Światła wigilijnej nocy

Bezpłatny fragment - Światła wigilijnej nocy


Romans
Proza współczesna
Polski
Objętość:
348 str.
ISBN:
978-83-293-0009-4

I

Dawno przepełniony pociąg nadal się dopełniał, przez co w wagonie nie było już praktycznie ani centymetra wolnej przestrzeni. Edyta, która ustąpiła swoje zarezerwowane miejsce siedzące jakiejś starszej pani, stała w przejściu między tłoczącymi się pasażerami ściśnięta jak sardynka w puszce, coraz mocniej przygniatana bokiem do oparcia jednego z siedzeń, ze wszystkich sił starając się utrzymać równowagę. Pomna ostrzeżeń matki, że taki tłok to raj dla kieszonkowców, torebkę z najcenniejszymi rzeczami czyli dokumentami, kluczami i telefonem trzymała przed sobą, przyciskając ją do piersi; leżąca na górnej półce wielka torba podróżna wydawała się bezpieczna, jednak to ona stanowiła główne zmartwienie dziewczyny. Bo w jaki sposób, kiedy trzeba będzie wysiadać, zdejmie to ustrojstwo z półki w takim tłumie? Czy w ogóle zdąży przecisnąć się do wyjścia?

Wreszcie ruszył. Podróż potrwa tylko niecałe dwie godziny, jakoś wytrzyma.

To co? Święta jednak z rodziną? — odezwał się w jej pamięci głos Magdy, koleżanki z pracy. — Jedziesz na tę swoją wiochę?

W głosie tym brzmiała dyskretna nuta politowania, ale Edyta nie przejmowała się tym ani trochę. Owszem, jechała „na tę swoją wiochę”, gdzie miała spędzić święta Bożego Narodzenia w gronie bliższej i dalszej rodziny, to zaś znaczyło, że większość wolnego czasu jak zwykle zleci na pomaganiu matce i babci w przygotowaniu jedzenia i spania dla gości. I co z tego? W przeciwieństwie do Magdy, która planowała świąteczny wypoczynek w jakimś bajecznym kurorcie w Tanzanii w towarzystwie swego hiper-super-przystojnego narzeczonego, ona po pierwsze lubiła rodzinne spotkania w gronie cioć i wujków widywanych tylko raz lub dwa do roku, a po drugie i tak nie miałaby z kim pojechać do takiej Tanzanii, na Teneryfę czy do innego Paryża. Nie posiadała ani bogatego narzeczonego, ani pieniędzy na takie zbytki, a poza tym… jaką wartość mają święta Bożego Narodzenia spędzane z dala od domu rodzinnego? Nawet sobie tego nie wyobrażała. Chyba że…

Cofnęła stopę, którą właśnie ktoś jej przydepnął, mocniej przycisnęła torebkę do piersi i uśmiechnęła się leciutko na wspomnienie wizji, jaka od wielu lat od czasu do czasu nawiedzała ją we śnie i która zawsze kojarzyła jej się z Wigilią Bożego Narodzenia. De facto były to tylko krótkie przebłyski, jakby kadry fotografii wyświetlające się tylko na ułamek sekundy, gdy błyska lampa flesza aparatu. Widziała wówczas ciemne wnętrze drewnianego domku z niską powałą i ogniem palącym się w staromodnym, pobielanym kominku, a także wielki stół z grubo ciosanego drewna nakryty białym lnianym obrusem, spod którego, jak jej się zdawało, wystawały wiechcie siana. Niektórych szczegółów, zwłaszcza tego siana, nie była pewna, być może tylko interpretowała to tak świątecznie, zapewne dlatego, że w owym pomieszczeniu unosił się zapach świerkowej żywicy. Czy we śnie można czuć zapachy? Chyba można, skoro za każdym razem, gdy to jej się śniło, bez względu na to, jaka była wówczas pora roku, wyraźnie czuła woń świeżo ułamanych świerkowych gałązek. Ponadto na stole stały miski z jedzeniem, które również wyglądały na świąteczne, choć nigdy nie udało jej się zajrzeć do nich i sprawdzić, co zawierały.

Tak czy inaczej dla niej była to Wigilia. Magiczny czas tuż przed wigilijną wieczerzą, która miała się odbyć z jej udziałem w tym małym drewnianym domku w stylu rustykalnym, a choć nigdy nie widziała go na żywo, był jej niemal równie bliski jak dom rodzinny. Zwłaszcza że we śnie nie była tam sama.

Syknęła z bólu, gdyż znów ktoś nadepnął jej na nogę. Sądząc po ciężkości buciora, to chyba ten wielki, zwalisty facet, który stoi tuż obok i zajmuje tyle miejsca w przejściu, że nie ma mowy, aby ktoś przecisnął się między nim a siedzeniem. Przy wysiadaniu trzeba będzie pchać się do drzwi po przeciwnej stronie. Do tego z tą torbą… Cofnęła stopę jeszcze nieco bardziej, jednak dalej już się nie dało, na podłodze wagonu nie było więcej wolnej przestrzeni. I tak powinna się cieszyć, że nie musi stać na jednej nodze, a z drugiej strony, jeśli ten typ będzie deptał ją w ten sposób jeszcze przez półtorej godziny, niewygodna podróż może się zamienić w istny koszmar.

Właśnie. Koszmar. Miły sercu sen o Wigilii w przytulnym drewnianym domku nie był niestety jedynym, który do niej powracał, czasem miewała i koszmary. Zwłaszcza jeden z nich, choć krótki, był szczególnie uporczywy. Zaczynał się zawsze tak samo, od ciemności i poczucia przeszywającego zimna, po czym stopniowo z owej ciemności wyłaniały się dwa światła, które przypominały parę przednich reflektorów samochodu. Światła te zbliżały się ku niej z początku powoli, lecz potem szybciej i coraz szybciej, aż całkowicie ją oślepiały, stając się złowrogie i przerażające. Towarzyszył im dziwny hałas, ni to silnika samochodowego, ni to turkotu kół zdezelowanego wozu, któremu towarzyszył tętent koni, lecz czymkolwiek był, zawsze kończył się tak samo — zbliżające się światła osiągały najwyższy stopień oślepiającej jasności, która ogarniała ją całą, po czym sen urywał się jak nożem uciął.

Edyta wiele razy zastanawiała się, co mógł znaczyć ów koszmar. Czy był tylko wytworem wyobraźni, czy raczej proroczą zapowiedzią jakiegoś złego wydarzenia? Może wypadku samochodowego, który miał jej się przydarzyć w przyszłości? Między innymi z tego właśnie względu dotąd jeszcze nie zrobiła prawa jazdy, bałaby się wsiąść za kierownicę, zresztą nawet nie miała takiej potrzeby — w drodze do pracy wystarczała jej komunikacja miejska, a w dalsze trasy, takie właśnie jak powrót na święta lub urlopy w rodzinne strony, wybierała się pociągiem.

Był piątek, do świąt Bożego Narodzenia pozostało kilka dni, a ponieważ Wigilia w tym roku wyjątkowo korzystnie wypadała w poniedziałek, wystarczyło wziąć w pracy zaledwie trzy dni urlopu, by zyskać aż półtora tygodnia wolnego. Jednak, jako że na ten pomysł wpadła nie tylko Edyta, tłumy w pociągach przekraczały dziś wszelkie normy. Ale cóż. Musiała się jakoś przemęczyć.

Na podłodze wagonu zwolniło się trochę miejsca, dzięki czemu mogła zmienić pozycję, przenosząc wygodnie ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Jednak nic za darmo. Kosmyk włosów, który opadł jej przy tym na twarz, nieznośnie załaskotał w policzek, ona zaś nie miała ani jednej wolnej ręki, aby móc go poprawić. Poruszyła więc energicznie głową, by w ten sposób odrzucić go na bok, i prawie jej się to udało… prawie, bo po kilku sekundach kręcony ciemny kosmyk znów odskoczył jak sprężynka i opadł dokładnie w to samo miejsce, łaskocząc jeszcze bardziej.

„A niech cię!” — pomyślała z irytacją, przytrzymując przyciskaną do piersi dość ciężką torebkę tylko jedną ręką i ostrożnie podnosząc drugą, by odgarnąć włosy, a przy tym nie uderzyć łokciem nikogo ze współpasażerów.

Odsunęła niesforny kosmyk za ucho, wtłaczając go tam tak ściśle, by nie mógł się już oswobodzić, a przy okazji przetarła palcami swędzące miejsce na policzku. Uff, wreszcie ulga! Opuściła rękę z powrotem na torebkę i podniosła głowę, odnosząc przy tym nieprzeparte wrażenie, że czuje na sobie czyjeś przenikliwe spojrzenie. Dyskretnie przesunęła wzrokiem po współpasażerach, jednak wszyscy mieli odwrócone od niej, całkowicie obojętne twarze. Skąd więc to dziwne wrażenie, że była obserwowana?

— U mnie w domu, to, wie pani, nie robiło się barszczu z uszkami, tylko prawdziwą zupę grzybową — pochwyciła mimo woli fragment rozmowy, jaką na pobliskich siedzeniach prowadziły dwie starsze panie. — Ale mąż musi mieć barszcz, upiera się, że bez barszczu to co to za Wigilia. No to robię zawsze i to, i to, już od czterdziestu sześciu lat, wie pani…

„Barszcz z uszkami” — rozmarzyła się Edyta, wyobrażając sobie zaparowaną kuchnię i krzątające się w niej postacie matki i babci przygotowujących wigilijne potrawy. — „Kapusta z grzybami… i ten zapach kompotu z suszu… Jaki wypasiony urlop w najbardziej luksusowym hotelu w Tanzanii może się z tym równać? A do tego pierożki babci… mmm!”

Drgnęła, gdyż znów wyraźnie poczuła na sobie czyjeś przenikliwe spojrzenie. Rozejrzała się, tym razem już szybko i otwarcie, nim winowajca zdąży odwrócić się, by udawać Greka — i wtedy go dostrzegła. Kilka metrów dalej, w stłoczonej ludzkiej masie tuż przy przednich drzwiach wagonu, bokiem do kierunku jazdy stał młody mężczyzna w brązowym zimowym płaszczu z futrzanym kołnierzem. Jako że w wagonie było duszno, nie miał na głowie czapki, przez co w świetle znajdującej się tuż nad nim lampy doskonale widać było jego półdługie jasnoblond włosy o złotawo-lnianym odcieniu, które bujną, lśniącą kaskadą opadały mu na ramiona. To właśnie on na nią patrzył, teraz już na tyle otwarcie i badawczo, że sama się zmieszała i odruchowo odwróciła wzrok. Nim jednak to zrobiła, zdążyła dostrzec niezwykły, szmaragdowozielony kolor jego oczu, w których, jak się jej zdało, krył się dziwny smutek.

„O kurczę, ale ciacho!” — pomyślała mimo woli, nerwowym gestem obu rąk poprawiając na piersi torebkę i celowo wgapiając się w wysłużony beret siedzącej przy niej staruszki. — „Jeszcze nigdy nie widziałam takich oczu! Wygląda jak jakiś, nie przymierzając, książę Wikingów… Tak, jasne!” — zreflektowała się. — „Przecież właśnie ktoś taki może być genialnym wabikiem z bandy kieszonkowców! Koleś hipnotyzuje kobiety tymi zielonymi oczami, a w tym czasie jego kumple obrabiają im kieszenie i torebki!”

Zerknęła podejrzliwie na stojącego obok zwalistego faceta z wielkim brzuchem, który, zapewne zmęczony trwającą już od kilkudziesięciu minut jazdą w ciężkich warunkach, posapywał nad jej głową jak lokomotywa. Nie wyglądał na kieszonkowca, ale czy w takim tłumie komukolwiek można ufać? Tłok był tak ścisły, że nie musiała niczego się trzymać, dzięki czemu obie ręce mogła w pełni zaangażować w pilnowanie torebki. Otóż to. Pilnować swoich rzeczy jak oka w głowie i przede wszystkim nie rozpraszać się. Przecież oni tylko na to czekają!

Z oczami znów wbitymi w beret staruszki jeszcze mocniej przycisnęła do piersi torebkę, dla pewności wsuwając ją głębiej pod połę rozpiętego płaszcza. Owszem, może to był rodzaj manii prześladowczej, ale odkąd lata temu w takim właśnie zatłoczonym pociągu okradziono z dużej sumy jej matkę, wolała dmuchać na zimne. Pamiętała tamtą rozpacz matki, jej czerwone, spuchnięte od płaczu oczy i napięty mocniej niż zwykle budżet domowy, który dopiero po kilku miesiącach wrócił do względnej równowagi.

„Gdybym zrobiła prawko i jeździła samochodem, tego problemu by nie było” — przyszło jej do głowy. — „Tak samo jak problemu wirusów, których w tym wagonie fruwają pewnie miliardy…”

Jednak natychmiast przed oczy wróciła jej wizja ze snu — dwa światła samochodowych reflektorów zbliżające się do niej z zawrotną, złowrogą prędkością… A jeśli to naprawdę była jakaś przepowiednia? Ostrzeżenie? Zdecydowanie, lepiej było jeździć pociągiem w potencjalnym towarzystwie wirusów oraz kieszonkowców. Jakoś przecież przetrwa tę podróż, przed świętami zawsze jest taki tłok, po prostu trzeba pilnować torebki. Zresztą do jej docelowej stacji została już tylko godzina, może nawet niecała, a po drodze były jeszcze dwie inne stacje, więc może ten tłum powoli się rozrzedzi?

Nie czując już na sobie spojrzenia nieznajomego mężczyzny o szmaragdowych oczach, ostrożnie podniosła głowę i ukradkiem, niby nie patrząc w tę stronę, omiotła wzrokiem przód wagonu, zwłaszcza miejsce, w którym stał. Jego jednak już tam nie było.

II

Pociąg zatrzymał się na docelowej stacji Edyty na całe trzy minuty, dzięki czemu, przy uprzejmej pomocy zwalistego sąsiada z podróży, udało jej się wyszarpnąć z górnej półki torbę i cudem przecisnąć się z nią przez wciąż gęsty tłum do wyjścia. Czerwona jak burak, spocona i wymiętoszona, z podeptanymi butami i zapewne siniakami na łydkach, w które dziś zarobiła niejednego anonimowego kopniaka, wylądowała wreszcie na niewielkim betonowym peronie malowniczo położonym na skraju lasu. Las ów był pokryty grubą warstwą śniegu okrywającego nagie gałęzie jesionów, a także wciąż nieopadłe brązowe liście wielkich dębów, które dziś, w światłach stojącego pociągu i oświetleniu budynku stacji, wydawały się jeszcze większe niż zwykle, wręcz monumentalne.

„Uff!” — pomyślała z ulgą, gorączkowo otwierając torebkę, by upewnić się, że niczego w niej nie brakuje. — „Jakoś dojechałam!”

Zawartość torebki była nienaruszona, torba z rzeczami też, a to znaczyło, że koszmarna podróż przeszła do historii, nie pozostawiając po sobie szkód. Co tam kilka siniaków na łydkach! Przed nią było aż dziewięć dni wolnego!

Zawlókłszy ciężką torbę do niewielkiego budynku stacji, gdzie znajdowała się tylko kasa biletowa i nieczynny już o tej porze kiosk, opadła na pierwszą lepszą ławkę, by odrobinę ochłonąć, zanim ruszy na przystanek autobusowy. Stacja kolejowa była położona na uboczu, w odległości około dziesięciu kilometrów od miasteczka, w którym znajdował się jej dom rodzinny, a połączenie z nią zapewniały autobusy, które kursowały co godzinę, spod stacji zawsze ruszając o tej samej porze — kwadrans po pełnej godzinie. Ponieważ wielki zegar na ścianie wskazywał dziewiętnastą pięćdziesiąt trzy, nie musiała się śpieszyć, do najbliższego autobusu miała jeszcze ponad dwadzieścia minut, a przystanek był tuż za rogiem.

„Muszę uważać na zmiany temperatur” — pomyślała przytomnie, zapinając płaszcz i otulając szyję kolorową bawełnianą chustą, którą nosiła zamiast szalika. — „W pociągu było gorąco, jestem zgrzana, aż mi pot po plecach spływa, a to najlepsza okazja, żeby się przeziębić. Tylko tego by mi brakowało na święta!”

Postanowiła zatem zostać jeszcze trochę w budynku stacji, gdzie, słabo bo słabo, ale mimo wszystko działało ogrzewanie. Wyjąwszy z torebki telefon, wysłała do matki smsa informującego, że jest już na stacji i niebawem wsiada w autobus, który w ciągu kilkunastu minut dowiezie ją do domu.

„Niech już szykują gorącą herbatę” — uśmiechnęła się do siebie, lecz w następnej sekundzie ściągnęła z niezadowoleniem brwi, gdyż na ekranie telefonu pojawił się komunikat o krytycznie niskim poziomie baterii. — „No tak… zapomniałam naładować go przed wyjazdem, to mi zaraz padnie. Na szczęście do domu już niedaleko.”

Schowała dogorywający aparat do kieszeni i usadowiwszy się wygodniej na dworcowej ławce, położyła sobie torebkę na kolanach, a torbę z bagażem tuż przy nodze, żeby mieć je pod pełną kontrolą wzrokową. Po ciężkiej podróży spędzonej na stojąco w tłumie sama możliwość przyjęcia pozycji siedzącej była zbawieniem dla jej zmęczonych i poobijanych mięśni. Tym bardziej że była niewyspana, dziś musiała przecież wstać o piątej rano, żeby przed pracą przygotować się do wyjazdu, a potem, prosto z biura, gdzie spotkanie zespołu projektowego jak na złość przeciągnęło się prawie do siedemnastej, pognała na dworzec, wlokąc ze sobą tę ciężką torbę. Na szczęście to był już finał tej odysei, a jutro wypocznie sobie do woli we własnym wygodnym łóżku.

„Mama pewnie przygotowała mi już świeżutką, pachnącą pościel’ — przymknęła z rozmarzeniem oczy. — „A babcia, znając ją, podrzuci mi na noc gorący termoforek…”

Łatwo jej było wyobrazić sobie, że już tam jest… kąpie się po podróży, je pyszną kolację… a potem wsuwa się pod kołdrę i z rozkoszą rozprostowuje przemęczone nogi. Torbą nie będzie się dzisiaj zajmować, rozpakuje ją jutro. Dziś tylko kąpiel, kolacja i spaaać… wreszcie spać…

— Przepraszam panią — usłyszała nagle tuż nad sobą męski głos o niskiej, przyjemnej modulacji. — Czy wszystko w porządku?

Podniosła szybko głowę i zamarła zdumiona. Przed nią, pochylony lekko w jej stronę z troską na obliczu, stał widziany w pociągu młody mężczyzna w płaszczu z futrzanym kołnierzem. Co prawda teraz miał na głowie czapkę, która przykrywała mu włosy, jednak kilka lniano-złotych kosmyków wymykało się spod niej, a zresztą… i tak rozpoznałaby go po tych niesamowitych szmaragdowych oczach. Zdecydowanie, takiego koloru tęczówek nie widziała jeszcze nigdy w życiu!

Lecz skąd on się tu wziął? Nie ulegało wątpliwości, że wysiadł z pociągu na tej samej stacji co ona, jednak jak to możliwe, że tego nie zauważyła? Głowę by dała, że nie było go ani w jej wagonie, gdy pociąg hamował na stacji, ani w grupce pasażerów, z którymi schodziła z peronu. A może po prostu w trakcie podróży zmienił wagon na inny, a na peronie przemknął obok niej niezauważony, kiedy mocowała się z bagażem i sprawdzała, czy niczego nie brakuje w torebce? Zresztą — czy to ważne? Choć jego obecność w tym miejscu skrajnie ją zaskoczyła, nie mogła udawać przed samą sobą, że nie sprawiała jej mimowolnej przyjemności, podobnie jak atencja i troska, jakie właśnie jej okazywał, mimo że widzieli się przecież po raz pierwszy w życiu.

— Ach, tak, w porządku! — odparła szybko, zrywając się z miejsca i odruchowo wygładzając na sobie płaszcz. — Jak najbardziej w porządku, nie czuję się słabo ani nic takiego. Po prostu usiadłam na chwilę, żeby ochłonąć po tym ścisku w wagonie, zwłaszcza że i tak muszę poczekać na autobus. Dziękuję panu, to miłe, bardzo obywatelska postawa, domyślam się, że wyglądam po tej podróży jak widmo… ale naprawdę nic mi nie jest. Nic a nic, jestem tylko trochę zmęczona.

Twarz mężczyzny rozjaśniła się na te słowa i oblekła się wyrazem ulgi.

— No to chwała Bogu! — odetchnął i uśmiechnął się, a w jego pięknych oczach błysnęły przyjazne ogniki. — Daleko pani mieszka?

— Nie, tylko dwa przystanki stąd.

— W miasteczku?

„Aha, miejscowy!” — zdziwiła się Edyta.

W istocie nazwy jej rodzinnej miejscowości Bobrza, która widniała wypisana wielkimi literami na budynku stacji, używali jedynie obcy w tych stronach przybysze, podczas gdy rdzenni mieszkańcy okolicy nigdy nie mówili na nią inaczej niż „miasteczko”. Co prawda Bobrza, choć była miejscowością dużą i gęsto zamieszkaną, nigdy nie posiadała praw miejskich, była to tylko duża wieś z rynkiem otoczonym paroma sklepikami i lokalami usługowymi. Niemniej od pokoleń tak właśnie ją nazywano. Miasteczko.

Stojący przed nią mężczyzna musiał zatem pochodzić stąd, a nawet jeśli był mieszkańcem napływowym, bez wątpienia zdążył już mocno wsiąknąć w środowisko, skoro znał ten zwyczaj. Tylko jak to możliwe, że nigdy wcześniej go nie spotkała? Był wszak mniej więcej w jej wieku, co najwyżej kilka lat starszy, więc w teorii powinna znać go przynajmniej z widzenia… Lecz znowu — czy to ważne? Jeśli za chwilę ich drogi się rozejdą, nie będzie to miało znaczenia, w przeciwnym zaś wypadku i tak prędzej czy później wszystkiego się dowie.

— Tak, w miasteczku — potwierdziła, odwzajemniając mu uśmiech. — I to całkiem niedaleko od rynku, tylko dwie ulice dalej, w stronę rzeki.

— O proszę! — ucieszył się. — To się doskonale składa, bo ja właśnie jadę w tamtą stronę. Nie mieszkam w miasteczku, tak prestiżowa lokalizacja jest niestety poza moim zasięgiem — tu roześmiali się oboje — ale mam tam akurat coś do załatwienia, więc, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, chętnie panią podwiozę.

Edyta natychmiast spoważniała i cofnęła się o krok.

— No… nie wiem — pokręciła głową zmieszana. — Ja…

— Ależ proszę się nie obawiać — odparł łagodnie nieznajomy, również poważniejąc. — Jest pani przy mnie całkowicie bezpieczna. Po co tłuc się przez ten śnieg autobusem, na który zresztą musi pani jeszcze trochę poczekać, skoro ja i tak jadę do miasteczka? Autem będzie pani wygodniej, wrzucimy to do bagażnika — ruchem głowy wskazał na jej torbę podróżną — i podwiozę panią pod same drzwi. Jak dobrze policzyć, za kwadrans, góra dwadzieścia minut będzie pani w domu.

Jego oczy znów błysnęły fosforyzującym blaskiem szmaragdów prześwieconych na wylot promieniem słońca. Edyta poczuła, że pod ich spojrzeniem topnieje w niej wszelki opór, a wątpliwości rozpływają się w powietrzu jak mgła w słoneczny poranek. Co się z nią działo? Jakby była zaczarowana albo… Przecież kompletnie nie znała tego gościa, skąd mogła wiedzieć, co to był za jeden?

