szerokim progu i z pełną determinacji miną szerokim gestem otworzył drzwi. Klamka wyślizgnęła się z mokrej od deszczu dłoni, skrzydło uderzyło z trzaskiem o ścianę, a potem całą wieczność trzęsło się hałaśliwie. Co za wejście! Wszyscy goście spojrzeli na niego. Farin uśmiechnął się przepraszająco. Nikt nie uśmiechnął się w odpowiedzi. Siedział tam może z tuzin mężczyzn, wśród nich sołtys Bujak, który, znudzony, odwrócił się z powrotem; również pozostali ani na moment nie zmienili wyrazu twarzy, gdy rozpoznali, kto zacz. Szkoda zachodu. Jeden po drugim wrócili do swoich kufli i fajek.

— To tylko syn grabarza — mruknął oberżysta.

— Przecież widzę, Jureczku — odpowiedział mężczyzna o szczurowatej twarzy, którego imienia Farin nie pamiętał.

Każdy we wsi miał jakieś imię — może z kilkoma wyjątkami. Jednym z tych wyjątków był ojciec — nazywano go po prostu grabarzem. To jasne, że Farin był synem grabarza.

Poczuł zapach alkoholu, potu i fajczanego dymu. Każdy tutaj pociągał własną, inną niż wszystkie, fajkę, dymiącą, długą, krótką, wąską, bulwiastą, wysoką albo płaską lulkę, o której zaletach można było dyskutować, spierać się i fantazjować. To było całą treścią życia tutejszych kmiotków. Na stole leżały najróżniejsze cybuchy, ustniki, wyciory i kapturki.

— Muszę jeszcze opalić tę moją nową luleczkę, na razie napełniam ją tylko do jednej trzeciej — oświadczył Szczurowaty, znacząco podnosząc nowiuśkiego buldoga.

Pozostali pokiwali głowami ze zrozumieniem i szacunkiem dla takiego znawstwa. Potem połowa z płomiennym żarem zabrała się do napełniania cybuchów, podczas gdy druga połowa czyściła swoje z gorącą zapalczywością.

Farin zupełnie nie palił się do tego rytuału, ale głośno nigdy by się do tego nie przyznał. Zresztą i tak nikt nie życzył sobie jego towarzystwa. W lokalnej kolejności dziobania zajmował miejsce gdzieś między ulicznymi kundlami a kozłami i baranami. Rakarze, dziwki, kaci i grabarze mieli swoje miejsce w kącie po lewej od drzwi wejściowych. Dostawali piwo w specjalnych kuflach, przy specjalnym stole. I właśnie przy tym stole Farin znalazł motykę i łopatę — na ojcu można było polegać.

Chwycił narzędzia i wyszedł na środek izby.

— Sołtysie, powiedzcie, proszę, kiedy będzie pogrzeb?

Mężczyźni nie lubili, gdy przerywano im palenie fajek, a już szczególnie, gdy czynił to syn grabarza.

— Co nas tak poganiasz, pewnie twój ojciec już się oblizuje na samą myśl.

— Nie rozumiem, co macie na myśli?

— Nie możecie się już doczekać zapłaty, dzieciaku — chrząknął Bujak. Pociągnął palcami za koniec rzadkiego wąsa. — Poza tym leje — czy ktoś ma w taką pogodę ochotę oddać ostatnią posługę naszej starej wiedźmie?

Przez całą izbę przetoczył się pomruk oburzenia, zwłaszcza że przecież deszcz był naturalnym wrogiem tytoniowego żaru.

— Znikaj, chłopcze. Nie widzisz, że właśnie zapaliłem fajeczkę?

W Zgniłych Dołach był to uświęcony rytuał: po nabiciu i zapaleniu fajki każdy miał prawo do świętego spokoju. W końcu panowie pragnęli w pełni oddać się tradycyjnej tu przyjemności puszczania dymka w dobrym towarzystwie.

Farin stał niczym błazen, z motyką w lewej i łopatą w prawej ręce, na samym środku wiejskiej karczmy, zastanawiając się, co dalej czynić albo powiedzieć. Właściwie chciał po prostu oddać amulet rodzinie zmarłej Gerlundy. Mężczyźni znów poświęcili całą uwagę fajkom, najwyraźniej gotowi ignorować go nie tylko w tej chwili, ale w ogóle do końca świata. Z gulą w gardle Farin zastanawiał się, czy nie powinien pozbyć się medalionu, bezceremonialnie wręczając go sołtysowi.

Postanowił podjąć ostatnią próbę: — Czy… czy… — jakże ona miała na imię? — ta wiedźma miała jakichś krewnych?

Gdyby był kuglarzem, za śmiech wywołany tym pytaniem Farin mógłby zebrać do kapelusza pokaźną sumkę.

Ktoś prychnął głośno: — Też coś! Gerlunda i krewni. Słyszałby kto.

Gdy wszyscy się już uspokoili, Bujak mruknął: — Stara nie miała żadnych żyjących krewnych. Nikt nawet jej nie odwiedził przez kilkadziesiąt lat. A teraz zmiataj, chłopcze.

Czegóż innego Farin się spodziewał? Odwrócił się powoli i wyszedł z karczmy. Ledwie znalazł się na dworze, zza rogu wyłonił się jeden z synów oberżysty. Chudzielec nazywał się Blossak.

— Ej, Farin! Wszystko słyszałem. To prawda, że szykowałeś wiedźmę do grobu?

Znali się od niepamiętnych czasów. Dawniej byli nawet przyjaciółmi, ale w ostatnich latach ledwie się widywali. Syn oberżysty także unikał syna grabarza.

— Cześć, Bloss. Zgadza się. I była całkiem nieżywa.

Najwyraźniej Blossak właśnie to chciał usłyszeć, bo w tej chwili jego twarz przybrała łobuzerski wyraz. Farin dobrze znał tę minę — najczęściej zwiastowała jakiś absurdalny pomysł, którego realizacja oznaczała duże kłopoty.

— Ludzie opowiadają o niej zupełnie niestworzone historie. Niektórzy twierdzą, że była opętana przez złe duchy — szeptał, jakby się bał, że go usłyszą.

— Jeśli to prawda, to teraz one też już nie żyją. Nie dociera do mnie zbyt wiele z tego, co ludzie mówią.

— To dlatego, że twoi klienci nie są zbyt rozmowni.

— Prawda — zgodził się Farin. Przyzwyczaił się już, że ludzi nazywali zmarłych jego klientami.

— Lata temu jakiś wędrowny kupiec opowiadał mojemu ojcu przy piwie, że Gerlunda była ponoć kiedyś pokojówką na królewskim dworze.

— Po którym piwie? — Farin wyobrażał sobie pokojówki jako śliczne, delikatne stworzenia — i nie wyobrażał sobie, aby ich wiejska wiedźma kiedykolwiek mogła być śliczna albo delikatna.

Blossak przyłożył dłoń do ust i szepnął: — Chodź, zobaczymy jej dom.

— Że co? Niby po co?

Syn oberżysty jeszcze bardziej ściszył głos: — Tylko nie mów nikomu. Gerlunda podobno warzyła jakieś mikstury — nawet eliksiry miłosne, dzięki którym omamisz każdą dziewkę…

Farin patrzył na niego szeroko otwartymi oczami: — Naprawdę? Niby jak?

— Chodźmy, znajdziemy te eliksiry i je wypróbujemy — Blossak mrugnął porozumiewawczo.

— Hmm, no nie wiem. — Farin zagryzł wargi.

— No chodź! Wielkie mi mecyje, stara przecież i tak już nie żyje.

— Ale czy to nie będzie kradzież?

— Przecież słyszałeś, co powiedział mój stary i całe towarzystwo. Rodziny nie miała. Nikt nawet nie zauważy, że coś zabraliśmy, a tak — wszystko się zepsuje. Szkoda by było… — znowu mrugnął. Jego głos brzmiał teraz złowrogo i lubieżnie: — Wyobraź sobie, wlewasz kilka kropel takiego eliksiru do kubka i kobiety rzucają się na ciebie jak szalone.

Farin mimowolnie pomyślał o Aniecie, córce kowala. Wspaniała dziewczyna. Bawili się razem jeszcze jako małe dzieci. Trudno zliczyć, ile razy, dosłownie w ostatniej chwili, swoim mieczem o dźwięcznym imieniu „Wicher” ratował ją ze szponów straszliwego smoka albo innego, jeszcze bardziej straszliwego nikczemnika. Tęsknie wspominał te czasy, gdy obiekcje rodziców nie miały jeszcze wstępu do świata dzieci. Wtedy był ulubionym rycerzem i ulubionym wybawcą Aniety. Ot, dwójka dzieci z bujną wyobraźnią. Wystarczyła sękata gałąź z poprzecznym kijkiem przywiązanym sznurkiem dla osłony rękojeści. Więcej magii nie było potrzeba, żeby powstał miecz. „Wicher” chyba wciąż jeszcze leżał gdzieś za wychodkiem. Farin tęsknie przymknął oczy. Kochał się w tej dziewczynie od tylu lat i jeszcze nikomu się do tego nie przyznał. A już na pewno nie samej Aniecie. Kilka miesięcy temu, w Noc Kupały, nie mógł oderwać od niej wzroku, jak kręciła się w tańcu, a w raz z nią spódniczka, zakręcone włosy, jej uśmiech. Ona zaś przez całe święto prawie go nie zauważała, przecież był tylko synem grabarza. Wreszcie zebrał w sobie całą odwagę i podszedł, żeby poprosić ją do tańca; jednak wzrok jej ojca przeszył go jak włócznia. Wtedy Farin zmienił decyzję. A może po prostu się wystraszył?

— Co z tobą, Farin? Nie pękaj! — Blossak szturchnął go po przyjacielsku w ramię. Od lat nikt we wsi nawet nie dotknął Farina — dotykanie grabarza albo kata przynosiło pecha. Chcąc nie chcąc Farin był mu wdzięczny za ten gest, chociaż wiedział, że chodziło tylko o to, żeby go przekonać.

Zastanowił się przez chwilę. Nawet gdyby ten obłęd z eliksirem miłości miał się okazać prawdą, Farin w żadnym wypadku nie chciał zaspokajać swych niespełnionych pragnień tego rodzaju oszustwem. — To nie dla mnie.

— Nie słyszałeś, co mówię? Nie ty miałbyś to wypić — Blossak znowu mrugnął, najwyraźniej myślał już wyłącznie o tym, co miał w spodniach.

— Po prostu chodź ze mną.

Farin odetchnął głęboko. — Teraz, już?

Blossak prychnął.

— Pewnie, że teraz, póki pada i nikt nie ma ochoty na pogrzeb.

Farin podjął ostatnią próbę perswazji: — Czy my nie jesteśmy już za starzy na takie rzeczy?

— Za starzy na bzykanko? Ja na pewno nie. Dawaj, idziemy.

Czy to była ciekawość, nuda czy głupota? A może po prostu Farin ucieszył się, że ktoś rozmawia z nim tak familiarnie? Dość, że już w chwilę później usłyszał, jak z jego własnych ust padają dwa złowróżbne słowa: — No dobra!

Wszystkie trzy największe katastrofy jego młodości zaczynały się od tych właśnie słów: próba odwagi, polegająca na przebiegnięciu między obracającymi się ramionami wiatraka, plan wywabienia leśnego ducha z gęstego boru przy pomocy żywego prosiaka w celu zamknięcia tegoż ducha w klatce na kury i wreszcie podglądanie wiejskich dziewcząt podczas ich kąpieli w jeziorze.

Najwyższy czas postawić krzyżyk na wszystkich przygodach zaczynających się od „No, dobra!” — w końcu miał już osiemnaście lat, był dorosły, rozsądny i opanowany. No dobra, ale teraz to już będzie naprawdę ostatni raz.

I tak oto dwaj młodzi mężczyźni ruszyli w drogę. Na niewielkim skrzyżowaniu skręcili w wąską ścieżkę w kierunku lasu i już wkrótce stanęli przed ogrodem Gerlundy, otoczonym gęstymi krzewami i płotem z przegniłych sztachet. Wysokie krzaki zasłaniały większą część chaty, do wnętrza prowadziła jedynie wąska, ledwie widoczna ścieżynka, otoczona szpalerem jeżyn.

Farin zagryzł wargi. Dawniej bał się nawet zbliżyć do tego miejsca w obawie, że stara wyskoczy, klnąc wściekle i szermując miotłą.

Deszcz się wzmagał; pewnie dlatego nie spotkali nikogo po drodze. Tak jak we wsi od niepamiętnych czasów stał kościół, tak i tu stara wiedźma od zarania dziejów mieszkała w chylącej się od wiatru chałupie za żywopłotem. Farin sceptycznie przyglądał się wąskiemu przejściu między krzewami. I z co najmniej równym powątpiewaniem zezował na syna oberżysty w cichej nadziei, że tamten jednak zmieni zdanie.

Blossak dostrzegł to spojrzenie.

— Tylko się teraz nie spietraj. Po co ci ta głupia motyka i łopata? Odłóż je gdzieś.

— Ee, wolę mieć je przy sobie. To nasze najważniejsze narzędzia.

Blossak mruknął: — Jak tam sobie chcesz. — Udało mu się wejść na podwórze Gerlundy naprawdę dziarskim krokiem, chociaż jego mina wyrażała zupełnie coś innego.

— Chodź! — syknął.

Szybkie spojrzenie w tył — ni ducha. Farin pochylił się i także prześliznął między krzewami. Ścieżka prowadziła przez zdziczały ziołowy ogród.

Blossak z niezbyt mądrą miną spoglądał to w prawo, to w lewo.

— Same brzydkie kwiaty! Po co to hodować?

— Nie mam pojęcia. — Farin wziął głęboki oddech; co za przyjemne uczucie, od razu zrobiło mu się raźniej. A poza tym pachniało tu o wiele lepiej niż w domu. Przyglądał się tym „brzydkim kwiatom” — Blossak był naprawdę głupi — bo deszcz wzmagał jeszcze zapach szałwii, tymianku, marzanki, bazylii, rozmarynu, kopru i szczypioru.

Na długo przed narodzinami Farina szare wejście do domu ktoś pomalował na zielono; świadczyły o tym resztki farby w szczelinach. Na drzwiach nie było ani klamki, ani zasuwy. W Zgniłych Dołach nikt nie zamykał domostwa, nawet nie tyle w zaufaniu do sąsiadów, ile dlatego, że ludzie nie mieli nic, co warto byłoby ukraść.

„Po co oni tu właściwie przyszli? Ach, no tak, żeby ukraść jakiś eliksir — co za idiotyzm.” Blossak otworzył drzwi i wszedł do środka. Musiał być naprawdę w wielkiej potrzebie, inaczej trudno było wyjaśnić sobie tę nową determinację. Dawniej zawsze wysyłał Farina przodem. Po cichu, jakby bojąc się, że kogoś obudzi, także i syn grabarza wśliznął się do chaty. Motykę i łopatę ustawił za drzwiami, a potem rozejrzał się. Na chwilę zupełnie zabrakło mu tchu. W środku była tylko jedna izba, a mimo to potrzebował całej wieczności, żeby zrozumieć, co ukazało się jego oczom. Spod sufitu zwisały setki główek czosnku, jakichś gałęzi i skór. Już sam ten widok wystarczał, żeby natychmiast wziąć nogi za pas, a jednak Blossak i Farin mężnie stali dalej. Na glinianej podłodze leżały porozbijane naczynia, jakieś łachy, skrzynie, rośliny, potłuczone szkło, porozrywane księgi i… kawałki mięsa — Farin mógł tylko mieć nadzieję, że zwierzęcego. Ściany ktoś pomazał krwawymi znakami krzyża, na półce stały niewielkie garnki z jakimiś proszkami, ampułki i fiolki pełne różnokolorowych płynów. Pod nimi tłoczyły się słoiki wypełnione pająkami, robakami i chrząszczami, w większości martwymi, ale niektóre zdawały się jeszcze wierzgać nogami — a może były to zgoła jakieś inne części ciała.

Powietrze było tak ciężkie, że można by siekierę powiesić. Farin z pewnością był bardziej przyzwyczajony do różnych zapachów; Blossak zatkał sobie nos i oddychał przez zupełnie pobladłe usta.

— Do świętej Anielki! Co za huragan tu przeszedł?

Farin aż podskoczył ze strachu, po chwili jednak uświadomił sobie, że to głos Blossaka. Myśli kołatały mu się po głowie. Ktoś tu był i wszystko dokładnie przeszukał. Ale po co? Teraz wszystko stało się klarowne jak łza: jej miano, wiedźma Gerlunda, nie wzięło się znikąd — była nawet czymś więcej niż wiedźmą, była członkiem gildii czarnych albo czerwonych czarownic. Ojciec mówił, że kapłan znalazł ją martwą w chacie. Co mógł sobie pomyśleć?

