E-book
4.1
Świetlany mrok Druga z Dziewięciu

Bezpłatny fragment - Świetlany mrok Druga z Dziewięciu


Objętość:
235 str.
ISBN:
978-83-8221-414-7

Projekt okładki: Marta Frąckowiak

Wszelkie prawa zastrzeżone

e-wydanie pierwsze 2017

Kontakt: bookbonk@gmail.com


Tom II


Część III

I. Kim jestem?

Kobieta postawiła talerz na stole i napełniła naczynie zawiesistą zupą. Do gorącej potrawy dolała ziołowy wywar — silną truciznę, którą nabyła od Kommera. Całość dokładnie wymieszała. Pochwyciła talerz i wyszła z kuchni. Zatrzymała się przed pokojem rannego mężczyzny, po czym zapukała do drzwi.

— Zapraszam… — przemówił słabym głosem Kegen i przekręcił się na łóżku w stronę, gdzie spodziewał zobaczyć ukochaną Kati. Nie pomylił się. Jego żona stanęła w progu, ale jak zwykle, odkąd wrócił, poskąpiła mu promiennego uśmiechu. Z powagą podeszła do łóżka i usiadła na krześle.

— Przyniosłam ci obiad — oznajmiła chłodno.

Mężczyzna popatrzył obojętnie na parującą zupę.

— Jest gorąca — stwierdził.

— Zaraz ostygnie.

— Za to ty ostygłaś o wiele bardziej niż bym sobie tego życzył. — Chwycił kobietę za przegub dłoni.

— Pójdę po chleb. — Spróbowała się wyrwać z uścisku.

— Zostań. — Kegen ścisnął ją mocniej.

— Dobrze. Jak sobie życzysz.

— Dlaczego taka jesteś…? — Spojrzał na żonę z pewnym wyrzutem.

— Jaka? — odparła wymijająco.

— Zimna, niedostępna… Gdzie moja dawna, gorąca i namiętna Kati…? — Kegen wsparł się na łokciach i przesunął rękę na pierś kobiety. Naraz jego twarz wykrzywił grymas bólu.

— Lekarz ostrzegał, abyś się oszczędzał.

— Oszczędzał? Ha! — parsknął mężczyzna i opadł ciężko na łóżko. — Nie po to przeżyłem koszmar, abym się teraz oszczędzał — warknął. — Chcę się z tobą kochać choćby w tej chwili…

— Musisz nabrać sił. — Kobieta z wysiłkiem nadała swojej barwie głosu przymilną nutę i przysunęła do mężczyzny talerz ze strawą.

— Tak, nabierać sił… — powtórzył pod nosem. — Zaraz coś zjem…

— Ciszy mnie to.

— Czyżby? Jakoś nie dostrzegam w tobie radości. — Kegen zmarszczył brwi.

— Radość przykrywa troska. Musisz coś w końcu zjeść! — Kobieta podniosła głos. Na co mężczyzna zmierzył ją uważnie wzrokiem i jękliwie oznajmił:

— Troska… zjeść, oczywiście… Ale najpierw chcę z tobą porozmawiać. Brakuje mi choćby tego, rozmowy.

Kobieta wymusiła uśmiech na swojej twarzy.

— O czym chcesz rozmawiać? — zapytała znowu spokojnie.

— Nie wiem, o wszystkim… Kati, jest tyle do opowiedzenia… A ty… Czy ty mnie unikasz…?

— Ależ skąd.

— Więc twierdzisz, że nie… A nie interesuje cię, gdzie byłem przez cały ten czas od mojego porwania? Jestem w tym domu od tylu cykli snu. Ty zaś nawet nie zapytałaś…

— Nie chciałam wpędzać cię w trudne wspomnienia — rzekła. Nabrała z talerza łyżkę zupy i przysunęła do ust mężczyzny. Ten zamiast przyjąć pożywienie, powiedział:

— Cały ten czas, gdy nie było mnie z tobą, spędziłem w mroku. Cały czas w cholernych ciemnościach.

— Byłeś w mroku…? — zdziwiła się kobieta i krzywo uśmiechnęła, a łyżka zadrżała w jej dłoni.

— Tak, byłem w mroku. I myśl o tobie była jedynym promieniem światła w moim życiu. Cierpiałem zimno, głód i samotność.

— Zimno, głód i samotność…

— Tak, ale ponad wszystko pragnąłem powrócić, aby być znowu przy tobie.

— Byłeś w mroku… — powtarzała, jakby do siebie samej kobieta i obecnie patrzyła ze współczuciem na Kegena.

— Chciałem abyś wiedziała, że nie było mi łatwo.

— Tyle czasu w mroku…

— Robiłem tam rzeczy, których się wstydzę, ale wyznam ci wszystko, obiecuję.

— To okrutny świat…

— Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo okrutny. I cieszę się, że nigdy tam nie zawitałaś, droga Kati.

