E-book
6.83
drukowana A5
39.21
Świat namalowany

Bezpłatny fragment - Świat namalowany

część 2

Objętość:
302 str.
ISBN:
978-83-8155-461-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 39.21

Prolog

Już pod koniec czwartego roku studiów Maja, Tomek i Sisi mogli czuć się całkiem, a nawet trochę bardziej niż całkiem, ustawieni zawodowo i materialnie. W każdym razie kilka lat wcześniej nie śniło im się o takim zawodowym i materialnym sukcesie.

Nie było tak, że ten sukces zawdzięczali jedynie samym sobie. Swoim nadzwyczajnym zdolnościom. Swojej nadzwyczajnej pracowitości. Swojemu nadzwyczajnemu szczęściu. Choć ich zdolności, pracowitość i szczęście miały w ich powodzeniu duże znaczenie. Ale był jeszcze jeden i chyba decydujący czynnik. Byli ludzie, którzy chcieli, umieli i mogli im pomóc. I pomogli.

W przypadku Sisi była to jej rodzina.

W przypadku Tomka też była to rodzina. I też rodzina Sisi. Bo prawie-prawie już do niej należał. Jako oficjalny narzeczony Sisi Giller.

W przypadku Mai takim człowiekiem opatrznościowym był nadal jej oddawny dobrodziej i mecenas, Robert Kruszyński.

Dzięki uczelnianemu stypendium Tomek trafił do de Belles Arts de Sant Jordi w Barcelonie. I znalazł się na jednym z jej najbardziej nowoczesnych i najświetniej prowadzonych wydziałów — grafiki komputerowej. Na tym wydziale nie robił tego, co lubił najbardziej. I nie uczył się tego, czego chciał się uczyć najbardziej. Ale za to zdobył kwalifikacje, które w jego późniejszym życiu pozwalały mu na robienie także i tego, co lubił najbardziej.

Po powrocie do Polski od razu trafił do pracowni architektonicznej kuzyna Sisi, „Ryszard Guttry i syn”. Od wielu lat znanej na rynku budowlanym. I wysoko na tym rynku cenionej. Tomek został jej — także wysoko cenionym — pracownikiem. Grafikiem komputerowym.

Nie musiał inwestować w nowe mieszkanie. Bo nadal mieszkał z mamą w ich starym, ale dostatecznie obszernym i dostatecznie wygodnym, aby nie odczuwać braku nowego. Nie musiał inwestować w pracownię. Mógł swobodnie korzystać z tej, którą dzielił z Sisi. A gdyby chciał, mógł równie swobodnie korzystać z pracowni, która dzielił z Mają. Zainwestował więc w srebrzystą Toyotę. Wprawdzie nie dziewiczą, ale bardzo przez poprzednią właścicielkę wypieszczoną. Tomek doposażył ją w modne bajery i dostosował do swojej niepełnosprawności. Toyocie nie brakowało więc niczego — poza garażem.

Sisi zaczęła od drobnych chałtur. Całe mnóstwo jej znajomych i znajomych znajomych miało coś do odnowienia, czyli odrestaurowania. Nie były to bardzo cenne lub bezcenne antyki, ale rzeczy bliskie sercu swoich właścicieli. Sisi była solidna, rzetelna i — jako niedokończony konserwator — niedroga. Klientów miała więc wielu.

Przy okazji tych renowacji i kontaktów z klientami zorientowała się, że powraca moda na posiadanie staroci. Zwłaszcza starych obrazów. Nie za bardzo starych, ale choćby przedwojennych. Tyle tylko, że poza nielicznymi kolekcjonerami z oszałamiającym kontem w euro, na stary obraz uznanego malarza, niewielu mogło sobie pozwolić. A jeśli nawet mogli, to większość obrazów większości uznanych Mistrzów nie była przecież na sprzedaż.

Kiedyś-kiedyś, na wiele lat przed narodzinami Sisi, na ścianach socjalistycznych mieszkań w socjalistycznych blokach wieszano tak zwane reprodukcje. Bardzo byle jakie od strony technicznej. Obecnie takie reprodukcje wyrzucano do śmieci. Bo stały się obciachowe. Ich miejsce zajęły kopie. Wcale nie byle jakie. Często wykonywane wedle prawideł i zasad najnowocześniejszej sztuki kserokopiarskiej. Dobra kopia zaczęła być w cenie, znaczeniu i poszukiwaniu. A już na pewno prawdziwa kopia. Czyli wykonana nie na najnowocześniejszej nawet maszynie, ale przez zdolnego malarza-kopistę.

Sisi zainwestowała więc swoje uciułania, wsparte portfelem taty, w wynajęcie mini-galerii. W tym samym domu, w którym mieściła się oddziedziczona przez nią niegdysiejsza pracownia Krzysztofa Michałowskiego. W tej mini-galerii można było nabyć kopie znanych obrazów, a także zamówić kopie ulubionych obrazów. Ale malowanych nie dawniej niż w XIX wieku. Bo żeby wykonać kopie starszych Mistrzów trzeba byłoby mieć odpowiednie materiały malarskie. Czasem bardzo trudne, a czasem niemożliwe do zdobycia. W każdym razie dla Sisi.

