E-book
19.11
drukowana A5
40.28
drukowana A5
Kolorowa
70.91
Światełko nadziei

Bezpłatny fragment - Światełko nadziei

Objętość:
313 str.
ISBN:
978-83-8189-035-9
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 40.28
drukowana A5
Kolorowa
za 70.91

Słowo od Autorki

Kiedy zaczęłam pisać tę książkę, był rok 2006, a ja byłam po przełomowych dla mnie przejściach. Właśnie w tym roku podjęłam ostateczną decyzję o intensywnej pracy nad sobą, nad własnym rozwojem, nad realizacją własnych marzeń i celów.

W książce znajdziecie, Drogie Czytelniczki, opis wielu sytuacji, które miały miejsce naprawdę. Wiele bohaterów powstało na bazie osób, które znałam w tamtym czasie. Tym bardziej, przez wzgląd na te autentyczne elementy mojej powieści, jest ona dla mnie bardzo ważna. Jak powiedziała jedna z bliskich mi Kobiet — to fragment mojej przeszłości, zapisany na kartach, uchroniony od zapomnienia.

Naturalnie, nie wszystkie sytuacje są autentyczne! Jednak osoby, które znały mnie w tamtych czasach, na pewno odnajdą w niektórych bohaterkach mnie, a może i siebie, a także w historii — tę prawdę, która miała miejsce, i tę fikcję, która ma uatrakcyjniać powieść.

Oddaję Wam, Kochane, ponad 300 stron romansu, połączonego z erotykiem. Nie jest to książka dla każdego, jeśli jednak czytacie teraz moje słowa, oznacza to, że jesteście gotowe zajrzeć do tego magnetycznego świata, stworzonego przeze mnie.

Mam nadzieję, że książka ta pozwoli Wam oderwać się od codzienności choć na chwilę i pomoże Wam spojrzeć na swoje życie z dystansem. Jeśli chcecie podzielić się ze mną swoimi wrażenia, piszcie proszę na kobietawharmonii@gmail.com.

Joanna Paczkowska-Szczygieł

Bohaterowie książki

19 lipca — poniedziałek

***

— Dobra, Dalia, uciekaj już — Karolina delikatnym, chociaż stanowczym, ruchem odsunęła od siebie przyjaciółkę, którą ściskała przez długi czas w swoich ramionach.

Tak samo kiedyś ją samą trzymała w objęciach matka, gdy przychodziła do niej ze swoimi, wówczas poważnymi, dziś śmiesznymi, problemami. Uśmiechnęła się szeroko do Dalii.

— Zaraz będę miała pacjenta — skierowała się w stronę swojego biurka i chwyciła w dłoń dużą kopertę, z której wychylał się plik kartek. — To te testy plam atramentowych, o które prosiłaś.

Sama czasem stosowała tę metodę ze swoimi pacjentami, by przybliżyć sobie ich osobowość, wiedziała jednak, że Dalia, umysł raczej kombinujący i idealistka, poszukiwała wciąż kolejnych sposobów szybkiego powrotu do zdrowia jej własnych pacjentów, cierpiących na depresję, która, zdawałoby się, jej samej nie była obojętna.

— Dziękuję, Karola — Dalia uśmiechnęła się delikatnie, chociaż Karolina widziała, że jej ciemnowłosa przyjaciółka wcale nie miała na to ochoty.

Dalia, od tamtego tragicznego dnia przed kilkoma miesiącami codziennie wyglądała na zmęczoną i przytłoczoną życiem tak bardzo, że każdy gest, mogący świadczyć o tym, iż poczuła się lepiej, był ponad jej siły. Kąciki oczu opadły, jakby żyjąc w symbiozie z kącikami jej ust, które kiedyś bez ustanku rozciągały się w uśmiechu. Niegdyś gładkie czoło teraz pokrywała delikatna bruzda, dodająca lat tej przecież młodej, zaledwie dwudziestosześcioletniej kobiety.

Na nic zdało się to, że sporadycznie uśmiechem maskowała swoje prawdziwe emocje, kotłujące się w niej w walce, potem opadające bez sił, ponieważ Karolina, doskonała psychoterapeutka, widziała wszystkie uczucia szwagierki w jej czasem brązowych, czasem z zielonym pobłyskiem oczach. Usta rozciągały się w uśmiechu, a oczy wciąż przykrywała smutna poświata.

— Nie myśl już o tym — szepnęła, kładąc dłoń na ramieniu przybyłej. — Musisz żyć. My wszyscy musimy. Czasu nie da się niestety cofnąć.

