Najtrudniej było zajrzeć tam, gdzie odpowiedzi czekały od początku — we mnie.
Pomysł nie trwa wiecznie.
Jest ulotny jak oddech pola.
Przychodzi tylko wtedy, kiedy jesteśmy gotowi go usłyszeć —
nie wcześniej, nie później.
Pole człowieka nie działa według kalendarza ani planu.
Nie czeka, aż będziemy mieli czas, spokój, wolną chwilę.
Informacja pojawia się w jedynym możliwym momencie:
w chwili, w której jesteśmy w stanie ją przyjąć.
To, co przychodzi teraz, nie przyjdzie jutro.
To, co przyjdzie jutro, nie mogło przyjść dziś.
Pole nie powtarza informacji.
Pole daje to, co jest potrzebne — w momencie, w którym jesteśmy gotowi to unieść.
Ta książka powstała właśnie w takim momencie.
Nie z planu.
Nie z obowiązku.
Z pola.
O prawach, kartkach i kopiowaniu
Nie będę pisał językiem prawniczym.
Napiszę tak, jak czuję:
— Nie wyrywaj kartek — nie dlatego, że szkoda papieru, ale dlatego, że każde wyrwane zdanie traci kontekst. Ta książka działa jako całość.
— Nie kopiuj mechanicznie — nie rób z tych treści „techniki”, którą potem będziesz sprzedawać jako swoją. Jeśli coś Cię poruszy, przeprowadź to przez siebie, nie przez ksero.
— Możesz analizować, podkreślać, notować na marginesach — ta książka jest po to, żebyś z nią pracował, nie po to, żeby stała na półce.
— Wszelkie prawa zastrzeżone — ale najważniejsze prawo jest inne:
— jeśli coś z tej książki naprawdę dotknie Twojej świadomości, masz prawo żyć inaczej niż dotąd.
To nie jest książka do „połknięcia”.
To jest książka do czytania powoli, wracania, zatrzymywania się.
Wstęp autora
Ta książka nie powstała po to, żebyś „wierzył w energię”, „zachwycał się świadomością” ani szukał kolejnego duchowego wrażenia.
Powstała dlatego, że przez całe życie patrzyłem na człowieka trochę inaczej niż większość — bardziej od środka niż z zewnątrz.
Jestem radiestetą, bioterapeutą, naturopatą, medium.
Ale zanim pojawiły się te słowa, był po prostu dar dziecka:
widzenie, czucie, wrażliwość, której nikt mi nie wytłumaczył, a której nie dało się wyłączyć.
Z czasem zrozumiałem, że to, co widzę i czuję, nie jest „moje” — jest pole człowieka, jego historia, napięcia, wybory, lęki, pragnienia, to, co zostało zepchnięte, i to, co czeka, żeby wreszcie zostać zauważone.
Ta książka jest o świadomości, która prowadzi głębiej.
Nie w górę, nie w stronę „wyższych wymiarów”, ale w stronę prawdy o sobie.
Piszę ją jako praktyk, który przez lata pracował z ludźmi, dotykał ich ciała, słuchał ich historii, widział ich pola — i uczył się, że najważniejsze jest nie to, co „zrobię”, ale jak bardzo pozwolę człowiekowi spotkać się ze sobą.
Nie znajdziesz tu gotowych recept, szybkich technik ani obietnic uzdrowienia.
Znajdziesz sposób widzenia.
Jeśli coś w Tobie zarezonuje — to znaczy, że ta książka trafiła tam, gdzie miała trafić.
Na końcu tego wstępu chcę dodać coś osobistego.
W mojej przestrzeni pojawiło się kiedyś jedno świadectwo, jedna historia, która została ze mną na długo.
Historia człowieka, którego nie znałem, a który pokazał mi coś bardzo prostego:
że dar nie jest czymś, co się ma,
ale czymś, co się niesie.
To była historia Bruno Gröninga.
Nie jako autorytetu.
Nie jako legendy.
Nie jako wzoru.
Jako człowieka, którego droga pokazała mi, że pewne mechanizmy są wspólne dla wszystkich, którzy od dziecka widzą inaczej:
mechanizm nieprzystawalności,
mechanizm nadwrażliwości,
mechanizm widzenia, którego świat nie potrafi przyjąć.
Ta historia przyszła do mnie w odpowiednim momencie.
