Pewnego dnia o pewnej porze roku, w pewnym oddalonym od miasta miejscu, znalazła się pewna dziewczynka, a to jest jej przygoda.
Mam na imię Aurelia. Mam pięć lat. Mieszkam w wielkim mieście na osiedlu bloków z sześcioma wejściami, gdzie jest dużo takich rodzin jak moja. Czyli tata, mama ja i króliczek. Niektórzy mają psy i koty. Ja nie mogę. Zabronili mi. Kto? Rodzice oczywiście! Dlaczego? Lekarz im tak powiedział, no bo wiecie? Jestem chora na jakąś tam astmę. Nie mogę też zajadać się lodami, które lubię. Zaraz po tym boli mnie gardełko. Nie mogę wtedy połykać, oraz strasznie kaszlę. Opowiem wam teraz o tym, co mi się przytrafiło tego pewnego dnia, kiedy poszliśmy w niedzielne popołudnie do parku. No właśnie. Posłuchajcie mojej opowieści!
W jakiś ciepły czerwcowy dzień rodzice mieli wolne od pracy, postanowili więc wybrać się na spacer do pobliskiego, ogromnego parku. Oczywiście ze mną ma się rozumieć. Poszliśmy więc po obiadku wszyscy razem ja, mama i tata. Figielek mój kochany króliczek został sam w domu. Nie mógł iść z nami na taki spacer jak dziś. Zachciałam zjeść lody jak zobaczyłam budkę na drodze tego ładnego parku. Było przecież tak cieplutko. No i się zaczęło.
— Aurelko nie możesz dostać lodów. Przecież tłumaczyliśmy tobie, że kolejna porcja tych zimnych łakoci doprowadzi nas do kolejnej wizyty u doktora, a zanim to się stanie to pół nocy będziesz kaszleć kochanie. Zmęczysz się, bo to taki suchy kaszel. Do tego kolejna porcja zastrzyków. Córciu można bez tego. Chcemy dla ciebie kochanie jak najlepiej, musisz to skarbie zrozumieć -tłumaczyła zmartwiona mama.
— Nie! — krzyczałam — Ja chcę lody!
— Myślę, że możemy pójść na gofry. Co ty na to? — zaproponowała mamusia.
— Nie chcę gofrów. To nie są lody- jęczałam.
Tata zawsze spokojny i uśmiechnięty usiadł wtedy na ławeczce, wziął mnie na kolanka i powiedział, że bardzo zależy mu żebym była zdrowa. Żebym nie miała tego kaszelku wiecie? Razem z mamą stwierdzili, że muszą mi powiedzieć coś bardzo ważnego. Przejęłam się mocno, bo rodzice jak tak się zachowują, to pewnie chcą mi oznajmić, że będę miała braciszka, albo siostrzyczkę? Jednak nic z tego, gdyż tatuś wytłumaczył mi właśnie, że podjęli decyzję o przeprowadzce na wieś do mojej babci. Babcia była mamą mojej mamy. Tłumaczył, że ta ich praca nie jest aż tak ważna jak moje zdrowie, że można też przy komputerze pracować w domu. Mówił, że w życiu najważniejsze są własne wybory. Ja jestem jednym z nich i dlatego jestem taka właśnie najważniejsza. Będą trochę pracować przez Internet, coś mówili o hybrydzie? To chyba jakieś stworzenie u tej babci? Tak sobie najpierw pomyślałam. Tatuś podpowiedział, że to praca taka hybrydowa będzie. Tak więc podjęli decyzję o wspólnym wyjeździe do babci. Tak im doktor doradził, że tak będzie dobrze dla naszej rodziny: mamusi tatusia no i mnie. Mam szanse nie brać aż tyle tych kolorowych tabletek, które szkodzą tak naprawdę na mój brzuszek. Doktor powiedział mamusi, że nawet mogę wyzdrowieć. Długo więc się nie zastanawiali. To dlatego ciągle rozmawiali z kimś przez telefon codziennie przez ostatni tydzień. Taty długo nie było w domu, bo po pracy musiał załatwiać różne sprawy związane z przeprowadzką i pracą na odległość. Figielek, mój króliczek malutki co dzień kochaniutki wyprowadzał się z nami oczywiście. Wszystko miało się zacząć jutro, czyli w poniedziałek z samego rana. Nie mogłam się doczekać. Zobaczę moją babcię.
Wstałam więc raniutko, bo ptaszki śpiewały za oknem, a tu pusto w pokoiku się zrobiło. Wszystko do autka zaniesione, no bo jedziemy w długą podróż. Wydarzenie dla mnie to ogromne było i na serduszku tak cieplutko się robiło.
Szybciutko zupkę na mleczku zjadłam i hyc do autka, bo ciekawa byłam gdzie ta babuńka mieszka? Nigdy u babci wcześniej nie bywałam, bo daleko to od domku naszego, oj daleko. Drogami, lasami i wokół jezior jechać trzeba cały dzień. Na to rodzice czasu nie mieli, bo do tej pracy chodzić musieli.
— No to jedziemy, jedziemy! — wsiadłam do autka podekscytowana z wszystkimi torbami z książeczkami z obrazkami.