— Droga Kati… — powtórzyła za mężczyzną i spuściła głowę. Wpatrywała się posępnie w stygnącą potrawę, do której z powrotem włożyła łyżkę ze strawą. Przez kobiecą twarz przeszedł bolesny grymas. Widać było, że kobieta zaczęła toczyć ze sobą wewnętrzną walkę.

— Już dobrze, Kati… — Uśmiechnął się Kegen. — To trudna przeszłość, ale my spoglądajmy w przyszłość, naszą przyszłość. Ułożymy sobie szczęśliwe życie na nowo i będzie niczym dawniej. Jak wspominałaś muszę nabierać sił. Jestem gotowy coś zjeść, czy mogłabyś…? — Popatrzył na pełen talerz.

— Zupa ostygła… — oznajmiła zrezygnowanym głosem kobieta.

— Nic nie szkodzi.

— Przygotuję drugą porcję…

— Daj spokój, Kati…

— Nie nazywaj mnie tak! — wrzasnęła niespodziewanie kobieta i z impetem cisnęła talerzem z zupą wprost na podłogę. Kegen przyglądał się żonie osłupiały. Zobaczył w jej oczach zły. Ona wstała i pospiesznie wyszła z pokoju.

— Alistri cię nakarmi — rzuciła na odchodne.


*


Nie zatrzymując się, kobieta opuściła dom i wkroczyła na zatopione w słońcu ulice miasta. Minęła piekarnię i poszła wąską alejką na przechadzkę nad brzegiem rzeki. Potrzebowała ochłonąć. Raptem kilkanaście cykli snu temu przeżyła prawdziwy koszmar, z którego wciąż nie mogła się otrząsnąć. Co więcej odnosiła silne wrażenie, że ten koszmar nadal trwał w najlepsze. Ścigał ją cały czas niczym potwór o wielu ohydnych głowach i nie dawał chwili wytchnienia.

Naraz kobieta odwróciła się nerwowo, ale nie zauważyła niczego podejrzanego, niczego niezwykłego. Natomiast jej życie, zaśmiała się w duchu sama z siebie, jej życie już nigdy nie będzie zwyczajne. Po tym co się wydarzyło i czego się dowiedziała, było to niemożliwe. A tak pragnęła normalnej, spokojnej egzystencji. Zaś teraz? Pokręciła z niezadowoleniem głową.

Przystanęła na mostku i spojrzała na swoje odbicie w wodzie. Zapytała samej siebie — kim była? Kati de Szon, przepiękną młodą szlachcianką z dwójką wspaniałych dzieci i bohaterskim mężem u boku, który przetrwał w ciemnościach? Czy może szkaradną, bezpłodną Sari, złodziejką i dziwką, która ściągnęła zgubę na własną siostrę i nie tylko na nią. A obecnie chciała otruć rannego mężczyznę w obawie, że ten pozna jej straszny sekret, że tak naprawdę wcale nie jest jego żoną.

Spoglądając na płynącą wodę, kobieta niestety nie widziała ślicznego lica Kati de Szon. Woda była zmącona, a odbicie w niej zniekształcone. Tak, to był wizerunek przeklętej Sari, która powinna była zginąć w mroku, ale jakimś cudem jej duch przekroczył wymiar czasu i zagnieździł się w cudzym ciele. A więc była nią, była Sari! Była przeklętą Sari, która powinna była szczeznąć w mroku!

— Czy aby wszystko w porządku…? — Na mostku koło kobiety przystanął podpierający się laską wychudzony staruszek. Zdjął modny w księstwie Varnes melonik i gładząc swoją długą siwą brodę, dystyngowanie się ukłonił. — Pytałem, czy wszystko w porządku…? — powtórzył uprzejmie.

— Nic mi nie jest — burknęła kobieta i już zamierzała opuścić staruszka, gdy ten zapytał:

— Nic pani nie jest? Pani, czyli komu? — Kobieta popatrzyła na niego skonsternowana, a on wpatrzył się w leniwy nurt wody. Następnie ciągnął dalej, mówiąc nie wiadomo czy do kobiety, samego siebie, czy może do samej rzeki: — Kiedy byłem młody, tu w Varnes, ja Filion, chciałem zostać żołnierzem, dowódcą. O tak… Wtedy wydawała mi się to wspaniała perspektywa. Nic tylko męstwo i chwała. Kto by się nie skusił? Bo ja, wspomniany Filion, niewątpliwie tak. I opuściłem księstwo Varnes, aby zasmakować żołnierskiego życia jako najemnik w Kardanorze. Trwała tam kolejna wojna domowa, więc okazji, by się wykazać miałem aż nadto. Jednak czar szybko prysł, kiedy musiałem grzebać towarzyszy broni. A bycie dowódcą stało się istnym koszmarem, gdy posyłałem ludzi do boju wiedząc, że idą na pewną śmierć. I tak wyrzekłem się bycia żołnierzem. Porzuciłem zarówno dawne marzenia jak i imię. Odtąd, nazywając się Abrecht, w krainie Dores wstąpiłem do męskiego zakonu Braci Światła. Jako Abrecht zapragnąłem odkupienia, spokoju i prawdy o świecie. Lecz zamiast tego napotkałem obłudę, fałsz i walkę o władzę. W ten sposób wyrzekłem się drugiego imienia i odszedłem z zakonu. A gdy wracałem w rodzinne strony zostałem porwany i uprowadzony w mrok, gdzie służyłem jako niewolnik. W mroku już nie wybierałem sobie imienia, tam mi je narzucono. Nazywano mnie Białym Psem, lub Bladym Ścierwem, gdy nie spełniałem oczekiwań moich mrocznych panów. Po latach uśmiechnęło się do mnie szczęście i uciekłem. Nie wiem, czy jako Biały Pies, Abrecht, czy może Filion, ale zdołałem wrócić tutaj, do Varnes, do domu moich rodziców. Jednak czy wróciłem tu jako bezimienny? Raczej nie… — Staruszek się zamyślił.

