E-book
29.75
drukowana A5
59.94
Suma oddechów

Bezpłatny fragment - Suma oddechów


5
Objętość:
323 str.
ISBN:
978-83-8440-275-7
E-book
za 29.75
drukowana A5
za 59.94

Dyrygentka. Lustro

Patrzę na ciebie. Znów stoję w tłumie i na ciebie patrzę, wiesz? Skąd miałabyś wiedzieć. Podnoszę aparat fotograficzny, ustawiam kadr, sprawdzam światło. Pstrykam jedno magiczne zdjęcie, które zatrzymuje cię w ruchu. Boże, jak pięknie wyglądasz. Obcisłe czarne spodnie, jak zwykle eleganckie, i błyszcząca setkami cekinów bluzka z długimi rękawami. Długie włosy, idealnie wyprostowane i upięte wysoko w ciasny kucyk. Lśnisz. W prawej ręce batuta, która wyznacza rytm całej orkiestrze. O rany… jak ja cię teraz czuję. Majtki robią mi się wilgotne, zupełnie jak wtedy, kiedy zobaczyłam cię w tej samej scenie trzy lata temu. Trzy lata! Tyle już na ciebie patrzę.

— Zaraz wchodzi Berezjew. — Słyszę gdzieś za plecami i szybko znów unoszę aparat. — Zrób mu jakieś ekstrafoto na Instagram. Facet musi błyszczeć.

— Jasne, Arti — odpowiadam i skupiam się na pracy. — Sam siebie nie pozna po mojej obróbce — rzucam żartobliwie.

— No ja myślę — mówi Artur, który z kamerą już przesuwa się w prawo i znika mi wreszcie zza pleców. — Tylko nie odmładzaj go za bardzo. — Śmieje się jeszcze.

— Wszystko jest kwestią smaku — mamroczę i już robię pierwsze zdjęcia Berezjewowi.

To nowy w zespole tenor, który zaraz zaśpiewa Turandota Pucciniego. Dobry jest, nie przeczę, ale co Pavarotti to Pavarotti.

Kątem oka zerkam na Sarę, której batuta wykonuje właśnie mocny wyskok, by zaraz potem zaliczyć ostre cięcie w dół i na prawo. Wciąż nie do końca orientuję się, jak orkiestra rozróżnia te ruchy, ale też nie interesuje mnie to za bardzo. Interesuje mnie wyłącznie ona. Sara Mosakowska. Dyrygentka. Najseksowniejsza kobieta, jaką widziałam od lat. Zwłaszcza od tych trzech ostatnich.

Berezjew wciąga powietrze w płuca i lekko się prostuje, a kiedy zaczyna śpiewać, robię mu zdjęcie. Facet ma doskonałe zęby, fotogeniczną twarz i arcymęskie rysy. Podbródek jak bracia Daltonowie, o ile ktoś pamięta komiksy Lucky Luke. Długi, mocno zarysowany, charakterystycznie cięty w linię prostą na końcu. Sprawdzam fotkę i uśmiecham się. To jedno zdjęcie zrobi mi całą robotę.

Zadowolona wracam spojrzeniem do mojej Sary. Nie, nie jest moja i nigdy nie była, ale w wyobraźni… och! Brałam ją i pozwalałam się brać dziesiątki razy. We wszystkich możliwych konstelacjach. Zresztą gdyby teraz ktoś wsunął mi rękę w majtki, to niczego nie dałoby się ukryć. Lekko rozchylam nogi i udaję swobodną zawodowo pozę, choć tak naprawdę poluźniam w ten sposób bieliznę pod spodniami. Może świeże powietrze plenerowego koncertu trochę wysuszy to moje wiecznie pobudzone podwozie.

Patrzę zachwycona na jej pośladki. Ta kobieta wcale nie dyryguje kilkudziesięcioosobową orkiestrą. O nie. Ona tańczy. Cały czas tańczy. Każdy jej ruch wydaje się spontaniczny, niewystudiowany, zupełnie jakby jej ciało żyło, zamiast pracować. Wygina się, napina i podskakuje — serio! — by zaraz potem opuścić batutę, wywołując raptowną ciszę gasnącej muzyki. Potem podrywa się i feeria dźwięków wraz z głosem Berezjewa wystrzela ku górze niczym podsycony alkoholem ogień.

Zwilżam usta, patrząc na jej wysokie czarne szpilki. Jak ona w nich chodzi! Tańczy! O… matko. Mam ciarki na przedramionach, a zaraz potem pod piersiami, na brzuchu i między nogami. Puls za pulsem. Gdyby tylko wiedziała, co ze mną robi. To połączenie: ona, muzyka, instrumenty, taniec. I w tym wszystkim ja. Taka mała. Rozpaczliwie spragniona wszystkiego, co się z tą kobietą wiąże. Mam sucho w ustach. Sam pieprz.

— Masz go? — pyta Arti, który znów pojawia się przy mnie niczym duch.

A może to ja jestem już tak zafiksowana, że ciągle ktoś mnie swoją obecnością zaskakuje?

— Ba! — odpowiadam i po sekundzie pokazuję mu podgląd zdjęć.

— Fiuu! — Mężczyzna cmoka z uznaniem. — Jak na niego patrzę, to czuję, że muszę do dentysty.

Śmiejemy się oboje. Przy zębach Berezjewa każdy chyba myśli to samo.

— Obstawiasz, że to naturalne czy jednak nosi protezę? — pyta Arti.

— Jeśli to drugie, to jest idealnie dopasowana — stwierdzam.

— Chyba prawdziwe. — Arti przypatruje się zdjęciu. — Przy tych jego szerokich „ooo” wypadłaby mu podczas śpiewania.

— Jezus, Arti, nie każ mi sobie tego wyobrażać — rzucam i już widzę tę scenę gdzieś głęboko w fantazji.

To byłby obciach wszechczasów. Ciekawe, ile zapłaciliby w prasie za takie zdjęcia. Wyobrażam sobie cykl fotek na przyspieszonej migawce. Szczęka wysuwa się z ust, przechodzi dalej, dalej, jeszcze kawałek i wreszcie wypada prosto pod nogi popularnego polskiego tenora. O Boże. Aż na moment zapominam o wijących się na scenie biodrach Sary.

Rozmowa z Artim zajmuje mi kilka nieplanowanych, piekielnie długich minut. Udaję wreszcie, że muszę zrobić jeszcze fotki z innych miejsc, i żegnam się z nim. Cieszę się, że wybrał inną stronę i nie powlókł się za mną. Plan koncertu znam na pamięć, za moment opera Bizeta, a tu ruchy Sary Mosakowskiej lubię najbardziej.

Mam też nadzieję, że publika nie okaże się tak wieśniacka, jak w poprzednim mieście. No kto to widział, żeby spod sceny wyć do dźwięków takiej opery słowami: „Zabili byka, cóż to był za byk! Krew z niego sika, siku, siku, sik!”. Koszmar! Nie mam pojęcia, co za jełop napisał taki tekst pod tę muzykę, ale zabił sztukę. Powinni go wsadzić. Profanacja.

Sara zaczyna mocno, jak to w preludium. Jej ramiona podrywają się szybko, energicznie, batuta śmiga na wszystkie strony, a ja przykładam obiektyw do oka i robię zbliżenie. Teraz patrzę tylko na nią.

Wyobrażam sobie seks przy tym utworze. Szalony, prędki, gwałtowny, nieposkromiony. Niemal czuję między nogami penetrujący mnie język dyrygentki. Intensywne doznanie. Bielizna znów mokra. Przez szkiełko aparatu patrzę na zwężenie w pasie, na tę koszulę idealnie ją teraz opinającą. Gdybym tylko mogła jej dotknąć. Raz. Dwa razy. Sto.

Muzyka cichnie i przez kilka ulotnych chwil jest tak niebywale spokojna. Jakby język zwalniał, rozsmakowując się w tym, co ma przed sobą. Powolne, długie pociągnięcia. Bez pośpiechu, ale i bez rozmyślnego planu. Samo czucie. Z ust wyrywa mi się cichy jęk. Opera przyspiesza, a ciało Sary dostosowuje się do tego tempa. Drży, unosi się, opada, znów unosi. Jej ramiona w górze, kolana lekko ugięte.

I teraz! Tempo skacze radykalnie. Cztery, może pięć razy. Ona wybija się na tych niebotycznie pięknych obcasach i wyskakuje nad drewniany podest sceny. Może to tylko trzy centymetry, ale… och! Cała orkiestra zgrywa się z nią i miejski park zalewa szalone tempo. A mnie zalewa wilgoć.

Kobieto! Dyryguj mną. Proszę.

***

Trzy lata temu zupełnym przypadkiem trafiłam na koncert nieznanej mi orkiestry. Nudziłam się w domu, więc wciągnęłam na siebie dres, cały zakurzony po sprzątaniu balkonu, i poszłam na spacer. Nie miałam celu. Czy w dzisiejszych czasach można jeszcze iść na spacer bez celu? Minęłam jeden park, drugi, duże rondo.

Wtedy usłyszałam muzykę. Orkiestra? Tutaj? Zdziwiłam się, ale też nie jestem jakąś poszukiwaczką lokalnych atrakcji, więc o żadnych wydarzeniach tego typu nie mam zwykle pojęcia. Szłam dalej i tak trafiłam na koncert plenerowy. Usiadłam na trawie, zapaliłam papierosa. Przyjemna muzyka pieściła ucho.

Podniosłam wzrok i prześlizgnęłam się spojrzeniem po ludziach, muzykach, śpiewającym mężczyźnie i… właśnie wtedy zobaczyłam dyrygentkę. Ją. Wystarczyło kilka ruchów jej odwróconego do mnie tyłem ciała, żebym o mały włos nie połknęła papierosa. Za mocno wciągnęłam dym. Zaczęłam kaszleć i prawie się udusiłam. Kiedy wreszcie mi przeszło, nie mogłam już oderwać oczu od tej kobiety. Przepadłam.

Wstałam i podeszłam bliżej sceny. Podziwiałam jej plecy, wcięcie w pasie widoczne pod ciemną, elegancką koszulą i długie nogi. Przeszyły mnie dreszcze podniecenia, a tych akurat nie czułam już od lat. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz kochałam się z kobietą. Zajęta pracą, uciekaniem od siebie, tłumieniem potrzeb. Wybuchłam. Od środka, ot tak, na raz.

Dwie godziny później koncert się skończył, a ja dalej poruszona stałam pod sceną. Z mokrą bielizną. Nie wiem już, jakim cudem wróciłam wtedy do domu, ale… ledwo zdążyłam zdjąć buty i rzucić się w ubraniach na łóżko.

Takiej masturbacji jak tamtego wieczoru też już wtedy nie pamiętałam. Każdy dotyk palca na wzgórku łonowym doprowadzał mnie tam, gdzie mogłaby ona. Trzy orgazmy. Podczas ostatniego, który wyszarpał ze mnie całą energię, płakałam. Rzadko płaczę podczas orgazmu, może kilka razy w życiu mi się to zdarzyło. Jestem wtedy tak cicha, jakby w pokoju było pusto. Ja, rozkosz i cieknące po policzkach łzy. Totalne oczyszczenie.

Następnego dnia odnalazłam w Google stronę tej orkiestry. Zdjęcia Sary Mosakowskiej znów doprowadziły mnie do czynów jakże lubieżnych i jakże wspaniałych. Normalnie nadmiar urodzaju. Przekopiowałam repertuar i dostosowałam do niego swój zawodowy kalendarz. Paranoja, co?

Przez pierwszy rok jeździłam na wszystkie wydarzenia z udziałem Mosakowskiej, a trochę ich było. To bardzo pracowita kobieta. Wystawałam pod sceną, robiłam zdjęcia i dodawałam je na swoje social media. Oznaczałam orkiestrę, robiąc jej chyba darmową reklamę, bo zawsze odezwał się ktoś z oficjalnego konta i dziękował. Po czternastu miesiącach napisał do mnie manager i zapytał, czy nie chciałabym oficjalnie dla nich pracować. Stawka była niska, wiadomo, każdy tnie koszty, ale fotki im się podobały.