— Wiem, Karolina — Dalia zmarszczyła brwi, jakby próbowała powstrzymać eksplozję własnych emocji. — Wiem to wszystko. Teoretycznie. W końcu też chodziłam na wykłady profesor Nowaszek — ponownie założyła maskę uśmiechu na wspomnienie czasów studenckich.

Tamten okres, kiedy poznała swoją przyjaciółkę, był jednym z najpiękniejszych czasów w jej życiu. Od razu przypadły sobie do gustu, jakby znały się już kiedyś, w jakimś innym życiu, w innym wymiarze. Przez innych na pierwszy rzut oka uznawane były za siostry, mimo że włosy Karoliny przypominały rozjaśnione przez intensywne promienie słońca zboże, a Dalii — dojrzałe, jesienne kasztany, lecz dopiero po chwili bacznego przyglądania się im można było zauważyć znaczące różnice. Te, które sprawiały, że stawały się one odrębnymi istotami, z zupełnie innymi temperamentami.

Wtedy cieszyły się beztroską każdego dnia, nic nie było na tyle straszne czy trudne, by nie mogły pokonać pojawiających się przeszkód. Wtedy z radością witały nowe promienie słońca, oznaczające kolejny, szczęśliwy dzień.

— Tylko wiesz… — ciągnęła Dalia, spoglądając w jasne, wiosenne oczy Karoliny. — Dziś mam sesję z pacjentką z depresją… po stracie męża… — głos lekko się jej załamał, lecz nie poddała się tym emocjom, które, niczym gruby pas, zacieśniały się na jej gardle. — Nie potrafię pomóc komuś innemu, kiedy sama czuję się źle… — palące łzy zwyciężyły i spłynęły po jej wychudłych ostatnimi czasy policzkach.

— Kochanie… — Karolina ponownie objęła przyjaciółkę. — Idź do domu, połóż się. I nie myśl póki co o swoich pacjentach. Do pracy masz jeszcze trochę godzin. A potem, jak już wreszcie będziesz musiała stawić czoła emocjom tej kobiety, po prostu nie utożsamiaj się z jej problemem. Tak będzie łatwiej. Tak zawsze jest łatwiej. Ok?

— Ok… — Dalia wyjęła z torebki paczkę chusteczek i wytarła nos. — W każdym razie postaram się.

— Myślę, że zrobiłaś sobie zbyt krótkie wakacje po… po tamtym. Mam wrażenie, że jeszcze się nie pozbierałaś. Przydałoby ci się trochę więcej wolnego.

— Powinnam właśnie czymś się zająć. Powinnam skupić myśli na czymś innym. Może właśnie na pacjentach… Tak, zabiorę się po prostu do pracy.

— Tylko nie przesadź w drugą stronę — upomniała ją Karolina, która zdołała już otrząsnąć się z tragedii, mimo że dotyczyła jej w równym stopniu co Dalię. Karolina jednak zawsze była tą twardszą, co jedynie dodawało jej profesjonalizmu w zawodzie psychoterapeutki.

— Jasne — Dalia spojrzała na plik kartek z testem Rorschacha. — Dzięki jeszcze raz za te testy. Muszę je zrobić tej pacjentce dzisiejszego popołudnia.

Karolina patrzyła na nią z troską. Była przekonana, że Dalia powinna wziąć sobie jeszcze kilka dni urlopu, jednak wiedziała, że nie było to możliwe w najbliższym czasie. Zbyt wielu pacjentów zapisało się na wizyty i trzeba było je odbyć. Postanowiła jednak, że kiedy tylko w pracy zrobi się luźniej, namówi Dalię na kilka dni odpoczynku, najlepiej razem z mężem Karoliny i ich synkiem. Obecność chrześniaka na pewno dobrze jej zrobi. Może jakieś jezioro? Będzie musiała porządnie się nad tym zastanowić.

— Pamiętaj — dystans wobec problemów innych — Karolina podsumowała swoje myśli.

— Tak, pamiętam — Dalia uśmiechnęła się delikatnie, cmoknęła przyjaciółkę w policzek i skierowała się do drzwi.