Farin ostrożnie stawiał nogę za nogą, jakby bał się, że wejdzie nieobutą stopą w szkło, które głośno szczękało pod skórzanymi butami Blossaka, lustrującego stojące na półce proszki. Drobno mielone, grubo mielone, do wyboru, do koloru.

— Ile tego jest? — spytał Blossak rozczarowany. — Skąd mam wiedzieć, który to eliksir ciupciania?

— Tylko nie myśl, że któryś za ciebie wypróbuję — rozwiał wątpliwości Farin. — Poza tym ja jestem wystarczająco namiętny i bez jakichś dziwnych napojów.

Blossak uśmiechnął się krzywo.

— Nie, no ciebie nie zamierzam zaciągać do łóżka.

Syn grabarza wskazał niskie drzwi po drugiej stronie chaty.

— Znikamy stąd, najlepiej od razu.

Schylił się nisko i wyszedł. Stał teraz w kolejnym zielnym ogrodzie na samym skraju lasu. Również Blossak wypełzł na zewnątrz. Przestało padać, grządki błyszczały w ostatnich promieniach słońca. W zacienionych kątach rosły różne grzyby, nic dziwnego przy takiej jesiennej wilgoci.

— Te czerwone z białymi kropkami znam. To muchomory — powiedział Blossak pełen dumy. — Trujące. Ale reszta chyba jadalna.

Farin zmrużył oczy. Rozpoznał lejówki, hełmówki, muchomory zielonawe, sromotnikowe i krasnoborowiki. Same trujaki, dla człowieka — śmiertelne. Mama opowiadała mu mnóstwo o roślinach i zwierzętach — tak mimochodem, bez bicia. Żądny wiedzy spijał każde słowo z jej ust.

Teraz z uwagą przyglądał się hodowli Gerlundy. „Jak do diabła — siłą woli zdusił chęć przeżegnania się — ta jędza tak się urządziła? Kolejny dowód na jej czarnoksięski proceder: wiadomo, że tylko całkowicie zaprzysięgłe złu kobiety zajmowały się taką hodowlą.” Oszołomiony wbił wzrok w czarną ziemię.

— Uciekajmy, najlepiej przez las, żeby nikt nas nie widział — zaproponował i odwrócił się. Już zrobił pierwszy krok, gdy jego wzrok przykuły gwiaździste liście rośliny o zwiędłych, pożółkłych kwiatach. Zatrzymał się jak skamieniały. Uspokoiło go, że wreszcie tak porządnie się przestraszył.

Blossak podążył za jego wzrokiem.

— Co się tak gapisz na to zielsko?

— To jest… to jest mandragora.

Twarz syna oberżysty stała się tak biała jak twarz Gerlundy dzisiejszego poranka.

— Cooo? Jesteś pewien?

— Oczywiście! Z mandragory się nie żartuje.

Jak jeden mąż powiedli wzrokiem w górę. Od dachu do miejsca, gdzie rosło ziele, ciągnęła się długa, drewniana belka.

— Ta wiedźma… musiała tu kogoś powiesić — jęknął Blossak. — Nie da się tego inaczej wyjaśnić. Dyndał na tej szubienicy, aż się posikał w chwili śmierci.

Farin przytaknął przerażony. Nawet dzieci wiedziały, że mandragora rośnie wyłącznie w miejscu zmoczonym przez wisielca. Stało się jasne, że Gerlunda była nie tylko czarownicą, ale prawdopodobnie także morderczynią.

Młodzi mężczyźni przyglądali się niezwykłej roślinie z mieszaniną fascynacji i obrzydzenia, trzęsły im się ręce. Ktokolwiek odważył się wyrwać mandragorę gołymi rękami, musiał umrzeć. Nie byłby w stanie obronić się przed przeraźliwym wyciem i jękami rośliny, które przez uszy wpadłyby prosto do mózgu, niszcząc wszystko na swojej drodze.

— To cholerstwo jest warte mnóstwo pieniędzy — szepnął Blossak.

— Ale w takim razie dlaczego człowiek, który przeszukał cały dom, nie zabrał go ze sobą?

— Prawdopodobnie nie zdążył — przecież wiesz, jak trudno wyrywa się mandragorę. Może niedługo po nią wróci.

Oczywiście Farin znał wszystkie opowieści o tej najbardziej czarodziejskiej z magicznych roślin. Żeby ją wyrwać, trzeba było wpierw zatkać sobie uszy woskiem lub smołą, a potem wybrać odpowiedni moment — albo niedzielę po zmroku, albo piątek przed świtem. W niedzielę potrzebny był zupełnie czarny, a w piątek nieskazitelnie biały pies. Mandragorę należało przywiązać sznurem do psiego ogona, a potem pognać zwierzę precz — tak, aby wyrwało roślinę z korzeniami. Było ono przy tym skazane na śmierć w męczarniach od wrzasku, który dawał się wtedy słyszeć.

Tego było już za wiele dla Blossaka.

— Znikamy stąd. Muszę… muszę znaleźć inny sposób, żeby się dobrać do Aniety.

Farin poczuł zimny dreszcz na całym ciele, bynajmniej nie przez deszcz, nie przez trujące grzyby, nie przez wygląd chaty ani mandragorę. Czy aby się nie przesłyszał? Czy Blossak naprawdę powiedział „do Aniety”? Akurat właśnie do niej? Niezdolny, by cokolwiek odpowiedzieć, poczuł, jak po głowie zaczynają mu krążyć złowrogie myśli.

— Co z tobą? Musimy uciekać. — Blossak dobiegł już do pozostałości płotu i zniknął w lesie.

Farin powoli odzyskał siły. Zgrzytając zębami, podążył za synem oberżysty.

Rozsądek

— Wstawaj, wałkoniu! — obudził go kochany głos ojca. — Gdzie posiałeś motykę i łopatę? Cholerny głupiec!

Zobaczył nad sobą jego jakże ujmującą twarz — pomarszczoną, poprzecinaną siwą szczeciną zarostu, z zaczerwienionym nosem i zamglonym wzrokiem. Zalatywał też znajomo — ciepłym piwem i potem.

Do „wałkonia” Farin dawno już się przyzwyczaił, tym wyzwiskiem ojciec budził go codziennie. Ale co tatuś miał na myśli, mówiąc o motyce i łopacie?

Farin zerwał się z siennika. Z resztek snu wyrwała go przerażająca świadomość: oba narzędzia zostały za drzwiami w chacie Gerlundy! Zapomniał o nich przez te wszystkie krwawe krzyże, trujące grzyby, mandragorę i adoratora Aniety!

„Co za głupiec z ciebie!”

— Zostały w oberży? Miałeś je przynieść. Wydawało mi się, że po to poszedłeś do wsi? Odliczę ci je od wypłaty! — marudził ojciec.

„Ach tak!”

Odliczenie od wypłaty, tego jeszcze nie było, zwłaszcza że nigdy żadnej wypłaty nie dostał. Nie wspominając już o tym, kto pierwszy zapomniał zabrać narzędzia do domu.

Ojciec wziął się za golenie brody kuchennym nożem. Nie wiadomo, po co, i tak zawsze wyglądał na nieogolonego.

— Może powinniśmy chociaż łopatę zostawiać na cmentarzu? Przynajmniej zawsze będzie tam, gdzie jest potrzebna.

— Zwariowałeś? Przecież ktoś ją zaraz ukradnie, tyle jest nikczemności na tym świecie! Kowalowi musiałem za nią zapłacić całe dziesięć miedziaków.

„Czyli tyle, ile w oberży przepijasz w dwa dni”, pomyślał Farin.

— Pójdę po nie.

Aż wzdrygnął się na myśl, że będzie musiał znowu wejść do domu czarownicy, ale samo wyobrażenie, że ktoś znajdzie tam jego motykę i łopatę przyprawiło go o mdłości. Nie mógł liczyć na choćby odrobinę zrozumienia dla takiego występku, pewnie jeszcze oskarżyliby go o kradzież.

Na pewno też nie doczekałby się pomocy od tego tchórza Blossaka. Ten raczej przysięgałby, że nigdy nawet się nie zbliżył do starej chaty. Farin aż zagotował się z gniewu, gdy przypomniał sobie uwagę na temat Aniety.

Z bijącym sercem pobiegł w kierunku wsi, po czym skręcił na dróżkę prowadzącą do domostwa Gerlundy. Minął idącą z naprzeciwka grubą młynarkę z ręcznym wózkiem — zaskoczona odprowadziła go wzrokiem. Ciemne myśli pobudzały go do jeszcze szybszego biegu.

Nagle potknął się o coś, czego przedtem zupełnie nie zauważył. Runął na ziemię, w ostatniej chwili osłaniając rękami twarz, którą niechybnie wyrżnąłby z całym impetem. Dłonie piekły go jak ogień, bo na drodze pełno było drobnego żwiru.

Nad głową usłyszał śmiech.

— Ej, ścierwokopie! Gdzie się szlajasz, nie powinieneś być na cmentarzu?

Farin natychmiast poznał ten głos. Torf, syn sołtysa, i jego trzej kumple najwyraźniej się nudzili. Zaraz, jak oni się nazywali? Kiep, Cep i Tłuk — albo jakoś tak. Wszyscy byli od niego starsi o jakieś dwa albo trzy lata i wszyscy znani jako zakapiory spod ciemnej gwiazdy. Stali na skraju drogi, a Farin w pośpiechu zupełnie ich przeoczył. Korzystając z okazji, jeden z nich, pewnie ten długi i chudy jak tyczka, wysunął nogę. Cała czwórka wciąż kręciła się po okolicy w poszukiwaniu zwady.

Farin podniósł się, z trudem wycierając poobijane dłonie.

— Kopnął mnie w nogę. Tak po prostu — jęknął dryblas.

Cała czwórka roześmiała się. Utworzyli krąg wokół Farina.

— A czemuż to zrobiłeś krzywdę mojemu przyjacielowi? — oburzył się Torf, który był ich przywódcą. — Natychmiast przeproś Kaala. Ale już!

Ano tak — kiep miał na imię Kaal. Wysoki jak brzoza…

Farin wymamrotał niechętnie: — Hm, bardzo przepraszam. Gdybym zauważył twoją nogę, na pewno bym się o nią nie potknął. — Zagryzł wargi, przyglądając się krwi spływającej z kolana.

„Cholera, muszę się spieszyć.”

Tymczasem Torf obrócił się do towarzyszy:

— Jak dla mnie to poszło troszeczkę za szybko. I chyba nie było całkiem szczere. Jak sądzicie, panowie?

Cała trójka pokiwała smutno głowami.

— Tak, jakbyś to powiedział, tylko żeby powiedzieć. Tak flegelmatycznie.

— Flegmatycznie? — upewnił się Farin.

— Właśnie, durniu. Sam to powiedziałeś, to najlepszy dowód.

Znowu śmiech. Dopisywały im humory — jego kosztem. Ale nie zmieniało to faktu, że sytuacja była coraz groźniejsza. Co robić? Przecież mógł tak przepraszać cały dzień i nic by to nie dało. Uciekać? Dać się pobić? Nieciekawy dylemat. A on był mistrzem nieciekawych dylematów. Właściwie całe jego życie składało się z serii dylematów: paskudnych, trudnych albo brudnych. Może powinien sobie zmienić imię, na „Dylemacjusz”. Jeśli w ogóle zdarzało mu się mieć jakiś wybór, to był to wybór między klęską, nieszczęściem i katastrofą.

Ale jaki dylemat, Farinie? Rozwiązanie jest proste. Odwróć się i w nogi. Ukryjesz się gdzieś i zaczekasz, aż ci idioci sobie pójdą, a potem pójdziesz do domu Gerlundy.

Westchnął ciężko i postanowił tak właśnie zrobić — ale dopiero w przyszłym życiu, o ile oczywiście jakieś go jeszcze czekało.

Teraz zaś podjął rozpaczliwą próbę przemówienia napastnikom do rozsądku — metoda, która w Zgniłych Dołach ostatni raz zadziałała kilka wieków temu.

— Mam mało czasu, słyszeliście już na pewno, że stara Gerlunda zmarła. Twój ojciec przywiózł ją do mnie.

Niezły pomysł, wspomnienie sołtysa, który był ojcem Torfa, mogło wzbudzić w nich chociaż odrobinę szacunku.

— Słyszałem o tym, synu grabarza. I założę się, że skorzystałeś z okazji, żeby ją rozebrać i trochę się zabawić. Fajnie było? — zapytał Torf.

Jego trzej kumple zarechotali, klepiąc się po udach.

Tyle na temat rozsądku i szacunku. Ta tradycja w Zgniłych Dołach nigdy się nie zadomowiła.

Farin oddychał miarowo.

„Byle tylko nie dać się sprowokować. Jest ich czterech, bezwzględnych, zawziętych i doświadczonych w bójkach. Nie miałbym szansy nawet z jednym z nich.”

Farin wiedział już, co musi zrobić: rękę włożyć do kieszeni, tam zwinąć ją w kułak i powoli zacząć się wycofywać jak najdalej stąd. Plan miał jednak słabą stronę. W spodniach Farina nie było kieszeni. I gdzie miał podziać tę swoją pięść? Przyuważył miejsce, do którego bardzo dobrze pasowała. Zrobił krok w przód i grzmotnął Torfa w sam środek nosa. Zmieściła się jak ulał.

Torf tylko się otrząsnął, taka fanga to dla niego nie pierwszyzna. W mgnieniu oka cała czwórka rzuciła się na syna grabarza. Ich pięści dosięgały go wszędzie, któreś uderzenie zgruchotało nos, po wargach spływała strużka krwi. Upadł, słaba to pociecha, ale dzięki temu udało mu się uniknąć części ciosów. Cóż z tego, skoro teraz poczuł na sobie kopniaki. Skulił się, chroniąc podbrzusze, twarz osłonił rękami. Bolało go całe ciało. Kopali i kopali, był już cały posiniaczony, pogodził się nawet z myślą, że go tu zatłuką na śmierć.

Chwilę później odstąpili.

— Ma dość! — stwierdził Kaal z zadowoleniem.

— Wracaj do swojej nory. Jeszcze się spotkamy, synu grabarza — rzucił Torf na pożegnanie.

Farin został sam, jęcząc i stękając. Wsłuchał się w swoje ciało. Ile miał złamanych żeber? Gdzie najbardziej bolało? Co miał teraz zrobić? Może po prostu już nie wstawać i umrzeć. Ee, na umieranie to było za mało. Nawet tego nie umiał porządnie zrobić.

Nie od razu, ale w końcu udało mu się podźwignąć. Ledwie mógł chodzić, kolano bolało przy zginaniu, właściwie musiał ciągnąć nogę za sobą. Ostrożnie pomacał się po żebrach. Ale niby po co? Wszystko wydawało mu się bez sensu. Zatrzymał się i stał niemal wieczność, chłonął ból jak gąbka chłonie brudną wodę, a potem próbował wyrzucić go z siebie wraz z oddechem.

Sam nie wiedział, co pognało go dalej w kierunku chaty Gerlundy. Przyzwoitość? Przyzwyczajenie? Przystosowanie? Czy sens jego życia polegał na tym, aby przynieść łopatę i motykę z chaty baby jagi? Roześmiał się głośno. Najwyraźniej tak właśnie było. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy.

„Trzeba zabrać narzędzia, a potem wracać pędem do domu.”

Jęcząc, przecisnął się między krzewami jeżyn. Na miejscu wszystko wyglądało tak samo jak wczoraj, tylko drzwi były na wpół otwarte. Czyżby zapomnieli je zamknąć? Pokuśtykał do środka i zajrzał. Motyka i łopata, narzędzia grabarza i symbole jego losu, stały jak znudzone. Farin zamiast ulgi poczuł wściekłość — wściekłość na całą tę niesprawiedliwość i na to, że nie umiał nic z tym zrobić. Już kilka razy myślał, by opuścić wioskę na zawsze. Tylko co potem? Jak miałby zarabiać na życie? Jedyne, co potrafił, to kopanie grobów. Farin się nie łudził: ten zawód wszędzie spotykał się z drwinami i niechęcią. Jak długo miał jeszcze znosić te poniżenia?

Chata, która wczorajszego wieczora wzbudziła w nim takie przerażenie, teraz, w świetle dnia, wydawała się niemal normalna. Bez emocji przyjrzał się bałaganowi, krwawym krzyżom na ścianach i główkom czosnku na suficie. Wyglądało to, jakby stara najbardziej na świecie bała się wampirów. Jakby kompletnie jej odbiło. Farin nie wierzył w żadne wampiry. Ani, dajmy na to, w wilkołaki czy inne zmiennokształtne — wszystko to bzdury. Urojenia, wymysły, tworzone tylko po to, by pokazać, że istnieje coś gorszego, coś okrutniejszego i bardziej krwiożerczego niż sam człowiek.

