E-book
2.73
Świetlany mrok Czwarta z Dziewięciu

Bezpłatny fragment - Świetlany mrok Czwarta z Dziewięciu


Objętość:
201 str.
ISBN:
978-83-8221-415-4

TOM IV


CZĘŚĆ V

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Marta Frąckowiak

e-wydanie pierwsze 2017

Kontakt: bookbonk@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone.

I. Konfrontacja

W granitowej piramidzie Danen otrzymał od lorda Dagotha wszelkie niezbędne wskazówki, jak nawiązać kontakt z innymi władcami ciemności. Jednak zanim wyruszy do odleglejszych pierścieni mroku, postanowił ostatni raz spojrzeć w słońce, aby jasnym światłem nasycić swoją ludzką połowę. Choć tak naprawdę może po prostu kolejny raz zapragnął zmasakrować ludzi w obozowisku klanu wilków i zasmakować ich krwi? Nie wiedział tego, aczkolwiek na ten czas ta druga ewentualność wydawała się o wiele bardziej prawdopodobna.

Tak oto w twierdzy Dagothar kazał wypalić sobie specjalne piętno na plecach, aby w przyszłości, gdy będzie przebywał w ciemnościach, nie ulec całkowitej przemianie w zwiastuna mroku. Następnie razem z Marint oraz ciągle towarzyszącą im Barbet, ruszyli ku światłu.

Tym razem Danen zdecydował się jedynie sporadycznie nieść należącą do niego kobietę. Dostrzegł bowiem, że sprawiało jej to przyjemność, jego zaś obdarowywanie kogoś czymś dobrym zwyczajnie drażniło. Zauważył, że kiedy niósł Marint, ta wtulała się w niego i nieraz głaskała go czule, a nawet próbowała całować. W czasie odpoczynku z własnej inicjatywy się rozbierała, zapraszając go, by ją posiadł. Gdy to czynił, mocno naprężała pośladki, kołysała biodrami i pojękiwała, aby sprawić mu większą przyjemność. Musiał przeto przyznać, że służyła mu dobrze i koniecznie pragnął zatrzymać ją przy sobie. Lecz w ciemnościach musiała stać się bardziej samodzielna i poruszać na własnych nogach. Tak właśnie postanowił.

Tymczasem opuścili mrok i udali się na otwarte stepy. Okrutna bytność Danena w tych okolicach sprawiła, że coraz trudniej było odszukać tu ludzkie siedliska. Populacja klanu wilków, dodatkowo prowadzących wojnę z Artami, została znacząco uszczuplona. Jednak Danen wiedział, gdzie należało szukać. Kluczem było poruszanie się wzdłuż rzeki, która niosła ludziom bogactwo ryb i życiodajnej wody.

Po kilku cyklach snu podróży wraz z wodnym nurtem odnalazł niewielkie obozowisko. Nie oglądając się na nikogo i pozostawiając za sobą zarówno Marint, jak i Barbet z miejsca ruszył do bestialskiej walki.

Jak zwykle nikt nie mógł mu się oprzeć. Z niewyobrażalnej rzezi ocalił jedynie dwie młode kobiety, bliźniaczki. Jedna z nich klęczała przed nim absolutnie przerażona, druga stała w pewnej odległości. Nie błagały o litość, wiedziały, że na takową nie miały co liczyć. Z kolei Danen pogładził klęczącą kobietę po policzku i uśmiechał się z zadowoleniem.

Niebawem zjawiła się koło niego Marint z ostrzem w ręku. Obecnie bez miski, ponieważ oboje zwykli już pić krew bezpośrednio z ciał zamordowanych ofiar.

— Wstrzymaj się… — wychrypiał do niej Danen, wskazując szponami na jej broń i nie odrywając wzroku od kobiety z klanu wilków.

— Dlaczego tak na nią patrzysz? — zapytała zazdrośnie Marint.

— Przypomina mi kogoś, kogoś bliskiego…

— Wilczy Kieł — stwierdziła cierpko siostra Magi.

— Tak… Jest do niej taka podobna, także jej siostra… — Danen przeniósł ludzką dłoń na pierś kobiety z klanu wilków i skierował żądanie do Marint: — Rozbierz ją dla mnie i przygotuj. Nie pragnę jej krwi, tylko rozkoszy kobiecego ciała. Potem zwiążesz obie i poprowadzisz te istoty na postronku. Przez pewien czas chcę je przy sobie zatrzymać… Zrozumiałaś?

W odpowiedzi Marint przybrała wyraz twarzy, zupełnie jakby przełykała gorzkie lekarstwo. Podeszła do przerażonej kobiety i niespodziewanie zamaszystym ruchem sama poderżnęła jej gardło.

— Co to ma znaczyć…? — syknął osłupiały Danen.

