E-book
4.88
drukowana A5
19.94
Święte Owieczki

Bezpłatny fragment - Święte Owieczki


Objętość:
43 str.
ISBN:
978-83-8467-523-6
E-book
za 4.88
drukowana A5
za 19.94

Prolog

Woda w strumieniu nie szumiała już tak jak kiedyś. Brzmiała ciężko, jakby zamiast czystej deszczówki spływał nią płynny ołów, gęsty od chemicznych odpadów i fabrycznego szlamu.

Rurociągi należące do nowoczesnej, lśniącej zakładami agrochemicznymi fabryki Richarda Sterlinga miały być dumą regionu. Nowoczesność. Postęp. Miejsca pracy. Nikogo nie obchodziło, że betonowy kolektor kończy swój bieg ledwie kilkadziesiąt metrów od granicy pastwiska Caleba Vance'a. Ziemia przyjęła wszystko - bezgłośnie, cierpliwie, aż do tej nocy.

Powietrze nad doliną dusiło zapachem zgniłego fosforu i amoniaku. W ciemnościach, tuż przy wyschniętym korycie rzeki, trawa zmieniła kolor na chorobliwy, fosforyzująco-żółty odcień, jakby ktoś polał ją kwasem. I wtedy zaczęło się to, czego żaden inżynier w garniturze z centrali Sterlinga nie uwzględnił w swoich wykresach.

W zagrodzie coś zacharczało.

Stado, które przez dziesięciolecia znało tylko mechaniczny rytm strzyżenia, rytualnego bicia i biernego przeżuwania trawy, nagle znieruchomiało. Setki oczu w mroku odbijały blask fabrycznych reflektorów nie matowym, owczym blaskiem, lecz złowrogim, miedzianym lśnieniem.

Najbliższy koryta, wielki baran, warczał niskim, gardłowym głosem, który nie przypominał beczenia. Pod jego grubym runem, nasiąkniętym lepką, chemiczną mazią, skóra zaczęła pękać. Skóra drgała i falowała, rozciągana od środka przez rosnącą w szalonym tempie, zmutowaną masę mięśni. Ciepła, gęsta krew mieszała się z cieczą wyciekającą z rurociągu, wsiąkając w wełnę i tworząc skorupę twardą jak asfalt.

Natura nie zamierzała dłużej milczeć. Wystawiła rachunek. A zapłata miała mieć smak ludzkiego mięsa.

Rozdział 1

Caleb Vance nienawidził zapachu chemicznej brei. Jeszcze kilka miesięcy temu powietrze nad doliną pachniało wilgotną ziemią, gnojówką i ostrą wonią siana. Teraz, odkąd korporacja Richarda Sterlinga postawiła na wzgórzu swoją lśniącą, dostojną fabrykę nawozów sztucznych, wiatr przynosił ze sobą fetor sztucznych aromatów zmieszanych z amoniakiem i zgniłym siarkowodorem. To była chemiczna maska, pod którą krył się prawdziwy smród — rozkładu i technologicznego postępu, na który nikt w okręgu nie wyraził zgody, poza skorumpowaną radą miejską.

Caleb szedł skrajem pastwiska, trzymając w dłoni ciężką, wysłużoną latarkę akumulatorową. Snop światła tworzył gęstą, nisko ścielącą się mgłę, która tej nocy miała dziwny, żółtawy odcień. Skrzypienie jego skórzanych butów ginęło w monotonnym, złowrogim szumie - szumie betonowego kanału ściekowego, który Sterling kazał poprowadzić bezpośrednio wzdłuż zachodniej granicy farmy Vance'a.

- Tyle lat... - wymamrotał pod nosem Caleb, wzdychając ciężko. Dziś jego oddech parował w lodowatym powietrzu, choć mamy dopiero jesień. Ziemia pod stopami była dziwnie grząska, jakby gleba straciła swoją strukturę i zamieniła się w obrzydliwą ciapę.