Z chęcią zostałaby u przyjaciółki, pogadała z nią, wyżaliła się, jak kiedyś, w czasach studenckich, kiedy żadna z nich nie miała zobowiązań wobec nikogo i kiedy ich problemy były tak małej rangi, że teraz nie było sensu nawet o nich wspominać, a jednak zawsze rozmowa z Karoliną przynosiła jej ulgę. Patrzyła wtedy na świat zupełnie inaczej. Z drugiej jednak strony wiedziała, że nie mogła obciążać szwagierki także i swoimi problemami, które wszak były po części jej własnymi.

Kiedy stanęła przed drzwiami i położyła dłoń na klamce, odwróciła się jeszcze w stronę Karoliny.

— Powiedz mi, jak ty to robisz, że nie wpadłaś po tym w depresję? — szepnęła i zmarszczyła brwi, bo do tej pory, od czasu, kiedy przed pięcioma miesiącami ich życie zostało odwrócone do góry nogami, nigdy nie zastanawiała się nad tą kwestią.

— Po prostu żyję… Nie odwracam się do przeszłości… Nie jestem w stanie jej zmienić. Jedyne, co mogę zrobić, to żyć. Dla mojego syna i męża. I dla siebie.

Te kilka słów zupełnie wystarczyły Dalii, by utwierdziła się w przekonaniu, że nie wyjdzie zbyt szybko z depresji. Nie potrafiła oddzielić przeszłości od teraźniejszości. Łączyła je jakaś ektoplazma, materializująca się w jej snach i wspomnieniach, bolesne ciało, które przy zbytnim naciąganiu, raniło jej duszę, nie pozwalając na rozdzielenie. Męczyła się z tym, ale ból był zbyt intensywny, by pozwoliła na przerwanie tej linii. Wciąż wspominała, nie tylko swojego męża, ale także ojca i matkę, choć wiedziała, że to i tak niczego nie zmieni. Spuściła głowę i z impetem otworzyła drzwi.

***

Mariusz położył dłoń na klamce gabinetu. Robił to już tyle razy, że w pewnym sensie te spotkania z drzwiami gabinetu jego psychoterapeutów, ten zimny pocałunek metalu, składany na wnętrzu jego dłoni, stał się rytuałem. Stał przez chwilę, zastanawiając się, czy wejść, czy poczekać na wezwanie, z gabinetu nie dochodziły jednak żadne znaczące dźwięki, zdecydował się zatem otworzyć drzwi.

W tym samym momencie poczuł na swoim ciele inne ciało, wpadające na niego z impetem. Wszystko odbyło się, jakby ktoś próbował zatrzymać czas. Czas diametralnie zwolnił. Dwie głowy zderzyły się, niczym ciała bokserów na ringu, od razu zatem poczuł ostry ból w skroni. Mocno zacisnął powieki, jednak, w odruchu jakiejś wyuczonej pomocy i dobroci, chwycił to bezwładne ciało, chroniąc je przed upadkiem.

— Przepraszam… — szepnął, unosząc powieki.

Wpatrywały się w niego duże, okrągłe oczy, których kolor zmieniał się z sekundy na sekundę. Raz ciemniały brązem, raz jaśniały zielenią, ale cały czas były to najbardziej błyszczące oczy, jakie kiedykolwiek widział. Natychmiast poczuł dreszcz przebiegający po jego ciele, który nie ustał nawet w momencie, kiedy kobieta odsunęła się od niego i z przepraszającym uśmiechem oddaliła się.
Obejrzał się jeszcze za nią, zanim wszedł do środka. Miała na sobie kremową satynową bluzkę, delikatnie przylegającą do ciała, idealnie podkreślającą jej kasztanowe włosy, oraz czarną spódnicę zatrzymującą się tuż przed kolanami, również obejmującą jej sylwetkę. Wyglądała raczej na załamaną, a mimo to bił od niej jakiś blask. Zaczął się zastanawiać, z jakim problemem pojawiła się u terapeutki, do której i on się zapisał. Podejrzewał, że trapiło ją to samo, co jego — przeciągająca się depresja.

— Zapraszam — usłyszał nagle ciepły, ale żywy głos psychoterapeutki.

Wszedł wolno do gabinetu, pomalowanego na jasny kolor liści, wyglądającego zupełnie inaczej, niż się spodziewał. Już wtedy, gdy wszedł do małego budynku, zauważył, że nie przypominał on tradycyjnych medycznych punktów. Wszędzie dominowały stonowane odcienie tęczy, nie było miejsca na biel. Nastawiło go to od razu bardziej optymistycznie, choć nadal nie widział większych szans na poprawę własnego nastroju.

— Dzień dobry — przywitał się i usiadł na miejscu, które wskazała mu kobieta.