— Nie wiem — powtórzyła z wahaniem. — Chyba nie powinnam…

— Dlaczego? — uśmiechnął się czarująco. — Naprawdę wyglądam na kogoś, kogo trzeba się bać?

— Ależ nie… tylko…

— Zależy mi na tym — zaznaczył ciepło młody człowiek. — I proszę wierzyć, że będzie mi bardzo przykro, jeśli pani się nie zgodzi.

Choć tego rodzaju słowa powinny natychmiast zapalić w jej głowie czerwoną lampkę ostrzegawczą, Edyta zignorowała szepczący jej do ucha głos rozsądku. Wbrew własnej zachowawczej naturze czuła, że niezwykle trudno będzie jej odrzucić propozycję nieznajomego, zwłaszcza że była ona zaiste kusząca. Na dworze panował mróz, droga do miasteczka zapewne tonęła w ledwo odgarniętym śniegu, a ona była już taka zmęczona… i jeszcze ta ciężka torba… Poza tym sama myśl o tym, że do domu odwiezie ją ten intrygujący przystojniak o szmaragdowych oczach, sprawiała jej wyjątkową przyjemność.

Choć nie, to nie była tylko kwestia przyjemności. Edyta miała świadomość, że po prostu nie może mu odmówić. To było najzwyczajniej w świecie wykluczone.

— Ale… na pewno to nie będzie dla pana kłopot? — zapytała zmieszana.

— Kłopot? Ależ żaden! — zapewnił ją żywo nieznajomy. — Przeciwnie, sama przyjemność! Chodźmy — dodał stanowczo, schylając się, by podnieść z dworcowej podłogi jej torbę. — Szkoda tracić czas, tu jest zimno i obskurnie, a my oboje jesteśmy po tym pociągu nieźle wykończeni. Im szybciej dojedziemy do domu, tym lepiej.

Przyznając mu w duchu rację, Edyta bez oporu podążyła wraz z nim do wyjścia na dworcowy parking, gdzie znajdował się również przystanek autobusowy. Od razu zauważyła, że autobusu jeszcze tam nie było, a spora grupka ludzi, nie tylko tych, którzy wysiedli z jej pociągu, lecz jeszcze jakichś innych, tłoczyła się w oczekiwaniu na jego przyjazd pod tylną ścianą stacji. Dobrze widoczna z perspektywy parkingu droga, którą miał nadjechać, była jednak czarna i pusta aż po horyzont, co wskazywało, że najbliższe połączenie autobusowe z miasteczkiem prawdopodobnie się opóźni.

— Wszędzie śnieg, nawet dzisiaj rano jeszcze padało, a pługi rzadko jeżdżą — stwierdził jej towarzysz. — Przez to i autobusy mają ciężko się przebić.

Edyta zdziwiła się nieco. Skąd wiedział, że rano padał tu śnieg, skoro go tu nie było? Widziała go przecież w pociągu z Warszawy. A może wcale nie jechał z Warszawy, tylko wsiadł na którejś z późniejszych stacji? Bardzo prawdopodobne. To by tłumaczyło też fakt, że nie miał przy sobie żadnego bagażu.

Jak zauważyła z bliska, jego zimowy płaszcz z futrzanym kołnierzem nie był pierwszej nowości, wyglądał raczej jak nadgryziony zębem czasu ciuch wyciągnięty z pełnej moli szafy pradziadka, skórzane brązowe buty również sprawiały wrażenie sfatygowanych, mimo że z wierzchu były czyste i wypastowane. A zatem, wbrew pozorom, nie był to żaden bogaty książę Wikingów…

„Nie powinnaś z nim jechać” — szeptał jej znów do ucha głos rozsądku, kiedy podążali w stronę jedynego już na parkingu, widocznego w silnym świetle latarni czerwonego auta. — „Nie znasz go, nie wiesz, kim jest, może to jakiś morderca? Wywiezie cię gdzieś po ciemku i zabije, ciało wrzuci w krzaki… i kto cię tam znajdzie? Mama oszaleje z rozpaczy…”

Jednocześnie, co dla niej samej było dziwne i zaskakujące, w ogóle nie przejmowała się tymi ostrzegawczymi wizjami snutymi przez czujny rozum, nie bała się ich ani trochę, wręcz miała wewnętrzną pewność, że nic złego jej się nie stanie, że naprawdę u boku tego fascynującego mężczyzny była całkowicie bezpieczna.

— Pojedziemy krótszą drogą — oznajmił ów, gdy torba podróżna dziewczyny spoczęła już w bagażniku, a oni zajęli miejsca w środku. — Tam jest nawet mniej śniegu na drodze, bo między drzewami jest cicho i nie zawiewa z pola.

Edyta pokiwała głową aprobująco, ignorując narzucającą jej się natychmiast myśl, że tu przecież nie ma żadnej krótszej drogi do miasteczka. Ale kto wie? Może faktycznie był tu jakiś skrót, tylko ona zwyczajnie go nie znała? Na stację jeździła przecież rzadko i wyłącznie autobusem.

Nie miała zresztą czasu zastanawiać się nad tym, gdyż jej uwagę przykuło nietypowe wnętrze samochodu. Z wierzchu wyglądał jak zwykłe auto, pierwsza lepsza toyota, jakich tysiące jeżdżą codziennie po ulicach, jednak w środku był jakiś dziwny. Nie tylko bowiem siedzenia ale właściwie wszystko — drzwi, podsufitka, kokpit, nawet obramowanie rozświeconej kontrolkami deski rozdzielczej — było wytapicerowane miękką, przyjemną w dotyku tkaniną, jakby welurem albo aksamitem, a choć w ciemnościach trudno było dokładnie rozpoznać jej kolor, Edyta zakładała, że był to odcień ciemnej czerwieni. Nietypowe obicie kojarzyło się bardziej ze staromodnymi wystrojami dawnych luksusowych karoc czy dyliżansów niż z wnętrzem nowoczesnego samochodu. Dziwne… To musiał być jakiś spersonalizowany egzemplarz na zamówienie. Ciekawe, gdzie zamawia się takie szalone wykończenia wnętrz samochodowych? To była kolejna niezwykła rzecz, jaką dziś widziała po raz pierwszy w życiu.

— Jak pani na imię? — zagadnął nieznajomy, kiedy wyjechali na zaśnieżoną drogę wyjazdową spod stacji.

— Edyta.

— Bardzo ładnie. Ja jestem Stefan.

— Miło mi — szepnęła.

Ze zdziwieniem zauważyła, że auto skręciło w niewłaściwą stronę i jechało teraz drogą wiodącą w przeciwnym kierunku niż trasa autobusów. Czy na pewno trafią tędy do miasteczka? Spychany w głąb podświadomości głos rozsądku znów zaprotestował ostrzegawczo, jednak Edyta, ze stanowczością, która podświadomie samą ją dziwiła, po raz kolejny zignorowała go ze spokojem w duszy. Skoro już wsiadła do samochodu z tym człowiekiem, to musiała mu zaufać i przyjąć na słowo, że tędy rzeczywiście prowadzi jakiś skrót.

Stefan. Nie znała nikogo w swoim pokoleniu, kto nosiłby to staromodne dziś imię, ale musiała przyznać, że bardzo do niego pasowało. I podobało jej się… tak samo jak podobał jej się on sam, choć z każdą minutą utwierdzała się w przekonaniu, że było w nim coś bardzo, ale to bardzo dziwnego. Tak czy inaczej po pewności siebie, z jaką prowadził samochód, widać było, że wie, dokąd zmierza, mimo że pokryte równomiernie śniegiem i tonące w ciemnościach przestrzenie, gdzie nie spojrzeć, wyglądały tak samo. Najwyraźniej znał te tereny jak własną kieszeń, o wiele lepiej niż ona, choć mieszkała w tych okolicach od urodzenia aż do dziewiętnastki, kiedy to wyjechała do Warszawy na studia, a po ich ukończeniu w zeszłym roku znalazła tam pracę i zamieszkała w stolicy na stałe. Nie zmieniało to jednak faktu, że była rodowitą mieszkanką tych okolic, jej rodzina miała nawet jakieś korzenie wśród dawnej tutejszej szlachty, po której co prawda nie zostało już ani śladu, ale przecież krew nie woda…

Zerknęła ukradkiem na swego towarzysza. Wciąż miał na głowie czapkę, równie staromodną jak jego płaszcz i jego imię, po bokach obszytą nieco już wyliniałym futerkiem; w delikatnej poświacie padającej od przednich reflektorów samochodu i kontrolek rysował się męski, regularny profil jego twarzy. Ciekawe, dlaczego patrzył na nią tak badawczo w pociągu… czy wiedział, że będzie wysiadać na stacji w Bobrzy? Może znał ją z widzenia? To, że ona widziała go dziś po raz pierwszy, nie znaczyło wcale, że on nie kojarzył jej, musiał wszak mieć jakiś powód, że pośród innych pasażerów upatrzył sobie właśnie ją.

Auto wjechało teraz w las, pomiędzy wysokie drzewa uginające się pod ciężarem śniegu. Zgodnie z tym, co powiedział na parkingu Stefan, droga była tu mniej zasypana białym puchem niż ta wiodąca przez pola, było tu też ciszej, mroźny wiatr nie obijał się już wściekle o boki samochodu, właściwie nie było słychać go wcale.

— To jest skrót do miasteczka? — upewniła się, wpatrując się w nieutwardzoną już teraz, wertepiastą drogę oświetlaną reflektorami auta. — Chyba jeszcze nigdy nie jechałam przez ten las… Podjedziemy od strony rynku?

— Nie, od strony rzeki, stamtąd będzie bliżej do pani domu.

— Tą dróżką wzdłuż rzeki? — zdziwiła się. — To ona dochodzi aż tutaj? Tam jest przecież strasznie wąsko, a teraz pewnie w dodatku wszystko zasypane… Jest pan pewien, że da się tamtędy przejechać samochodem?

— Spróbujemy — zapewnił ją spokojnie. — Wiadomo, że tam łatwiej konno albo na piechotę, ale chciałem jechać tędy, bo najpierw chcę jeszcze pani coś pokazać.

— Coś pokazać? — zdumiała się jeszcze bardziej Edyta. — Co?

„Konno?!” — pomyślała jednocześnie. — „To on tu jeździ na koniu?”

— Takie jedno miejsce — odpowiedział wymijająco mężczyzna. — Bardzo dla mnie ważne. Jesteśmy już niedaleko, zaraz tam będziemy.

Dziewczyna rozejrzała się, opierając dłoń na welurowym obiciu drzwi — wokół nich, tak daleko, jak sięgały reflektory samochodu, wciąż widać było tylko wysoki, monumentalny las z drzewami pokrytymi ciężkimi czapami śniegu. Gdzie on ją wiózł? Co chciał jej pokazać? Co w ogóle godnego oglądania mogło znajdować się w tej leśnej głuszy?

„Mama umarłaby na zawał, gdyby wiedziała, gdzie teraz jestem i co robię” — pomyślała przytomnie. — „Sama w ciemnym lesie z jakimś nieznajomym facetem, którego spotkałam pół godziny temu na stacji… To przecież kuszenie losu, wręcz niedopuszczalna nieostrożność!”

Nadal jednak, choć w duchu się temu dziwiła, nie bała się ani trochę, pławiąc się w bezwarunkowym poczuciu bezpieczeństwa. Las, owszem, wyglądał groźnie, ale ona nie musiała się obawiać jego ciemnych czeluści, była tu przecież ze Stefanem. Wszak skoro znała jego imię, to już chyba nie był taki całkiem nieznajomy?

Samochód zwolnił i wjechał w ukrytą w leśnych zaroślach dróżkę, na końcu której zdało jej się, że widzi coś nietypowego — jakby ścianę budynku albo ogrodzenie. Kiedy zbliżyli się tam, zauważyła, że był to po prostu drewniany płot z grubych, ściemniałych już desek z otwartymi wrotami niskiej bramy. Auto wjechało przez nią na zaśnieżone podwórko i zatrzymało się przed niskim domem z drewnianych bali pokrytym… ach, czy dobrze widziała? To przecież była prawdziwa słomiana strzecha! Kto by pomyślał, że w środku lasu znajduje się coś takiego!

Stefan wyłączył silnik i światła, przez co wokół zrobiło się całkowicie cicho i ciemno.

— Jesteśmy — oznajmił, a w jego głosie, jak jej się zdało, zabrzmiała nuta wzruszenia. — Chce pani zobaczyć?

Zaintrygowana Edyta nie odrywała wzroku od ciemnej bryły domu, a zwłaszcza od niewielkiego okna, z którego ewidentnie biła delikatna łuna światła.

— Ktoś tam jest? — zapytała, wskazując na nie ruchem głowy.

— Nie, to tylko ogień na kominku. Rozpaliłem, bo dzisiaj w nocy mróz, nie chciałem, żeby pani zmarzła.

Odwróciła się ku niemu zdziwiona.

— Jak to? Wiedział pan, że przyjadę tu z panem?

— Pewnie, że wiedziałem — uśmiechnął się, opierając się ramieniem na kierownicy. — Napaliłem w kominku i specjalnie wyjechałem po panią, ze stacji tutaj bliżej niż z miasteczka. Cieszę się, że przyjechała pani z Warszawy już dzisiaj, i tak jest mało czasu. Wigilia przecież za kilka dni.

Edyta patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, z kompletną pustką w głowie.

— Nic nie rozumiem… — wyszeptała.

Szmaragdowe oczy Stefana, mimo że wokół panowała ciemność rozjaśniana tylko odrobinę bielą śniegu, były tak dobrze widoczne, jakby odbijało się w nich światło dnia.

— Nie zawsze trzeba rozumieć — odpowiedział łagodnie. — Czasem wystarczy zrobić to, co należy, zwłaszcza kiedy idzie o to, żeby kogoś uratować. Chodźmy.

Mówiąc to, wyciągnął kluczyki ze stacyjki i wysiadł z auta, zaś Edyta, znajdując się w dziwnym stanie częściowego paraliżu woli, odruchowo zrobiła to samo.

„Jak to? Kogoś uratować?” — powtórzyła bezradnie w myśli, idąc posłusznie za Stefanem w stronę domu, a następnie wchodząc przez drzwi, które otworzył przed nią uprzejmym gestem. — „Niby kogo? Nic z tego nie ro…”

— Ach! — wyrwał jej się nagle okrzyk zdumienia.

Stanęła właśnie jak wryta na progu izby, do której wprowadził ją Stefan. Niewątpliwie była to główna lub być może nawet jedyna izba w tym niewielkim domu, obszerna, ze ścianami z poprzecznie ułożonych bali, z niską powałą, kominkiem w głębi i wielkim stołem z grubo ciosanego drewna. Oświetlał ją jedynie blask ognia buzującego na kominku, malując na ścianach ruchome, doskonale znane jej cienie. Znała je, tak samo jak znała całe to miejsce, widziała je już przecież tyle razy! Wszystko wyglądało tu dokładnie tak jak w jej nawracającym od lat śnie!

Oniemiała z zaskoczenia odwróciła się, by spojrzeć na Stefana, który, zamknąwszy za sobą drzwi wejściowe, zdejmował właśnie z głowy czapkę. Uśmiechnął się do niej dokładnie w momencie, kiedy złotoblond włosy wysypywały mu się spod niej na ramiona.

— Ogień się pali, ale i tak zimno, lepiej zostać w palcie — zauważył. — Pani sobie tylko czapkę zdejmie i paltocik porozpina. Zaraz dorzucę do ognia i zrobię jakiejś herbaty. Napije się pani?

Edyta wciąż patrzyła na niego oszołomiona.

— Przecież ja znam ten dom — wyszeptała. — Byłam tu… we śnie…

Znów uśmiechnął się tylko i podstawiwszy jej uprzejmie jedno z ciężkich, drewnianych krzeseł, wskazał, by usiadła przy stole. Opadła na nie, posłusznie ściągając z głowy czapkę i rozpinając płaszcz, ale nie zdejmując go, w pomieszczeniu bowiem rzeczywiście było dosyć chłodno. Zdawało jej się, że teraz wszystko wokół niej dzieje się jak we śnie… Niezdolna do tego, by podnieść się i pomóc Stefanowi, patrzyła tylko, jak krząta się po izbie, dokładając drew do kominka i przygotowując herbatę w jakimś starym blaszanym dzbanku, a wszystkie jego gesty, pewne siebie i wyraźnie wskazujące, że czuł się tu gospodarzem, wydawały jej się dziwnie nieśpieszne, jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie.

Ocknęła się dopiero, kiedy na stole przed nią wylądował blaszany kubek z dymiącą herbatą.

— Dziękuję — szepnęła zmieszana, obejmując go obiema dłońmi, by ogrzać je bijącym od niego ciepłem. — Przepraszam, że tak siedzę… powinnam panu pomóc…

— Już skończyłem — oznajmił pogodnie, zajmując miejsce obok niej i stawiając na blacie identyczny kubek dla siebie. — Napijmy się herbaty, żeby trochę się rozgrzać, nie mamy za dużo czasu. Muszę przecież odwieźć panią do domu, zanim rodzina zacznie się o panią martwić.

— Tak — pokiwała głową w roztargnieniu, podnosząc do ust kubek i ostrożnie zamaczając usta w herbacie.

Była jeszcze trochę zbyt gorąca, ale za to pyszna — mocna, aromatyczna, w sam raz na taki zimowy wieczór jak dziś.

— Więc mówi pani, że zna ten dom? — zagadnął od niechcenia Stefan, również upijając łyka herbaty. — A może tylko się pani z czymś kojarzy? Wszystkie takie leśniczówki wyglądają podobnie.

— Ach, czyli to jest leśniczówka! — Edyta spojrzała na niego jak człowiek, który budzi się ze snu. — No jasne! Mogłam się domyślić… Dom w środku lasu to przecież leśniczówka.

Mężczyzna roześmiał się miłym, perlistym śmiechem, który był tak zaraźliwy, że i ona musiała mu zawtórować.

— Tak, to leśniczówka — potwierdził. — Zbudowano ją na polecenie dziedzica Dołanieckiego, bo to były kiedyś jego ziemie. Zresztą dwór był niedaleko, o tam — wskazał nieokreślonym ruchem ręki gdzieś w stronę kominka. — Jakieś może cztery kilometry stąd.

— Dołaniecki? — powtórzyła czujnie Edyta, wspominając napisy na starych nagrobkach, które wraz z babcią i matką odwiedzały co roku w listopadzie na miejscowym cmentarzu. — Moja prababcia od strony mamy była z domu Dołaniecka…

— Tak, wiem o tym — uśmiechnął się młody człowiek. — Pani przodkowie to byli wielcy państwo, teraz już nikt nawet nie pamięta, że istnieli. Jak miała na imię pani prababcia?

— Aniela — odparła, znów wizualizując sobie napis na zwietrzałej płycie starego grobowca.

— Aniela — pokiwał głową w zamyśleniu. — Mała Anielka…

Edyta przyjrzała mu się na nowo zdziwiona, on jednak w tym samym momencie jakby ocknął się z zamyślenia i machnął ręką.

— Stare dzieje… Ludzie dzisiaj nie interesują się lokalną historią, a szkoda, bo to przecież ich korzenie, a historia, jak to się mówi, jest nauczycielką życia. Ja na przykład interesuję się tym bardzo — zaznaczył. — A pani? Zna pani historię swojej rodziny ze dworu?

Pokręciła głową przecząco i upiła kolejnego łyka herbaty, która teraz miała już idealną temperaturę, w sam raz do picia. A jak przyjemnie rozgrzewała żołądek…

— Ze wstydem muszę powiedzieć, że nie — odparła zmieszana. — Właściwie to wiem o nich tylko tyle, że istnieli, nazwisko Dołanieckich znam tylko z napisu na grobie prababci na cmentarzu w miasteczku. Oczywiście wiem, że mieszkali we dworze, byłam nawet kiedyś z babcią na miejscu, gdzie stał, ale ledwo tam trafiłyśmy, zostało z niego tylko trochę ruin, a wszystko zarosło trawą i krzakami. Zresztą pan pewnie o tym wie, skoro interesuje się pan lokalną historią… to zresztą ciekawe, że ma pan takie hobby, dość nietypowe jak na osobę z naszego pokolenia. Ile ma pan lat, jeśli wolno zapytać?

— Dwadzieścia siedem — odparł bez wahania. — Dokładnie dwadzieścia siedem i cztery miesiące.

— No właśnie! — uśmiechnęła się, rozbawiona tą precyzją. — A ja mam prawie dwadzieścia sześć, więc różnica niewielka i teraz wstyd mi przed panem, że o własnych przodkach nie wiem prawie nic. Ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że to wcale nie ze złej woli — zastrzegła. — Po prostu nie miałam nigdy dostępu do źródeł, jak pan na pewno wie, w czasie pierwszej wojny światowej dwór został doszczętnie spalony, a z nim wszystkie pamiątki, zdjęcia, dokumenty… Moja prababcia widziała go tylko jako dziecko i przez traumę wojenną podobno niewiele z tamtych czasów pamiętała, zresztą umarła dość młodo… a babcia urodziła się już w miasteczku. Ależ mnie pan wciągnął w te rozmowy o historii! — zaśmiała się, zdziwiona własnym gadulstwem. — Nawet nie wiem kiedy!

Stefan również zaśmiał się z wyraźną satysfakcją i podniósł do ust kubek z herbatą, co pozwoliło Edycie przez kilka sekund przyglądać się bez przeszkód jego włosom lśniącym w świetle ognia jak żywe złoto.

„Bardzo sympatyczny z niego chłopak” — pomyślała, czując ciepło rozlewające jej się po sercu. — „A jaki przystojny… Fakt, że trochę dziwak, czuć to nawet w sposobie mówienia, ale to pewnie przez to jego historyczne hobby. A to miejsce?” — na nowo ogarnięta zdziwieniem omiotła spojrzeniem znajome kąty izby. — „Leśniczówka z czasów Dołanieckich? Niesłychane, przecież to tutaj byłam w tych snach, wszystko jest tak samo, brakuje tylko białego obrusa i misek z jedzeniem na stole! Czy w takim razie to był sen proroczy?”

— Pan jako hobbysta na pewno zna więcej szczegółów z tamtych czasów — podjęła, zerkając na niego spod oka. — O mojej rodzinie, o dworze… o tej leśniczówce… Ciągle nie mogę się nadziwić, że pan mnie tu przywiózł, i nadal nie rozumiem po co, ale cieszę się, że mogłam ją zobaczyć. Mieszka pan tutaj na stałe?

— Teraz już nie — odparł Stefan. — Ale mieszkałem, a i teraz chętnie tu wracam. To było miejsce najpiękniejszych chwil, jakie przeżyłem w całym swoim życiu — wyjaśnił, uśmiechając się ze wzruszeniem. — Zasługuje na to, żeby o nim nie zapomnieć.

— Na pewno… chociaż przed panem bez wątpienia jeszcze wiele pięknych chwil — zauważyła Edyta. — Dwadzieścia siedem lat i cztery miesiące to przecież jeszcze nie tak dużo. A swoją drogą… — spojrzała na niego z lekkim wahaniem. — Skoro jesteśmy prawie w tym samym wieku, to może przejdźmy po prostu na ty?

— Nie śmiałem tego proponować — odparł z powagą Stefan, a w jego oczach zapaliły się znów ciepłe, budzące sympatię ogniki. — Ale skoro potomkini państwa Dołanieckich sama wyciąga rękę do ludu… nie odmówię.

Edyta roześmiała się serdecznie.

