E-book
6.83
Święta Droga

Bezpłatny fragment - Święta Droga


Objętość:
205 str.
ISBN:
978-83-65543-31-8

Zamiast wstępu.


„Wszystko zaczyna się dwanaście wieków temu na terenie obecnych Kujaw. Zupełny przypadek, zrządzenie losów, przeznaczenie? Któż to wie. Tak, czy inaczej, stało się — Leszko uratował potężnego przedstawiciela obcej rasy, Peruna, przed niechybną śmiercią. Nagroda? Przymierze między ludami. Co Leszko z tego miał? Niewiele, prawdę mówiąc. Chociaż właściwie dla niego ta historia tez zakończyła się pozytywnie. Wszakże zdobył serce ukochanej Żywii.

23 czerwca 2013 roku, Polska, bliżej nieokreślone miejsce, wskazane przez Autora jedynie z pierwszej litery, co pozwala na różne domniemania, domysły i właściwie umiejscawia część akcji… wszędzie. Nie mamy w „Przymierzu” everymana, jest jednak coś, co można by nazwać „everywhere”. Przynajmniej na początku powieści, później już bowiem dokładnie wiemy, kto gdzie przebywa. Jest to bardzo ciekawy zabieg, który dodaje całości pikanterii. (…) Wróćmy jednak do szczegółów. Dwóch gliniarzy odeszło niedawno na zasłużoną policyjną emeryturę. Teraz każdy z nich zajmuje się swoim domem, choć nadal się przyjaźnią i często spotykają. W końcu łączy ich wiele wspólnych przeżyć i wspomnień. Do głowy jednak żadnemu z nich nie przychodzi, że te najważniejsze chwile jeszcze przed nimi. Chwile, które dosłownie i w przenośni zmienią oblicze świata. Wszystkiemu zaś jest winna smykałka Konrada Gajeckiego. Jego niezbyt udana próba zbudowania generatora Tesli doprowadzi do międzynarodowego spisku przeciwko Polsce, spisku, w którym główną rolę odegrają Rosjanie i Amerykanie. Będzie się działo. Szczególnie, kiedy Polacy zdobędą wiedzę techniczną wyprzedzającą najbardziej zaawansowanie ziemskie kraje o przynajmniej kilka setek lat.

(…) Mamy tu więc wątek sensacyjny i kryminalny. Są zdrady, intrygi i odwieczni wrogowie Polski. Do tego kosmiczna rasa posiadająca bardzo zaawansowaną technologię, a jakby jeszcze tego było Wam mało to dodaje ciekawy wątek mityczny. Niejeden raz w obronie polskiego lotnictwa stanie gromada Trygławów i Światowidów, które z pewnością wyobrażaliście sobie dotychczas zupełnie inaczej. (…)

Przez długi czas zadawałam sobie pytanie, co by się stało, gdyby Peruna uratował nie Leszko, ale powiedzmy jakiś Pierre, czy Heinrich i całe dobrodziejstwo obcej rasy przypadło by Francuzom, Niemcom, czy jakiejkolwiek innej narodowości. Autor na zakończenie zadał to samo pytanie. A Wy, jak myślicie?”


Fragment recenzji powieści „Przymierze” z blogu Dune

Fairytales:
      http://dune-fairytales.blogspot.com/2014/02/przymierze-

piotr-wesoowski.html wykorzystano za zgodą Autorki.

Rozdział 1

20 czerwca 813 roku n.e. — teren obecnych Kujaw


Nad rozlewiskiem, które utworzył przepływający między drzewami strumień, ścieliły się jeszcze rzadkie pasma porannej mgły. Las budził się do życia po nocy, którą spędziłem pod niewielkim zamaskowanym namiotem ustawionym w gęstych zaroślach. Byłem oczarowany rozciągającym się przede mną pierwotnym, nietkniętym ludzką ręką krajobrazem. Sprawiał wrażenie scenerii z jakiejś bajki. Gładka tafla wody, w której odbijało się niebo, płynące nad nią kłaczki białego oparu i rosnący dookoła pierwotny las, wszystko to sprawiało, że wbrew zdrowemu rozsądkowi spodziewałem się, iż nagle zza przybrzeżnych trzcin wypłynie baśniowa łódź z elfami lub innymi stworzeniami rodem z legend. Przez moment zapomniałem, po co tutaj jestem i na co czekam.

Nazywam się Konrad Gajecki i jestem…. Cholera, zacząłem jak na spotkaniu klubu anonimowych alkoholików. No to może jeszcze raz. Nazywam się Konrad Gajecki i za jakieś 1200 lat będę policjantem.

