E-book
13.65
drukowana A5
72.11
Sydonia z Wilków Borków

Bezpłatny fragment - Sydonia z Wilków Borków


Objętość:
622 str.
ISBN:
978-83-8221-303-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 72.11

I

Spośród wszystkich procesów wiedź, z którymi się zapoznano, nie wiele osiągnęło taką sławę, jak proces pani kanoniczki z Pomorza, „Sidonii” von Bork. Została oskarżona o to, że przez swoje czary spowodowała bezpłodność w wielu rodzinach, szczególnie w starożytnym panującym domu Pomorza, a także zniszczyła najszlachetniejsze potomstwo tego domu, przez ich przedwczesną śmierć.

Niezależnie od wstawiennictwa i błagań księcia Brandenburgii i Saksonii oraz szlachty zamieszkałej na Pomorzu, została ona publicznie stracona za te zbrodnie 19 sierpnia 1620 roku, na publicznym stojaku i na stosie w Stettin. Jedyną przyznaną jej przysługą, było to, że najpierw została ścięta, a potem spalona.

Ten okropny przykład wywołał taką panikę z przerażenia, że współcześni autorzy nie ośmielali się, by wspominać jej imię, a kiedy musieli, to podawali tylko jej inicjały. Ta wyrozumiałość wynikła też z szacunku do starożytnego rodu von Bork, którzy wtedy, jak i teraz, byli jednymi z najwybitniejszych i najbogatszych rodów na ziemi. A także przed strachem z powodu obrażenia panującej rodziny książęcej — jako czarodziejki — bo w młodości pozostawała ona w bardzo bliskim i czułym związku z młodym księciem Ernestem Ludwikiem von Pommern — Wolgast.

Powody te były wystarczające i zrozumiałem ich wszystkich, tych, którzy byli zaznajomieni z obrzydzeniem i niechęcią, w jakiej tkwili w tym wieku kochankowie zła, tak, że nawet na stojaku tortur nie omawiano tych tematów.

Pierwsze publiczne, sądowe, ale nie wiążące sprawozdanie z procesu Sydonii znajdowało się w Pomorskiej Bibliotece, Dahnert, IV tom, artykuł 7, numer z lipca 1755 roku.

Dahnert przyznał tutaj, że na stronie 241, liczby od 302 do 1080 — zawierające zeznania świadków, nie pochodziły z jego czasów, ale że ksiądz w Pansin, niedaleko Stargard, z imienia Justus Sagebaum, udawał, że je ma w jego rękach i odpowiednio w V tomie wyżej wspomnianego czasopisma, pojawiają się z nich bardzo ważne wyciągi.

Jednak owe rekordy ponownie zniknęły na prawie sto lat, aż Barthold ogłosił niedługo po tym, że w końcu odkrył je w bibliotece berlińskiej, ale nie wskazał, które podług Schwalenberga, który cytował Dahnerta, o istniejących dwóch lub trzech różnych egzemplarzach. A mianowicie: Protocollum Jodoci Neumarks, tak zwane Acta Lothmanni, i Adami Moesters — sprzecznych ze sobą w najważniejszej sprawie.

Niezależnie, czy zaczerpnąłem historię mojej Sydonii z jednego lub drugiego lub wreszcie z tego samego, który był najdłużej znany, to powinienem pozostawić to niezdecydowanie.

Każdy, kto słyszał o animadwersjach, które ekscytowały w: „Amber Witch”, to potem twierdził, że była to tylko „ubrana” historia, chociaż wielokrotnie zapewniałem, że to była zwykła fikcja, wybaczcie mi jeśli tutaj nie stwierdziłem wyraźnie o tym, czy historia Sydonii była faktem, czy fikcją.

Prawdę o użytym materiale, a także o treści formalnej, każdy może sprawdzić, odwołując się do organów, które wymieniłem. I w związku z tym muszę jedynie zauważyć, by oszczędzić czytelnikowi wszystkich trudności, które mogą się pojawić dla jego oka i ucha, w wyniku staromodnego sposobu pisania, to zmodernizowałem ortografię i poprawiłem gramatykę i strukturę fraz.

I wreszcie ufam, że wszyscy sprawiedliwi myśliciele każdego stanu wybaczą mi, że tu i tam, przedstawiłem moje nadprzyrodzone poglądy na chrześcijaństwo.