— Dzień dobry. Mogę prosić o pana imię i nazwisko? — zapytała, zaglądając do notatnika.

— Mariusz Jaworski.

Psychoterapeutka usiadła na drugiej sofie, stojącej przy stoliku z przezroczystym blatem, i położyła na nim swój notatnik, w którym zawsze zapisywała informacje na temat nowych pacjentów.

— Słucham pana, z czym ma pan problem? — spojrzała na niego i zapytała z lekkim uśmiechem.

— Nie mam siły już żyć… — mężczyzna zaczął od razu. — Nie potrafię już poradzić sobie ze wszystkimi problemami, jakie się pojawiły w moim życiu.

— Widzę, że co jakiś czas zmienia pan psychoterapeutów — przeczytała ankietę, którą pacjenci dostawali do wypełnienia, zanim wchodzili do gabinetu po raz pierwszy. — Brał pan kiedykolwiek leki na depresję?

— Nie…

— Nie, dlatego, że pan nie chciał, czy dlatego, że nie pojawiły się wcześniej takie problemy?

Mariusz przez moment przyglądał się kobiecie. Jej falowane włosy, przypominające ozłocone słońcem zboże, przykuwały uwagę nie mniej niż błyszczące intensywną radością trawiaste, kocie oczy. Nigdy nie spotkał takiej terapeutki. Jej ubiór, stanowiący mieszankę stylów, po części mógł zdradzać jej zmienny i porywczy charakter, tego już jednak nie był pewien. W każdym razie polubił tę młodą, podejrzewał, że jeszcze niedoświadczoną, psychoterapeutkę.

Zastanowił się nad jej pytaniem. Miał problemy, zawsze miał jakieś problemy. Jego życie przecież było jednym wielkim problemem. Ale nigdy nie upadł tak nisko. Powiedział jej o tym, ona jednak zmarszczyła lekko brwi, jakby w geście delikatnego protestu.

— Więc co takiego się stało, że postanowił pan zasięgnąć porady u specjalisty? — zapytała z ciekawością.

— Mówiłem już, nie mogę sobie poradzić z sobą — jego głos był spokojny, stonowany, jakby obawiał się, że poprzez tonację ujawni większą część siebie.

— Czyli z czym dokładnie? — drążyła temat. — W jakiej dziedzinie życia ma pan największe problemy?

— Moja rodzina… Brak pracy… — odpowiedział po chwili wahania, stwierdzając, że skoro już zdecydował się tu przyjść, to powinien coś o sobie powiedzieć. — Widzę teraz wyraźnie, że jestem zerem. Nic mi w życiu nie wychodzi…

— Jakie problemy ma pan z rodziną? — świadomie zignorowała tekst o byciu zerem.

— Takie, że nie mam tak naprawdę rodziny. Te osoby, które mieszkają ze mną, nie są moją prawdziwą rodziną.

— Mówi pan o adopcji?

— O adopcji mentalnej — lekki uśmiech rozchylił jego usta.

— Co pan czuje do swoich rodziców?

— Niechęć… Czasem obojętność… A dziś? Dziś ich nienawidzę — spojrzał buńczucznie w zielone oczy psychoterapeutki.

— Dlaczego dziś akurat nienawiść?

— Nie mogę patrzeć na mojego ojca — spuścił głowę i zacisnął pięści, gdy przypomniał sobie ten ranek, kiedy oskarżono go o zaniedbanie w pracy, która została mu powierzona.

Ojciec zakomunikował mu dzisiejszego ranka, że ma się pojawić w wydawnictwie, ich rodzinnej firmie, bo potrzebują jego pomocy. Zrobił to, wchodząc do jego pokoju o ósmej rano, kiedy Mariusz jeszcze spał i miał zupełnie inne plany na dzień.

— Póki cię żywimy, powinieneś być do naszej dyspozycji — powiedział mu wtedy starszy mężczyzna, patrząc twardo na swoje jedyne dziecko.

— Zaplanowałem już coś — odezwał się tylko.

— Ja też mam plany. Wyżywić tą rodzinę, Mariusz — rzekł i zamknął za sobą drzwi.

Mariusz leżał jeszcze chwilę w łóżku, po czym wstał, umył się i wyszedł z domu. Przez cały ten czas, do godziny swojego spotkania z psychoterapeutką, błąkał się po mieście. Była godzina jedenasta, a on miał nadzieję, że nie złamie się i nie pojedzie do wydawnictwa swojego ojca.