Zgodziłam się. Fakt, musiałam przez to zrezygnować z jednego z kilku stałych klientów, ale mój popaprany umysł odczuł to jako większy zysk. Jasne, miałam pełną świadomość tego, że sram we własne gniazdo, bo częstsze widywanie dyrygentki rozstrajało mnie emocjonalnie. Od euforycznej huśtawki po dogłębny dół, w którym tarzałam się w rozpaczy. Ileż w końcu można się masturbować? Hm. No… długo.

— Robi pani doskonałe zdjęcia.

To były pierwsze słowa, które Sara skierowała do mnie po jednym z występów. Aż mi się gorąco zrobiło.

— Dziękuję — odpowiedziałam, starając się panować nad drżeniem głosu.

— Sara — przedstawiła się i wyciągnęła do mnie dłoń.

Ścisnęłam jej długie palce, jakby stworzone do gry na fortepianie, a nie machania batutą, i poczułam, jak przeszywa mnie ich ciepło. Boże, co to był za impuls!

— Alicja — wybąkałam. — Ala.

Uśmiechnęła się i nic już nie odpowiedziała, przerwał nam mężczyzna grający solo na trąbce. Nie pamiętałam wtedy jeszcze jego imienia.

***

Leżę na łóżku i przeglądam na laptopie fotografie z koncertu. Berezjew i te jego idealne zęby. Dalej, natchniony basowy puzonista, kontrfagot i kobieta przy fortepianie. Chór. Dwóch eleganckich prowadzących, którzy zapowiadają każdy kolejny utwór. Uważnie przypatruję się światłu i perspektywie. Oceniam, co się nada, a co trzeba od razu wyrzucić.

Zdjęcia Sary odkładam sobie na koniec, bo zawsze zajmują mi najwięcej czasu. Po trzech latach wciąż patrzę na nie sensualnie, więc nie jestem obiektywna.

Po godzinie mam już całość i zabieram się do obróbki. Dopiero przed północą wysyłam je managerowi i wrzucam na swój Instagram. Mam już prawie szesnaście tysięcy followersów, więc jest się chyba czym pochwalić.

Przed snem robię sobie jeszcze drinka. Lód, campari i sok pomarańczowy. Dość nerwowo strzelam też sobie palcówkę. Zasypiam wykończona.

Nie wiem, czy szczęśliwa.

***

Kraków podobno ma w sobie jakąś magię, ale przyznam, że gdyby nie grany tu dzisiaj koncert, to żadnych nadzwyczajnych wrażeń bym nie zarejestrowała. Ostatnio łapię się na tym, że wszystko, co pozbawione obecności Sary, choćby gdzieś w oddali, traci dla mnie smak. Jakby powietrze bez jej tańca na scenie pachniało inaczej. Wiem, wiem, świruję.

Przemierzam kolejne metry i co chwilę unoszę obiektyw do oka. Czasem zastanawiam się, czy kiedyś mnie to znudzi. Ten… pościg za nią, pogoń za czymś, czego nie można złapać. Co ja właściwie o niej wiem? Na Facebooku nie znalazłam żadnych prywatnych informacji, na palcu nie widziałam ani obrączki, ani jej śladu, w Google pojawia się tylko w kontekście zawodowym. Zero prywaty. Właściwie, jakby się lepiej przyjrzeć, to trochę jak ja. Nie mam nawet psa, żeby od czasu do czasu pokazać instagramowym followersom radosny spacer. Nie palę się do zdemaskowania w oczach tych, którzy oglądają moje sociale dla zdjęć. Po co?

Robię dwie fotografie orkiestry, bo światło doskonale pada w tej chwili na scenę, i wracam do swoich myśli. Muszę przyznać, że mam bardzo podzielną uwagę. Jak dotąd chyba nikt nie zauważył, że moja głowa to jeden wielki kipisz wymieszanych ze sobą lęków, fantazji i pragnień.

Zawodowo, można rzec, jestem perfekcjonistką. Prywatnie zaś, co pewnie widać, trącę desperacją i poplątaniem. Ot, taka dusza, która nie znalazła swojego miejsca, ale i przestała go szukać, zadowalając się tym, co ma. Bo nie ma innego wyjścia? Bo po drugiej stronie kładki jest jeszcze więcej smutku i zawiedzionych nadziei? Jezu, ale mi dzisiaj smuta w głowie gra.

Zostały jeszcze dwa utwory koncertu i będziemy się zwijać do hotelu. Na myśl o tym patrzę na Sarę.

Zawsze wygląda pięknie, ale dzisiaj to już przesadziła. Hebanowe spodnie opinają jej pupę, jakby urodziła się z nimi na ciele. Sięgająca do pasa, lśniąca czarna koszula nie unosi się nawet o centymetr, który pozwoliłby mi zobaczyć kawałek jej pleców albo brzucha.

Ciekawe, jaki ma brzuch? Odruchowo oblizuję wargi, ale nie ganię się za to. Tyle mojego, co sobie wyobrażę.

Jej ramię biegnie ku górze, a wraz z nim dźwięki instrumentów. Jakby strzelały w kosmos, ale z pewnym opóźnionym zapłonem. I nagle… bach! Epicentrum. Po parku, w którym gramy — to śmieszne, że czuję, jakbym należała do tego zespołu, choć tylko cykam tutaj zdjęcia — dźwięk roznosi się tak donośnie, że nie byłoby nawet słychać, gdybym teraz krzyknęła.

Kątem oka patrzę w lewo, w prawo i przed siebie, ale poza słuchającymi nie widać nikogo z ekipy. Rozchylam usta i wydaję z siebie jęk. Pozwalam mu wybrzmieć. Tak jak podczas orgazmu. Jeszcze kilka taktów i zmiana utworu. Czekam cierpliwie. Nikt niczego nie zauważył.

Kiedy po piętnastu minutach koncert dobiega końca, a ze sceny zaczynają się sypać podziękowania i mowa kierowniczki orkiestry, cofam się pod najbliższe drzewo. Ukradkiem sięgam do kieszeni i odpalam papierosa.

Ten moment również ma swoją magię. To jeden z niewielu, w czasie których Sara Mosakowska stoi twarzą do publiczności. Wciągam głęboko dym w płuca i ślizgam się wzrokiem po jej policzkach. Ustach. Szyi. Uchu. Czuję swój język na dolnej wardze, a widzę go tuż pod jej obojczykiem. Przywiera do niego moją wilgocią i przesuwa się po szyi ku płatkowi ucha.

Nie mogę się oprzeć myślom o tym, jak ona musi smakować. Unoszę wzrok i nagle zamieram. Patrzy na mnie? To dość daleko, ale wydaje mi się… kurczę. Wygląda, jakby patrzyła prosto na mnie. Z nerwów papieros drży mi między palcami. Zaciągam się i nie spuszczam z niej oczu. Normalnie chyba mam halucynacje.

Na zajęciach ze sztuki przemawiania, na które kiedyś trafiłam z przypadku, mówili, że będąc na scenie, dobrze jest sobie znaleźć jakiś punkt odniesienia w oddali. Patrzysz na niego, a wszyscy myślą, że mówisz do nich. Może to o to chodzi? Hm, tylko że Sara przecież niczego nie mówi. Głos od ponad minuty zabiera kierowniczka, rozpływająca się w zachwytach nad krakowską publicznością. Dochodzę do wniosku, że muszę umówić wizytę u okulisty. W moim fachu nie można ryzykować ślepoty.

Orkiestra schodzi ze sceny i znika na tyłach, gdzie organizator przygotował garderoby dla muzyków. To rzadkość, zwykle wszyscy idą wprost do busów i nimi jadą do hotelu. Stop, poprawka. Nie wszyscy. Kierownictwo i główny śpiewak jadą tam taksówką. Tymczasem tutaj garderoby stanowią połączone ze sobą kontenery, w których wydzielono osobne małe pomieszczenia. Żeby nie było — bardzo porządne, nawet powiedziałabym, że eleganckie. Ładnie z ich strony, że pomyśleli. Muzycy mogą wypić trochę wody, przepłukać dłonie, przebrać się w coś luźniejszego.

— Ala? Gdzie ty się podziewasz? — Słyszę nagle po prawej stronie.

Niechętnie przekręcam głowę, wydmuchując z płuc resztę dymu.

— Już kończę — odpowiadam Artiemu, który zawsze pojawia się w nieoczekiwanym momencie.

Rzucam niedopałek pod nogi i dokładnie przydeptuję.

— No chodź, zbieramy się. — Arti kiwa głową. — Czas na relaks i procenty.

— Nareszcie — zgadzam się z nim, ale z miejsca ruszam bez specjalnego entuzjazmu. — Którym busem jedziemy? — pytam jeszcze.

— Zieloną efką — odpowiada. — Ale ty chyba drugą turą dopiero, co?

Unoszę brew.

— Niby dlaczego?

— Mosakowska prosiła, żebyś podeszła po koncercie do jej garderoby — odpowiada. — Nie mówiłem ci wcześniej?

— No… chyba nie — odpowiadam i czuję, jak wszystko podchodzi mi do gardła.

— A, to sorry, umknęło mi. — Mężczyzna wzrusza niedbale ramionami. — Znajdziesz ją bez problemu, organizator poszalał i na drzwiach kontenerów dał tabliczki z nazwiskami.

— Mhm — mruczę, maskując zdenerwowanie. — Francja-elegancja.

— Chcieli dobrze wypaść. Biją się o punkty w jakimś wojewódzkim konkursie — tłumaczy.

— A, tak… czyli mamy im wystawić superopinie? — dopytuję się.

— He, he, jakbyś zgadła. Pięć gwiazdek i kilka słów, najlepiej podpisane własnym nazwiskiem.

— Co za życie — rzucam. — Okej, zrobi się.

Arti przyspiesza i kiedy dochodzi do zakrętu, macha jeszcze do mnie.

— Do zobaczenia w hotelu! — woła.

— No, pa!

Staram się być oschła w stosunku do niego, bo podskórnie przeczuwam, że nieudolnie się do mnie przystawia, ale nie mam pewności. Nie chciałabym narobić mu złudnej nadziei. Biorę głęboki wdech i skręcam za scenę.

Ciąg kontenerów udekorowano bambusowymi zwitkami, dzięki czemu całość nie wygląda jak schronienie dla taniej siły roboczej. Uspokajam się i próbuję przekierować nerwy spowodowane prośbą dyrygentki na inny punkt odniesienia. Bambusy, dekoracje, drzwi, zaplecze. Tabliczka kierowniczki, tabliczka tenora, basiści, trąbki, prowadzący. Im więcej ich mijam, tym bardziej dygoczą mi nogi.

Skup się, Alka, do kurwy nędzy. Skup!

Staję przed właściwymi drzwiami, ale zanim zapukam, kilka razy odczytuję nazwisko. Dla pewności. Wreszcie podnoszę prawą rękę i pukam chyba najbardziej niemrawo na świecie. Ni to mucha, ni pies obijający się o drzwi ogonem. Nie słyszę szurania ani stukotu szpilek, ale drzwi i tak otwierają się za szybko.

— O, Alicja! — Głos Sary brzmi dźwięcznie i radośnie, jakby ucieszyła się na mój widok.

Mam miękkie nogi.

— Cześć — mówię słabo. — Chciałaś mnie widzieć?

— Tak, wejdź — odpowiada i przesuwa się, robiąc mi miejsce.

Wchodzę do środka i modlę się, żebym nie otarła się o jej ciało. Nie wytrzymałabym tego. Chyba. Kroki stawiam uważnie, ślizgając wzrokiem po tych hebanowych spodniach, od których dzielą mnie może ze dwa centymetry. Z ulgą oddycham dopiero, gdy docieram do stojącej pod ścianą toaletki.

— Pachnie tu wanilią? — pytam bez sensu i udaję zainteresowanie toaletką.

Duże okrągłe lustro, stolik. Kosmetyki.

— Tak, ale wyczuwam też migdały — odpowiada mi od razu Sara.

— Nieźle urządzili te kontenery — zauważam.

Mosakowska podchodzi bliżej i omiata wzrokiem pomieszczenie.

