E-book
8.19
drukowana A5
37.82
Świat namalowany

Bezpłatny fragment - Świat namalowany

część 1

Objętość:
235 str.
ISBN:
978-83-8126-815-8
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 37.82

Rozdział 1

Nie była dzieckiem niechcianym. Przed poczęciem była nawet podwójnie chciana. Bo — po pierwsze — jej matka chciała sypiać z pewnym chłopakiem, który jej się bardzo-bardzo podobał. Po drugie — ciąża była atutem, który mógł na tym chłopaku wymusić deklarację ożenku. Tak już bowiem było, że bez zajścia wiejskie chłopaki bardzo się od ślubu migali.

Ten jednak migał się i wtedy, kiedy dziewczyna zaszła. A nawet migał się jeszcze mocniej niż przed jej zajściem. I nic na to miganie się nie pomagało. Ani łzy dziewczyny, ani nalegania jej rodziców, ani perswazje przywołanego na pomoc księdza proboszcza, ani namowy sołtysa, opite postawionym chłopakowi litrem czystej.

No i wtedy stała się dzieckiem niechcianym. Ale jeszcze nie całkiem niechcianym. Bo jej matka miała wątłą, ale wciąż jeszcze nadzieję, że chłopak, który jej się tak bardzo-bardzo podobał zmięknie, kiedy na własne oczy zobaczy owoc swojego z nią sypiania.

Kiedy nie tylko nie zmiękł, ale w ogóle obejrzenia i uznania owocu odmówił, stała się całkiem niechciana. Z każdym dniem bardziej i bardziej. Nie tylko przez ojca, ale i przez matkę. A właściwie nie było już nikogo, kto by ją chciał.

Ale skoro była, no to trzeba ją było ochrzcić. Bez wielkich ceregieli, po cichu, w pustym kościele. Chrzestnymi zostali brat matki i bratowa. Bez z ich strony ochoty, ale odmówić posługi nie mogli. Bo odmawiając kumowania ściąga się nieszczęście. Na dzieciaka, ale — co o wiele ważniejsze — na odmawiającego.

Babcia dziewuszki oglądała kiedyś w telewizji „Pszczółkę Maję”. Zapamiętała piosenkę śpiewaną przez Zbigniewa Wodeckiego. Więc kiedy urodziła się ta jej niechciana wnuczka zaproponowała, aby tak właśnie dano jej na imię.

Ksiądz nie chciał jednak ochrzcić dzieciaka imieniem pszczółki, choćby i najbardziej pracowitej i sprytnej. Więc w urzędzie stanu cywilnego zarejestrowano dziewczynkę jako Maję, a w kościelnej metryce chrztu jako Marię.

Ale na wsi nazywano ją Kukułką. Nikt jakoś o Mai czy Marii nie pamiętał. Bo kiedy położna zobaczyła nowonarodzoną dziewuszkę, powiedziała do jej matki:

— Chyba kukułka wam swoje jajo podrzuciła. Nie podobne toto ani do was, ani do ojca, ani nawet do sąsiadów.

Rzeczywiście, Maja była inna. Od swojej matki, od swojego ojca, no i od sąsiadów.

Rodzice i ich rodzeństwo — blondyni. Ona szatynka. I to z tych ciemniejszych.

Oni krępi, mocno zbudowani, krzepcy. Ona wiotka i smukła.

Oni weseli, hałaśliwi, rubaszni. Ona zamknięta w sobie, cicha, osobna.

Nie wiadomo w kogo się wdała.

Zachowywała się też dziwnie. Podczas kiedy inne dzieci biegały, harcowały, psociły, albo wpatrywały się w telewizor, ona rysowała patykiem po ziemi, lepiła coś z zasychającego błota, gliny lub mokrego piasku, wydzierała i wycinała z papieru. Nikt nie mógł pojąć co ona właściwie robi. A ponieważ długo nie umiała mówić więc nawet nie próbowano pytać. Powątpiewano, czy aby całkiem normalna.

Potem zaczęła mazać rozkrojonym jabłkiem na drewnianym płocie. Kiedy mazaje wysychały i znikały — płakała. Wzruszano ramionami na takie niepojęte mazgajstwo. Aż kiedyś znalazła długopis. I kawałek papieru. Narysowała wtedy nie wiadomo co, ale po raz pierwszy w życiu objaśniła: „mama”. Matka przyjrzała się rysunkowi. Był dziwaczny. Z podługowatego korpusu bez głowy Maja wyprowadziła dwie zaokrąglone kreski. Matka zapytała:

— To ręce?

A dziewczynka potaknęła.

Matka pomyślała, że mała nie jest całkiem głupia. Bo rzeczywiście dla niej matka to były przede wszystkim ręce. Rękoma ją ubierała, karmiła, podnosiła z ziemi, wycierała nos, a jak trzeba — dawała po tyłku. I dla Mai to właśnie matczyne ręce były najważniejsze.