Zatrzymał się przy drewnianym płocie, świecąc w stronę rowu melioracyjnego. Oficjalne raporty Sterlinga twierdziły, że woda odprowadzana z zakładu jest w pełni oczyszczona i bezpieczna dla lokalnego ekosystemu. Prawda wyglądała zupełnie inaczej. W świetle latarki powierzchnia wody w ścieku przypominała tęczową, tłustą powłokę, pod którą coś pulsująco gęstniało. Kawałki dziwnej, galaretowatej piany zbierały się przy brzegu, a wodorosty dawno już sczerniały, zamieniając się w martwe, zwinięte kikuty.

Ale najbardziej przerażające było to, co działo się po drugiej stronie ogrodzenia.

Stadko liczące blisko dwieście sztuk owiec znajdowało się w głównej zagrodzie blisko stodoły. Zazwyczaj o tej godzinie zwierzęta leżały spokojnie, becząc cicho w ciemnościach, bezpiecznie wtulone w swoje grube, miękkie runo. Teraz jednak było inaczej.

Caleb zmarszczył brwi, kierując strumień światła w głąb zagrody. Żadna z owiec nie leżała. Wszystkie stały nieruchomo, zwrócone pyskami w jego stronę. Dwieście par oczu - w normalnych warunkach tępych, mlecznych i pozbawionych wyrazu - odbijało ostry blask latarki z nienaturalnym, miedziano-żółtym połyskiem. Wyglądały, jakby patrzyły na niego z zimną, wyrachowaną uwagą.

- No co jest, głuptasy? - mruknął Caleb, choć po plecach przebiegł mu nagły, lodowaty dreszcz.

Z głębi zagrody dobiegł go dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszał. To nie było łagodne, owcze beczenie. To był głęboki, bulgoczący pomruk, przypominający bulgot wrzącej wody w zamkniętym naczyniu. Wielki baran Alfa, stojący na czele stada, zrobił krok naprzód. Jego kopyta z głuchym trzaskiem uderzyły w błotnistą ziemię.

W snopie światła Caleb zauważył coś, co sprawiło, że jego serce na ułamek sekundy przestało bić. Grube runo zwierzęcia nie było już białe ani szare. W okolicach szyi i boków zlewało się w twardą, ociekającą lepką mazią skorupę. Krew mieszała się z chemicznym szlamem, tworząc brązowo-czerwoną powłokę, która pod wpływem nocnego chłodnego wiatru parowała cieniutką strużką dymu.

Baran potrząsnął łbem. Z jego rozwartego pyska, spomiędzy warg oblepionych ciemną flegmą, wysunął się język - dłuższy niż zwykle, o sinym, chorobliwym odcieniu.

Caleb cofał się powoli, zaciskając palce na obudowie latarki. W głowie kołatała mu jedna, przerażająca myśl, przed którą uciekał od dni: to nie była zwykła choroba skóry. To, co Sterling wypuścił rurociągiem w ich ziemię, obudziło w tych zwierzętach coś złego, nienasyconego i śmiertelnie groźnego.

W tym samym momencie baran wydał z siebie ostry, chrapliwy ryk, a całe stado ruszyło w kierunku drewnianego ogrodzenia.

Rozdział 2

Trzask pękającego drewna zagłuszył nocną ciszę. Drewniany płot, który przez dekady utrzymywał stado w ryzach, pod naciskiem dwustu ciał jęknął złowrogo i przechylił się o kilka stopni.

Caleb rzucił się do ucieczki, potykając się w grząskim błocie, które teraz parzyło w stopy przez cienką podeszwę butów. Każdy oddech smakował jak metal i chemia. Wpadł na ganek domu, zatrzasnął za sobą ciężkie, dębowe drzwi i z trzaskiem przekręcił zardzewiały klucz w zamku. Serce łomotało mu w piersi jak oszalałe, a w uszach szumiała krew.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.88
drukowana A5
za 19.94