— Wszędzie mogliby dla nas takie szykować, byłoby pięknie, prawda?

Potwierdzam skinieniem. Na końcu języka mam pytanie o to, dlaczego chciała mnie widzieć, ale nie jest mi ono w stanie przejść przez usta. Zapada między nami chwila ciszy, zdaje się, że niezręczna, ale przy Sarze wszystko jest dla mnie niezręczne, więc mogę bredzić.

— Jak dzisiejsze zdjęcia? — pyta, a ja oddycham z ulgą.

— Chcesz zobaczyć? — Odruchowo sięgam po aparat i podnoszę go wyżej.

— Niekoniecznie — odpowiada i zaskakuje mnie tym. — Wolę wiedzieć, co sama o nich myślisz.

Przełykam ślinę.

— Będą świetne, ale dopiero po obróbce, to pewnie trochę potrwa. Najpierw muszę je przejrzeć, posegregować, dodać to i owo dla lepszego efektu.

Chyba wpadam w słowotok, ale nie mogę przestać, bo widzę, jak ona się teraz we mnie wpatruje. Tak, patrzy mi prosto w oczy. Co zerknę, to przeszywają mnie jej ciemnobrązowe tęczówki. Głębia pełna blasku. I jeszcze te długie rzęsy, czarne od tuszu, piękne, wykręcone ku górze. Bogini.

Coś jeszcze nerwowo plotę o zdjęciach i widzę, że w tym samym czasie Mosakowska robi krok wprzód i się do mnie zbliża. Język zaczyna mi schnąć i trudniej się mówi, a ona stawia kolejny krok. Zamieram w pół zdania.

Stoi przed mną i wbrew moim oczekiwaniom nie mówi kompletnie nic, a ja, mimo swoich lat na karku, gapię się tępo i nie wiem, co teraz począć.

— Przepraszam — wyrywa mi się. — Chciałaś mnie widzieć w jakiejś konkretnej sprawie?

Ton mojego głosu wydaje mi się teraz okropny, a ona unosi kąciki ust i robi coś, co zupełnie mnie rozstraja. Patrzę, jak minimalnie rozchyla usta i dolnymi zębami przygryza wargę. O… Boże, aż mnie ciarki przechodzą. I dalej na mnie patrzy. Z nerwów nie mogę wykrztusić słowa.

Nagle Sara się cofa i odwraca do mnie tyłem. Stoję jak sparaliżowana, a ona idzie w kierunku drzwi. Zatrzymuje się tuż przy nich, a potem staje bokiem i zerka na mnie. Widzę, jak powoli podnosi rękę do skobla ryglującego drzwi. Ja… pierdolę, w tym momencie brakuje mi tchu. Jej palce kładą się na metalowym pręcie i przesuwają go.

Zamknęła nas? Zamknęła nas.

Chrząkam z nerwów i czuję, jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Zaraz się ugną i zemdleję, przysięgam. Nawet nie jestem w stanie spytać, co ona robi. Patrzę jej w oczy, a kiedy uśmiecha się w charakterystyczny, seksowny sposób, którego nigdy dotąd na jej twarzy nie widziałam, wymiękam.

— Sara? — wypowiadam jej imię i nie wiem, czy to pytanie, czy stwierdzenie.

Jak bohaterka starego filmu wszystko widzę w zwolnionym tempie. Jej stopa w szpilce podnosi się i zbliża. To samo robi druga. Kolana pod hebanowymi spodniami uginają się i prostują. Kiedy kobieta moich marzeń staje przede mną na odległość ręki, zaciskam palce i wbijam sobie paznokcie w skórę. Czuję ból, więc nie śnię, i to stresuje mnie jeszcze mocniej.

— Oddychasz? — pyta jakby z innego wymiaru.

— Ledwo… — odpowiadam szeptem.

— Ala, to jest ten moment, kiedy możesz jeszcze powiedzieć „nie” — oznajmia wprost, a jej głos jest niski, zabarwiony czymś, co doskonale rozumiem. I czego się nie spodziewałam.

Dociera do mnie, że wiem, co się dzieje, i że choćby działo się nie wiem co, to ja tego chcę. Mam mętlik w głowie, ale brąz jej oczu i lekko wilgotne wargi nie pozwalają mi na zwyczajowy potok myśli. Ani słów.

— Ala? — pyta i przenika mnie wzrokiem.

Moje przełknięcie śliny słychać chyba nawet na rynku. Ona też je słyszy.

Odległość między nami zmniejsza się i zmniejsza. To nie ja skracam ten dystans. Dalej stoję jak zamurowana. Wierzyć mi się nie chce, a jednak. Kiedy jej usta zaczynają się zbliżać do moich, oblatuje mnie panika. Serce łupie jak oszalałe, ręce się pocą. Oddech nierówny, powietrze łapane resztkami sił do płuc.

I właśnie wtedy Mosakowska, dyrygentka, za którą szaleję od trzech lat… całuje mnie miękko. Z ust momentalnie wyrywa mi się jęk. Zamykam oczy i czuję na sobie jej wargi. Naprawdę czuję. Delikatne i zdecydowane, wilgotne i gorące jednocześnie. Do ust wsuwa mi się jej język, a ten… sama nie wiem, jak to możliwe, łączy się z moim, który też się porusza. To ja? Nie ja?

Pocałunek w ułamku sekundy zmienia intensywność i staje się gwałtowny. Wybucha pragnieniem, a kiedy ręce Sary lądują na moich biodrach i mocno przyciągają mnie do jej ciała, mam wrażenie, że świat zaczyna mi się kręcić. Przywieram do niej ustami, brzuchem, biustem. Cała jestem dreszczem, a jej zęby przygryzają jeszcze moje wargi, sprawiając, że wzdycham głośno. Wbrew sobie. Zgodnie ze sobą. Ręce wciąż mam opuszczone, jakby bały się ją objąć. Nie chcę, żeby mi uciekła. Całuje mnie tak zmysłowo, seksownie i obezwładniająco.

Nagle przerywa i rozczarowana tracę jej usta z moich ust.

— Pięknie teraz wyglądasz — mówi, a ja czuję się zupełnie nieprzytomna.

— C… co? — jąkam się i otwieram oczy.

Zamiast odpowiedzi Sara chwyta mnie mocno w pasie i dość gwałtownie obraca tak, że w ułamku sekundy staję tyłem do niej. Powieki rozszerzają mi się dopiero na widok okrągłego lustra w tej toaletce, którą zarejestrowałam tu wcześniej. Jest naprzeciwko mnie.

— Popatrz. — Słyszę zza pleców i podnoszę na nią głowę.

W zwierciadle widać, że kobieta stoi za mną i ma taką minę, że… o Boże.

— Spójrz na siebie — szepcze mi do ucha, a ciepło jej oddechu wywołuje we mnie dreszcz.

Patrzę w swoje odbicie i widzę, że wyglądam jak cielę patrzące na malowane wrota. Mina, która zdradza wszystko i demaskuje moje pragnienia. Czarno na białym. Dłoń Sary dotyka moich pleców i lekko przesuwa mnie do przodu. Pod wpływem tego ruchu opieram ręce o blat toaletki i patrzę na siebie w pozycji pochylonej. Chryste, co to za scena? Przeszywa mnie prąd.

— Zrobisz coś dla mnie? — pyta nagle, ale zanim powie co, ja już kiwam głową.

Uśmiecha się i dodaje:

— Nie ruszaj się i nic nie mów, dobrze?

Ten ton… matko. Od razu zaczynam się wewnętrznie trząść, a moje ciało reaguje tak, jak ona tego chce. Głowa pochyla mi się ku blatowi i unosi — jak tym figurkom piesków ze starych samochodów. Tak, tak, tak, dobrze. Zaraz potem czuję na szyi jej usta. Obejmują fragment skóry i otaczają go wilgocią, a później zdecydowanie się zaciskają. Ach…

— Cii… cho — przypomina mi.

Zamieram i patrzę w lustro. Widzę, jak Mosakowska przymyka oczy i całuje mnie po szyi, idąc to w górę, w stronę ucha, to w dół, tam, gdzie napotyka materiał mojej koszuli. Jakby wiedziała, że o tym myślę, unosi rękę i palcami odchyla tkaninę na bok. Wzdycham bezgłośnie, a ona przywiera ustami do odsłoniętego lekko ramienia. Kąsa je i bawi się tym przez chwilę. Kiedy wysuwa język, żeby przeciągnąć nim po mojej skórze, rozchylam usta. Boże, ten język… Mokry ślad zostaje na moim ramieniu, a pali, jakby był gorący. Mam wrażenie, że to trwa wieczność. Wieczność, której pragnę.

Odsuwa twarz i nachyla mi się do ucha.

— Rozepnij tę koszulę — prosi.

Drętwieję, a ona dotyka moich rąk i podnosi je do pierwszego guzika.

— Rozepnij — powtarza. — Chcę na to patrzeć.

Wciągam nerwowo powietrze i próbuję chwycić guzik, ale drżą mi palce i mam z tym problem. Skupiam się, jak tylko mogę, i wreszcie odpinam. Zerkam w lustro — jej oczy płoną. Powoli odpinam drugi guzik, a ona oblizuje usta. Umieć tak oblizać usta… Boże.

— Dalej — mówi, nie odrywając ode mnie wzroku.

Przy trzecim guziku pojawia się rąbek stanika. Czarna koronka sprawia, że Sara minimalnie wysuwa głowę do przodu, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Właśnie wtedy jej głos się zmienia.

— Lubisz tę koszulę? — pyta, a ja wyczuwam za sobą drapieżnika.

— Mam… — zaczynam niepewnie — kilka takich samych.

— Świetnie.

Powieki stojącej za mną kobiety się zwężają, sekundę później widzę, jak obejmuje mnie od tyłu, a jej ręce gwałtownie zmierzają do czwartego guzika. Zamiast jednak go rozpiąć, chwyta palcami obie strony tkaniny i jednym ruchem rozrywa ją aż do samego dołu. Dźwięk szarpanej koszuli i odpadających guzików rozchodzi się po pomieszczeniu.

Niemal zachłystuję się powietrzem.

Sara szybko ściąga ze mnie resztki materiału i rzuca go na podłogę, a potem przywiera do mnie biodrami i popycha lekko, tak że znowu muszę oprzeć się rękoma o blat. W lustrze widzę siebie w staniku. W tym samym momencie moje podbrzusze pulsuje już tak mocno, jakby wręcz wyrywało się do niej, i to wbrew logice, konwenansom oraz jakimkolwiek zasadom.

Jej usta zaciskają się tuż przy moim karku, mocno wpijając się w skórę. Dłonie suną po nagich ramionach, łokciach i biegną aż do nadgarstków, by otoczyć je zwartym uciskiem i przytrzymać w tej pozycji przez chwilę. Oddycham nierówno, a w środku cała się trzęsę.

Palce Sary przesuwają się na linię nagiej skóry tuż nad moimi spodniami. Biegną po plecach ku górze, najpierw rozsuwają się na boki od kręgosłupa, ale tylko po to, by za moment przejechać po żebrach do środka i zatrzymać na zapięciu stanika.

Chcę coś powiedzieć, lecz kobieta przerywa mi zdecydowanym ruchem głowy, gdy tylko na nią spojrzę. Czuję, jak jej opuszki unoszą zapięcie, haftka ustępuje, a moje piersi nagle stają się wolne. Stojąca za mną dyrygentka nachyla się i zębami zsuwa prawe ramiączko biustonosza, to samo robi ręką po przeciwnej stronie. Łapie stanik, zanim ten upadnie na podłogę, i odkłada go na blacie toaletki.

Patrzę na siebie w lustrze i widzę tylko dwie rzeczy. Pierwsza to naprężone sutki, które zdradzają, jak bardzo mi się to wszystko podoba. Druga to płonące ogniem brązowe oczy Mosakowskiej. Kobieta mruga do mnie, a jej spojrzenie krąży gdzieś na pograniczu dzikiej żądzy oraz wyrachowanego ukontentowania.