Był tak wściekły, że całkiem zapomniał o bólu. Rozejrzał się. Jego wzrok zawisł na jednym z narożników, jak kiełbasa na haku. Poczuł, jakby za kark chwyciła go jakaś lodowata dłoń. Półka z ampułkami, fiolkami i słoikami była kompletnie pusta, słoiki z pająkami, robakami i chrabąszczami leżały porozbijane na ziemi. Ktoś był tu po ich wyjściu. I z pewnością dziwił się, skąd za drzwiami znalazły się motyka i łopata.

Pierwsza myśl: uciekać! Ale potem wściekłość wróciła ze zdwojoną siłą. Na co? Na kogo? Sam nie wiedział. Na Torfa, na samego siebie? I niby czego — i dlaczego — miałby się bać? Czy miał cokolwiek do stracenia?

Potrząsając głową, Farin wyszedł z chaty przez mniejsze drzwi. Jego spojrzenie padło na mandragorę, tę czarodziejską roślinę, której korzenie miały być tak magiczne, trujące i niebezpieczne. Jego oburzenie, jego irytacja sięgnęły zenitu.

W takim razie zobaczmy, ile jest prawdy w opowieściach o tym zielsku.

Przestały go obchodzić te wszystkie zabobony, którymi karmili się jego sąsiedzi. Jęknął, bo tylko z trudem był w stanie się pochylić, zignorował ból, wbił palce głęboko w ziemię i jednym ruchem wyrwał mandragorę. Tak po prostu, bez trudu, jakby to była stokrotka.

Ha! Żadnego krzyku, żadnego wrzasku, nic. No przecież! Rośliny nie krzyczą! Tylko ludzie! Nie było żadnych wampirów, żadnych wilkołaków, żadnej magii, żadnych wrzeszczących chwastów, diabła, aniołów… nagle przestraszył się własnych myśli. I Boga? Nie chciał się nad tym bliżej zastanawiać, na razie jeszcze nie, bo wątpliwości osaczały go jak szarańcza.

I co miał teraz zrobić z tą legendarną mandragorą?

Strząsnął resztkę ziemi z korzenia, kształtem nieco przypominającego człowieka, i urwał go z głośnym trzaskiem. To był jedyny dźwięk, jaki to zielsko z siebie wydało. Farin ukrył korzeń za pasem. Gwiazdowe liście wyrzucił za krzew ostu na skraju płotu.

Opuścił ogród tą samą drogą, co wczoraj. W pobliskim strumieniu zmył z twarzy krew i schłodził rany. Oraz emocje.

Wiejskie dzwony biły ciszej i wolniej niż zwykle — szeptucha Gerlunda ruszała w ostatnią podróż.

Chcąc nie chcąc Farin przysłuchiwał się rytmicznej pieśni swojego cechu: donośnej, zawodzącej, składającej się z zaledwie dwóch dźwięków. Wołały go zarówno bim, jak i bom. „Co robić? Posłuchać zewu i udać się na cmentarz, czy może raczej poczłapać do domu i na tydzień położyć się na sienniku?” Bolało go całe ciało, dusza pragnęła odpoczynku, ale obowiązek wzywał do pracy. Musiał przecież zasypać grób po ceremonii. Przerzucenie luźnej ziemi, robota szybka i prosta — przynajmniej wtedy, gdy był w pełni sił. W tym momencie przypomniał sobie o wiszącym za koszulą amulecie, który chciał oddać krewnym Gerlundy. Ale przecież jak dotąd żaden się nie zjawił. I czy z tą pokiereszowaną nogą zdąży w ogóle dotrzeć na cmentarz na czas? Z drugiej strony nie miał nic innego do roboty, postanowił więc ruszyć na pogrzeb, najlepiej zanim ponownie zacznie użalać się nad sobą. A poza tym — to on miał łopatę — a bez niej ojciec stałby przy grobie z pustymi rękami. Założywszy motykę na ramię i używając łopaty bardziej jako laski niż kija wędrownego, pokuśtykał w stronę kościoła i leżącego za nim cmentarza. Dzwon umilkł. Farin, jęcząc i potykając się, szedł przez łąkę za kościołem w kierunku nekropolii. Kolano zginał już z największym trudem. Z daleka zobaczył, że nad grobem Gerlundy zebrało się zaledwie czterech ludzi: sołtys Bujak, kapłan, grabarz wsi Zgniłe Doły — jego własny ojciec — oraz jakiś nieznany mężczyzna w czarnej pelerynie.

Wiejski kapłan, którego wszyscy nazywali po prostu „Amen”, podjął już był egzortę. W ciemnej sutannie z białą koloratką wyglądał bardzo dostojnie. Jego głos z daleka dotarł do Farina.

— I tak oto znowu odszedł od nas serdeczny, dobroduszny członek naszej wiejskiej społeczności.

W pierwszej chwili Farin się przestraszył. Czyżby umarł ktoś jeszcze? Jednak już po chwili sam się zawstydził swojej naiwności.

Chłopcze, oczywiście, że Amen mówił o starej Gerlundzie. Chociaż za jej życia nigdy by się tak o niej nie wyraził. To tradycja nakazywała wychwalać nieboszczyków pod niebiosa.

— Wreszcie jesteś. Masz szczęście, że przyniosłeś łopatę, gamoniu! — przywitał go ojciec syknięciem. — Biłeś się z kimś? — Spojrzał mu w twarz marszcząc brwi.

Ale Farin nie mógł oderwać wzroku od obcego. Emanowało z tej postaci coś złowrogiego, mimowolnie poczuł zapach spalonej ziemi. Człowiek w pelerynie gapił się na grób, jednak teraz poczuł na sobie ciężki, niewzruszony wzrok Farina. Powoli podniósł głowę. Ich spojrzenia skrzyżowały się jak dwa nagie miecze. Oczy tamtego zdawały się pochłaniać całe światło, które w nie wpadało, jego źrenice były wielkie jak bryły węgla, spod kaptura nie wyglądał ani włosek, zaś nos, zakrzywiony w długi hak, niemal rozcinał na pół wąską górną wargę.

Głowa Farina zaczęła dudnić od pytań. „Skąd się wziął ten obcy? Czego może chcieć? Czy to jakiś krewny Gerlundy? I czemu otacza go takie jadowite zimno?”

— Dlaczego on przyszedł dopiero teraz? — zapytał Czarny chrapliwym głosem, wbijając wzrok w motykę i łopatę w rękach Farina, jakby chciał oczami połamać je w drzazgi. Z taką samą żądzą zniszczenia mierzył teraz Farina od stóp do głów.

Kapłan przerwał i wyciągnął podwójny podbródek znakomicie pasujący do jego podwójnej funkcji. Nie cierpiał, gdy przerywano mu oracje albo ogłaszanie wyroku. Bo przypadkiem — albo i nie — kapłan pełnił we wsi także rolę sędziego. Dlatego każdą sentencję sankcjonował radosnym „Amen”, od którego odwołać mógł się jedynie sam Pan Bóg, a Ten, po prawdzie, jak dotąd nigdy jeszcze nie śmiał spróbować. Taka pozycja we wsi niosła bardzo wiele korzyści, zwłaszcza dla samego Amena. Czyniła go przepotężnie potężnym i potężnie pewnym siebie. Bogatym i chciwym. Farin zastanawiał się, czy do sędziego należał górny czy może raczej dolny podbródek. Pewnie ten dolny, bo służył sprawom ziemskim, podczas gdy górny stosował się do nakazów niebiańskich.

Kapłan Amen pragmatycznie powrócił do spraw boskich.

— Żegnamy zmarłą, chwaląc wyjątkowość boskiego stworzenia. — Rzucił krótkie spojrzenie na Farina i kontynuował ceremonię z lekką reprymendą w głosie. — Oto także syn grabarza przyłączył się do obecnych tu żałobników.

Czerń w oczach obcego rozszerzyła się jeszcze bardziej.

— To ty… przysposabiałeś ciało! — Nawet jego głos miał czarną barwę — ciemny szept, który przecież wybrzmiewał z siłą głośnego wołania.

— Pragniemy złożyć ostatni hołd naszej drogiej Gerlundzie, proszę więc, abyście zechcieli zaczekać z wyjaśnieniem tej sprawy do końca modlitwy. — Amen tylko jednej rzeczy nie cierpiał jeszcze bardziej niż tego, gdy mu przerywano — gdy przerywano mu dwukrotnie.

— A zatem kończ już, klecho — bo jak nie, to pomogę. — Obcy wyszczerzył kilka czarnych zębów, lekko odrzucił pelerynę i położył lewą dłoń na rękojeści rapieru zwisającego mu u pasa. Wściekłe iskry strzelające z jego oczu też były czarne.

— Grozicie mi? — kapłan Amen ze zdumienia aż podniósł podbródek.

— Oczywiście, że ci grożę, katabasie. Radzę ci się pospieszyć, bo teraz już tylko ja stoję między tobą a twoim ukochanym Stwórcą. — Czarny uśmiechnął się kącikami ust. — Jeszcze nigdy nie byłeś mu tak bliski.

Amen wyraźnie zastanawiał się przez chwilę, jak zareagować na takie dictum. Z jednej strony nie mógł sobie pozwolić, by tak z nim rozmawiano, zwłaszcza w otoczeniu i przytomności wieśniaków. Z drugiej strony… chwila przeminęła i nagle zrobiło się za późno na wybuch gniewu. Farin nie miał wątpliwości, że kapłan elegancko pozwolił jej odejść w niepamięć. Życie Amena było zbyt piękne, zbyt wygodne, zbyt syte, żeby nim ryzykować z powodu jakiegoś karalucha, który pojawił się nie wiadomo skąd.

A więc znów skoncentrował się na nabożeństwie. Teraz jednak już zupełnie przestał się starać, nie dbał ani o odrobinę współczucia w głosie: — Co posiane — marnieje — co powstało — nie zmarnieje. Tak oto powierzamy ciało Gerlundy ziemi, a jej duszę — boskiemu miłosierdziu. Amen.

Dopiero teraz Farin znalazł chwilę, by rzucić okiem na zmarłą. Całun zsunął się nieco i odsłonił twarz. Tylko nie to! Wraz z wczorajszym deszczem z rzęs i brwi spłynął cały węgiel, rozchodząc się po oczodołach, tak że zdawały się głębsze, ciemniejsze i większe. Ulotnił się także zupełnie róż z policzków. Z grobu na twarze żywych gapił się ponury czerep. Pogardliwie i wyzywająco, pełen goryczy i urazy, ale także z odrobiną wyższości, jakby chciał powiedzieć: W przeciwieństwie do was, śmiertelnicy, ja mam to już za sobą. Farinowi nie pozostało zbyt wiele czasu. Oderwał wzrok od Gerlundy, gdy obcy, obszedłszy grób, stanął tuż obok. Haczykowaty nos zbliżył do jego twarzy na niebezpieczną odległość, jakby chciał mu wydłubać oczy. Wzrok przybysza był ciężki jak kościelny dzwon. Chudymi, kościstymi dłońmi chwycił za ramię Farina, przez którego żyły natychmiast popłynęła jakaś lodowata ciecz.

Obcy wycedził: — Oddaj mi to, chłopcze!

Czas zwolnił, Farin poczuł, jak serce mu stanęło, co było przecież, jak wiadomo, powszechną przyczyną śmierci, jednak jakimś cudem utrzymywał się jeszcze na nogach. Zaś póki mógł stać o własnych siłach, póty żył — tego był pewien.

Uścisk obcego na ramieniu pochłaniał całe ciepło z ciała, jak kleszcz wysysający krew.

— Ale… co, panie?

— To, co znalazłeś u tej czarownicy, do diabła.

Naprawdę powiedział „u czarownicy”? Naprawdę powiedział „do diabła”?

Farinowi zdało się, że amulet na jego piersi parzy. Że się wierci. Że gryzie. Poczuł, że wwierca mu się w skórę, że konopny sznurek na szyi owija się wokół niej jak wąż.

Że zaraz ją zmiażdży.

I właśnie chciał powiedzieć: „Ach, to macie na myśli” i wyjąć klejnot spod koszuli, gdy jego uwagę zwróciła szminka na lewym policzku obcego. A przede wszystkim widoczne pod nią bruzdy. Farin ugryzł się w dolną wargę, choć prawie tego nie czuł, tak była zimna — zimniejsza jeszcze niż Gerlunda leżąca w grobie u jego stóp. Jednak to, co zobaczył, wzbudziło w nim ostatnią iskierkę buntu.

Czarny był opętany, opanowany przez jakiegoś złego ducha, przybyłego prosto z legend i baśni. Czarnoksiężnik, mag, upiór — właściwie aż zbyt nawiedzony, żeby mógł być prawdziwy. Nie, no — co to za bzdury i zabobony!

„Nie dam się zastraszyć! Przecież dopiero co, bez niczyjej pomocy, wyrwałem z ziemi mandragorę — i to gołymi rękami. Ja, zwykły syn grabarza. A więc — trochę szacunku. A poza tym — już wiem, co zrobiłeś, mnie nie oszukasz.”

— Czego ode mnie chcecie? Niczego nie mam! Gerlundę przyniósł do mnie sołtys, miała na sobie lichą sukmanę. — Farin niewinnie rozłożył ręce, zrzucając przy okazji lodowaty uchwyt ze swojego ramienia.

— To prawda, panie — potwierdził Bujak. — Tylko proste odzienie, bez kieszeni. I żadnych ozdób, nawet spinki we włosach. Myślę, że czas oddać jej ostatnią przysługę.

Cienkie wargi Czarnego zrobiły się jeszcze cieńsze. A właściwie całkiem zniknęły. Najwyraźniej nacieszył się już wystarczająco okropnym widokiem Gerlundy, w każdym razie nie spojrzał więcej w kierunku grobu. Nie zainteresował się także, gdy kapłan trzykrotnie rzucił na zmarłą garść ziemi, jego czarne oczy skierowane były wyłącznie na syna grabarza.

Farin poczuł, jak spadają na niego wściekłość i nieufność tego człowieka.

„Nie wierzy mi.”

— Kto znalazł ciało? — wycharczał obcy

— Ja — oświadczył Amen. — Nie miała na sobie nic prócz tej sukni.

Usta przerażającego mężczyzny znów się pojawiły, ale nie otworzyły. Nawet w jego milczeniu kryła się groza.

— Czy chcecie jeszcze o coś zapytać? — Brzmiało to jak zarzut — i tak właśnie brzmieć miało. Kapłan Amen zupełnie nie starał się skrywać niechęci do obcego.

Ten zaś w ogóle się tym nie przejął, najwyraźniej był przyzwyczajony. — Kto jeszcze miał z nią kontakt po jej śmierci?

— Sołtys, syn grabarza, moja skromna osoba — i nikt poza tym — oświadczył Amen.

Haczykowaty nos obcego niemal niezauważalnie trzy razy rozciął powietrze.

Grabarz spytał: — Wasza świątobliwość, czy możemy już zamknąć grób?

Farin natychmiast zauważył, że Czarnemu bardzo się to nie spodobało. Żądza mordu w jego oczach zmroziła chłopca. Bardzo powoli dłoń obcego zbliżyła się do biodra, do peleryny, do sztyletu. W tym momencie zza rogu kościoła wyszli wszyscy członkowie zacnego Towarzystwa Fajczarzy, jakichś piętnastu chłopa, zmierzając w kierunku cmentarza. Po pogrzebie zwyczajowo odbywała się stypa, a przynajmniej toast na cześć nieboszczyka, co ważniejsze — na koszt kapłana. Chcieli wreszcie wśród radosnego rozgardiaszu zacząć porządnie opłakiwać zmarłą.

Amen zauważył, że Czarny wyraźnie ma jeszcze jakiś problem. Postanowił skorzystać z okazji i pokazać mu, kto tu rządzi. Triumfalnym głosem, popartym pańskim ruchem dłoni, wydał polecenie: — Zasypać grób!

Czarny stał, milcząc, dolna szczęka bezdźwięcznie uderzała o górną, aż jego twarz przybrała grymas przerażającego, trupiego uśmiechu. Podobieństwo do leżącej u jego stóp zmarłej było wręcz frapujące.

Ojciec wskoczył do wykopu i ponownie przykrył twarz Gerlundy całunem. Tak oto została zasłonięta po raz ostatni. Sapiąc, grabarz wygramolił się z dołu, a potem wykonał ten sam pański gest wobec Farina. W ten sposób osiągnęli ostatnie ogniwo łańcucha dowodzenia. Syn grabarza wbił łopatę w czarną ziemię i zaczął zasypywać grób. Ciało znikało z wolna pod ciemnymi grudkami. Farin robił łopatą jakoś dziwnie sztywno, nie chciał zanadto się schylać, żeby zza lnianej koszuli nie wypadł mu amulet — a poza tym plecy wciąż bolały go od łomotu, który dopiero co był zebrał.

I oczywiście zaraz usłyszał ojca: — Co z tobą? Dziwnie się ruszasz.

— Przewróciłem się. — Farin wskazał na krwawiące kolano i pokiereszowaną twarz.

Obecni przyglądali się pracującemu bez współczucia, za to pełni pogardy.