Sisi wyspecjalizowała się w martwych naturach: Jerzego Baurskiego, Olgi Boznańskiej i Meli Muter. Każda kopia „Martwej natury z gruszką”, „Tulipanów w kloszu” czy „Martwej natury z begonią” znikała w ciągu godziny od wystawienia. Kiedyś Sisi dostała zamówienie na „Martwą naturę z melonem” Józefa Mehoffera. Nabiedziła się bardzo. Całkiem jej nie szło. Bo miała straszną tremę. I brakowało jej wiary, że potrafi. Maja i Tomek wspierali ją jak mogli, ale też im nie szło.

Kiedyś i przypadkiem jeden z profesorów Sisi rzucił okiem na tę, jeszcze niedokończoną, kopię „Martwej natury z melonem”. I powiedział z leciutką, ale bardzo leciutką przekpinką, że Mehoffer wolałby pewnie Sisiną kopię od swojego oryginału. Bo wprowadzone przez nią — i obowiązkowe na kopii — drobne zmiany dodały obrazowi więcej wyrazistości i apetyczności.

Tomek wzbogacał galerię swojej dziewczyny niezbyt często, ale za to doskonałymi kopiami polskich marynistów. A Sisi, a jeszcze częściej Maja, myślały tak, jak ich profesor. Że kopie Tomka były nie tylko równie dobre jak oryginały, ale — czasem — ciutkę od nich lepsze.

Robert Kruszyński, po wywianowaniu swojej polskiej „Tani” w aptekę, rozstał się z nią i znalazł inną, nową „Tanię”. Ta studiowała polonistykę i marzyła o własnym wydawnictwie. E-bookowym. Pan Kruszyński spełnił marzenie nowej „Tani”. Postawił jeden warunek — że w tym wydawnictwie zatrudni Maję. Zatrudniła. Z wielkim dla swojego wydawnictwa pożytkiem. Maja wykonywała okładki do e-booków. Robiła to szybko, zmyślnie i terminowo. Zadowoleni byli więc wszyscy: autorzy e-booków, nowa „Tania” i Maja. Bo dla niej była to praca łatwa i lekka. Choć z powodu tej łatwizny niezbyt przyjemna. Oprócz tego dorabiała kopiami, sprzedawanymi w galerii Sisi. Kopiowała najczęściej Gierymskiego. Bo od lat wiedziała wszystko o jego warsztacie twórczym, o jego technikach i materiałach, jakich używał. Najbardziej bawiło ją — konieczne w profesjonalnym kopiowaniu — wprowadzaniu drobnych zmian w jego obrazach. Czyli poprawianie Gierymskiego.

Pan Kamil Bogatko, który miał co najmniej kilkadziesiąt sióstr, właścicielek gabinetów stomatologicznych oraz hurtownię stomatologicznego sprzętu i leków, też zamawiał u Mai sporo obrazów. Które miały ocieplać owe dentystyczne poczekalnie i stomatologiczne hurtownie. I te zamówienia Maja lubiła najbardziej. Bo pan Kamil Bogatko zostawiał jej całkowitą swobodę w wymyślaniu ocieplajacych dekoracji.

Zarobione pieniądze Maja przeznaczała głownie na dopieszczanie swojej pracowni. Lokal wciąż był opłacany przez pana Kruszyńskiego, bo umowa najmu obejmowała pięć lat. Ale Majkę byłoby już stać na płacenie czynszu. I było ją stać na wszelkie upiększenia i udogodnienia w mieszkaniu. Więc je robiła. I bardzo się tymi upiększeniami i udogodnieniami radowała. Bo zakładała, że zostanie w tym swoim gniazdku także po ukończeniu studiów. I nawet nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek mogłaby zamieszkać gdzie indziej.

Wszyscy troje mieli tak wiele zajęć i tak bardzo mało czasu na cokolwiek innego poza studiowaniem i zarabianiem pieniędzy, że spotykali się rzadko. l coraz rzadziej. To znaczy — Sisi i Tomek z Mają. Bo Sisi i Tomek nie tyle spotykali się, ile byli ze sobą na co dzień. A Maja często myślała, że także na co noc. Bo niby czemu mieliby nie być, skoro się kochali i skoro zaraz po ukończeniu studiów mieli wziąć ślub.

Tomek wpadał do pracowni Mai zawsze wtedy, kiedy potrzebowała jego rady albo pochwały. Przed zakupem nowego upiększenia lub udogodnienia potrzebowała rady. Po zakupie — pochwały. Potrzebowała też jego pochwał po namalowanego nowego obrazu. A Tomek chętnie i radził, i chwalił.