— Ależ z ciebie żartowniś! Potomkini państwa Dołanieckich! Nigdy w życiu tak bym o sobie nie pomyślała! Chociaż fakt, że to przez nieznajomość własnej historii… Ty, jak widzę, wiesz o mojej rodzinie o wiele więcej niż ja sama, więc pewnie jakieś źródła na ten temat są dostępne, tylko nigdy nie wpadło mi do głowy, żeby się tym zainteresować. A w ogóle to jesteś stąd? — zaciekawiła się. — W sensie, że urodziłeś się w tych stronach, czy przyjechałeś z zewnątrz w poszukiwaniu ciekawych historii lokalnych?

— Urodziłem się tutaj — odparł spokojnie Stefan — i spędziłem tu całe życie, uważam, że na ziemi nie ma lepszego i piękniejszego miejsca niż to.

— Proszę, jaki lokalny patriota! — pokiwała głową na wpół pobłażliwie, na wpół z uznaniem. — Ale wiesz co? Aż się dziwię, że nigdy wcześniej cię nie spotkałam, bo ja też przecież jestem stąd. Od urodzenia mieszkałam w miasteczku i tak jak ty nigdy nie przestanę mieć sentymentu do tej okolicy. Teraz mieszkam w Warszawie — zaznaczyła — ale zawsze wracam tu z radością.

— Ja też — uśmiechnął się. — Nie jest ci zimno?

— Nie, w tym płaszczu jest w sam raz, a twoja herbata dodatkowo rozgrzała mnie od środka. Bo co? — spojrzała na niego z niepokojem. — Musimy już jechać?

— A chcesz?

Nie chciała. O, jak bardzo nie chciała stąd odjeżdżać!

— Zostańmy jeszcze trochę — poprosiła. — Podoba mi się tutaj.

Twarz Stefana rozjaśniła się jeszcze bardziej, widać było, że ucieszył się na te słowa.

— To może jeszcze herbaty?

— Chętnie, ale tym razem pomogę ci ją zrobić — zastrzegła. — Przy okazji lepiej obejrzę sobie wszystkie kąty.

Skinął głową z uśmiechem na znak akceptacji i oboje podnieśli się od stołu, zgarniając z blatu swoje kubki.

— Tak naprawdę to jeszcze niewiele widziałaś — oznajmił wesoło, podając jej szklany słoik z herbatą liściastą, a sam zabierając się za przepłukiwanie kubków wodą z wiaderka, leśniczówka bowiem, jak zauważyła Edyta, nie była wyposażona w wodę bieżącą. — Jest noc, prawdziwe piękno tego miejsca widzi się dopiero w dzień, zwłaszcza jak wyjdzie się na podwórko albo pójdzie na spacer drogą w stronę dworu. Środek lasu jest jak kawałek raju… w lecie zielono, w zimie biało… Szczęśliwy człowiek, który może urodzić się i umrzeć w lesie.

— Taki z ciebie leśny ludek? — zażartowała, sypiąc herbatę do przygotowanych przez niego kubków.

— Aha! Las to mój żywioł, nigdzie indziej nie czuję się tak dobrze jak tutaj.

Woda zaszumiała w elektrycznym czajniku, który jednak nie był podłączony pod prąd, musiał to być zatem jakiś model na baterie. W ogóle w leśniczówce nie widać było gniazdek, żarówek ani żadnych innych śladów wskazujących na to, że budynek posiadał instalację elektryczną. Kto by zresztą doprowadzał prąd w taką głuszę?

— No to opowiedz mi jakąś ciekawą historię z tych stron — zażądała wesołym tonem Edyta, kiedy z powrotem zasiedli przy stole z kubkami dymiącej herbaty. — Na pewno znasz ich milion, wybierz jakąś najciekawszą. Może być na przykład o mojej rodzinie, chętnie poznam losy przodków… albo może coś o tej leśniczówce?

Szmaragdowe oczy Stefana znów rozbłysły, a na jego oświetlonej blaskiem ognia twarzy pojawił się wyraz radości i satysfakcji. Był w tej odsłonie taki uroczy… aż topniało serce!

— Bardzo proszę! — podchwycił chętnie. — Skoro tak, to opowiem ci historię związaną jednocześnie i z tą leśniczówką, i z twoją rodziną, chcesz?

— O, to jest taka? — zaciekawiła się natychmiast. — Pewnie, że chcę, opowiadaj!

— Właściwie to jest to historia dwóch osób, leśnika, który mieszkał właśnie tutaj, i panny ze dworu Dołanieckich.

— Ach, historia miłosna? — domyśliła się z entuzjazmem. — I to pewnie jeszcze z mezaliansem w tle? Tym bardziej chcę ją poznać! Leśnik? I panna z dworu? Czy to znaczy, że ona była z mojej rodziny?

— Tak — pokiwał głową. — Daruj, że nie określę dokładnie, kim była dla ciebie, ale na pewno jedną z twoich krewnych, chociaż nie nosiła nazwiska Dołaniecka.

— Ja też go przecież nie noszę — wzruszyła ramionami. — Pewnie to szło po kądzieli, a kobiety zmieniają nazwiska, kiedy wychodzą za mąż. No? I co z tym leśnikiem? Domyślam się, że zakochała się w nim?

— Tak, chociaż najpierw on w niej — uśmiechnął się Stefan. — Od pierwszego wejrzenia, do szaleństwa i bez pamięci. Pierwszy raz zobaczył ją w kościele niedługo po tym, jak po przedwczesnej śmierci obojga rodziców zamieszkała we dworze Dołanieckich. Miała wtedy niecałe szesnaście lat, on był trochę ponad rok starszy. Wystarczyło, że spojrzał na nią ten jeden raz i przepadł na wieki… Od tamtej pory nie mógł przestać o niej myśleć, nosił ją w sercu, budził się i zasypiał z jej imieniem na ustach, a przede wszystkim robił wszystko, żeby od czasu do czasu ją zobaczyć, chociaż z daleka. Ale ponieważ mieszkał z rodzicami i młodszymi braćmi w leśniczówce, rzadko wychodził z lasu, więc takie okazje, jak możesz się domyślić, nie zdarzały się często. Najłatwiej z tym było właśnie w kościele, siedział wtedy w tłumie i zamiast, niech mu Bóg wybaczy, słuchać mszy, wpatrywał się w nią jak w obrazek. Tyle że ona w ogóle nie zwracała na niego uwagi — zaznaczył, upijając łyka herbaty. — Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że taki ktoś istnieje.

— Bo nie był z jej sfery? — domyśliła się.

— Właśnie. Jego ojciec był zwykłym najemnikiem, zatrudnił się u Dołanieckiego po śmierci poprzedniego leśnika. Posada była dobrze opłacana, więc wywiązywał się sumiennie z obowiązków, ale nie miał serca do tej pracy. Nie podobało mu się życie na odludziu, jego żona, która pochodziła z miasta, tęskniła za miejskim gwarem, a młodsi synowie pod wpływem opowiadań matki też marzyli tylko o tym, żeby kiedyś wyrwać się do miasta. Tylko najstarszy, właśnie ten, o którym mowa, kochał las tak samo mocno jak swoją panienkę, a jego największym, naiwnym marzeniem, o którym z góry wiedział, że nie ma szans się spełnić, było zdobyć jej wzajemność, poślubić ją i zamieszkać z nią właśnie tutaj, w leśniczówce w samym sercu lasu.

Zamilkł na chwilę, wpatrując się z daleka w buzujący ogień na kominku.

„Jak on to opowiada!” — pomyślała zafascynowaniem Edyta. — „Tak obrazowo, z emocjami, jakby widział to na własne oczy! Ciekawe, skąd w ogóle zna tę historię, i to z tyloma szczegółami…”

— A jednak jego niemożliwe marzenie przynajmniej częściowo się spełniło — poddała, nie mogąc się doczekać dalszego ciągu. — Bo przecież zdobył w końcu jej wzajemność?

— Tak — ocknął się Stefan. — Ale dopiero kilka lat później, kiedy był już sam na leśniczówce.

— Co się stało z jego rodziną? — zdziwiła się.

— Nic złego — uśmiechnął się. — Spełnili swoje marzenie i udało im się przeprowadzić do miasta, ojciec dostał posadę ogrodnika u bogatego sędziego w Warszawie, matka została tam pokojówką, a dzięki temu ich synowie mogli pójść do szkół i z czasem całkiem nieźle ustawić się w życiu.

— A najstarszy został w lesie?

— Tak jest. Nie wyobrażał sobie opuścić miejsca, do którego był przywiązany, a tym bardziej odjechać daleko od dziewczyny, której oddał serce. Na szczęście był już dorosły, więc mógł postawić się rodzicom, a Dołaniecki, który potrzebował leśnika, zgodził się, żeby na pełnych prawach przejął leśniczówkę i pracę po ojcu.

— A jak zwrócił na siebie uwagę tej panny?

— To był przypadek, a raczej zrządzenie losu. Przyjechała któregoś dnia ze swoim wujem… bo nie dopowiedziałem chyba, że dziedzic Dołaniecki był jej rodzonym wujem, bratem jej zmarłej matki… przyjechała z nim, ze swoją kuzynką czyli jego córką i z jakimiś ludźmi ze służby do leśniczówki na kwartalną inspekcję majątku. Oczywiście tę inspekcję przeprowadzał jej wuj, ona i kuzynka zabrały się z nim tylko dla rozrywki, na dłuższą przejażdżkę powozem. To miała być przyjemna wycieczka połączona z piknikiem, ale nie do końca to wyszło. Głównie ze względu na napiętą atmosferę między nią i wujem.

— Pokłócili się?

— Można tak powiedzieć, chociaż bardziej chodziło o to, że wuj od kilku dni był na nią śmiertelnie obrażony.

— Za co?

— Za to, że dała kosza synowi jednego z jego najbliższych przyjaciół. Miała już dwadzieścia cztery lata, wtedy panny wcześnie wychodziły za mąż, więc od dawna szukano dla niej kandydata, najlepiej jakiegoś młodego, bogatego szlachcica z okolicy. Dziewczyna była piękna i miała dostać całkiem przyzwoity posag, dlatego chętnych do jej ręki nie brakowało, na przestrzeni dwóch lat zgłosiło się ich trzech czy nawet czterech, ale żaden z kandydatów nie poruszył jej serca, więc wszystkich po kolei konsekwentnie odtrącała. A przez to niestety narażała się wujowi, który był jej opiekunem prawnym po śmierci rodziców i którego zresztą bardzo kochała i szanowała.

— Rozumiem — szepnęła Edyta.

— Więc kiedy to samo zrobiła z synem przyjaciela, nota bene bogatego i wysoko postawionego człowieka, mającego koneksje wśród wyższych sfer arystokracji, wuj, dotąd wyrozumiały, wpadł w furię i zrobił jej o to wielką awanturę, a potem obraził się na nią i przez kilka tygodni nie odzywał się do niej ani słowem. Na tę wycieczkę do leśniczówki pojechała z nim tylko dlatego, że prosiła ją o to kuzynka, która strasznie chciała mieć ją do towarzystwa.

— Leśnik musiał bardzo się ucieszyć, kiedy tak niespodziewanie ją zobaczył — zauważyła, wyobrażając sobie tę scenę. — I to we własnym domu.

— Ucieszył się, to mało powiedziane — uśmiechnął się Stefan. — Z wrażenia omal nie padł trupem, ale nie mógł przecież niczego po sobie pokazać, zwłaszcza przed Dołanieckim. Na szczęście miał czas trochę ochłonąć, ponieważ przez kilka godzin zdawał panu szczegółową sprawę ze stanu majątku, z prac przeprowadzonych w lesie i potrzeb na dalsze miesiące, a panny w tym czasie spacerowały ze służbą po lesie albo odpoczywały tu, w tej izbie — zakreślił lekkim gestem dłoni przestrzeń dookoła. — I kiedy leśnik z panem wrócili z inspekcji, panna Dołaniecka zaproponowała, żeby przed drogą powrotną zjeść w leśniczówce prowiant, jaki wiozły na piknik, bo tu wygodniej niż na trawie i można usiąść na krześle. Jej ojciec zgodził się i służba szybko rozłożyła na stole różne frykasy, a ponieważ leśnik był u siebie, zaproszono do stołu i jego, jako gospodarza. I teraz możesz zgadywać, obok kogo wyznaczono mu miejsce?

— Oczywiście obok jego ukochanej — pokiwała głową Edyta. — Też mi zagadka, pff! To nie było ani trochę trudne.

— To prawda — przyznał z rozbawieniem Stefan. — Tak, usadzono go tuż obok niej, na sąsiednim krześle, przez co wypadało im od czasu do czasu zamienić kilka słów. Właściwie tylko ona mówiła, bo on przy niej kompletnie głupiał i co chwila zapominał języka w gębie, nawet nie do końca słyszał, co do niego mówi, był tak szczęśliwy, że szumiało mu w uszach i mącił mu się wzrok. To zachowanie w końcu chyba zwróciło jej uwagę, bo kilka razy zapytała go szeptem, czy dobrze się czuje, i sama nalała mu wody do szklanki. Niedługo potem państwo musieli jechać, bo mieli odwiedzić jeszcze jedno miejsce, zanim wrócą do dworu, a już niedaleko było do wieczora. Kiedy szykowali się do wyjazdu, leśnik pobiegł na tyły domu, gdzie jego matka miała kiedyś mały ogródek, i zerwał wszystkie kwiaty, jakie jeszcze tam rosły i jakie tylko wpadły mu pod rękę. Pewnie nie miałby odwagi wręczyć ich pannie w obecności wuja i kuzynki, ale miał szczęście, bo Dołaniecki był na siostrzenicę obrażony i rozmawiał tylko ze swoją córką, przez co panna przy wychodzeniu z leśniczówki została z tyłu i szła za służbą jako ostatnia.

— I wtedy dał jej kwiaty? — domyśliła się Edyta.

— Tak, a ona je przyjęła. Była bardzo zdziwiona, ale przyjęła je, podziękowała i wtedy pierwszy raz popatrzyła mu prosto w oczy… a w niego jakby piorun strzelił. W nią zresztą też, jak później mu wyznała, to była sekunda, w której pokochała go natychmiast, tak mocno jak nikogo innego na świecie — w jego głosie znów zabrzmiało wzruszenie. — Wyobrażasz sobie to, Edyto? Jedna sekunda, w której wszystko się zmieniło…

Zamilkł znowu na dłuższą chwilę, zapatrując się w płomienie ognia dziwnym, jakby nieobecnym wzrokiem.

„Skąd on zna takie szczegóły?” — pomyślała zafascynowana zarówno jego opowieścią, jak i nim samym Edyta. — „Albo ktoś mu to aż tak dokładnie opowiedział, albo sam tak pięknie fabularyzuje… Jeśli to drugie, to trzeba przyznać, że ma do tego talent!”

— I co było dalej? — zapytała cicho.

Stefan oderwał powoli wzrok od ognia i przeniósł go na nią.

— Co dalej? Dalej zaczyna się bajka… Przez kilka tygodni po wizycie państwa leśnik chodził jak nieprzytomny, wykonywał swoje obowiązki w amoku i z sercem tak pełnym szczęścia, że czasem w środku lasu, kiedy miał pewność, że jest sam, tańczył i krzyczał na całe gardło, żeby od tego szczęścia nie zwariować. Nie miał wątpliwości, że tamten dzień, kiedy ona w końcu zauważyła jego istnienie, a zwłaszcza chwila, kiedy spojrzała mu tak głęboko w oczy, to był szczyt spełnienia jego marzeń i że to wspomnienie będzie musiało wystarczyć mu do końca życia jako najpiękniejszy dar od losu. Ale mylił się. Nie miał pojęcia, że czeka go o wiele więcej szczęścia.

— Jak spotkali się drugi raz? — zapytała rzeczowo.

— Pewnego dnia, jakieś dwa miesiące po tamtym, leśnik musiał powywozić ścięte drewno na skraj lasu, a stamtąd zabierali je służący z dworu. Kiedy układał je w stos i umacniał, żeby bale się nie rozsypały, nagle, nie wiedzieć skąd, pojawiła się obok niego jakaś postać w białej sukni. To była ona… Znalazła się tam tak niespodziewanie, że w pierwszej chwili aż się wystraszył, a w drugiej, kiedy tylko ją rozpoznał, mało nie spadł z tego stosu jak ubita mucha. Ona jednak była bardzo niespokojna i zmieszana, co chwila oglądała się za siebie, czy ktoś z dworu jej nie widzi, a potem zapytała, czy mogą wejść kawałek w las, bo chciała go o coś zapytać. Tam od razu się uspokoiła i poprosiła, żeby pokazał jej drogę do leśniczówki, bo nie zapamiętała jej i bała się zabłądzić, a bardzo jej się w tamtej okolicy podobało. Więc co miał zrobić? Zabrał ją tam z radością, choć przez całą drogę szedł jak ogłuszony i co chwila szczypał się w ramię, żeby sprawdzić, czy to mu się aby nie śni. Ale nie, nie śniło się. Naprawdę z nim była.

— Piękne — szepnęła z rozrzewnieniem Edyta.

— Kiedy dotarli na miejsce, poprosiła go o kubek wody, żeby ugasić pragnienie, a potem zapytała, skąd wziął tamte kwiaty, bo były tak cudne, że zasuszyła je sobie na pamiątkę. Zaprowadził ją więc do starego ogrodu matki, gdzie kwiaty zdążyły już odrosnąć, i znowu zerwał je dla niej wszystkie, co do jednego, a ona wtedy powiedziała mu, że od dnia, kiedy była tu z wujem i kuzynką, codziennie chodziła na przechadzki na skraj lasu w nadziei, że go spotka, i dziś bardzo się cieszy, że wreszcie to się udało. Zapytała, czy będzie mogła czasem tu zajrzeć i z nim porozmawiać, bo we dworze strasznie się nudzi, zaś on wydał jej się bardzo miłym człowiekiem i w ogóle bardzo jej się podoba w jego leśniczówce.

— A leśnik oczywiście się zgodził? — uśmiechnęła się.

— Oczywiście. Przystał na to z największą radością i zaproponował jej, że jeśli życzy sobie, w umówione dni o umówionych godzinach będzie po nią wychodził na skraj lasu, żeby się nie zgubiła, a potem będzie odprowadzał ją w to samo miejsce, aby mogła bezpiecznie wrócić do domu. Ten pomysł bardzo jej się spodobał, ale zastrzegła, że nikt z dworu nie może się o tym dowiedzieć, bo wuj, jak to ujęła, „nie zrozumiałby” i wtedy oboje mieliby kłopoty.

— I tak zrobili? Spotykali się w tajemnicy w lesie?

— Tak, dwa razy w tygodniu, bo ona częściej nie mogła wymykać się z dworu. Z początku to były bardzo niewinne spotkania, żadne z nich nie miało odwagi przekroczyć granicy, ale to była tylko gra pozorów, bo ciągnęło ich do siebie jak magnes i oboje to doskonale czuli. Ona przychodziła pod pretekstem oglądania przyrody i uczenia się rozpoznawania gatunków leśnych roślin, on zabierał ją ze sobą do pracy, pokazywał jej te roślinki, a potem razem gotowali posiłek i jedli go w leśniczówce. Przynosiła ze sobą książki z biblioteki wuja, które razem czytali, uczyła go wszystkiego, co sama umiała z książek i z lekcji z preceptorką, nauczyła go nawet trochę francuskiego, bo to wtedy było bardzo w modzie, a on chłonął wszystko to jak gąbka i coraz lepiej umiał z nią dyskutować na różne światowe tematy.

— Aha! Zacierali różnice klasowe — zauważyła z uznaniem Edyta. — Ona pewnie chciała go podciągnąć do swojego poziomu wykształcenia, żeby nie czuł się od niej gorszy, a on chętnie z tego korzystał, bo bardzo ją kochał i chciał z nią spędzać każdą możliwą chwilę pod każdym możliwym pretekstem.

— Dokładnie tak. I któregoś dnia, po kilku miesiącach takich tajnych spotkań, zdarzyło się coś niespodziewanego.

— Wuj ich nakrył? — domyśliła się.

— Nie! — zaśmiał się Stefan. — Aż tak źle nie było. Wuj na szczęście niczego się nie domyślał, ani on, ani nikt z dworu, po prostu leśnikowi przydarzył się mały wypadek przy pracy, spadło na niego wycinane drzewo i dosyć mocno poraniło mu obie nogi. Na tyle mocno, że nie mógł chodzić i w umówiony dzień nie mógł pójść na skraj lasu po pannę, a powiadomić jej ani nie miał jak, ani nawet nie mógł, skoro musieli zachowywać swą znajomość w tajemnicy.

— Ona powinna wtedy przyjść do niego — zauważyła Edyta. — Po tylu razach, kiedy prowadził ją do leśniczówki, powinna już dobrze znać drogę.

Stefan spojrzał na nią z uznaniem.

— I tak właśnie było. Przybiegła do niego niedługo po umówionej godzinie, wystraszona, cała we łzach… Wiedziała dobrze, że skoro nie przyszedł, to nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego że coś się stało, i tak bardzo bała się o niego, że cała dosłownie się trzęsła. Kiedy zobaczyła, że to tylko niezagrażające życiu rany na nogach, z ulgi aż jej się zrobiło słabo, a potem usiadła na jego łóżku, przytuliła się do niego i wtedy tama pękła… Wyznali sobie miłość i przez kilka godzin prawie bez przerwy całowali się jak szaleńcy, płakali i opowiadali sobie wzajemnie wszystko, czego wcześniej nie mogli otwarcie wypowiedzieć. Leśnik, choć był ubogim najemnikiem leśniczówki i miał niewiele własnych oszczędności, wiedząc, że jest szczerze kochany, odważył się zrobić krok, na którym poległ już niejeden konkurent do ręki panny, mianowicie oświadczył jej się. A ona od razu, bez wahania i z radością odpowiedziała tak.

— Wolała go od tylu innych — westchnęła z rozrzewnieniem Edyta. — Dużo bogatszych, lepiej postawionych, z jej sfery…

— Tak, to była historia jak z baśni, chociaż w rzeczywistości ich różnica stanu była oczywiście poważnym problemem. Wuj…

— Poczekaj — przerwała mu. — Powiedz mi tylko najpierw, co z jego nogami po tym wypadku? Rany wyleczyły się?

— Pewnie, bez problemu — machnął lekceważąco ręką. — Ogólnie nic wielkiego się nie stało, tyle że przez kilka pierwszych dni nie mógł chodzić, musiał po prostu poczekać, aż rany porządnie się zabliźnią. Jak tu zresztą przejmować się takimi drobiazgami, kiedy po kolei spełniały się wszystkie jego marzenia? Ona za to przejęła się tym bardzo — zaznaczył — i chociaż leśnik umiał opatrywać rany, dlatego po tym wypadku nie potrzebował pomocy lekarza, zaczęła snuć wizje, co by było, gdyby to drzewo przygniotło go mocniej, albo gdyby po prostu przeziębił się na tym odludziu i poważnie rozchorował. Ona sama mogłaby przecież w tym czasie również leżeć chora we dworze, więc uznała, że dla bezpieczeństwa musi wiedzieć o nich jeszcze ktoś trzeci. Jakiś zaufany człowiek, który w razie zerwania kontaktu pośpieszy z pomocą lub przynajmniej poniesie wiadomość od niej do niego i z powrotem.

— Aha. I kto to był?