— To, co widzisz! — krzyknęła z wyrzutem Marint, pokazując na umierającą kobietę. — To krew dla ciebie. Ciało masz moje, tylko moje, rozumiesz?! — Na srogim obliczu Danena pojawił się szyderczy uśmiech i cień satysfakcji. Marint natomiast odwróciła się i ruszyła energicznie do bliźniaczki zamordowanej kobiety. Z zaciętym wyrazem twarzy zamachnęła się na nią ostrzem, ale jej cios nie doszedł celu. Ktoś chwycił ją za rękę i wykręcił ją boleśni tak, że sztylet wylądował na ziemi.

Marint dostrzegła przed sobą postać, która w mgnieniu oka wyskoczyła zza pleców kobiety z klanu wilków i przeszkodziła w dokonaniu zabójstwa. Osoba ta miała na głowie kaptur przerobiony tak, że skrywał połowę jej twarzy. Odzienie to żywo przypomniało inne, znane Marint. Spojrzała z ukosa na Danena i wtedy otrzymała potężne kopnięcie w brzuch od przybyłej, zakapturzonej postaci, po którym poleciała daleko do tyłu. Przewróciła się na ziemię i ściskając pulsujący bólem żołądek, wiła żałośnie.

Zakapturzona kobieta wyminęła ją i wymachując nonszalancko bronią identyczną, jak Danena, stanęła w niewielkiej odległości od niego.

— Orsis… — powiedział z pewnym podziwem mężczyzna. Cóż za niespodzianka…

— Ty z kolei jesteś nad wyraz przewidywalny, głupcze. — Popatrzyła zdegustowana po zniszczonym obozie i licznych ofiarach.

— Wybrałem swoją drogę i nic ci do tego. — Danen raptem zmienił ton głosu na ociekający jadem.

— Nic mi do tego…? Otóż się mylisz. To ja cię ocaliłam, wyłowiłam z rzeki. To dzięki mnie przeżyłeś i przybywam naprawić swój błąd. — Szybko okręciła w dłoni świetlany mrok.

— A więc zmierzmy się! — Także uzbrojony mężczyzna z wolna postąpił ku Orsis. Ta ruszyła na niego, mówiąc:

— Pozdrowienia od Oczu, które Patrzą. Z ostrzem przy gardle wyśpiewały wszystko. Zarówno, gdzie przebywasz, jak i co zamierzasz. I naprawdę sądziłeś, że ci na to pozwolę? Ha! — parsknęła. — Głupiec…


*


Ogryzająca krwawy piszczel Barbet, siedziała na męskich zwłokach i z zaciekawieniem obserwowała rozpoczynającą się walkę.


*


Danen ciął po skosie ostrzem miecza, lecz klinga odbiła się od drążka broni Orsis. Kobieta momentalnie kontratakowała, uderzając świetlanym mrokiem na wysokości kostek mężczyzny. Padł na ziemię, jednak zanim zdołała go przyszpilić grotem włóczni, błyskawicznie stanął na równe nogi i sam wykonał zamach mieczem. Drasnął Orsis w ludzkie ramię i ta odsunęła się z respektem do tyłu. Danen rzucił się na nią z furią. Ich bronie skrzyżowały się ze sobą raz i drugi, po czym mężczyzna wypuścił swój oręż z rąk i skoczył na kobietę. Ona także porzuciła broń i przekoziołkowali razem po ziemi, zadając sobie nawzajem rany szponami.

Aż naraz Orsis zatopiła zęby zwiastuna mroku w piersi mężczyzny. Ten uniósł rękę, aby zadać szponami śmiertelny cios w kark przeciwniczki. Lecz jego opadająca ręka została pochwycona w nadgarstku. Wobec tego swoją ludzką dłonią złapał kobietę za włosy i próbował oderwać ją od ranionej piersi. Bez powodzenia, przegrywał.

Wtem Marint skoczyła na plecy Orsis i zaczęła ją dusić. Kobieta, której odcięto dopływ powietrza do płuc, odtoczyła się po ziemi, by zrzucić z siebie napastniczkę. Udało się jej. Uklękła i z tej pozycji zadała Matint potężny cios w twarz swoimi szponami. Rozbrzmiał przeraźliwy krzyk, a w przestrzeń poszybowały krople krwi, kawałki mięsa i strzępy skóry. Okaleczona siostra Magi załapała się za zmasakrowane lico i skuliła nisko przy ziemi. Jej dłonie zalała krew.

Z kolei Orsis wstała i skoncentrował uwagę na Danenie. Ten ponownie uzbroił się w świetlany mrok i rzucił na nią wściekle. Ona pochwyciła z ziemi Marint i jak szmacianą lalką rzuciła nią w mężczyznę. Ten złapał ją w locie, a wtedy Orsis wykonała wślizg pod jego nogi i podcięła go tak, że zwalił się na ziemię, jak kłoda. Z tą chwilą wbiła mu ostre szpony w ludzką łydkę, przebijając ją na wylot i szarpnęła, rozrywając mięso w tym miejscu.