Zasady człowieka przedstawione w jego filozoficznych pismach, są na ogół czytane tylko przez jego własną partię, a nie przez jego przeciwników.

Racjonalista odleci z książki nadprzyrodzonej tak szybko, jako ten ostatni od jednego z Przyjaciół Światła. Ale przedstawiając moje poglądy w sposób, w jaki to przyjąłem, zamiast publikować je w odrębnym tomie, ufam, że tedy wszystkie strony zostaną skłonione do ich przejrzenia, i że wiele osób znajdzie nie tylko co jest godne szczególnej uwagi, ale także sprawi do głębokiej i poważnej refleksji.

Teraz muszę opisać istniejące portrety Sydonii.

O ile mi wiadomo istnieją trzy z nich (oprócz niezliczonych szkiców), jeden w Stettin, drugi w dolnośląskim miasteczku Plathe, trzeci w Stargard, niedaleko Regenwalde — w zamku hrabiego von Bork. Znam tylko ostatni obraz i zgadzam się z wieloma, uważając, że jest to oryginał.

Sydonia była w nim zaprezentowana w sile dojrzałej urody, złota siatka była naciągnięta na jej prawie złoto — żółte włosy, a jej szyja i ręce były obficie pokryte klejnotami. Jej gorset z jasnego fioletu obszyty był kosztownym futrem, a szata z lazurowego aksamitu.

W dłoni miała coś w rodzaju pompadour z brązowej skóry o najbardziej eleganckiej formie i wykończeniu, szczególnie w ustach można znaleźć wyraz zimnej złośliwości.

Obraz był pięknie wykonany i najwyraźniej pochodził ze szkoły Louisa Kranacha.

Zaraz za tą postacią, patrzy się przez ramię Sydonii straszne widomo (bardzo poetycki pomysł), ponieważ te widomo, to ta sama Sydonia, namalowana jako wiedźma. Musiało to zostać dodane do jej młodzieńczego portretu, po upływie wielu lat, który jak już wspomniałem należał do szkoły Kranacha, podczas gdy druga postać przedstawiała postać szkoły Rubensa.

Był to obraz strasznie charakterystyczny i żadna wyobraźnia nie wyobraża sobie kontrastu bardziej wstrząsającego i okropnego. Wiedźma miała na sobie szaty śmierci, białe w czarne paski, a wokół jej cienkich, białych loków zawiązany był wąski pas czarnego aksamitu z plamami złota. W jej dłoni był rodzaj kosza roboczego, ale o najprostszym wykonaniu i formie.

O innych portretach nie mogę mówić z własnej inspekcji, ale sądząc po rysunkach je zawierających, do których miałem dostęp, to wydają się one całkowicie różnić, nie tylko kostiumem, ale także charakterem twarzy, od tego, który opisałem, i bez wątpienia musi to być oryginalny, nie tylko dlatego, że ma wszystkie cechy tej szkoły malarstwa, która zbliża się do wieku, w którym żyła Sydonia, mianowicie — 1540 — 1620, ale także dlatego, że znaleziono kartkę z napisem za obrazem, która zdradzała widoczne znaki wielu sczerniałych w czarnym kolorze liter w użytej formie, zatem napis był następujący:

— „Ta Sidonia von Bork była w młodości najpiękniejszą i najbogatszą z dziewcząt Pomorza. Odziedziczyła wiele majątków po rodzicach, a zatem była sama w sobie posiadaczem hrabstwa. Wrosła więc jej duma i wielu szlachetnych dżentelmenów, którzy szukali jej do małżeństwa, zostało odrzuconych z pogardą, albowiem uważała ona, że sam hrabia lub książę może być godny jej ręki. Z tych powodów często uczęszczała na dwór księcia, mając nadzieję na zdobycie jednego z siedmiu młodych książąt i jego miłości.

W końcu jej się udało: książę Ernest Louis von Wolgast, lat około dwudziestu i najprzystojniejszy młodzieniec na Pomorzu, został jej kochankiem, a nawet obiecał jej swoją rękę do małżeństwa. Obietnicę tą wiernie by dotrzymał, gdyby nie książęta von Stettin — niezadowoleni perspektywą tego nierównego sojuszu, którzy skłonili go do porzucenia Sydonii poprzez portret Jadwigi z Brunszwiku — najpiękniejszej księżniczki w całych Niemczech.