Dała więc córce drugą kartkę i kazała narysować dziadka. Mała długo myślała. I potem znowu narysowała coś podługowatego i zaokrąglonego, a z tego wychodzące dwie kreski. Ale nie jak przedtem na boki lecz do dołu. Więc matka sama się domyśliła.

— Nogi?

A Maja-Kukułeczka skinęła ciemną główką.

Bo u dziadka widywała głównie nogi. Przychodzące do domu i z domu wychodzące. Czasem wystające spod kołdry.

— A babcia?

Mała tym razem bez zastanowienia nabazgrała tułów i cztery odnóża. No i słusznie. Bo babcia pracowała nieustannie dwoma rękoma, a na dwóch nogach nieustannie dreptała po domu i po obejściu.

Kiedy Maja miała cztery lata jej matka wyjechała na roboty do Niemiec. Jakoś się na tych robotach zasiedziała. Rok. Potem drugi i trzeci. W tym trzecim roku pobytu poznała Turka, ale z niemieckimi papierami. Więc prawie Niemca. Turek się z nią ożenił. Urodziła mu dwoje dzieci. Potem już się psuła, ale Turko-Niemiec o tym nie wiedział. I zachodził w głowę czemu jego żona już nie zachodzi.

O Mai sobie przypominała kilka razy do roku. Wysyłała wtedy trochę pieniędzy dziadkom, żeby mieli dla siebie i wnuczki. A na Boże Narodzenie — paczkę. Były w niej słodycze oraz kredki, farby i różnokolorowe mazaki. Bo od dziadków wiedziała, że jej córce wciąż tylko jedno w głowie — bazgranie.

Zaprosiła Maję do swojego niemieckiego domu kiedy dziewczynka miała dwanaście lat. Maja spodobała się turecko-niemieckiemu ojczymowi. Ale spodobała mu się o wiele za bardzo i matka musiała ją czym prędzej odesłać do Polski. Mai nie było przykro z tego powodu. Znienawidziła ojczyma. A jego lubienie uważała za obrzydliwą obrzydliwość. Najobrzydliwsza ze wszystkich obrzydliwości.

Kiedy dziadek umarł, zostały we dwie — Maja i babcia. Babcia nie była bardzo stara, ale spracowana, schorowana i niemrawa. Żyło się im nie najlepiej. Niebogato. Niewesoło. Z dnia na dzień. Aby do jutra.

W szkole Maja była przez inne dzieci tolerowana, bo nie wadziła nikomu. Spokojna, cicha i prawie niewidzialna. Nauczyciele ją lubili, bo nie sprawiała im kłopotów. Uczyła się jako tako, zeszyty miała czyściutkie, pismo staranne, lekcje odrobione. A ponadto była z niej i z nią wielka wygoda, bo na różne uroczyści robiła dekoracje. W klasie i w sali gimnastycznej. Podziwiano, że taka do tych dekoracji zmyślna.

Kiedyś przyjechała do szkoły inspektorka z kuratorium. Wpadła w zachwycenie i kazała sobie przedstawić autorkę dekoracji. Pytała Maję o różne rzeczy, a Maja bąkała coś w odpowiedzi, bo była bardzo nieśmiała i bardzo nierozmowna. I to właśnie od tej kuratorki dostała na koniec roku ogromne pudło z farbami olejnymi. I pędzle. Ale nie dostała ani papieru, ani płótna, na którym mogłaby tymi farbami i pędzlami malować.

Wieś, w której Maja przyszła na świat i mieszkała, była niewielka. Trzydzieści sześć gospodarstw i mniej niż sto pięćdziesiąt dusz. W tym sporo takich dusz, jak jej matka. Czasowo albo na stałe nieobecnych. Pracujących gdzieś w Polsce, albo gdzieś w Niemczech. Najczęściej na budowach. Czasem przy umarlakach, czyli niemieckich staruszkach.

Wieś nie była bardzo biedna, ale nie była bogata. Nie była też malownicza, a więc turystycznie atrakcyjna. Do najbliższej rzeczułki trzeba było iść piaszczystą drogą trzy kilometry. Wioskę otaczały pola żyta, owsa i kartofli. W pobliżu rosły sosnowo-krzewiaste zagajniki. Można w nich było zbierać jagody i borówki, a psom udawało się czasem ułowić zająca lub lisa.

Byłoby całkiem nudno, gdyby nie Pani z Warszawy.