— Nie szanuje mnie — rzekł po namyśle terapeutce. — Nie traktuje, jak syna, więc dlaczego ja mam traktować go, jak ojca? No i jeszcze nie mogę znaleźć pracy… — skrzywił się.

— Ma pan jakiś zawód?

— Tak, skończyłem anglistykę — uniósł jedną brew, wypowiadając te słowa ze sceptycyzmem. — Ojciec ma mi za złe, że do tej pory jestem na ich garnuszku… Mam dwadzieścia sześć lat i mieszkam z rodzicami. Porażka — schował głowę w dłonie. — Nie mam ochoty już tak żyć.

— Z takim wykształceniem nie musi pan mieć problemów ze znalezieniem pracy. Robił pan coś w tym kierunku?

— Tak — spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. — Wysłałem tyle cv, że już nie wiem, ile ich było.

— Ktoś się odezwał?

— Jak widać, nie. Widocznie nie jestem dostatecznie dobry.

Karolina po raz kolejny już zmarszczyła brwi. Powoli dochodziła do wniosku, że najlepszym sposobem dla tego mężczyzny będą tabletki, które wyprowadziłyby go przede wszystkim z depresji, bez wątpienia powodującej u niego głębokie zmniejszenie pewności siebie. Wydawał się jej inteligentnym człowiekiem, który załamał się pod wpływem piętrzących się problemów z rodzicami oraz brakiem samodzielności, a leki pomogłyby mu spojrzeć na otoczenie nieco inaczej. Wtedy łatwiej by było z nim porozmawiać na temat jego przyszłości.

— Wiem, że dla mnie najlepsze byłoby, gdybym się usamodzielnił — lustrował dokładnie twarz psychoterapeutki. — Nie musi mi pani tego mówić. Przyszedłem tu po to, by ktoś pomógł mi wyjść z depresji. Z każdym dniem jest coraz gorzej… Jak tak dalej pójdzie… zniknę z tego świata…

— Mogę zaproponować panu tabletki… — zaczęła Karolina, ale Mariusz jej przerwał.

— Nie chcę tabletek.

— Bez nich nie poradzi pan sobie na tym etapie — upierała się.

— Jeśli mi pani nie pomoże, to faktycznie sobie nie poradzę.

— Nie jestem cudotwórcą.

— Ma pani na myśli Boga? — uśmiechnął się cynicznie. — Boga nie ma. Nie wiedziała pani o tym?

— To, czy wierzę w Boga, czy nie, jest raczej moją indywidualną sprawą, która nie ma tutaj znaczenia — ucięła Karolina, stwierdzając, iż pacjent ten nie będzie należał do łatwych. — Proponuję panu stabilizatory nastroju. Jest to najczęściej lit połączony z lekiem przeciwdrgawkowym.

Mariusz spojrzał na nią sceptycznie.

— Powiedziałem już, że nie chcę leków — rzekł.

— Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego — spokojnie wytrzymała jego twardy wzrok.

— Nie działają — odpowiedział po prostu.

— Przecież pan żadnych nie stosował, więc skąd pan może wiedzieć? — zdziwiła się.

— Żadne tabletki na mnie nie działają — uśmiechnął się delikatnie.

— To nie znaczy, że nadal nie będą i że akurat te nie zadziałają — rzekła, po czym zabrała się za dalsze tłumaczenie mu sposobów leczenia. — Jeśli te leki jednak nie zadziałają, można podjąć próbę eksperymentalną z innymi lekami.

Mariusz lekko się roześmiał, co zbiło nieco z tropu Karolinę, nie dała jednak tego po sobie poznać.

— Chce mnie pani wiecznie faszerować lekami? — zmarszczył brwi, zaniepokojony i zniechęcony tą wizytą. — Jeśli tak, mogłem od razu pójść do psychiatry, żeby coś mi przepisał.

— Dobrze — zgodziła się z godnością. — Jest jeszcze inny sposób.

— Słucham, z chęcią się dowiem — uśmiechnął się, cała ta sytuacja zaczęła w końcu go bawić.

— Dieta — Karolina też się uśmiechnęła.

— Dieta… — uniósł sceptycznie brew. — Jaka dieta?

— Bogata w oleje ryb, zwłaszcza łososia i makreli, oraz w olej lniany.

— Aha — powiedział tylko, nadal nie do końca będąc przekonanym, co do słuszności stosowania takiej diety.

— Są jednak skutki uboczne — dodała.