Sydonia pogrążyła się w takiej rozpaczy, że postanowiła na zawsze porzucić małżeństwo i pogrzebać resztę swojego życia w klasztorze w Marienfliess, i tak zrobiła.

Ale zło, które zostało jej wyrządzone przez książąt stettińskich, ciążyło jej na sercu, a pragnienie zemsty rosło z upływem lat. Po za tym, zamiast czytać Biblię, to jej prywatne godziny mijały na studiowaniu Amadis, gdzie znalazła wiele przykładów tego, jak porzucone dziewice mściły się na swoich fałszywych kochankach za pomocą magii.

W końcu uległa pokusom szatana i po kilku latach nauczyła się tajemnic czarów od starej kobiety. Dzięki tej bezbożnej wiedzy, wraz z kilkoma innymi, złymi uczynkami, tak oczarowała całą książęcą rasę, że sześciu młodych książąt, z których każdy był żonaty z młodą żoną, pozostało bezdzietnymi. Ale publicznie nie brano tego pod uwagę, dopóki książę Franciszek nie przejął księstwa w 1618 roku.

Był on bezwzględnym wrogiem czarownic, wszyscy w kraju byli poszukiwani z wielką starannością, a potem byli paleni. A że Sydonię jednogłośnie nazwali przełożoną Marienfliess, to na stojak tortur została sprowadzona do Stettin z rozkazu księcia, gdzie swobodnie wyznała księciu całe zło wyrządzone przez jej czary.

Książę obiecał jej życie i przebaczenie, jeśli uwolni innych książąt od tej klątwy. Ale jej odpowiedzią było, że zamknęła owe zaklęcie w kłódce i rzuciła ją w morze, i pytając diabła, czy mógłby ponownie przywrócić kłódkę, odpowiedział jej: „Nie, to mi zostało zabronione.” Dzięki temu każdy mógł dostrzec, że to było przeznaczenie od Boga w tej sprawie.

I tak było, pomimo wstawiennictwa wszystkich sąsiednich sądów, Sydonia została doprowadzona na szafot w Stettin, tam ścięta, a następnie spalona.

Przed śmiercią, książę rozkazał namalować jej portret w starości i w stroju więziennym, za postacią, która reprezentowała ją w młodości.

Po jego śmierci, Bogislaff XIV — ostatni książę, dał ten obraz mojej babci, której mąż również został zabity przez ową czarodziejkę. Mój ojciec otrzymał ten obraz od niej, a ja od niego wraz z zapisaną tutaj historią.

Moim zdaniem pisarzem był Schwalenberg, a Horst wydaje się, że wziął swoją wersję z „Ogólnej Historii Pomorza” Paula, vol. IV, p. 396, a nie z oryginału Dähnerta.

Ponieważ obraz w tym wczesnym okresie nie był w posiadaniu Borków, ale należał do hrabiego von Mellin w Schillersdorf, o czym świadczyły fragmenty wielu autorów. Potwierdza to inny artykuł znaleziony wraz z tym, który zawierał tradycję, ale o bardziej znacznie nowoczesnym wyglądzie, który to stwierdzał, że obraz został usunięty przez kolejnych spadkobierców, najpierw z Schillersdorf do Stargord, a stamtąd do Heinrichsberg (są trzy miasta na Pomorzu o tej nazwie). I wreszcie z Heinrichsberg w 1834 roku, został po raz drugi przeniesiony do Stargord przez ostatniego spadkobiercę.

Schillersdorf leży między Gartz i Stettin Oder. William Meinhold.

II

„List doktora THEODORE PLÖNNIES

Do BOGISLAFFA XIV, OSTATNIEGO KSIĘCIA POMORZA.


Najbardziej wybitny książę i wielki panie — łaskawy książę, wasza wysokość, dał mi w ostatnich latach zlecenie podróży po całym Pomorzu, a gdybym mógł się spotkać z osobami, które mogłyby mi przekazać pewne „informacje”, dotyczące notorycznej i przeklętej wiedźmy Sidonii von Bork, aby to ostrożnie odłożyć wszystko, co powiedzieli, i doprowadzić ich do koneksji dla waszej wysokości.