— Kłamiesz — wycharczał obcy.

Mówił tak cicho, że tylko Farin go usłyszał — członkowie wesołej gromadki z Towarzystwa Fajczarzy w oczekiwaniu popijawy klepali kapłana po plecach, aż dudniło.

Farin ucieszył się, że może skoncentrować się na robocie i udawać, że nic nie słyszy. Ale co obcy miał na myśli? „Kłamiesz” — w sprawie medalionu — czy w sprawie urazów? Otoczony stadkiem swych owieczek Amen poczuł się pewniej i bezpieczniej, podniósł rękę wysoko w górę.

— Kochani parafianie, zanim wypijemy za pamięć naszej wyjątkowej Gerlundy, musimy uczynić zadość biurokracji.

Ktoś zawołał: — Byle szybko, gardło mi już zaschło z tego smutku. — Również pozostali mężczyźni zakrzyknęli żałośnie.

Amen rozłożył szeroko ręce.

— W braku testamentu, z dniem dzisiejszym ziemia i dom Gerlundy przechodzą niniejszym na własność gminy, a tym samym w ręce naszego wiernego Kościoła, który najlepiej wie, jak zarządzać dobrami w interesie publicznym. Amen. — Zaślepiony własną obłudą kapłan Amen zamknął oczy pełne ślepego zadowolenia.

Farin z podziwem obserwował, jak Amen radzi sobie z podwójnym brzemieniem — kapłana i sędziego.

Nawet obcy w czerni zdawał się być pod wrażeniem.

— Pieprzone klechy. Bezwzględna z ciebie żmija, prawie tak bezwzględna jak ja. Ale tylko prawie. Tylko że ja — ja nigdy nie zapominam!

Ulewa znowu przeszła w deszcz, po plecach Farina znowu przeszedł dreszcz. Stali teraz tuż obok siebie: Bujak, Amen, ojciec, Farin i przybysz w czerni.

Kapłan zwrócił się do tego ostatniego: — Jeszcze przed ceremonią spytałem was, czy jesteście spokrewnieni z Gerlundą. Podkreślaliście z całą mocą, że nie oraz że nie podnosicie żadnych roszczeń. Czy mogę spytać, o co konkretnie wam chodzi?

— Spytać możecie. — Nastrój Czarnego wracał w okolice głębokiego niżu. Jego mina wskazywała jasno, że na odpowiedź Amen będzie czekał do końca swego wystawnego życia.

Wreszcie Czarny wydusił: — Grabarz był w jej chacie! — Farin poczuł, jakby ktoś trafił go sztyletem prosto w serce. Jak to możliwe, żeby zarzut brzmiał jednocześnie tak spokojnie i chłodno — i tak bardzo buchał wściekłością? Po tych słowach Farin najchętniej położyłby się do grobu obok Gerlundy i poprosił ojca o jak najszybsze zasypanie dołu.

Kapłan Amen odwrócił się do ojca.

— Czegoś szukał w chacie tej starej, grabarzu?

— Hę? — Ojciec popatrzył nierozumiejącymi, szklanymi oczami i podrapał się po głowie.

Tylko nic nie mów, tato, błagał go Farin bezgłośnie.

I rzeczywiście, ojciec zdawał się zupełnie przytłoczony sytuacją, zwłaszcza że zdążył już dziabnąć kilka głębszych.

— Nie ten, ten drugi! — Kościstym palcem Czarny wskazał Farina.

Gniew Boży pod postacią kapłana Amena wreszcie zidentyfikował właściwą ofiarę.

— Cóż na to odpowiesz, synu grabarza? — Brakowało jeszcze tylko grzmotów i błyskawic, ale przynajmniej znowu zaczęło lać.

Farin przerwał pracę i oparł się na łopacie. Odprężony i pewny siebie — wystarczyło po prostu dać jakieś wyjaśnienie. Wiarygodne i logiczne. W końcu nie był durniem, zaraz mu coś wpadnie do głowy. Otworzył usta, by dać upust elokwencji: — Eee… — No dobra, jeszcze raz: — Ja… ja… — I na tym zakończył. Po głowie uparcie krążyła mu tylko prawda: „Chciałem ukraść eliksir miłośny. Razem z Blossakiem, taki szczeniacki żart. Bo ja mam dopiero osiemnaście lat.”

O zgrozo!

I wtedy jakiś głos powiedział: — Ja go tam posłałem. Po jakąś ładną, czystą sukienkę dla Gerlundy. Przykro mówić, w jakim okropnym stanie była ta, którą miała na sobie, kiedy ją przynieśliście, panie.

Te zbawcze słowa, to proste i genialne wyjaśnienie wygłosił ojciec. Farin popatrzył na niego zdezorientowany, grabarz zaś spoglądał Czarnemu prosto w oczy spokojnym wzrokiem pełnym nieposzlakowanej uczciwości. To była jedna z tych rzadkich chwil, w których Farin przeczuwał, jak to się stało, że jego matka mogła przed laty poślubić tego mężczyznę.

Teraz także sołtys pospieszył z pomocą: — Jej odzienie śmierdziało pod niebiosa, całe w ekstrementach. — Skrzywił twarz z obrzydzeniem.

Zaś kapłan dodał z namaszczeniem: — A zatem wszystko jasne! Nasz grabarczyk to dobry chłopak. Może trochę ograniczony na umyśle, ale pracuje pilnie. — Amen zacisnął usta pełen boskiej powagi. — Szanowny panie, w czym jeszcze mogę wam pomóc? — Nie wyglądał przy tym jednak, jakby miał chęć poświęcić obcemu jeszcze choćby minutę swego cennego czasu.

— Wiem, że go miała na sobie — syknął mężczyzna. Z oczu strzelały mu błyskawice wściekłości.

Towarzystwo Fajczarzy ze wsi Zgniłe Doły stało na deszczu i mokło.

— No i co teraz, Amen? — ponaglił go Szczurowaty.

— Idziemy do karczmy. Pierwsze trzy kolejki — na mój koszt — zawołał kapłan.

— Hej, jak to tylko trzy? — spytał ktoś.

Czarny pohamował złość. — Jeszcze pogadamy, klecho. — Potem odwrócił się do Farina i szepnął: — Obserwowałem cię wczoraj wieczorem, jak myłeś tę starą. Czegoś się przestraszyłeś. Czego?

— Ach, to wy byliście. Cały czas wydawało mi się, że mnie ktoś obserwuje.

Ciemne oczy przybysza nawet nie mrugnęły. Czy on w ogóle mrugnął chociaż raz przez cały pogrzeb?

— I nie wierzę, że poszedłeś do chaty Gerlundy po sukienkę. Coś mi się w tobie nie podoba, chłopyszku. Coś ukrywasz — głos obcego stał się tak szorstki, że aż bolało.

— Nie wiem, co macie na myśli — odparł Farin z miną niewiniątka. Amulet na szyi ciążył jak kamień młyński.

Czarny pochylił się, zbliżając usta do farinowego ucha. Z lodowatą czułością wyszeptał: — Najpierw zabiorę się za waszego tłustego klechę, potem za sołtysa. I zgadnij, kto jest trzeci w kolejce, mój przyjacielu.

Farin poczuł na plecach gęsią skórkę. Mężczyzna w czerni oddalił się bez słowa i nie oglądając się za siebie.

Również kapłan Amen patrzył na odchodzącego z namysłem. Niezadowolony zwrócił się do ojca Farina udanie obojętnym głosem: — Grabarzu, zajmij się grobem. I powiedz synowi, żeby następnym razem się nie spóźnił.

Farinowi od razu zrobiło się cieplej. Już nikt go nie traktował jak krętacza, tylko normalnie, jak powietrze. I tak jak powietrze nie miał już nic do powiedzenia.

Kapłan Amen przypomniał sobie o obiecanej libacji w karczmie. — Czas na żałobę. — Kiwnął na swoje owieczki i ruszyli w kierunku „Ciepłego Browarka”.

Zostawszy sam na sam z ojcem, Farin od razu poczuł się lepiej. Co prawda wciąż jeszcze odczuwał skutki bójki z Torfem i jego kumplami, ale przestało być tak zimno. Zatopiony w myślach pomachał jeszcze trochę łopatą.

— Co za świnia! — zaklął ojciec.

— Kto? — zapytał Farin, bo jego zdaniem o takie wyróżnienie Czarny i Amen konkurowali łeb w łeb.

— To jasne, ten obcy. — Ojciec splunął. Omal nie trafił w mogiłę Gerlundy. A potem zamachnął się i trzepnął Farina otwartą dłonią w twarz. — Jesteś jeszcze głupszy, niż myślałem.

Twarz Farina zaczerwieniła się nie tylko tam, gdzie oberwał. Nieźle dziś brał wciry — ojciec już od co najmniej dwóch lat się nie ważył go tknąć.

Zbyt zaskoczony, by poczuć złość, Farin zapytał: — Bo… bo poszedłem do chaty Gerlundy?

— Co ty pleciesz, co mnie to obchodzi. Bo nie wymyśliłeś sobie zawczasu porządnego wyjaśnienia. Dlatego!

W sprawach życiowego sprytu ojciec wciąż wyprzedzał go o kilka długości. Farin poczuł upokorzenie i wstyd z powodu swojej naiwności.

Jak to dobrze, gdy syn patrzy na ojca z podziwem — nawet jeśli nie chce.

Grabarz przyjrzał mu się. — Machaj dalej i nie zapomnij mocno udeptać ziemię. A potem do domu. Ja jeszcze zajrzę do oberży. Pamiętaj o narzędziach.

Westchnięcie Farina było głębsze niż wszystkie groby, jakie dotąd wykopał.

Co za dzień.

Kret

— Ej, Farin. Wiesz, że mam chrapkę na Anietę — powiedział Blossak.

Pewnie, że wiedział, jak mógłby zapomnieć? „Ja mam chrapkę, żeby ci strzelić w zęby”, pomyślał Farin.

Musiał wszakże przyznać, że Blossak przysiadł się do niego do stołu dla wyrzutków. Siedzieli więc jak kumple „Pod Ciepłym Browarkiem”, pili ciepłe piwo i rozmawiali o kobietach. Resztę izby zajmowało Towarzystwo Fajczarzy Zgniłych Dołów, oddające się swojej sztuce.

— I co z tego? — wykrztusił Farin z pochmurną miną i przez ściśnięte gardło.

— Potrzebuję, żebyś jej to powiedział.

— Cooo? Ja… ja…? — Właśnie on miał swojej skrycie uwielbianej Aniecie przekazać coś w imieniu Blossaka?

Na zewnątrz coś zadudniło. Drewniany stopień przed drzwiami zaskrzypiał groźnie, jakby za chwilę miał się złamać w samym środku. Farin instynktownie przygotował się na głośny trzask. W idealnym momencie, bo oto drzwi otwarły się z potężnym hałasem, uderzyły w ścianę, aż wypadły z zawiasów i z łoskotem osiadły na podłodze. Wszystkie oczy skierowały się w ich stronę. We framudze stała postać tak potężna, że zasłaniała wszystkie promienie słońca, próbujące przecisnąć się do środka. Przybysz, aby wejść, musiał schylić głowę. W przerażeniu Farin cofnął się, nie wstając z krzesła, krzesło wbił w ścianę, plecy w krzesło, a zęby w wargi.

Na Boga Ojca, co to było — albo raczej: kto to był?

Drewniana podłoga skrzypiała żałośnie pod krokami obcego. Pancerne buty zlewały się w jedno z pozostałymi częściami ubrania: pancernymi nagolenicami, pancernymi rękawicami, pancernym kirysem, pancernym kaplerzem i pancernym hełmem — ta postać przykuwała uwagę. Przed Farinem stał rycerz. Prawdziwy rycerz.

Syn grabarza patrzył na niego szeroko rozwartymi oczami. Do tej pory prawdziwego rycerza widział tylko raz, z daleka, gnającego gdzieś, hen, na pancernym rumaku. W tym momencie uszu Farina dobiegło głośne parsknięcie. Niewiele brakowało, aby i koń wpakował się do izby.

A więc był to konny rycerz.

Farin jeszcze dziesięć lat temu marzył o tym, by zostać rycerzem, by służyć królowi i dokonać niezliczonych szlachetnych czynów. Chodziło przede wszystkim o ratowanie dziewic ze szponów morderczych smoków, tak jak wielokrotnie swym mieczem o imieniu „Wicher” ratował Anietę nawet z największych opresji. Ojciec wyśmiał jego marzenia. — Smoka może byś jeszcze gdzieś znalazł — powiedział. — Ale skąd wytrzaśniesz dziewicę? — A potem zrywał boki do samego wieczora. Farin na początku śmiał się razem z nim, chociaż nie rozumiał, dlaczego.

Jednak fantazja Farina nie sięgała tak daleko, by wyważenie drzwi do oberży uznać za czyn rycerski.

Rycerz zaś, równie beztrosko jak drzwi, otworzył przyłbicę, tyle że jej nie wyrwał. Przyjrzał się uważnie obu młodzieńcom przy narożnym stole, Towarzystwu Fajczarzy i gospodarzowi za szynkwasem. Wszystko w zaledwie jednym mgnieniu oka. Zawiasy rękawic zaterkotały cicho, gdy skierował palec wskazujący na Bujaka. Druga dłoń spoczywała na rękojeści miecza przytroczonego do pasa.

Farin przez cały ten czas zupełnie zapomniał o oddychaniu. Co za rękojeść! Między głowicą a jelcem zmieściłoby się co najmniej pięć dłoni!

— TY! — ryknął rycerz do Bujaka.

Kufle na drewnianej półce aż się zatrzęsły.

Sołtys zbladł jak prześcieradło. Skłonił się, potem opadł na kolano, jeszcze raz się skłonił, omal nie huknął głową w podłogę.

„No proszę, jak się potrafi zachować nasz sołtys, gdy przychodzi co do czego.”

— Co… co mogę dla was zrobić, panie? — Bujak kulił się jak zbity pies. Jeszcze chwila, a zaszczeka.

— GDZIE ONA JEST? — Głos rycerza był tak niski, że podłoga aż zadrżała.

— Khm, proszę? Kogo… macie na myśli, panie? — spytał Bujak, drżąc jeszcze bardziej.

Co za głupie pytanie. Wiadomo, kogo szukał rycerz. Oczywiście, że Gar… Gir… Do cholery, jakże się ta jędza nazywała?

— GERLUNDA! — huknęło jak z armaty, a powiew zgasił cały żar z fajek.

„O, właśnie. Tak się nazywała.”

Dziwna sprawa, nikt z obecnych nie poskarżył się na tę przykrość. Jakimś szóstym zmysłem mieszkańcy wsi miarkowali, że ten przybysz nie odczuwał ekscytacji na myśl o chwili spokojnej zadumy przy fajeczce i kominku, a wszelka krytyka tego stanu rzeczy mogła wyryć w jego sercu prawdziwą zadrę.

— Ach, chodzi o Gerlundę, panie? Ależ oczywiście. Oczywiście, panie. Gerlunda umarła, a ja się nią zająłem, panie. Zadbałem o godny pochówek, panie. Jej grób — przepiękny grób — leży tuż za kościołem, panie.

Pięć razy „panie” — policzył Farin.

Tymczasem „pan” stał w drzwiach zupełnie sam i wydawał się zupełnie nieporuszony. — Prowadź mnie do niego, kmiocie.

Sołtys raczej nie był zachwycony tym mianem, ale zachowywał się tak, jakby rycerz zwrócił się do niego per „wasza dostojność”.

No i — nie dziwota — szacunek wobec nieznajomego był jak najbardziej na miejscu, w końcu rycerze służyli królowi jako jego prawa ręka i władza wykonawcza. Tak więc Bujak przytaknął nerwowo i odpowiedział niemalże z entuzjazmem: — Ależ oczywiście, natychmiast.

W zaaferowaniu aż zapomniał powiedzieć „panie”, a Farin miał szczerą nadzieję, że rycerz tym razem jeszcze puści mu to płazem. Mimo deszczu Bujak wyszedł z oberży bez płaszcza, odwrócił się ku szlachcicowi i poprosił uniżenie: — Zechciejcie pójść za mną, panie.

Ten zaś, tupiąc ciężko, również opuścił przybytek. Towarzyszyły mu nieme i blade spojrzenia pozostałych mężczyzn. Farin wciąż jeszcze siedział sztywno na krześle, to, czego był właśnie świadkiem, docierało do niego powoli. Blossak gapił się w pustą framugę z szeroko rozdziawioną gębą.

Zwalista postać w stalowym przyodzieniu odwróciła się jeszcze raz. — Wszystkie fajki za mną.

Wszystkie fajki skoczyły na nogi, wołając: — Tak jest, panie!

A oberżysta zapytał: — Czy ja też, panie?

— Jak mówię wszystkie, to chyba wszystkie? — spytał rycerz głosem jak dźwięk tarabanów.