Najbardziej fascynujące w sytuacji, w której się znalazłem jest to, że okolicę znam bardzo dobrze, a jednak jest mi zupełnie obca. Przebywałem na tym terenie od czterech dni i zaczynałem już odczuwać znużenie. Wiedziałem w najdrobniejszych szczegółach, co się stanie za niecałe pół godziny, ale i tak drżałem z emocji w oczekiwaniu na zdarzenie, od którego wszystko się zaczęło. Przedział czasowy mojego lądowania mieścił się w przedziale plus minus czterdzieści godzin od wyznaczonego terminu. I tak nieźle, biorąc pod uwagę, że byłem pierwszym człowiekiem, który tego dokonał. Tak gwoli ścisłości nie pierwszym, ale jednym z dwóch pierwszych ludzi. Dla pewności ustaliliśmy termin przybycia na pełne cztery doby przed czasem i znaleźliśmy się tutaj, czy może teraz, sam nie wiem, jak to określić, z takim właśnie zapasem. Dobrze, że margines błędu nie był większy. Nie, żebyśmy się bardzo nudzili, ale musieliśmy pozostać niezauważeni i to trochę utrudniało wycieczki krajoznawcze. Zwiedziliśmy w tym czasie najbliższą okolicę, obserwowaliśmy mieszkańców Ostrowia w czasie codziennego życia, byliśmy w miejscu, gdzie za dwanaście wieków będę mieszkał i doszliśmy do zgodnego wniosku, że w tym czasie ludzie wiele wybudowali, ale jeszcze więcej zniszczyli, szczególnie w świecie przyrody.

Mój towarzysz właśnie wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt w oddali siedząc obok mnie na trawie i żując jakąś gałązkę.

— Co tak smętnie siedzisz? — Spytałem, bo nie lubiłem Karola w takim nastroju.

— Nic, tak sobie rozmyślam — odparł po chwili. — Myślisz, że wszystko pójdzie po naszej myśli? — Mały bardziej mruknął, niż spytał. Najwyraźniej unikał poważnej rozmowy.

— Chyba tak. Na pewno — poprawiłem się natychmiast. — Przecież będą widzieli nasze wyposażenie i dostaną instrukcje od Bajtka. A poza tym mogą nas przeskanować.

— Obyś miał rację. Jedyna nadzieja w tym, że nam się uda — znowu mruczał i zaczynał mnie już wkurzać. — Jedyna w tym moja nadzieja, — dodał po chwili — bo bez Marty i Stasia nic nie ma sensu.

Rozumiałem go, bo w czasie ostatnich wydarzeń stracił wszystko, na czym mu zależało, ale nie mieliśmy teraz czasu na wspomnienia. Mnie przecież spotkało dokładnie to samo. Obaj mieliśmy świadomość, że od powodzenia naszej misji zależą nie tylko losy naszych rodzin, ale całego świata. A jeszcze do niedawna byliśmy przekonani, że wszystko rozwija się bardzo pomyślnie. Realia, w jakich zaczęliśmy żyć, przekroczyły nasze najśmielsze marzenia i w ciągu kilku dni wszystko trafił szlag. Nie odezwałem się, bo niby co miałem mu powiedzieć. Do pracy w telefonie zaufania raczej się nie nadawałem, a zresztą Karol wiedział, że tragedia dotknęła nas w równym stopniu. Znałem go chyba tak dobrze, jak siebie. Był tylko jeden sposób, żeby Małego choć trochę zmobilizować do działania.

— Słuchaj, weź się ogarnij! — Powiedziałem dość ostrym tonem. — Wiesz dobrze, że jesteś mi potrzebny. Jeżeli masz siedzieć i się rozczulać, to po jakiego grzyba się tutaj ze mną pchałeś. Tylko kiedy wszystko załatwimy zgodnie z planem, będziemy mogli wrócić do domu i nasze życie ma szansę wrócić na dawne tory.

Spiorunował mnie spojrzeniem, ale zaraz spotulniał widząc, że nie opuszczam wzroku. Widziałem, że wraca do mnie mój dawny kumpel. Jego twarz, do tej pory jakaś taka wymiętolona i bez wyrazu, w ułamku sekundy nabrała charakteru.

— Dzięki — powiedział — chyba się starzeję. Albo ten dziwny zabieg Bajtka przestaje działać. Dobrze, że potrafisz zawsze przywołać mnie do rzeczywistości.