Powszechnie wiadomo, że błogosławionej pamięci Franciszek, nigdy nie dopuścił do upublicznienia przeklętych czynów tej kobiety, ani jej spowiedzi na stojaku, obawiając się skandalu w książęcym domu. Ale wasza łaskawość spojrzał na ten temat inaczej i powiedział, że dla każdego, a zwłaszcza dla książąt, dobrze jest patrzeć w czyste zwierciadło historii i dostrzegać wady i szaleństwa ich rodu. Z tego powodu nie można tutaj pominąć prawdy.

Dla takich książęcych przykazań, okazałem się posłuszny, zbierając wszystkie informacje, dobre i złe, niczego nie ukrywając.

Ale większa liczba, która mi to opowiadała, nie mogła mówić ze łzami, bo gdziekolwiek podróżowałem na Pomorzu, jako wierny sługa waszej wysokości, nie słyszano nic, prócz lamentów od starych i młodych, od biednych i bogatych, że ta przeklęta czarodziejka, z powodu szatańskiej niegodziwości, zniszczyła ten wspaniały ród, którzy chronili swoje ziemie przed cesarzem, w feudalnej kadencji, jak inni niemieccy książęta, na własnych prawach, jako absolutni panowie, od pięciuset lat. I chociaż przez dwadzieścia lat zdawało się, że spoczywa to na pięciu dobrych książętach, ale za pozwoleniem niezrozumiałego Boga to się rozpłynęło, i teraz dopóki wasza wysokość nie przetrwa, jako ostatni ze swego rodu, i nie ma przed nami żadnej perspektywy, że kiedykolwiek ten ród zostanie przywrócony, ale z waszą wysokością zostanie całkowicie zgaszony, na zawsze. Boże zmiłuj się nad nami!

Biada nam, jak zgrzeszyliśmy!

Modlę się zatem do Miłosiernego Boga, aby On usunął mnie przed waszą wysokością z tej doliny łez, abym nie widział ostatniej waszej godziny i mojej biednej ojczyzny. Zamiast być świadkiem tych rzeczy, tysiąc razy wcześniej wolałbym leżeć cicho w grobie.”

Jaśnie wielmożny i wysoko urodzony książę i pan Bogislaff XIV, książę Pomorza, Kaszub, Wendów i Rugii, hrabia Guzkow, władca ziem Lauenburg i Butow oraz mój łaskawy feudalny pan, dowodzący mną — dr Theodore Plönnies, dawnym rządcą na dworze książęcym, wyruszyłem, aby przeszukać całą krainę w poszukiwaniu informacji dotyczących znanej na całym świecie czarodziejki Sidonii von Bork, i zapisać to samo w książce. Wyruszyłem do Stargard w towarzystwie sługi, we wczesny piątek — po Visitationis Mariæ — 1629 roku, albowiem, aby dokonać sprawiedliwego osądu odnoszącego się do sprawiedliwego jej charakteru, koniecznym było zapoznanie się z okolicznościami jej wczesnego życia, bo przyszłość człowieka leży w dziecku, a osobliwy rozwój każdej natury jest wynikiem edukacji.

Historia Sydonii jest niezwykłym tego dowodem. Dlatego najpierw odwiedziłem miejsca z jej wczesnych lat, ale prawie wszyscy, którzy ją znali już dawno byli w grobach, bo od jej urodzin minęło dziewięćdziesiąt lat.

Jednak stary karczmarz w Stargard, Zabel Wiese, w wieku już zaawansowanym — mieszkaniec Pelzerstrasse, powiedział mi, że stary kawaler Claude Uckermann z Dalow, w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat był jedyną osobą, która mogła mi udzielić pożądanych informacji, bo w młodości był jednym z wielu jej wielbicieli. Jego pamięć z pewnością już nieco minęła, ale wszystko to, co wydarzyło się w jego wczesnym życiu, to leżało na jego języku świeżo, jak Modlitwa Pańska. Mój gospodarz sam również mi opowiedział kilka ważnych okoliczności, które pojawią się we właściwym miejscu.

W związku z tym udałem się do Dalow, małego miasteczka pół mili od Stargard i odwiedziłem Claude Uckermann, znalazłem go siedzącego przy rogu komina, jego włosy były białe jak śnieg. Zapytał:

— Czego chcę? Jestem za stary żeby przyjmować obcych, musisz iść do domu mego syna Wediga i zostawić mnie w ciszy.