Czasem wpadali do Mai razem z Sisi. Najczęściej z czymś dobrym do zjedzenia, a upitraszonym przez mamę Tomka, albo mamę Sisi. Wtedy jedli razem te smakowitości. I cieszyli się i ze smakowitości, i z bycia razem.

Maja myślała, że tak będzie zawsze. Malowanie, zarabianie i od czasu do czasu spotkanie z Tomkiem, z Sisi, albo i z Tomkiem i z Sisi. Mniej więcej raz w tygodniu niby-randka z Jędrkiem Guttrym, który zabierał ją do kina, do teatru, na wystawę, na spacer, do kawiarni. A czasem na wycieczkę — do Kazimierza, Nałęczowa, Żelazowej Woli, Radziejowic, Nieborowa. Albo do Lasów Kabackich, do Puszczy Kampinoskiej lub do Nieporętu.

Jędrek Guttry był małomówny i wyczekujący. Ale bez większej nadziei na doczekanie tego, czego wyczekiwał. Choć Maja całkiem mu tej nadziei nie odbierała. Przyzwyczaiła się do jego ekstrawagancji w sposobie ubierania się i do braku jakiejkolwiek ekstrawagancji w zachowaniu. Ani jedno, ani drugie już jej nie przeszkadzało. Polubiła go takim, jakim był.

Raz na miesiąc pan Kamil Bogatko zapraszał Maję do restauracji. Zawsze innej, ale zawsze wielogwiazdkowej. W przeciwieństwie do Jędrka był wielomówny. Ale podobnie jak Jędrek był wyczekujący. Chyba jednak z nadzieją na doczekanie tego, czego wyczekiwał. Choć Maja nie utwierdzała go w tej nadziei.

Pan Robert Kruszyński odwiedził Maję w jej pracowni kilka razy. Od czasu do czasu telefonował. To znaczy — telefonowała w jego imieniu pani Danutka. Żeby się dowiedzieć czy wszystko o.k. Maja zapewniała, że wszystko bardziej niż o.k. Wiedziała, że pan Robert Kruszyński się z tego o.k cieszy.

I to było dobre życie. Ale mogło się zmienić. Na jeszcze lepsze. Lub na trochę gorsze. Albo na całkiem gorsze.

Rozdział 1

Przez cały dzień Maja myślała nad koncepcją wystroju kolejnej poczekalni w kolejnej przychodni stomatologicznej kolejnej siostry pana Kamila Bogatki. Nic jej jakoś nie przychodziło do głowy. W każdym razie nic, co byłoby inne od dotychczasowych koncepcji upiększeń i ociepleń miejsc, w których pacjenci oczekiwali na ekstrakcję zębów lub plombowanie próchniczych ubytków. Dopiero kiedy usiadła do wieczornej herbaty i grzanek z metką tatarską, oświeciło ją. A gdyby tak drewniane ramy obciągnięte cieniutką, niewidoczną siatką? A do tej siatki przyczepione kwiaty i liście? Wysuszone oczywiście. I może odrobinę, ale tylko odrobinę, podkolorowane? Żeby upodobnić je do takich, jakimi były za swojego przedzasuszonego życia? Nie dopiła herbaty, nie dojadła grzanki. Wzięła kawałek brystolu i naszkicowała kompozycję z dwóch mieczyków i łopianowego liścia. Wyglądało nieźle. Pokombinowała nad kolorem mieczyków. Żółte? Fioletowe? Różowe? Jakie by nie były — nie miała żadnych. I było za późno, aby iść do kwiaciarni. Zastanawiała się, czy w listopadzie w kwiaciarniach są jeszcze mieczyki. Chyba były przez cały rok. Ale tylko „chyba”.

Jej telefon komórkowy odegrał swoją melodyjkę. Fragmencik „Zimy” Vivaldiego. Bo tak zaprogramował go Tomek. Na pamiątkę pierwszego sprzedanego przez Maję obrazu. Tak właśnie zatytułowanego. I zainspirowanego tym utworem.

Telefonowała jej wioskowa ciocia. Siostra matki Mai.

— Twoja babcia nie żyje — powiedziała.

— Jak — nie żyje? — zdumiała się Maja.

Jak gdyby śmierć kogokolwiek musiała mieć jakieś uzasadnienie.

— Normalnie. Nie żyje. Umarła w nocy. Chyba w nocy. Bo znaleźliśmy ją w łóżku. W nocnej koszuli. Ale dopiero kilka godzin temu. Czyli po południu. Całkiem już ostygła.

Maję wciąż zdumiewała nie tylko nieoczekiwana nowina, ale i głos ciotki. Ciotka mówiła tonem pretensji. Chyba nie do śmierci. Raczej do Mai.

— Przecież na nic nie chorowała — powiedziała Maja.

Jakby ludzie na nic nie chorujący żyli wiecznie. Ciocia obruszyła się.

— No tak, ty wiesz najlepiej, czy chorowała i na co chorowała. Kiedyś ją ostatni raz widziała?