Dostrzegłem zmianę w wyrazie twarzy Karola. Od razu zorientowałem się, że nadszedł właściwy moment. Mój kombinezon wyświetlił na siatkówce oka komunikat tekstowy. Do pełnej gotowości pozostała minuta. Załączyliśmy kompletny kamuflaż. Od tej chwili byliśmy całkowicie niewidoczni dla jakichkolwiek oczu, nawet tych wyposażonych w najbardziej zaawansowane gadżety techniczne. Mimo woli uśmiechnąłem się pod nosem, bo oboje jak na komendę padliśmy na ziemię i podczołgaliśmy w stronę granicy zarośli, do których przylegała piaszczysta plaża jeziora. Pomimo całej naszej wiedzy, dawne nawyki siedziały gdzieś głęboko w podświadomości i raczej nie było sposobu, aby je wykorzenić.

Jakieś pięćdziesiąt metrów od naszego stanowiska poruszyły się krzaki i ostrożnie wyszedł z nich wielki jeleń. Tak wspaniałych zwierząt w naszych czasach już chyba nie było. Majestatycznie szedł w kierunku wody, ale postawione uszy i węszące bez przerwy chrapy wskazywały, że jest bardzo czujny.

— Zobacz Konrad, — usłyszałem w komunikatorze głos Karola — trochę dalej widać mojego pradziadka.

Nasze komunikatory to wspaniałe urządzenia. Nie powodując żadnego hałasu mogliśmy rozmawiać ze sobą na praktycznie dowolny dystans bez obawy, że ktoś nas usłyszy.

Spojrzałem w kierunku, który wskazał mi Mały. Faktycznie z pomiędzy gałęzi spoglądał na jelenia pyzaty blondyn, którego już wcześniej widziałem na nagraniach przechowywanych przez Bajtka. Najwyraźniej czekał na moment, kiedy zwierzę zacznie pić wodę, ale nagły grom, który przetoczył się nad okolicą sprawił, że jeleń w ułamku sekundy zerwał się do biegu i zniknął nam z oczu. Z nad lasu usłyszałem potężniejące z każdą chwilą wycie i od południa nadleciał ognisty bolid. Zarejestrowałem kadr niczym z filmu Armageddon i po chwili z potężnym hukiem obiekt wpadł do jeziora powodując gejzer niczym bomba głębinowa.

W zapadłej nagle ciszy zakłócanej jedynie chlupaniem fal o brzeg usłyszałem w komunikatorze sygnał alarmu najwyższego stopnia. Nasze urządzenia zarejestrowały już zbliżający się pojazd Welesa. Nieświadomy zagrożenia Leszko wyszedł na brzeg i wpatrywał się w powierzchnię jeziora. Dźwięk napędu Niszczyciela Welesów usłyszeliśmy chyba równocześnie, bo gdy tylko dobiegło do moich uszu charakterystyczne brzęczenie, Leszko natychmiast czmychnął w krzaki.

Niszczyciel był zaawansowanym technicznie pojazdem o parametrach porównywalnych z naszymi Orłami, chociaż trzeba przyznać, że przewyższał je zdolnościami manewrowymi i mocą uzbrojenia. Bardzo rzadko zdarzało się, że pojazdy te nawiązywały walkę jeden na jeden, ale ze zbiorów danych Bajtka wynikało, że takie pojedynki najczęściej kończyły się wygraną Welesów. Właśnie w tej chwili smoliście czarny, obły kadłub wrogiego statku nadleciał nad jeziorko i zaczął wokół niego krążyć. W bazie na Księżycu były przechowywane dwa zdobyczne Niszczyciele. Jednym z nich był ten sam, którego właśnie obserwowałem. Teraz jednak wzbudzał we mnie jakiś nieokreślony niepokój. Mimowolnie starałem się jak najciszej oddychać.

Po kilku okrążeniach pojazd zniżył pułap lotu, wysunął spod kadłuba cienkie wysięgniki i usiadł na plaży. Na boku prawie natychmiast otworzył się luk i pojawiło się w nim wcielenie zła. Czarna, pokryta łuską postać i rogaty, gadzi pysk z wielkimi, nieludzkimi oczami była niczym z koszmarnego snu, po którym nie można usnąć aż do rana, a później człowieka łapią dreszcze na same jego wspomnienie. Na pierwszy rzut oka widać było, że Weles to drapieżnik. Wskazywał na to sposób, w jaki się poruszał i obserwował otoczenie. Lustrował przez chwilę okolicę trzymając w jednej łapie gotowy do użycia miotacz. Głośny dźwięk bulgotania, podobnego do spuszczania wody z ogromnej wanny, sprawił, że Weles przykucnął i spojrzał na jezioro. Powierzchnia wody rozdzieliła się jak przecięta nożem i utworzyła pustą przestrzeń ograniczoną dwiema falującymi taflami. Nagle, niczym pchnięty sprężyną, stwór wyskoczył w powietrze lądując między głazami leżącymi przy brzegu i schował się, obserwując jezioro.