Na wiele lat przed urodzeniem nie tylko Mai, ale i jej mamy, wtedy kiedy babcia była jeszcze młoda kobietą, przyjechała do wsi Pani z Warszawy. Chciała kupić opuszczone i całkiem zrujnowane siedlisko. Chylącą się do upadku starą chałupinę, stodołę pokrytą podziurawionym słomianym dachem i kilka komórek porośniętych bluszczem lub mchem, skleconych byle jak i z byle czego. W tych kleciach trzymano kiedyś kury, króliki, gołębie, drzewo i węgiel. W obejściu rosło kilka owocowych, ale z czasem całkiem zdziczałych drzew. Ale przede wszystkim krzaki i najrozmaitsze zielsko. Nikt nie mógł pojąć po co Pani z Warszawy taka ruina. I co z nią zrobi.

Ale ponieważ ją kupiła, miejscowi mieli przez lata mieli lepszą rozrywkę niż z telewizji. Pani z Warszawy zatrudniała swoich nowych sąsiadów, aby chałupinę przekształcili w dom, a obejście w ogród. Pani mówiła o nim tajemniczy ogród, co wprawdzie nikomu ze wsi z niczym się nie kojarzyło, ale brzmiało ładnie, bajkowo. Tak więc jedni mieli robotę, a inni widowisko.

Pani z Warszawy miała dwoje dorosłych dzieci. Artystów. Syn był malarzem. Niewiele w obejściu robił, ale lubił iść w pole albo do zagajnika ze szkicownikiem. Nie przeszkadzało mu, że ktoś patrzy jak rysuje. Więc patrzyli. Najpierw z daleka i ukrycia. Potem jawnie. Nie komentowali. Rysunki nie były takie, jakie chcieliby powiesić w swoich domach, ale nie były też pikassowate. Ogólnie biorąc — możliwe. Najbardziej lubili, kiedy Artysta był w dobrym humorze i wołał kogoś z obserwatorów, sadzał go na przeciwko siebie i rysował węglem jego portret. Potem ofiarowywał go modelowi. Ludzie wysoko sobie cenili te obrazy. Oprawiali je w ramy i stawiali na kredensie, albo w innym widocznym miejscu. Czasem wieszali na ścianie. Obok zdjęcia ślubnego i obrazu Matki Boskiej.

Babcia Mai-Kukułki też miała taki portret. Była na nim młoda, uśmiechnięta i ładna. Całkiem inna od tej babci, jaką znała Maja.

Córka pani z Warszawy też była artystką, ale nikt nie wiedział czym właściwie się zajmowała. Mówiono, że robi w filmie czy — przy filmie. I w teatrze. Lub — przy teatrze. W każdym razie musiała tam robić nie byle co, bo w niedzielę, a czasem już w sobotę przyjeżdżali do niej aktorzy, których znano z telewizji. Wielka to była uciecha dla wszystkich oglądać ich na żywo. Bo nikt przedtem nie widział żywego aktora. Można było potem rozmawiać i spierać się, kto podobny do tego widzianego na ekranie, a kto wcale a wcale nie podobny. I że jeden — choć taki sławny — jest całkiem miły i normalny, a drugi nie za bardzo. Nos ma do góry.

Po dwóch latach nikt by już nie powiedział, ani nie pomyślał, że obejście Pani z Warszawy było kiedyś całkiem opuszczone i zaniedbane. Stanął drewniany, całkiem porządny i wcale niemały dom z gankiem. A ogród był nie tyle tajemniczy, co malowniczy. Zwłaszcza wiosną, kiedy wszystko w nim kwitło. A kwiatów było mnóstwo. Najróżniejszych. Takich zwyczajnych jak stokrotki, niezabudki, irysy i malwy. I takich niezwyczajnych, jakich na wsi dotychczas nie widziano. I nawet nie znano ich nazw. Dom obrastał clematisami, był też klomb maków, ale nie normalnych, czerwonych, tylko pomarańczowych. Pani z Warszawy mówiła o nich — kalifornijskie. W tych makach niezwyczajne było to, że zakwitały już w maju, a kwitły do październikowych przymrozków. Bywało — liści na drzewach już nie ma, trawa pożółkła i rankami oszroniona zimnem, a maki wciąż kolorowe. Rozsiały się te maki po całej wsi. Ale nikt nie cudował. Wszyscy byli zadowoleni. Bo wieś dzięki tym makom kalifornijskim jakby poweselała. A jak kto o nią pytał, mówiono: „Łatwo poznać, bo cała w takich żółciuśkich makach”.

W ogrodzie Pani z Warszawy rosły truskawki, maliny i porzeczki. Ale i krzewy nieznanych we wsi borówek amerykańskich. Które miały owoce podobne do smorodiny, ale w smaku bardzo się od nich różniły. Na korzyść.

Były też cukinie. Na wsi nie wiedziano co to za cudactwo. W smaku mdłe, nijakie. Ale dzieci lubiły sobie te cukinie kopać. Jak piłkę. Więc niektórzy sadzili je w ogródku dla uciechy. Ci z Warszawy zaś te cukinie jadali i częstowali nimi gości. Jedna potrawa nazywała się leczo, ale na wsi się nie przyjęła. Za to placuszki z cukinii pomaleńku-pomaleńku zasmakowały. W każdym razie dla Mai były już czymś całkiem swojskim i całkiem smacznym.