— Wtajemniczyła swoją najbardziej zaufaną służkę, Kalinkę. Dziewczyna była nie do końca sprawna po jakimś wypadku z dzieciństwa i miała długą szramę na policzku, którą zawsze kryła pod włosami i pod chustą, na wsi uważano ją za dziwaczkę. Kiedy panienka przyjechała do dworu Dołanieckich, przydzielono jej do służby właśnie ją i z czasem obie bardzo się polubiły… tak bardzo, że Kalinka gotowa była za nią w ogień skoczyć. Wiele razy pomagała jej i leśnikowi, albo nosiła między nimi wiadomości, albo kryła swoją panienkę przed wujem i zapewniała jej alibi na czas, kiedy spotykała się ze swoim tajnym narzeczonym.

— No właśnie, wuj! — przypomniała sobie. — Zacząłeś mówić o jej wuju.

— Tak. Wuj Dołaniecki był już wtedy ciężko chory na serce, jego córka wyszła za mąż i wyjechała z dworu, żona nie żyła już od lat, więc de facto u jego boku została tylko ona. Jak mówiłem, pomimo napięć, jakie były między nimi, kochała go i była mu bardzo wdzięczna za wszystko, co dla niej zrobił po śmierci rodziców, dlatego bała się ujawnić ze swoją miłością do zwykłego leśnika, zwłaszcza że odrzuciła już tylu bogatych zalotników. Nie chciała, żeby ta wiadomość odbiła się na zdrowiu wuja, było zresztą bardzo prawdopodobne, że mogłaby wręcz wpędzić go do grobu, poza tym nie ulegało wątpliwości, że on by się nie tylko nie zgodził na to małżeństwo, ale dodatkowo ukarałby leśnika za śmiałość i natychmiast odebrałby mu posadę w leśniczówce.

— To kiedy zamierzała mu o tym powiedzieć?

— No właśnie to był problem. Nie chciała stawiać sprawy na ostrzu noża, zresztą była osobą z natury bardzo delikatną i wrażliwą, nie miała duszy rewolucjonistki, takiej, która stanie z podniesionym czołem przeciwko społecznym machinom i zawalczy jak lwica o swoje szczęście. Miała zobowiązania wobec wuja, nie chciała okazać się niewdzięcznicą, a oboje z leśnikiem i tak byli szczęśliwi, nawet w tym swoim ukryciu, więc w naturalny sposób zwlekali z ujawnieniem prawdy. Oczywiście mieli zamiar w końcu to zrobić — zaznaczył. — Pragnęli być razem na zawsze, żyć wreszcie oficjalnie jako mąż i żona… ale ponieważ pewne było, że to wywoła wielki skandal w okolicy, najpierw chcieli się do tego dobrze przygotować. Również finansowo.

— Hmm — zastanowiła się Edyta. — Nigdy nie słyszałam o takim skandalu w mojej rodzinie… o mezaliansie…

— Nie słyszałaś, bo nigdy do niego nie doszło — wyjaśnił jej ze smutnym uśmiechem Stefan.

— Ach, czyli nie pobrali się?

— Nie zdążyli.

— Co się stało? — zaniepokoiła się. — Dlaczego nie zdążyli? Czy któreś z nich… umarło?

— Tak. Leśnik. Nie tyle umarł, co zginął w wypadku. Stratowany przez spłoszone konie.

— O Boże… to straszne! — wyszeptała ze zgrozą, na wskroś przejęta współczuciem wobec cierpienia, przez jakie musiała przejść jej przodkini. — Jak to się stało?

Mężczyzna kiwał przez chwilę powoli głową z bardzo poważną miną, wpatrując się w ogień na kominku, który teraz palił się już o wiele spokojniej, wręcz jakby zaczynał przygasać. Jego czerwonawo-złote poblaski migotały na białych ścianach izby, figlując również w jego oczach. Czy naprawdę znał tę starą historię w aż tak precyzyjnych szczegółach? A może ta opowieść wcale nie była prawdziwa, może niczym natchniony poeta wymyślał ją na poczekaniu tylko po to, żeby sprawić jej przyjemność? Tak czy inaczej, czy była wymyślona czy nie, z całego serca pragnęła dosłuchać jej do końca!

— To było w zimie, takiej jak teraz — podjął po dłuższej chwili, nie odrywając oczu od ognia. — Nawet dokładnie w tym samym czasie, w wigilijną noc. Spotkali się późnym wieczorem w leśniczówce, po zakończonej wieczerzy we dworze, na której panna musiała być obecna, gdyż wuj tego wieczoru podejmował gości. Po zakończeniu kolacji z pomocą Kalinki udało jej się wreszcie uwolnić i wymknąć do lasu, gdzie na skraju jak zawsze czekał na nią leśnik. Poszli razem do leśniczówki zrobić sobie własną wieczerzę. Od paru dni szykowali się do tego, znosili różne przysmaki, ona zresztą i teraz przyniosła jeszcze ze dworu kilka rzeczy w koszyczku, tak że zrobiła się z tego prawdziwa królewska uczta. Cały ten stół — wskazał ruchem ręki — był zastawiony różnymi talerzami, miseczkami, szklaneczkami z jedzeniem i piciem, zabrała nawet z dworu biały krochmalony obrus, pod który włożyli tradycyjne, pachnące siano.

„Ach! Przecież ja właśnie to widziałam!” — pomyślała natychmiast Edyta, wyprostowując się w zaalarmowaniu na krześle. — „W moich snach to był właśnie ich stół nakryty do wieczerzy wigilijnej! Z białym obrusem, z tymi miseczkami… dokładnie tak, jak mówi Stefan!”

— Od dawna zresztą mieli plan, że kiedy zbiorą wystarczająco dużo oszczędności, ujawnią się i wspólnie stawią czoła skandalowi. Umówili się, że jeśli wuj z tego powodu wydziedziczy siostrzenicę, a leśnika zwolni z posady i każe wynosić się z majątku, co było najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, wyjadą gdzieś razem, wezmą ślub, zbudują własną leśniczówkę i zamieszkają tam z dala od wścibskiego świata. Nie wyobrażali sobie mieszkać gdzie indziej niż w lesie, docelowo to właśnie tam miał stanąć ich własny, wymarzony domek, tam miały się urodzić ich dzieci i tam mieli spędzić resztę życia na szczęśliwym, spokojnym i pracowitym życiu. Tego wieczoru chcieli przeżyć namiastkę wspólnej wieczerzy wigilijnej, takiej właśnie, jakich wiele planowali spędzić w przyszłości na łonie założonej przez siebie rodziny. I tak właśnie było… to były jedne z najszczęśliwszych chwil, jakie razem przeżyli.

Edyta przymknęła oczy, wizualizując sobie ów nawracający obraz, który nawiedzał ją we śnie od wielu lat. Tak, to było tutaj, ona zaś patrzyła na tę izbę z perspektywy tamtej panny z dworu. Jak ona miała na imię? Trzeba by zapytać… A może Stefan sam nie wiedział, skoro jeszcze ani razu tego imienia nie użył? Zresztą — czy to ważne? Ważniejsze było, by dowiedzieć się, co stało się tamtej wigilijnej nocy z nieszczęsnym leśnikiem, a potem również z jego ukochaną.

— Kiedy skończyli kolację — podjął przyciszonym głosem Stefan — i panna musiała wracać do dworu, on oczywiście poszedł z nią. Była już późna noc, więc chciał nie tylko przeprowadzić ją przez las, ale i odstawić pod same drzwi dla służby, którymi miała wpuścić ją Kalinka. Wyszli więc razem i szli jak zwykle drogą, o tam, w stronę dworu — wskazał ręką w kierunku jednego z okien. — Nie przejeżdżaliśmy jeszcze dzisiaj przez to miejsce, więc nie mogłaś widzieć, ale tam jest taki duży zakręt między świerkami… Droga do dzisiaj wygląda tak samo, wtedy była tylko trochę węższa, ale tak naprawdę prawie nic się tam nie zmieniło. W pewnym momencie, zaraz po tym, jak minęli ten zakręt, usłyszeli z tyłu jakiś dziwny, głuchy hałas, jakby stukot albo tętent koni połączony ze zgrzytaniem stali. Wydawał się dobiegać z daleka, jednak kiedy tylko odwrócili się, żeby sprawdzić, skąd dobiega, tuż za zakrętem zobaczyli jakieś światła, które chwilę potem pojawiły się przed nimi i zbliżały się w zawrotnym tempie. Noc była ciemna i bezksiężycowa, tyle że trochę było jaśniej od śniegu, ale i tak widzieli tylko te dwa szybko zbliżające się światła…

Edyta zadrżała, czując, jak na kilka sekund całe jej ciało pokrywa gęsia skórka. Dwa szybko zbliżające się światła! Przecież i ona nieraz je widziała! To przez nie bała się jeździć samochodem!

— Co to było? — zapytała cichym, zdławionym z wrażenia głosem.

— To były światła dwukonnego powozu — wyjaśnił Stefan. — I to on wydawał takie metaliczne zgrzyty, bo po prostu jechał za szybko. Ciągnęły go w panice dwa spłoszone konie, bez pasażerów ani stangreta, bo ten już wcześniej, zaraz gdy się spłoszyły, zeskoczył z kozła, bojąc się, że gdzieś go zrzucą i zabiją. Konie uciekły mu razem z powozem w las i biegły na oślep jak szalone w stronę dworu, dokładnie tą drogą, na której znaleźli się panna i leśnik.

— Straszny zbieg okoliczności — zauważyła z żalem Edyta. — Ale dlaczego nie uciekli, nie odskoczyli?

— Zrobili to — zapewnił ją Stefan. — Tyle że to stało się tak szybko, że zanim zorientowali się, co się dzieje, konie z powozem znalazły się tuż przed nimi. Te dwa światła… to były światła latarni zawieszonych z przodu powozu, po obu jego stronach… to było z początku jedyne, co widzieli. Ciemną masę koni i powozu dostrzegli dopiero, kiedy znalazły się kilka metrów przed nimi i pędziły prosto na nich. To były sekundy, dwie, może trzy… Na szczęście dziewczynie udało się uniknąć uderzenia, konie minęły ją o włos, ale leśnikowi to się już nie udało. Wpadł prosto pod ich kopyta, stratowały go, a potem jeszcze przejechał po nim powóz.

— Boże… — wyszeptała wstrząśnięta Edyta. — Zginął na miejscu?

— Nie — pokręcił głową. — Chociaż tak pewnie byłoby lepiej. Kiedy dziewczyna znalazła go stratowanego na skraju drogi, żył jeszcze i nawet był przytomny. Czuł, że już po nim, ale w tym momencie był szczęśliwy, że jeszcze raz może na nią popatrzeć i pożegnać się. Co ciekawe, chociaż tam było piekielnie ciemno, widział dokładnie jej twarz i przerażone, zapłakane oczy… oczy jedynej kobiety, jaką kochał w całym swoim życiu… Nie mógł mówić, ale wszystko widział, słyszał i rozumiał, cieszył się, że może na nią patrzeć, a najważniejsze dla niego było to, że nic jej się nie stało.

— A ona? — zapytała Edyta. — Co zrobiła?

— Najpierw próbowała go podnieść… Biedna, była w tak ciężkim szoku, że z początku nie umiała ocenić sytuacji, a potem wpadła w panikę, zaczęła krzyczeć, błagać go, żeby nie umierał, aż w końcu zostawiła go tam i pobiegła na oślep w stronę dworu.

— Pobiegła po pomoc — domyśliła się.

— E… pomoc na nic już by się nie zdała — machnął ręką Stefan. — Leśnik miał tak ciężkie obrażenia i stracił tyle krwi, że nie mógł nie umrzeć, chociaż fakt, że najpierw jeszcze trochę się pomęczył. Ale za to odszedł z tego świata w piękny sposób… w środku swojego ukochanego lasu, z obrazem najdroższej twarzy przed oczami, a do tego w pierwszych promieniach wschodzącego słońca.

— Jak to? — spojrzała na niego zmrożona. — To leżał tam i umierał na śniegu aż do rana? Pomoc nie przyszła od razu? Przecież gdyby znaleźli go wcześniej, może mogliby go jeszcze uratować!

— Nie tak łatwo znaleźć rannego człowieka w lesie w środku nocy — odparł łagodnie. — Zwłaszcza że leśnik nie mógł krzyczeć, ani nawet się poruszać. To jest jak szukanie igły w stogu siana.

— Ale przecież ona dobrze znała drogę! — zaprotestowała żywo Edyta, czując, jak z emocji na policzki występuje jej płomienny rumieniec. — Wiedziała, gdzie to się stało… że to było przy zakręcie… dokładnie wiedziała, gdzie go szukać! Dlaczego nie sprowadziła pomocy natychmiast, dlaczego nie pojechała z ludźmi na poszukiwania?

— Zostawmy to — odparł tym samym łagodnym tonem Stefan. — Była w szoku, w panice, mogła coś pomylić, a zresztą zanim dobiegła do dworu… tam wszyscy przecież spali…

— No dobrze, zgoda, organizacja takich poszukiwań w lesie może zająć godzinę, niech będzie nawet dwie… ale aż do rana? Przecież w takim czasie to było oczywiste, że on nie tylko się wykrwawi, ale i zamarznie!

— Zostawmy to, Edyto — powtórzył ciepłym tonem. — Widzę, że ta historia bardzo cię zdenerwowała, a przecież to tylko historia, jedna z wielu takich… Śmierć to dla każdego normalna kolej losu, owszem, można się zastanawiać, czy tamtej wigilijnej nocy dało się tego uniknąć, ale jakie to ma znaczenie? Stało się to, co się stało, leśnik zginął i nic mu już ziemskiego życia nie wróci. Ważniejsze jest coś innego… coś, co wiąże się ściśle z tą historią, ale i z tobą.

— Ze mną? — spojrzała na niego zdumiona i jednocześnie wystraszona. — Jak to?

— Nie przywoziłbym cię tutaj i nie opowiadał tego wszystkiego, gdyby to nie było konieczne — wyjaśnił, patrząc jej teraz prosto w oczy świetlistym wzrokiem o szmaragdowym poblasku. — Bo widzisz… to się powtórzy. Powtórzy się już niebawem, czasu jest bardzo mało, do Wigilii zostało tylko kilka dni. I tym razem on nie może zginąć.

— Co? — wyszeptała, blednąc. — O czym ty mówisz?

— Ty musisz go uratować, Edyto.

Patrzyła na niego przerażona, szeroko otwartymi oczami.

— Ja? Jak to… Kogo?

Stefan otworzył usta i już miał odpowiedzieć, ale nagle zamarł w bezruchu, jakby czegoś nasłuchiwał, po czym poruszył się niespokojnie na krześle.

— A niech to… twoja rodzina cię szuka — oznajmił jej z nutą rezygnacji w głosie. — Nie możemy dłużej tu zostać, mamy bardzo mało czasu…

— Przestań, to nieważne! — zaprotestowała. — Moją rodziną się nie przejmuj, może i mnie szukają, ale zaraz odwieziesz mnie do domu i jakoś im to wyjaśnię. Mów, o co chodzi z tą Wigilią? Co się ma powtórzyć? I kogo mam uratować? Ja nic z tego…

Młody człowiek przerwał jej ruchem ręki, po czym przechylił się ku niej przez blat i położył obie dłonie na jej ramionach, patrząc jej prosto w oczy stanowczym wzrokiem.

— Posłuchaj mnie — powiedział pośpiesznie. — Nie ma już czasu na wyjaśnienia, ale ty sama będziesz wiedziała, co robić. Po prostu musisz go uratować. Jeśli to zrobisz, tamta krew zostanie zmazana, a ona zazna prawdziwego spokoju. Wie, że on jej wybaczył, że ani przez chwilę nie miał jej niczego za złe, ale to się jednak położyło cieniem na obu rodzinach i żeby się skończyło, wszystko musi wrócić i rozegrać się od nowa. Rzecz w tym, żeby tym razem nic złego się nie stało, a tylko ty możesz to zagwarantować. Tylko ty, Edyto.

Sięgnął do jej włosów i delikatnym gestem odgarnął jej z twarzy poskręcany, ciemny kosmyk, dokładnie ten sam, z którym walczyła w pociągu. Jego oczy zajaśniały jeszcze jaśniejszym, złoto-szmaragdowym światłem, jak prześwietlone na wskroś promieniem słońca.

— Tylko ty — szepnął. — Jedyna prawdziwa… z jej krwi… tak samo piękna…

Oszołomiona Edyta nabrała mocniej powietrza w płuca, jednak otwarłszy usta, z zaskoczeniem zauważyła, ze nie może wydać z siebie głosu. Mogła tylko patrzeć, jak Stefan cofa dłoń i z tym samym smutnym uśmiechem, jaki widziała dziś już raz u niego, odsuwa się od niej i wyprostowuje na krześle. Ogień chyba znów przygasł, bo w izbie było ciemniej niż wcześniej… a teraz jeszcze ciemniej… i jeszcze…

— Edzia!!! — wrzasnął nagle z ulgą i oburzeniem tuż nad jej uchem znajomy głos. — To ty jesteś tutaj?! I śpisz?!! Panie Zenku, jest! Tutaj, na ławce…

Przecknęła się, z trudem rozwierając powieki i mrugając nimi szybko w kompletnym oszołomieniu i niedowierzaniu. Czy to możliwe? Jak to się stało? Znajdowała się teraz już nie w leśniczówce ze Stefanem, ale wciąż w budynku stacji kolejowej Bobrza… Siedziała na ławce, z torbą podróżną przy nodze, a nad nią pochylały się dwie twarze — jedna z nich, czerwona z emocji jak burak, należała do jej matki, druga zaś, ozdobiona sumiastym wąsem i jowialnie uśmiechnięta, do sąsiada z miasteczka, pana Zenka.

— No czyś ty zwariowała, dziecko?! — piekliła się matka, załamując nad nią ręce. — Śpisz sobie na ławce na dworcu, a my tam przecież w domu z babcią od zmysłów odchodzimy! Czy ty widzisz, która jest godzina?!

Zszokowana dziewczyna, wciąż jeszcze niezdolna do wykrztuszenia z siebie choćby jednego słowa, spojrzała odruchowo na dworcowy zegar i zamarła, bezwolnie otwierając usta. Wskazywał on godzinę dwudziestą trzecią czterdzieści dwie.

— Oj tam, oj tam, pani Marteczko! — wtrącił się wesoło pan Zenek. — Ważne, że dziewczyna się znalazła! A że się biedactwu na ławce zasnęło, no to co? Pewnie wczoraj w tej Warszawie do rana z jakimiś kawalerami balowała, he-he! Jak się nie wyspała, to nic dziwnego, że w końcu padła jak mucha!

— Przed ósmą wysłałaś smsa, że zaraz wsiadasz w autobus, wyszłam na rynek, żeby ci pomóc z bagażem, a on przyjechał bez ciebie — ciągnęła matka, siadając obok niej na ławce z miną człowieka, który za chwilę dostanie apopleksji. — No to już się zmartwiłam, ale pomyślałam, że może się zagapiłaś i przyjedziesz tym ostatnim… A w ogóle to dlaczego ty nie odpowiadasz na smsy?! — podniosła znowu głos. — Chyba ze czterdzieści ich wysłałam, a ty nic i nic!

— Telefon mi się wyładował — szepnęła blado Edyta, z trudem wyduszając z siebie słowa. — Bateria padła…

— To nie mogłaś jej porządnie naładować przed wyjazdem? — prychnęła kobieta. — Zawsze tak robisz, ja z tym telefonem to już nie mam na ciebie słów! Jak nie przyjechałaś też tym ostatnim, to tak się wystraszyłam, że mi serce mało nie stanęło… a babci ciśnienie w minutę skoczyło do stu osiemdziesięciu sześciu! Boże, Edzia, jak my się martwiłyśmy… nie wiedziałyśmy, co robić… Myślałyśmy już, że ktoś cię porwał, wywiózł gdzieś do lasu i… nie, ja nie mogę! — ukryła twarz w dłoniach. — Pan to sobie wyobraża, panie Zenku? My tam mało nie poumierałyśmy ze strachu, a ona siedzi sobie spokojnie na ławce na dworcu i śpi!

— Przepraszam, mamo — wymamrotała ze skruchą Edyta. — Sama nie wiem, jak to się stało…

„Spałam!” — pomyślała jednocześnie z przejmującym żalem i rozczarowaniem. — „Wcale nie spotkałam Stefana… nie byłam w żadnej leśniczówce… To był tylko sen…”

— Przecież ciebie mogli tu z kretesem obrabować! — ciągnęła ze zgrozą matka. — A ty nawet byś się nie zbudziła! Sprawdź lepiej szybko, czy na pewno wszystko masz — dodała, wskazując na leżącą na jej kolanach torebkę. — Pieniądze, telefon… przecież ktoś mógł ci to wszystko wziąć!

Zaniepokojona tą wizją Edyta przyznała jej w duchu rację i pośpiesznie przeszukała torebkę. Na szczęście zarówno telefon, dokumenty i portfel, jak i biała koperta, w której wiozła gotówkę z zamiarem wsparcia nią domowego budżetu na święta, były na swoich miejscach.

— Wszystko jest — oznajmiła z ulgą.

— Portfel jeszcze sprawdź — poleciła jej w napięciu matka. — Zobacz, czy w środku czegoś nie brakuje.

Nie próbując nawet protestować, dziewczyna posłusznie wykonała polecenie.

— Wszystko jest — powtórzyła mechanicznie.

— Uff, no to całe szczęście! — odetchnęła nieco uspokojona kobieta. — Jeszcze tylko tego by brakowało, żeby cię tu okradli! A my tam z babcią po ścianach chodziłyśmy… już miałyśmy na policję dzwonić… Powiedziałam jej w końcu, mamo, ja muszę najpierw pojechać na ten dworzec i sprawdzić, czy jej tam nie ma, a jak nie, to może chociaż ktoś ją widział? Tylko że jak? Autobusów już o tej porze nie uświadczysz, auta nie mamy… No to poleciałam do pana Zenka i proszę, błagam, niech mnie pan podwiezie na stację… Z łóżka człowieka wyciągnęłam, już w piżamie był! Ale dobry z niego sąsiad — spojrzała na mężczyznę, który machnął tylko na to ręką na znak, że to żaden kłopot. — Tak, tak! Wstał i pomógł, ubrał się, samochód wyciągnął… i pojechaliśmy. Bogu dzięki, że stacja całą noc otwarta. I co? Wchodzę tu, patrzę i aż się nogi pode mną ugięły… jest! Podchodzę bliżej… śpi! Boże, Edzia… aleś nas nastraszyła! To ty nie mogłaś, dziecko, jeszcze pół godziny w tym autobusie wytrzymać, do domu przyjechać i pospać sobie normalnie w łóżku?

— Pani Marteczko, już dobrze — zagadnął uspokajająco pan Zenek. — Córka się znalazła, nic jej nie zginęło, to cieszyć się trzeba, a nie dalej denerwować. Zabrać już to do bagażnika? — wskazał na torbę Edyty. — Musimy wracać, toć już prawie północ.

— Ach, prawda! — zreflektowała się kobieta, zrywając się na równe nogi. — Przepraszam, panie Zenku, nie dość, że pan tu ze mną taki kawał w środku nocy jechał, to jeszcze teraz niepotrzebnie pana tu trzymamy… No, wstawaj, Edzia! — rzuciła rozkazująco do córki. — Porozmawiamy w samochodzie, teraz trzeba jechać, przecież babcia dalej tam się martwi! Jeszcze nam przez to zawału dostanie!

Edyta posłusznie podniosła się z ławki i przyciskając do piersi torebkę podobnie kurczowym gestem, jak robiła to w pociągu, skołowana, na uginających się nogach wyszła z matką i sąsiadem na przydworcowy parking, ten sam, z którego kilka godzin wcześniej odjeżdżała we śnie czerwoną toyotą Stefana.