— Ale skurwiel jest szpetny! — Usłyszałem w komunikatorze głos Małego. — Sam bym go z chęcią rozwalił.

— Zamknij się! — Odparłem. — Na razie tylko obserwujemy! Bajtek mówił, że nie wolno nam zmieniać biegu wydarzeń. Ujawnimy się dopiero po wszystkim.

— No dobra — pomimo przetworników wyraźnie słyszałem urazę w jego głosie. — Tak sobie tylko gadam. Ale jest szpetny, nie?

— Karol zamknij się wreszcie! Jest szpetny, jeżeli to ma cię uszczęśliwić. A teraz patrz, bo Perun wychodzi na brzeg.

W tej właśnie chwili Perun, którego podobiznę przybrał Bajtek w trakcie naszego pierwszego spotkania w bazie pod Giewontem, idąc po odsłoniętym dnie prawie dotarł do plaży i wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Weles wycelował broń i strzelił w jego kierunku. Kombinezon Peruna zareagował i włączył pole ochronne. Kłęby pary zakryły jego sylwetkę, a gdy się rozwiały miał już w ręce gotowy do użycia miotacz. Stwór zareagował błyskawicznie i kolejnym wielkim skokiem rzucił się w jego stronę. Rozpoczęła się walka wręcz, w trakcie której z krzaków wyszedł Leszko trzymając gotowy do strzału łuk. Broń wypadła Perunowi z rąk, Weles błyskawicznym ruchem podniósł go nad głowę, rzucił nim o ziemię i miał już strzelić ze swego miotacza, gdy pradziadek Karola krzyknął i wypuścił strzałę. Trafił go w oko dokładnie w chwili, gdy Weles obrócił się w kierunku nieoczekiwanego dźwięku. Potwór padł w piach bryzgając czarną posoką i po chwili znieruchomiał.

Odetchnąłem z ulgą. Wszystko rozegrało się tak jak zapamiętałem z zarejestrowanego przebiegu walki, ale i tak niepokoiłem się, że coś pójdzie nie tak. Perun z Leszkiem usiedli na głazach patrząc sobie w oczy. Wiedziałem, że młodzieniec przechodzi właśnie proces intensywnego przyswajania wiedzy. Pomny, jak czułem się po takim zabiegu ponad rok temu, byłem ciekaw, czy Leszek również natychmiast dojdzie do wniosku, że wcześniej był bardzo ograniczony w pojmowaniu otaczającego go świata.

— Wychodzimy? — Karol przerwał moje rozmyślania. — Chyba już możemy?

— Mały, bo cię kopnę w dupsko. Ustaliliśmy przecież wszystko. Pokażemy się jak skończą.

— No dobra — mruknął. — Już się nie odzywam.

Po kilku minutach nadleciał statek Choresa i wylądował na brzegu jeziora. Okolicę otoczyły automaty i wtedy przyszła ta chwila.

— Mały, — powiedziałem do komunikatora — wyłącz maskowanie i wychodzimy.

— Dobra! — potwierdził.

Wstaliśmy i ruszyliśmy w kierunku niedawnego pola bitwy. Zatrzymaliśmy się w odległości kilku metrów od obu przybyszy. Perun i Chores spojrzeli na nas badawczo i kiedy zgodnie z planem chciałem się odezwać przez komunikator pokrótce wyjaśniając, kim jesteśmy, wszystkie systemy naszych kombinezonów bojowych nagle się wyłączyły. Otoczyło nas kilkanaście automatów z aktywnymi tarczami i gotowym do użycia uzbrojeniem do walki na bliskie odległości.

— Nie ruszajcie się i oddajcie broń! — Usłyszałem polecenie Peruna i odruchowo uniosłem ręce w górę.

— Konrad — w głosie Karola było autentyczne przerażenie — o co mu kurwa chodzi?

Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo nagle poczułem ogarniającą mnie niemoc. Ciało odmówiło mi posłuszeństwa, upadłem twarzą w piach myśląc, że chyba jednak coś schrzaniliśmy, a później ogarnęła mnie ciemność.