— Więc jakie nosisz teraz imię, Filion? — zapytała wyraźnie zaciekawiona kobieta.

— Imię jest bez znaczenia… — oświadczył, będący ciągle w zadumie staruszek. Tak, imię jest bez znaczenia, bo każda z osób przynależących do danego imienia, już dawno odeszła. Odszedł głupi Filion, który wierzył w wojnę, naiwny Abrecht, który łudził się, że odnajdzie prawdę w świętych słowach. Nie ma już także śladu po Białym Psie, który urwał się z łańcucha, ha, ha… — zaśmiał się staruszek, po czym zaczął paskudnie krztusić. Kobieta pomogła mu dojść do siebie, a wtedy mówił dalej: — Dla jednych ludzi zawsze pozostanę Filionem, dla innych Abrechtem, czy Białym Psem, jakoś muszą mnie nazywać. — Wzruszył wątłymi ramionami. — Ale dla samego siebie jestem po prostu człowiekiem. Człowiekiem światła, który wiele w życiu przeszedł i nauczył się tego, że doświadczani przez los, cały czas stajemy się kimś innym. I właśnie to jest ważne, aby temu komuś, nowemu, można było spokojnie spoglądać w twarz, patrząc w lustro i uśmiechnąć się do niego. A jak go nazwiemy? To jest najmniej istotne.

Staruszek skończył mówić. Zaś nagle rozpromieniona kobieta złożyła mu na pomarszczonych ustach soczystego całusa.

— Ojej… — Zaskoczony wytrzeszczył oczy. — Teraz nazywam się mitycznym bogiem szczęścia i rozkoszy, niewątpliwie… Zaraz, jakie on nosił imię…? Coś nie mogę sobie przypomnieć… — mamrotał pod nosem. — A gdzie ja właściwie zaszedłem i co to za pomost…? I kim ja właściwie jestem…? Śliczna panienka pozwoli…? — Ale kobieta już go nie słuchała, tylko pognała w drogę powrotną do domu.


*


Kegen leżał głodny i zrezygnowany. Wspomniana Alistri, ta nietypowa, wysoka służąca, ciągle się nie pojawiała. On natomiast wyczekiwanie posiłku umilał sobie rozmyślaniami. Marzył o tym, że w końcu zmiękczy serce Kati. Usprawiedliwiał jej zachowanie jak mógł: tak zostawił ją samą na tak długi czas i to brzemienną, potem z małymi dziećmi i w obliczu szalejącej w Arii zarazy. No i Dren, który ją zaatakował. Istne szaleństwo.

Kegen zadumał się, jak mogło w ogóle do tego dojść, że jego najlepszy przyjaciel chciał zrobić coś tak potwornego. Zawsze traktował Drena niemal jak rodzonego brata. Wydawało mu się, że byli sobie tacy bliscy i tak do siebie podobni. Będzie musiał w końcu rozmówić się z żoną i wyjaśnić to dramatyczne zajście związane ze śmiercią Drena.

Wtem rozbrzmiało pukanie do drzwi.

— Nareszcie… — mruknął leniwie Kegen, któremu zaczęło już burczeć w brzuchu. — Wejdź, Alistri!

O dziwo do pokoju weszła nie wspomniana kobieta, a Kati. Co jeszcze dziwniejsze wkroczyła z kuszącym uśmiechem na twarzy. Aby tego było mało, niosła tacę zastawioną różnymi smakołykami: ciastami, bakaliami i świeżymi owocami.

— To naprawdę… dla mnie…? — Kegen, który stale karmiony był zupą, nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. — Czym sobie zawdzięczam takie względy? — Patrzył łakomie na jedzenie to na żonę.

Kobieta pocałowała męża w policzek i słodko oznajmiła:

— To prezent ode mnie…

— Od ciebie…

— Tak, od… Kati de Szon…


*


Mała Nakis siedziała na podłodze w swoim pokoju i ukradzionym nożem wydłubywała dziurę w ścianie. W pewnym momencie ze złością się odezwała:

— Mam nadzieje, że ta morderczyni, Sari, otruła twojego przyszywanego tatusia, bo jak nie…

— To co?! — zapytał wyzywająco Huve.