III

Sobota i pół niedzieli minęły Edycie jak w nierealnej mgle, z której nie umiała wyjść, mimo że pozornie wykonywała wszystkie zaplanowane na ten czas czynności sumiennie i bez opóźnień. Jako że w dzień jej przyjazdu z Warszawy dom był już pięknie wysprzątany, pozostało jej tylko pomóc matce i babci w ubieraniu choinki oraz w gotowaniu świątecznych przysmaków dla rodziny, która w Wigilię miała licznie zjechać do nich z różnych stron Polski i zostać na dwie noce aż do środy. Podjęła się również przygotowania dla wszystkich gości w przydzielonych im pokojach świeżej pościeli i ręczników oraz wyposażenia dwóch znajdujących się na piętrze łazienek w środki czystości i odpowiednie akcesoria, co, łącznie z koniecznością dokupienia wielu drobiazgów w miasteczkowym supermarkecie, zajęło jej skutecznie cały sobotni wieczór.

Matka, udobruchana pokaźną sumą gotówki, jaką córka przekazała jej w białej kopercie w ramach swojego wkładu finansowego w przygotowanie świąt, coraz rzadziej wypominała jej piątkową wpadkę ze spaniem na dworcowej ławce, obie z babcią zresztą cieszyły się, że znowu mają ją w domu i że zostanie u nich na całe półtora tygodnia. Ich uwadze nie umykało jednak dziwne zamyślenie dziewczyny, dość dla niej nietypowe, Edyta bowiem była osobą z natury energiczną, towarzyską i rozmowną, taką, której wszędzie pełno i która zawsze potrafi wprowadzić do domu wesołą, beztroską atmosferę. Tym razem jednak ewidentnie coś z nią było nie tak… Pomijając ów dziwny epizod na stacji, po którym wróciła do domu milcząca i na wszelkie pytania odpowiadała jedynie półsłówkami, od sobotniego poranka nadal była nieobecna duchem, w kuchni zawieszała się nad garnkami i patelniami, nie słuchała, co się do niej mówiło, i wyglądała, jakby bez przerwy błądziła myślami gdzie indziej.

Lecz może w tym nie było nic złego? Może po prostu, jak stwierdziły zgodnie po krótkiej naradzie obie panie, spotkała wreszcie w tej Warszawie chłopaka, który ją zainteresował, i najzwyczajniej w świecie była zakochana? To by dopiero była świetna wiadomość! Obie od dawna na to czekały, jednak jak dotąd Edyta nie śpieszyła się do zakochiwania się w kimkolwiek, więc jeśli teraz znalazł się w końcu jakiś młody człowiek, który skradł jej serce, to zamiast się o nią martwić, trzeba było raczej z całych sił trzymać za nią kciuki! I przede wszystkim o nic jej nie wypytywać. Jak będzie chciała, to sama powie, zresztą jeśli coś ma z tego być, to i tak prędzej czy później przywiezie tu wybranka, by przedstawić go rodzinie. Uspokojone tą interpretacją kobiety dały jej więc święty spokój i od niedzieli już z iście anielską wyrozumiałością pozwalały jej bujać w obłokach nad formami do wypieków i wielkimi michami skrajanych wspólnymi siłami składników do sałatki jarzynowej.

Edyta zaś wciąż biła się z myślami. Sen, jaki przyśnił jej się na dworcowej ławce i który wciąż pamiętała w najdrobniejszych szczegółach, nie przestawał jej prześladować, mimo że z początku ze wszystkich sił starała się go zbagatelizować. Nie miała wątpliwości, że to był tylko sen, wszystko na to wskazywało, nie tylko fakt, że na okrzyk matki przebudziła się na dworcu, którego najwidoczniej ani na chwilę nie opuściła, ale również typowa dla sennych wizji aura i logiczna niespójność niektórych elementów, w tym jej własnych reakcji.

Najrozsądniejszym wytłumaczeniem tej przygody była hipoteza, według której, niewyspana i wycieńczona koszmarną podróżą, nie wiedzieć kiedy zasnęła na ławce, a ponieważ niewiele wcześniej w pociągu zwróciła uwagę na przyglądającego jej się złotowłosego przystojniaka o szmaragdowych oczach, sterana podświadomość połączyła jego postać z powracającą od lat we śnie wizją drewnianego domku z pobielonymi wapnem ścianami i ogniem na kominku, który w istocie mógł być leśniczówką. Mógł, ale wcale nie musiał, bo jakie miała na to dowody? Żadnych. Podobnie zresztą jak ów facet z pociągu, który we śnie przedstawił jej się jako Stefan, mógł być od początku do końca jedynie wytworem jej wyobraźni, obecnie bowiem wcale już nie miała pewności, że naprawdę widziała go w tym wagonie. Wszak mignął jej przed oczami tylko przez chwilę, szybko przecież odwróciła wzrok, a kiedy kilka minut później jeszcze raz spojrzała w miejsce, gdzie stał, jego już tam nie było. Wiec może po prostu nie było go tam wcale? Skrajnie zmęczony umysł potrafi przecież płatać różne figle, tym bardziej że tak niezwykły kolor tęczówek, jaki widziała u tamtego mężczyzny, w rzeczywistości prawdopodobnie w ogóle nie istnieje.

Kolejnym dowodem na to, że spotkanie ze Stefanem na stacji i wizyta w leśniczówce tylko jej się śniły, było to, w jak absurdalny sposób zachowywała się ona sama. W rzeczywistości nigdy nie wsiadłaby do auta z nieznajomym mężczyzną poznanym kilka minut wcześniej na stacji kolejowej, nie nabrałaby się na żadne tanie bajeczki o nieistniejącym skrócie przez las do miasteczka, a nade wszystko nie pozwoliłaby z taką naiwną, wręcz dziecinną ufnością wywieźć się nocą do serca lasu i zaprosić do jakiejś zapadłej, krytej strzechą leśniczówki. Na jawie, w pełnym stanie świadomości opcja przyjęcia takiego zaproszenia po prostu nie mieściła jej się w głowie! Sen natomiast ma to do siebie, że śniący akceptuje w nim bez zastrzeżeń nawet największe absurdy i zachowuje się tak, jak w realnym świecie nigdy by się nie zachował.

„W realu nigdy, przenigdy bym takiej głupoty nie zrobiła!” — myślała z mieszaniną zgrozy i niedowierzania, energicznym gestem ucierając żółtka na biszkopt. — „Za nic w świecie, choćby nie wiem jak mi się ten Stefan podobał! Owszem, przyznaję, podobał mi się bardzo… ale nie… nie! To się mogło zdarzyć tylko w wyobraźni!”

A inne szczegóły? To, że nie widziała go wysiadającego na stacji? Że w momencie odjazdu pociągu z Bobrzy nie było go na peronie, choć kilka minut później pojawił się w budynku dworca? Jak zresztą mógł być w pociągu, skoro wówczas miał być w leśniczówce? Wszak powiedział jej, że napalił w kominku i zaraz potem wyjechał po nią na stację… Co prawda we śnie częściowo postrzegała te absurdy, ale przyjmowała je bezkrytycznie, zupełnie się nimi nie przejmując. A to, że powiózł ją niby-skrótem przez las, choć tamta droga, jak uświadomiła sobie dopiero w domu, wcale nie prowadziła w stronę miasteczka, wręcz oddalała się od niego? Fakt, że wiodła od stacji w okolice nieistniejącego już od ponad stu lat dworu, to akurat była prawda, ale cała reszta… No i to obite miękkim, bordowym welurem wnętrze czerwonej toyoty… To dopiero był prawdziwie senny obraz! No bo kto by w tak idiotycznie niepraktyczny sposób kazał wytapicerować samochód?

Im dłużej o tym myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że wszystko to, choć wyglądało niezwykle sugestywnie, musiała wymyślić jej rozedrgana z przemęczenia wyobraźnia. Gdyby Stefan rzeczywiście istniał i był mieszkańcem tej okolicy, nie było opcji, żeby go nie znała, przynajmniej z widzenia. We śnie zdawała sobie zresztą z tego sprawę i była bardzo tym faktem zdziwiona, ale dlaczego w takim razie nie zadała mu normalnych w takiej sytuacji pytań o tożsamość, zawód, dokładne miejsce zamieszkania czy choćby wspólnych znajomych z miasteczka? Jeśli mieszkał gdzieś w tych stronach, na pewno by takich mieli. Ona tymczasem zadowalała się ogólnikami, które jej sprzedawał, nie drążąc praktycznie żadnego tematu, co w realnym świecie na pewno by się jej nie zdarzyło. No, ale cóż, sen rządzi się swoimi prawami.

Z drugiej strony jednak historia leśnika i panny z dworu Dołanieckich, opowiedziana jej w onirycznej wizji przez Stefana tak niezwykle obrazowo i z najdrobniejszymi szczegółami, wciąż fascynowała ją i elektryzowała aż do szpiku kości. Teraz już, wiedząc, że to był tylko sen, nie dziwiła się drobiazgowym opisom okoliczności i emocji bohaterów, których przecież nikt nie mógł znać, nawet najbardziej zapalony historyk-hobbysta, jakim rzekomo był ów Stefan. Lecz jak jej umysł mógł wymyślić taką historię, skoro nigdy nie interesowała się losami swych przodków? Nazwisko Dołanieckich przypomniała sobie z nagrobka prababci Anieli dopiero, kiedy wymienił je on… Czy to możliwe, żeby jej umysł, nawet w stanie skrajnego przemęczenia, był zdolny do tak szczegółowej i wewnętrznie spójnej konfabulacji? W dodatku na temat osób, które być może naprawdę istniały, jak chociażby ten wuj Dołaniecki, który w teorii rzeczywiście mógł być jednym z jej przodków.

Czy zatem w historii opowiedzianej przez Stefana tkwiło jakieś ziarno prawdy? A może wręcz była prawdziwa od początku do końca? Gdyby tak mogła to sprawdzić! Tylko jak? Rodzinne archiwum zdjęć i dokumentów, które kiedyś pokazywała jej babcia, sięgało wstecz jedynie do czasów życia prababci Anieli, wcześniejsze pamiątki spłonęły doszczętnie wraz z dworem podczas pierwszej wojny światowej, czyli już grubo ponad sto lat temu. Być może dałoby się znaleźć coś w archiwach urzędu gminy, ale… właściwie czego miałaby szukać?

„Nie wymienił ani razu imienia tej panny, a ja, głupia, nie wpadłam na to, żeby go o to zapytać!” — pomyślała z irytacją. — „A niech to szlag… dlaczego tego nie zrobiłam?! Gdybym znała chociaż jej imię… Nazwisko miała inne, ale była siostrzenicą tego Dołanieckiego, więc… Zaraz, zaraz!” — zastygła nad misą z jajkami jak zaczarowana. — „Przecież można by sprawdzić chociaż tego wuja! Panna od leśnika była córką jego siostry… Gdyby w archiwach były na to jakieś papiery…”

Nagle poczuła, że sprawdzenie tego tropu, by potwierdzić lub wykluczyć prawdziwość historii opowiedzianej jej przez Stefana, to sprawa absolutnie priorytetowa, wręcz gardłowa. To był przecież jedyny punkt zaczepienia, jedyne miejsce, gdzie ów sen mógł w jakikolwiek sposób zahaczać o rzeczywistość! Dopóki tego nie sprawdzi, nie zazna spokoju! Już i tak drugą noc prawie przez to nie spała, straciła apetyt, a do tego wciąż czuła się, jakby żyła w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Nawet teraz miała głupie i nieprzyjemne wrażenie, że choć niby jest sobą, to jednocześnie stoi obok i patrzy na samą siebie ubijającą jak automat żółtą masę na biszkopt. To zapewne z powodu niewyspania i rozedrgania nerwów, ale tak przecież dłużej być nie może!

„Urząd gminy jutro będzie zamknięty” — przypomniała sobie karteczkę na szklanych drzwiach, jaką zupełnie przypadkowo zauważyła, idąc wczoraj do sklepu po mydło w płynie dla gości. — „W Wigilię nie pracują, w święta przecież też nie, więc otworzą się dopiero w czwartek. A niech to! Jak sprawdzić wcześniej, czy ta dziewczyna w ogóle istniała? Albo ten leśnik. Jego imienia Stefan też mi nie powiedział, a ja oczywiście nie zapytałam. Niezła ze mnie idiotka. I jak teraz, do jasnej cholery, dotrzeć do tych informacji?!”

Dotarcie do nich to było chyba jedyne, co mogła zrobić. Pozostałych elementów snu, zwłaszcza tych dziwnych słów Stefana, że niby miała kogoś uratować, nie brała na poważnie, kładąc je na karb sennych konfabulacji. A nie, zaraz! Drugim punktem zaczepienia, który w teorii byłby możliwy do sprawdzenia, była przecież leśniczówka!

Choć Edyta nigdy nie słyszała, żeby w okolicy znajdował się taki obiekt, ze snu znała przybliżone miejsce jego położenia, ów wielki las, którego kilkukilometrowy fragment rozpościerał się pomiędzy stacją kolejową a polami, gdzie kiedyś stał dwór Dołanieckich. Zazwyczaj nie zapuszczała się w tamtą okolicę, gdyż nie miała do tego powodu, właściwie była tam tylko raz jako dziecko, na długim spacerze z babcią, która pokazywała jej to miejsce jako ciekawostkę z rodzinnej przeszłości. Dzięki temu resztki ruin dworu odnalazłaby bez większego problemu i dziś, pamiętała, że na tle pól to miejsce wyróżniało się pozostałościami po starym sadzie owocowym, więc relatywnie łatwo byłoby je namierzyć. Ale co z leśniczówką? Choć znała ogólną lokalizację lasu, do którego we śnie zawiózł ją Stefan, nie miała pojęcia, gdzie dokładnie leżał ten budynek — o ile w ogóle istniał, był tak głęboko ukryty w leśnej głuszy, że bez pomocy kogoś, kto znałby ów las na wylot, nie było mowy o tym, żeby go odnaleźć.

„Przydałby mi się jakiś leśnik z tamtego rejonu” — dumała, oddając babci misę z biszkoptem i zabierając się teraz na jej rozkaz za wyrabianie ciasta na wigilijne pierożki z kwaśną kapustą, tradycyjną rodzinną specjalność. — „Ktoś, kto pracuje na co dzień w tamtym lesie, powiedziałby mi na pewno, czy tam jest jakaś leśniczówka. Tak dobrze zachowanego budynku, nawet bez prądu i bieżącej wody, nie da się przecież przeoczyć.”

Jednak, nawet gdyby udało jej się odnaleźć aktualnego leśnika z tych stron, zadanie to również musiało poczekać co najmniej do czwartku. Ona zaś czuła, że musi poznać prawdę jak najszybciej! Prawdę albo chociaż część prawdy… cokolwiek, co pozwoli jej odnieść się jakoś do tego dziwnego snu, ustalić, czy powinna wziąć go na poważnie czy jedynie z przymrużeniem oka. Postać przystojnego Stefana o lniano-złotych, półdługich włosach i szmaragdowych oczach wciąż wracała jej na pamięć i nie chciała zniknąć, zwłaszcza kiedy przymykała powieki. Jakże ten facet jej się podobał! Jako postać ze snu zachowywał się wprawdzie trochę dziwnie, niekiedy wręcz dziwacznie, ale gdyby w realu spotkała takiego mężczyznę jak on… Jaka szkoda, że był tylko produktem jej zwariowanej wyobraźni!

„No dobrze, usystematyzujmy” — nakazała sobie stanowczo, gniotąc energicznie ciasto w obu dłoniach. — „Czy jest coś, co mogę logicznie wydedukować z samych okoliczności, o których była mowa w historii o pannie i leśniku? Dwór spłonął w czasie pierwszej wojny światowej, czyli najpóźniej w tysiąc dziewięćset osiemnastym, a to znaczy, że rzecz działa się na pewno przed wojną. Tylko na jak długo przed? Ze słów Stefana nie wynika, które to było pokolenie… Ale zaraz. Punktem odniesienia niech będzie prababcia Aniela, która była z domu Dołaniecka i urodziła się w… o ile pamiętam, w tysiąc dziewięćset ósmym” — wysiliła się, by wyświetlić sobie przed oczami nagrobną tabliczkę prababci. — „A w takim razie kim mogła być dla tego wuja?”

Zerknęła z zastanowieniem w stronę babci, która na blacie kuchennego stołu w drugiej części kuchni kroiła drobniutko kapustę kiszoną. Pomimo swego sędziwego wieku, dobiegała już bowiem do osiemdziesiątki, oraz zdiagnozowanego nadciśnienia tętniczego była wciąż kobietą sprawną fizycznie i w pełni sił umysłowych. Może dałaby radę coś sobie przypomnieć? Akurat były w kuchni same, matka wyszła do salonu prasować obrusy… okazja nadarzała się sama!

— Babciu? — zagadnęła ostrożnie, nie przestając wyrabiać ciasta. — Mogę cię o coś zapytać?

— A tak, pewnie, dziecinko — uśmiechnęła się ciepło znad kapusty starsza pani. — Co tam?

— Chodzi mi o prababcię Anielę — zaczęła niepewnie.

— O moją mamę? — zdziwiła się babcia. — Nigdy o nią nie pytałaś.

— No właśnie. A teraz chciałabym zapytać, bo tak sobie pomyślałam o tym naszym starym rodzinnym dworze, co się spalił… Czy ona tam mieszkała, jak była dzieckiem?

— Hmm — babcia zastanowiła się, zwalniając tempo krojenia kapusty. — Czy tam mieszkała? Nie, na stałe, o ile wiem, mieszkała z rodzicami gdzie indziej, ale opowiadała kiedyś, że przyjeżdżała tam dosyć często w odwiedziny do dziadka.

— Do dziadka — powtórzyła powoli Edyta. — Czy jej dziadek nazywał się Dołaniecki?

— A pewnie! — skinęła stanowczo głową starsza pani. — Tam zawsze dziedzicami byli Dołanieccy. Jej dziadek, czyli mój pradziadek był ostatni na majątku, gdyby nie ta wojna i pożar, to dziadek dziedziczyłby po nim ojcowiznę i pewnie by tam wrócił z rodziną. Może nawet dotąd byśmy tam mieszkali? No ale… wiadomo — westchnęła. — Wojna to zawsze tylko krew i zło.

— Ale czekaj, czekaj! — zatrzymała ją Edyta. — Mówisz, że twój dziadek, czyli ojciec prababci Anieli, był synem ostatniego dziedzica na dworze… tak?

— Tak. I niestety zginął na wojnie, zaraz na samym początku.

— Czy jego ojciec, ten dziedzic, miał jeszcze inne dzieci?

— No… ależ ty mi pytania zadajesz, Edziu! — pokręciła z rozbawieniem głową babcia. — Tak, miał jeszcze młodszą córkę, ciocię mojej mamy. Sam ją wychowywał, bo żona go odumarła, zaraz po tym, jak się ciocia urodziła.

„Sam wychowywał… to by się zgadzało!” — pomyślała z podekscytowaniem Edyta. — „Ten pradziadek to mógł być właśnie tamten wuj!”

— Aha. A czy we dworze mieszkał z nimi jeszcze ktoś? W sensie ktoś z rodziny, z dalszych krewnych?

— Oj, Edziu, a skąd ja mogę takie rzeczy wiedzieć? — uśmiechnęła się jeszcze bardziej rozbawiona babcia. — Cioteczną babcię Lusię to sama jeszcze trochę pamiętam, lepiej nawet niż babcię, bo babcia krócej żyła, ale dziadka Dołanieckiego to ani trochę. Na wojnę pojechał i zginął, jak mama jeszcze była dzieckiem.

— Ale ja mówię o twoim pradziadku, tym dziedzicu. Pamiętasz, jak on się nazywał?

— Pradziadek? Bodaj Ernest. Albo Bogumił… Nie, jednak Ernest, Bogumił to był jego ojciec. No co ty, dziecko, jak ja mam go pamiętać?

— Ty nie, wiadomo, ale może prababcia Aniela coś ci o nim opowiadała?

— A cóż to, Edziu, pradziadek Dołaniecki tak cię nagle zainteresował? — zdziwiła się babcia. — No, mama coś tam opowiadała… niewiele, bo też mało co pamiętała z tych czasów. Jak we wojnę jej ojciec zginął, a potem dwór dziadka się spalił, to ile ona miała? Kilka lat… osiem albo dziewięć. To była jeszcze mała dziewczynka.

Mała Anielka… — zaszemrał w głowie Edyty niski głos Stefana.

Zesztywniała z wrażenia, a kawał wyrabianego ciasta wypadł jej z rąk i pacnął głucho o stolnicę. Zgarnęła go pośpiesznie i znów zabrała się za energiczne gniecenie.

„O kurczę, to musieli być oni!” — pomyślała, cała drżąc z emocji. — „Wuj panny, czyli dziedzic Dołaniecki… Stefan przecież też nazwał go dziedzicem! Jego syn to był mój prapradziadek, ojciec prababci Anieli, a jego córka to jej ciocia… Panna od leśnika była jej kuzynką, córką jego siostry! Wszystko by się zgadzało!”

— A czy ktoś jeszcze z krewnych mieszkał wtedy u pradziadka we dworze? — zastanawiała się dalej babcia. — No ja ci tego, dziecino, nie powiem… Mama opowiadała mi różne swoje wspomnienia, nawet pamiętała kolory ścian w pokojach i niektóre meble, zwłaszcza łóżko z baldachimem po prababci. Mówiła, że tam dużo ludzi mieszkało, samej służby to pradziadek miał ze dwadzieścia osób. Ale czy ktoś z krewnych Dołanieckich? Nie wiem. Chociaż czekaj… — zastanowiła się, przerywając krojenie kapusty. — Może ta wariatka, co się jej mama bała, też była z Dołanieckich?

— Jaka wariatka? — zapytała czujnie Edyta.

— No, jakaś wariatka tam u nich była, chora psychicznie kobieta. Mama mówiła, że się jej bała, bo miała straszne oczy i czasem chodziła i wyła jak wilk, chociaż krzywdy nikomu nie robiła. Ale to było krótko, bo ona szybko umarła, jeszcze zanim dwór się spalił. Tak mi się coś kojarzy, że ona mogła być z dalszej rodziny, mama mówiła, że jadła z nimi przy stole. Nie wiem, naprawdę nie wiem, Edziu. Mama tyle różnych rzeczy opowiadała, najwięcej to z późniejszych czasów, z drugiej wojny… Ale ty mi powiedz, skąd ci się w ogóle wzięło, że o to wszystko pytasz?

— A… tak tylko. Zasłyszałam parę historii z okolicy i tak mnie zaciekawiło. W końcu to moja rodzina, aż wstyd, że tak naprawdę niczego o nich nie wiem.

— Jakoś wcześniej się tym nie martwiłaś — zauważyła dobrodusznie babcia. — No, ale dobrze, dobrze, Edziu… co tylko wiem, to ci powiem, tyle że co ja tam mogę wiedzieć? Jakby mama żyła, to by ci więcej naopowiadała, dla mnie to taka sama historia jak dla ciebie. Jak dwór się spalił, to mnie jeszcze na świecie nie było.

— Tak, tak, wiem — pokiwała głową, czując, że musi zaryzykować i kuć żelazo, póki gorące. — Skoro nawet prababcia była jeszcze wtedy dzieckiem… A słuchaj, babciu, czy ona opowiadała ci może o leśniku, którego w lesie stratowały konie?

Babcia podniosła głowę znad kapusty i przyjrzała jej się z namysłem.