Oberżysta po krótkim zastanowieniu przyłączył się do procesji.

Wyszedłszy z izby, Farin zaczął przyglądać się bitewnemu rumakowi rycerza, jakby miał do czynienia z jednorożcem. Nigdy wcześniej nie widział tak potężnego dzianeta. Jego nozdrza parowały, olbrzymia pierś podnosiła się i opadała pod szerokimi rzemieniami utrzymującymi siodło. Wzrok Farina przyciągały raz to potężny pancerz chroniący lędźwie, raz to derka pod siodło z haftowanym królewskim godłem. Przez dyndające po bokach strzemiona mógłby bez trudu przecisnąć głowę. Niestety, Farin nie miał więcej czasu, by przyjrzeć się rumakowi z uwagą, na jaką zasługiwał, musiał ruszać w kierunku kościoła.

— Już za nią tęsknimy, za naszą kochaną Gerlundą — opowiadał zatroskany Bujak.

— Nikt nie tęskni za tą odrażająca ropuchą — zadudnił rycerz.

Farin nie był bynajmniej zachwycony takim zachowaniem. Dotychczas był przekonany, że rycerze celebrują najlepsze maniery, a damy traktują z uprzejmością i szacunkiem. Z drugiej strony, mówiąc szczerze, „odrażająca ropucha” znacznie lepiej opisywała Gerlundę niż „szlachetna milady”.

— To prawda, nie była specjalnie lubiana. — Bujak potrafił niezwykle elastycznie dostosować się do opinii wielkiego pana, widać nie była to dla niego pierwszyzna. Odzyskał też rezon, w końcu nie wypadł sroce spod ogona, był sołtysem i szedł przodem. — Musimy przejść za kościół, panie.

Wszyscy, a to znaczy naprawdę wszyscy, przeszli po rozmiękłej trawie na drugą stronę świątyni. Deszcz przybierał na sile. W śladach pozostawianych przez pana rycerza można by wykąpać dziecko.

W chwilę później towarzystwo znów stało nad grobem. Na krzywo wbitej, drewnianej tabliczce ktoś koślawo napisał węglem: „Gerlunda”.

— Tu leży pochowana — piękny grób. — Zachwyt Bujaka do tego stopnia udzielał się obecnym, że niemal byli gotowi w to uwierzyć.

Rycerz stał na szeroko rozstawionych nogach jak skalny pomnik, imponujący monument, emanujący władczą charyzmą. Kamiennej twardości oblicza mógłby mu pozazdrościć niejeden nagrobek.

Lało coraz bardziej, w pewnej chwili błysnęło.

Rycerz opuścił przyłbicę. — Kiedy ją pochowaliście?

— Pięć dni temu, panie.

— Kto był obecny?

— Ja i … — sołtys myślał z wysiłkiem. Wskazał na syna grabarza. — i on, i … eee… — olśnienie nie kazało długo na siebie czekać. — … nasz kapłan Amen oczywiście.

Przez wycięcia w hełmie Farinowi na moment błysnęły białka oczu.

— Doniesiono mi, że to kapłan ją znalazł. Czy to prawda?

— Najprawdziwsza, panie.

To, że słowa rycerza były nie tylko prawdą, lecz prawdą najprawdziwszą, nie uszło uwadze Farina.

— Sprowadzić mi go tu, ale już!

Bujak jął się jąkać: — Ale… to niemożliwe, panie. Nie wiemy, gdzie jest. Trzy dni… trzy dni temu opuścił wioskę i więcej się nie pojawił.

— A zatem wasz kapłan zaginął — siła i niecierpliwa dociekliwość w głosie rycerza jeszcze się wzmogły.

— Sądzimy… sądzimy, że wyjechał w podróż służbową.

— Sądzicie. — Nie można powiedzieć, aby ta enuncjacja w znaczący sposób poprawiła dotychczasową opinię rycerza o wsi Zgniłe Doły i jej mieszkańcach. Cierpliwość jaśniepana powoli zbliżała się do kresu.

— EKSHUMOWAĆ! — Przetoczyło się jak grzmot po cmentarzu, Farin aż schował głowę w ramionach.

— Panie, że jak? — Bujak skrzywił swoją, przywdziewając najbardziej uniżony grymas.

— Wykopać, cymbale.

Wszystkie oczy skierowały się na sołtysa.

— Ekshuhu… wykopać, ty… głąbie.

— Eeee …! — Farin chciał powiedzieć, że potrzebuje przecież łopaty, ale nie dał rady wydobyć z siebie choćby pół słowa. Zamiast tego bezradnie rozłożył ręce, by pokazać, że nie ma w nich właściwego narzędzia.

— Idiota! — pochwalił go kmiot. — To może się pofatygujesz po łopatę!

Jednak nawet gdyby biegł, Farin potrzebowałby prawie godzinę na drogę w obie strony. Rycerzowi raczej nie spodobałoby się tak długie oczekiwanie.

— Ojciec ma jedną w szopie — włączył się Blossak, równie nieoczekiwanie, co nieoczekiwanie sensownie.

Oberżysta kiwnął głową i Blossak pobiegł.

„Dlaczego nie mogę wybełkotać choćby słowa? Nawet syn oberżysty potrafi się wyróżnić dobrym pomysłem.”

Farin był bardzo niezadowolony z siebie. Spojrzał w przód. Nigdy nie przypuszczał, że świeży wzgórek może być tak interesujący — cała wioska gapiła się nań w napięciu. Czas się zatrzymał — poruszała się tylko burzowa chmura, deszcz osłabł.

Sołtys nie wytrzymał przedłużającego się milczenia. — To dla nas wielki zaszczyt, że pan rycerz zechciał osobiście przybyć do naszych skromnych Zgniłych Dołów — rozpoczął umizgi.

„Łatwo mu to przychodzi”, pomyślał Farin.

— Kmiocie, jedyne, co mnie interesuje w waszych zgniłych dołach, to Gerlunda.

Jeśli temu rycerzowi prosto z legend czegokolwiek brakowało, to były to ostatnie szlify w sztuce konwersacji. Choć z drugiej strony — braki we wzniosłości i patosie rekompensował jasnością wypowiedzi i prostolinijnością.

Sołtys najwyraźniej też to docenił: — Oczywiście, panie.

Tymczasem pojawił się zdyszany Blossak z łopatą. — Masz! — wcisnął ją Farinowi ze wstrętem. — Kop!

W tym momencie nawet rycerz musiał zrozumieć, jakie miejsce w tej społeczności zajmował Farin. Ale co z tego, to nie był powód do wstydu. Syn grabarza zaczął kopać jak wściekły kret. Ziemia nie zdążyła się wprawdzie jeszcze ustać, ale przez deszcz była już nieco posklejana i ciężka. Mimo to robił łopatą z wprawą i elegancją. Nigdy jeszcze nie miał okazji pracować przy tak licznej publiczności. Wszyscy gapili się w rosnący z każdym ruchem dół, obok rosnącego z każdym ruchem usypiska. Na głębokości metra trafił na coś miękkiego. Zaczął ostrożnie usuwać ziemię dookoła.

— Czyż nie jest to najelegantszy grabarz, jakiego można sobie wyobrazić, panie? — Bujak spróbował rzucić jakieś pozytywne światło na wioskę i jej sołtysa.

Rycerz zmarszczył brwi z taką siłą, że spod hełmu dał się słyszeć trzask. — Niby na czym ma polegać ta elegancja? Dość próżnego gadania.

Jednak Farin poczuł się dotknięty. Natychmiast przestał tak bardzo się starać, skoro nikt nie doceniał jego rzemiosła. Niczego innego nie mógł się zresztą spodziewać, jego miejsce w społeczeństwie było wyryte na kamieniu. Nagrobnym. Dotarł do całunu i ostrożnie odsłonił zarys ciała.

— Nie da się szybciej? — wybrzydzał rycerz.

— Racz się pospieszyć, ciołku! — zmotywował Farina sołtys.

Syn grabarza zastanowił się, czy nie powinien zatrzymać się na chwilę i ziewnąć z całej duszy, jednak porzucił tę myśl z pełnej respektu obawy przed rycerzem. Zamiast tego pochylił się więc i ściągnął z trupa całun wraz z pozostałą ziemią. A przynajmniej taki był plan — który zupełnie niespodziewanie pokrzyżowała Gerlunda. Ciała nie było.

Farin z zakłopotaniem spojrzał w górę, na równie skonsternowane oblicza widowni.

Głos rycerza przetoczył się po całym cmentarzu: — GDZIE JEST TRUP TEJ STAREJ ROPUCHY? Zasypię i zrównam z ziemią te wasze Doły, jeśli nie pokażecie mi natychmiast ciała Gerlundy!

Farin zaczął nerwowo kopać dalej, jednak wkrótce zorientował się, że trafiał tylko na coraz twardszą ziemię. Prędzej natknąłby się na skrzynię ze skarbem niż na trupa.

Rycerz otworzył przyłbicę — Co zrobiliście z truchłem? — Jego głos zaskrzypiał jak naciągana katapulta.

— Ona… odeszła… — jęknął Szczurowaty, trzymając się kurczowo swojej nowej, fachowo opalonej fajki. Nawet nie zauważył spadającej pięści. Kilka kolców z wierzchu pancernej rękawicy rozdarło mu prawy policzek i kawałek nosa. Trzasnęła złamana kość.

— Odchodzą żywi, zmarli zostają tam, gdzie się ich zostawiło — powiedział rycerz z powagą. — A wy wszyscy jesteście kretynami. To dla mnie hańba, że takie stado baranów oddycha tym samym powietrzem, co ja. Ale to da się zmienić.

Rycerz opuścił przyłbicę. Z wściekłością wyciągnął miecz. Gdy to czynił, metal zabrzęczał złowieszczą pieśnią. — TY TAM! — Skierował ostrze na oberżystę. — CO TU SIĘ WYDARZYŁO?

Farin nigdy jeszcze nie widział takiej bezradności w oczach. Zapytany wydukał zachrypniętym głosem: — Ja… ja… nie wiem.

Wszyscy ryknęli, zapewniając o swojej niewinności, przedstawiając najdziwniejsze teorie, oburzali się na bezczeszczenie grobu i kradzież ciała, przepraszali za niedociągnięcia, klękali, błagając o łaskę, i trzęśli się ze strachu jak osiki.

Farin milczał. Wyszedł z grobu i obserwował. Miał wielki respekt dla rycerza, ale nigdy nie przyszłoby mu do głowy, żeby się przed nim płaszczyć. Dopiero kiedy dostrzegł strach w twarzach otaczających go mężczyzn, zrozumiał, jak poważna i groźna była cała sytuacja. Postanowił, że i on musi zacząć się bać, ale strach jakoś nie chciał go opanować. Wręcz przeciwnie, Farin czuł wręcz satysfakcję, stojąc prosto między bijącymi pokłony wieśniakami.

— Ty! — ostrze miecza powędrowało pod gardło sołtysa, pozostawiając tam czerwoną plamę. Rycerz machał potężnym mieczem, jakby trzymał w ręku niewielki sztylet.

Oczy Bujaka wyszły z orbit — wyglądał jak wzdęta ropucha.

— Mów po kolei. Byłeś na pogrzebie?

Bujak nie mógł pokiwać głową, jeśli nie chciał przeciąć sobie podbródka o głownię miecza.

— Tak, tak, tak jest, panie.

— Kto jeszcze był?

— Ja… i… — sołtys przewrócił oczami. — eee… grabarz i jego syn — wskazał Farina, ucieszony, że może odwrócić uwagę od siebie. — Ten! Ten tam!

Hełm z lekkim zgrzytem odwrócił się złowieszczo w stronę Farina. Rycerz patrzył na niego jak na napełniony po brzegi nocnik. Syn grabarza stał obok pustego grobu, ze zmęczoną, spoconą i brudną twarzą, opierając się na stylisku łopaty. Szlachcic podszedł zamaszystym krokiem i tym razem podsunął ostrze miecza pod nos chłopaka. Farin dosłownie czuł zapach stali, zbrocze błyszczącej głowni było szerokie na dwa palce. Jednak ani przez moment nie pomyślał o tym, by się odsunąć, miast tego spojrzał z grobową miną, smutną, wyzywającą i butną. Niby co miał do stracenia?

Jego niewzruszoną odwagę rycerz wziął jednak za niewzruszoną głupotę. — KMIOCIE! To ty jesteś sołtysem tej wsi. Dlaczego odsyłasz mnie do tego durnowatego kreta? — zagrzmiał.

„Słuszna uwaga”, pomyślał Farin. Ale jednocześnie czuł się urażony — i to tym bardziej, im dłużej huczał mu w uszach ten „durnowaty kret”.

— Ale… on też tam był — bronił się Bujak, wycierając rękawem krew z szyi.

Rycerz parsknął zupełnie jak wcześniej jego koń.

— Jak na razie on jeden nic jeszcze nie powiedział. Niemowa jakiś?

Chwilę trwało, zanim Farin zrozumiał, że „on” — to on. Pewnie, że nie był niemową, wedle własnej oceny był wręcz dość elokwentny. Dzięki mamie. Jednak teraz wciąż jeszcze przeżuwał tego nieszczęsnego kreta. Postanowił, że go przełknie, a potem pokaże rycerzowi, co potrafi.

Odważnie otworzył usta: — Eee… Eeem! Hm!

A więc proszę! To zupełnie nie brzmiało, jak durnowaty kret, tylko jak normalny baran. Inna sprawa, że nie brzmiało to też nadmiernie imponująco. Farin poczuł, jak wbrew jego woli cała krew napływa mu go głowy.

Rycerz patrzył na niego z obrzydzeniem, jęknął na widok takiej tępoty. A potem wpadł w prawdziwy szał.

— Powbijam wszystkim te idiotyczne fajki prosto w dupy! Tam gdzie ich miejsce!

Farin usilnie, lecz bezskutecznie próbował sobie tego nie wyobrazić.

— Poobcinam wszystkim po kolei te bezmózgie łby, jeśli zaraz nie dowiem się, co tu się wydarzyło. WSZYSTKIM!

W jednej chwili wszyscy poczuli zimny dreszcz. Rycerz po raz pierwszy powiedział coś normalnym głosem i poczuli, że po raz pierwszy mówił naprawdę serio. A poza tym „wszystkim” — to z pewnością znaczyło „wszystkim”.

— Ty pierwszy, kmiocie! Na kolana — bez obaw, szybko to pójdzie!

— Och, nie! Panie! Zrobię wszystko, czego pragniecie. — twarz Bujaka zupełnie pobladła i aż świeciła od potu.

— NA KOLANA! — szlachcic podniósł miecz. W tym momencie życie sołtysa nie było już wiele warte.

— Czekajcie, panie rycerzu! — głos Farina, co prawda, nieco skrzeczał, ale brzmiał głośno i z przekonaniem.

— Kret?

— Na pogrzebie był jeszcze jakiś obcy. W czarnej pelerynie z kapturem. Ciemne oczy, haczykowaty nos. Sztylet przy pasie. To on jest… mordercą.

Sołtys wszedł mu w słowo: — Tak właśnie, panie, obcy z haczykowatym nosem i…

— Zamknij gębę i daj kretowi skończyć.

— Ależ, panie, przecież to tylko syn…

Żelazna pięść rycerza spadła na głowę Bujaka z paskudnym chrupnięciem. Ten opadł na kolana, zgiął się wpół i wylądował prosto w grobie. Farin, przestraszony, odprowadził go spojrzeniem. Uspokoiło go, że pierś Bujaka poruszała się miarowo.

— Teraz kret może mówić. Co jeszcze wiesz? Dalej!

— Ten… ten obcy zamordował Gerlundę. Udusił ją.

Zapanowała grobowa cisza. Jak to na cmentarzu. Wszystkie spojrzenia wbiły się w syna grabarza.

Spod pancernego hełmu dało się słyszeć upiorny szept: — Skąd to wiesz? Byłeś przy tym? — Teraz rycerz skupił całą uwagę na nim — a i miecz znów zbliżył się niebezpiecznie.

Farin zaszedł już za daleko, żeby się teraz wycofać. — Gerlunda miała kawałki skóry pod paznokciami. A u tego obcego zauważyłem przypudrowane zadrapania na twarzy. — Nagle Farin odzyskał całą pogrzebaną gdzieś dotychczas pewność siebie — w końcu jako syn grabarza dobrze wiedział, o czym mówi. — Poza tym Gerlunda miała ślady kciuka po lewej stronie szyi, na pewno dusił ją jakiś mańkut, a obcy miał sztylet po prawej stronie, jak wszyscy leworęczni. Użył tylko jednej ręki, żeby wbić jej krtań w kręgosłup.