Ale kiedy powiedziałem mu, że przyniosłem mu pozdrowienia od jego wysokości, to jego zachowanie zmieniło się i przysunął mi miejsce przy kominku i zaczął najpierw opowiadać o pięknych sosnach, które wyciął na drewno na opał, były one pełne żywicy, i jak jego syn przez rokiem znalazł żelazną doniczkę na torfowisku przed trawą, pełną bransoletek i kolczyków, które teraz nosiła jego wnuczka.

Kiedy się zmęczył, powiedziałem mu o tym, co jego wysokość tak szlachetnie nakazał zrobić i modliłem się, by opowiedział wszystko, co wiedział o tej obrzydliwej czarodziejce Sydonii von Bork. Westchnął głęboko, a następnie kontynuował rozmowę przez około dwie godziny, przekazując mi wszystkie swoje wspomnienia. Ułożyłem to, co on następnie opowiedział, w odpowiedniej kolejności.

III

Miało to następujący skutek:

Za każdym razem, gdy jego ojciec, Philip Uckermann brał udział w targach w Stramehl, mieście należącym do rodziny Borków, miał zwyczaj odwiedzać Otto von Bork w jego zamku, który będąc bardzo bogatym, dawał wolne kwatery wszystkim młodym szlachcicom w okolicy, tak, że od trzydziestu do czterdziestu z nich zgromadzono na ogół w jego zamku podczas trwania targów, ale po pewnym czasie ojciec przerwał te wizyty, a jego sumienie nie pozwoliło mu na dalsze stosunki. Powód był taki, że Otto von Bork podczas swojej wizyty w Polsce, dołączył do sekty entuzjastów i stracił tam wiarę, tak jak młoda dziewica traci swój honor.

Nie ukrywał swoich nowych opinii, ale otwarcie podczas targów przy święcie Martinmas w 1560 roku, powiedział podczas kolacji młodym arystokratom, że Chrystus jest człowiekiem podobnym do innych ludzi, a sama niewiedza wywyższyła Go do Boga, a do tego poglądu zachęcała chciwość duchowieństwa. Dlatego nie powinni przypisywać sobie tego, co obłudni kapłani mówili im w każdą niedzielę. I by wierzyli tylko w to, co mówi im ich pięć zmysłów, bo to jest prawdą, i gdyby mógł wypełnić swoją wolę, to posłałby każdego kapłana do diabła.

IV

Było to roku pańskiego bodaj 1548, na kasztelu w Stramehl, panowała zaś wieczorowa pola. W głównej sali zamku siedział przy stole pradawny ród Borków. Siedział tamże hrabia Otto von Borck — głowa rodziny i właściciel zamku, jegoż bliska rodzina lubo rycerze–przyjaciele, pełno było służby, a w rogu sali, naprzeciw stołu, grajkowie przymilali ową wieczerzę. Zaś w osobnej sali chwilowo przebywała żona hrabiego, Anna von Schwiecheld, która zajmowała się wraz z jejże osobistą, żeńską służbą, niedawno narodzoną córką, której dano imię Sydonia.

Wszyscy tamże siedzący czuli się, jak w twierdzy, której zdobyć by nie mógł zwykły zbój ze swoją świtą, albowiem pobudowali go przodkowie hrabiego, na przełomie XIV i XV wieku, na niewielkim wyniesieniu, w dolinie starego koryta rzeki Regi. Dookoła zamku, rozciągały się rozlewiska i podmokłe łąki, pole zamkowe i fosa — zajmowało bodaj trzysta dwadzieścia osiem stóp. Sam zaś zamek miał powierzchnię sto dwadzieścia cztery stopy na sto pięćdziesiąt siedem stóp. Pobudowano wszystko na sposób pradawnych, słowiańsko–pomorskich twierdz, a sposób takowej budowy był w rodzie Borków od wieków, boć oni sami byli od wieków mieszkańcami słowiańskiego Pomorza, pozwani potem przez Niemców, Wenedami.

Na wjeździe do owego zamku widniał ichże herb, a w nim „dwa biegnące ukoronowane wilki, a w klejnocie pół jelenia czerwonego”. Okoliczne rody i lud powiadali, że zamek Borków, to „Wilcze Gniazdo”. Mówiło się, że od Borków–możnowładczej szlachty pomorskiej, starsi mogli być tylko książęta pomorscy z dynastii Gryfitów, alibo, że być mogli z nimi na równi w historycznym pochodzeniu.