— O leśniku… którego konie… hmm — zastanowiła się. — Ty wiesz, że było coś takiego? Nie słyszałam, żeby to był leśnik, ale o człowieku, co go konie zadeptały, to tak, mówiła. Pamiętała, bo sama tam była i widziała, jak martwego już przywieźli go do dworu.

Edyta, pod którą nogi nagle ugięły się, jakby były z waty, opadła na stołek z bryłą ciasta na pierogi w dłoniach. Co za szczęście, że był tu ten stołek i mogła sobie usiąść, inaczej chyba by upadła!

— Widziała to na własne oczy? — wyszeptała z niedowierzaniem.

— No tak. Mówiła, że ludzie przywieźli na saniach do dworu martwego człowieka i położyli go na sianie w stodole. Nie znała go, ale ponoć pracował u pradziadka i właśnie spłoszone konie go w lesie stratowały, zapamiętała to, bo wszyscy wkoło przez dwa dni tylko o tym gadali. Mama, jak to dziecko, była ciekawa, jak wygląda nieżywy człowiek, bo nigdy wcześniej takiego nie widziała, więc zakradła się do tej stodoły, żeby popatrzeć. Był bardzo blady, cały we krwi i oczy miał otwarte, nieruchome… Jak go zobaczyła, wystraszyła się i uciekła, a potem jeszcze długo jej się śnił, aż bała się chodzić do tej stodoły. Ale skąd ty, Edziu, w ogóle o tym wiesz? — zdziwiła się nagle. — Kto ci powiedział, że ten zabity to był leśnik?

— Podsłuchałam w pociągu, jak ktoś o tym opowiadał — skłamała wymijająco. — I zaciekawiło mnie, bo padło nazwisko Dołanieckich, więc od razu pomyślałam o prababci.

— Ano tak, tak — pokiwała głową usatysfakcjonowana tym wyjaśnieniem babcia. — Pewnie po ludziach jeszcze z tamtych czasów różne opowieści krążą… Nie męcz tak tego ciasta, dziecko, wystarczy, już jest dobre. Nastaw mi teraz patelnię z kapką tłuszczu, dobrze? Podsmażymy trochę tę kapustkę, grzybków się doda i za jakąś godzinę będzie można lepić.

IV

Aniela Kossowska z d. Dołaniecka. 1908—1951.

Edyta wpatrywała się w znajomy napis na betonowym nagrobku prababci inaczej niż zwykle. Historia opowiedziana jej we śnie przez tajemniczego Stefana nadała postaci przodkini, nieznanej jej osobiście, bo zmarłej pół wieku przed jej narodzeniem, aspektu osoby z krwi i kości, która jako „mała Anielka”, zaledwie kilkuletnia dziewczynka, była świadkiem części wydarzeń związanych z panną i leśnikiem. Ich historia musiała być prawdziwa, w przeciwnym razie babcia nie mogłaby usłyszeć od swej matki o martwym człowieku stratowanym w lesie przez konie, lecz jakim cudem ona sama dowiedziała się tego wszystkiego we śnie? Wyobraźnia wyobraźnią, ale wszystko wskazywało na to, że to były fakty historyczne! Fakty wcześniej kompletnie jej nieznane… Skąd zresztą znał je ów Stefan, skoro był tylko półtora roku starszy od niej? Czy to możliwe, że wszystko to sobie wymyśliła?

Był poniedziałek, Wigilia Bożego Narodzenia, zbliżała się godzina czternasta, to zaś znaczyło, że niebawem będzie musiała wrócić do domu i pomóc matce i babci w ostatnich przygotowaniach na przyjęcie gości. Wczesnym popołudniem z wielkim trudem udało jej się wyrwać na cmentarz pod pretekstem odwiedzenia grobu ojca, co wprawiło obie panie w osłupienie. W Wigilię na cmentarz? Edyta zwykle ledwo dawała się tam wyciągnąć na Wszystkich Świętych, a w dorocznym sprzątaniu rodzinnych mogił pomagała zawsze z widoczną niechęcią. Jak jednak jej tego zabronić? Zwłaszcza że od kilku lat była już dorosła, o czym matka i babcia czasami jeszcze zapominały… Puściły ją zatem bez oporu, matka tylko dopilnowała, nie szczędząc wymownych aluzji do wydarzeń z piątku, by córka zabrała ze sobą telefon z naładowaną do pełna baterią.

Odwiedziwszy rzeczywiście grób ojca, który już ponad dziesięć lat temu zmarł na stole operacyjnym podczas nieudanego wszczepiania bajpasów, złożyła na płycie przyniesione świerkowe gałązki i udała się w starszą część cmentarza, gdzie znajdował się grób prababci Anieli, jej męża oraz jego rodziny, wielopokoleniowego klanu Kossowskich. Po raz pierwszy w życiu zaciekawiło ją, gdzie też mogli być pochowani przedstawiciele starszych pokoleń Dołanieckich, zwłaszcza ostatni dziedzic dworu Ernest, który, jak obliczyła, był jej pra-prapradziadkiem, a także jego córka i przede wszystkim siostrzenica. Według słów babci, córka miała na imię Lusia, mogło to być zdrobnienie od Lucyna, Elżbieta, Alicja, Łucja… zawsze to jakiś trop. Ale siostrzenica? Tu Edyta nie miała żadnej wskazówki, ukochana tragicznie zmarłego leśnika wciąż była dla niej postacią bezimienną, podobnie zresztą jak on sam.

„A przecież on też musiał być pochowany na tym cmentarzu” — pomyślała, po raz pierwszy w życiu zapuszczając się w boczną alejkę, gdzie znajdowały się najstarsze mogiły, niektóre bez żadnych napisów, jedynie z anonimowym krzyżem albo z rozpadającą się świętą figurką ze zmurszałego betonu. — „Ciekawe, czy został po nim jakikolwiek ślad? Jeśli miał grób usypany z samej ziemi, to pewnie już nici z szukania, ale może panna postarała się dla niego o bardziej trwały pomnik? Niby był tylko leśnikiem, ale skoro go kochała i był jej narzeczonym…”

Nagle uświadomiła sobie z żalem, że nie zna zakończenia tej smutnej historii, gdyż Stefan nie zdążył opowiedzieć jej w całości. Urywała się w momencie śmierci leśnika, która niewątpliwie była punktem kulminacyjnym — lecz co było dalej? Co się stało z panną, jak potoczyły się jej dalsze losy? Czy po śmierci ukochanego ułożyła sobie jeszcze życie? O ile lat go przeżyła? A może to ona była ową „wariatką”, której bała się mała Anielka? Nie można przecież wykluczyć, że z rozpaczy dostała pomieszania zmysłów.

„To by było jeszcze tragiczniejsze zakończenie” — pomyślała z melancholią, lustrując uważnie grób po grobie w poszukiwaniu znajomego nazwiska. — „Ale może ta wariatka to nie była ona? A niech to, gdybym chociaż znała jej imię!… No nie, tu nic nie ma, ani śladu kogokolwiek z Dołanieckich… Trudno, trzeba wracać.”

Zerknęła jeszcze na tabliczki nagrobne w ostatnim zakamarku alejki i rozczarowana zawróciła, kierując się w stronę bocznego wyjścia z cmentarza, do którego z tego miejsca miała najbliżej. Zdecydowanie musiała już wracać, za dwie godziny zjadą już chmary niewidzianych od roku ciotek, wujków i kuzynów z dziećmi, trzeba pomóc matce i babci w ich przyjęciu, a potem w nakrywaniu stołu do uroczystej rodzinnej wieczerzy. Z rozjaśnianiem zagadek z piątkowego snu będzie musiała poczekać do czwartku, aż otworzą urząd gminy, gdzie spróbuje złożyć wniosek o dostęp do archiwum. Oby udało się dostać go od ręki! Całe szczęście, że do Warszawy wracała dopiero za tydzień.

„No ale zaraz!” — kalkulowała, otulając się mocniej szalikiem i podnosząc kołnierz płaszcza, gdyż mróz szczypał ją już niemiłosiernie w policzki. — „W archiwum trzeba by sprawdzić konkretne roczniki, więc powinnam zawęzić pasmo czasowe, na ile to tylko możliwe. Rzecz działa się na bank przed pierwszą wojną światową, w przeciwnym razie Stefan wspomniałby o jej wybuchu, zresztą w czasie wojny spłonął dwór. To znaczy, że leśnik umarł na pewno przed tysiąc dziewięćset czternastym, to jest bezsprzecznie data zaporowa. Dobra, idźmy dalej. Prababcia Aniela urodziła się w tysiąc dziewięćset ósmym, pamiętała flesze z dworu swojego dziadka, w tym ciało leśnika w stodole, co znaczy, że musiała wtedy mieć już kilka lat… ile? Co najmniej cztery, może pięć? Mhm, policzmy… Wychodziłby tysiąc dziewięćset dwunasty albo trzynasty. To była Wigilia, czyli koniec albo dwunastego, albo trzynastego, w zasadzie nie ma innej opcji. A właśnie, to przecież była Wigilia!” — podjęła w olśnieniu. — „No tak! To dlatego Aniela mogła widzieć martwego leśnika, była przecież wtedy z rodzicami na święta u dziadka, jedli we dworze wieczerzę wigilijną, tę, prosto z której panna wymknęła się potem do leśniczówki… A niech to! Wszystko się zgadza co do szczegółu!”

Przechodząc inną niż zwykle drogą między zasypanymi śniegiem nagrobkami, zbliżała się już do bocznej furtki wykutej w murze cmentarza, kiedy nagle jej uwagę przyciągnęło wielkie ozdobne „D” wyryte na tablicy nagrobnej starego pomnika, który wieńczyła figura w kształcie płaczącego anioła z wielkimi, kamiennymi skrzydłami. Natychmiast zatrzymała się i pochyliła nad grobem, by odczytać niewyraźne, zarośnięte mchem litery.

Dołanieccy — głosił napis.

„Ach, grób Dołanieckich!” — ucieszyła się, a serce zaczęło jej mocniej bić. — „Jednak tu jest! Jaki bogaty! I to na samym przodzie cmentarza… Jak to możliwe, że babcia nigdy mi go nie pokazała?”

Schyliła się jeszcze mocniej i ściągnąwszy pomimo mrozu rękawiczkę, przez kilka minut pracowicie odskrobywała zmrożony mech ze znajdujących się poniżej dużo mniejszych i zupełnie już nieczytelnych literek wykutych w starej granitowej płycie. Po zdjęciu kruszących się zielonkawo-czarnych resztek mchu odsłoniła się wreszcie seria czterech napisów umieszczonych jeden pod drugim.

„Barbara, urodzona 1866, zmarła 1898” — odczytała z trudem. — „Ernest… o, Ernest! To on, dziedzic! Ernest, urodzony 1864, zmarł 1916… Ha! Tysiąc dziewięćset szesnaście, to pewnie wtedy spalił mu się dwór! Może nawet sam zginął w pożarze?… Henryk, urodzony 1885, zmarł 1915… Czy to nie ich syn, ojciec prababci Anieli? Zginął na wojnie, zaraz na początku, to by się zgadzało. A to ostatnie to pewnie jego żona, matka Anieli… Anna, urodzona 1890, zmarła 1928… Tak, to na pewno matka Anieli. Urodziła ją bardzo młodo, w wieku osiemnastu lat, z kolei Barbara urodziła Henryka w wieku dziewiętnastu… Ależ wtedy młodo się zakładało rodziny! Ja mam prawie dwadzieścia sześć, w tamtych czasach byłabym już zgrzybiałą starą panną.”

Poskrobała paznokciem jeszcze niżej, ale nie było tam już więcej nazwisk, odsłonił się jedynie fragment standardowego napisu Pokój ich duszom! Czym prędzej założyła więc z powrotem rękawiczkę na zgrabiałą od mrozu rękę, wyprostowała się i…

Podskoczyła gwałtownie i omal nie krzyknęła, czując, jak serce podchodzi jej pod samo gardło. Tuż przy niej stała wsparta na lasce nieznajoma kobieta w średnim wieku, ubrana w czarne wysłużone palto, z szyją i głową owiniętymi grubą wełnianą chustą, która, chroniąc ją od mrozu, niemal do połowy zasłaniała jej twarz.

— Aj, niech się panienka nie boi! — machnęła uspokajająco ręką. — Jak przestraszyłam, to przepraszam.

— Uch… nic się nie stało — odetchnęła Edyta. — To ja przepraszam, nie zauważyłam, kiedy pani podeszła. Zresztą już stąd idę, muszę wracać do domu.

Kobieta wykonała ruch, jakby chciała ją zatrzymać.

— Dołanieccy — powiedziała, ruchem głowy wskazując na nagrobek. — To dla panienki rodzina?

— Tak, przodkowie — odparła grzecznie. — Moja prababcia nosiła to nazwisko. Wprawdzie tylko jako panieńskie, ale nosiła.

— A tak, to już wygasła linia — przyznała kobieta. — Wszyscy Dołanieccy poumierali, ostatni męski potomek to był ten Henryk — wskazała znów na grób — ale on zginął na wojnie i od stu lat nikt już nie nosi tego nazwiska. Chociaż ich krew dalej po świecie krąży — zerknęła na nią uważnie spod chusty. — Bo panienki prababcia to pewnie Aniela z Dołanieckich?

Edyta wytrzeszczyła na nią zdumione oczy.

— Skąd pani to wie?

— Domyśliłam się — uśmiechnęła się lekko. — Aniela Dołaniecka… ona była najmłodsza.

— Jak to? Zna pani historię mojej rodziny?

— Znam różnie historie, widziało się i słyszało to i owo — machnęła ręką kobieta. — Ale to już wszystko stare dzieje… A panienka to tak w Wigilię po cmentarzu chodzi? — dodała z nutą zdziwienia. — Przecie tu pusto i mróz taki, że aż dech zatyka.

— Przyszłam na chwilę z gałązkami świerku na grób mojego taty — wyjaśniła. — I przy okazji sobie pospacerowałam, znalazłam ten grób ze znajomym nazwiskiem i się zatrzymałam. Skąd pani wie, że Henryk Dołaniecki zginął na wojnie? — zapytała podchwytliwie. — I że Aniela była najmłodszą z tych, co nosili to nazwisko?

Nieznajoma pokręciła głową.

— Aj… to przecie żadna tajemnica. Dołanieccy to tu kiedyś byli wielcy państwo, chociaż teraz już się o nich nie pamięta. Ale co zrobić? — rozłożyła ręce. — Tak to już jest na tym świecie, był człowiek, nie ma człowieka, jak sobie spokojnie w ziemi leży, to i nic w tym nie ma złego. Gorzej, kiedy dusza niespokojna… No, już tu panienki nie trzymam — dodała, cofając się. — Też zresztą muszę iść, za godzinę zacznie się ściemniać, a w ciemnościach to tu trochę straszno będzie.

— Tak, ma pani rację — przyznała z niepokojem Edyta, wyszarpując z kieszeni telefon i zerkając na wyświetlacz. — Już czternasta osiemnaście, muszę natychmiast biec do domu, niedługo z mamą i babcią będziemy miały gości na wigilię, muszę pomóc.

— Chodźmy — podchwyciła stanowczo kobieta, ruszając w stronę furtki.

— Szkoda, bo chętnie bym jeszcze z panią porozmawiała — podjęła z żalem Edyta, posłusznie podążając za nią. — Tak się składa, że poszukuję teraz wszelkich informacji o moich przodkach, po świętach nawet wybieram się do archiwum w urzędzie gminy, a pani, jak widzę, wie różne rzeczy. To aż dziwne, jakby mi pani dzisiaj z nieba spadła!

— A tam z nieba — machnęła po swojemu ręką kobiecina. — Czy ja o jakich tajemnicach mówię? A w urzędzie gminy nic o Dołanieckich nie ma — zaznaczyła, zerkając na nią wymownie spod swej wielkiej chusty. — Tylko parę książek rachunkowych z podpisami dziedzica, nic więcej.

— Jak to? — zdumiała się znowu Edyta. — Była pani w archiwum, sprawdzała pani to?

— Już prędzej w kościele, akty ślubów, chrzcin… ale to też nic panience nie wyjaśni. Na tamto nie ma żadnych dokumentów, tylko ludzka pamięć.

— Na tamto? — powtórzyła, zatrzymując się jak wryta tuż przed furtką. — Na jakie „tamto”?

— No na tę historię, co panience Stefan opowiadał — wzruszyła ramionami. — Tu żadne dokumenty nie pomogą, a swoje i tak zrobić trzeba. No, ale niechże już panienka leci, bo się spóźni! — przynagliła ją, otwierając furtkę i niemal wypychając przez nią oszołomioną dziewczynę. — Jak panienka chce, to jeszcze się spotkamy i porozmawiamy, ale teraz to nie pora.

Edyta patrzyła na nią jednocześnie przerażona i zaintrygowana.

— Zna pani Stefana? — wyszeptała zszokowana.

— A pewnie, co mam nie znać — machnęła znów ręką kobieta. — No już, czas na nas, panienka tak nie stoi, do domu wracać trzeba. Ja idę tam — wskazała w przeciwną stronę niż droga wiodąca z cmentarnego wzgórza z powrotem do miasteczka. — Do widzenia.

— Pani poczeka! — zawołała za nią gorączkowo. — Dwie sekundy! Proszę mi tylko powiedzieć, jak i gdzie mogę panią znaleźć! Muszę koniecznie z panią porozmawiać!

— Porozmawiamy — zapewniła ją z daleka kobieta, drepcząc ze swoją laską w dół zaśnieżoną ścieżką. — Obiecuję, że porozmawiamy, ja sama panienkę znajdę! Ale teraz już panienka biegnie, naprawdę… przecie czasu szkoda!

Edyta załamała ręce, jednak, przyznając jej w duchu rację, odwróciła się i biegiem ruszyła w stronę miasteczka, które zaczynało już powoli okrywać się pierwszymi mgiełkami grudniowego zmroku.

V

W salonie rodzinnego domu Edyty panował radosny gwar i rozprężenie po zakończonej uroczystej wieczerzy wigilijnej. W tle stonowanej pogawędki dorosłych, którzy przenieśli się teraz zza stołu na fotele i wersalki, wymieniając rodzinne nowinki, rozbrzmiewały radosne piski dzieci bawiących się wokół świątecznie przystrojonej choinki świeżo otrzymanymi prezentami.

— Edyciu, a ty jak tam z pracą? — zagadnął życzliwie wujek Mariusz, popijając z nowego kubka przygotowaną mu przez żonę herbatkę na trawienie. — Dalej w tej korporacji?

— Tak — odpowiedziała grzecznie. — W tym samym miejscu, tylko na innym stanowisku, w lepszym dziale.

— To chyba i więcej ci płacą? — zauważyła ciotka Luiza.

— Tak, trochę więcej, ale tylko trochę — wyjaśniła. — Dopiero niedawno zaczęłam i muszę jeszcze nabrać doświadczenia, więc póki co to są najniższe stanowiska, ale w przyszłym roku będę mieć szansę na poważniejszy awans, taki z porządną podwyżką.

— No tak, szczebelek po szczebelku i nasza Edycia zrobi wielką korporacyjną karierę! — pokiwał głową wujek. — Zobaczycie, jeszcze główną prezeską tam zostanie!

— E, gdzie tam! — wtrącił się stryjek Robert, który, siedząc niedaleko choinki, co jakiś czas przechylał się, by zerwać z niej cukierka, po czym z przyjemnością go konsumował. — W takich korporacjach najwyższe stanowiska są zarezerwowane dla tak zwanych swoich, zwykły, uczciwy człowiek do najwyższego szczebla nigdy nie dojdzie. Mój szwagier pracował w takiej dziesięć lat i to, co nam opowiadał, to mówię wam…

„Kim jest, do diabła, ta kobieta?” — myślała gorączkowo Edyta, która od powrotu z cmentarza, kiedy tylko mogła, wyłączała się z rozmowy i zanurzała w swoje rozważania. — „Widziałam ją pierwszy raz w życiu, ale przecież nie wymyśliłam jej sobie, tym razem nie spałam, naprawdę tam byłam i rozmawiałam z nią na jawie! A ona zna Stefana… Jak to możliwe? Wychodzi na to, że albo oboje są wytworem mojej wyobraźni, albo oboje istnieją naprawdę, nie ma trzeciej opcji.”

— A masz, Edytko, na horyzoncie jakiegoś… hmm, hmm… kawalera? — zagadnęła podstępnie ciotka Malwina, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z jej matką. — Może w tej Warszawie w końcu jakiś wpadł ci w oko?

— Niestety nie — uśmiechnęła się. — Na razie w ogóle nie skupiam się na tym, ciociu, najpierw chcę dostać ten awans, a potem może… Ale to przecież i tak nie ode mnie zależy.

— Pewnie, jeszcze masz czas — przyznała dobrotliwie ciotka Brygida. — Zawsze lepiej cierpliwie poczekać na swojego księcia, niż zadowalać się byle kim.

— A bo w tych korporacjach to co to są za mężczyźni! — prychnął lekceważąco stryj Robert. — Zwłaszcza młodzi! Nie, Edytko? Prawie wszyscy wyglądają jak z jednej formy odlani, krawacik, okularki, na włosach żelatynka… jeszcze tylko makijażu do kompletu im brakuje!

Towarzystwo roześmiało się gromko, po czym rozgorzała ogólnorodzinna dyskusja na temat współczesnych modeli męskości i kobiecości, z której Edyta znowu bezpiecznie mogła się wyłączyć.

„Jeśli Stefan nie jest tylko projekcją mojej podświadomości, a kimś prawdziwym, to wszystko, co powiedział mi w tym śnie, powinnam potraktować poważnie” — myślała z niepokojem. — „Bo czy to nie dziwne, że przez tyle lat historia rodu Dołanieckich omijała mnie szerokim łukiem, kompletnie mnie nie obchodzili, a teraz nagle w ciągu trzech dni spotykam dwie zupełnie obce osoby, które mi o nich opowiadają? I ta leśniczówka… Latami wracał do mnie ten krótki sen, w którym ją widziałam, przygotowaną do wigilii jak wtedy, w tysiąc dziewięćset dwunastym albo trzynastym, a teraz nagle we śnie poznałam to miejsce i związaną z nim historię… Dlaczego właśnie teraz?”

— Ciociu, zaglas z nami w chińcyka? — poprosił, przypadając nagle do jej kolan, Karolek, niespełna siedmioletni synek kuzyna Andrzeja. — Bo blakuje nam jednego glaca!

— Oczywiście, kochanie — odparła, podnosząc się i dając mu się pociągnąć za rękę w stronę dywanu przy choince, gdzie czekała już dwójka innych dzieci. — Ale tylko jedną partyjkę, dobrze? Potem będziecie musieli znaleźć sobie innego gracza, bo ja będę musiała pójść do kuchni i pomóc w sprzątaniu.

„Coś się ma wydarzyć!” — skonkludowała, kiedy po rozpoczęciu gry czekała na swoją kolejkę, wpatrując się półprzytomnym wzrokiem w planszę chińczyka. — „I to będzie coś ważnego, a zdarzy się w najbliższych dniach, albo nawet dzisiaj. Dzisiaj… przecież dzisiaj jest Wigilia, a Stefan właśnie w tym kontekście mówił, że zostało mało czasu…”

— Ciociu, telaz ty!

Skupiła się przez chwilę na grze, lecz kiedy tylko przesunęła pionek i oddała kostkę, natychmiast wróciła do przerwanej myśli.

„Tylko co mogłoby się wydarzyć dzisiaj? Już po kolacji, wszyscy jesteśmy w domu, nic niezwykłego się nie dzieje…”

Niby nic, jednak raz pomyślana myśl nie chciała jej już opuścić, nie pozwalając skupić uwagi na zabawie z dziećmi.