Maja nie znała Pani z Warszawy. Urodziła się w wiele lat po jej śmierci. Czyli dopiero za Artystki. Tej od teatru i filmu. Babcia opowiadała, że Pani Artystka była kiedyś tak przepiękna, że wiejskie drzewa pochyliły się w stronę jej domu, aby na nią patrzeć. I Maja wierzyła w tą opowieść, bo akurat w jej obejściu i stareńka gruszka, i stareńka mirabelka istotnie przekrzywiły się w lewo. Czyli w stronę tajemniczego ogrodu.

Dla Mai był tajemniczy, choć nie znała ani książki tak właśnie zatytułowanej, ani w ogóle bajek. Bo nikt jej ich nie opowiadał, ani — tym bardziej — nie czytał. Ale jakoś przeczuwała tajemnicę. W niektórych ludziach, w niektórych rzeczach i niektórych miejscach. I ta tajemniczość zmuszała ją do rysowania. Odkrywania tajemnicy tego, co widziała. W ludziach i rzeczach. Roślinach. Świecie.

Kiedy Pani Artystki nie było w wiosce, babcia Mai chodziła do tajemniczego ogrodu, aby podlewać rosnące w nim kwiaty, wyrywać chwasty, pielić grządki truskawek. No i w ogóle — rzucać na wszystko okiem. Dostawała za to od Pani Artystki coś w rodzaju stałego wynagrodzenia. Niewielkiego, ale za to przez cały rok, czyli i wtedy, kiedy niczego nie musiała podlewać ani pielić. Maja zawsze jej towarzyszyła i zawsze pomagała. I zawsze, kiedy była w tym ogrodzie, czuła jego tajemniczość. Dlatego tak chętnie go rysowała. Lub malowała.

Najpierw w swoim domu, na swoich kartkach, w swoich zeszytach. Ale któregoś dnia namalowała tajemniczy kwiat na jednej ze sztachet tajemniczego ogrodu Pani Artystki. Farbą olejną. Czyli — nie do zmycia.

Ten kwiat to był dmuchawiec. Ale nie taki zwyczajny, z którego wróżyło się: kogut czy kurka? Nie biały. Namalowany dmuchawiec, a właściwie kilka dmuchawców miało całkiem nieznane im w naturze kolory. I były te dmuchawce leciuchne jak dmuchniecie. Czyli takie, jakimi powinny być. Choćby z racji nadanej im nazwy.

Maja nigdy nie widziała takiego kwiatu. Ale wyobrażała sobie, że mógłby taki być. A nawet powinien taki być. I rosnąć w tym właśnie ogrodzie.

Babcia rozpaczała.

— I coś ty, cudaku, nawyprawiała! Pomazałaś cudzy płot. Teraz trzeba będzie deskę wymienić. Albo przynajmniej pomalować. I koszta będę. I pani Artystka się pogniewa.

Z tego zdenerwowania aż się popłakała. Maja też. Ze strachu przed pogniewaniem się Pani Artystki.

Rozdział 2

Pani Artystka przyjechała w sobotę i babcia Mai poszła wyznać winę swej wnuczki. Bo wiedziała, że jak ona tego nie zrobi, to zrobią to sąsiedzi. A wtedy Panią Artystkę będzie jeszcze trudniej udobruchać.

Pani Artystka poszła z babcią Mai obejrzeć pomalowaną sztachetę. Nie pogniewała się, tylko zdziwiła. Spytała, czy to na pewno Maja malowała. Babcia potwierdziła. Pani Artystka raz jeszcze się upewniła, a babcia raz jeszcze potwierdziła.

— Ale to przecież farba olejna — powiedziała Pani Artystka. — Skąd dziewczynka ma takie farby?

Babcia wyznała, że Maja dostała je od pani kuratorki. Na koniec roku szkolnego. W nagrodę za dekorowanie szkoły. Ale — jak widać — z tej nagrody wynikły same tylko kłopoty. Jakby innych było mało.

Pani Artystka poszła z babcią Mai do ich obejścia i kazała Maję przywołać. Maja siedziała w kątku kuchni. Babcia wyszturchała ją na podwórko.

— Sama to namalowałaś? — spytała Pani Artystka.

Babcia znowu szturchnęła wnuczkę.

— Odpowiedz!

Maja nie odpowiedziała. Tylko leciutko skinęła głową.

— A masz jeszcze inne rysunki?

Maja nie podnosiła oczu. Nie bardzo rozumiała pytania.

— Na płocie?

— Nie. W ogóle.

Maja milczała. Odpowiedziała babcia.

— Ano, ma. Wyrzucam i wyrzucam te jej śmieciuchy, ale stale coś nowego nasmaruje.