Inni mawiali, że: „To jest tak stare jak rodzina Borków i diabłów! Nie ma sławniejszego rodu od Borków na Pomorzu!”

Podczas gdy żona hrabiego zajęta była opieką nad ich narodzoną córką Sydonią, w głównej zamkowej sali trwała bogato wyprawiona uczta, co chwilę wznoszono toast, na cześć narodzonego dziecka, że przekrzykiwano się nawzajem, bardziej niźli grajkowie potrafili grać. Wielce to denerwowało żonę hrabiego, boć samo dziecię bywało tedy nerwowe i płaczliwe. Hałas i alkohol podczas uczty dawał się we znaki, tym co biesiadować w owym czasie nie mogli.

Nagle hrabia Otto, który siedział przy krótszym boku stołu, na wprost wszystek tam siedzących, skinął ręką do trębaczy, a ci na jegoż znak donośnie zagrali na cześć jegoż narodzonej córki Sydonii. Trwało to chwilę, tedy to wszyscy zgromadzeni goście uciszyli się przy nutach trąb lubo wpatrywali się w swojego dobrodzieja, krewnego, przywódcę okolicznego rycerstwa i właściciela okolicznych ziem i kaszteli. Po chwili hrabia Otto von Borck wstał, trąby ucichły, począł przemawiać do zgromadzonych:

— Chwała wam wszystkim i cześć rycerska, żeście dzisiaj z moim rodem świętujecie narodziny córki naszej Sydonii, dzień to wielki i uczta godna jejże pochodzenia! Być ona musi pięknem obdarowana, mądrością ukojona, że nie jeden pomorski rycerz walczyć będzie o jej serce!

Zaś od wieków przodkowie nasi byli dumni, wolnością umysłu przyświecali innym, przeto myśmy od zawsze walczyli o swoją pozycję, a toć prowadziło nas do bogactwa, niechaj toć wszystko, co w przodkach było naszych, zapłonie w jej ciele i duszy, albowiem zrodzona ona ostała z pnia dziadów naszych–potężnych Borków!

W chwili tejże, jak ważnej dla rodu naszego, przypomnieć wam wszystkim pragnę, żeśmy zrodzeni ostali z pnia Słowian — Pomorzan, z protoplasty naszego, możnowładcy słowiańskiego, Rycerza Borko I, z niego zaś zrodzony ostał Przybysław. Borko przodek nasz wielki! Zginął w roku 1180 w walkach Kazimierza I z margrabią brandenburskim Ottonem I. Toć znaczyć to może, że ród nasz od zawsze przelewał własną krew, za chwałę i wolność państwa władców naszych.

Myśmy wiernie służyli książętom pomorskim, ziemie łobeskie, okoliczne, od książęcia przodek nasz, Borko II kasztelan kołobrzeski w roku 1270 otrzymał, a tamże przy Bałtyku władał on jakoż pan udzielny połową obecnego księstwa! Że kasztelanem był, toć znaczy, że wywodzimy się z dynastów plemiennych Słowian!

Tuże gdzie siedzim, toć Wilcza Góra, od Wilka Borka II, przodka naszego, zaś Jan, Jakub lubo Mikołaj ową krainę jako pierwsi karczować poczęli, po Borku II osiadłszy, Regenwalde i Labes założywszy. Tedy ni było bardziej sławetniejszego rycerza niźli przodek nasz Wilk, boć miałże on włości w ziemi kołobrzeskiej, białogardzkiej lubo bobolickiej.

Świadkował onże w dokumentach książęcych, blisko był Warcisława III, Barnima I, przeto i biskupa Hermana. Przeto Jam jest Otto II „Pan z Labes, Roggow i Stramehl”, synem Ulricha Pana stądże znanego, wnukiem Wilka Borka, co synem był Ulricha, wnukiem Ulryka II, a onże synem Jakuba i wnukiem Wilka Borka II!

Panem zaś na Labes był i nasz Maćko, ten, który i był ostatnim kasztelanem kołobrzeskim, z pnia naszego Jakubowego, a po nim imię na chrzcie świętym otrzymał Maćko Bork, synowiec Borka–Wilka, rycerz nasz i poseł, stądże, ze Stramehl.