Jej dłonie od tyłu sięgają do moich piersi i obejmują je w całości. Z ust wyrywa mi się ciche syknięcie. Ten dotyk, te ręce, ta skóra. Patrzę, jak kciuki wraz z palcami wskazującymi zamykają się na moich sutkach. Robią to delikatnie, ale stanowczo. Potem krążą wokół brodawek, a w tym czasie zęby kobiety znów wpijają się w moją szyję. Kąsa, drażni się ze mną, liże po karku, pieści sutki. Drżę i nawet nie próbuję udawać, jak to na mnie działa.

Raptownie Mosakowska chwyta mnie w pasie i odwraca twarzą ku sobie. Zanim zdążę jęknąć, przysuwa się i jej wilgotne usta obejmują mój prawy sutek. Gwałtownie odchylam głowę.

— Aach… — wyrywa mi się, a ona podnosi wzrok i kładzie mi palec na ustach.

Jej pełne wargi pieszczą moją brodawkę, język ślizga się po niej, krąży wokół, przeciąga, wraca, jest raz na górze, raz na dole, to znów ucieka i niemal atakuje mnie ponownie. Sutki wyprężone do granic możliwości. Pod każdym dotykiem jej ust czuję, że mam coraz bardziej mokre majtki. Zmienia pierś i robi mi to samo szaleństwo z drugą. Podświadomie unoszę ręce i oplatam jej szyję, mało przy tym nie tracąc tchu.

Ma idealną skórę. Doskonałą. Gładką. Muskam ją od tyłu, na granicy włosów, które przez ostatnie lata widywałam na scenie niemal zawsze od tyłu.

Jej wargi zaciskają się wokół mojego sutka i znów wyrywa mi się jęk z płuc. Mosakowska lubieżnie przeciąga językiem po mojej piersi, od dołu do góry, a potem nagle się podnosi i patrzymy na siebie. Twarzą w twarz. Nie trwa to długo, bo znów chwyta mnie i zdecydowanie odwraca przodem do lustra. Czuję jej rękę na plecach — nacisk między łopatkami każe mi się pochylić. Jeszcze jeden — wypiąć. O cholera. Ręce dyrygentki pojawiają się na moich spodniach i chociaż ona sama stoi teraz za moimi plecami, bez problemu odnajduje przedni guzik i rozpina go.

— O Boże… — szepczę nerwowo.

— Cicho.

Przygryzam usta, kiedy wprawnie odnajduje rozporek i odpina zamek. Kilka sekund później niemal zdziera ze mnie spodnie, opuszczając je aż do kolan, na których się zatrzymują. Próbuję je złączyć, żeby materiał zsunął się do końca, ale Sara uniemożliwia mi to, blokując wolną przestrzeń stopą.

— Zostaw — mówi.

Robi mi się gorąco, a kiedy jej dłonie kładą się na moich pośladkach i zaciskają je mocno, uczucie rozpalenia jeszcze rośnie.

— Byłam pewna, że nosisz stringi — mówi nagle, a ja nie muszę się domyślać, na co właśnie patrzy.

Przeszywa mnie podniecenie, jakiego nie pamiętam od lat. Pragnę, żeby odsunęła ten wąski pasek na bok i zwyczajnie mnie teraz przeleciała. Przez moment nie dzieje się nic, więc podnoszę oczy na lustro i wpadam prosto w jej spojrzenie. Uśmiecha się łobuzersko. Zupełnie nie jak poważna dyrygentka. Oblizuje usta, a ja przełykam ślinę.

— Powiedz, że chcesz szybko — rzuca.

Zamiast odpowiedzi z moich ust wydobywa się nieartykułowany świst. Palec jej ręki wsuwa się pod pasek czarnych stringów i przeciąga pod nim to w górę, to w dół. Mamroczę coś nieskładnie, nie panując nad oddechem. Tak mocno… czuję jej dotyk na rowku między pośladkami.

— Co mówisz? — droczy się, a kąciki jej ust strzelają ku górze.

Odkasłuję dwa razy, zanim przypomnę sobie, jak wypowiadać słowa.

— Przeleć mnie… kurwa — rzucam nerwowo.

Przez twarz Mosakowskiej przebiega wyraz zadowolenia. Jedną ręką gwałtownie pociąga stringi w dół, a drugą kładzie mi na plecach i naciska znacząco. Pochylam się i wypinam mocniej. Walić pruderię, chcę, żeby mnie sobie wzięła.

I bierze…

Jej ręce rozsuwają moje pośladki i jednocześnie je unoszą. Jęczę. Czuję, jak przywiera do mojego uda, łączy dwa palce i biegnie nimi dalej, zwalnia na moment dopiero przy mokrym wejściu do mojego łona. Wciągam powietrze i czekam, jeszcze odrobinę wyginając się ku niej. Palce natrafiają na moją wilgoć, Boże, jestem taka mokra. Robię wdech i właśnie wtedy wchodzi we mnie. Głęboko.

— Aaach! — krzyczę.

Biodra Sary przysuwają się do moich pośladków i popychają jej rękę dalej. Patrzę w lustro, a pożądanie wymalowane na twarzy kobiety przyprawia mnie o jeszcze szybszy puls, jakby to w ogóle było możliwe. Wysuwa się ze mnie i wchodzi ponownie. Raz za razem. Patrzy mi w oczy, a ja wiję się pod jej palcami.

Wypełniona. Spragniona. Dzika.

Nagie piersi bujają mi się przed lustrem w rytm jej pchnięć. Zaciskam palce na krawędzi blatu, a ona posuwa mnie dalej i dalej. Zamykam oczy i wystarcza mi ledwie kilka sekund, żeby kumulowana przez trzy lata żądza zalała mnie falą rozkoszy.

Orgazm nadchodzi szybko i gwałtownie, wynosząc mnie na szczyt. Przez krótki moment nie wiem, gdzie jestem ani czym jestem. Nie wiem, jaka siła trzyma mnie na nogach. Płonę, a zaraz potem krzyczę, ale Sara wolną ręką zamyka mi usta.

Dysząca opadam na blat toaletki, zanim zdąży ze mnie wyjść. Czuję jeszcze, jak pochyla się i przypiera mnie swoim ciałem do deski. Otula. Przykrywa. Wreszcie powoli wysuwa ze mnie palce i opiera mokrą dłoń na nagiej pupie. W powietrzu słychać tylko ciężkie oddechy. Mój i jej. Wymieszane. Tkwimy tak pół minuty, może minutę.

Ona podnosi się pierwsza i pomaga mi wstać. Uda drżą mi tak, że gdyby nie podtrzymanie, wylądowałabym na podłodze. Jeszcze te stringi trzymające kolana, Boże.

Sara obraca mnie ku sobie, a ja wykorzystuję okazję i opieram się pośladkami o mebel. Kobieta, która przed chwilą zrobiła mi dobrze, przeszywa mnie teraz wzrokiem i lekko cmoka w usta, a potem z uśmieszkiem satysfakcji rzuca:

— Teraz już możesz mówić.

Odruchowo parskam. Zamiast słów wybieram przyciągniecie jej ku sobie i odwzajemniam cmoknięcie.

— Nie rozumiem… dlaczego tylko ja jestem tutaj półnaga? — pytam przytomnie.

Sara wodzi wzrokiem po mojej twarzy, a potem odpowiada:

— Mam na wieszaku wolną koszulę. Powinna na ciebie pasować.

Dopiero teraz dochodzi do mnie, że faktycznie z rozerwanej tkaniny leżącej pod naszymi nogami nic już nie będzie, a zapasowe mam, ale w domu.

— Chętnie skorzystam.

Sara pochyla się i całuje mnie między piersiami, a później opiera ręce na moich udach i zsuwa się niżej. Chwyta zrolowane stringi i zgrabnie podciąga. Te palce… Boże, podziwiam jej ruchy nawet w chwili, kiedy po seksie pomaga mi się ubrać. Za moment dostaję czystą koszulę, chociaż kiedy ją wkładam, odruchowo wciągam zapach i staram się wyczuć Sarę w tym materiale.

— Pokój trzysta pięć — rzuca nagle.

— Słucham?

— Śpię w pokoju trzysta pięć — powtarza i uśmiecha się znacząco. — Mam nadzieję, że przyjdziesz.

Przełykam ślinę tak, że znowu słychać to w całym pomieszczeniu.

— O której? — dopytuję się, czując, jak podbrzusze zalewa mi fala ciepła.

— Zamówię kolację na dwudziestą pierwszą.

— Będę.

Mosakowska uśmiecha się i mruga w taki dziwny sposób, jakbym miała się czegoś obawiać, a… może to tylko moje wrażenie. Przygryzam dolną wargę, czując się zaciekawiona.

Kiedy wreszcie dość skołowana opuszczam kontener, owiewa mnie przyjemny chłód wieczora. Dochodzę do wniosku, że do hotelu pójdę pieszo.

Za niecałe dwie godziny znowu ją zobaczę.

Dyrygentka. Batuta

Od powrotu z koncertu nie zjadłam zupełnie nic, żeby móc przy niej cokolwiek przełknąć, i teraz, kiedy stoję w hotelowej windzie, burczy mi w brzuchu. Czuję, jak kiszki mi marsza grają, w ogóle nie przejmując się tym, że właśnie jadą razem ze mną do seksownej dyrygentki.

— Szszsz… — mówię i patrzę na swój brzuch. — Cisza!

Właściwie sama już nie wiem, co jest gorsze. To, że jestem piekielnie głodna, czy to, że boję się, iż w jej obecności nie dam rady niczego zjeść. Winda przesuwa się w górę tak wolno, jakby miała ze sto lat, a w aż tak starym hotelu to nie jesteśmy.

Wzięłam prysznic? Wzięłam. Dwa razy, tak dla pewności. Pochylam głowę w stronę pachy i się zaciągam. Uf. Pachnę okej. O perfumach też nie zapomniałam. Znów burczenie.

— Szszsz…! — napominam sama siebie.

Wiem, znów zachowuję się jak dziecko.

Winda się zatrzymuje, a ja biorę głęboki oddech. Po chwili sunę korytarzem i wypatruję numeru pokoju. Dzięki Bogu udało mi się spławić Artiego, który chciał mnie wyciągnąć na tańce. Komu chciałoby się tańczyć, mając takie zaproszenie? Jak na zawołanie przed oczami staje mi obraz ciemnych, brązowych oczu, które kilka godzin temu wpatrywały się we mnie w lustrze. Ciarki. Potrząsam łopatkami, próbując je rozluźnić.

Trzysta trzy. Trzysta cztery. O Boże. Pokój trzysta pięć… to tutaj.

Unoszę rękę niczym półrobot. Powoli, mechanicznie. Kostki w palcach uginają się, ale zamierają w bezruchu na centymetr przed płaską powierzchnią drzwi.

Alicja, do kurwy. Pukaj! Myśli jedno, głowa drugie. Wiszę w bezruchu. No zapukaj! Chyba tylko siłą woli popycham kostki do przodu i wreszcie dotykam nimi twardej faktury. Raz, dwa… trzy. Czekam, modląc się, żebym się z nerwów nie spociła. Przecież wiem, po co tu przyszłam. I to coś nie jest wspólną kolacją. Choć też.

Spinam się, jeszcze zanim mój mózg zarejestruje, że ten dźwięk za drzwiami oznacza, że ktoś się do nich zbliża. Odruchowo od razu się prostuję. Boże… prawie jak szczeniak przed dostaniem przysmaczka. Srebrna klamka opuszcza się ku podłodze, a w drzwiach powoli zarysowuje się prześwit.

Najpierw widzę bosą stopę Sary Mosakowskiej i z miejsca robi mi się gorąco. Jej idealnie zrobione paznokcie mają czarny kolor i są matowe. Boso do kolacji?

— Cześć, wejdź — mówi i otwiera drzwi szerzej.

— Cze… — wykrztuszam i nie kończę, bo dostrzegam, że kobieta jest okryta jedynie białym hotelowym ręcznikiem. — O rany, jestem… za wcześnie?

Zanim zdążę sięgnąć do kieszeni po smartfon, Sara odpowiada:

— Punktualnie. Ja za to jestem na czas tylko na koncertach.

Zaskoczona unoszę brew i wchodzę do środka.

— Poważnie? — pytam, mijając ją w progu.