— To sama każę mrocznej varekai go zabić.

— Nie odważysz się skrzywdzić Kegena!

— A kto mi przeszkodzi, ty? Ha! — parsknęła kpiąco dziewczynka.

— Przysięgam… — oznajmił z determinacją Huve. — Przysięgam na światło, że jeżeli skrzywdzisz Kegena, to… to…

— To co, słucham?

— To wydłubię sobie oczy i już nigdy nie doświadczysz mroku! — uniósł się chłopiec.

— Nie odważyłbyś się… — Mała Nakis spuściła z tonu.

— Naprawdę chcesz się przekonać?!

— Może i tak, a może i nie… — zamyśliła się dziewczynka, po czym posapując, z zawziętością dźgała ścianę ściskanym ostrzem. — Niech więc ta przeklęta Sari… której tajemnice odkrył przede mną mrok… pozbawi Kegena życia… Pragnę śmierci i zniszczenia… Pragnę śmierci i zniszczenia… — złorzeczyła.

II. Druga z dziewięciu

Wiał wyjątkowo zimny, przenikliwy wiatr od strony najwyższych gór wznoszących się w piątym i szóstym pierścieniu światła. Pogoda była surowa podobnie jak oblicza grzejących się przy ogniskach ludzi. W dwóch oddzielnych skupiskach zasiadali stronnicy rodu Witarion oraz najemnicy z wolnych klanów.

Pomiędzy tymi obozami trwała samotnie Waltari. Nie ogrzewała swego ciała ogniem. Nie nasunęła sobie na plecy dodatkowej warstwy koców, czy zwierzęcych skór. Przez jej skostniałe ciało co i raz przebiegał lodowaty chłód. Podobnie zimny stał się jej umysł. Zgwałcona kobieta właśnie pochowała ojca i brata.

W pewnym momencie podeszła do niej jedna z dziewięciu zakonniczek. Skłoniła się nisko i czekała.

— Mów — rozkazała jej Waltari, wpatrując się nisko w po części zaśnieżoną i brudną ziemię.

— Chodzi o jedną z naszych sióstr.

— O którą?

— O Drugą z Dziewięciu — uściśliła zakonniczka.

— Co z nią?

— Najemnicy.

— Mów otwarcie.

— Drugą z Dziewięciu otoczyli mężczyźni z wolnych klanów. Wzięli ją wszyscy, po kolei, każdy z nich.

— To wszystko? — rzuciła oschle Waltari.

— Tak.

— Więc odejdź.

— Tak, pani. — Zakonniczka skłoniła się i zaczęła oddalać.

— Czekaj — rzuciła za nią Waltari.

— Tak, pani? — Zatrzymała się.

— Gdzie ona jest?

— Druga z Dziewięciu?

— Tak.

— W namiocie. Pozostałe siostry jej doglądają.

— Broniła się?

— Tak.

— Pobili ją?

— Zrobili coś znacznie więcej.

— Nie chcę o tym słyszeć.

— Wybili jej zęby, żeby nie mogła gryźć. Wycieli język, aby nie mogła krzyczeć. Wyrwali paznokcie, by nie mogła drapać…

— Dość.

— Połamali jej nogi, żeby nie mogła wierzgać. Pogruchotali ręce, aby nie biła pięściami. Złamali jej serce, by cierpiała na zawsze…

— Powiedziałam dość! — krzyknęła rozpaczliwie Waltari i słabowitym głosem dodała: — Stałyśmy się słabe, takie słabe, takie żałosne…

— Co mamy czynić, pani?

— A cóż możemy uczynić…? Odejdź…

Waltari została sama i jej umysł niczym magnes ponownie przyciągnął gorzkie myśli o śmierci, stracie, zdradzie oraz pohańbieniu. I wciąż nic nie podpowiadało jej, co czynić dalej. Czuła się taka bezradna.

*


Waltari stanęła na skraju obozowiska najemników. Opuściła nisko głowę i czekała. Niebawem podszedł do niej Aghold. Zmierzył ją wzrokiem i bez słowa wyciągnął ku niej butelkę z alkoholem. Ona przejęła naczynie i wzięła mały łyk. Zakrztusiła się ostrym w smaku płynem, po czym oddała butelkę.

— Dziękuję… — powiedziała służalczo.

— Nie ma za co — odparł dumnie Aghold. — Może się przysiądziesz? — zaproponował miejsce przy ognisku.

— Przyszłam tylko na chwilę… — wyszeptała, cały czas nie podnosząc głowy.

— Ta… Zatem co cię sprowadza?

— Skrzywdziliście jedną z moich strażniczek…

— Chłopaków trochę poniosło. — Mężczyzna machnął niedbale ręką.

— Trochę…?