Na chwilę czas się zatrzymał; nikt i nic nie śmiało się poruszyć: ani liście na drzewach, ani wieśniacy wokół grobu, ani nawet chmury na niebie. Ale zaraz — coś jednak się poruszyło. Powoli, niemal czule, rycerz wsunął miecz z powrotem do pochwy. Jednym ruchem zdjął z głowy hełm. Miał ciemnobrązowe włosy i jasnoniebieskie oczy z krzaczastymi brwiami, które niemal się dotykały. Szeroki podbródek poruszał się w górę i w dół jak u przeżuwacza. Z miną nieodgadnioną jak niebo i piekło razem wzięte przyglądał się Farinowi. A potem stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Rycerz się roześmiał. Śmiechem gromkim jak odgłos galopującego wojska.

— Krecie, jak się nazywasz?

Omal mu się nie wyrwało: „syn grabarza”. — Farin.

Rycerz spojrzał na niego swymi jasnymi oczami.

— Skąd pochodzisz?

— Stąd, ze Zgniłych Dołów, panie — powiedział, zły, że jego głos nagle ścichł. Teraz mówił prawie tak cienko jak sołtys.

— Dobrze! — rycerz całkiem się udobruchał, wyglądało nawet na to, że nie ma już zamiaru obcinać niczyich głów.

Farin rozejrzał się ukradkiem. Sołtys wciąż jeszcze leżał w grobie Gerlundy, ale już otworzył oczy; krew spływała mu ze skroni na ucho. Chociaż Farin właśnie uratował mu życie, spojrzał na niego bez wdzięczności, tak jakby to syn grabarza był winien jego nieszczęściu.

— Z wyjątkiem tego jednego… — palec wskazujący rycerza znów wyprostował się z trzaskiem, gdy wskazywał na Farina — wszyscy jesteście ciemni jak tabaka w rogu. — Parsknął ze wstrętem. — Teraz wam wierzę, że nie ukryliście tej starej ropuchy przede mną. — Zastanowił się. — Kto znalazł ciało?

Bujak, dysząc ciężko, wydostał się z grobu.

— To byłem ja, panie. Leżała martwa na podłodze w swojej chacie.

— Znalazłeś coś przy niej? Na ciele — jakiś pierścień, bransoletę albo łańcuszek?

— Nie, nic takiego, panie. Miała na sobie zwykłą sukienkę, bez kieszeni. Bez biżuterii, nic.

— Byłoby to dziwne. — W głosie rycerza znów pobrzmiewała złość. — Jeśli ten czarny ją zabił i to znalazł, to miej nas Boże w opiece.

Wieśniacy patrzyli po sobie, nic nie rozumiejąc. A po głowie Farina ten przeklęty amulet znów krążył jak karuzela. Powinien o nim powiedzieć temu nieobliczalnemu rycerzowi? Czy może znowu tylko by go sprowokował?

W tym momencie szlachcic odwrócił się i mozolnie podszedł do swego bojowego rumaka. Koń przywitał go przyjaznym rżeniem. A w chwilę później dogonił go syn grabarza.

— Panie rycerzu — jeszcze tylko jedno pytanie, jeśli można.

Wyćwiczonym ruchem zbrojny umieścił ciężki, stalowy hełm na siodle. — Czego znowu? — warknął do Farina.

— Wy wiecie, kim jest ten czarny z haczykowatym nosem, prawda?

Rycerz zmierzył go błękitnymi oczami.

— Możesz mi wierzyć, im mniej o nim wiesz, tym lepiej dla ciebie.

— Ale on czegoś szukał, przy Gerlundzie i w jej chacie, i to dwa razy. Kim on jest? — Farin zapytał odrobinę zbyt natarczywie.

— I najwyraźniej niczego nie znalazł, inaczej nigdy by nie wykopał i nie zabrał jej ciała. To daje jakąś nadzieję.

— Kim on jest?

W pierwszej chwili Farin pomyślał, że rycerz zabije go na miejscu, bo jego potężne, obleczone w żelazne rękawice dłonie, zatrzymały się tuż przed farinową twarzą.

— Ciągnij! Pomóż mi zdjąć te świństwa!

Farin ze wszystkich sił chwycił metalowe obszycie prawej rękawicy, którą potem położył na dłoni. Drugą rycerz ściągnął sobie sam.

— Niewygodne gówno. No, to teraz jeszcze te dziadowskie buty — stęknął i popatrzył na nogi.

— To po co w ogóle je zakładacie? — wyrwało się Farinowi.

— Bo robią wrażenie na takich kurzych móżdżkach jak wy.

Farin poczuł jakąś nieznaną tęsknotę. Ten człowiek go fascynował, uskrzydlał, dawał wgląd w świat poza granicami Zgniłych Dołów.

— Panie rycerzu, czy moglibyście… sobie wyobrazić… żeby mnie… — wyjąkał.

— Oszczędź mi dalszego gadania. Muszę jechać.

Farin z zaciśniętymi ustami przełknął rozczarowanie. Jednak, jeśli rycerz sądził, że się podda ze względu na swoje pochodzenie albo ciągłe nieuprzejmości, to się mylił. Syn grabarza skrzyżował ramiona na piersiach i powiedział mocnym głosem: — Panie, nie odpowiedzieliście na moje pytanie. Kim jest człowiek w czerni?

Rycerz chwycił się pod boki.

— Jesteś najbezczelniejszym kretem, jakiego znam. Nie dociera do ciebie, że wcale nie mam chęci odpowiadać na twoje pytanie?

Ten rycerz wciąż jeszcze nazywał go kretem, a lekceważący ton przelał czarę goryczy. Farin nie mógł się powstrzymać.

— Jesteście, panie, rycerzem. Myślałem, że rycerze służą sprawiedliwości. Pomogłem wam, a wy nie chcecie mi nawet powiedzieć, kim jest ten człowiek.

Reszta wieśniaków stała przed kościołem i spoglądała podejrzliwie, żaden jednak nie odważył się podejść bliżej.

Zapadła cisza.

— Jesteś upierdliwy jak baba — skonstatował szlachcic. — Zmiataj.

Farin stał dalej tam, gdzie stał, ze skrzyżowanymi ramionami, patrzył pełen wyrzutu. Rycerz w pierwszej chwili go zignorował, dalej szykował się do drogi. Na jego czole pojawiły się zmarszczki. Ich milczenie było pełne wyrazu.

Szybkim ruchem rycerz chwycił Farina za brodę. — Posłuchaj, grabarzu. Jak dla mnie jesteś aż trochę za bystry. — Jego głos przybrał ton groźby. — A może to ty coś znalazłeś przy Gerlundzie? Jakiś pierścień, bransoletę, jakiś naszyjnik?

Farin znów poczuł, jak amulet wypala mu dziurę w piersiach. Zdawało mu się wręcz, że czuje zapach spalonej skóry. Przez chwilę rozważał nawet, czy nie przyznać się do wszystkiego i nie oddać rycerzowi sznurka z klejnotem. Jednak coś w środku kazało mu się zbuntować. Czy była to złość na niewdzięcznego rycerza? A może instynkt? Krnąbrność? Nieposłuszeństwo? Upór?

— Nie, nie znalazłem niczego podobnego — wymamrotał wreszcie, i brzmiało to nawet dość przekonująco.

Mężczyzna spojrzał na niego uważnie, potrząsnął głową i przytroczył rękawice do siodła. Potem zdjął nagolenniki i także je schował.

— Bywaj zdrów, krecie. — Rycerz wziął zamach nogą, wspiął się na konia i spojrzał z góry na chłopca. — Czyli interesuje cię człowiek w czerni. No dobrze. Miałeś zaszczyt spotkać Kruka, jednego z przywódców nekorian. To bezwzględny morderca, jeśli go ujrzysz ponownie, nie rozmawiaj z nim, tylko uciekaj, gdzie pieprz rośnie. I tak jestem zdziwiony, że was dotąd oszczędził. Być może nie chciał zostawiać zbyt wyraźnych śladów.

— Czego chcą ci nekorianie? — zapytał Farin.

— Twoja zuchwałość przewyższa nawet jeszcze twoją wścibskość, chłopcze — mruknął rycerz, ale dodał: — To dobrze zorganizowany kult, który oddaje cześć śmierci. Są już takie wsie na południu kraju, które ci fanatycy zrównali z ziemią tylko dlatego, że mieszkańcy nie chcieli odwrócić się od Boga. Nekorianie potrafią zapędzić mężczyzn, kobiety i dzieci do kościoła, zabarykadować drzwi i go podpalić.

— Musi się za tym kryć coś więcej — wyraził przypuszczenie Farin.

— I ja tak sądzę. A teraz — lepiej zapomnij o tym, co usłyszałeś. Cała ta historia znacznie cię przerasta.

Rycerz dał rumakowi ostrogę. Ani razu się nie odwróciwszy, ruszył na południe.

Farin gapił się na niego z otwartą gębą. Co ten rycerz powiedział o Kruku? Że to morderca? No jasne, Czarny aż emanował przebiegłością I grozą. Rzucał pogróżki także wobec Farina, który pamiętał każde jego słowo: „Najpierw zabiorę się za waszego klechę, potem za sołtysa. Na koniec przyjdę po ciebie.”

Amena nie było już trzy dni. Przypadek? W głębi serca Farin miał nadzieję, że kapłan naprawdę wyjechał gdzieś w interesach. Od czasu do czasu wsiadał w swoją bryczkę — jedyną we wsi — i ruszał do najbliższego miasta.

Gdy rycerz zniknął za horyzontem, Towarzystwo Fajczarzy Zgniłych Dołów nabrało odwagi, by wrócić do oberży. Nie zaszczycając Farina nawet spojrzeniem, przeszli obok niego pełni dumy, potem przez dziurę po drzwiach do „Ciepłego Browarka”, jakby nic się nie wydarzyło.

Na miejscu zostali tylko ojciec i sołtys; ten ostatni trzymał się za zakrwawioną skroń.

— Moim zdaniem specjalnie trzymałeś swoje obserwacje w tajemnicy, żebyśmy wyszli na głupich, synu grabarza — zadudnił w podzięce za uratowanie mu życia. — Nigdy ci tego nie zapomnę.

„Tyle podziękowań. Cóż za małoduszność.” Farin aż się przestraszył swoich myśli. W końcu po Amenie był to najważniejszy człowiek we wsi.

Sołtys podążył za pozostałymi do oberży.

Ojciec tylko pokręcił bezsilnie głową.

To milczenie poruszyło Farina bardziej niż krzyki albo plaskacz.

„Wiem, tato. Martwi są martwi. Zadawanie pytań szkodzi interesom. Ludzie zawsze umierają na serce.”

Mimo wszystkich nauk zapomniał o prastarych zasadach i zaczął odgrywać bystrzaka. Ojciec był zły. Bujak był zły. Zapomniał w trymiga, w jakim był niebezpieczeństwie.

Farin westchnął ciężko.

Stryszek

— AROOOOOSSSSSS!!

Dokładnie taki sam syczący dźwięk wydawało to obrzydlistwo nazywane owsianką, gdy zaczynało się rozgotowywać. Nic dziwnego, bo siostra przełożona gotowała się z wściekłości.

— Niech no tylko cię dopadnę, poobrywam uszy!

To brzmiało niebezpiecznie. Aros jak zawsze zręcznie i zwinnie jak zając zwiewała przez kuchenne drzwi na podwórze. Jej okrągła głowa z krótkimi włosami wyglądałaby bez uszu jak dynia, jak czerwonobrązowa dynia, gdyby ją w końcu umyła. Do tego jej stara filcowa czapka utraciłaby praktyczne oparcia z prawej i lewej strony, i zaczęłaby już stale spadać Aros na oczy. A kto wie, do czego jeszcze mogły się przydać małżowiny. Siostra przełożona do wieczora się uspokoi i przejdzie do swej ulubionej procedury. Ukarze Aros, bijąc ją kijem po dłoniach i palcach. Też nic przyjemnego, zwłaszcza że po poprzednim razie wierzch prawej dłoni wciąż jeszcze pobłyskiwał bladoniebiesko.

— Stój, wstrętna szczurzyco!

— Chciałabyś, stara sadystko — mruknęła niezbyt głośno, bo wolała nie denerwować swojej prześladowczyni jeszcze bardziej.

Szczurzyca z imponującą szybkością dotarła do rozpadającej się stodoły naprzeciwko sierocińca, która teraz służyła jako kurnik. Jeszcze kilka miesięcy temu mieszkał tu osioł w towarzystwie dwóch kóz. Ptaki głośnym gdakaniem wyraziły niezadowolenie, gdy Aros wpadła jak furia do ich domostwa, a potem wskoczyła na szczeble stojącej po prawej starej drabiny. Tak zwinnie i szybko, jakby miała cztery, a nie zaledwie dwie nogi, wspięła się na górę, otworzyła klapę na strych, przecisnęła się przez otwór i na wysokości czterech metrów wreszcie poczuła się bezpieczna. Tam siostra przełożona na pewno jej nie dopadnie, zwłaszcza że nadgniłe stopnie mogły się pod nią załamać. Sama by była sobie winna, tłusta krowa.

— Idziesz dziś spać bez kolacji, niecnoto! Za to możesz liczyć na dwadzieścia razów na dłoń, czekam w moim pokoju — złorzeczyła jeszcze przez chwilę, by niepocieszona odwrócić się sprzed drzwi stodoły i wrócić do kuchni, i do komenderowania dwiema służącymi.

— Phi! — rzuciła Aros, klęcząc, bo poddasze było tak niskie, że nawet ona nie mogła stanąć. Oparła się o jedną z poprzecznych belek i wsunęła nagie stopy w resztki siana, które walały się tu jeszcze gdzieniegdzie.

Od kiedy pamiętała, sierociniec w mieście Opoka był jej domem, i od kiedy pamiętała, siostra przełożona wymierzała jej razy. Zwyczajny porządek rzeczy, na którym można było polegać.

Wszystko zaczęło się jakieś czternaście lat temu — jedna ze służących odkryła na schodach wejściowych do sierocińca niemowlę, raptem kilkutygodniowe. Na wpół zagłodzone, na wpół zamarznięte, przykryte do połowy w na wpół przegniłej drewnianej skrzynce, tak niepozorne, że aż rzucało się w oczy. Uparcie odmawiało przy tym zajmowania się tym, czym niemowlęta w takich sytuacjach zajmują się z całą mocą: krzykiem. Dziewczynka nie wydawała z siebie choćby piśnięcia, gapiła się tylko uparcie w niebo. Na jednej z desek skrzynki widniało wypalone wielkimi literami słowo: AROS. I takie właśnie dostała imię.

Takim to sposobem Aros nie miała pojęcia, ani ile ma lat, ani nawet kiedy ma urodziny. W sumie nie miało to aż takiego znaczenia. Ważniejsze było dla niej to, ile jeszcze pożyje. Myśl może zaskakująca dla młodej dziewczyny, jednak ostatnio dzień w dzień coraz twardsze były jej zderzenia z życiem, pozostawiające coraz liczniejsze siniaki na ciele i duszy, więc coraz częściej zadawała sobie pytanie, ile to jeszcze może potrwać. Możliwości były tylko dwie: albo ona dostanie wciry, albo życie. Przy czym na dziś wieczór już je sobie zorganizowała. Tylko dlatego, że chciała zaiwanić kromkę chleba. Zasłużyła na cięgi, ale nie dlatego, tylko dlatego, że dała się złapać siostrze przełożonej. Aros wiedziała, że nie będzie krzyczeć, cokolwiek się zdarzy. Brak kolacji nie był znowu aż takim problemem, szczególnie że porcje w sierocińcu były niewiele większe niż mysie bobki — i tak samo smakowały. Na śniadanie podawano owsiankę z wodą, ale za to na kolację była woda z owsianką. Aprowizacja niedroga, a przy tym łatwa w przygotowaniu. Na obiad z kolei siostra przełożona częstowała rozwodnioną owsianką, chyba że akurat kulinarna fantazja podpowiedziała jej jeszcze tańsze rozwiązanie: nic.

Nic więc dziwnego, że Aros musiała wciąż organizować sobie jakieś dodatkowe wiktuały, żeby nie umrzeć z głodu. Nawet tu na górze chowała żelazną rezerwę — o, za tamtą belką choćby powinno jeszcze leżeć na wpół wyschnięte jabłko. Podczas gdy jej badawcze spojrzenie wędrowało ku zwieńczeniu szczytowej ściany, uwagę dziewczyny przykuł jakiś dźwięku z dołu. Położyła się na brzuchu na sianie i spojrzała spomiędzy desek. Jednak oprócz kurcząt spostrzegła jedynie Wilczura, starego myśliwskiego psa, który rozłożył się wygodnie w jednym z narożników. Najlepsze dni miał już dawno za sobą, jedno biodro zupełnie mu zesztywniało, ruszał się z wyraźnym trudem.

— Ej, Aros! Co znowu nawyprawiałaś? Znowu gwizdnęłaś coś do jedzenia? A może znowu nasikałaś siostrze przełożonej do wina? — U dołu drabiny pojawił się chłopak, z wahaniem rozglądał się na wszystkie strony. Oczywiście musiał to być akurat Gram, pupilek siostry przełożonej, z uszami wielkimi jak rozpięte żagle i brązowymi lokami. Szukał jej wzrokiem, ale nie odważył wspiąć się za Aros. Należał do najwredniejszych dzieciaków w całym sierocińcu. I rzecz nie do uwierzenia: przez wszystkie te lata nie dał siostrze przełożonej ani razu pretekstu do lania. Co za wstyd!