Rozdział 2

29 czerwca 2014 roku — Warszawa


Z perspektywy wysokiej na trzy metry trybuny honorowej Plac Zwycięstwa wyglądał olśniewająco. Olbrzymią płaszczyznę pokrywało tworzywo w odcieniach od lekkiej szarości do spokojnej czerwieni, do złudzenia przypominające granit. Stworzona w ten sposób mozaika układała się w zarys granic Polski z ustawionymi w charakterystycznych punktach futurystycznymi latarniami. Plac zajmował obecnie teren pomiędzy byłymi ulicami Marszałkowską, Królewską, Krakowskim Przedmieściem i Aleją Solidarności. Jedynymi znajdującymi się na nim budynkami był Teatr Narodowy i zrekonstruowany Pałac Saski, który mieścił we frontonie kolumnadę Grobu Nieznanego Żołnierza oraz Grobu Obrońców Ojczyzny, ustanowionego na cześć naszych rodaków poległych w trakcie zeszłorocznego ataku wojsk rosyjskich na Polskę. Centralnym punktem Placu Zwycięstwa był strzelisty, czworokątny obelisk, na którego ścianach na wysokości trzydziestu metrów umocowano płyty w kształcie tarcz z wyrytym godłem narodowym.

Ku niezadowoleniu pewnej, choć nielicznej części społeczeństwa, zrezygnowano z prezentowania w miejscach publicznych jakichkolwiek symboli religijnych. Obowiązująca konstytucja podkreślała świeckość państwa i stanowiła, że wiara jest indywidualną sprawą każdego obywatela, a jakikolwiek kościół bądź związek wyznaniowy, nie może mieć wpływu na funkcjonowanie organów i instytucji państwowych. W trakcie odbudowy stolicy odbyły się manifestacje, których uczestnicy żądali przywrócenia na placu krzyża poświęconego Janowi Pawłowi II, ale nie przyniosły one zamierzonego skutku. Od ponad sześciu miesięcy toruńska rozgłośnia katolicka prowadziła intensywną krytykę rządu. Przewijającym się do znudzenia tematem było rzekome zerwanie rządu z chrześcijańską tradycją i spychanie kościoła rzymsko-katolickiego poza margines spraw dotyczących narodu, którego ponad 90 procent stanowią katolicy. Płomienne przemowy, które wygłaszał grzmiącym głosem sam ojciec dyrektor, zawierały aluzje do bałwochwalstwa, czczenia złotego cielca i zaprzedania się szatanowi, co niechybnie doprowadzi Polskę do upadku większego niż w czasie wojny z 2013 roku, bo wiązać się będzie też z wiecznym potępieniem i ogniem piekielnym dla wrogów kościoła, a kto wie, czy nie dla całego narodu. Prowadzone sondaże coraz wyraźniej wskazywały, że agresywna retoryka powoduje skutek przeciwny do zamierzonego. Jako katolicy deklarowało się obecnie niecałe 20 procent społeczeństwa, co było wynikiem szokującym, natomiast na znaczeniu przybierało Polskie Rodzimowierstwo. Prawdopodobnie wielki wpływ na zainteresowanie i fascynację przedchrześcijańskimi rodzimymi wierzeniami miało dogłębne poznanie kultury Słowian z czasów przed tak zwanym Chrztem Polski. Bank danych Bajtka zawierał ogrom informacji dotyczących tamtego okresu oraz wierzeń i obyczajów dawnych mieszkańców terenu Polski. Okazało się, że przed nawróceniem na chrześcijaństwo, przeważnie przy użyciu przysłowiowego ognia i miecza, mieszkańcy tych ziem nie byli wcale odzianymi w skóry prymitywnymi dzikusami ganiającymi z włóczniami po lesie, lecz mieli swoją bogatą i barwną kulturę, skuteczne prawo oraz swojskie wierzenia połączone z ciekawą mitologią i legendami. Wszyscy badacze dawnych czasów zgodnym chórem mówili, że ten zbiór danych jest prawdziwym sezamem wiedzy. Znany był mi przypadek pewnego historyka, który do tego stopnia zapamiętał się w analizowaniu zapisów z wczesnego średniowiecza, że niemal zmarł z wycieńczenia we własnym mieszkaniu niewiele wypoczywając i zapominając o posiłkach.

Rodzimowiercy doskonale wpisywali się w obecną mentalność Polaków, która w krótkim czasie zmieniła się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Głosili przede wszystkim jedność narodową, konieczność wspólnej pracy dla dobra kraju, patriotyzm i przede wszystkim poszanowanie dla natury, z którą ludzie stanowią jedność. Propagowali otwartość, tolerancję religijną, poszanowanie dla cudzych wierzeń, z wyjątkiem narzucających się przemocą, co w zderzeniu z agresywną propagandą kościoła katolickiego powodowało masowe identyfikowanie się szczególnie ludzi młodych z dawnymi i prawie zapomnianymi w ciągu wieków wierzeniami. Dało się zauważyć, że wartości takie jak tolerancja, lojalność, a także wielka troska o wspólne dobro naszej powstałej z popiołów społeczności bardzo zyskiwały na znaczeniu. Zachowania takie stały się wręcz modne i to wprost proporcjonalnie do natężenia roztaczanych wszem i wobec wizji potępienia oraz ognia piekielnego.