— Ta… W każdym razie dziewica zaznała też co nieco przyjemności, ha! — Aghold ostentacyjnie podrapał się po kroczu.

— Przyjemności…?

— Jasne… Ale obiecuję, że jeżeli następna będzie uleglejsza, obejdziemy się z nią łagodniej. Masz moje słowo.

— Następna…? — Waltari z wolna podniosła głowę i popatrzyła na górującą sylwetkę swojego rozmówcy. Ten zniecierpliwiony warknął:

— Skończyliśmy pogawędkę?!

— Jeszcze nie… Mam do ciebie prośbę…

— Dla ciebie wszystko. — Uśmiechnął się lubieżnie Aghold.

— Mój ojciec i brat nie żyją.

— Ta… Słyszałem.

— Jestem samotna i słaba… Potrzebuje kogoś, kogoś silnego, kto mnie ochroni…

— Hm…

— Będę twoja, kiedy tylko będziesz mnie chciał… Ale nie pozwól innym mnie skrzywdzić. — Na tę propozycję Aghold uśmiechnął się kąśliwie i wczepił potężną dłoń w pierś Waltari. — Zrobię co zechcesz, nawet w tej chwili… — dodała błagalnym głosem kobieta.

— Myślę, że się dogadamy… — Aghold z zadowoleniem wodził dłonią po ciele Waltari. — Zanim nadejdzie czas spoczynku mam jeszcze z chłopakami do zaliczenia parę kolejek. — Potrząsnął butelką. — Potem odwiedzę cię w twoim namiocie. Masz na mnie czekać i być gotowa…

— Oczywiście…


*


Odsłoniły się poły namiotu i do wnętrza oddzielonego od reszty świata szarym materiałem wczołgał się podpity Aghold. Zastał przed sobą leżącą postać nakrytą białą, niedźwiedzią skórą. Szarpnął okrycie i zobaczył nagie ciało Waltari.

— Ta… — mruknął z zadowoleniem i powiódł dłonią po kobiecym udzie aż zatrzymał się w okolicy krocza. — Rozsuń nogi i pokaż mi, co tam skrywasz… — rozkazał. Kobieta spełniła polecenie. — Szerzej…

— Bardziej już nie mogę — odparła pokornie.

— Teraz dobrze… — Aghold patrzył dłuższą chwilę w krocze kobiety, zupełni jakby był głodny, aż podciągnął się na rękach do przodu i opadł ciężko na ciało Waltari. — Jesteś gotowa…? — wydyszał jej do ucha.

— Tak.

— Dobrze… Ale podejrzewam, że nie na wszystko, co ci przygotowałem. Powiedź, że tego chcesz…

— Zrób ze mną, co zechcesz, jestem twoja… — szepnęła kobieta. Na co Aghold z drwiącym uśmiechem uderzył ją w twarz.

— To także sprawia mi przyjemność — powiedział i z całych sił wszedł w kapłankę. Syknęła z bólu, zaciskając zęby. Położyła drobne dłonie na potężnym torsie mężczyzny i chłodno wpatrywała się w jego oblicze. Ten naprężał wszystkie swoje muskuły i ciężko dyszał. Z usta skapywała mu ślina wprost na nagie, kobiece piersi.

— Jeszcze trochę… — jęczał.

— Dobrze ci…? — zapytała Waltari.

— A żebyś wiedziała, suko, się spisujesz… — Uderzał biodrami coraz mocniej.

— Zaraz dam ci prawdziwą rozkosz — syknęła kapłanka.

— Tak… W to nie wątpię, jedną z wielu…

— Ta będzie wyjątkowa — dodała hardo kobieta.

— Zaraz się przekonamy… To już, och… — wycharczał mężczyzna i jego ciało gwałtownie stężało.

— Teraz! — krzyknęła raptem dziko Waltari.

Nagle przez materiał namiotu przedarło się osiem ostrzy i każde z nich zagłębiło w ciele Agholda. Następnie ostrza raz za zarazem dosięgały mężczyzny, zostawiając w jego potężnym ciele dziesiątki ran. Waltari zaś spoglądała triumfująco w jego przerażone, a zarazem gasnące oczy.

— Ostateczna rozkosz zmieszana z bólem i śmiercią. Mówiłam, że będzie wyjątkowa — powiedziała z pogardą i stoczył z siebie trupa, po czym z obrzydzeniem wytarła sobie krocze męską koszulą.

Uzbroiwszy się w nóż naga i zakrwawiona wyszła z namiotu. Skinęła porozumiewawczo na czekających na nią ludzi rodu Witarion oraz osiem strażniczek i ruszyła z nimi do namiotów najemników.

Zgodnie z oczekiwaniami pijani ludzie z wolnych klanów spali jak zabici. I niebawem rzeczywiście stawali się martwi. Do ich schronień wchodziły grupki osób i podrzynały im gardła, by następnie odcinać całe głowy.