— Nie twoja sprawa, Gram. Zmywaj się! I to już! — poradziła mu z naciskiem. Gdyby poważył się wejść do jej królestwa, spuściłaby mu na łeb klapę albo zrzuciła go z drabiny, nie byłoby to zresztą pierwszy raz. Kosztowało to zwykle dwadzieścia uderzeń, ale było warto. Gram był starszy o co najmniej dwa lata i wyższy o co najmniej dwie głowy, ale Aros nie raz i nie dwa pokazała mu, że musi się z nią liczyć. Bo Aros była biedna jak mysz kościelna, a ze wszystkich rzeczy, których nie miała, dwóch brakowało jej w największym stopniu: butów i respektu.

— Zobaczysz, że jeszcze skończysz w rynsztoku.

Aros była pewna, że się przesłyszała. Gram brzmiał zupełnie jak siostra przełożona, tylko sto lat starsza. Przemawiał przez niego rozsądek, bleee!

— Oszczędź mi swoich mądrości. A teraz spadaj, idź sobie odpucować nogi. — Gram szczycił się tym, że jego stopy były zawsze wyszorowane i różowiutkie jak u noworodka. Prawda, że ułatwiały mu to buty z jeleniej skóry; Aros nie miała pojęcia, skąd je wziął.

Spojrzał na nią z pogardą.

— Zachowujesz się karygodnie i… ordynarnie.

Skąd on znał te wszystkie słowa?

— A ty jesteś do dupy, Gram. Spieprzaj wreszcie.

— Mam nadzieję, że siostra przełożona da ci dzisiaj nauczkę.

— Najpierw musiałaby mnie złapać, durniu.

— Ja mam cię złapać i przyprowadzić, obiecała mi nagrodę.

— Najpierw musiałbyś mnie złapać, durniu.

— Niby po co? I tak będziesz musiała wrócić wieczorem i odebrać swoją zapłatę. Inaczej nie wpuści cię do sypialni i ciekawe, co wtedy zrobisz.

Tutaj niestety miał rację. Aros zacisnęła swe małe dłonie w pięści. Wiedziała, że w bójce Gram jest groźnym przeciwnikiem. Pozbawiony skrupułów, za to z szerokimi barkami i silnymi ramionami, o dłoniach jak imadła: gdy już nimi ucapił, nie puszczał. Hultaj miał naprawdę dużo siły, zresztą trudno się dziwić, jako jedyny w całym sierocińcu dostawał tyle jedzenia, ile tylko chciał — naprawdę zasługiwał na nienawiść.

Nagle Gram przybrał minę pełną przebiegłości i złośliwości.

— Mam pomysł, jak cię zwabić na dół.

Podszedł do starego Wilczura i kopnął go z całej siły w długi pysk, który zmęczone zwierzę położyło między przednie łapy. Wilczur zaskomlał. Z bólu i ze strachu. Stał teraz przed Gramem, lekko pochylony, gwałtownie machając ogonem i z przepraszającą miną zlizywał krew z nosa. Jakby tego było mało, Aros widziała wyraźnie, że bardzo boli go biodro.

Biedny pies, był jeszcze głupszy niż Gram, który zamachnął się właśnie do drugiego kopniaka.

— Schodź albo go zakopię na śmierć!

Tę nienawiść w głosie naprawdę mógł już sobie darować. Z głośnym krzykiem Aros przedostała się przez dziurę w stropie i z ostatniego stopnia drabiny skoczyła prosto na Grama. Nie raz już tak skakała, chociaż dotąd zawsze radośnie na wielką górę siana, a nie nienawistnie na człowieka. Z wyprostowanymi ramionami, palcami zmienionymi w szpony, oczami i ustami szeroko otwartymi z wściekłości, wylądowała prosto na nim, przewróciła siłą uderzenia i nawet udało jej się jeszcze z całej siły wbić mu kolano pod brodę. Szczęka Grama zachrupotała, zęby strzeliły o zęby, przewrócił oczami. Najwyraźniej zupełnie nie spodziewał się takiego nalotu z ponad dwóch metrów, przy którym Aros sama mogła sobie skręcić kark. Bombardowała go piąstkami po twarzy, aż z ust i nosa zaczęła mu płynąć jasna krew. Aros wiedziała, że każdy atak z zaskoczenia musiał się zaskakująco szybko skończyć. Odskoczyła więc pospiesznie i wspięła się z powrotem na drabinę. Trochę bolało ją kolano, ale ból osładzała myśl, że wreszcie wbiła coś temu bydlakowi w jego pusty łeb.

A przy tym jedno się nie zmieniło: on dalej był na dole, a ona — na górze. Tyle tylko, że Gram leżał na plecach, jęcząc i krwawiąc. Przestraszony Wilczur wcisnął się jak mógł najgłębiej w swój kąt.

Najsympatyczniejszym głosem, jakby chciała prosić Grama o przysługę, Aros powiedziała: — Dobrze mnie posłuchaj, Gram. Jeśli jeszcze raz dotkniesz Wilczura, zabiję cię.

Pies na dźwięk swego imienia zamerdał ogonem.

— Zwariowałaś, kompletnie zwariowałaś — zajęczał chłopak. Podniósł się powoli i rękawem wytarł sobie krew z twarzy.

Aros była niemal pewna, że nie zakapuje na nią u siostry przełożonej ani u nikogo innego; w końcu to wstyd, że taka chuda, drobna… ordynarna dziewczyna pobiła takiego rębajłę. Patrzył za nią przekrwionymi, pełnymi nienawiści oczami, ale przecież to nie nienawiść wzięła w nim górę, tylko strach. Osiłek Gram się bał. Nie jej, tylko jej nieobliczalności. Aros nie była pewna, czy naprawdę potrafiłaby go zabić. Nigdy nikogo nie zabiła i bynajmniej nie odczuwała takiej chęci. Nie lubiła broni, sztyletów ani mieczy. Ale Gram tego nie wiedział — a to było najważniejsze. Podniósł się, jęcząc i przyglądając Aros kątem oka, z wysuniętą dolną wargą. Powoli, starając się zachować resztkę godności, strząsnął brud i siano z ubrania i wyszedł ze stodoły bez słowa.

Kiedy zniknął z horyzontu, Aros wychynęła ze strychu.

— Słuchaj, Wilczurze. Następnym razem nie możesz mu pozwalać na wszystko, tylko masz ugryźć łajdaka z całej siły w nogę.

Jakby na potwierdzenie Wilczur ponownie zamachał ogonem i polizał się po siwym pysku.

To nie przekonało Aros. — Wierz mi, kolego, machanie ogonem to za mało, żeby dać sobie radę w tym świecie. Musisz gryźć, gryźć, gryźć. — Wręcz krzyknęła na biednego psa. Tak głęboko wierzyła w to, co mówi, że brzmiała przekonująco nawet mimo swego wysokiego głosu. W każdym razie Wilczur wolał schować się za wielkimi łapami.

Zadowolona ze zwycięstwa nad Gramem Aros rozłożyła się na sianie. Najchętniej nie ruszałaby się stąd do końca swych dni, jednak doświadczenie życiowe pouczało, że w którymś momencie będzie musiała pójść za potrzebą oraz przynieść sobie coś do jedzenia. Poza tym siostra przełożona już jej groziła, że pewnego dnia wykurzy ją ze stryszku ogniem. Był to pomysł, który nie spodobałby się również tym dwóm tłustym pająkom umiejętnie przędącym sieci między dwiema belkami poddasza. Aros nazwała je Stuk i Puk, bo wciąż stukały i pukały tymi swoimi szesnastoma nogami.

Wsunęła sobie w usta źdźbło słomy, kierując jego końcówkę to w górę, ku oczom, to w dół, gdzie uderzała ją w brodę. Już samo to wywołałoby meczenie tej starej kozy. „Dziewczynie nie wypada żuć trawy!” Aros lekceważąco wyciągnęła język, nie pozwalając przy tym, aby źdźbło odkleiło się od ust. Dziewczynie wypadało robić wyłącznie rzeczy, które nikomu nie sprawiały żadnej przyjemności. Dziewczyna nie wspinała się na stryszek — ale szczurzyca już mogła. Jakby na potwierdzenie z tyłu dał się słyszeć szelest, wytężyła wzrok w poszukiwaniu ostrego pyska, guzików oczu i długiego ogona, jednak bez skutku. Aros i za sto lat nie zadowoli tej spasionej siostry przełożonej, tym bardziej, że najwyraźniej wielką przyjemność sprawiało tej sadystce spuszczanie jej lania.

Co teraz? Mogła iść do portu, ukraść trochę rybich odpadów. Poza tym słyszała, że Matylda pracuje teraz na Czwartym Nabrzeżu. Aros uważała ją za kogoś w rodzaju przyjaciółki — w każdym razie wychowywały się razem w sierocińcu, aż któregoś dnia, przed niecałym rokiem, siostra przełożona oddała Matyldę i jeszcze jakąś dziewczynę do zamtuzu. Przyszedł wówczas jakiś człowiek z grubym brzuchem i grubym portfelem, a poszedł z grubym brzuchem i chudym portfelem. Przy okazji zabrał ze sobą obie dziewczyny jak dwa kurczaki. Jennie i Matylda były o dwa lata starsze od Aros, więc spodziewała się, że najpóźniej za rok spotka ją ten sam los. Perspektywa ciężkiego trzosa i dopłaty z miasta do każdej sieroty — tylko to powstrzymywało siostrę przełożoną przed zatłuczeniem Aros na śmierć albo wysłaniem jej do diabła. U którego zresztą pewnie żyłoby się jej trochę lepiej.

Królowa szczurów

Aros postanowiła, że sprawdzi, co słychać w porcie. Podciągnęła się na belce, przecisnęła przez dziurę między przegniłymi dachówkami i przebiegła tanecznym krokiem po gzymsie do gałęzi starego buku. Chwilę później długi konar pochylił się pod jej ciężarem, pozwalając delikatnie zeskoczyć na ziemię. Aros pobiegła, zwyczajem szczurów. Miała po prostu chodzić? Nie o to chodziło. W Opoce Aros znała każdy zaułek i przyczółek, a im był brudniejszy, im gorszą się cieszył sławą — tym lepiej. W końcu miejski sierociniec znajdował się w samym środku Starego Miasta. Jakiś nieogarnięty gość z daleka mógłby mylnie kojarzyć „Stare Miasto” z tradycją i rzetelnością. Tymczasem było to miejsce pełne szumowin, brudu i plugastwa. Nie miało to znaczenia, czy rankiem mieszkańcy opróżniali swoje nocniki bezpośrednio na ulicę — czy też nie. Nie miało to znaczenia, czy w rynsztoku albo w fosie lądowały wszystkie możliwe brudy tego miasta — czy też nie. Nad śmierdzącymi kanałami prowadziły na wpół zmurszałe deski. Brud przywoływał brud, więc w ostatnich latach osiedlali się tu głównie garbarze, farbiarze i rakarze. Dla nieogarniętego gościa z daleka śmierdziało tu nieziemsko, dla Aros był to zapach swojskości. Aros tu właśnie dorastała, wśród brudu i ścieków — konkretnie dorosła do metra i pięćdziesięciu centymetrów, bez butów. Bo zawsze biegała po tej stajni Augiasza na bosaka. Czy ktoś widział kiedyś szczura w butach? Stopy miała czarne aż po same kostki, brud dawał najlepszą ochronę. Jakiś nieznajomy chłopak nazwał ją kiedyś „Aros Brudnostopa, Królowa Szczurów”. Na takie miano trzeba było sobie zasłużyć. Wzięła to za dowód szacunku, w końcu to nie król panował w tym mieście, tylko szczury. Wszędzie było ich pełno, w zaułkach, w piwnicach, kanałach i rowach. Na jednego człowieka przypadało ich ze sto, a były to żywotne bestie. Mówiło się, że żeby zabić szczura, potrzeba trzynastu ciosów. Zwierzętom nie przeszkadzały ekskrementy, w przeciwieństwie do ludzi, którzy zdychali we własnych nieczystościach. Aros nie miała pojęcia, ilu padło ofiarą warunków panujących na Starym Mieście. Ilu cierpiało na ciągłą biegunkę i wymioty. Bolesne doświadczenie wcześnie nauczyło ją, by nie pić wody z lokalnej studni. Niby jak miała być czysta, skoro czerpano ją spośród brudu i fekaliów? Najlepszym dowodem była sama delikatna siostra przełożona, która wody ze Starego Miasta nawet nie dotykała. Właśnie dlatego Aros pod ścianą strychu schowała niewielki worek na wodę, który ukradła dwa lata wcześniej na rynku. Przynosiła w nim sobie wodę z Górnego Miasta, ze studni koło dzielnicy rzemieślniczej.

Po niedługim czasie dotarła do dzielnicy portowej. Przyklejona do wysokich murów miejskich stała wielka hala targowa, prostokątny namiot z woskowanego płótna żaglowego, wspierającego się na drewnianych belkach. Rybacy dawno zdążyli powrócić z morza, teraz w najlepsze trwał już handel. Aros lubiła te ogłuszające krzyki sprzedawców. Aż do następnego poranka ryby nigdy nie były tak tłuściutkie, świeżutkie i tanie. Założyła filcową czapkę głębiej na uszy, dzięki temu wydawała się starsza. Przeciskała się przez tłum, rozdzielając niezbyt silne, ale kąśliwe kuksańce, czasem odpychając kogoś lekko na bok, nawet jeśli był dwa razy większy i cięższy od niej. Kwestia impetu, odpowiedniej techniki i oczywiście — siły charakteru.

— Bezwzględna suka! — zaklęła jakaś kobieta.

No właśnie — to była także kwestia bezwzględności.

— Najtłustsze węgorze Morza Północnego! — zachwalał swoją zdobycz jakiś rybak, za którym piętrzyły się przerdzewiałe pułapki. — Młoda damo, jak dla was — jedyne pięć miedziaków za cztery.

Stoisko obserwowała kobieta w kapeluszu z kolorowymi piórami, najwyraźniej jakaś szlachcianka, która z niezrozumiałych przyczyn sama przyszła na zakupy, zamiast wysłać na nie kogoś ze służby. Wyglądała na niezdecydowaną i niedoświadczoną — idealna ofiara dla sprytnego kupca.

— Dobry człowieku. Tuszę, iż wasza cena nie jest w pełni adekwatna do asortymentu.

Aros przewróciła oczami. Czy naprawdę usłyszała słowa „dobry człowieku”? Takiego zwierzęcia tu nie ma. I w ogóle co to jest „asortyment”?

Jednak pytania te nie powstrzymały jej przed wspięciem się na czubki palców i wyszeptaniem do ucha kobiety: — Jeśli mi dacie miedziaka, wytarguję wam cenę do dwóch.

Dama zaskoczona odwróciła się do Aros, zmarszczyła brwi, a nawet oczy.

No nie, ta panna nigdy jeszcze nie wsadziła sobie słomy między zęby ani nie skoczyła na siano ze stryszku. Nieważne. Aros zwietrzyła możliwości uczciwego zarobku. — To co? Działamy? Zobaczycie…

Kobieta zmierzyła Aros wzrokiem jednocześnie pełnym fascynacji i wstrętu, a potem niedbale skinęła głową.

— Cztery sztuki za jedyne pięć miedziaków — powtórzył sprzedawca.

To był idealny moment. Aros wybuchła: — COOOO? To rozbój w biały dzień! Te węgorze są mniejsze niż twój kutasik! Dam ci dwa miedziaki za pięć tych pokurczy.

Kobieta, najwyraźniej pod wrażeniem takich umiejętności negocjacyjnych, skrzywiła usta. Wyglądała, jakby nagle przeszedł jej apetyt na węgorze. Czerwona na twarzy zniknęła w tłumie, a Aros poczuła się milcząco zwolniona ze swoich plenipotencji.

Podobnie widział to kupiec: — Precz stąd! Jeśli jeszcze raz wściubisz nos w moje sprawy, to mnie popamiętasz! — zagroził.

— Jak będziesz miał porządne ceny za te swoje zabiedzone padalce, to może je nawet sprzedasz. — Aros nie miała zamiaru dać się zastraszyć komuś takiemu. Pokazała cymbałowi język i powłóczyła się dalej. Akurat gdy zamierzała sprawnym ruchem bioder przestawić jakiegoś zawalidrogę, usłyszała obcy głos, wołający ją po imieniu: — Aros!