— Pokażesz?

Babcia znowu dała jej kuksańca.

— No, pokaż, jak pani każe.

Maja wróciła do kuchni, wyjęła spod swojego łóżka stosik papierowych kart i wyniosła przed dom. Położyła na ławce.

Pani Artystka usiadła, przeglądała każdą kartkę z osobna. Niektóre po kilka razy. I znowu spytała:

— Sama to narysowałaś?

Maja skinęła głową.

— Sama? Z własnej głowy? Czy przerysowałaś?

Maja znowu nie zrozumiała. Wzruszyła ramionami.

— Z siebie…

— Ale ktoś ci pokazał jak rysować? Jak malować?

— No, tyle co na lekcji rysunków. Ale pani specjalnie mi nie pokazywała. Sama się tak naumiałam. Jeszcze zanim poszłam do szkoły.

Babcia przytaknęła.

— Bo ona tak od maleńkości… Najpierw palcem albo patykiem na ziemi, potem rozkrojonym jabłkiem na sztachetach. No, a teraz kredkami, węglem i tymi farbami. Co są najgorsze, bo nie ma jak ich zmyć.

Pani Artystka zabrała ze sobą wszystkie rysunki Mai, a jej przykazała, by przyszła następnego dnia, w niedzielę, kiedy przyjedzie jej brat.

Więc Maja wyglądała Pana Artysty od wczesnego rana. Ale przyjechał dopiero koło południa. I wtedy poszła.

Pan Artysta, w przeciwieństwie do siostry, nigdy nie był tak piękny, aby jakiekolwiek drzewo przechyliło się w tę stronę, z której nadchodził czy nadjeżdżał. Ale Maja mimo to poważała go bardziej niż Panią Artystkę. Bardzo lubiła się przyglądać jak rysuje. A kiedy się przyglądała myślała, że tak właśnie chciałaby żyć. Jak on. Siedzieć na składanym stołeczku, z wielkim szkicownikiem, albo ze sztalugami i paletą w ręku. Patrzeć na drzewo, albo na cokolwiek i przenosić to drzewo lub cokolwiek na papier albo płótno. Niby takie same, a jednak inne. Czasem trochę inne, czasem całkiem inne. Bo widziane nie tylko oczyma. Ale czym jeszcze? Tego Maja nie wiedziała.

Kiedy weszła do domu Pani Artystki, Pan Artysta trzymał w jednym ręku kubek z truskawkowym kompotem, a w drugim rysunek Mai. Akwarelkę, którą nazwała „Łąka”, choć tak naprawdę trudno było na tym obrazku jakiejkolwiek łąki się dopatrzeć. W każdym razie takiej zwyczajnej, normalnej łąki. Czyli zielonej, trawiastej, z kwiatkami, chwastami i — czasem — niewielkimi krzaczkami.

Jej łąka była niebieska. Trochę od nieba, trochę od podeszczowych kałuży. Nawet drzewa, które rosły na skraju łąki, też były niebieskie. Tyle, że wszystko było niebieskie inaczej. Inna była niebieskość traw, wody w kałużach, drzew i nieba.

Pan Artysta kazał Mai usiąść przy sobie.

— Pozwoliłabyś mi coś maznąć na tym obrazku? Obrazek jest doskonały. No, prawie doskonały. Ale ja bym go odrobinę ożywił. Odrobinkę odmdlił. Wiesz co mam na myśli?

Maja skinęła głowa, ale była zbyt przejęta, aby cokolwiek rozumieć.

— Jedno, dwa maźnięcia. Bardzo delikatne, a wszystko by się ożywiło. Nabrałoby wyrazistości.

Maja znowu kiwnęła głową, ale nadal bez zrozumienia.

— Mogę? — spytał.

Potaknęła.

Wstał, poszedł po farby. Wrócił, położył rysunek na stole i kilkoma ruchami pędzelka dodał żółtości kilku źdźbłom trawy.

Maja patrzyła. Zdumiona. Zachwycona. Już wiedziała co znaczy odmdlić i co znaczy nadać wyrazistości. To był wciąż jej rysunek. To była wciąż ta sama łąka, jaką widziała swoimi oczyma i tym czymś, co nie było oczami. Tym, co było w niej nienazwane, ale widzące lepiej niż oczy. Ale teraz i rysunek, i łąka były piękniejsze. Miały to, czego im przedtem brakowało. A Maja przeczuwała ten brak, ale nie potrafiła mu zaradzić.

— Lepiej? — spytał.

Po raz pierwszy udało jej się wydobyć głos z zaschniętego gardła.

— Tak. Bardzo… Bardzo lepiej.

Po południu zabrał ją do ogrodu. Wskazał na kwitnącego perukowca.

— Dasz radę?