Jakiś czas potem Waltari stanęła koło specjalnie przygotowanego wielkiego ogniska. Otaczał je krąg wbitych w ziemię włóczni. Na ich grotach tkwiły nadziane głowy najemników.

Wciąż naga i zakrwawiona kobieta, ubrana niczym w krwawą suknię, ujęła w dłoń płonącą pochodnię. Powiodła wzrokiem po zaśnieżonych, górskich szczytach i przemówiła dumie do otaczających ją postaci:

— Oto staję przed wami, aby złożyć uroczystą przysięgę! Klnę się, że rzucę na kolana cały świat! Wszyscy bogowie i ludzie padną do moich stóp, a ja nie okażę litości! Tak jak oni jej nie okazali! — Wskazała pochodnią na odcięte głowy. — Nie okazali tej niewinnej kobiecie! — Przeniosła płonącą żagiew w kierunku jedynej osoby, która nie stała, a zasiadała na śniegu. Była nią zgwałcona, okaleczona zakonniczka, Druga z Dziewięciu. — Dlatego przeklinam Boginię Ziemi! — kontynuowała zajadle Waltari. — Przeklinam tą, która nie okazała litości, nie udzieliła wsparcia! Przeklinam Boginie Światła i Mroku, które nie udzieliły litości i wsparcia! Wreszcie przeklinam ludzi! Wszystkich ludzi, którzy stoją na straży starego porządku i nie okazują litości oraz wsparcia takim jak ona! Jak Druga z Dziewięciu! Przeklinam żeński Zakon Światła! I męski Zakon Braci Światła na drugiej półkuli! Przeklinam książęta, królów i cesarzy! Władców całego świata! Wreszcie przeklinam wolne klany! Przeklinam Trójcę! I przeklinam trzy wielkie rody Kardanoru! Powiadam bądźcie wszyscy przeklęci i obróćcie się w proch! A ja będę tą, która tego dokona! Poprzysięgam, że tak się stanie, jeżeli tylko zostanę pobłogosławiona przez nową, jedyną Boginię nadchodzącego świata! Tą, która najlepiej rozumie czym jest brak troski i wsparcia, czym jest ludzka i boska chciwość, żądza i nienasycenie, zsyłające na świat wieczne cierpienie!

Waltari podeszła do Drugiej z Dziewięciu. Uklękła przed nią i pochyliła nisko głowę. Siedzącej na śniegu kobiecie zsunął się z pleców płaszcz i ukazała swe bolejące oblicze. Wszystkie stawy jej rąk i nóg były zabandażowane, także usta. Z trudem poruszyła ona ręką. Wtedy jedna z zakonniczek pomogła okaleczonej kobiecie położyć swoją dłoń na głowie Waltari. Najwyższa kapłanka zastygła dłuższy czas w bezruchu. A kiedy wstała, uniosła pochodnię i wykrzyczała:

— A więc niech się stanie! Jako ogień pomsty i odrodzenia nadchodzę!

Po tych słowach dwie kapłanki podeszły do Waltari i dokładnie obmyły jej ciało, po czym ubrały ją w purpurową suknię z obszernym kapturem.

III. Kluczem jest krew

Ern przebywał w twierdzy Dagothar. To mroczne miejsce bynajmniej nie napełniało go trwogą. Także spokojnie tolerował towarzystwo przebywających tu ludzi i istot. W tej mrocznej matni, gdzie nikt przed nim niczego nie skrywał, po uprzednich doświadczeniach czuł się wręcz swobodniej niż na salonach w cesarskiej stolicy.

Tymczasem od przemiany Magi w mroczną varekai minęło sporo czasu i Ern zaczął powoli godzić się z ostateczną utratą siostry. Jednocześnie co raz wybiegał myślami do Marint. Osoby, która być może cały czas żyła, a z którą także łączyły go więzy krwi i znajomość. Zastanawiał się, czy jeżeli dane mu będzie jeszcze ją spotkać, to czy będzie mógł widzieć w niej kogoś innego niż Magi?

Nie wiedział tego. Zaś za sprawą innej wiedzy, tajemnej, w cudowny sposób odzyskał całkowite zdrowie. Ponoć dokonało się to za sprawą magii krwi świetlistego dziecka, przebywającego przez pewien czas w twierdzy Dagothar. Wystarczyło raptem kilka kropel niezwykłej, dziecięcej cieczy, a w przeciągu krótkiego czasu Ern praktycznie zapomniał o trapiących go przez całe życie kłopotach zdrowotnych.

Wraz z uzdrowieniem ciała powziął niezłomną decyzję, że zrealizuje dążenia Magi i odzyska władzę w Cesarstwie. Powoli szykował się do drogi ku pierścieniom światła. Lecz zanim wyruszy zdecydował się w końcu rozmówić ze swoją matką.

Poprawił na plecach grube futro z nieznanego mu zwierzęcia. Po drodze minął budzący podziw zbrojny oddział warathów oraz będącą w uśpieniu grupę zwiastunów mroku i dotarł w pobliże samotnie płonącego ogniska, gdzie zasiadała tylko jedna osoba — Furstia.