Podźwignęła się na nogi i skoczyła po własną broń. Kiedy razem z nią odwróciła się, zauważyła klęczącego Danena, który swoim ciałem zasłaniał leżącą Marint. Orsis uśmiechnęła się z przekąsem. Wiedziała, że z powodu głębokiej rany w nodze jej przeciwnik został unieruchomiony. Zaczęła go obchodzić na około, co chwilę kąsając grotem włóczni, to markowała atak na Marint, ponieważ wtedy odsłaniał się bardziej.

Triumfująca Orsis, zauważyła także, że z powodu licznych ran jej przeciwnik tracił sporo krwi i słabł. Jednak nie lekceważyła go i nie zmieniała taktyki. Nie zamierzała zaryzykować decydującego ataku. Postanowiła czekać, aż Danen wykrwawi się na śmierć. Gdy wtem zesztywniała na całym ciele i spojrzała na swój brzuch. Z jej ludzkiej połowy, tuż koło pępka, wystawał zaostrzony, ludzki piszczel.


*


Barbet wyszarpnęła swoją imitującą sztylet broń z ciała Orsis i kobieta padła na ziemię. Zaś dziewczyna uśmiechnęła się do Danena i smakowicie oblizała krew z ludzkiej kości.

— Opatrz ją, tylko dokładnie — zwrócił się grobowym tonem to Barbet Danen, wskazując na okaleczoną Marint i dodał: — Ja zajmę się Orsis… Tylko ja mogę ją zabić, rozumiesz? Tylko ja. — Zaczął się czołgać do kobiety z raną w brzuchu.

Dziewczyna wzruszyła obojętnie ramionami i podeszła do Marint. Odjęła jej ręce od twarzy i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Do tej pory piękne kobiece lico, było teraz autentycznie zmasakrowane.

Naraz wykrwawiająca się Orsis z wielkim trudem, ale zdołała gwizdnąć na palcach. Nikt nie zwrócił na to uwagi, lecz po chwili stało się jasne, co znaczył ten sygnał. Oto nad pobliskim wzniesieniem ukazało się olbrzymie, czerwone i skrzydlate monstrum, które szybowało nisko nad ziemią wprost w kierunku zniszczonego obozowiska.

— Konie… — wychrypiał do Barbet wielce zaskoczony Danen. — Konie! — ponaglił gniewnie. — Musimy uciekać w mrok!

Dziewczyna zastanowiła się chwilę, co czynić. Na widok potężnego, wężowego skalenta zdecydowała się iść za sugestią mężczyzny. Pobiegła do ocalonych rumaków i czym prędzej pomogła zasiąść na nich Marint oraz Danenowi. Kiedy to uczynili, nadlatująca bestia była już naprawdę blisko. Skierowali wierzchowce w kierunku mroku i pognali tam ile sił.


*


Błyskawicznie słabnąca Orsis, zobaczyła nad sobą jakąś postać. Zorientowała się, że to kobieta z klanu wilków, której dopiero co uratowała życie. Mówiła coś, ale Orsis nie znała tego języka. Za to z ulgą dostrzegła, że zakładana jest jej opaska uciskowa na ranę zadaną piszczelem. Pomyślała, że użyje całej swej woli, aby przeżyć. A wtedy stanie z Danenem do kolejnej konfrontacji, tym razem zwycięskiej i ostatecznej zarazem.

II. Amory

Gisha znajdowała się w swej garderobianej komnacie. Była tutaj ze służką, która pomagała jej przymierzać stroje. Obecnie dziewczyna zrobiła sobie przerwę w przywdziewaniu kolejnych sukni i zasiadła przed wielkim kryształowym lustrem zawieszonym na ścianie. Długo, z powagą stroiła różne miny i wpatrywała się w swoje oblicze, aż przemówiła do służki:

— Czy ja jestem ładna…?

— Najpiękniejsza — usłyszała natychmiast w odpowiedzi.

— Hmh… — Gisha nie wydawała się przekonana. Zdjęła z ramion białą jak kreda suknię i spoglądając w lustro, zajęła się oględzinami swoich piersi. Macała je przy tym i unosiła do góry, aż smętnie zawyrokowała:

— Za małe i jakieś takie szpiczaste…

— Są doskonałe, jak cała, nasza pani — wtrąciła pospiesznie służka.

— Naprawdę tak uważasz…? — Młoda imperator przyjrzała się sobie jeszcze uważniej.

— Tak, ależ oczywiście.

Na te słowa dziewczyna odwróciła się do pokojówki.

— Pokaż mi swoje piersi — zarządziła. — Służka spełniła polecenie. — Twoje są większe i krągłe… — podziwiała zazdrośnie Gisha, okraszając swą twarz kwaśnym uśmiechem. — Pokaż mi się cała naga — dodała. Kiedy pokojówka się rozbierała, to samo uczyniła dziewczyna. Następnie spoglądała na siebie, to na obnażoną służkę i była coraz bardziej zrezygnowana. W końcu podeszła do pokojówki i położyła jej ręce na talii.