Kobieta lekko wzrusza ramionami. Te są nagie i mokre, a moje ślinianki od razu zaczynają pracować. Drzwi pokoju zamykają się magicznie i kiedy Mosakowska uchyla usta, żeby mi odpowiedzieć, chwilową ciszę przerywa nagłe burczenie w brzuchu.

Sara parska rozbawiona.

— Niczego nie jadłaś? — rzuca i podnosi rękę, odgarniając na plecy swoje długie włosy.

Chryste, nie mogę się skupić na niczym poza wyobrażaniem sobie jej ciała pod tym ręcznikiem.

— Yyy… W końcu… zaprosiłaś mnie na kolację.

Kobieta uśmiecha się, nie wiem, czy zalotnie, czy niepokojąco, ale wiem, jak to jej uniesienie kącików ust na mnie działa. Przysuwa się i bez ostrzeżenia przywiera do mojej czystej — dodam, że odprasowanej na sztywno — koszuli. Wilgoć ręcznika moczy ją natychmiast, ale to nie ma znaczenia, bo jednocześnie do moich warg dociera jej język. Jezu… Całuje mnie szybko i krótko, ale i tak tracę oddech.

— To świetnie — stwierdza i się odsuwa. — Będziesz jadła z większym apetytem.

Odwraca się ode mnie i rzuca:

— Zaraz powinni przynieść kolację, odbierzesz? Dosuszę się w łazience.

— A… czekaj! — wołam za nią trochę za szybko. — Nie musisz się ubierać.

Przez moment zastanawiam się, czy ja to naprawdę powiedziałam. Wow. Sara obraca się ku mnie i mruga rozbawiona.

— Muszę, muszę — odpowiada, a potem, zanim zniknie za drzwiami łazienki, dodaje: — Mam dla ciebie coś ekstra.

To ostatnie wypowiada tonem, który przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Po chwili słyszę, jak przekręca zamek. Skąd mogła wiedzieć, że chciałabym tam wejść?

Z braku laku zsuwam buty, ustawiam je równo w przedpokoju i idę niewielkim korytarzem do głównej części apartamentu. Jest znacznie większy niż pokój, w którym mieszkam. Najpierw dostrzegam duży, drewniany stół, a potem łóżko znajdujące się po prawej, nieco w tle. Stopy zastygają mi na miękkim dywanie.

Łóżko… Przełykam ślinę. Ożeż… kurwa. Mebel jak mebel, ale to wykończenie. Boże, długa metalowa rama z cienkimi prętami. Mimowolnie czuję skurcz pod bielizną. Mam nadzieję, że Mosakowska mnie do niego nie przywiąże. Co ja gadam. Oczywiście, że mam nadzieję, że to zrobi. A jeszcze lepiej, by było… gdybym to ja mogła przywiązać ją.

Chrząkam nerwowo i odwracam wzrok w drugą stronę. Nie mogę tyle myśleć.

Nie. Mogę. Tyle. Kurwa. Myśleć!

***

Jakie jest prawdopodobieństwo, że kobieta, na którą czekasz, szybko wyjdzie z łazienki? Wiem… pachnie żarcikiem w stylu tych szowinistycznych, ale kiedy patrzę na kolację przyniesioną przez hotelową obsługę jakieś pięć minut temu, to przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka mało śmiesznych odpowiedzi.

Prawdopodobieństwo zerowe — prędzej umrzesz z głodu i pragnienia. Możliwość minus dwa — z dużą pewnością szybciej skręci ci kiszki. Minus pięć, a nie, cofam, bo o ile dobrze pamiętam, to prawdopodobieństwa jednak nie mierzy się w wartościach ujemnych. No i jeszcze zero do kwadratu — padniesz z głodu, a zamiast namiętnego seksu okupująca łazienkę znajdzie cię śpiącą i zaślinioną, na przykład na dywanie.

Im dłużej patrzę na przykryte metalowymi pokrywami talerze, tym bardziej burczy mi w brzuchu. Co mnie podkusiło, żeby nie przegryźć wcześniej choćby batonika? Zapamiętam lekcję!

I kiedy już całkiem tracę nadzieję, klamka łazienki wreszcie porusza się z wyraźnym skrzypnięciem. Mam ochotę krzyknąć „Alleluja!”, ale zasycha mi w gardle, kiedy widzę, co Sara włożyła. Chryste Panie i wszyscy święci.

— Liczę, że nie dotykałaś jeszcze kolacji? — pyta, jakby jej aktualny wygląd był najnormalniejszy na świecie.

Kobieta kot, kobieta czerń, kobieta… lateks.

Jezusie. Rozdziawiam usta, jakbym nie słyszała pytania, a jej czarne buty na niebotycznie wysokich obcasach wbijają się w miękki, hotelowy dywan. Skrajnie dopasowane do nóg, lateksowe spodnie doskonale podkreślają uda i biodra. Tak ciasne, że mam wrażenie, jakbym między jej nogami widziała wąski pasek wpijający się w wargi sromowe. Co gorsza, to nie jest wrażenie.

Nagi brzuch, na którym delikatnie rysują się mięśnie, i lubieżnie wręcz odsłonięty pępek. Przełykam ślinę — również na widok bardzo skąpo wyciętego stanika, wersja hardcore, jak z filmów porno, oczywiście w lateksie. Piersi uwypuklone, rowek zaznacza między nimi mocną granicę. Dekolt nagi, połyskujący jeszcze balsamem do ciała. I włosy. Jak na koncercie — upięte w wysoki kucyk, muskający jej plecy.

— Alicja? — Kobieta kot przywołuje mnie do przytomności.

— Yyy? T-tak? — bełkoczę coś nieskładnie.

— Nie dotykałaś kolacji?

— N-nie, skąd…

Uśmiecha się i idzie prosto w moim kierunku. Nogi, uda, brzuch, piersi, lateks. Nie no, teraz to na pewno niczego nie przełknę.

— Podoba ci się? — pyta, a ja tylko kiwam głową, bo i tak nie wyduszę słowa.

Najchętniej rzuciłabym ją na łóżko. Zwariuję.

— Świetnie — odpowiada krótko.

Patrzę, jak skręca i idzie w stronę łóżka. Mam iść za nią? Trochę za szybko podnoszę się z krzesła, przesuwam je kawałek od stołu i potrącam coś głośno.

— Nie wstawaj — rzuca od razu, oglądając się na mnie przez ramię. — Zaraz przyjdę.

Opadam z powrotem na siedzenie i patrzę na jej ruchy. Te kołyszące się biodra… och! Wtedy ona się pochyla, lekko wypinając pupę opiętą do granic tym całym lateksem i sięga do blatu stolika nocnego. Powieki same mi się rozszerzają.

— Mam! — oznajmia, biorąc do ręki swoją… batutę.

Unosi długi, cienki przedmiot, a mnie przechodzą dreszcze. Kurczę. Batuta? Po co jej to do kolacji? Mózg coś mi nieśmiało podsuwa, a policzki reagują wypiekami.

— Będziesz dyrygować tempem jedzenia? — rzucam, siląc się na inteligentny w moim mniemaniu żart.

Mosakowska przygryza dolną wargę, a jej twarz przybiera dziwny grymas.

— Skąd wiedziałaś? — pyta.

Zanim do głowy przyjdzie mi odpowiedź, nogi pod stołem same mi się łączą. Nagłe spięcie podniecenia. Mokro. Co ona, do diabła, wymyśliła?

Podchodzi do mojego krzesła i nie czekając, aż się odezwę, staje tak, że jej noga dotyka skraju mojej. Czubkiem batuty przeciąga mi po dłoni, kieruje się na przedramię, a potem jedzie nim po koszuli i nagle zatrzymuje się tuż pod moją brodą. Przesuwa przedmiot nieco wyżej, a ja odruchowo zadzieram brodę i wpatruję się w nią zaskoczona. Ciemnobrązowe oczy lśnią. Cholera, coś czuję, że to będzie długa kolacja.

— Sara? — wymawiam jej imię pytająco, ale trudno powiedzieć, o co właściwie pytam.

— Mówiłam, że mam dla ciebie coś ekstra — rzuca.

— To… znaczy?

Unosi brew i to jest tak piekielnie łobuzerskie, że aż robi mi się ciepło. Nagle przyjmuje rzeczowy ton i stwierdza:

— Dzisiaj będziesz grzeczna.

Patrzy mi prosto w oczy i czeka na potwierdzenie. Przez moje ciało przelatuje coś w rodzaju gwałtownego kopnięcia prądem.

— Słucham?

— Dzisiaj będziesz grzeczna — powtarza powoli. — Ja decyduję, prowadzę, dyryguję. Ty robisz to, co… — uśmiecha się niebezpiecznie, ale jest w tym coś obłędnie podniecającego — co nakazuje batuta — kończy, a mnie zalewa fala ryzykownego podniecenia.

Patrzę to w jej oczy, to na dłoń, w której trzyma wyciągnięty ku mnie i wciąż dotykający mojej brody przedmiot. Chcę coś powiedzieć, ale przez moją niepewność ona znowu jest szybsza.

— Wiem, że tego chcesz — mówi.

— C-co?

— Ile to już czasu obserwujesz mnie przy pracy? — pyta nagle, a ja chyba pąsowieję.

Automatycznie włącza mi się mechanizm obronny.

— Ale ja wcale…

— Przestań, Ala. — Jej ton jest stanowczy, ale ciepły. — Ja wiem.

Głośne przełknięcie śliny łączy się z burczeniem w brzuchu. Boże, co za sytuacja, zaraz tu wymięknę. Widzę po Sarze, że usłyszała jedno i drugie.

Czubek atrybutu dyrygenta odsuwa się od mojej brody i dotyka wierzchu leżącej na udzie ręki.

— A teraz… — zaczyna wolno i zwiększa nacisk szpica na moją skórę. Zaraz potem wsuwa jedną nogę między moje, a ja odruchowo je spinam. — Chwyć mnie za biodra — mówi.

Nie trzeba mi tego dwa razy powtarzać. Moje ręce natychmiast unoszą się ku niej i opierają na jej biodrach. Częściowo czuję pod palcami lateks czarnych spodni, a częściowo skórę jej brzucha. Sara przysuwa się bliżej i bliżej. Mam teraz przed oczami jej seksowny stanik, a raczej rowek wyznaczający granicę między piersiami. Jezus.

— Całuj — mówi.

Przyciągam ją mocno i wpijam się ustami między piersi. Otula mnie oszałamiający zapach jej skóry, a język sam odnajduje przestrzeń, w której musi się znaleźć. I to już. Zachłannie liżę górną część biustu i zachwycam się smakiem. Ta faktura, ta miękkość! Wariacja. Przeciągam językiem głęboko, aż do krawędzi lateksowego biustonosza, który jest w tym miejscu tak ciasny, że nie wiem, jak się pod niego wedrzeć.

Gdzieś nad głową słyszę westchnienie zadowolenia. Czuję, jak Sara wypina ku mnie klatkę piersiową. Ręce automatycznie przesuwają mi się z bioder na skórę jej brzucha i do góry. W tej samej chwili Mosakowska odsuwa się gwałtownie, a ja zostaję z wystawionym językiem. Jej batuta nagle trafia w zewnętrzną część mojego uda i uderza o nie stanowczo, ale nie boleśnie.

— Ręce miały być na biodrach — mówi takim tonem, że przechodzą mnie ciarki.

— Ty… tak serio? — wyrywa mi się.

— Zgodziłaś się być grzeczna.

— Ja?

— A nie?

To pytanie zawisa między nami i w tym momencie zdaję sobie sprawę z tego, o co toczy się gra, to raz. Dwa — wiem, że ja chcę tej gry. I to bardzo.

Znów przełykam ślinę, ale nie wycofuję się.

— Tak — odpowiadam, słysząc, że mówię to ciszej. — Zgodziłam się.

Sara unosi kąciki ust i oblizuje dolną wargę.

— Powiedz to.

Przez głowę przelatuje mi kilka nerwowych spięć, jakby moje neurony walczyły o to, jak wypowiedzieć to ładnie, ale nie rozpaczliwie. Wreszcie znajduję frazę.