— Witaj ponownie, matko — powiedział swobodnie, gdy zajął miejsce na pniaku drewna naprzeciw staruszki. Ona nic nie odpowiedziała, tylko nieustannie wpatrywała się w ogniste języki. — To pomaga? Patrzenie w ogień? — zagadnął.

— Tak — odparła surowo.

— Lepiej się dzięki temu czujesz?

— To pozwala nie oślepnąć.

— Wzrok… — zadumał się Ern. — Przyda ci się jeszcze w świetle?

— Nigdy tam nie wrócę.

— Dlaczego? — zapytał, po czym zasypał matkę kolejnymi pytaniami, w których wyraźnie pobrzmiewała nuta żalu: — I dlaczego opuściłaś mnie oraz moje siostry? Dlaczego upozorowałaś własną śmierć? Czemu zmieniłaś Magi w to coś, co zniknęło w niebiańskiej jaskini pod piramidą?

— Na wszystkie pytania jest jedna odpowiedź. Znasz ją.

— Poświęciłaś się dla wyższego dobra…

— Tak.

— To on kazał ci tu zostać, prawda? Ten mroczny lord, Dagoth. — Ern spojrzał na pobliską piramidę.

— Wszystko ma swoją cenę. Ja swoją zapłaciłam i nie żałuję.

— Więc nie zaprzeczasz, że to z powodu lorda tu jesteś?

— Nie zaprzeczam. Swego czasu posiadałam wiedzę i wpływy, których potrzebował. A teraz, po tym, co się wydarzyło, nie mam już gdzie i po co wracać.

Ern głęboko westchnął, rozkoszując się przy tym uczuciem, że nie zaniósł się przy okazji paskudnym kaszlem.

— Wiesz, że nie mogę wybaczyć ci tego, co zrobiłaś Magi — oznajmił cierpko. — Ale dziękuję za uzdrowienie. Doceniam to.

— Poznałeś na sobie moc krwi świetlistego dziecka. A to dopiero przedsmak tego, co można za jej sprawą osiągnąć.

— Czy krew mrocznego dziecka także posiada tak niezwykłe właściwości? — zaciekawił się Ern.

— Tak. Lecz dopiero zmieszane ze sobą, krew dziecka światła i mroku, ukazują swoją prawdziwą moc.

— Jaką?

— Tworzą niezwykłą esencję zwaną świetlany mrok. Legendy głoszą, że dzięki tej świetlano-mrocznej esencji można sięgnąć po każdą rzecz, nie istnieją żadne ograniczenia.

— Czy ktoś kiedyś użył tej substancji?

— Tak.

— Kiedy?

— W drugiej erze, gdy istniało Zjednoczone Królestwo Światła i Mroku, którym rządziły mroczne oraz świetliste dzieci. Wtedy użyto ich krwi do zażegnania wielkiego niebezpieczeństwa. Został uratowany znany nam świat. Lecz od tamtej pory dzieci światła i mroku już nigdy nie pojawiły się razem na świecie.

— Aż do teraz…

— To prawda.

— I domyślam się, że wspomniana esencja może zostać użyta także do wyzwolenia niszczycielskiej mocy… — zasugerował Ern i spojrzał z dezaprobatą na matkę.

— Tak — odpowiedziała.

— W takim razie podjęliście wielkie ryzyko, powołując do życia mroczne dziecię i to kosztem Magi.

— W ten sposób ocaliliśmy mrok.

— I możecie ściągnąć zgubę na światłość.

— Ten wniosek jest słuszny. Czas pokaże czy postąpiliśmy właściwie.

— Czas… Chyba, że znowu zostanie cofnięty…?

— Nie ma już takiej możliwości. Ten potencjał został wyczerpany.

— To dobrze, bo nie zamierzam być znowu chory — zażartował Ern i przyjrzał się matce. Jej naznaczone głębokimi zmarszczkami oblicze tradycyjnie pozostało niewzruszone. — A zdradzisz mi… — zagadnął ponownie — jaka to mroczna siła zażądała powołania do życia mrocznego dziecka w zamian za udział w cofnięciu czasu?

— Czarni strażnicy dziewiątego pierścienia mroku.

— Nic mi to nie mówi…

— I dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby się o nich nie dowiedzieli.

— Brzmi to złowrogo. Czy mogłabyś mi to wyjaśnić?

— Ta wiedza wzbudzi w twoim sercu niepokój. A na to, co się ma wydarzyć i tak nic nie poradzisz.

— Dziękuję za wiarę w moje siły, matko… — uśmiechnął się drwiąco Ern. — Mimo wszystko, proszę, abyś objawiła mi tę wiedzę.