Chciała dać. Bo nie wydawało jej się to trudne. Wiele razy oglądała perukowca rosnącego w tajemniczym ogrodzie Pani Artystki. Perukowiec był równie bajkowy jak ogród. W okresie kwitnienia dla Mai to nie był krzew, ale coś w rodzaju różowo-fioletowej mgiełki. I tak go teraz namalowała. Zaznaczając ciemniejsze liście, a pomiędzy nimi rozpiętą najdelikatniejszą z delikatnych różowawo-fioletowawą pajęczynę.

Pan Artysta nie odzywał się kiedy malowała. Ale ona nawet tego nie zauważyła. Ani jego, ani jego nieodzywania. Malowanie tak bardzo ją zajmowało i wypełniało, że nie była w stanie skupić choćby części uwagi na czymś innym. Nie było wtedy dla niej czegoś innego.

Kiedy skończyła i spojrzała na swój rysunek, przestraszyła się. Że może nie spodoba się Panu Artyście. Ale się spodobał. Tym razem nie pytał czy może coś poprawić. Po prostu wziął od niej pędzelek i tak, jak poprzednio, maznął w kilku miejscach. Coś wyostrzył, coś rozmglił. Zrobił to, co zrobiłaby Maja, gdyby potrafiła.

Wyjeżdżając zabrał oba rysunki Mai. I ten z łąką, i ten z perukowcem. A Maja zastanawiała się po co mu te rysunki. Ale ich nie żałowała. Babcia i tak by je wyrzuciła. Bo po co tyle papierów miałoby się walać po domu. Dobre były jedynie na rozpałkę pod kuchnią.

A Pani Artystka nic nie wspominała o pomalowanej sztachecie. Więc tak już zostało. Z czasem deszcz i śnieg zatarły i zmyły dmuchawce. Maja myślała: „Mdławe były”.

W dwa tygodnie później Pan Artysta przyjechał i przywiózł Mai jej obrazki. Oprawione, zaszklone.

— Powieś sobie na ścianie — powiedział. — Będziesz miała początek galerii.

Maja słyszała o galeriach. Jedną widziała podczas wycieczki szkolnej do Muzeum Narodowego. Inną obejrzała w szkolnym komputerze. Pani od rysunków pokazała jej internetową galerię Moneta. Maja chciałaby patrzeć i patrzeć bez końca. Ale nie miała komputera, a pani od rysunków nie miała czasu na zajęcia pozalekcyjne.

Teraz Maja odważyła się zapytać Pana Artystę:

— A pan? Pan ma? Galerię?

— Galerię? Nie mam. Ale mam pracownię. A czasem wystawy. Wernisaże.

Zaczerwieniła się. Nie wypadało powiedzieć, że bardzo chciałaby zobaczyć jeśli nie galerię, to przynajmniej pracownię prawdziwego malarza. I wystawę. I to, co trudno jej było nawet powtórzyć. Wer… i coś tam dalej. Nieznane słowo. Pan Artysta chyba domyślił się z tego jej zaczerwienienia o co chodzi.

— Poproszę siostrę, aby cię przywiozła do Warszawy. Obejrzysz sobie moje obrazy, a potem pójdziemy na jakąś wystawę. Chciałabyś?

— Pewnie — powiedziała.

To było największe wydarzenie w jej piętnastoletnim życiu. I być może ważące na całym jej przyszłym życiu.

Pan Artysta miał swoją pracownię na Starym Mieście. Na ostatnim piętrze wąziutkiej kamienicy na ulicy Świętojańskiej. Była to wielkie i bardzo jasne pomieszczenie, pachnące terpentyną i farbami. Dla Mai najpiękniejszymi zapachami świata. Było w tym pomieszczeniu tak wiele obrazów, że Maja poczuła się zagubiona. Nie wiedziała na co patrzeć najpierw. Chodziła od jednego obrazu do innego, ale jakby nagle oślepła. Z rozproszenia uwagi. Ze skołowania.

Pani Artystka kazała jej usiąść przy stole i postawiła przed nią kubek herbaty i pączki. Maja była spragniona, a za pączkami przepadała, ale z wielkiego wrażenia nie mogła niczego przełknąć. Nawet własnej śliny.

Pan Artysta mógł łykać więc wypił herbatę i zjadł dwa pączki, jednego po drugim.

— Panuje tu wielki chaos — powiedział. — I w niczym się nie połapiesz. Bo są tu gotowe obrazy — moje i nie moje; są szkice, są rysunki i są pomysły na obrazy, szkice i rysunki. Zaczniemy oglądanie od gotowych obrazów. Nie moich. Mojego pradziadka. Nazywał się Piotr Michałowski.

Trzy obrazy malowane przez pradziadka Pana Artysty wisiały na ścianie. Były oprawione w pozłacane, ozdobne choć troszkę powyszczerbiane ramy. Na wszystkich trzech były konie. Na jednym rysunek końskiej głowy, na drugim dziewczynka na koniu, na trzecim chłopczyk na koniu.