— Będę… grzeczna — mówię.

Sara przewierca mnie ciemnymi oczami, a potem pochyla się i całuje prosto w usta. Prawie omdlewam, i to siedząc na krześle. Na krótką chwilę łączymy się językami, ale ona znowu się cofa.

— Doskonale. W takim razie siadajmy do kolacji.

Gdyby rozczarowanie można było zmierzyć, to moje właśnie zaliczyłoby rekord Guinnessa. Sara odsuwa swoje krzesło i siada po drugiej stronie stołu.

Obok białego talerza delikatnie i z uwagą układa swoją batutę, a później znad centralnego półmiska podnosi metalową pokrywę skrywającą główne danie.

Przysięgam, że ta kobieta doprowadzi mnie do szału.

— Makaron w sosie śmietanowym, pieczarki i cząstki smażonego kurczaka — mówi. — Mam nadzieję, że nie masz na nic alergii?

Kręcę głową, co ma znaczyć, że nie mam.

— Naprawdę będziemy teraz… jeść? — pytam z nutą rozczarowania.

— Tak. Burczy ci w brzuchu.

— Jestem głodna ciebie — wypalam nagle.

Mosakowska przygryza dolną wargę.

— Apetyt rośnie w miarę jedzenia — stwierdza lekko. — Nałożysz nam? — pyta i wskazuje głową półmisek.

— Boże, wykończysz mnie — rzucam.

Czy ona zdaje sobie sprawę z tego, że nie mam ochoty teraz jeść? Fakt, delikatny obłoczek pary unoszący się nad posiłkiem wskazuje, że wszystko jest jeszcze ciepłe, a mój brzuch na sam zapach dygocze w rytm nerwowego przesuwania się jelit, ale… matko! Ten pocałunek, tamte piersi, rowek… no Jezu, są rzeczy ważne i ważniejsze.

— Nałóż nam obu — powtarza Sara i dodaje wolniej. — Ale najpierw zdejmij tę koszulę. Chcę, żebyś to zrobiła w samym staniku.

— Co…? — pytam, a kiedy ona nie odpowiada, dociera do mnie, że zachowuję się jak nastolatka, a do tej to akurat już mi bardzo daleko. Przecież słyszałam, co mówi.

Powieki Mosakowskiej opadają nieco, a jej wzrok ślizga się po mojej koszuli. Chrząkam i nie wiem dlaczego, ale palce same podnoszą mi się do górnego guzika. Cholera, podnieca mnie to. Ona. To, co mówi. Czego chce.

Odpinam guzik, a jej usta minimalnie się rozchylają. Obniżam palce i odpinam drugi, cały czas na nią patrząc. Przy trzecim widzę, jak jeszcze odrobinę rozchyla usta, i tak mi się to podoba, że zwalniam. Zanim odpinam kolejny, mija na tyle dużo czasu, że zdążam w jej oczach zobaczyć błyski.

Wreszcie guziki się kończą, a nie mam już czym przeciągać sprawy. Niespiesznie rozsuwam koszulę na boki i czuję, że to ja mam teraz gęsią skórkę. Kropki zalewają mi podbrzusze, biegną ku żebrom i wreszcie naprężają sutki, co przez delikatny stanik natychmiast zauważa siedząca naprzeciwko mnie kobieta.

— Nie ruszaj się — żąda nagle, a jej głos jest niski, seksowny.

Zamieram, a ona prawą ręką sięga po batutę. Przełykam ślinę, gdy ją unosi, a potem drugi raz, gdy prostuje ramię, sięgając nim nad rozstawionymi na stole talerzami. Czubek przedmiotu opiera się o mój odsłonięty obojczyk, a potem powoli przesuwa ku dołowi, drażniąc chłodnym dotykiem skórę dekoltu. Ciemnowłosa zatrzymuje się na skraju stanika i przeciąga batutą po jego granicy. Nie spieszy się. Niby muska moją pierś, a jednak czuję, że gładzi materiał.

Wciągam brzuch i prostuję się, a zaraz potem czuję, jak batuta zatacza krąg po tkaninie biustonosza… konkretnie wokół mojego napiętego sutka. Z płuc wyrywa mi się syknięcie. Ciche, ale jednak. Sztywne akcesorium cofa się i zaraz jest na mojej drugiej piersi. Znów krąży, a ja zaciskam usta i staram się powstrzymać westchnienie.

— Teraz nam nałóż — mówi nagle Sara i batuta wraca na swoje miejsce, przy jej talerzu.

Patrzę na nią z tym samym rozczarowaniem co kilka minut temu. O… kej. Opanuj się, Ala, zagraj w to. Potrafisz.

Odsuwam krzesło i wstaję, wiedząc, że na mnie patrzy. Jej spojrzenie gładzi mnie po piersiach, a przygryziona dolna warga pokrywa się wilgocią, którą niemal czuję na brzuchu. Podchodzę do jej lewego boku i sięgam po talerz. Za chwilę lądują na nim cząstki kurczaka i makaron.

— Więcej sosu? — pytam i staram się przy tym utrzymać zupełnie lekki ton, co jednak brzmi trochę dziwnie.

— Poproszę.

Dokładam jej zatem, podstawiam papu pod nos i wracam do swojego talerza. Napełniam go podobną ilością jedzenia i już mam usiąść, kiedy Mosakowska mnie powstrzymuje.

— Jeszcze nie. Chodź tu do mnie.

Cofam się i staję z powrotem tuż przy niej. Nie odzywam się, bo nie chcę niczego zepsuć w jej zapewne dobrze ułożonej wizji.

Sara sięga po swój widelec i nabija na niego cząstkę kurczaka. Wyciąga ją ku mnie, ale na tyle nisko, że muszę się pochylić. Robię to od razu i wtedy dzieje się coś, czego się nie spodziewam. Drugą ręką kobieta chwyta mnie za pośladek i lekko popycha do przodu, a kurczak wcale nie trafia do moich ust. Patrzę w dół i widzę, jak kawałek mięsa ląduje między moimi piersiami. Sekundę później lądują tam też wargi Mosakowskiej.

— Ach… — wyrywa mi się, kiedy czuję, jak dotykając mojego biustu, chwyta jednocześnie kurczaka i pozwala mu zniknąć w swoich ustach.

Przytrzymuje mnie za pupę tak, że nie mogę się ruszyć, a tymczasem ona spokojnie rozgryza mięso, chwilę przeżuwa i połyka.

— Mmm — mruczy. — Bardzo dobry.

Potem wysuwa język i szybko przeciąga nim między moimi piersiami. Czuję, jak zlizuje ze mnie sos, i zalewa mnie fala gorąca. Całuje mnie i liże na przemian, a kiedy wiem, że już dawno nie ma tam żadnego sosu, zębami odchyla materiał biustonosza i wdziera się pod niego kolejnymi pocałunkami. Wzdycham głęboko, odruchowo kładę dłonie na jej głowie i przyciągam do siebie mocniej. Jezu, jak ja pragnę jej ust na ciele. Niczego bardziej teraz nie…

— Ach… — Jękiem reaguję na jej usta na moim prawym sutku.

Ssie go przez moment, może sekundę, może dwie. Płonę, ale ona przestaje.

— Tak. Teraz możemy zjeść — oznajmia i wsuwając palce za pasek moich spodni, odciąga mnie do tyłu. — Siadaj, jesteś głodna — dodaje.

— Sara… — wzdycham i pochylam się do jej twarzy, bo muszę poczuć jej usta. No muszę.

Zamiast tego ona znów pociąga mnie do tyłu za pas spodni.

— Najpierw zjemy.

— Nie drażnij się już ze mną — mówię trochę za szybko. — Proszę.

Kobieta uśmiecha się, a na jej twarzy maluje się satysfakcja. Przeciąga dłonią po moich nagich plecach, boku, żebrach i nagle jej palce pojawiają się z przodu, na brzuchu. Stanowczym gestem powstrzymuje mnie od pocałunku.

— Najpierw zjemy — powtarza i jest taka… dobitna.

Mam ochotę zrobić coś niecenzuralnego, ale patrzę jej w oczy i widzę w nich… tyle ognia, pragnienia i żądzy, że coś mnie powstrzymuje. Ala, ona wie, co robi, graj w to, nie psuj. Sama nie wiem, czy bardziej chcę teraz ją mieć, czy zobaczyć, co wydarzy się dalej. Wypuszczam wolno powietrze z płuc i wracam na swoje krzesło.

Dopiero teraz dostrzegam na stole czerwone wino. Nie pytam nawet i sięgam po butelkę, a zaraz potem napełniam swój kieliszek. Połowę wypijam od razu.

Mosakowska uśmiecha się, a ja dam sobie głowę uciąć, że to jest uśmiech lubieżny.

— A dla mnie? — pyta.

Nalewam jej, ale ręka wyraźnie mi się trzęsie.

— Dziękuję — odpowiada miękko, a potem podnosi kieliszek do ust. — Pięknie wyglądasz — mówi z wyczuwalną chrypą, a potem upija pierwszy łyk.

Siedzę naprzeciwko niej i chłonę to, co mówi. Ja… pięknie? To ona ma na sobie czarny lateks i seksowny stanik w tym samym stylu. Jakby zaraz miała wyjąć zza pleców nie tyle batutę, co… pejcz. Ach!

W tym samym momencie genialne odkrycie nagle rozjaśnia mi umysł. Wystarczy, że… zjem! Zjem i potem… Zanim moje myśli dokończą dziki pęd pod mózgową kopułą, już nawijam makaron na widelec. Maczam wielką porcję w sosie i wkładam sobie do ust. Chcę przełknąć od razu, ale do kubków smakowych dociera informacja, jakie to jest dobre. Mimowolnie mruczę, i to z pełnymi ustami. Przełykam szybko, dokładam drugi widelec makaronu, ogarniam go na szóstym biegu i biorę się do kurczaka.

Sara patrzy na mnie i nagle wybucha śmiechem. Ramiona jej drżą z rozbawienia, aż trudno oderwać oczy od tego widoku.

— Zapomnij! — rzuca wesoło. — Wiem, co robisz!

— Taaak? — odpowiadam, nie przestając rozgryzać kurczaka.

— Tak — potwierdza. — Pomysł jest przedni, ale przypomnę ci tylko, co się dzieje, jak człowiek nagle napcha sobie pusty żołądek.

Kurczak momentalnie zastyga mi w ustach i zwalniam. Plan miałam dobry, ale pękaty brzuch, obżarcie się na szybko, wydęcie, rewolucja… O Jezu.

Sara śmieje się jeszcze głośniej, a ma przy tym takie cudowne usta. I policzki. Nawet czoło wygładza jej się podczas śmiechu. Bardzo powoli kończę cząstkę mięsa i przełykam, ciesząc się, że wspomniała o zagrożeniach właśnie teraz. Za dziesięć minut byłoby po zawodach. Wstyd. Biorę wino i piję powoli. Czerwone jest okej, poprawi sytuację.

— Lubię na ciebie patrzeć — mówi nagle, a mnie znowu ogarnia ciepło. — Odkąd zorientowałam się, po co chodzisz na nasze koncerty i dlaczego z takim zaangażowaniem pomagasz w promocji, zawsze czuję twój wzrok na plecach — kończy, a ja robię się czerwona.

Chcę coś odpowiedzieć, ale niby co miałabym dodać? Udaję, że przeżuwam makaron trzy razy dłużej, niż powinnam.

— Myślałaś, że nie wiem? — pyta dalej, a jej kąciki ust znów wędrują w górę w wyrazie satysfakcji.

— Nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi… — próbuję z tego ładnie wybrnąć, ale w kłamstwach nigdy nie byłam za dobra.

— Doprawdy? — powątpiewa, unosząc brew.

— Mhm.

Mosakowska patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć „jaaasne”, ale nie mówi tego. Podnosi widelec z kilkoma wstążkami makaronu i wsuwa go sobie powoli do ust. Jedna z nitek na moment przywiera do jej dolnej wargi, a ona seksownie zagarnia ją zębami. To byłoby dobre zdjęcie. Przytrzymuję wzrok na tej scenie, a gdy go podnoszę, widzę, że oczy Sary są utkwione gdzieś w okolicy mojego mostka, tuż nad stanikiem. Kobieta oblizuje usta, a ja po prostu wiem, że w tym drobnym ruchu nie chodzi o sos z kolacji.