— Wujku, telaz ty chodź z nami poglać! — zażądał Karolek, zwracając się do jednego z młodszych kuzynów swego ojca. — Ciocia Edzia dzisiaj nie umie glać, a my musimy mieć doblego pseciwnika!

Zwolniona zatem z posterunku, na którym, jako że bardzo lubiła bawić się z dziećmi kuzynów, w każdym innym czasie byłaby największą gwiazdą, Edyta z ulgą udała się do kuchni, zapewniając matkę, że sama poradzi sobie ze sprzątaniem po wieczerzy, w tym zwłaszcza z myciem naczyń. Zgodnie z zasadami logistyki wypracowanymi od lat w przypadku rodzinnych spędów, najbrudniejsze i najtrudniejsze do mycia naczynia trafiały do zmywarki, zaś pozostałe, aby nie tracić czasu, należało umyć ręcznie. Wstawiwszy zatem zmywarkę, dziewczyna zakasała rękawy i zabrała się za mycie dziesiątek talerzy, talerzyków, półmisków, szklanek, szklaneczek i kubeczków pod bieżącą wodą w zlewie. Jako że powrót do salonu wiązałby się z koniecznością kontynuowania udziału w rozmowie, myła je powoli, bez pośpiechu, tak, by zyskać jak najwięcej czasu, tym bardziej że myśli coraz słabiej układały jej się w głowie w logiczną całość — nie dosypiając od trzech dób, z mocno nadszarpniętymi nerwami, była już po prostu bardzo zmęczona.

Niepokój, jaki czuła od kilku dni, nie opuszczał jej ani na chwilę, wręcz od spotkania z nieznajomą kobietą na cmentarzu stał się jeszcze silniejszy.

„Jeśli coś ma się stać, niech się stanie jak najszybciej” — myślała drętwo, opłukując z piany pod kranem kolejną szklaneczkę. — „Niech już nie trzyma mnie w tej niepewności. Zawsze lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć, lepiej działać, niż nie działać… i czekać nie wiadomo na co…”

— Edziu! — energiczny głos matki w progu wytrącił ją z letargu nad zlewem. — O, pięknie pozmywałaś, dzięki, ale zostaw już te ostatnie, ja dokończę, a ty leć na górę i pomóż Asi i Andrzejowi położyć spać dzieciaki. Dobrze? Agusia prosi, żebyś opowiedziała jej bajkę, koniecznie tę samą co ostatnim razem.

— Dobrze — uśmiechnęła się Edyta. — Tę o księżniczce w diamentowej sukni?

— A skąd ja mogę wiedzieć, co ty jej opowiadałaś? Idź, zapytaj, mała ci powie. A potem sama też się kładź — dodała, zakasując rękawy i przyglądając jej się z troską. — Zmęczona jesteś, zobacz sobie w lustrze, jakie ty masz podkrążone oczy!

VI

Minęła już godzina dwudziesta druga i gwar w domu powoli przycichał; rozlokowani po pokojach na parterze i piętrze goście krzątali się jeszcze przed snem, kłapiąc cicho drzwiami i puszczając wodę w łazienkach. Czteroletnia Agusia, z którą Edyta chętnie bawiła się na wszelkich rodzinnych spotkaniach, przez co zyskała miano jej ulubionej cioci, wysłuchała już bajki o zaczarowanej księżniczce w diamentowej sukni i powoli zapadała w sen. Siedząca na brzegu jej łóżka dziewczyna, otuliwszy ją kołdrą, przyglądała się z mieszaniną rozbawienia i rzewności, jak powieki małej robią się coraz cięższe i cięższe, aż w końcu całkowicie opadają i jej śliczną, małą buzię obleka słodka chmurka dziecięcego snu.

— Śpi — oznajmiła kilka minut później szeptem Asi, żonie kuzyna Andrzeja. — Ja zejdę jeszcze do kuchni pomóc mamie dokończyć sprzątanie w kuchni. A wy jak, macie tu wszystko? Może donieść wam więcej wody mineralnej?

— Nie, Edyciu, nic nam nie trzeba — odszepnęła Asia, kładąc jej życzliwym gestem dłoń na przedramieniu. — Wielkie dzięki za bajkę i uśpienie Agi, my też już się kładziemy. Do zobaczenia jutro na śniadaniu!

Schody prowadzące na piętro były stare i drewniane, co sprawiało, że przy każdym kroku potrafiły niemiłosiernie skrzypieć, jednak Edyta miała na to patent — trzymając się linii tuż przy samej ścianie i omijając niektóre ze stopni, potrafiła przebyć je niemal bezszelestnie, co teraz, gdy dom był pełen zasypiających powoli gości, stanowiło bardzo cenną umiejętność. Matka poszczękiwała jeszcze garami w kuchni, zatem, zszedłszy cicho jak kot na parter, dziewczyna skierowała się w tamtą stronę z zamiarem zapytania, czy nie trzeba w czymś jeszcze pomóc. Kiedy jednak przemykała koło zamkniętych już na ciężką zasuwę drzwi wejściowych do domu, zatrzymała się jak wryta, zdało jej się bowiem, że słyszy pukanie.

Cofnęła się zaskoczona, a serce zabiło jej w piersi tak mocno, jakby za chwilę miało z niej wyskoczyć. Któż to mógł pukać do ich domu o tak późnej porze? Wszyscy zapowiedziani goście byli na miejscu… A może… może właśnie coś się zaczynało dziać?

Czasu jest bardzo mało, do Wigilii zostało tylko kilka dni — przypomniała sobie słowa Stefana.

Pukanie ponowiło się, mocniejsze, bardziej niecierpliwe, ona zaś stała przed drzwiami nieruchomo, jak sparaliżowana. Wigilia wciąż trwała… A jeśli?… Pukanie rozbrzmiało znowu, tym razem na tyle głośno, że dotarło do uszu matki, która z niepokojem wychyliła się z kuchni.

— Co to za hałas? — zapytała przyciszonym, pełnym wyrzutu głosem. — Edzia! Co ty tu jeszcze wyprawiasz? Przecież goście już śpią, a ty…

Urwała, gdyż pukanie rozbrzmiało znowu i tym razem nie mogła mieć wątpliwości, że dobiega od strony drzwi.

— O masz! A któż to jeszcze o tej porze…

Nie namyślając się ani sekundy, zaskoczona kobieta podeszła do drzwi, wyjrzała przez wizjer, po czym, rzuciwszy córce przez ramię zdezorientowane spojrzenie, otworzyła je, jednak nie ściągając zabezpieczającego łańcucha. Jako że pozwalał on uchylić skrzydło tylko o kilka centymetrów, Edyta nie mogła dostrzec, kto był po drugiej stronie.

— Dobry wieczór — odpowiedziała cicho matka komuś, kto mówił jeszcze ciszej, zbyt cicho, by z daleka można było cokolwiek usłyszeć. — Co też pani tutaj o takiej porze… stało się coś? Pomóc trzeba?… Co? Edzia?… no tak, jest… — odwróciła się ku córce, mierząc ją zdziwionym wzrokiem. — Edzia, chodź no tu, dziecko. Ta pani do ciebie.

Podchodząc posłusznie do drzwi, oszołomiona dziewczyna już prawie nie miała wątpliwości, kto stoi po drugiej stronie. Nie myliła się — przez szparę dostrzegła i od razu rozpoznała kobietę spotkaną dzisiaj po południu na cmentarzu. Była ubrana tak samo, tyle że swą wielką chustę miała jeszcze ściślej owiniętą wokół szyi i głowy, co bynajmniej nie dziwiło, bowiem na dworze panował teraz jeszcze większy niż w dzień, trzaskający mróz, którego powiew wdzierał się przez uchylone drzwi do przedpokoju. Edyta dała znać matce, że już sobie poradzi, na co ta wycofała się, ale tylko pod kuchnię, skąd ze zdziwieniem i niepokojem obserwowała z daleka córkę rozmawiającą przez szparę w drzwiach z tajemniczą przybyszką.

— Panienka musi się szybko ubrać i natychmiast ze mną jechać — mówiła pośpiesznym półgłosem kobieta. — Natychmiast! Tylko ciepłych rzeczy ponakładać, bo mróz straszny.

— Ale… jak to jechać? — wytrzeszczyła na nią oczy wystraszona Edyta. — Z panią? Dokąd?

— Nie ma czasu tłumaczyć, panienka się szybko ubiera i lecieć musim, bo nam autobus ucieknie! — niecierpliwiła się przybyszka. — Tylko telefon panienka weźmie! Z baterią naładowaną!

— Autobus? — powtórzyła zdumiona Edyta, doskonale wiedząc, że o tej porze nie jeżdżą już żadne autobusy. — Przecież…

— Proszę, panienko, nie ma czasu! — w głosie kobiety zabrzmiała błagalna nuta. — Musimy gnać jak najszybciej, on przecie już tam jedzie! Proszę, niech się panienka zbiera i biegniemy! Stefan też prosi.

— Stefan? — wyszeptała Edyta.

— Autobus zaraz podjedzie na rynek, musimy zdążyć! Ratować go trzeba! — mówiła dalej gorączkowo kobieta. — Czasu coraz mniej! No niechże się panienka ubiera…

Na pamięć wstrząśniętej Edyty natychmiast wróciły słowa Stefana z samej końcówki sennej wizji sprzed trzech dni.

Musisz go uratować, Edyto…

„Kogo?” — mignęło jej w głowie. — „O kim oni oboje mówią? Boże…”

Wspomnienie rozmowy w leśniczówce, zadziwiająco spójnie łączące się z tym, co mówiła przybyszka, nagle przywróciło jej energię, jakby w jednej sekundzie została podłączona pod prąd. Prawda, że nie było czasu na wyjaśnienia! Prawda, że musiała działać! Nieważne, o co chodziło, to była prośba Stefana, a skoro on prosił, ona nie mogła nie posłuchać! Jej umysł zaczął teraz działać w dziwnym trybie wzmożonej, nerwowej gotowości, jak umysł żołnierza na froncie — odrzucając to, co mniej istotne, skupiając się wyłącznie na wykonaniu zadania. Na walce. Nie wahała się już, wiedziała, że jeśli dziś nie podejmie tej walki, nie wybaczy sobie tego do końca życia. Cokolwiek się nie stanie, gdziekolwiek jej ta kobieta nie zabierze, bezwzględnie musiała z nią jechać!

— Dobrze, niech pani na mnie poczeka! — odpowiedziała teraz już zupełnie innym, zdecydowanym tonem. — Postaram się jak najszybciej, góra kilka minut!

— Tak, dobrze, poczekam — pokiwała z ulgą głową nieznajoma, wycofując się od drzwi. — Tu będę, przed domem. Tylko proszę… szybko!

Edyta zatrzasnęła drzwi, przez które zdążyło już wpaść tak wiele mroźnego powietrza, że w przedpokoju zrobiło się chłodno, po czym rzuciła się gorączkowo w stronę schodów.

— Edzia! — zatrzymała ją nerwowym półgłosem matka, podbiegając i łapiąc ją za rękę. — Co ty znowu wyprawiasz? Gdzie lecisz? Kto to był?

— Mamo, muszę wyjść z tą panią — odparła pośpiesznie. — Biegnę się ubrać i wychodzę, potem wszystko wytłumaczę. Zresztą i tak na razie nie wiem, co się dzieje, wiem tylko, że jestem potrzebna.

— Wychodzisz? — wytrzeszczyła na nią oczy matka. — Dokąd? Potrzebna? Czyś ty, dziecko, zwariowała? W środku nocy?!

— Mamo, proszę — wyszeptała stanowczo, wyrywając jej się stanowczym gestem. — Nie zatrzymuj mnie, mam bardzo mało czasu. Wezmę telefon, cały dzień się ładował, będziemy w kontakcie, obiecuję!

Po czym, rzuciwszy się na schody, najciszej jak tylko mogła, wbiegła na górę do swojego pokoju, gdzie chaotycznie, bez większego zastanowienia narzuciła na siebie najcieplejsze ubrania, jakie tylko posiadała w szafie, w tym gruby, wełniany sweter i termiczną bluzę sportową, a następnie, chwyciwszy z szafki telefon, który niemal siłą wyrwała z kabla od ładowarki, zbiegła z powrotem na dół. Tam, w asyście zdezorientowanej i zestresowanej matki wybebeszyła pół ściennej szafy przedpokojowej w poszukiwaniu zimowych butów narciarskich, których używała wyłącznie w największe mrozy do chodzenia na spacery, po czym narzuciła na siebie ciepłą, puchową kurtkę, upychając w kieszeniach wyjęte naprędce z torebki klucze, dokumenty i portfel z pieniędzmi, zaś strój dopełniła grubym szalem z polaru, zimową czapką sportową i skórzanymi rękawicami z futerkiem.

— Edzia, bój się Boga! — załamała ręce matka. — Co ty wyprawiasz, dziecko! Ja wiem, że jesteś dorosła i nie mogę cię zatrzymać, ale…

— Zobacz, mam sto procent! — Edyta podsunęła jej przed oczy telefon z wyświetlonym na ekranie stanem naładowanej do pełna baterii. — Nie martw się o mnie, jak coś, to będę dzwonić! Pa, zamknij za mną porządnie, bo zimno jak diabli! I nie czekaj, tylko kładź się spać, sama sobie otworzę, mam klucze!

To powiedziawszy, zostawiła zszokowaną rodzicielkę na środku przedpokoju i wypadła na zewnątrz, otulając się mocniej szalikiem, gdyż tuż za drzwiami silny podmuch mroźnego wiatru na chwilę aż odciął jej oddech. Nieznajoma czekała na nią nie pod samym domem, ale dalej, przy furtce wyjściowej z posesji, niecierpliwie drepcząc w miejscu.

— Szybko, szybko! — ponagliła zmierzającą ku niej dziewczynę. — Bo czasu nie ma! Ciepło panienka ubrana? A telefon wzięła? To dobrze… No już, biegniemy, biegniemy! Szybciutko, na rynek! Autobus zaraz będzie!

Edyta posłusznie biegła u jej boku, nie zadając już żadnych pytań, jednak w głowie aż jej od nich huczało. Nie ulegało wątpliwości, że tym razem to jej się nie śniło, a przecież okoliczności znów były tak absurdalne, że na zdrowy rozum to powinien być sen! Jaki autobus, przecież przez miasteczko nocą nie kursowały żadne autobusy! A już zwłaszcza w czasie świątecznym! Przecież trwała noc wigilijna, za chwilę Boże Narodzenie! Autobus?! Poza tym skąd ta spotkana przypadkowo na cmentarzu kobieta znała miejsce jej zamieszkania? Dokąd ją zabierała? A Stefan? Jak mógł ją o cokolwiek prosić, skoro był tylko wytworem wyobraźni, postacią ze snu! Ale może jednak nie? Może istniał naprawdę?

Do rynku miasteczka na szczęście było niedaleko, ale sprint w trzaskającym mrozie nie mógł nie dać się we znaki zarówno jej, jak i jej towarzyszce, na oko dwa razy od niej starszej i w dodatku podpierającej się laską, która przy każdym kroku stukała głucho o ośnieżony asfalt. Pośpiech ten okazał się jednak uzasadniony, bowiem kiedy tylko zdyszane wbiegły na rynek, zza rogu wyjechał w istocie jasno oświetlony autobus PKS, który chwilę potem zatrzymał się na przystanku przy Urzędzie Gminy Bobrza. Jak zauważyła Edyta, był całkiem pusty, w środku znajdował się tylko kierowca, mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat, z bujnym siwym wąsem.

— Uff! — odetchnęła nieznajoma, kiedy obie opadły na siedzenia w ciepłym wnętrzu pojazdu, a kierowca ze stoickim spokojem ruszył z przystanku. — Bogu niech będą dzięki! Zdążyłyśmy! Uch… ale się zmachałam! Panienka se czapinkę zdejmie i paletko porozpina, bo tu gorąco, jeszcze się panienka przegrzeje… Uch!… W ostatniej chwili!

— Ale dokąd my jedziemy? — zapytała Edyta, posłusznie ściągając czapkę. — Daleko?

— Niedaleko — zapewniła ją kobieta, również rozluźniając swoją chustę i odwijając ją sobie z głowy i szyi. — Tylko jeden przystanek.

„Jeden przystanek” — powtórzyła w myśli z niemałą ulgą, usiłując wypatrzeć przez szybę, dokąd kierował się autobus. — „Ale w którą stronę?”

Jako że pojazd po opuszczeniu rynku krążył chwilę wśród ciemnych uliczek, gdzie światło paliło się już w rzadko którym oknie, szybko straciła orientację w terenie. Musieli już wyjechać z miasteczka, gdyż za oknem autobusu rozpościerała się teraz całkowicie czarna przestrzeń, zaś wciąż aktywne oświetlenie wnętrza sprawiało, że w szybie widziała tylko własne odbicie, z boku zaś, w tle, odbicie swej towarzyszki.

Co ciekawe, w odbiciu tym kobieta wydawała się o wiele młodsza niż w rzeczywistości, zwłaszcza gdy zdjęła z głowy swoją wielką chustę, całkowicie odsłaniając twarz i długie, jasne włosy. Zdziwiona ta metamorfozą Edyta ostrożnie odwróciła się ku niej, jednak szybko zauważyła, że było to tylko złudzenie słabego odbicia w szybie — owszem, włosy nieznajomej były długie, ale wcale nie takie bujne, wręcz mocno przerzedzone i poprzetykane licznymi siwymi pasmami, które w odbiciu zlewały się po prostu z pozostałościami dawnego koloru blond. Jej twarz, teraz całkowicie odsłonięta z chusty, również wyglądała starzej niż ta odbita w szybie, widać było na niej nie tylko drobne zmarszczki w kącikach oczu i przy ustach, ale również długą, zagojoną już ale jednak wciąż widoczną, szpecącą bliznę na policzku.

— Mamy bardzo mało czasu, ale zdążymy — zapewniła ją z wyraźnym zadowoleniem, rozluźniając sobie zapięcie palta pod szyją. — Uch, gorąco tutaj… ale na dworze zimno strasznie, dobrze, że się panienka tak porządnie ubrała.

Edyta uznała, że ma teraz dogodną okazję do tego, żeby dowiedzieć się od niej czegoś więcej, jednak o co zapytać w pierwszej kolejności? Jeśli mają jechać tylko jeden przystanek, to podróż długo nie potrwa, trzeba zatem ustalić priorytety. Pytanie o to, co się zaraz może zdarzyć, właściwie nie było konieczne — jeśli się zdarzy, to się zdarzy, wtedy okaże się, o co chodziło. Zresztą, gdyby kobieta chciała o tym mówić, już dawno by mówiła, tymczasem wręcz jakby unikała tematu. Jednak ten Stefan…

Właśnie, Stefan! Dowiedzieć się, kim był! To było najważniejsze! We śnie opowiedział jej historię panny z dworu i leśnika… historia okazała się prawdziwa… Czy zrobił to więc tylko (albo głównie) po to, żeby się przed nią uwiarygodnić? Z kolei ta dziwna kobieta uwiarygodniła się najbardziej tym, że znała Stefana…

— Czy mogę panią o coś zapytać? — zagadnęła ostrożnie, porzucając beznadziejne zadanie wypatrywania czegokolwiek za oknem i wyprostowując się na siedzeniu tak, by wygodniej jej było na nią patrzeć. — Tylko o jedną rzecz.

— O cóż to? — zapytała życzliwie kobieta.

— Powie mi pani, kim jest Stefan?

— A, Stefan — machnęła ręką. — Toć to on panience wszystko opowiadał… Ano dobry z niego człowiek, dobry i wierny, uczciwy, taki, jak to się mówi, z sercem na dłoni. A przystojny! — mrugnęła do niej porozumiewawczo. — Przyzna panienka, co? Chłopak jak malowane!

— Owszem — zgodziła się zachowawczo Edyta. — Ale mnie chodzi o jego tożsamość. Czy jest z tej okolicy, gdzie mieszka, jak ma na nazwisko… I skąd zna historię mojej rodziny sprzed ponad stu lat?

— A! — znów po swojemu machnęła ręką. — Toć mówiłam panience, że te historie to żadna tajemnica. Było, minęło, ale że ludzie długo o tym gadali, to się i rozeszło. Chociaż prawda taka, że o panience ze dworu i leśniku to tak naprawdę mało kto wie… znaczy o tym, że się kochali. Bo to, jak on zginął przez te konie, to wszyscy wiedzą, ale że ona też tam była i dlaczego, to już prawie nikt.

Edyta patrzyła na nią jak zaczarowana, nie próbując nawet dociekać, skąd ona w ogóle wiedziała, jaką historię opowiadał jej Stefan.

— Jak to? — wyszeptała. — Nikt nie wiedział, że ona była z nim w lesie, kiedy stratowały go konie? Przecież pobiegła do dworu po pomoc.

— A! — kolejne machnięcie ręką, tym razem jakieś inne, bardziej nerwowe. — Ot i cały Stefan. Jakby tak było, to i wszystko inne by poszło inaczej… ale niestety. Nie słyszała panienka, jak to się skończyło? — zerknęła na nią spod oka.

— Nie — pokręciła głową zaintrygowana Edyta. — Stefan nie zdążył mi dokończyć tej historii, doszedł tylko do chwili śmierci leśnika, a potem już… no, na resztę zabrakło czasu — wyjaśniła dyplomatycznie. — Ale pani wie, co było dalej, tak? Opowie mi pani? Zwłaszcza co działo się z tą panną, kiedy on umarł.

— Ano tak — westchnęła kobieta i jej dotąd pogodna twarz spochmurniała. — Wszystko się wtedy zepsuło. Biedna panienka…

— Ale co się stało? — dopytywała gorączkowo Edyta, nie zważając już zupełnie na to, dokąd jechał autobus. — Jak to było tamtej nocy? Dlaczego pomoc z dworu przyszła tak późno?

Nieznajoma machnęła ręką niecierpliwie, jakby odganiała się od natrętnej muchy.

— Jaka tam pomoc z dworu! — skrzywiła się. — Nie było żadnej pomocy. Ludzie od tego hrabi Barwińskiego, co to jego stangretowi konie spłoszyły się i uciekły z powozem, od świtu szukali na drodze w lesie rzeczy, co w tej wariackiej jeździe z powozu powypadały. I to oni go znaleźli. Zabrali na sanie i zawieźli do dworu Dołanieckich, bo się domyślili, że to pewnie od dziedzica człowiek.

— Co? — szepnęła ze zgrozą Edyta. — A panna? Nie wezwała pomocy?

— Nie — pokręciła głową kobieta. — I nigdy sobie tego nie wybaczyła, a przez to całkiem zmysły postradała. Do imentu oszalała, biedna.

„Czyli to jednak była ta wariatka!” — pomyślała wstrząśnięta. — „Ta, której bała się babcia Aniela!”

— Ale jak? Dlaczego? — zapytała bezradnie.