Maja zastanowiła się. Trzy tygodnie temu? Miesiąc temu? Jeszcze dawniej? Nie za często bywała u babci.

— Ale — powiedziała usprawiedliwiająco — była wtedy taka, jak zawsze. Nie mówiła…

Ciocia irytowała się coraz bardziej.

— A jakby ci powiedziała? To byś pomogła? Zaradziła? W czymkolwiek?

— No… — powiedziała Maja, choć wiedziała, że pewnie by nie pomogła i nie zaradziła.

— To chyba serce — powiedziała ciocia. — Zawsze miała słabe. A teraz wiek doszedł.

Maja nic nie powiedziała. Babcia rzeczywiście ciągle i od zawsze narzekała, że ją boli serce. I wypijała hektolitry waleriany. Ale Maja myślała, że każdą babcię boli serce. No, że babcie już tak mają. Bóle kości na deszcz. I bóle serca z byle powodu. I bóle w brzuchu, kiedy zjedzą fasolę.

— Zawiadomiłam twoją matkę — powiedziała ciocia. — Na pogrzeb przyjedzie.

Mówiąc o matce Mai wszyscy jej kuzyni zawsze dodawali zaimek twoja. wymawiając go w szczególny, pogardliwy sposób. Maja nie wiedziała skąd ta pogarda. Oni chyba też nie wiedzieli. Ale tak się przyjęło. Żeby mówić o tej kobiecie z niechęcią. I pogardą.

Po tej rozmowie Maja nie mogła w żaden sposób rozeznać się we własnych uczuciach. Nie wiedziała nawet czy boli ją utrata babci. Była do babci przywiązana. Ale czy ją kochała? I czy babcia kochała Maję? Babcia na pewno nigdy wnuczki nie skrzywdziła. I na pewno zawsze życzyła jej dobrze. Ale czy to była miłość? Może taka, na jaką babcię było stać. W stosunku do takiej wnuczki. Po takiej córce.

Ale babcia, może i niekochana, może i niekochająca, ale była. Od zawsze. Jedyna osoba, która zawsze była w życiu Mai. A teraz miało jej nie być. Maja poczuła się pierwszy raz w życiu samotna. Gorzej — całkiem sama. Czy można być całkiem samą na świecie?

Zdała sobie sprawę, że nie chce być całkiem sama. I że istnienie babci ją od tego bycia całkiem samą chroniło. Bo był jakiś jej dom. I była jakaś jej babcia. Było coś i był ktoś, jakieś miejsce i jakaś osoba, które były jej własne. Teraz tego miejsca i tej osoby zabrakło.

Zatelefonowała do Tomka.

— Tak, Maju?

Zawsze ją tak witał. I zawsze wyczuwała w tym jego „tak, Maju?” serdeczność, sympatię i bliskość.

— Jesteś sam? Czy z Sisi?

— Jestem w domu. Czyli nie sam. Ale i nie z Sisi.

— Bardzo zajęty?

— No, dosyć. Ale mogę przestać być dosyć zajęty.

— Umarła moja babcia — powiedziała Maja. — Mógłbyś…

— Mógłbym — powiedział. — Będę za kwadrans.

Strasznie jej się ten kwadrans dłużył.

— Boję się — powiedziała, kiedy wszedł do pracowni.

Wciąż jeszcze ich wspólnej pracowni.

— Czego? — spytał.

— Że babcia tu przyjdzie.

— Jako duch?

Skinęła głową.

— I?

— No, nie wiem. Boję się, że przyjdzie ze swoimi żalami. Że nie było mnie przy niej, kiedy słabowała. Nie było mnie przy niej, kiedy umierała. A przecież powinnam być. U niej. Przy niej.

— Nie mówiłaś, że chorowała — powiedział Tomek.

— Bo nie wiedziałam. Rzadko u niej bywałam. A jak bywałam, to nawet nie pytałam jak się czuje. Wydawała mi się taka, jak zawsze. Stara, kwękająca. Ale żywa. Nigdy jakoś nie pomyślałam, że umrze. Po prostu była. I wydawało mi się, że zawsze będzie.

Skinął głową. Rozumiejąco.

— Byłaś dobrą wnuczką. Nie sprawiałaś jej kłopotów. Zresztą — nikomu i nigdy ich nie sprawiałaś. Babcia nie będzie cię straszyć po nocach. Nie jej się boisz. Boisz się swojego sumienia. Bo myślisz, że nie sprawianie kłopotów to za mało. Że powinnaś zrobić dla niej coś więcej.

— Może i tak. Ale się boję. Jej ducha. Albo swojego sumienia. W każdym razie nie chce być dziś sama.

— Zostanę — powiedział Tomek.

— Ale…

— Co „ale”?

Nie wiedziała co odpowiedzieć. Właściwie — wiedziała, ale nie chciała wymieniać imienia Sisi.

— Zrób herbatę — powiedział Tomek. — Ale taką prawdziwą. Nie torebkową. Masz coś do zjedzenia?