Nagle, gdy wszyscy goście — dostojnicy posłyszeli imię rycerza — Maćko, z rodu Borków, ze Stramehl, prędko z siedzisk swoich na baczność stanęli, ci co broń mieli, chwycili ją w prawą dłoń, ku górze wznieśli i poczęli krzyczeć: Maćko Wilk! Maćko bohater! Maćko Krzyżaków pogromiciel! Ci co broni nie mieli, na cześć Wilka Maćka, kielichy w górę wznieśli, wznosząc za niegoż toast, krzycząc: Ni było tedy sławniejszego w Europie! Reszta dopowiadała: Ni było! Grajkowie na cześć Maćka dumnie na wiwat jaki zagrali słowiańskie nuty zwycięstwa.

Nagle do hrabiego Otto, przybiegł jegoż trzyletni syn Ulryk II, starsza córeczka Dorota, zajmowała mu kolana, patrząc na biesiadników, którzy chwiejąc się krzyczeli: Maćko Słowian wybawiciel!

Hrabia rzekł:

— Gdzieście ostawili waszą siostrzyczkę malutką, Sydonię?

Mały Ulryk, który łamał słowa, ucząc się mówić, zaplątanym głosem odpowiedział:

— Y mami y tam

Wnet całe towarzystwo na słowa malutkiego Ulryka, poczęło się śmiać, a chłopiec zrobiwszy delikatny uśmiech na twarzy, skrył się w objęciach swojego ojca, hrabiego.

Blisko hrabiego siedzieli jegoż bracia z krwi, rodowcy Borków z Labes, Regenwalde lubo Roggow, wszyscy oni wstali od stołu i zgodnie jednymi słowami poczęli mówić do zgromadzonych gości i brata swego Wilka, Ottona II:

— Wilku! Bracie nasz! Na chwałę przodka, Jakuba, rycerza naszego! Na kolanie twym zasiadł kolejny potomek Wilków, że z krwi onże rycerskiej idzie, toć już za młodu posłyszeć musi, jakiej chwały i sławy dostąpił brat nasz Maćko Wilk! Przeto Ottonie, wobec nas tu wszystkich, przy synowcu swym Ulryku, uczyń muże tej chwały, niechaj w uszy młodego, wejdą słowa wielkich czynów Maćka, że kto by inny je także posłyszał, toć po wieki zawsze w murach Stramehl tkwić będą!

— O wa! Moi bracia!

Po owych słowach, hrabia przy nieco wyciszonych dźwiękach trąb, począł wobec wszystkich zgromadzonych, głosić opowieść o Wilku Maćko z rodu Borków.

— A więc braci moi, dziać to było w czasach wrogów naszych przeklętych Krzyżaków, psu braci, przesiąkniętych nienawiścią do plemienia słowiańskiego, pod pozorami chrześcijaństwa nieść nam wszystkich pomoc chcieli, a przy tymże czasie, mordowali, kasztele nasze z ludem palili, a kto w odsieczy imże sprawiedliwą krzywdę wyrządził, toć zaraz był pozywany barbarzyńcą–poganinem. I bywało tak, że nasi na nichże z mieczami ruszyli, to tedy oni pierwej na szyję obraz Boga naszego Chrystusa zakładali, mówiąc do naszych, że: słowiańskiego miecza ni wolno podnosić na Boga jedynego, któż z naszych ruszył z mieczem godziwszy przeklętego Krzyżaka z owym obrazem, toć zaraz szły na niego skargi do królów i książąt naszych, że my chrześcijaństwa i imże rycerzy służących nie szanujem, Boga nie wyznajem.

I w ten czas wojen z podstępnymi Krzyżakami, sposób na nich znalazł nasz Maćko, Wilk z rodu Borków. Przeto on pomorski poseł ze Stramehl był, zrodzony z Borka, pierwej był on giermkiem, a w roku 1381 pasowano go na rycerza, tedy to mógł już nosić pas rycerski, a jemuż tedy giermkowie służyć to poczęli. Krew w nim słowiańska nie zaginęła i w roku 1388 z królem naszym dobrotliwym Władysławem Jagiełłą zawarł tajne porozumienie, że onże będzie przeciw Krzyżakom dywersje na Pomorzu Zachodnim urządzać i z nimi potyczki sprawować.