— Dlaczego jesteś taka wąska w pasie? Jak ty to robisz? — dopytywała. — Nosisz jakiś gorset? Talia jak u osy. A twoje pośladki… Czemu ja nie mam takich wypukłych…? — Przeniosła na nie swoją dłoń i z podziwem, to z pretensją w głosie oceniała dalej: — Skóra jak aksamit, naprawdę. Równe łopatki i zgrabne nogi. Tak, bardzo zgrabne nogi. I masz taki uroczy pieprzyk nad ustami. Włosy w kolorze słońca, nie to, co moje, mroczne. Muszę ufarbować, rozjaśnić. Hm… Jesteś tylko służącą, czemu więc jesteś taka piękna, piękniejsza ode mnie…?

— Ja tylko… — Pokojówka się zarumieniła.

Raptem niespodziewanie drzwi zostały otwarte i do komnaty szybko wkroczył Wiron. Na zastany widok obmacujących się, nagich kobiet, stanął jak wryty i szeroko otworzył usta. Nastała pełna konsternacji cisza, aż chłopak z trudem z siebie wydusił:

— Nie miałem pojęcia, że ty… no wiesz…

Gisha przybrała gniewny wyraz twarzy, którego wszyscy tak bardzo się obawiali. Zdjął rękę z pośladków służki i wskazując drzwi, wrzasnęła:

— Jesteś po prostu bezczelny! Wynoś się, ale natychmiast! I bez zaproszenia nigdy więcej nie waż się wchodzić do mojej komnaty!

Wiron skłonił się uniżenie i w podskokach opuścił salę, pospiesznie zamykając za sobą drzwi.

W następnym cyklu snu Gisha postanowiła umilić sobie spożywanie obiadu męskim towarzystwem. Na tonący w słońcu oraz kwitnących kwiatach pałacowy balkon zaprosiła do wspólnego posiłku poznanego nie tak dawno oficera z rodu Kelle imieniem Kimri.

O ile bowiem wspomniany mężczyzna wywarł na niej bardzo korzystne wrażenie i autentycznie ją intrygował, o tyle ocena Wirona systematycznie pikowała w dół. Ten nieokrzesany chłopak zaczął ją naprawdę irytować. Ciężko jej było wybaczyć mu to, że myśląc, iż ją utracił, tak szybko postanowił zaznać cielesnej rozkoszy z innymi kobietami. Częściowo ratowało go to, że nie zdezerterował. Jednak dlaczego nie zadowolił się jedną oblubienicą, a zachował jak władca haremu i poszedł do łóżka z całą chmarą? I ten jego brak manier. Wszedł do jej komnaty, zastał ją cała nagą! I to w kłopotliwej sytuacji. Tak oto myśląc o Wironie, tylko z dezaprobatą kręciła głową.

Natomiast co do Kimriego… Przyjrzała się z lekkim uśmieszkiem właśnie wkraczającemu na balkon mężczyźnie. Szedł pewnym, równym żołnierskim krokiem, a zarazem dystyngowanym. Nie podskakiwał, jak ten błazen, Wiron. Minę miał poważną, a szlachetne rysy twarzy, jakby wykute ze skały. Tak, był wyjątkowo przystojny i od Wirona odpowiednio starszy. A do tego szczuplejszy, bardziej umięśniony! Wyższy!

— Pani… — Skłonił się nisko. — I ten jego tembr głosu… Trzepocząc rzęsami, zachwycała się Gisha. — Pani…? — powtórzył, spoglądając na dziewczynę zasiadającą z zastygłym, wymalowanym uśmiechem na twarzy.

— Tak, oczywiście. — Młoda imperator naraz przypomniała sobie o swoim majestacie. Spoważniała i wskazała na krzesło po drugiej stronie kremowego stolika. — Usiądź, proszę, i porozmawiajmy o nadchodzącej kampanii wojennej — oznajmiła. — Oficer zajął miejsce, siadając sztywno i czekał. — Może rozmawiając, jednocześnie coś zjemy…? — zasugerowała przymilnie Gisha.

— Chętnie.

— Dobrze zatem… — Dziewczyna popatrzyła na swoją ulubioną służkę, tą samą, której ciałem tak się zachwycała i powiedziała do niej: — Skuszę się na kwiaty zapiekane w cieście, kandyzowane owoce i lekko słodkie biszkopty. Natomiast dla tego oto mężczyzny… — Popatrzyła z podziwem na Kimriego. — Proponuję coś treściwego… Może pieczone jagnię ze smażonymi warzywami…?

— Bardzo poproszę — odparł uprzejmie mężczyzna.