Dziewczyna odwróciła się, to imię znało tylko niewielu ludzi. Na ziemi, ze skrzyżowanymi nogami, siedziała oparta o mury miejskie stara kobieta. W chudych dłoniach niepewnie obracała miskę z resztkami sera. Nosiła chustę na głowie, spraną sukmanę i sandały, o wiele na nią za duże. Ich spojrzenia się spotkały i nie mogły już się od siebie oderwać. Ręce starej przestały się trząść, nagle wyprostowała się jak struna, dziewczyna poczuła, jakby kobieta wessała się w nią całą mocą. Cały czas patrzyła Aros prosto w oczy, machnęła prawą ręką, a potem kilkakrotnie zgięła i rozprostowała palec wskazujący, wreszcie pokazała, by dziewczyna usiadła obok.

— Podejdź do mnie. — Zmarszczki i bruzdy na jej twarzy przybrały grymas zadowolenia, poprawiła sobie kosmyk siwych włosów. — Ty jesteś tą dziewczyną z sierocińca. Ty jesteś Aros.

No pięknie, to ci nowina! Czy to miał być komplement, czy może jakiś zarzut? Bo ton głosu niczego nie zdradzał. Coś kazało Aros pozostać na miejscu, nieufnie zapytała: — A nawet jeśli, to kto pyta?

— Wiedziwa.

Mowa-trawa, gadka szmatka — byle nic nie powiedzieć. To było naprawdę wkurzające. — Gdybyś wiedziała cokolwiek, nie siedziałabyś tu na gołej ziemi, żeby wyżebrać kawałek starego sera. Tak robią tylko ludzie, którzy nie mają pojęcia, nie mają pieniędzy i w ogóle niczego nie mają. I gówno wiedzą.

Ha, niezła mówka, pomyślała Aros. Zobaczymy, co na to odpowie Wiedziwa.

Ale stara, zamiast wpaść w złość, uśmiechnęła się.

— Jesteś silna, tak jak się tego spodziewałam, dziecko. Zaufaj mi — mam bowiem coś, czego potrzebujesz, aby także wiedzieć.

— No proszę! A konkretnie?

Rozmowę przerwał szorstko jakiś mężczyzna. — Z drogi, dziewko! — Odepchnął Aros na stronę, tak że omal nie straciła równowagi.

Przecisnęła się i usiadła koło Wiedziwy; szczury były bardzo ciekawskie. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, by porozmawiały sobie bez obaw, że ktoś je usłyszy. Aros ze zdziwieniem stwierdziła, że stara poruszyła w niej jakąś strunę, o której dziewczyna sądziła, że nie da się jej poruszyć. Taką, która grała muzykę przyszłości.

— No dobra, to czego potrzebuję? — Aros zrobiła swoją szczurzą minę: ostry nos, ostre usta i uszy.

— Dziecko! Znalezienie cię kosztowało mnie pięć lat życia. Posłuchaj mnie teraz dobrze i weź na poważnie to, co ci powiem. Nie wiesz, kim jestem. — Głos staruszki wcale nie był słabowity ani zgorzkniały, ale raczej jasny i dobitny, oczy błyszczały zielonkawo.

Dziewczyna pomyślała na głos: — Jestem Aros Brudnostopa, Królowa Szczurów. A ty potrzebowałaś pięciu lat, żeby mnie znaleźć? Przecież mieszkam w sierocińcu na Starym Mieście. To nie jest zbyt dobra kryjówka.

— Najpierw musiałam się dowiedzieć, kim jesteś, a potem — gdzie jesteś. A teraz czas sprawdzić, czym jesteś.

Aros już nawet nie przewróciła oczami, same to zrobiły.

— To proste. Wiem dokładnie, czym jestem. Sierotą! A twoje gadanie niczego tu nie zmieni.

— Kluczem jest przyszłość!

Aros nie zastanawiała się ani przez moment.

— Teraźniejszość jest do dupy!

— Bez teraźniejszości nie ma przyszłości!

Wiedziwa na wszystko miała nic nieznaczącą odpowiedź.

— Aros! Brakuje ci już tak niewiele, drobiazgu, abyś zobaczyła. — W zielonych oczach starej zatańczyły czerwone iskierki. — Przyjdź do mnie po to w płonącą noc. Ale tylko wtedy! Nie musisz się bać ani niczego wstydzić, wszystko jest w porządku.

— Co to za drobiazg? — Aros traciła cierpliwość, taka bezsensowna paplanina przyprawiała ją o zawroty głowy…

— Dziecko, gdy nadejdzie ten moment, Ząb Czasu cię poprowadzi.

Stara nadal przyjaźnie się uśmiechała. Naprawdę miły uśmiech. Taki, jaki nieczęsto się spotyka w świecie dorosłych. Aros nigdy nie ufała do końca uśmiechom, bo jedynie z rzadka radość potrafiła dotrzeć z kącików ust po same oczy.

Dziewczynie zdawało się, że drepce w miejscu, uczucie bardzo nieprzyjemne, zwłaszcza dla szczurzycy, bo szczury lubią pozostawać w ruchu. — A skąd będę wiedziała, że to ten moment? — spytała niecierpliwie.

— Słuchaj… — stara ściszyła głos. — słuchaj zewu czarownic.

Tego było już za wiele dla Aros. Jak na swój wiek przeżyła wystarczająco dużo w tym smrodzie, ze wszystkimi tymi wariatami dookoła. Jednak ta stara kobieta wyzwalała w niej zupełnie nowe uczucie strachu: z jednej strony była spowita jakąś dziwną aurą, której Aros nie mogła się oprzeć, a z drugiej — opowiadała jakieś ambaje. Ząb Czasu i Zew Czarownic. Zbyt to wszystko pokręcone, zbyt mgliste i zbyt zwariowane.

Przesunęła się do przodu i wstała.

— Muszę już iść.

Stara ponownie się uśmiechnęła: — Wszystko zrozumiesz, gdy przyjdzie czas. Przepraszam za moje metafory.

— No właśnie! Twoje meta...stwory nie napełnią mi brzucha. Mogłabyś mi oszczędzić tych zagadek. Mi wystarczy wiedzieć, gdzie znajdę coś do jedzenia.

— Na jedzeniu nie będzie ci zbywało. Będziesz miała zupełnie inne zmartwienia. — Przez jej palce przetoczył się srebrnik, który rzuciła Aros.

Dziewczyna złapała monetę jedną ręką i mocno zamknęła w pięści. Wreszcie język, który rozumiała! I to nie tylko ona, lecz także wszyscy ci sprzedawcy najróżniejszych pyszności, którymi można było sobie napchać żołądek.

Czemu ta cała Wiedziwa przesiaduje w błocie z kilkoma kawałkami starego sera, a potem rzuca wokół siebie pieniędzmi?

Gdzie był haczyk, na czym polegał ten handel? Miałaby może w zamian usiąść i wysłuchać kolejnych przemądrych mądrości? Dajmy na to: „Nie wierz we wszystko, o czym pomyślisz” albo „Pamiętaj, dziecko, by zawsze słuchać głosu serca”. A przy tym Aros nie wierzyła nikomu i w nic, a słuchała wyłącznie głosu żołądka, bo gdyby nie to, dawno by już umarła z głodu w tej dziurze. Jej świat składał się z brudu. Perfumowana paplanina — to był świat wyperfumowanych fircyków z zamku.

Zastanowiła się. W sumie za sztukę srebra była gotowa sporo znieść, poza tym miała poczucie, że też musi wnieść jakiś wkład. — Ja także mam dla ciebie metastwora: Ja nigdy nie macham ogonem, tylko zawsze gryzę, gryzę, gryzę. Aż do końca! — Aros podskoczyła.

Uśmiech zniknął z twarzy starej. — Wiem. Masz tysiąc zębów, Aros, więcej niż rekin. Będziesz moją następczynią. Nie zapomnij moich słów, moja śmierć nie pójdzie na marne.

Na takie dictum Aros już naprawdę nie wiedziała, co powiedzieć.

— Wiem, to za dużo jak dla ciebie. — Zmarszczki na czole kobiety zrobiły się głębsze i liczniejsze. — A zatem nazywasz siebie Aros Brudnostopa, Królowa Szczurów i gryziesz, zawsze gryziesz. W takim razie zadbam o to, abyś w dniu tysiąca ukąszeń, w największej potrzebie, myślała o mnie. Jednak będę mogła ci pomóc tylko jeden, jedyny raz, potem będziesz już zdana tylko na siebie. Wtedy właśnie przypomnij sobie wszystko, o czym rozmawiałyśmy.

Na moment położyła dłoń na piersi dziewczyny. Aros poczuła mrowienie i z trudem oparła się odruchowi strząśnięcia z siebie obcej ręki. Nie lubiła, gdy ktoś ją dotykał. Stara podniosła kościsty palec wskazujący. — Jeszcze jedna ważna wskazówka: Odszukaj Zaklinacza Kości.

Uff, teraz już naprawdę wystarczy, nawet za takie pieniądze. Aros poczuła swędzenie w nogach, chciała już tylko uciec i jak najszybciej zapomnieć o starej.

— Dziękuję za srebrnika. Muszę uciekać.

Oblicze kobiety zmieniło się na moment. Zamknęła oczy, a na jej twarzy zatańczyły cienie. Pojawił się jakiś zachwyt, potem uniesienie. Kobieta otworzyła powieki, Aros mrugnęła, przez chwilę widziała tylko żółte migotanie. Ale może tylko tak się ułożyło światło. W chwilę później oczy znów świeciły zielonym blaskiem, stara uśmiechnęła się z wyrazem szczęścia w oczach, jakby ktoś zdjął z niej potężne brzemię. Rozłożyła dłonie i wyszeptała: — Teraz jestem gotowa.

„Tylko z daleka od tej wariatki”, pomyślała Aros. Mocno ściskając w dłoni srebrną monetę, przeczołgała się między jakimiś nogami. Ignorując oburzenie ich właściciela, dziewczyna wydostała się z hali. Tutaj też wzdłuż Nabrzeża przewalały się tłumy. O tej porze port zawsze był wypełniony ciżbą. Łodzie żaglowe huśtały się na przystani, między masztami szybowały mewy, tu i tam, w tę i z powrotem, zawsze w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.

„To tak jak ja. Skrzydlate szczury”, pomyślała Aros i obejrzała się tęsknie za jednym z tych wielkich ptaków, które szerokimi uderzeniami skrzydeł manewrowały z gracją po niebie.

Aros lubiła tę mieszankę zapachów ryb, dymu, potu i soli. W porównaniu do smrodu kloaki wokół sierocińca miała w sobie jakąś świeżość, obcość i przestrzeń.

Okrągły srebrnik — za to mogła napchać sobie brzuch na cały tydzień. Cała w skowronkach przypomniała sobie, że właściwie szukała Matyldy. Mimo chłodnego wiatru dziewczyny stały skąpo ubrane na Czwartym Nabrzeżu, które było głównym punktem wymiany wszelkich usług cielesnych w mieście. Aros wiedziała dość szczegółowo, jak tu się wszystko odbywa, chociaż właściwie wcale nie chciała tego wiedzieć. Wyciągając szyję, szukała Matyldy.

— Czego tu chcesz? — syknęła nagle jakaś korpulentna kobieta z podłużną blizną na policzku. — Czwarte Nabrzeże jest własnością Żniwiarzy. Zresztą takiej skóry i kości jak ty i tak żaden facet by nie dotknął.

Czy miała tracić czas i nerwy na tę tłustą fretkę? Aros uznała, że nie ma to sensu i po prostu poszła dalej. Cóż królowej szczurów mogło szkodzić, co gada o niej jakieś robactwo? Ledwie minęła grubą, już zapomniała o całym zdarzeniu, zwłaszcza że na końcu Nabrzeża wreszcie znalazła Matyldę.

— Matti, wyglądasz okropnie — stwierdziła Aros na powitanie.

Niewielka twarz Matyldy nieco pojaśniała, jednak z wyjątkiem prawego oka, pod którym widniało limo od pobicia. Niegdyś wesołe oczy dziewczyny sprawiały teraz wrażenie mętnych jak woda w studni Starego Miasta. Na rękach i nogach siniaki przechodziły w pręgi.

Dziewczyny objęły się.

— Cześć, Aros — wyszeptała Matylda. — Nie powinnaś tu przychodzić. Obie będziemy miały poważne kłopoty.

— Kto ci to wszystko zrobił? — zapytała Aros, jakby nie zrozumiała ani słowa.

— Ochroniarz, do którego jestem przydzielona — wiesz przecież, że oni tutaj rządzą! A przede wszystkim kasują pieniądze.

Aros przyjrzała się przyjaciółce, marszcząc brwi. W ciągu kilku miesięcy postarzała się o lata, a jej twarz szpecił dodatkowo krzywy, zakłamany uśmiech dorosłości. Ostatnio tłumaczyła Aros, że musi zawsze się uśmiechać, żeby mężczyźni zabierali ją ze sobą.

— A kto cię chroni przed ochroniarzami?

Matylda spojrzała smutno.

— Aros, uciekaj, póki możesz. Po prostu weź nogi za pas, z dala od tej szalonej siostry przełożonej, zanim cię sprzeda do tego piekła. Wyjedź z miasta. Jeśli ochroniarze raz już zagną na ciebie parol, przegrałaś — wtedy lepiej, żebyś już była martwa. — Ostatnie słowa przeszły w szloch przeplatany jękiem.

Aros nie była tym specjalnie zaskoczona, znała zasady panujące na Starym Mieście i ciemne interesy zawierane w porcie. Jednak godny pożałowania stan Matyldy i jej ostre słowa dotknęły ją bardziej, niż by chciała.

— Mam jakieś pieniądze, chcesz trochę? — zapytała.

Po tych słowach oczy Matyldy stały się jeszcze bardziej wilgotne. Głosem, którego Aros nigdy jeszcze u niej nie słyszała, wyszeptała: — Nie masz wystarczająco. Tu wszystko odbywa się jak w tej historii z krwawiącym olbrzymem, zawsze za mało i nigdy niewystarczająco. — Wytarła sobie twarz, rozmazując przy okazji grubą warstwę szminki wokół oczu. — Jak z tym olbrzymem… nie mam wystarczająco dużo krwi… nigdy… nie wystarczy.

W ich kierunku zbliżał się postawny mężczyzna w brzęczącej kolczej zbroi. Szedł szerokimi krokami, znamionującymi siłę, jakby brodził po kolana w wodzie.

W oczach Matyldy pojawiło się przerażenie.

— Zostaw mnie w spokoju, Aros! Uciekaj jak najszybciej! Tam idzie mój ochroniarz, Rakarz.

Przy pasie mężczyzny huśtały się miecz, pałka i bat.

— Ty, tam — masz pracować, a nie gadać jak przekupka.

Uderzył bez ostrzeżenia, płaską dłonią, aż huknęło. Matylda krzyknęła z bólu.

Rakarz zwrócił się do Aros. — A ty, chudzino, zmykaj stąd. Jesteś jeszcze za młoda i… za brzydka, ściągniesz na nas tylko kłopoty z miastem. — Spróbował kopnąć Aros, jednak ta zwinnie odskoczyła. Sięgnął do pasa po bat. Aros nie miała już wyboru — pobiegła z powrotem, wzdłuż Nabrzeża. W tej chwili nie mogła pomóc Matyldzie, jednak postanowiła zapamiętać sobie tego Rakarza i nie zapominać, dopóki mu nie odpłaci pięknym za nadobne.

„Krwawiący olbrzym”. Przerażający szept Matyldy utkwił w głowie Aros jak te gęste pajęczyny na strychu. Po szczupłych plecach przeszedł ją dreszcz, musiała się otrząsnąć. Siostra przełożona rok w rok opowiadała dzieciom w sierocińcu historię krwawiącego olbrzyma: pewnego razu w Górach Grochowych żył olbrzym. Aros nie miała pojęcia, gdzie leżą Góry Grochowe, ale to akurat nie miało większego znaczenia dla tej historii. Siostra przełożona opowiadała, jak wyglądał. Oczywiście był olbrzymi, miał ponad sześć metrów wzrostu i był silny jak dwadzieścia jeden niedźwiedzi. Dlaczego akurat dwadzieścia jeden — trudno było powiedzieć, ale to też nie miało większego znaczenia dla tej historii. Olbrzym mieszkał w spokoju w swojej górskiej jaskini, a łagodny charakter powodował, że nigdy nikomu nie uczynił krzywdy, zawsze był miły dla wszystkich.

Gdy Aros pierwszy raz słuchała tej historii, pomyślała sobie, że to był kochany olbrzym. Wspaniale!

Jednak siostra przełożona powoli przechodziła do rzeczy. Pewnego dnia olbrzym zobaczył w dolinie córkę króla. Wyglądała przez okno karety i wtedy to się stało. Olbrzym zakochał się w dziewczynie od pierwszego wejrzenia i to od razu śmiertelnie.

Dla Aros pozostawało zagadką, jak można się tak bardzo zakochać w kimś, kto po prostu przejeżdża obok karetą, ale również i to nie miało specjalnego znaczenia dla tej historii.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 64.36