Rok temu, zaraz po zamknięciu granic Polski, dostaliśmy ostrzeżenie z Brukseli, że może to skutkować wykluczeniem z Unii Europejskiej. Ku ogólnemu zaskoczeniu sami zrezygnowaliśmy wtedy z członkostwa, ale w odwecie wydalono do kraju tysiące pracujących na obczyźnie Polaków. W większości byli to ludzie młodzi i obyci z obcą kulturą, którzy natychmiast odnaleźli się w nowych realiach. Wzrastający poziom życia spowodował, że nie żałowali powrotu do kraju, który oferował obecnie o wiele lepsze warunki socjalne i finansowe niż emigracja.

Wokół placu posadzono trzy miesiące temu setki młodych dębów, które to drzewa od wieków były symbolem potęgi i długowieczności. Dzięki sztucznemu przyspieszeniu wegetacji obecnie miały po kilkanaście metrów wysokości i wspaniale dopełniały monumentalnego charakteru tego miejsca.

Honorowe miejsce na trybunie zajmował prezydent Dariusz Tarnowski, po jego prawicy stał Minister Obrony Narodowej pułkownik Karol Wysocki, a po lewej ja, czyli Minister Spraw Wewnętrznych, wszyscy ubrani w galowe mundury. Mały oczywiście nie omieszkał skwitować, że czuje się jak pajac, ale powaga uroczystości wymagała całej tej oprawy. Oprócz nas przybyło na uroczystość trzydziestu przedstawicieli nowego rządu i prezydent Warszawy. Aby uniknąć niepotrzebnych aluzji zaproszeni zostali też przedstawiciele działających oficjalnie w Polsce kościołów. Przybyli wszyscy poza obrażalskimi. W podglądzie telewizyjnej relacji z uroczystości usłyszałem, że zostało to już skomentowane w lekko złośliwym tonie przez reporterów kilku ekip.

Parada zapowiadała się imponująco. Właśnie na plac wchodziły kolumny wojska. W chwili obecnej w czynnej służbie pozostawało czterdzieści tysięcy osób, wspomaganych ponad milionem automatów bojowych. Jako pierwsi wkroczyli weterani walk o wyzwolenie kraju, w dużej mierze wywodzący się z ewakuowanego kontyngentu afgańskiego. Wszyscy prezentowali się wspaniale w przejętych od przybyszy kombinezonach bojowych. Trygławy również stanęły w równych kolumnach i po kilkunastu minutach plac przypominał olbrzymią szachownicę zapełnioną wieloma futurystycznymi figurami. Całości widowiska dopełniły Orły, których dywizjon nadleciał na niskim pułapie i wylądował za plecami żołnierzy oraz jeden Wędrowiec, który zawisł nad szpalerem drzew.

Odkąd pamiętam nie cierpiałem przemówień, dlatego już w trakcie opracowywania scenariusza uroczystości postawiłem sprawę na ostrzu noża i kategorycznie odmówiłem zabierania głosu. Nie wiem, czy Darek namówił Bajtka, by ten przyswoił mu jakieś zdolności oratorskie, bo mówił jakby był do tego stworzony i nigdy nic innego nie robił. Muszę przyznać, że słuchałem go z wielką przyjemnością. Przypomniał wydarzenia sprzed roku, podziękował szczególnie zasłużonym, wspomniał o wielu poległych i podkreślił rolę, jaką mieli w naszym triumfie od dawna już nieżyjący przybysze. Słuchając go spoglądałem na plac i czułem się naprawdę dumny, że odegrałem jakąś rolę w tych wydarzeniach. W sektorze dla widzów, po lewej stronie, widziałem stojące przy dziecięcym wózku drobne figurki, które machały flagami i wiwatowały, gdy Darek wymieniał zasługi moje i Małego. Olga, Marta i dziewczyny zapewniały, że będą zachowywać się poprawnie, ale widać nie wzięły sobie tych obietnic zbytnio do serca.