Sięgam po kieliszek i upijam powoli łyk. Czerwony płyn rozgrzewa mi się na języku i mimowolnie myślę o tym, że dotknęłabym nim teraz jej łechtaczki. Jednym krótkim ruchem, a potem… szybszym pociągnięciem.

Sara nagle podnosi się z krzesła i wstaje. Okrąża stół i podchodzi do mnie od tyłu. Czuję jej palce pojawiające się tuż przy mojej szyi. Długie, miękkie, a takie… zdecydowane. Przejeżdża nimi po karku, a później niczym dotykiem piórka sunie opuszkami w stronę uszu. Obrysowuje je swoim ciepłem, wraca na szyję, lekko zaciska się ku obojczykom.

Wzdycham i nie mogę wydusić słowa. Kiedy jej dłonie nachodzą od góry na mój dekolt, prostuję się i biorę głębszy wdech. Palce zsuwają się na piersi, a ciało Sary przywiera do mnie od tyłu i czuję jej oddech. Musiała pochylić głowę, bo właśnie wsuwa nos w moje włosy. Dłonie okrążają piersi, wracają ku górze, aż wreszcie wsuwają się pod stanik.

— Ach… — wyrywa mi się z ust coś między trudnym do wyartykułowania półdźwiękiem spragnienia a jękiem napięcia.

Dłonie obejmują moje piersi i lekko je ściskają. Czuję, jak minimalnie się unoszą i choć Sara nie drażni moich sutków, te same naprężają się w oczekiwaniu. Prawie bolą. W tym momencie widelec wypada mi z ręki na stół. Nawet nie wiedziałam, że wciąż go trzymam. Gdzieś nad głową czuję, jak stojąca za mną kobieta wciąga zapach moich włosów. Raz, drugi, trzeci. Jej dłonie pod stanikiem zdają się ściśle przywierać do mojego biustu, a jednak go pieszczą. Gładzą. Pragną.

Ta chwila bliskości między nami jest tak niezwykła, że odchylam głowę. Ręce Sary cofają się i tracę ją ze swojego ciała. Zanim zdążę zalać się rozczarowaniem, moje krzesło przesuwa się wraz ze mną o sto osiemdziesiąt stopni, aż słychać dźwięk tarcia drewnianych nóg po hotelowym dywanie. Otwieram oczy i widzę minę Sary. Boże. Jak ona na mnie… O cholera.

Nogi okryte idealnie dopasowanymi do ciała czarnymi lateksowymi spodniami rozsuwają się, a jedna z nich nagle się podnosi. Za chwilę czuję, jak jej prawe udo układa się na moim. Boże… drugie ląduje na lewym, a ja ze wzrokiem wbitym w mocno wycięty, ciemny jak noc stanik Mosakowskiej orientuję się, że właśnie na mnie usiadła. Na mnie na krześle.

Zanim wezmę pełny oddech, jej usta łączą się z moimi i zaczynają całować tak, jakby świat miał się za chwilę skończyć. Wilgoć, gorąc, intensywność, bliskość. Języki, wargi, oddechy. Obejmujące się wzajemnie dłonie. Przywieramy do siebie tak ściśle, tak mocno. Pocałunek za pocałunkiem, szmer ocierających się o siebie ciał, nerwowe łapanie powietrza i przerywające ciszę westchnienia.

Sara porusza biodrami, przesuwając się łonem w moją stronę. Syczę z podniecenia i prawie przygryzam jej język. Automatycznie zsuwam ręce na jej plecy, gładząc skórę, po czym mijam stanik i chwytam ją za pośladki. Napięta faktura lateksowych spodni sprawia, że z miejsca znów robię się mokra. Przyciągam ją do siebie mocniej. Chcę czuć ruch jej bioder… lepiej, bliżej, ściślej.

Całujemy się bez opamiętania, a każde kolejne przesunięcie się jej ciała po moim doprowadza mnie na krawędź pożądania. Chłonę ją całą, pragnę jej.

Nie muszę odrywać ust od jej ust, żeby wyczuć, jak jedną ręką sięga mi za plecy. Po chwili przerywa pocałunek, a ja otwieram oczy i widzę, że trzyma w dłoni kieliszek wina. Wzięła go ze stołu. Patrzy na mnie, a oczy lśnią jej jeszcze mocniej niż wcześniej. Odruchowo uchylam usta, a ona przysuwa ku nim szkło i przeciąga brzegiem po mojej dolnej wardze. Przechyla tak, bym upiła niewielki łyk, a następnie pochyla się nade mną i nasze wargi znów się łączą.

Czuję, jak w magiczny sposób ten łyk wina staje się naszym wspólnym. Jej język wsuwa się głębiej, jakby chciał wziąć dla siebie jeszcze odrobinę trunku. Krąży i drażni. Nęci. Kilkukrotnie powtarzamy ten ruch, aż wreszcie Sara odstawia pusty kieliszek na stół.

— Chcę na ciebie popatrzeć — mówi nagle, przerywając ciszę.

Jej głowa kieruje się w stronę łóżka, a ja momentalnie zaciskam mięśnie między nogami.

— Jak…? — pytam, chociaż rozsądek podpowiada mi, że nie powinnam.

Kobieta kot podnosi się i wraca do pozycji stojącej, tuż przed moim krzesłem. Oblizuje usta i bardziej stwierdza, niż prosi:

— Rozbierz się dla mnie.

— Teraz…?

— Tak. Stań tam, przy łóżku i rozbierz się — odpowiada i nie czekając na moje „tak”, „nie” ani „o Jezu”, wraca do swojego krzesła i ustawia je sobie na wprost łóżka.

Boże, dociera do mnie, że ona naprawdę chce na mnie patrzeć. Rozglądam się nerwowo, bo pokój jest zalany światłem.

— Zapomnij — uprzedza to, co chciałam powiedzieć, i dodaje: — W pełnym świetle.

Ścisk w podbrzuszu mało nie rozsadza mnie od środka. Przypominam sobie, że jestem dorosła, i usilnie powtarzając to sobie w duchu, wstaję i idę w kierunku łóżka. Patrzę Sarze prosto w oczy, obserwując, jak sięga po kolejny kieliszek wina i… batutę. Lekko opiera ją sobie na udzie i popijając trunek, czeka. Wygląda przy tym oszałamiająco. Władczo. Jest w tym coś takiego…

— No już. Rozbierz się — mówi.

Sięgam do guzika od spodni i rozpinam go, a potem odnajduję zamek błyskawiczny i pociągam go ku dołowi. Opieram palce na biodrach i wsuwam je pod spodnie, a następnie powoli opuszczam je na podłogę, z całej siły panując nad zdenerwowaniem.

— Ładna bielizna — komentuje Sara i przygryza dolną wargę.

Kiedy uwalniam wreszcie stopy ze spodni, odsuwam tę część garderoby na bok.

— Odwróć się. — Słyszę.

— Tyłem?

— A można inaczej? — pyta z uśmieszkiem.

Mimowolnie też się uśmiecham. Żeby w takim momencie jeszcze łapać człowieka za słówka. Odwracam się i mam wrażenie, że nogi mi się plączą jakoś tak niezgrabnie. To na pewno nie wygląda seksownie, ale to, co dzieje się pod bielizną, którą Sara właśnie na mnie podziwia, sugeruje, że moje wnętrze jest tym wszystkim bardziej niż pobudzone.

— Pupę też masz bardzo ładną. — Słyszę i kolejny raz muszę zacisnąć mięśnie.

Każde jej słowo tak na mnie działa. To chyba nie jest do końca… normalne?

Dwie sekundy później, zanim zdążę przemyśleć kolejny krok, Sara staje za moimi plecami, a ja nieruchomieję. Patrzę na łóżko i nie wiem, czy powinnam się do niej odwrócić. Sztywny przedmiot opiera się o moją łydkę, a później niespiesznie biegnie ku górze. Czuję, jak zostawia ślad przy kolanie, na udzie, na biodrze.

Batuta zatrzymuje się na wąskim pasku tkaniny moich majtek, a zaraz potem wsuwa się pod niego. Sara odciąga dłoń tak, że bielizna lekko oddala się od ciała. W duchu syczę, ale nie robię nic. Ona powtarza ruch raz, drugi i trzeci. Później przestaje, a ja wiem, że każe mi czekać. Może to trwa chwilę, a może pięć minut. Sztywny przedmiot znika, a na jego miejscu pojawiają się jej palce.

— Ach — wyrywa mi się.

Kobieta kot milczy i szybko pociąga bieliznę w dół, a ja mało nie staję na palcach. Kiedy majtki zawisają mi między kolanami, jej ręka ląduje mi na plecach i…o Boże. Naciska mnie do przodu tak zdecydowanie, że odruchowo muszę oprzeć dłonie na pościeli.

— Nie ruszaj się — mówi stanowczo.

Wypięta w jej stronę gołym tyłkiem czuję, jak na niego patrzy. Cała się spinam.

— Rozluźnij się — mówi.

Z trudem opanowuję stres i przymykam oczy. Za dużo światła, za dużo światła. Jej ręka przesuwa mi się po kręgosłupie ku dołowi. Mija stanik, sunie w stronę kości krzyżowej i wreszcie dotyka prawego pośladka, a ja znowu go napinam.

— Nie podoba ci się? — pyta niskim, tak seksownym głosem, że aż przechodzą mnie ciarki.

— N-nie — jąkam się. — To znaczy tak, to znaczy… cholera. Bardzo mi się podoba.

Gubię się w myślach, słowach, ale nie w tym, co teraz czuję.

— To się rozluźnij — odpowiada.

Wypuszczam powietrze z płuc i staram się uspokoić spięcie w pośladkach. Ona w tym czasie patrzy na mnie od tyłu i słyszę, jak mruczy z zadowoleniem. Uf.

Nagle chwyta mnie rękoma i przyciąga pupą do swoich lateksowych spodni. Jej biodra przylegają do moich tak ściśle, że jęczę, jeszcze zanim zacznie nimi poruszać, symulując stosunek.

— Grzeczna dziewczynka. — Słyszę za plecami.

Moim ciałem znów targają dreszcze. Co ona ze mną robi? Czy ja tak… zawsze miałam? Czy Sara tak mnie kręci? Boże, kolejne pchnięcie biodrami sprawia, że muszę mocniej oprzeć ręce na łóżku. Wyobrażam sobie, że kobieta kot posuwa mnie od tyłu i wtedy czuję w głowie tak gwałtowny puls, że niczego już sobie nie muszę tłumaczyć. Owszem, kręci mnie. Właśnie tak. Pragnę…

I wtedy na mój prawy pośladek spada pierwszy klaps. Dźwięk roznosi się po pokoju hotelowym, a ja spinam pupę tylko po to, by przyjąć kolejne uderzenie. Nie jest mocne, ale… serce mało mi nie wyskakuje z wrażenia. Mrowienie, ciepło, mrowienie, ciepło, gorąc. O matko. Mimowolnie czekam na trzeci klaps i wyłącznie ja wiem, jak bardzo go teraz pragnę. To takie… lubieżne. Dzikie. Mocne.

— W porządku? — Głos Sary dobiega do mnie, jakby była w zupełnie innym miejscu.

— Tak — odpowiadam szybko. — Boże, tak.

Czuję, że kobieta za moimi plecami odgina się, jakby po coś sięgała. Mgnienie oka później na mój pośladek rzeczywiście coś spada, ale tym razem nie jest to jej ręka. Wąski, sztywny, rozpalający ciało po uderzeniu… kij?

— Och… — wyrywa mi się w tej samej sekundzie, w której rozumiem.

Batuta. Coś niesamowitego wstrząsa moim ciałem, a każda rozgrzana komórka zaczyna płonąć. Nie sądziłam, że to może być takie…

— Jeszcze raz? — pyta.