— Lubię rysować konie — powiedziała Maja. — I chciałbym tak je rysować. I malować.

— Konie? — zdziwił się Pan Artysta. — Umiesz rysować konie?

— Troszkę.

— Masz jakiś rysunek konia?

Wskazała głową na leżącą na stole swoją teczkę z rysunkami.

— No, mam. Ale takie tam… Przerysowane z pocztówki. Bo we wsi nie ma ani jednego konia. Kiedyś były. Ale teraz już nie. Nie mogłam więc z żywego. Z prawdziwego.

— Pokaż.

Wyjęła kilka kartek. Koń stojący, koń w biegu, koń grzebiący nogą. Ten ostatni najmniej udany.

— No tak — powiedział Pan Artysta. — Przerysowałaś z Kossaka. Ale zrobiłaś to świetnie. Sam Kossak by nie poznał, że to kopia.

To chyba była pochwała, więc Maja się ucieszyła. Ale pokazała na tą grzebiącą nogę.

— To mi nie wyszło.

Jednym ruchem ołówka poprawił. A Maja pozazdrościła mu tej biegłości.

— Jak można się tego nauczyć? — spytała. — Żeby tak wychodziło? Jak panu?

— Są specjalne szkoły — powiedział. — No, ale można też ćwiczyć pod okiem nauczyciela. Mówi się — mistrza.

Maja westchnęła. Nie słyszała o żadnej takiej szkole. Nie mogła liczyć na nauczyciela-mistrza. Ale nic nie powiedziała.

Oglądała nadal obrazy. Przystanęła przy portretach. Na jednym była jasnowłosa kobieta. Bardzo piękna. Ale zarazem jakby pełna niepokoju. Maja wyczuwała ten niepokój modelki. Kobieta z portretu czegoś chyba bardzo pragnęła. I jakby tego, czego pragnęła, nie mogła dostać.

— Piękny — powiedziała. — Jest piękny.

Pani Artystka roześmiała się.

— I nikogo ci nie przypomina?

— Nie.

Pani Artystka przestała się śmiać. Posmutniała.

— To ja. Tyle, że młodsza od tej dzisiejszej. O wiele młodsza.

Obok wisiał inny portret. Kobiety o gęstych, ciemnych, wijących się włosach. W jej oczach nie było niepokoju. Była wielka, zachłanna ciekawość. Ale co chciała poznać, tego Maja nie potrafiła się domyśleć.

Powiedziała więc tak, jak poprzednio:

— Piękny.

Pan Artysta uśmiechnął się do niej.

— A ty? Nie namalowałaś żadnego portretu? Nie potrafisz? Czy nie lubisz?

— Nie wiem czy umiem i czy lubię. Nie spotkałam nikogo, kogo bym chciała namalować. No, może…

Zaczerwieniła się. Nie mogła nic więcej powiedzieć. Bo chciała namalować portret swojego taty. Widywała go, ale nigdy nie zamienili ze sobą słowa. Kiedy ją mijał, zawsze odwracał głowę. A ona bardzo chciała, żeby jeden jedyny raz na nią spojrzał. Bez niechęci, bez złości. Ale tak mógł na nią patrzeć jedynie z portretu. Przez nią namalowanego.

Obejrzała tego dnia wiele obrazów. Ale tylko obejrzała, a chciała się napatrzeć. Na każdy z osobna. I na każdy szczegół każdego obrazu.

Potem poszli na obiad. Pewnie dla Pani Artystki i Pana Artysty zwyczajny, ale dla niej całkiem szczególny. Pierwszy raz w życiu jadła obiad nie w domu i nie w szkolnej stołówce, ale w restauracji. Nie miała pojęcia, czy we wszystkich restauracjach je się tak smacznie. Pewnie tak.

A po obiedzie poszła z Panem Artystą na wernisaż jego znajomego. Te obrazy jej nie zachwycały, ale obejrzała je z uwagą. A Pan Artysta objaśniał, co w którym ciekawego lub na co powinna zwrócić uwagę. Czasem to było zestawienie barw. Czasem układ kresek. Maźnięć pędzla. Ale słuchanie Pana Artysty było z tego wernisażu najciekawsze.

Kiedy odwoził ją do autobusu, spytał:

— Chciałabyś przyjechać jeszcze raz? Ale nie po to, aby oglądać, ale coś namalować? W mojej pracowni.

— Tak — powiedziała.

— A trafisz?

Skinęła głową.

— Trafiłabym, ale…

Zaczerwieniła się. A on w pierwszej chwili nie zrozumiał dlaczego się zaczerwieniła.

— Ale co? Babcia nie puści?

— Puści, ale…

Tym razem się domyślił.

— Nie da pieniędzy na bilet?

Nic nie powiedziała.

— No dobrze. Porozmawiam z siostrą i ona jakoś to z twoją babcią załatwi. Zgoda?