Służka udała się zrealizować zamówienie. Gisha zaś ponownie delikatnie zagaiła:

— Wspomniałeś, panie, że jesteś oficerem rodu Kelle… Może jednym z dowódców jeźdźców…?

— Dowodzę regimentem piechoty. Podlega mi dziewięć dziewiątek włóczników — powiedział skromnie.

— Hm… To niedopuszczalne…

— Dlaczego?

— Ponieważ… Widzę w panu nieprzeciętne zdolności i nieprzejednaną odwagę… Niniejszym mianuję pana jedynym dowódcą mojej piechoty! — Gisha złożyła dłonie, jak do modlitwy i zakwitła promiennym uśmiechem.

— Niestety, ale muszę odmówić.

Zrzedła jej mina.

— Ale czemu? — zafrasowała się.

— Służę w wojsku od niedawna. Nie posiadam jeszcze odpowiednich kwalifikacji oraz doświadczenia, aby objąć tak odpowiedzialne stanowisko.

— Rozumiem… — Niepocieszona dziewczyna podrapała się po policzku.

Tymczasem służka zaczęła znosić kolejne talerze z jedzeniem. Kiedy skończyła, stanęła z boku, czekając na ewentualne polecenia swojej pani.

— Smakuje? — zapytała Kimriego Gisha, widząc, że je powoli, a nie połyka łapczywie wielkie kęsy, jak Wiron.

— Danie jest doprawdy wyśmienite, dziękuję.

— Cieszy mnie to — powiedziała dziewczyna, która wpatrzona w mężczyznę, jak w obrazek, zupełnie zapomniała o swoim posiłku.

— Chciała pani porozmawiać o nadchodzącej kampanii wojennej — przemówił w pewnym momencie Kimri. — Bujająca w obłokach Gisha, machnęła niedbale ręką. — Zmieniła pani zdanie? Może zaproszę na moje miejsce kogoś bardziej kompetentnego?

— Ależ, proszę, zostać… — Dziewczyna złapała mężczyznę za rękę i w odpowiedzi na dotyk jego ciała aż przeszły ją dreszcze. — Och… — Nie zdołała powstrzymać westchnięcia.

— Wszystko w porządku?

— O taaak…

— Nie ruszyła pani obiadu. — Kimri wskazał na pełne talerze po przeciwległej stronie stołu.

— Nie jestem głodna… — oświadczyła leniwie, pożerając wręcz wzrokiem mężczyznę, który właśnie skończył obiad.

— To było doprawdy wyborne. Jeżeli ma pani do mnie jakiś sprawy, słucham uniżenie. W przeciwnym wypadku idę na plac musztry. Zaraz zaczynają się ćwiczenia.

— A kiedy się kończą…? — zapytała zalotnie Gisha.

— Przed kolacją.

— Zatem zapraszam pana na kolację, ponieważ… powinniśmy jednak poruszyć pewne kwestie odnośnie kampanii wojskowej…

— Oczywiście, będę zaszczycony. — Mężczyzna wstał od stołu. Ukłonił się nisko Gishy i odszedł miarowym krokiem.

Dziewczyna jeszcze długo wpatrywała się w ślad za nim, robiąc coraz bardziej maślane oczy.

— Pani… — odezwała się naraz nieśmiało służka.

— Taaak…?

— Widziałam, jak patrzysz na obecnego tu mężczyznę.

— Cóż… — jęknąłe Gisha.

— Wystarczy jedno twoje słowo, a w czasie przeznaczonym na sen sprowadzę go twej komnaty, abyście legli w łożu.

Na tę sugestię młodą imperator przeszedł rozkoszny dreszcz. Jednakże odpowiedziała wbrew sobie:

— Praktycznie go nie znam, to nie wypada… Co by sobie o mnie pomyślał…?

— Twoje ciało, pani.

— Coś z nim nie tak? — Raptem zaniepokojona dziewczyna spojrzała podejrzliwie na służkę.

— Twoje dojrzałe już ciało, pani, wydaje się łaknąć bliskości innego ciała, jest niezaspokojone.

— To chyba prawda… — Gisha poprawiła suknię między nogami.

— Czasowo mogłabym temu zaradzić. Przynieść ulgę.

Wobec tego wyznania dziewczyna zrobiła wielkie oczy.

— Sugerujesz pójście ze mną do łóżka…? — zapytała wielce zaskoczona.

— Przepraszam, jeżeli… — zmieszała się służka. Na co Gisha ujęła ją za dłoń i oznajmiła drżącym głosem:

— Chciałbym tego z tobą po kryjomu spróbować, teraz… — Oblały ją pąsowe rumieńce i wstała od stołu, nie uszczknąwszy nawet odrobiny jedzenia, za to nabierając coraz większego apetytu na coś zupełnie innego.