Furstia popatrzyła bez emocji na syna, po czym znowu spojrzała w płomienie. Zmrużyła oczy, zupełnie jakby między krwawymi językami ognia dostrzegała niewyraźne obrazy i zaczęła niespiesznie tłumaczyć:

— Światło i mrok potrafią współistnieć, koegzystować. Lecz istnieją skrajne siły, które nie akceptuję odmienności i ponad wszystko chcą zniszczyć swoje przeciwieństwo. W świecie mroku siłę taką stanowią czarni strażnicy, którzy nienawidzą światła i to za ich sprawą dokonaliśmy cofnięcia czasu. Oni zaś marzą o tym, aby powołane do życia dziecko mroku dotarło do dziewiątego, świetlistego pierścienia i zgasiło słońce na niebie. Wiedzieliśmy o tym i podjęliśmy ryzyko. Jednakże tym razem, aby osiągnąć swoje niszczycielskie cele, czarni strażnicy uczynili coś więcej, coś niewyobrażalnie strasznego, czego początkowo nie dostrzegliśmy.

— Proszę, kontynuuj, matko…

— Czarni strażnicy odnaleźli istotę będącą człowiekiem światła, a jednocześnie absolutnie zafascynowaną mrokiem.

— Kim ona jest?

— Jej imię to Kati, Kati de Szon.

— Kati de Szon…

— Tak. Za namową czarnych strażników wyrzekła się ona zarówno swej fizycznej postaci, jak i ostatniego promienia światła w swej duszy. Odprawiono mroczny rytuał. Ciało Kati de Szon otrzymało ducha nic nieznaczącej kobiety i wraz z dzieckiem mroku w swym łonie wysłano je w przeszłość. Natomiast bezcielesna istota, która wyrzekła się światła została ucieleśnieniem mroku, wszystkich jego najciemniejszych tendencji i pragnień. Istota ta stała się wszech niszczycielskim duchem, który istnieje rozproszony po dziewięciu mrocznych pierścieniach i nieustannie się pożywia, wchłaniając śmierć i nienawiść. Każdy podły czyn na świecie go wzmacnia, a każdy dobry osłabia.

— Zgaduję więc, że rośnie w siłę i to bardzo szybko…

— To gorzka prawda. Świat jest po brzegi wypełniony złem we wszystkich postaciach i to zarówno w świetlistych jak i mrocznych pierścieniach. Wszech niszczycielski duch staje się coraz potężniejszy. Oddziałuje na istoty będące w jego zasięgu i nasyca je swą nienawiścią. Mroczni lordowie znowu pragną wieloletniego zaćmienia. Przyzywają je, aby najechać krainy ludzi światła. Z kolei ludzie światła sami sobie rzucają się do gardeł. Jednak nikt nie przewiduje najgorszego, co może się ziścić. Jeżeli wspomniany wszech niszczycielski duch posiądzie dostateczną siłę, wówczas wyzwoli się z mrocznych pierścieni. Wyruszy w niezmierzoną przestrzeń, aby połykać i gasić gwiazdy. We wszechświecie zapanuje absolutna ciemność. I właśnie o tym stanie wspominał lord Dagoth, że będzie przekleństwem także dla wszystkich mrocznych istot. Bo gdy nie będzie już światła nauczone jedynie zabijania i nienawiści istoty mroku same zaczną się mordować. I będą to czynić tak długo aż zostanie tylko jedna z nich. A wtedy istota ta umrze dławiąc się własną nienawiścią. Jej los podzieli wszech niszczycielski duch. I nie zostanie już nic. Nie będzie ani światła ani mroku. Nie będzie niczego ani nikogo kto mógłby stwierdzić, że kiedykolwiek coś istniało. Czas i przestrzeń zostaną unicestwione. Nastanie absolutna pustka wszystkiego.

Kiedy Furstia skończyła mówić, Ern zabrał dłonie z twarzy. Wcześniej zasłaniał się nimi, chcąc jakby odgrodzić swe myśli od przerażających przepowiedni. Wreszcie zebrał się w sobie i jękliwie zapytał:

— Skoro wyzwolony, wszech niszczycielski duch zmierza do ostatecznej zagłady wszystkiego, to dlaczego czarni strażnicy zdecydowali się go powołać?

— Do tego stopnia zaślepia ich nienawiść wobec światła, że pragną jedynie zniszczenia. Temu podporządkowują wszystko, nawet własne istnienie.

Ern zadumał się i oznajmił:

— Załóżmy, że to wszystko prawda, a nie wynaturzona wersja legend mroku wymyślona przez jakiegoś szaleńca… W takich okolicznościach, czy istnieje sposób, aby zaradzić wspomnianemu duchowi, pokonać go…?

— Kluczem jest krew. Nadzieję dla świata stanowią esencja świetlanego mroku oraz lord Dagoth.

— Dlaczego lord Dagoth?

— Ponieważ krew dzieci światła i mroku trzeba wzbogacić, aby oprzeć się tak trudnemu przeciwnikowi jak wszech niszczycielski duch. Tylko lord wie jak tego dokonać.

— Tylko on, czy ty również…? — przyjrzał się podejrzliwie matce Ern.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.