I została.
Dlatego pojawia się w tej książce — nie jako centrum, ale jako echo pola, które kiedyś dotknęło mojego własnego widzenia.
Rozdział 1 — Dar dziecka
Świat, zanim został nazwany
Zanim nauczyłem się słów „energia”, „pole”, „intuicja”, „duchowość”, świat był po prostu odczuciem.
Jako dziecko widziałem ludzi inaczej: jedni byli „ciężcy”, inni „lekcy”, przy jednych chciało się być, przy innych ciało napinało się samo, choć nikt nic złego nie robił.
Nie wiedziałem, że to, co czuję, to informacja.
Dorośli mówili: „nie przesadzaj”, „nie wymyślaj”, „nie bądź taki wrażliwy”.
Ale ciało wiedziało swoje.
Wchodziłem do pomieszczenia i zanim ktokolwiek się odezwał, już czułem, czy jest tam spokój, napięcie, konflikt, smutek, czyjaś obecność, która „ciągnie” albo „odpycha”.
To był świat przed interpretacją.
Świat, w którym najpierw było odczucie, a dopiero potem myśl.
Jak rodzi się wrażliwość
Wrażliwość nie rodzi się z teorii.
Rodzi się z tego, że nie zamykasz oczu, kiedy coś jest niewygodne.
Jako dziecko widziałem rzeczy, których nikt nie nazywał:
— napięcie między dorosłymi, gdy milczeli,
— smutek, którego nikt nie wypowiadał,
— lęk, który był obecny, choć wszyscy się uśmiechali.
Wrażliwość rodzi się wtedy, gdy nie udajesz, że tego nie ma.
Gdy nie zagłuszasz, nie uciekasz, nie mówisz sobie: „to nic takiego”.
Wrażliwość to nie jest delikatność, która się obraża.
To jest zdolność widzenia tego, co jest, nawet jeśli nikt tego nie potwierdza.
Pierwsze „widzenie”
Z czasem zauważyłem, że to, co czuję, powtarza się.
Że pewne typy ludzi niosą podobne napięcia.
Że pewne historie mają podobny „smak” w polu.
Że ciało reaguje wcześniej niż głowa.
To były pierwsze momenty, kiedy zrozumiałem, że to nie jest tylko „moja wrażliwość”, ale pewien rodzaj widzenia:
— widzenia napięcia w ciele, zanim pojawi się ból,
— widzenia fałszu w słowach, które brzmią poprawnie,
— widzenia zmęczenia w oczach, które się uśmiechają,
— widzenia dziecka w dorosłym, który gra rolę silnego.
Nie widziałem „aur”, „kolorów”, „efektów specjalnych”.
Widziałem prawdę, która nie mieściła się w słowach.
Archiwum — Wózek, płacz i obcy ludzie
Zanim nauczyłem się mówić, zanim wiedziałem, czym jest lęk, moje ciało już reagowało.
Rodzice opowiadali, że kiedy byłem niemowlęciem, wystarczyło, że ktoś obcy nachylił się nad wózkiem — a ja zaczynałem płakać.
Nie dlatego, że byłem głodny.
Nie dlatego, że było mi zimno.
Nie dlatego, że coś mnie bolało.
Płakałem, bo czułem niebezpieczeństwo.
Czułem intencję.
Czułem pole człowieka, który się zbliżał.
Dla dorosłych to było „dziwne”.
Dla mnie — naturalne.
Ciało wiedziało wcześniej niż głowa.
Archiwum — Szkoła, ławki i odwracające się koleżanki
W podstawówce zauważyłem coś, czego nie potrafiłem nazwać.
Siedziałem w ostatniej ławce.
Przede mną pięć, sześć rzędów uczniów.
Patrzyłem na tył głowy koleżanki i w myślach mówiłem:
„Obejrzyj się.”
I te, które miały w sobie odpowiednią wrażliwość — odwracały się.
Nie wszystkie.
Tylko te, które „słyszały” bez słów.
Wtedy nie wiedziałem, że to jest kontakt pola z polem.
Dziś wiem.
Archiwum — Zakłady na przerwach
Na przerwach robiłem zakłady z kolegami:
„Zobaczysz, ona się zaraz potknie.”
I potykała się.
Nie dlatego, że chciałem jej zrobić krzywdę.