III. Synowie

Kegen dotarł do twierdzy Blask, a właściwie tego, co z niej pozostało. Wyminął wywarzoną, zniszczoną bramę i udał się po schodach na mury. Na miejscu się zatrzymał i powiódł wzrokiem po spalonych zabudowaniach warowni. Wszystkie drewniane elementy pochłonął ogień w tym stajnię czy szopę na narzędzia. W wielu miejscach na murach osadziła się czarna sadza. Wszystkie okna budynków były powybijane.

Następnie Kegen skierował wzrok w stronę mroku, który od zawsze spowijał w ciemnościach połowę tego świata. Pomyślał, że niebawem opuści na długi czas krainy światła, by na zawsze to odmienić — aby po wsze czasy unicestwić mrok, w którym w jego odczuciu czaiło się samo zło i niegodziwość.

Wkrótce do Kegena dołączyli dwaj Artowie, których wynajął jeszcze przed wyruszeniem na ratunek żonie. Mieli go tutaj oczekiwać i wspólnie z nim podążyć w mrok do niebiańskiej jaskini, do Huvego. Oczywiście mogli mu towarzyszyć ludzie z Arii, jednak przeczuwał, że w razie problemów, a takowych się spodziewał, Atrowie przysłużą mu się o wiele lepiej.

Tak oto rozpoczęła się podróż konno w kierunku północy na pograniczu światła i mroku. Potem w chłodzie przez pierścienie ciemności. Całą drogę Kegen prawie nic nie mówił do Artów, za to nieustannie raczył się wspomnieniami o ukochanej Kati i karmił nadzieją, że dane mu będzie ją jeszcze zobaczyć nie tylko w swej wyobraźni. Misja, której się podjął, była szalenie niebezpieczna, przecież wiedział o tym.

A jego strach? Tak, będzie mu nieraz towarzyszył, to oczywiste. Ale nie, nie przeszkodzi mu w jego działaniach, nie sparaliżuje i nie pozbawi godności, nigdy więcej. Tym aspektem swojej osobowości wreszcie przestał się na dobre przejmować.

Po wielu spędzonych w mroku cyklach snu Kegen usłyszał delikatny dźwięk szemrzącego strumienia. Teraz był już pewien, że zbliżał się do poszukiwanego miejsca. Szedł ostrożnie z biegiem płynącej wody i usilnie wypatrywał w ciemnościach porośniętego kolczastymi krzakami wzniesienia.

Wtem usłyszał żywiołowe, dziecięce pokrzykiwania. Zaraz potem dostrzegł niewyraźną sylwetkę chłopca o jaśniejących oczach, który patykiem zawzięcie atakował skałę.

— Huve, synu… — szepnął do niego Kegen, gdy stanął tuż za nim. Ten się odwrócił i zastygł w pozie z szeroko otwartymi ustami. Jego ludzkie oczy lśniły w mroku, jakby płonęły białym ogniem.

— Wróciłeś… wreszcie wróciłeś… — wydusił w końcu z siebie wielce zaskoczony chłopiec. — Mała Nakis mówiła, że zmierzasz do mnie, ale nie byłem pewien czy… — Wtem chłopiec zaniemówił z wrażenia i mocno objął Kegena. — Tak badzo czekałem… — popiskiwał tęsknie i z wielkim przejęciem.

Wkrótce Huve wziął mężczyznę za rękę i zaprowadził do niebiańskiej jaskini. Artowie pozostali w jej przedsionku. W najszerszej części groty siedziała na zwierzęcych skórach Eingen i karmiła piersią niemowlę.

— Zostaw nas samych… — powiedział do chłopca Kegen. Ten skinął głową i się oddalił. Mężczyzna podszedł do kobiety, która mrużąc oczy, obserwowała go bez słowa. On delikatnie wziął z jej rąk dziecko i mu się przyjrzał. Po chwili nie był w stanie powstrzymać na twarzy szerokiego uśmiechu.

— To twój syn — usłyszał wypowiedziane bez emocji słowa.

— Wiem o tym. — W zachwycie uniósł malca nad swoją głowę.

— Wiem, że ty wiesz. Wiem wszystko od dziecka światła.

— Wszystko…? — Kegen popatrzył z podejrzliwością na Eingen. Ona spokojnie mówiła dalej:

— Wiem, że dziecko, które trzymasz w rękach to twój jedyny, pierworodny syn, a nie jeden z wielu. Wiem, że ze swoją żoną, która tak naprawdę nie jest twoją żoną, nie masz żadnych dzieci. — Na te słowa prawdy Kegen ciężko westchnął, a kobieta kontynuowała: — Zostałam tu dłużej niż rok. Nosiłam w łonie twojego syna. W trudzie wydałam go na świat. Karmię własną piersią i wychowuję.

— Twoje zasługi są nie do przecenienia — zwrócił się do niej z powagą mężczyzna i oddał jej chłopczyka. — Wiedz, że tobie, jak i twojemu dziecku…

— Naszemu dziecku — poprwiła Eingen.

— Tobie i … naszemu dziecku — zgodził się Kegen — niczego nie będzie zbywać.