— Mam. Parówki. Sos paprykowy. I bekon. Mogę zawinąć parówki w bekon i podsmażyć. Mam też kartofle. I pieczywo. Świeże.

— Zrób parówki. Zjem z chlebem.

Kiedy krzątała się w swojej wypucowanej kuchence zrozumiała jak ogromna jest różnica pomiędzy przygotowywaniem posiłku dla samej siebie i dla kogoś drugiego. Zwłaszcza bliskiego. Że nawet smarowanie chleba masłem może sprawiać przyjemność. Nieporównywalną z innymi przyjemnościami.

Przypomniała sobie pobyt w Paryżu. Wtedy, robiąc kanapki, które zjadali z Tomkiem siedząc na ławce w Tuilleries lub w drodze do Giverny, albo przygotowując kolacje z gwoździa w ich hostelu, jakby już to przeczuwała. Teraz wiedziała na pewno. Zastanawiała się jedynie, czy lubi to robić wyłącznie dla Tomka? A gdyby na jego miejscu siedział Jędrek Guttry? Czy wtedy nie czułaby nic-a-nic z tej przyjemności?

Nie położyli się od razu. Ona na swojej sofie, udającej styl lat trzydziestych, obitej przez Sisi pluszem w kolorze ciemnej czekolady i obłożonej przez Maję poduszkami w najrozmaitszych odcieniach beżu. Tomek na rozkładanym fotelu, stanowiącym bliźniacze uzupełnienie sofy i ozdobionym serwetą udzierganą z kordonków w rozmaitych kolorach beżu.

Siedzieli nadal w kuchni i popijali herbatę z otulonego wywatowanym ocieplaczem imbryka. A potem pili wino. Ulubione przez Tomka David Moreno don Bildur Rioja z 2009 roku.

Podczas pobytu w Kazimierzu Maja kupiła kilka butelek tego wina z piwnic Marka Kondrata. Miały być prezentami dla Tomka. Z różnych okazji. Ale do Świąt było jeszcze trochę czasu. Postanowiła więc przeznaczyć je na ten wieczór.

Tomek podniósł kieliszek i patrzył pod światło, rozkoszując się barwą wina. Potem przybliżył kieliszek do nosa, aby rozkoszować się bukietem wina.

— Myślę — powiedział — że twoja babcia nie będzie cię straszyć. Ona cieszy się tobą. Że zdołałaś tak wiele osiągnąć. Że jesteś tym, kim jesteś. A nawet, że pijesz herbatę w jej najlepiej skomponowanej mieszance. Oraz to wyrafinowane w smaku wino. Nie bój się jej. Ciesz się razem z nią. Samą sobą.

— Nie wiem — odparła — czy babcia marzyła, abym piła mieszankę doskonałych herbat. I wino. Choćby o najpiękniejszym bukiecie. Chyba wolałaby mnie widzieć przy kubku zwyczajnej herbaty, ale w porządnej kuchni, w porządnym domu, z porządnym mężem i dwójką zdrowych, pyzatych dzieci.

— Jeśli nie marzyła o tym tu, na ziemi, to teraz tam, w niebie już wie, że powinna była o tym marzyć.

Maja wciąż nie była przekonana.

— A powinna?

— A nie powinna? Czego ci jeszcze brak? Porządnego mieszkania? Porządnego męża? Dwójki pyzatych dzieci?

— Myślę — powiedziała Maja — że brakuje mi ciebie.

— Mnie? W jakiej roli? Porządnego męża? Ojca tej pyzatej dwójki?

Maja westchnęła. Bo właśnie tego wciąż nie wiedziała.

— Brakuje mnie ciebie takiego, jakim byłeś w Paryżu. I w Petersburgu.

Uśmiechnął się.

— Ależ Majka! Mieliśmy wtedy po -naście lat. Jak długo można być ze sobą i dla siebie w taki i tylko taki sposób?

— A gdybym była normalną dziewczyną? I gdybyśmy wyrośli z -nastoletności? Byłoby inaczej? Mogłoby być inaczej?

Zdumiało ją, że nie zawahał się z odpowiedzią.

— Na pewno byłoby inaczej. I być może siedzielibyśmy teraz może jeszcze nie z dwójką pyzatych dzieci, ale z jednym prawie na pewno.

— A Sisi?

— Co — Sisi?

— Nie zakochałbyś się w niej?

— Gdybyśmy byli ze sobą? Ty i ja? Tak na poważnie? No, to pewnie bym się nie zakochał. Bo kochałbym ciebie. A ją tylko bardzo lubił. I serdecznie się z nią przyjaźnił.

— Zakochałeś się w niej, bo nie pozwalałam ci zakochać się w sobie?

— No, nie pozwalałaś. Wiedziałem, że gdybym zakochał się w tobie to byłoby tak, jakbym pokochał dziewczynę, która chce iść do zakonu. Są wtedy dwa wyjścia. Albo zakochać się w innej dziewczynie, która na pewno nie chce iść do zakonu. Albo samemu zostać zakonnikiem.