— A jednak! — zawołał, ale nawet ten ton głosu był cichy i spokojny.

— Może pan cierpieć na niestrawność, fakt, że przemijającą. Są jednak dodatkowe tego zalety. Dieta taka zapobiega artretyzmowi i chorobie niedokrwiennej serca.

— Nie boję się takich chorób — stwierdził Mariusz.

Karolina jedynie uniosła brwi ze zdziwieniem i zaczęła zapisywać coś w notesie, w którym robiła krótkie notatki w ciągu całej rozmowy.

— I do jakiego pani wniosku doszła po rozmowie ze mną? — zapytał nadal, lekko się uśmiechając.

— Że pan sam nie chce tak naprawdę z tego wyjść — uniosła na niego spojrzenie.

Mariusz wpatrywał się w nią przez chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie spodziewał się tego. Nie po tym, co działo się ostatnio w jego życiu. Nie miał już siły żyć tak monotonnie, jak do tej pory. Potrzebował jakiegoś bodźca do wyjścia z depresji i po to właśnie tu przyszedł, tymczasem psychoterapeutka, która miała mu w tym pomóc, zaproponowała mu tabletki. One na nic się zdawały. Wiedział to, bo widział, co działo się z jego babcią. Brała leki i często czuła się jeszcze gorzej, zupełnie odrywała się od świata. Czasem nawet myślał, że lepiej by dla niej było, gdyby umarła. Nie cierpiałaby przynajmniej tak, jak teraz.

— Myli się pani. Chcę wyjść z tego. Widocznie nie widzi pani, jak bardzo… — westchnął z rezygnacją.

— Może zatem opowie mi pan o sobie coś, czego jeszcze nie wiem — zaproponowała cichym głosem.

***

— Cholerny deszcz… — szepnął Mariusz tamtego przedpołudnia przed dwoma laty, patrząc przez okno.

Schował dłonie do kieszeni swoich niebieskich jeans’ów i odwrócił się do pomieszczenia, o którym choć na chwilę chciał zapomnieć. Wszystko wyglądało tak samo. Te same biurka z ciemnego drewna, te same kwiaty, tylko trochę większe i dłuższe. Wszystko to samo od wielu lat. Nawet ludzie ciągle ci sami. Przy kilku biurkach siedzieli, pracujący odkąd pamiętał, pracownicy jego ojca. Jedynie komputery zmieniają się wraz z unowocześnieniami.

Mariusz miał chwilami wrażenie, że czas się tu zatrzymał.

— Nigdy nie lubiłeś października — odezwała się jego matka, uśmiechając się do niego, lecz Mariusz zmarszczył brwi.

Czyżby w jej głosie wyczuł ironię? Może po prostu mu się tylko wydawało. Tylko dlaczego miałaby być dla niego miła? Za wzór zawsze stawiała mu swojego męża, zatem nie mógłby wyczuć w jej głosie niczego przyjemnego. Patrzył, jak brała plik kartek, zadrukowanych tego dnia i przesłanych z drukarni.

Nie… Na pewno nie wydawało mu się. To musiała być ironia…

— Sprawdziłeś pocztę? — zapytał ojciec, który wszedł właśnie do pokoju i zabrał się do przeglądania listów, wydrukowanych przez Mariusza przed kilkoma minutami.

— Jak widzisz — odpowiedział i rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, byle tylko zabić wlekący się czas i przetrwać do godziny siedemnastej.

Ojciec spojrzał na niego znad okularów, o czym Mariusz wiedział doskonale. Wszystko jednak wydawało się być wykonane.

Ciszę tę przerwało ciche wtargnięcie młodej dziewczyny do pokoju.

— Szefie, dzwoni ten wydawca z Ottawy — odezwała się, na co mężczyzna zareagował żywo.

— Już idę — odłożył listy, po czym spojrzał na syna. — Odpowiedz na listy od początkujących. Wiesz, co pisać — dodał i znikł.

Wiedział, co pisać. Jego ojciec nie bawił się w czytanie debiutanckich utworów młodych ludzi. Jeśli nie posiadało się jakiegoś utworu w druku i przynajmniej kilku tysięcy sprzedanych książek, w wydawnictwie jego ojca nie było czego szukać.

Kilkanaście minut później ojciec znowu wkroczył do pokoju, w którym Mariusz wciąż siedział przy komputerze, a za nim weszła jego żona. Mariusz spojrzał na nich znad monitora, ale nie odezwał się. Kątem oka podejrzał, jak matka brała posegregowane materiały i zaczęła rozmowę na ten temat z jedną z innych osób, siedzących przy komputerze. Ojciec natomiast stanął za synem i wpatrywał się w list, na szczęście ostatni, który został mu do napisania.