Babcia to jedna była, taka bez dziadka. Dziadkowi się zmarło lat temu trochę, kiedy w wózeczku jeździłam, taka malutka wtedy byłam. Rodzice na pogrzeb wyjechali, a mnie do cioci wtedy oddali. Nie pamiętam więc za dobrze dziadka mojego, ale za to babcię tak. Na święta zawsze nas odwiedzała. Raz właśnie z tej okazji króliczka mi kupiła, a ja nazwałam go Figielek. Króliczek mój, co klapnięte uszy ma, po pokoju sobie kica podczas dnia. W nocy do klateczki wchodzić musi, a w niej ma swój domek z łóżeczkiem z siana, które wymieniam każdego rana. Teraz w bagażniku jedzie z nami daleko na wieś, by ze mną u babuni mojej zamieszkać, w pokoiku dla mnie nowym, już w pełni gotowym.
Autko tatuś prowadził przez miasto, potem drogami krętymi, aż do domku mojej babci. Jechaliśmy przez lasy i pola, wokół mijając jeziora. Piosenki sobie śpiewałam i książeczkę o małej myszce oglądałam. Czas tak wtedy płynął mi miło do wieczora, bo już słonko zachodziło, taka późna była pora.
Jak dojechaliśmy to zmęczona byłam bardzo. Oczka bolały od patrzenia w książeczki, na obrazki i te różne bajeczki. Ciemno się zrobiło, bo słoneczko niziutko spać się kładło za drzewem kasztanowym, położonym na złocistym polu rzepakowym. Droga taka wąska, cała w kolorze złota prowadziła do domu babci, gdzie płot stał z dzbankami nabitymi. Kwiatuszki z nich spadały, do samej ziemi sięgały.
Pięknie to wyglądało, wysoki dom z okrągłym oknem u góry, wysokie drzewo przed domem i złote pole w kwiatkach rzepaku, co olej się z niego robi i obiadek jest nie byle jaki. Ładnie tam u mojej babci. Zamieszkaliśmy tego pewnego dnia w jej domu, w którym wszystko się zaczęło. Opowiem wam o tym, słuchajcie uważnie.
Babcia powiedziała, że ten pokój z okrągłym oknem na górze będzie mój, bo tam mamusia mieszkała jak była taka właśnie mała. W pokoiku ładniutkim zabaweczki i książeczki wystroiły me półeczki. Figielek miał miejsce pod biureczkiem na podłodze drewnianej, kwiatkami usianej, na dywaniku mięciutkim i różowiutkim. Kicać mógł co rana wkoło i bawić się wesoło. Okno takie duże, światełkiem jasnym wnętrze wypełniało, że wszystko pięknie wyglądało. Łóżeczko wygodne takie jak dla księżniczek, no i wejść pod nie można. Ja to tak lubię wiecie? Takie kryjówki do schowania i szukania. W chowanego więc bawić się można z Karolcią, kuzyneczką moją, która przyjedzie z ciocią pod koniec lipca na wakacje do nas. Będzie bardzo fajnie. Ten pokój to mówię wam taki zaczarowany, magiczny, kolorowy i wyjątkowy.
Wieczorami rodzice kładli mnie spać po kolacyjce, kąpaniu i oczywiście bajeczce, którą tatuś mi czytał, bo ja to tak nie zasnę po prostu. Rodzice zawsze mi wieczorem czytają bajeczkę z moich książeczek. Wybieram ją za każdym razem. No więc, gdy nikogo w pokoiku już nie było, to wtedy w okienko te ładne okrągłe zaglądały do mnie… Jakby to wam powiedzieć? Tacy moi nowi przyjaciele. Wyglądały jak krasnalki z okrągłymi główkami, brzuszkami i patyczkami zamiast rączek i nóżek. Śmieszne takie były.
Zapytałam o te laleczki babcię, co myślała, że znalazłam je pod tym drzewem wielkim przed domem, kasztanowcem. Nie powiedziałam babuni prawdy, że w okno moje pukają wieczorem. Myślicie, że by mi uwierzyła? Ja wiem, że nie.
Babcia mi powiedziała za dnia, że te ludziki to kasztanowe ludziki. Drzewo przed domem to kasztan. Kiedy mama była mała jak ja, to jesienią robili takie ludziki do zabawy ze spadających z niego kasztanów, które te drzewo zrzucało na ziemię w krótkie jesienne dni. Wszystkie dzieci z okolicy się wtedy zbierały u babci w ogrodzie i każdy z nich robił na zimę takiego ludka małego do zabawy gotowego. Ludzie ze wsi spędzali wtedy tak wspólnie czas z dziećmi. Nie trzeba było do sklepów jechać po zabawki drogie, bo i czasu nie mieli na wsi dlatego, że tyle do zrobienia było przed nastaniem zimy. Na wiosnę po zimie, kiedy już na podwórkach zabawę można było zacząć, te wszystkie kasztanowe ludziki wrzucali do dziupli w tym drzewie. Robił to chłopak od sąsiadów, bo taki wysoki był i dosięgał tej dziupli na szczycie drzewa wchodząc tam po drabinie. Dziadek wtedy krzyczał na nich, że nie można, bo jeszcze spadnie i nogę złamie. Wesolutko tu było kiedyś u babci… Oj wesolutko, kiedy tak dzieci broiły.