— A gdybym teraz znormalniała?

— A znormalniałaś?

Pokręciła głową.

— Wciąż jeszcze nie. I obawiam się, że tak już pozostanie. Tyle, że kiedyś tego za bardzo nie żałowałam. A teraz bardzo żałuję. I chyba z czasem będę żałowała coraz bardziej i bardziej. Najbardziej, że nie mogłam mieć ciebie.

— Też bardzo żałowałem, że nie mogłem mieć ciebie — powiedział Tomek.

— A teraz?

Tym razem zastanawiał się, co odpowiedzieć.

— Nie wiem — odrzekł szczerze. — Chyba bałbym się, że nie dam rady uporać się z twoimi urazami. I chyba nie dałbym rady.

— No tak! — powiedziała z goryczą. — A z urazami Sisi? Dajesz sobie radę?

Zdziwił się.

— O jakich urazach mówisz?

— O jej zakochaniu. Poprzednim. To już całkiem byłe zakochanie?

Tomek nalał sobie jeszcze jeden kieliszek wina..

— Rzadko chyba wiążemy się na całe życie ze swoją pierwszą miłością. A jeśli nawet, to potem okazuje się, że nie była to nasza ostatnia miłość. Sisi kochała przede mną innego mężczyznę. Ja też kochałem się w tobie. Z różnych powodów nie dane nam było skonsumować tych swoich pierwszych miłości. Ale to nie znaczy, że nie byliśmy zdolni do innych miłości. W tym tej, która nas połączyła. Mnie i Sisi.

— Bardzo ją kochasz?

— Tak. Bardzo ja kocham. Sisi jest bardzo łatwa do kochania. I

Maja westchnęła.

— Tak — przyznała. — Sisi jest właśnie taka. I ty taki jesteś. Łatwy do kochania.  Dobraliście się.

— A co z tobą? Jędrek na pewno ci nie pasuje?

Zastanawiała się.

— Coraz bardziej go lubię. Ale nie wiem, czy to jest moja druga połówka. Gdybym wiedziała, poprosiłabym jego, a nie ciebie, żeby był ze mną tej nocy.

Kiedy Tomek zasnął, Maja długo wsłuchiwała się w jego spokojny, równy oddech. Bardzo chciała przytulić się do niego. Poczuć ciepło jego ciała. I zapach jego ciała. Ale czy chciała czegoś jeszcze? Zdała sobie sprawę, że nie chciała. I rozpłakała się z żalu, że nie chce.

Rozdział 2

Tomek chciał jechać z Mają na pogrzeb jej babci. Ale wyobraziła sobie sensację, jaką by wzbudzili: ona, on i jego srebrzysta Toyota. Wypasiony wóz, kulawy chłopak i Majka w czarnej polarowej pelerynie z kapturem. Zamiast najnormalniejszego płaszcza. Najlepiej z futrzanym kołnierzem. Ostatecznie pikowanej kurtki.

Już od kilku lat budziła niezbyt życzliwe zaciekawienie każdym swoim pojawieniem się na wsi. Bo choć nie chciała się wyróżniać ani swoim wyglądem, ani zachowaniem, mimo to się wyróżniała. Niby nie było w tym nic szczególnego, bo zawsze uważano ją za dziwadło. Ale wraz z upływem czasu ta jej odstawalność od wioskowej wspólnoty coraz bardziej i bardziej się pogłębiała. Maja nie chciała tego, ale i nie umiała zmienić.

W babcinej chałupie siedziały wszystkie babcine dzieci. Córki lamentowały. Maja wiedziała, że lament jest obowiązkowy i że powinna się do lamentu przyłączyć. Ale oczy miała całkiem suche.

Mężczyźni pili wódkę pod nóżki w galarecie i kiszone ogórki. Te ogórki zrobiła babcia. Bardzo je teraz wychwalano. Że takich dobrych ogórków już nikt nigdy nie zrobi.

Kiedy Maja weszła do chałupy, nalano jej wódki. I podsunięto ogórek.. Wypiła, zagryzła. Wódka jej nie smakowała. Ogórek bardzo. Bo babcia rzeczywiście robiła pyszne ogórki. Twarde, jędrne, pachnące koprem i czosnkiem.

Zza stołu podniosła się kobieta, której Maja w pierwszej chwili nie poznała. Dopiero potem. To była jej matka. Tyle, że bardzo zmieniona. Otyła, zapuszczona. Babcia powiedziałaby — całkiem zmarnowana.

Obie — i Maja, i jaj matka — nie wiedziały co powinny powiedzieć. Choć wszyscy byli bardzo ciekawi, co powiedzą. Nic nie powiedziały. Matka uściskała córkę, ale bez radości czy wylewności. Od czasu, kiedy dwunastoletnia Maja wpadła w oko i do łóżka swego tureckiego ojczyma, matka miała do niej żal. Niby niczym nieuzasadniony. Ale żale nie muszą mieć uzasadnienia.