— Odebrałeś nową pocztę? — zapytał go.

— Odpowiadam na listy — powiedział z niechęcią. — To już ostatni — po wysłaniu e-mail’a, przeszedł do skrzynki odbiorczej. — Są nowe.

Poczuł na sobie spojrzenie ojca, kiedy wstawał z krzesła.

— Jak tam szukanie pracy? — zapytał ojciec, siadając na miejscu Mariusza, ten jednak skrzywił się, słysząc to pytanie.

— Dobrze wiesz, że wysłałem cv w różne miejsca — odpowiedział Mariusz, ale już czuł, jak usuwa mu się grunt pod nogami; nie cierpiał rozmów na ten temat.

— To wiem — powiedział ojciec niedbale. — Ale chyba nie zamierzasz spocząć teraz na laurach i czekać, aż ktoś łaskawie się odezwie? — posłał mu karcące spojrzenie, jakby Mariusz wciąż był dzieckiem.

— Rozglądam się za pracą i o tym też wiesz, bo masz w komputerze historię odwiedzanych stron.

Mariusz spojrzał na matkę, która nagle zamilkła i przysłuchiwała się potyczce słownej swojego męża i syna.

— I kiedy zamierzasz coś znaleźć? — zapytał ojciec.

— Daj spokój, Wiktor — odezwała się matka Mariusza. — Powtarzasz to codziennie.

— I jakoś efektów to nie daje — mężczyzna uniósł sceptycznie wzrok na swoją żonę. — Bo… — zerknął na syna — nie biorę pod uwagę tych kilku miesięcy nauki angielskiego w szkole, dawania korepetycji nieukom, albo pracy korespondencyjnej w tej twojej małej i ledwo znanej firmie, w której się zatrudniłeś.

Mariusz nic na to nie odpowiedział. Stwierdził, że nie będzie dyskutował z ojcem, który zawsze patrzył na niego, jak na nieudacznika. Wyszedł bez słowa z pomieszczenia, myśląc, czym by się zająć, by zapomnieć o tym niemiłym incydencie.

***

Dalia otarła oczy, zmierzając ku wyjściu szybkim krokiem. Rozmowa z Karoliną trochę ją uspokoiła, lecz, gdy tylko jej przyjaciółka znikała z oczu Dalii, ta natychmiast odczuwała ten sam strach przed samotnością.

— Dalia! — ktoś pociągnął ją za ramię tak, że obróciła się wokół własnej osi. — Dalia — usłyszała ponownie i wówczas musiała już spojrzeć w szare oczy pracodawcy.

— Cześć — odpowiedziała na zaczepkę, choć każdy zauważyłby, że wcale nie było jej spieszno do jakichkolwiek dyskusji.

— Witam — mężczyzna uśmiechnął się do niej tym swoim czarodziejskim uśmiechem. — Stało się coś, że aż tak ci się śpieszy?

— Stało się coś, że mnie zatrzymujesz? — uniosła brwi, nie wciągając się w jego uwodzicielską grę, którą stosował już od kilku miesięcy.

Mężczyzna jednak roześmiał się jedynie, oparł dłoń o framugę głównych drzwi poradni i wpatrywał się w Dalię wesołym spojrzeniem. Przeszło jej przez myśl, że pewnie każda inna kobieta, będąca na jej miejscu, z radością i zapewne próżnością przyjęłaby te zaloty. Ona jednak nie była każdą inną…

— Śpieszę się, Robert, więc do rzeczy — uśmiechnęła się, ale oboje doskonale wiedzieli, jak bardzo wymuszony był ten uśmiech.

Mężczyzna tymczasem otarł z jej policzka łzę, która zabłąkała się między pozostałymi, startymi chusteczką higieniczną.

— Robert… — poprosiła.

— Przyszedł dziś do mnie jeden z twoich pacjentów — zaczął i uśmiechnął się do niej, Dalia jednak zmarszczyła brwi. — Przyszedł porozmawiać o tobie.

To jeszcze bardziej zaintrygowało Dalię. Wpatrywała się w niego w napięciu, nie chcąc jakimkolwiek pytaniem okazać, jak bardzo była tym zaskoczona. Jej własna depresja ostatnio mogła zbytnio rzucać się w oczy pacjentom, tego była pewna.