— Ano tak. Kiedy dobiegła do dworu, miała jak zawsze wejść tylnymi drzwiami, z pomocą służki, ale nie doszła tam, bo przy sadzie wpadła na dziedzica. Taki pech… Dołaniecki spać nie mógł po ciężkiej wieczerzy, to wyszedł sobie na spacer po sadzie, a tu nagle ona wbiega tam od pola jak jaka zjawa… a wyglądała jak szalona jakaś, cała się trzęsła i coś mamrotała, ale tak, że nie szło nic zrozumieć… no to dziedzic, uch! Mało zawału nie dostał! Serce to w ogóle miał słabe, na palpitacje chorował — zaznaczyła. — Ale jak już z bliska rozpoznał, że to jego siostrzenica… to jak się wściekł! Kazał jej natychmiast do pokoju wracać, a że w domu gości na święta było pełno, wszyscy spali i nie chciał ich jakim hałasem wybudzić, zapowiedział, że porozmawiają rano i taką karę jej obmyśli, że aj!… No i ona, biedna, cała w szoku, tak się wystraszyła, że nie miała odwagi powiedzieć o wypadku. Była zresztą pewna, że leśnik już nie żyje, bo kiedy tam w lesie ostatni raz się nad nim pochyliła, pożegnał ją i oczy zawarł. Do rana płakała w swoim pokoju… skręcała się po łóżku, poduszkę gryzła i rwała… tak strasznie go opłakiwała, że serce się krajało… Ale bała się powiedzieć dziedzicowi ani nikomu innemu, że on zginął pod końskimi kopytami w lesie, i że ona była tam z nim. Po prostu bała się do niego przyznać — rozłożyła ręce. — Bo i po co miała to robić, jak on i tak już nie żył? To na nic by się zdało.

— Ale przecież on wtedy jeszcze żył… — wyszeptała z żalem Edyta.

— No tak — zgodziła się kobieta. — Ale czy te jego rany były śmiertelne, co by już i tak nic mu nie pomogło, czy takie, co by może i się z nich wylizał, to kto wie? Wiadomo tylko, że rano do dworu nieboszczykiem go przywieźli, a rządca rozpoznał, że to leśnik Dołanieckich… bo sam Dołaniecki po tej nocnej przygodzie z palpitacjami dwa dni w łóżku leżeć musiał. No to tamci ciało do stodoły na siano rzucili i pojechali sobie. Całe święta, aż do pogrzebu w Świętych Młodzianków, biedak tam przeleżał… a że mróz był, to i nic się nie zmienił, cały czas wyglądał tak świeżo, jakby dopiero co umarł. A panienka nocami się do niego w tajemnicy wykradała i płakała nad nim aż do rana… godzinami na tym mrozie do zimnego trupa leżała przytulona…

— Boże… — pokręciła głową wstrząśnięta tą wizją Edyta, czując, że oczy zaczynają ją szczypać ze wzruszenia i współczucia.

— Ano tak… rozpaczała po nim strasznie. A płakać mogła tylko nocami, bo w dzień trza było ubrać się, obetrzeć łzy i z gośćmi na salonach siedzieć. Przecie dziedzic na serce chory w łóżku leżał, a ktoś tych ludzi, co do dworu na święta pozjeżdżali, podejmować musiał.

— Co za męczarnia!

— Oj tak, męczarnia straszna była dla panienki, bo przed ludźmi musiała kryć się z rozpaczą, żeby nikt się niczego nie domyślił. I zresztą to jej się udało. Jak nikt z dworu wcześniej przez prawie dwa lata nie wykrył, że spotykała się z tym chłopcem w leśniczówce, tak teraz też nikt nie połączył nitek. Nawet dziedzic, co ją osobiście w tamtą noc taką roztrzęsioną w sadzie widział, nic a nic się nie połapał, że to przez to. A ona przecie straciła swój największy skarb… No, ale co zrobić? — rozłożyła ręce nieznajoma. — Kto się na tym świecie urodził, ten i umrzeć musi, jeden wcześniej, drugi później. Smutne to, ale przecie śmierć rzecz ludzka, więc i panienka powoli by się z tym pogodziła. Tylko że wtedy, jakiś tydzień po tym, jak leśnika pochowali, przyjechał do dziedzica w odwiedziny ten hrabia Barwiński.

— Ten od powozu i spłoszonych koni? — upewniła się Edyta.

— Ano — skrzywiła się. — Przyjechał, żeby o sprawie pomówić, bo przecie z winy jego koni dziedzica człowiek został zabity, to i odszkodowanie, jak mówił, się należało. Panienka niestety też musiała tam z nimi siedzieć, słuchać o tym i udawać obojętną… I wtedy ten hrabia mówi, że słyszał od swoich ludzi, co wtedy leśnika przy drodze znaleźli, że jak go podnosili i na sanie kładli, to był jeszcze ciepły, a to znaczyło, że niedługo wcześniej umarł. Jakie pół godziny przed nimi, mówi, nie więcej, bo jakby dużo wcześniej, to by na tym mrozie dawno wystygł. A panienka, jak to tylko usłyszała… ryms! Z krzesła zemdlona na podłogę spadła. Nikt nie wiedział, co się stało, wynieśli ją, doktora wezwali… ale jak się zbudziła, to już nie była sobą. Nigdy się już po tym nie podniosła.

— No tak… miała wyrzuty sumienia, że nie posłała do lasu ludzi z pomocą — pokiwała smutno głową Edyta. — Obwiniała się, że mogła go uratować, a tego nie zrobiła.

— Ano… grzech zaniedbania czasem gorszy niż taki, co się go popełni czynem… i też bardziej boli. A ona tak się męczyła! Co noc prześladował ją sen z tymi światłami od powozu, jak zbliżają się do niej, żeby zabić.

„Światła!” — wzdrygnęła się Edyta. — „Zbliżające się światła…”

— Zanim jeszcze rozum postradała, powiedziała swojej zaufanej służce… a tylko ta jedna służka o wszystkim wiedziała, nikt inny… że to on uratował jej życie. Bo ona stała na tej drodze jak sparaliżowana, wszystkie mięśnie z nerwów jej osłabły i nie mogła się ruszyć, a te konie jak czarne diabły pędziły prosto na nią. W ciemności nawet nie było widać, że to konie, tak naprawdę widziała tylko te dwa światła… I wtedy on rzucił się, w ostatniej chwili odepchnął ją na bok, ale sam nie zdążył już odskoczyć.

— Boże…

— Ano. To ją tak bolało, że on bez wahania życie za nią oddał, a ona nawet mu pomocy z dworu nie wysłała, że jej rozum tego nie wytrzymał. Z tej zgryzoty dostała pomieszania zmysłów i umarła trochę więcej jak rok później. No i tak to się skończyło.

Autobus teraz mocno zwolnił, a do tego trząsł się i podskakiwał, jakby jechał po nieutwardzonej, wertepiastej drodze, Edyta jednak nie zwracała na to najmniejszej uwagi.

— Strasznie smutna i tragiczna historia — westchnęła z żalem, dyskretnym ruchem dłoni ocierając łzę z kącika oka. — Biedny leśnik, a jeszcze biedniejsza ta dziewczyna… Jak ona miała na imię?

W tym momencie autobus podskoczył na jakiejś potężnej nierówności, po czym zahamował z głośnym chrzęstem i stanął. Kobieta zerwała się z siedzenia, narzucając pośpiesznie na głowę chustę.

— To już tu, panienko, wysiadamy! — zawołała. — Szybko, szybko! Jesteśmy na miejscu!

Edyta poderwała się posłusznie, również w pośpiechu nakładając czapkę i na znak, jaki dała jej towarzyszka, ruszyła pierwsza do wyjścia. Kierowca zerknął na nią i podniósł lekko rękę w geście pozdrowienia… a wtedy ona uświadomiła sobie, że wsiadając na przystanku przy rynku miasteczka, nie zapłaciły przecież za bilety! Odwróciła się do swej towarzyszki, żeby jej o tym powiedzieć, ta jednak nie dała jej dojść do słowa.

— Wysiadamy! — powtarzała gorączkowo. — Szybko, to już tutaj! Zaraz tu będzie! Musi go panienka uratować! Krew z krwi… taka podobna, że aż serce staje! Niechże go panienka uratuje… dla niej, dla niego… dla siebie też… dla wszystkich! To jedyna szansa, właśnie dzisiaj… Panienka będzie wiedziała, co robić! No, szybko, szybko!

Drzwi otworzyły się ze szczękiem, z zewnątrz wionęła do środka fala mrozu. Skołowana Edyta wyskoczyła z autobusu i omal nie przewróciła się, czując pod podeszwami warstwę żywego lodu. Na szczęście miała dobre buty, przeskoczyła zatem szybko po zmrożonych muldach trochę dalej, gdzie nie było już lodu, a tylko gruba warstwa śniegu na poboczu jakiejś nierównej drogi. Wokół niej, na ile mogła dostrzec nieprzyzwyczajonymi do ciemności oczami, były tylko wielkie, ciemne drzewa… Las?

Drzwi za nią szczęknęły po raz drugi, po czym silnik zawył i autobus ruszył dalej, chwiejąc się na wertepach. Kiedy mijał ją, zdało jej się, że w jego oświetlonym wnętrzu jakby coś się poruszyło… Oszołomiona dopiero teraz zorientowała się, że kobieta w chuście za nią nie wysiadła! Została w autobusie! W autobusie, który właśnie nieubłaganie się oddalał!

— Proszę pani! — krzyknęła w panice, rzucając się za nim. — Proszę poczekać! Co pani robi?! Niech mnie pani nie zostawia! Ja nawet nie wiem, gdzie jestem!!! Proszę pani!!!

Autobus jednak nie zwolnił, przeciwnie, jeszcze bardziej przyśpieszył, rycząc silnikiem, i po chwili zniknął za ostrym zakrętem w prawo, jeszcze tylko przez chwilę przeświecając światłami przez nagie, pokryte śniegiem gałęzie gęsto tu rosnących drzew. Biegnąca za nim po śnieżno-lodowej nawierzchni Edyta potknęła się na jakiejś kolejnej nierówności i natrafiwszy znów podeszwą na lód przykryty jedynie cieniutką warstewką sypkiego śniegu, poślizgnęła się na nim, po czym, tracąc równowagę, przewróciła się i wpadła w jakąś płytką dziurę.

— Proszę pani… — wyszeptała z rozpędu, bardziej zdezorientowała niż przerażona. — Nie zostawiajcie mnie… Chryste, gdzie ja jestem?!…

Wygramoliwszy się z trudem z zagłębienia, w które wpadła, dopiero teraz spostrzegła, że była to koleina nieutwardzonej drogi gruntowej, gdzie zebrana wcześniej woda i błoto zamarzły na lód, tworząc śliską pułapkę. Odruchowo otrzepała się ze śniegu, rozglądając się z trwogą, by dojrzeć w ciemnościach cokolwiek, co mogłoby dać jej choć blade pojęcie na temat tego, gdzie się znajduje. Wokół widziała jednak tylko wielkie drzewa postukujące głucho na wietrze nagimi konarami. Ewidentnie była w lesie i — jako że autobus zniknął już dawno za zakrętem, a dźwięk silnika ucichł w oddali — była tu całkowicie sama!

„Nie, to się nie dzieje” — pomyślała stanowczo, wciąż stojąc w tym samym miejscu na środku pustej leśnej drogi. — „To mi się znowu tylko śni… na pewno! Za chwilę się obudzę.”

Jako że nie miała najbledszego pojęcia, ani gdzie jest, ani dokąd ma iść, ani co powinna teraz zrobić, odruchowo ruszyła po prostu dalej przed siebie, w stronę, w którą odjechał autobus-widmo. Oczywiście nie było tu ani śladu przystanku, znów, jak w poprzednim śnie ze Stefanem dała się nabrać jak dziecko, wszak nocny autobus kursujący z rynku w miasteczku do samego środka lasu był zwyczajnie bytem niemożliwym. Wiedziała zresztą o tym, a i tak znów dała się złapać… no, ale cóż, tak to już we śnie bywa. Co prawda tych szalonych snów było ostatnio aż za dużo, ale w sumie co w tym dziwnego? Od kilku dni była tak przemęczona i znerwicowana, że jej umysł produkował nadmiarowo takie właśnie wizje. Powinna wreszcie porządnie się wyspać, wypocząć i uspokoić nerwy, a wtedy głupie sny same się skończą. A póki co trudno, nie ma co panikować, wystarczy, że będzie tak szła przed siebie tą leśną drogą ze snu, aż w końcu się obudzi. Kiedyś przecież musi się obudzić.

Jej oczy coraz bardziej przyzwyczajały się do ciemności, widziała zatem nieco więcej, choć i tak niewiele. Wigilijna noc była mroźna i bezksiężycowa, dokładnie taka jak tamta, o której opowiadał Stefan… jak noc tragicznej śmierci leśnika! Wzdrygnęła się mimo woli. Co prawda to był tylko sen, ale nawet we śnie lepiej o takich rzeczach nie myśleć, tym bardziej, że… zaraz, co on wtedy powiedział?

To się powtórzy. Powtórzy się już niebawem, czasu jest bardzo mało, do Wigilii zostało tylko kilka dni…

Dochodziła właśnie do wielkiego zakrętu, za którym kilka minut temu zniknął autobus. Może za tym załomem dostrzeże go jeszcze w oddali? Nie, jednak nie, ani śladu, wszędzie wokół ciemność i cisza zakłócana jedynie ponurym stukaniem wielkich gałęzi drzew nad głową. Jak dobrze, że ubrała się tak ciepło! W tych solidnych ubraniach przynajmniej się nie przeziębi. Nota bene czy to nie dziwne, że we śnie można tak realistycznie odczuwać szczypanie mrozu na policzkach?

Ciekawe dokąd prowadzi ta droga?

Tam jest taki duży zakręt między świerkami…

Zatrzymała się jak wryta, czując, jak serce gwałtownie podchodzi jej do gardła. Rozejrzała się raz jeszcze. Zakręt. Gęstwina drzew i krzewów, niewątpliwie liściastych, jednak na górze, ponad nimi — ewidentnie świerki! Wysokie, potężne, z ostrymi czubkami odcinającymi się na tle ciemnego, ale jednak nieco jaśniejszego od nich nieba… A jeśli to nie był tylko zbieg okoliczności?

Zaraz po tym, jak minęli ten zakręt, usłyszeli z tyłu jakiś dziwny, głuchy hałas, jakby stukot albo tętent koni połączony ze zgrzytaniem stali…

Stop! Czy tylko jej się zdawało, czy z tyłu, ze strony, z której przyszła, dobiegał jakiś niewyraźny hałas? Niemożliwe, to musiała być autosugestia albo jakiś kolejny senny zwid, tym razem dźwiękowy. A jednak słyszała to! Słyszała wręcz coraz wyraźniej, co prawda z całą pewnością nie był to tętent koni, brzmiało to raczej jak dźwięk piły łańcuchowej, ewentualnie wycie silnika samochodu jadącego na wysokich obrotach, ale — było!

Wystraszona już teraz nie na żarty, cofnęła się w panice o kilka kroków, przypominając sobie natychmiast opowieść Stefana o spłoszonych koniach. Musiały zbliżać się strasznie szybko i wypaść zza zakrętu jak torpeda, skoro leśnik ledwo zdążył uratować ukochaną, a sam już nie miał szans.

To się powtórzy. Powtórzy się już niebawem…

Absurd… Jednak, nawet jeśli to był tylko sen, nie mogła ryzykować! A jeśli nie był? Tym bardziej że dziwny dźwięk narastał, teraz już wyraźnie przypominał odgłos pracującego silnika spalinowego… Co robić?! Spanikowana dziewczyna miała teraz w głowie tylko jeden pomysł — natychmiast zejść z tej drogi! Cokolwiek wydawało ten dźwięk, zbliżało się tu, dlatego, jeśli nie chciała podzielić losu panny i leśnika, pod żadnym pozorem nie mogła znaleźć się na jego trajektorii!

Niewiele myśląc, zeskoczyła z drogi na zaśnieżone pobocze zawalone pokrytymi śniegiem stosami zeschłych liści. Odniosła przy tym wrażenie, że czarna przestrzeń za zakrętem rozświetla się lekko i migocze, jakby rzeczywiście zbliżał się tamtędy jakiś oświetlony pojazd.

„Jeszcze głębiej, pod te drzewa!” — pomyślała w panice. — „Muszę schować się za jakiś pień!”

Brnąc z trudem po nierównym, przykrytym śniegiem runie leśnym, dotarła do jednego z wielkich świerków rosnących na samym zakręcie, w miejscu, z którego prawie dałoby się spojrzeć w głąb drogi — wystarczyłoby podejść z drugiej strony pnia i rozsunąć trochę gałęzie rosnących gęsto w tym miejscu krzaków. Hałas silnika, który ewidentnie pracował na bardzo wysokich obrotach, narastał i przybliżał się z każdą sekundą, podobnie jak świetlna, ruchoma poświata, która coraz wyraźniej rozjaśniała gałęzie i pnie okolicznych drzew. Edyta nie miała już wątpliwości — coś tu jechało i był to najprawdopodobniej samochód, bo cóż innego mogłoby wydawać taki dźwięk?

Wiedziona niepohamowanym pragnieniem sprawdzenia, z czym ma do czynienia, niczym wojownik pragnący rozpoznać niebezpieczeństwo, któremu ma stawić czoła, rozsunęła gałęzie i spojrzała w głąb drogi. W jednej chwili wszystkie włosy stanęły jej dęba na głowie, a po całym ciele przebiegł zimny dreszcz… Z oddali, widoczne na tle całkowicie ciemnej ściany lasu, zbliżały się ku niej dwa silne, oślepiająco jasne punkty świetlne — dokładnie takie same jak w koszmarach, które śniły jej się regularnie od lat! Z początku, z racji odległości, miała wrażenie, że poruszają się niezbyt szybko, jednak im były bliżej, tym zdawały się nabierać większej prędkości, a towarzyszący im wciąż narastający ryk silnika potęgował wrażenie grozy oraz znane jej ze snu poczucie, że za chwilę stanie się coś strasznego.

Było to tak przerażające, że dziewczyna, choć schowana bezpiecznie za krzakami i pniem wielkiego świerku, poczuła nagłą, nieprzyjemną niemoc we wszystkich mięśniach, jakby ze strachu chwycił ją paraliż. Czy właśnie tak czuła się tamta panna, kiedy prosto na nią pędziły spłoszone konie? Stojąc na środku drogi, widziała przed sobą tylko dwa niezidentyfikowane, zbliżające się ku niej z zawrotną szybkością punkty świetlne… Punkty, które w rzeczywistości były zawieszonymi po obu stronach powozu lampami, lecz skąd mogła o tym wiedzieć? W ciemnościach widziała tylko te światła.

Światła wigilijnej nocy… światła niosące nieszczęście!

Edyta patrzyła w zbliżające się światła szeroko otwartymi oczami, ze świadomością, że jeśli to, co nadciągało, skręci w te krzaki, żeby ją staranować, ona, choćby miała czas na reakcję, i tak nie zrobi nic, ponieważ zwyczajnie nie da rady się poruszyć. Hałas tymczasem wciąż narastał, stawał się coraz głośniejszy, wściekły, nieznośny… Światła zbliżały się teraz tak szybko, że nie widać już było wokół nic innego, ani skrawka ciemności, jedynie ich oślepiający blask, który rósł i przybliżał się w każdym ułamku sekundy. Znieruchomiała za pniem świerka, przerażona dziewczyna nie miała już teraz wątpliwości, że pędzą prosto, prościuteńko na nią.

— Nie! — szepnęła z trwogą, mając tylko tyle siły, by przycisnąć policzek do szorstkiej kory drzewa. — Proszę… nie!…

Dlaczego nie mogła się obudzić?! Przecież zawsze, właśnie w tym krytycznym momencie, budziła się z koszmaru! Tymczasem on wciąż trwał… A jeśli to nie był sen?!

Kiedy światła były już tak blisko, że zdawało się, że zaraz ją pochłoną, Edyta po prostu zamknęła oczy, z całych sił zaciskając powieki z nieznanym sobie dotąd poczuciem rezygnacji i pogodzenia się ze swoim losem. Nie myślała o niczym… nie miała żalu o nic… do nikogo… Ani do tajemniczej kobiety, która przywiozła ją tu niemożliwym autobusem, ani do Stefana, który rozpętał cały ten bieg zdarzeń, ani nawet do siebie, że tak łatwo dała się w to wciągnąć. Po prostu czekała, aż to się stanie. Niech się wreszcie stanie i niech się skończy! Skoro i tak było nieuniknione…

Światło przedzierające się przez powieki narosło do granicy wytrzymałości, po czym nagle, ku jej zdumieniu, zgasło, tak jakby zniknęło, albo ją minęło. Hałas jednak nie przycichł ani trochę, wręcz wzmógł się, po czym nagle, oprócz wycia silnika, powietrze przeciął jeszcze inny, tym razem piskliwy dźwięk jakby gwałtownego, rozpaczliwego hamowania, a kilka ułamków sekundy później całość zwieńczył potworny, rozsadzający uszy huk połączony z dźwiękiem rozsypującego się tłuczonego szkła. I dopiero wtedy zapadła cisza… cisza i ciemność.

Oszołomiona Edyta tkwiła jeszcze przez kilkanaście sekund w tej samej pozycji, z policzkiem przyciśniętym do pnia wielkiego świerku i mocno zaciśniętymi powiekami, nie mając pewności, czy na pewno jeszcze żyje. Ale chyba żyła, a to coś, które miało ją zabić, zniknęło jeszcze szybciej, niż się pojawiło… sądząc po tym huku, najpewniej eksplodowało gdzieś tam, kilka metrów dalej, tuż za zakrętem. Co to, u diabła, było?

Ciekawość bywa silniejsza niż strach, zaś powrót pierwotnej ciszy i ciemności zadziałały na dziewczynę na tyle uspokajająco, że w jej zdrętwiałe mięśnie powolutku zaczęła napływać energia, przywracając im zdolność ruchu. Oderwała twarz od pnia i otworzyła oczy, mrugając szybko powiekami, by przystosować oślepiony wcześniej światłem wzrok do nowych warunków. Poprzez gałęzie drzew i krzewów rosnących przy samym załomie drogi dostrzegła coś dziwnego — znów były to dwa światełka, ale tym razem o wiele słabsze, przytłumione i w kolorze żywoczerwonym. Podeszła zatem dwa kroki bliżej i rozsunęła gałązki krzaków, konstatując, że owe dwa czerwone punkty znajdowały się już nie na drodze, a w krzakach poza nią, na przedłużeniu zakrętu po jej przeciwnej stronie. Co to mogło być?

Przyzwyczajające się z powrotem do ciemności oczy dostrzegały coraz więcej szczegółów, aż nagle Edyta zrozumiała — obiektem emitującym podwójne czerwone światełka był samochód, który, wpadłszy w poślizg na zalegającej pod śniegiem warstwie lodu, nie zdołał wziąć ostrego zakrętu i wypadł z drogi, zatrzymując się wśród drzew i krzaków. Wyjaśniało to ów przeraźliwy dźwięk gwałtownego hamowania, który słyszała przed minutą, a następujący po nim ogłuszający huk świadczył niezbicie o tym, że auto uderzyło w coś twardego, niewątpliwie w drzewo. Czerwone światełka były tylnymi reflektorami samochodu, przednie nie świeciły się już, zapewne rozerwane siłą uderzenia.

Lecz co z kierowcą i jego ewentualnymi pasażerami? Panująca wokół głucha cisza nie wróżyła dobrze… Tknięta tą myślą Edyta podskoczyła i wybiegła zza krzaków na drogę, zmierzając pośpiesznie ku rozbitemu autu, które stało przekrzywione na bok, teraz już w wyraźnych oparach dymu wydobywającego się spod roztrzaskanej maski.

Tam przecież byli ludzie! A przynajmniej jeden człowiek, kierowca!

Ty musisz go uratować, Edyto…

„Boże!” — pomyślała, zatrzymując się na moment jak wryta na środku zakrętu. — „To o to im chodziło! Muszę uratować tego kierowcę! To po to mnie tu sprowadzili! Uratować tego człowieka… Tylko jak? Nie umiem… I czy on w ogóle jeszcze żyje?”

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.