Na pogrzeb przyszła cała wieś. Nie dlatego, że babcia była szczególnie lubiana. Przyszli, bo była z i c h wsi. Czyli swojaczka. A swojaków wypadało pożegnać. I zobaczyć, jak dzieci swojaczki przyszykowały pogrzeb. Porządnie? Czy byle jak? Przyszli też, bo chcieli zobaczyć matkę Mai. Co też się z niej porobiło w tych Niemcachza tym Turkiem. Zobaczyli, że źle się porobiło. Za to z Mai-Kukułeczki porobiła się pani całą gębą. Aż trudno było uwierzyć, że takie coś ulęgło się z takiej byle matki i takiego byle ojca.

Maja była ciekawa, czy jej ojciec jest na pogrzebie. Teoretycznie powinien być. Bo przecież nie tylko babciny sąsiad, ale i jakaś tam dla nieboszczki woda po kisielu. Dziadek Mai był jego wujem. Więc woda nawet nie taka odległa. Ale jeśli był, to go nie zobaczyła. I żałowała, że go nie zobaczyła. Nie dlatego, że chciała go zobaczyć. Chciała, żeby on zobaczył ją. Kiedy przez ostatnie lata przyjeżdżała do babci, mijała go czasem na drodze. Lub widziała jak kręcił się po swoim podwórku.

Kiedyś, dawno temu, odwracał się na jej widok. Żeby nie spojrzeć na swojego bękarta. Ale ostatnio wydawał się jakby troszkę swoim bękartem zaciekawiony. Ale nigdy nie zagadał. To Maja mówiła: „dzień dobry”. On co najwyżej coś odmrukiwał. Ale już bez dawnej niechęci.

Ludzie mówili, że z żoną żyje bardziej niż źle. Nie dlatego, że on pił, a po pijaku ją bijał. Choć tak bywało. Gorzej, że ona piła, a po pijaku rwała się do demolowania domu i męża.

Dzieci im się nie udały. Najstarszy syn trafił do poprawczaka. Niby nic takiego; ukradł coś na budowie. Ale sędzia się uwziął. Po poprawczaku chłopak był już całkiem do niczego. Nie pracował, rozrabiał. Wałkoń i furiat. Strach było wejść mu w drogę. Jedna córka była na urodzie bardzo niewydarzona, a z charakteru bardzo złośliwa. Chłopaki omijali ją z daleka. Na zabawie podpierała ściany. Wiadomo było — taka męża nie znajdzie. Druga znalazła męża, ale na krótko. Ożenił się, ale zaraz potem uciekł z inną. A ona została z dzieckiem, wprawdzie jak najbardziej ślubnym, ale całkiem głupim. Miało skośne oczy, śliniło się, nie mówiło tylko bełkotało. Lekarze mówili: mongoł. Ale skąd by się wziął Mongoł we wsi? Podejrzewano już raczej Chińczyka, który miał fabrykę w pobliskim miasteczku. Tyle, że ten Chińczyk głupi nie był. Rozumu miał więcej niż ktokolwiek w powiecie.

Pewnie ojciec Mai zastanawiał się czasem, czy nie lepiej było jednak ożenić się z jej matką. I mieć córkę i całkiem niebrzydką, i w dodatku artystkę.

Po pogrzebie rodzina urządziła stypę. Nie pożałowali jadła i napicia. A kiedy ludzie się najedli, napili i rozeszli do domów, została sama rodzina. I doszło do najważniejszej rozmowy. Jak podzielić babciny dobytek. Niby niewiele było do dzielenia. Chałupa stara, dla nikogo nie łakoma. Tyle, co na drewno po rozbiórce. Ale był plac. Nie za wielki, ale nowy dom dałoby się postawić. I jeszcze zostałaby działeczka pod ogródek. Jeden z babcinych wnuków akurat się żenił. I działka jak najbardziej przydałaby mu się pod dom. Pospierali się, ile innym za tę działkę powinien zapłacić, żeby nie było niczyjej krzywdy. Suma do dzielenia nie była duża, ale przecież o sprawiedliwość chodziło, a nie o sumę. W tej sprawiedliwości nie uwzględniono mamy Mai. Niby wiedziano, że w Niemcach jej się nie przelewa i że Turek skąpy, ale mimo wszystko mama Mai miała euro. Czyli na złotówkach by się nie wzbogaciła. Mama Mai zezłościła się i nie chciała darować złotówek. Jazgotali wszyscy.

Maja siedziała w kątku. Nic nie mówiła. Bo było jej wszystko jedno co ustalą, co zrobią z chałupą i działką. Wiedziała — jest tu ostatni raz w życiu. A jeśli kiedyś tu przyjedzie, to tylko do Pani Artystki.