Po Darku głos zabrał premier, prezydent Warszawy i przedstawiciele środowisk kombatanckich. Nadchodził moment dekorowania orderami i defilady, gdy kątem oka dostrzegłem coś tak dziwnego, że zacząłem podejrzewać u siebie przywidzenia. Unoszący się nad krańcem placu Wędrowiec najwyraźniej kołysał się w powietrzu, co było niemożliwe, ponieważ stabilizowało go potężne pole napędu. Spojrzałem w jego kierunku i nie widząc niczego podejrzanego miałem już odwrócić wzrok, gdy po chwili znowu się zachwiał, jakby tracąc równowagę. Zamarłem, bo statek przechylił się nagle na lewą burtę i bezwładnie jak kamień runął na ziemię miażdżąc dziesiątki budynków. Huk wstrząsnął ziemią niczym grom, a plac zasnuły kłęby dymu i kurzu. W jednym momencie podniosła uroczystość zmieniła się w pandemonium chaosu i zniszczenia. Tłumy ludzi zerwały się do ucieczki tratując siebie nawzajem. W kurzawie straciłem z oczu nasze dziewczyny. Napotkałem wzrok Karola i w jednej chwili wezwałem transmiterem swojego osobistego Trygława, który oczekiwał za trybuną, wydając mu polecenia odszukania Olgi, Julki i Amelki, i odizolowania ich od tłumu. Wystrzelił w powietrze równocześnie z automatem Karola. W krytycznych momentach pewne decyzje oboje podejmowaliśmy identycznie. Zaraz po upadku Wędrowca cała trybuna została otoczona polem ochronnym, ale dla systemów neutralizacyjnych robotów nie stanowiło ono przeszkody. Trygławy nie zdołały jednak dotrzeć na miejsce, gdzie stały Olga, Marta i dzieciaki, bo po kilkunastu metrach uderzyły w niewidoczną przeszkodę odbijając się od niej jak piłki. Powietrze nad placem pojaśniało żółtawym opalizującym światłem, które nakryło całą jego płaszczyznę gigantycznym kloszem. Ułamek sekundy później poczułem przez stopy głuche tąpnięcie, jakby pod ziemią coś się zawaliło, żółtawa poświata krótko rozbłysła i plac wraz z tysiącami żołnierzy, automatów i całą publicznością zniknął. Trwało to krócej niż mrugnięcie oczu.

Spoglądałem na ziejącą w ziemi ogromną sferyczną nieckę, nie znajdując żadnego wytłumaczenia na to, co się stało. W tym momencie dotarło do mnie, że jeszcze przed chwilą wśród tłumu stały nasze rodziny. Poczułem na sobie wzrok Karola. Spojrzałem mu w oczy widząc w nich to samo uczucie, które i mnie ogarnęło: potworne przerażenie i zwierzęcy pierwotny strach.

Rozdział 3

6 sierpnia 2013 roku


Pustynia pokryta drobnym pyłem i kamieniami rozciągała się w każdym kierunku aż po horyzont. Poza niewielkimi wydmami i pagórkami nic nie zakłócało monotonii krajobrazu. Nigdy nie ustalono, czy kiedykolwiek istniało tutaj jakieś życie, choćby w jakiejś najprostszej formie. Powietrze było niezmiernie rzadkie, niewystarczające do oddychania, a jednak gdzie niegdzie słabe powiewy wiatru wzniecały niewielkie tumany kurzu, które choć na krótko ożywiały martwy i zimny pejzaż. Nakrywająca całość kopuła nieba miała błękitne zabarwienie, ale w dziwnym wyblakłym odcieniu, zupełnie niepodobnym do tego, który jest nam dobrze znany. Niewielka tarcza Słońca zbliżała się powoli do horyzontu, przez co do powierzchni docierało coraz mniej światła. Temperatura spadała gwałtownie, aby po zmroku osiągnąć kilkanaście stopni poniżej zera.

Wrażenie obcości tego miejsca potęgowała zupełna cisza. Nawet liczne podmuchy wiatru nie dawały żadnych słyszalnych efektów. Jedynie w bezpośrednim sąsiedztwie piaskowych wirów można było usłyszeć szelest ocierających się o siebie drobin zerodowanego przez miliony lat bazaltu. Słońce dotknęło horyzontu, gdy zza jednej z wydm wyłonił się dziwny kształt. Jego kadłub pokryty szklistymi, rozłożonymi na kształt wachlarza płytami, odbijającymi refleksy światła, opierał się na sześciu cienkich odnóżach, z których każde zakończone było użebrowanym kołem. Ze szczytu urządzenia wystawały ku niebu wysięgniki anten i wsporniki z osprzętem. Urządzenie zwalniało penetrując okolicę w poszukiwaniu sobie tylko znanego miejsca, a w końcu znieruchomiało w niewielkim zagłębieniu. Ostatni błysk światła padł na ideogramy 天龍 namalowane na jednej z burt, po czym prawie natychmiast zapadły ciemności. Pojazd złożył zbędne w nocy tace z bateriami słonecznymi i przełączył zasilanie na miniaturowy reaktor, który podtrzymywał pracę komputera pokładowego i ogrzewał wrażliwe elementy elektroniczne. Do wschodu Słońca zgodnie z zaprogramowanymi instrukcjami miał pozostawać w bezruchu.