— Dotrzymasz obietnicy? — upewniała się kobieta.

— Oczywiście.

— Nasz chłopiec nie ma jeszcze imienia. Chcę, abyś sam wybrał.

— Dziękuję.

— Ale z chwilą, kiedy to uczynisz, niech nazywany będzie także de Szon.

— Tak się stanie — potwierdził mężczyzna i dodał: — Przybyłem tu z dwoma Artami, będą cię eskortować do światła i dalej aż do Altris. Zamieszkasz tam z dzieckiem. Czeka na was piękny dom, strażnicy, służba i wszystkie możliwe wygody. Ponadto co dwadzieścia siedem cykli snu z książęcego skarbca będziesz otrzymywać dwadzieścia siedem korali irium, dożywotnio. Możesz wyruszyć, kiedy zechcesz, choćby w tej chwili. — Kegen skończył mówić i uśmiechnął się do chłopca, był nim zachwycony. To był jego syn, dziecko mające jego krew w swoich żyłach.

— Czy nasze dziecko będzie dziedzicem tronu? — zapytała Eingen.

— To skomplikowane… — odparł raptem zafrapowany Kegen. — Tak, jak przyobiecałem, przysposobię to dziecię i będzie ono zwane de Szon. Ale jeżeli w przyszłości doczekam się potomstwa ze swoją żoną, to ono będzie miało pierwszeństwo dziedziczenia tronu.

— W takim razie zanim odjadę, musisz zrobić coś jeszcze.

— Co takiego? — rzucił znowu beztrosko mężczyzna na powrót zaangażowany w podziwianie niemowlęcia. Jednak słowa kobiety sprawiły, że raptem opuścił go dobry humor.

— Masz dać mi kolejne dziecko — oświadczyła. — Odejdę stąd, ale brzemienna.

IV. Polowanie

Potężna armia krain światła z wolna zbliżała się do Azzarisz, lecz Gisha wydawała się nic sobie z tego nie robić. Można było wręcz odnieść wrażenie, że całą jej uwagę absorbowały wyłącznie sprawy damsko-męskie i była ślepa na nadchodzący kataklizm.

Jednakże nie stanowiło to do końca prawdy. Co pewien czas słała poselstwa w mrok i odbyła tam nawet podróż smokiem. Ostatecznie na swego mrocznego namiestnika wybrała znanego już sobie lorda Dagotha i na jego barkach złożyła przygotowanie planu zwycięskiej bitwy.

A musiała wygrać, aby chronić ludzi, którzy oddali się pod jej komendę i których obecnie tylko ona mogła ocalić. Choć nie była pozbawiona wątpliwości czy obrała słuszną drogą. Jak bowiem mogła chronić swoich ludzi, prowadząc ich na niekończącą się wojnę z potężnym wrogiem?

To pytanie, pojawiające się co pewien czas w umyśle Gishy, cały czas pozostawało bez odpowiedzi. Tym bardziej ochoczo uciekała ona do innych spraw, gdzie prym wiodły te sercowe.

W bieżącej chwili wybrała się nieopodal Azzarisz do lasu na polowanie. Wśród rozłożystych, liściastych drzew, jechała konno z faworyzowanymi przez siebie mężczyznami, a mianowicie Kimrim oraz Wironem. W roli przyzwoitki towarzyszyła im jej coraz bardziej zaufana służka, która okazała się nieoceniona w łożu i potrafiła zdejmować specyficzne, cielesne napięcie swej pani, zapewniając jej dodatkowo wspaniałą rozkosz. Na wspomnienie jej łóżkowych wyczynów Gisha zapomniała się na moment i głęboko westchnęła.

— Czyżbyś się nużyła? — przemówił do niej Wiron i wskazując na jadącego z drugiej strony dziewczyny Kimriego, rzucił wyzywająco: — Część twojego towarzystwa rzeczywiście sprawia, że człowiek wręcz zasypia na koniu.

— Daj spokój… — odparła Gisha i zaciekawiona spojrzała na przedstawiciela rodu Kelle wielce ciekawa, jak zareaguje na zaczepkę. Ale jemu nie drgnęła nawet powieka. Wydawał się słów Wirona w ogóle nie słyszeć. Wobec tego dziewczyna przeniosła wzrok na służkę i dyskretnie uśmiechnęła się do niej. Ona z kolei wymownie skinęła swej pani głową. — A jak wam się podoba mój strój…? — rzuciła kokieteryjnie Gisha, wskazując na swoją długą biało-czarną suknię z dużym dekoltem, której koniec ciągnął się niemal po ziemi za końskim zadem.

— Jest zniewalająca niczym światło i mrok w najczystszej postaci — wyrwał się pospiesznie Wiron i kontynuował: — Jednak nie może się równać z absolutnym pięknem osoby, którą odziewa. — Przedstawiciel rodu Witarion zastygł z szerokim uśmiechem na twarzy i ustawił się profilem do Gishy, jakby oczekiwał pocałunku. Na co ona przekręciła głowę do Kimriego i zapytała:

— A co pan sądzi o mojej sukni…?