I długo ni trzeba było czekać, boć 13 grudnia 1388 roku Maćko nasz wielki, zebrał ze czterdziestu zbrojnych i napadł na księcia geldryjskiego Wilhelma, który to do Krzyżaków jechał. Maćko nasz okupu tedy zażądał za niego, uwięziwszy go w Falkenburg. Czyn ten rozniósł się po całej Europie, że Maćko Wilk z Borków z rycerza stał się rozbójnikiem ze Stramehl, że Borkowie przodkowie nasi z Wilczego Gniazda, w konflikt zbrojny z księciem Wolgast popadli, boć czasu tego Warcisław VII roku 1386 w Lęborku, zawarł przeciw Polsce sojusz z Zakonem Krzyżackim, za sumą wielką i obietnicą zdobycia ziem po Kaźku Słupskim, przeto po owym konflikcie do sierpnia 1389 roku, Maćko więził księcia, o potem go zaś uwolnił. Być może był i to błąd, boć zaraz tego samego roku Krzyżacy napadli na nasz Stramehl i popalili całą osadę.

Przeto i książę Warcisław VII nie wywiązał się z obietnic danych Krzyżakom i być może przejrzał na oczy, boć potem przeszedł na polską stronę i blokował drogi z Niemiec do zakonu, a tym samym poblokował przyjazd nowych rycerzy do zakonu. Gdy nastał rok 1390 książę Warcisław z bratem swoim Bogusławem VIII w Pyzdrach układ z Władysławem Jagiełłą zawarli, a za blokowanie drogi lądowej, Nakło od królewskiej mości otrzymali.

Przeto chcę powiedzieć, że tedy w orszaku Warcisława, był i nasz Maćko, który tamże naszą pieczęć z Wilkami przyłożył! A sam książę w kolejnych dwóch latach wybrał się do ziemi świętej, a pięć lat po Pyzdrach, psubraty Krzyżaki pod zamkiem w Szadzku, zamordowali księcia!

Maćko nasz wiernie dalej Jagielle służył i w roku 1392 komtura krzyżackiego Johanna Muelheima, co z Czech do Malborka jechał, napadł i poturbował. Wielce to cały zakon rozwścieczyło, że sam wielki mistrz Konrad von Jungingen przy udziale książąt pomorskich zamek nasz Stramehl zniszczyli lubo osadę do goła ostawili. Lecz Maćko nasz ni ustraszony w odwecie roku następnego zbrojnie tereny krzyżackie odwiedził, i za to, że Stramehl zniszczyli, to tak ich gnębił, że roku pańskiego 1401 w Schlochau umowę z przeklętymi podpisuje na lat 10, a oni jemuż pieniądze pożyczają.

Dalej przez Wielką Polskę wspierany, wojnę przeciw Bogusławowi VIII prowadził, co do Krzyżaków w łasce powrócił, przeto i posłował królowi Erykowi Pomorskiemu, co z Jagiełłą przeciw Krzyżakom porozumienia szukał. Lecz bywały i ciężkie chwile, by ród nasz chronić, rozsądzał jako poseł spory między Zofią Holsztyńską, a pomorskimi miastami, doprowadził do porozumienia książąt pomorskich roku 1423, Eryka Pomorskiego i Krzyżaków, przeciw Polsce, przeto ród nasz ze Stramehl z przywilejami zachował.

Chwała mu i cześć rycerska po wieki!

Po owych słowach hrabia wstał od stołu, trzymawszy w jednej ręce syna swego Ulryka, a w drugiej miecz uniesiony ku górze po sławnym Maćku ze Stramehl, powtarzając w krzykach:

— Chwała mu i cześć rycerska po wieki!

Zaraz zaś inni rodowcy Borków wnet wstali od stołu i to samoż, co hrabia uczynili, kończąc na znak toastu, z kielicha wino wypijając.

Gdy ucichły nieco krzyki rycerstwa, z dala słychać było krzyki i płacz małej Sydonii, a tedy wstał jeden z rodowców Borków i żartobliwie do hrabiego powiedział:

— Zali bracie i o niej Europa cała posłyszy? Boć głos jej, jakby Krzyżacy wołać poczęli: litości Borki!

Reszta wybuchła śmiechem, popijając kolejny kielich wina. A hrabia odpowiedział jemuż:

— Zatem i jej pisana sława być musi! Boć przecie ona od Wilka, przodka naszego idzie. Dziś był jej chrzest, a pień nasz przed święconą wodą Wilkiem się zwał, potem zaś Borkiem po wieki się stał. A kto z Wilka idzie, to przecie sławny po wieki być musi! Na sławę i zdrowie Sydonii!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 72.11