Na bezchmurnym nieboskłonie jaśniały miliony gwiazd. Oprócz nich na niebie pojawiła się niewielka tarcza księżyca, obiegającego planetę w ciągu niecałych ośmiu godzin. Nie dawały one jednak tyle światła, aby choć w minimalnym stopniu oświetlić równinę. Sztuczna inteligencja urządzenia nie odczuwała nudy i z mechaniczną cierpliwością oczekiwała na świt, aby włączyć napęd i ruszyć w dalszą drogę. Nie posiadała typowo ludzkich cech, dlatego nie poczuła zaniepokojenia, gdy mikrofon zarejestrował narastający szum i drgania gruntu. Wykryte anomalie zostały jedynie zapisane w pamięci, a następnie skompresowane w celu wysłania do centrum kontroli. Kamery dla oszczędności energii zostały wyłączone, dlatego nie zaobserwowały zbliżającego się do pojazdu obiektu. Poruszał się on w specyficzny sposób tuż pod powierzchnią gruntu niczym monstrualna dżdżownica, tworząc wybrzuszone pasmo piachu, które dotarło do miejsca postoju i znieruchomiało. Po chwili spod ziemi wysunęło się giętkie, karbowane i zakończone kilkoma wypustkami ramię, które przywarło do kadłuba uśpionego pojazdu. Dostrojenie do komputera, wgranie danych i instrukcji trwało kilka minut, po czym wężowaty kształt zniknął pod powierzchnią i oddalił się tą samą drogą, którą wcześniej przybył.

Rozdział 4

29 czerwca 2014 roku — G. miejscowość w powiecie I.


Znajome dźwięki dochodziły do mnie z coraz większą intensywnością. Gdy tylko dotarło do mnie, że to budzik w telefonie komórkowym, chyba po raz tysięczny pomyślałem, że nie powinienem był ustawiać w tym celu tak doskonałego utworu jak „Mała” Fuga Bacha g-moll. Wbrew założeniu wcale nie wprawiał mnie po przebudzeniu w dobry nastrój. Na oślep klepnąłem w komórkę i muzyka ucichła. Postanowiłem poleżeć kilka minut w zamkniętymi oczami, ale moja małżonka przerwała ten błogostan celnym ciosem łokcia w żebra.

— Konrad już piąta. O siódmej musimy być w Warszawie. Pędź do łazienki, bo jak obudzę dziewczynki, to się nie dopchasz.

Z wyrazem nieopisanego cierpienia na twarzy podniosłem się z łóżka i spojrzałem na przytuloną do poduszki Olgę, która nie raczyła nawet otworzyć oczu. Jak zawsze rano pomyślałem, że to niesprawiedliwe i nieludzkie zrywać się w środku nocy, ale nie znajdując u mojej żony poparcia mruknąłem pod nosem i wyszedłem z sypialni. W pokoju dziewczyn panowała cisza, co wróżyło mi choć parę minut spokoju. Przemyłem twarz i zacząłem szorować zęby, kiedy drzwi łazienki powolutku się uchyliły i spojrzały na mnie wielkie wyłupiaste oczy osadzone w białym spłaszczonym pysku. Moja Molly przyszła po poranną porcję pieszczot. Zachrumkała na wypadek, gdybym jej nie zauważył i zaczęła wpatrywać się żebraczym wzrokiem w moją szczoteczkę. Nie potrafię pojąć, dlaczego ten psiak kojarzy z jedzeniem każdą rzecz, która ma kontakt z ustami. Zresztą wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że pasta do zębów bardzo jej smakuje.

Poszedłem do kuchni wstawić wodę na kawę i wypuściłem Molly na dwór. Stojąc w otwartych drzwiach spojrzałem w niebo. Zapowiadała się piękna pogoda, w sam raz na dzisiejszą uroczystość. Wczorajsza prognoza przewidywała bezchmurne niebo na prawie całym terenie kraju. Jej trafność ostatnio mnie nie dziwiła, nawet w przypadku prognoz długoterminowych. Od miesiąca, to jest od czasu, gdy prognozy opracowywano na najnowszym sprzęcie obliczeniowym i przy użyciu naszych własnych sztucznych satelitów meteorologicznych, jej sprawdzalność dochodziła do stu procent.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.