— Jest biało-czarna i długa — odparł sztywno.

Dziewczyna spojrzała już w nie zawoalowany sposób na służkę i obie tamowały śmiech rękoma przy ustach.

— On jest żenujący, to prostak… — oświadczył na tyle głośno Wiron, aby jego rywal dobrze go usłyszał. Ale ten ponownie nie dał się sprowokować.

— To może podpowiecie mi, szlachetni panowie… — zagaiła znowu Gisha. — Dlaczego powinnam kontynuować wojnę z krainami światła, a nie odejść z wami daleko na północ, by założyć tam nowego władztwo…?

— To proste! — wypalił Wiron. — Prawdziwa władza leży u twoich stóp tu i teraz i bezwzględnie trzeba po nią sięgnąć. To wspaniałe Imperium, wielki Kardanor oraz nawet całkiem bogate Królestwo Sybilli. I wszystko to na wyciagnięcie ręki! Jeżeli tylko w odpowiednim momencie przemienisz się w mrocznego demona i jakimś cudem pokonasz niemal stutysięczną armię… — zakończył już bez niedawnej werwy przedstawiciel rodu Witarion. Kimri natomiast tym razem odpowiedział bez dodatkowego zaproszenia:

— Stanęłaś, pani, przed niezwykłą szansą. Jesteś dla nas kimś bardzo ważnym. Ludzie zaś powiadają, a ty, pani, nie zaprzeczasz, że stałaś się kimś niezwykłym także dla istot mroku.

— Mów dalej… — zaciekawiła się dziewczyna.

— Ten świat nie zaznał pokoju od przeszło dwóch er. Nieustannie nawiedzają go wojny, katastrofy, a końca tego dramatu nie widać. Mogłoby się wręcz wydawać, iż przeznaczeniem tego świata jest cierpienie. A jednak czy naprawdę musi tak być?

— Do czego zmierzasz?

— Zjednocz, pani, cały świat. Odtwórz Zjednoczone Królestwo Światła i Mroku i zasiądź na tronie jako niekwestionowana władczyni, jako jedyna królowa wszystkich istot tych świetlistych oraz mrocznych.

Nastała dłuższa chwila ciszy aż Gisha uśmiechnęła się ujmująco i nachyliła ku Kimriemu, całując go w policzek.

— Dziękuję za światłą radę — oznajmiła słodko.

— Dość tego! — zawył naraz Wiron i wyciągnął zza pasa topór. Zeskoczył na ziemię, złapał za uzdę konia Kimriego i wydarł się do swojego rywala: — Myślisz, że nie widzę, co wyrabiasz?! Jeżeli masz choć trochę honoru, walcz! Wyzywam cię na pojedynek!

Wszyscy obecni wstrzymali konie. Gisha położyła sobie dłoń na piersi i przejęta popatrzyła na służkę. Ta skinęła jej twierdząco głową.

— Dobrze… walczcie… o honor… — oświadczyła dziewczyna, ważąc ostrożnie słowa. Nie chciała, aby mężczyznom stała się krzywda, a jednocześnie czuła przyjemne podniecenie na myśl, że będą toczyć bój pomiędzy sobą właśnie o nią. — Walczcie do pierwszej rany, do pierwszej kropli krwi — dodała już bardziej zdecydowanie.

Wiron stanął z toporem w dłoni na środku pobliskiej polany i do kompletu zdjął z pleców tarczę. Niebawem naprzeciw niego z włócznią zjawił się Kimri.

— Moje przyszłe zwycięstwo dedykuję tobie, ma ukochana! — Przedstawiciel rodu Witarion pomachał do Gishy toporem i rzucił się na rywala. Ciął w jego stronę raz i drugi ostrzem, ale tamten cofając się, robił skuteczne uniki. — Walcz, tchórzu! — Sapał pomiędzy kolejnymi, nieskutecznymi atakami Wiron, gdy raptem Kimri wykonał piruet i podciął mu nogi włócznią. W efekcie jego rywal padł plackiem na ziemię, nurzając swoją twarz w sarnim łajnie. Na ten widok obserwujące to widowisko damy, już nie tłumiły śmiechu, tylko trzymały się za trzęsące brzuchy.

Upokorzony mężczyzna otarł sobie sarnie odchody z twarzy i trzymając oburącz topór, wymachiwał nim jak szalony, krzycząc:

— Giń! Giń, ścierwo, giń!

Wtem Kimri uderzył trzonkiem włóczni w palce Wirona tak silnie, że wytrącił mu topór z dłoni. Sam odrzucił drzewcową broń, chwycił rywala za ramiona i wykonał nim zapaśniczy rzut, przetaczając go przez swoje plecy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.