Kiedy rodzina przestała na chwilę jazgotać zapytała, czy może zabrać babcinego kota i szklaną kulę z Wieżą Eiffla, w której — po potrząśnięciu- sypał się niby-śnieg. Bo to była pamiątka, którą przywiozła babci z Paryża. I którą babcia bardzo lubiła.

O kota nie robiono sprawy. Po co komu babciny kot. Szklaną kulę oglądano na wszystkie strony. Choć przecież widywano ją codziennie. Ale nagle wszystkim bardzo się spodobała. Ale pozwolili ją Mai zabrać. Niech Kukułka ma pamiątkę po babci.

Maja nie chciała nocować w chałupie. Zaprosiła mamę do siebie. Mama ucieszyła się z tego zaproszenia. Bo też nie chciała nocować w chałupie. No i ciekawa była, jak córce się w mieście żyje. Pojechały ostatnim autobusem. Potem — już nocnym, warszawskim — na Marszałkowską.

Mama oniemiała na widok pracowni. Nie powiedziała, że mały pokój, mała kuchnia, mała łazienka. Tylko, że wszystko piękne. I meble. No i tyle obrazów.

— A ja nie mam ani jednego — powiedziała z żalem i wyrzutem. — U nas gołe ściany.

— No to niech mama sobie wybierze.

Była ciekawa, które obrazy się mamie się najbardziej spodobają. Podobały jej się wszystkie. Wybrała cztery. W tym jeden malowany przez Sisi, ale Maja nie sprostowała, że nie wyszedł spod jej pędzla.

— Dużo sprzedajesz? — spytała mama. — Pewnie dużo, bo piękne. Ogromnie piękne.

— Sporo — powiedziała Maja. — Na szczęście mam stałe zamówienia. Pracy mi nie brakuje.

Mama zapytała wprost, czy z takiej sprzedaży są duże pieniądze.

— Nie bieduję — powiedziała Maja.

— A ja — rozżaliła się mama — wciąż cudze brudy wycieram. Choć krzyż mnie coraz bardziej i bardziej boli. I kolana. Ale co zrobić? Ten mój niby ze sklepu nieźle ciągnie, ale wszystko do banku zanosi. Na dom daje ledwo-ledwo. Tyle, co by na jedzenie starczyło.

— A na co zbiera? — spytała Maja.

— Dzieci chce kształcić. Chłopaka na lekarza. Dziewuchę przeznacza do sklepu. Tego swojego. Żeby go po nim przejęła. Ale sklep powiększyć chce. Żeby nie był imigrancki. Tylko normalny. Niemiecki.

— A co na to dzieci? — spytała Maja.

Matka wzruszyła ramionami.

— One nic na to. Liczą, że tatuś umrze, a one z banku pieniądze wyciągną i urządzą sobie życie po swojemu.

Rano zatelefonował najpierw Tomek, a potem Jędrek Guttry. Obaj pytali, czy Majka szczęśliwie wróciła do domu. I czy jej czego nie trzeba.

— Mam przyjechać? — spytał Tomek.

— Nie. Jest ze mną moja mama.

— Acha! — powiedział Tomek.

Jędrek spytał o to samo.

— Mam przyjechać?

— Nie. Jest ze mną moja mama.

— Acha!

Po tych dwóch rozmowach Maja zastanawiała się, przed którym z tych chłopaków bardziej by się swojej mamy wstydziła. Głupio jej było, że wstydzi się własnej matki. Ale nic na to nie mogła poradzić. Wstydziła się i już.

Zawsze słyszała, że matka to matka. I jaka by nie była, zawsze dla dziecka najbliższa na świecie. Zaraz po Panu Bogu. A Maja tego nie czuła. Żadnej bliskości. Mama była dla niej bardziej obca od Pani Artystki, od mamy Tomka, od Sisi, a nawet od pani Danutki. I nie sądziła, aby kiedykolwiek ona i jej mama mogły się do siebie zbliżyć. Albo polubić. Choćby odrobinkę.

Mama wyjechała po dwóch dniach. Mai wydawało się, że wypada mamę zatrzymywać. Więc powiedziała:

— Niech mama zostanie jeszcze trochę. Odpocznie sobie.

Mama pokręciła głową.

— Odpocznę dopiero po śmierci. A na razie muszę wracać. Dziewuchę zostawiłam u znajomych. Ale jak ta bezbożna świnia wyniucha, gdzie ona jest, to zaraz sprowadzi ją do domu. Myślisz, że tylko ty mu zasmakowałaś? Cipka własnej córki tak samo go kusi. Z oka nie mogę spuścić.

Maja omal nie zwymiotowała.

— Co tobie? — przestraszyła się mama.

— Przypomniałam sobie — odpowiedziała Maja.

I spytała:

— Jak możesz to znieść? Powinnaś pójść na policję. Za takie rzeczy w Niemczech wsadzają do więzienia.

Mama westchnęła.

— Ze sprzątania nie wyżyję. A sklepu nie dam rady poprowadzić. Na interesy za durna jestem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 39.21