— No, dobrze — Robert roześmiał się. — Przyszedł po leki, które mu przepisałaś w razie potrzeby. I zaczęliśmy sobie rozmawiać o tobie.

— I do jakiego wniosku doszliście? — ponownie uniosła sceptycznie brwi. — Swoją drogą, nie przypuszczałam, że z was, mężczyzn, tacy plotkarze — uśmiechnęła się.

— Masz dziś wisielczy humorek, co? — szepnął, zbliżając się do niej, ona tymczasem skrzyżowała ramiona na piersi i oparła się o drzwi wejściowe.

— Odsuń się od drzwi, bo ktoś cię w końcu staranuje. — objął ją i odsunął w bok.

— Dalia już zaliczyła zderzenie pierwszego stopnia chwilę temu — roześmiała się recepcjonistka.

Dalia przypomniała sobie czarne oczy mężczyzny, na którego wpadła, i zakręciło się jej w głowie. Takiej otchłani jeszcze nie widziała, tak magnetycznego mężczyzny dotąd nie spotkała…

— Ale wszystko w porządku? — zaniepokoił się Robert, oglądając Dalię z każdej strony.

— Robert — westchnęła. — Mam jeszcze coś do załatwienia, a nie zapominaj, że po południu mam wizyty swoich pacjentów.

— Pamiętam o tym — uśmiechnął się do niej. — Znam wasz grafik.

— No, dobrze, mistrzu, a teraz dokończ to, co masz mi do powiedzenia i pozwól wreszcie odejść — uśmiechnęła się delikatnie.

Robert posłał jej radosny uśmiech.

— Rozmawiałem o tobie z tym pacjentem — rzekł.

— To już wiem — przerwała. — Chciałabym jednak w końcu dowiedzieć się, do jakiego doszliście wniosku.

— Jest bardzo zadowolony z twojej pracy nad nim — dokończył Robert. — Powiedział mi, że polecił cię jego znajomy, którego też wyciągnęłaś z depresji. I nie zawiódł się — Robert puścił jej oczko. — Miło słyszeć takie opinie o pracownikach. Widać, masz do tego smykałkę — dodał.

Dalia uśmiechnęła się. No, tak… Miała. Jej ojciec w końcu kiedyś był czynnym psychologiem, a teraz prowadził badania nad chorymi na depresję.

— Dzięki za miłe słowa — wyciągnęła do niego dłoń. — Szkoda tylko, że szewc bez butów chodzi — uścisnęła jego wyciągniętą dłoń.

— Zawsze możesz zadzwonić do mnie — roześmiał się. — Masz wszystkie moje telefony i adres.

— Tak, wiem… Ty na pewno z chęcią byś mi pomógł… — szepnęła.

***

Dalia westchnęła i spojrzała na drzewa, bujające się lekko za oknem jej gabinetu. Krajobraz ten zawsze ją uspokajał w jakiś sposób od pierwszego dnia, kiedy weszła do tego pomieszczenia. Kilka młodych drzewek, rosnących wśród seledynowych traw, falujących na wietrze nieopodal jej okna, wiosną iskrzących bielą kwiatów, sprawiało, że przychodziła do pracy z przyjemnością nawet wtedy, gdy wiedziała, że czekało ją spotkanie z trudnym przypadkiem.

Pracować tutaj zaczęła od samego początku istnienia poradni, kiedy dwa lata temu skończyła studia i dostała propozycję współpracy z jednym ze znajomych męża Karoliny, psychiatrą. Robert otwierał nową poradnię zdrowia psychicznego i potrzebował dwóch psychologów lub psychoterapeutów do pomocy. Karolina poinformowała ją o tym pomyśle pod koniec studiów i od razu obie zdecydowały się wziąć udział w tym przedsięwzięciu.

Była wtedy taka szczęśliwa; tak szczęśliwa, jak w niewielu momentach w swoim życiu. Bez wahania przyjęła propozycję i od początku mocno zaangażowała się w tę pracę, choć chwilami czuła się przytłoczona problemami swoich pacjentów. Podzieliła się godzinami pracy w ciągu dnia z przyjaciółką, która również z entuzjazmem podeszła do oferty, i kiedy jedna pracowała do południa, druga przychodziła po południu. Mimo to czasem czuła się wykończona. To jednak było spełnieniem jej marzeń, a tak mało się ich spełniało.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 40.28
drukowana A5
Kolorowa
za 70.91