Maja tylko westchnęła. Ale było to westchnienie potakujące. Pełne ulgi i pełne spodziewania.

Rozdział 3

Do czasu wizyty Mai w warszawskiej pracowni pana Artysty ani on, ani jego siostra nie mieli dla niej imion i nazwisk. I przybywali do jej wioski jakby z niebytu. Niby wiedziała, że z Warszawy, ale mimo to nie umiała sobie wyobrazić, że naprawdę gdzieś mieszkają, coś robią, gdzieś żyją. Że są takimi samymi lub przynajmniej podobnymi ludźmi do tych, których znała.

Po tej wizycie już wiedziała, że pani Artystka nazywa się Helena Michałowska i projektuje teatralne i kinowe dekoracje. A pan Artysta nazywa się Krzysztof Michałowski maluje obrazy i plakaty, ale także ilustruje książki, a czasem — dla chleba — rysuje komiksy. I ma adres. I ma pracownię. Maja umiała go sobie teraz wyobrazić jak siedzi na drewnianym zydlu, przed sztalugami, w tym swoim przestronnym, bardzo jasnym wnętrzu, pachnącym farbami i terpentyną. Jak je — pewnie nie tylko pączki — przy zapaćkanym stole. A nawet jak leży lub śpi na ułożonych pod ścianą materacach. Nakrytych — też troszkę zapaćkanymi — kraciastymi kocami. Lubiła go sobie wyobrażać. I myśleć: co też teraz maluje lub rysuje? I przypominać sobie obrazy — te wiszące na ścianie i te rozrzucone po całej pracowni. Wszystkie bardzo piękne. Takie, jakie ona chciałaby kiedyś namalować lub narysować.

Pani Artystka, czyli Helena Michałowska nie tyle porozmawiała z babcią Mai, co wręczyła jej bilet miesięczny na autobus do Warszawy, z którego Maja mogła korzystać dowolną ilość razy. I dodała jeszcze kilkadziesiąt biletów, też na autobusy, ale miejskie, aby Maja mogła z dworca autobusowego dojechać na Stare Miasto. Babcia bilety przyjęła, podziękowała, ale zachwycona nimi nie była. Bo wcale a wcale nie chciała, aby Maja uczyła się na artystkę. Babcia chciała, aby jej wnuczka miała konkretny zawód i dzięki konkretnym zarobkom mogła w niedalekiej przyszłości utrzymać siebie i ją. Za konkretny zawód dla dziewczyny uchodziło w wiosce krawiectwo, a także piekarnictwo. Bo w miasteczku była duża piekarnia i jeszcze większa szwalnia. Mówiło się o niej chińska, bo jej właściciel miał skośne oczy. Mówił o sobie Wietnamczyk, ale dla miejscowych Chińczyk czy Wietnamczyk to było bez różnicy. Dziewczyna mogła też zostać sprzedawczynią w jednym z trzech miasteczkowych supermarketów. A jeżeli miała maturę mogła nawet siedzieć na kasie. Bycie artystą było dobre dla ludzi, których stać było na kupowanie zrujnowanych wiejskich domów i zapuszczonych obejść po to, aby się bawić w budowanie nowych domów i zakładanie tajemniczych ogrodów. Bycie artystą było dobre dla ludzi, którzy mieli czas na życie na niby. Od niedzieli do niedzieli. Od lata do lata. A Maja musiała żyć przez cały rok.

Ale babcia bała się powiedzieć o tym pani Helenie Michałowskiej, która chciała się teraz pobawić Mają. Bo babcia dostawała od niej co miesiąc dwie setki, liczące się w jej skromnym budżecie. A jakby powiedziała co myśli, to pani Michałowska mogłaby płacić za rzucanie okiem na jej dom i ogród komuś innemu.

Tak więc Maja zaczęła jeździć do Warszawy, aby się uczyć rysować i malować pod okiem swojego Mistrza. Nauczyciele zwalniali ją z dwóch ostatnich lekcji, aby mogła dojechać do Warszawy za dnia, w wrócić na wieś przed północą. Od czasu do czasu pani Helena zabierała ją do teatru, aby Maja mogła się przypatrzeć jak powstają sceniczne dekoracje. Raz pani Michałowska zabrała ją na przedstawienie. W tych właśnie zrobionych przez siebie dekoracjach. Maja nie zapamiętała ani tytułu ani treści sztuki. Przez cały czas patrzyła na obrazek wiszący na jednej ze ścian owej teatralnej dekoracji. Bo to był obrazek przez nią namalowany, choć udawał obrazek namalowany przez panią, która w tej sztuce występowała. Aktorzy ciągle o tym obrazku mówili. Więc ludzie siedzący na widowni na obrazek Mai też co chwila popatrywali. A Maja była z tego ich popatrywania bardzo dumna.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 37.82