Mam sucho w ustach, nie mogę odpowiedzieć. Sara kuca i na palącym po batucie miejscu czuję jej wilgotny język. Gardłowy jęk przyjemności wydziera mi się z ust. Coś niezwykłego. Kobieta kot liże mnie jeszcze raz — długim, powolnym pociągnięciem. Czuję, jak jej chłodna ślina wzmaga podniecający ból.

Majtki zsuwają mi się z kolan na podłogę i nie wiem, czy zrobiła to ona, czy same spadły. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo w tej chwili Sara łapie mnie za kostkę i przesuwa jedną nogę w prawo. To samo robi z drugą. Otwieram oczy i pochylam głowę. Między łóżkiem i swoim brzuchem widzę ją tam… z tyłu. Klęka za mną na podłodze. Wiem, co zrobi.

Jej język wdziera się do mojego łona gwałtownie i szybko. Krzyczę, a potem wypinam się ku niej jeszcze bardziej. Jej dłonie opierają mi się na pupie i rozchylają pośladki, wzmagając żądzę. Język zdaje się sztywnieć, kiedy przeciąga nim głęboko aż po łechtaczkę i punkt nad nią.

— Ach…

Raz po raz to jęczę, to wzdycham. Wystarczy tylko, że mnie dotknie.

Nagle odnajduje wejście do mojego wnętrza i zanurza się w nim całym językiem. Chyba krzyczę, ale ona nie przerywa. Wchodzi i wychodzi. Głębiej, mocniej, dalej, płycej. Napieram na nią swoim ciałem. Nie cofa się. Penetruje mnie intensywnie. Chce. Pożąda. Zjada. Bierze. W hotelowym pokoju słyszę echo własnego krzyku.

Dochodzę trzy sekundy później. Ciałem targają dreszcze i wstrząsy. Tracę siły w rękach i nogach. Kolanami opieram się o brzeg materaca, uginam łokcie. Opadam na pościel. I dyszę.

— Nie myśl, że to koniec — mówi Sara, ale czuję się tak wypompowana, że nie jestem w stanie się ku niej odwrócić.

Słyszę jakiś brzdęk, a potem nalewanie płynu. Pić. Muszę się napić. Mosakowska pojawia się obok jak duch, siada na łóżku i podaje mi kieliszek.

— Napij się — mówi.

Ręka mi się trzęsie, ale sięgam po trunek i połowę wychylam duszkiem. Wino jest chłodne, mocne, cudowne. Drugą część dopijam już wolniej.

— Nie dajesz mi się wykazać — rzuca kobieta kot pół żartem, pół serio.

— C-co? — Patrzę na nią i nie rozumiem.

— Nie możesz tak szybko kończyć — oznajmia.

Parskam.

— Jak widać, mogę — odpowiadam i podaję jej szkło. — Nalejesz mi jeszcze?

Kiedy chwyta nóżkę, muska palcami moją dłoń. To takie przyjemne. Mocniej ściskam nogi i układam się bokiem, żeby wyglądać trochę korzystniej. Mosakowska wraca z napełnionym naczyniem i siada na brzegu materaca. Kiedy piję, uważnie patrzy na moje usta. Widzę, jak koniuszkiem języka przesuwa po dolnej wardze. Podaję jej resztę.

— Napij się — mówię i teraz to ja się w nią wpatruję.

Ognista czerwień trunku w połączeniu z kolorem jej cery i czarnymi ubraniami wygląda upajająco. Ona cała jest zresztą upajająca.

— Zjesz coś jeszcze? — pyta.

Kręcę głową. Nie mam ochoty na jedzenie.

Mosakowska odstawia kieliszek na podłogę, a potem wraca do mnie i przysuwa się tak blisko, że czuję jej zapach. Jej i seksu. Pochyla się nade mną i całuje w usta. Tym razem nie jest to jednak pocałunek gwałtowny i palący, ale spokojny, długi, taki… ciepły. Kładzie się obok i obejmuje mnie. Nie odrywając ust, gładzi po plecach. Koi. Robi mi się błogo i lekko, właśnie wtedy kobieta kot zatrzymuje dłoń na haftkach mojego stanika i zaczyna je rozpinać. Otwieram oczy.

— Zapomnij — mówię stanowczo. — Teraz ja chcę zobaczyć nago ciebie.

Druga i trzecia haftka puszczają, jakby Sara nic sobie z mojego gadania nie robiła. Uśmiecha się tylko i składa na moich ustach kolejny długi pocałunek. Zaraz potem unosi mnie na tyle, by przeciągnąć ramiączka biustonosza przez moje ramiona.

— Halo, halo — protestuję, ale i tak moje nagie piersi już falują przy jej twarzy.

— Obiecałaś, że będziesz grzeczna — przypomina.

— A nie byłam?

— Owszem, ale właśnie przechodzimy do drugiego etapu.

— Że… jak? — pytam, rozszerzając powieki.

Sara wzrusza ramionami i wyjaśnia na jednym wdechu.

— Preludium to tylko krótki wstęp do dalszej części utworu. Chyba nie chcesz przerwać dobrze zapowiadającego się koncertu już na początku?

Zatyka mnie, ale tylko na kilka sekund. Wreszcie otwieram usta.

— Z tego, co wiem — zaczynam — w koncert angażuje się cały zespół. Jeśli zatem strojem scenicznym ma być nagość, to nie mogę w tym tkwić sama.

Sara unosi kąciki ust i chwilę rozważa ów fakt. W tym samym czasie sięgam dłonią do jej mocno wyciętego czarnego stanika. Opuszkami obrysowuję miseczki i zsuwam się na nagi kuszący dekolt. Pochylam głowę i za moment mój język łączy się z jej gładką skórą. Kobieta kot nie dość, że pachnie seksem, to jeszcze nim smakuje. Odurza mnie wizja tego, że będę ją dzisiaj miała. Liżę kolejne centymetry jej biustu i udaje mi się wedrzeć nieco pod stanik.

— Mam propozycję — mówi nagle Sara. — Jedną z tych nie do odrzucenia.

Z zaciekawieniem unoszę głowę i widzę jej wielkie, błyszczące oczy. Układam dłoń na jej biodrze i mocniej zaciskam na lateksie. Chcę, żeby mnie czuła.

— Jaką? — dopytuję się.

— Usiądę ci nago na twarzy — mówi, a mnie z miejsca zalewa fala gorąca. — Pod jednym warunkiem.

Zanim spytam pod jakim, już wyobrażam ją sobie nad głową. Boże. Te wszystkie momenty, kiedy patrzyłam na jej ciało na scenie. Kto jak kto, ale ona biodrami potrafi ruszać doskonale. Naga na mojej twarzy… Ach, przeszywa mnie silne spięcie podniecenia.

— Warunkiem? — pytam, kiedy dociera do mnie, co powiedziała.

— Tak.

— Niby… jakim?

— Nie dotkniesz mnie wtedy niczym poza językiem — wyjaśnia. — To ja tutaj dyryguję — dodaje.

— Zgoda — wypalam, nie przemyślawszy tego jednak do końca.

— Świetnie.

Kobieta kot uśmiecha się podejrzanie, a potem wstaje z łóżka i pewnym krokiem idzie w stronę stojącej pod ścianą walizki.

Patrzę za nią i zaczynam przypuszczać, że coś tu jest nie tak. To podstęp? Czyżbym wpadła na jakąś minę? Metalowe ząbki od zamka jej bagażu wydają charakterystyczny dźwięk, a ręka Sary na moment znika we wnętrzu walizki. Kiedy znów ją widzę, nie jest już pusta.

— Co… to jest? — pytam chyba bardziej zaniepokojona niż zaciekawiona.

— Zgadnij — odpowiada i idzie ku mnie z tym czymś w dłoni.

Patrzę i nie wierzę. Zwój cienkich czarnych linek?

— O Jezu — wypalam. — Ale co to ma…

Zanim dokończę zdanie, kobieta kot mi przerywa:

— Obiecałaś, że nie dotkniesz mnie niczym poza językiem — tłumaczy. — I zamierzam tego dopilnować.

— Ale…

— Nie było mowy o żadnym „ale” — przerywa mi ponownie.

Czuję się trochę skołowana, choć też podniecona. Przecież… właściwie chciałam, żeby mnie do tego łóżka przywiązała, więc… hm… Oddycham trochę ciężej, ale jestem podekscytowana. Czarne linki w ręce dyrygentki wyglądają, jakby były w komplecie z jej seksownym strojem.

— Masz fantazję — rzucam.

— Wchodzisz w to?

Przełykam ślinę.

— Oczywiście — odpowiadam bez cienia wahania, bo właśnie doszłam do wniosku, że nie mogę się ciągle krygować.

Sara lekko ściąga brwi, a następnie okrąża łóżko i podchodzi do mnie z drugiej strony. Najpierw pochyla się tak nisko, że prawie całuje mnie w ucho, ale zamiast jej wilgotnego języka czuję tylko gorący oddech. Pod jego wpływem krew znów zaczyna we mnie szybciej pulsować. Z podnieceniem miesza mi się poczucie jakiegoś niewypowiedzianego zagrożenia. Niebezpieczeństwa. Kobieta chwyta moją prawą dłoń i unosi ją wysoko, a potem przeciąga do tyłu.

— Nie ruszaj się — mówi, a ja biorę głębszy wdech.

Cienka linka oplata mi się wokół nadgarstka i łączy z metalową ramą łóżka tuż za głową. Odruchowo zerkam w dół i widzę, jak piersi uniosły mi się i napięły. Cholera… to bardzo seksowne. Sara poprawia węzeł, a kiedy obchodzi łóżko, idąc ku drugiej ręce, ja pociągam tę pierwszą i sprawdzam. Związała mocno. Porządnie. Wizja tego, że raczej nie uwolnię się sama, dodatkowo mnie podkręca. Tymczasem w górę wędruje moja lewa ręka i za moment obie są już unieruchomione. Spinam nogi i przygryzam dolną wargę.

Mosakowska stoi obok i przypatruje mi się z zadowoleniem.

— Bardzo dobrze — mówi, a później pochyla się i jej usta lądują na mojej piersi.

Otacza wargami sutek i zaczyna go nieznacznie ssać, a ja jeszcze bardziej ściskam nogi. Patrzę na nią i podnieca mnie ten obraz. Naprężony sutek robi się sztywny jak kamień, a ona to liże go pociągłymi ruchami języka, to znów ssie, obejmując całą brodawkę. Nawet nie wiem, w którym momencie przekłada nade mną nogę i opierając mi się na biodrach odzianym w lateks ciałem, zawisa w powietrzu. Jej wargi przenoszą się na drugą pierś, a ja wyginam się ku nim odruchowo. Drugi sutek znika w jej ustach, pieszczony to wilgocią języka, to ssaniem.

— Aach… — wyrywa mi się z płuc.

Mosakowska obniża się i przejeżdża językiem po brzuchu, zatrzymując się na moment koło pępka. Czuję, jak drżę od środka. Skręca, a jej usta przywierają teraz punktowo do mojej kości biodrowej, niżej do uda i dalej zatrzymują się na kolanie.

— Sara… — szepczę przypominająco. — Miałaś iść ku górze.

— Wiem — odpowiada i dotyka wargami mojej łydki, a jej ręka jednocześnie oplata mi kostkę.

Unoszę głowę i patrzę na nią, klęczącą teraz na podłodze przed łóżkiem. Co ona robi?

— Sara? — pytam, ale kobieta milczy. Czuję, jak coś cienkiego owija mi się wokół kostki. — Co robisz? — ponawiam, a w głowie pulsuje mi niepokój i nie wiem, czy to on mnie tak podnieca, czy to, co ona zamierza zrobić.

Linka napręża się, a kobieta kot bez słowa przeciąga ją do dolnego rogu łóżka i drugi jej koniec owija wokół metalowego zakończenia konstrukcji. Naciąga, a ja czuję, jak prawa noga automatycznie odchyla mi się na bok.

— O Boże… Sara?

Ciszę pokoju hotelowego, przerywaną zresztą tylko moimi pytaniami, można by teraz kroić nożem. Kobieta unosi wzrok i patrzy na mnie w skupieniu. W jej oczach widzę to, co zawsze wyobrażałam sobie, kiedy stała do mnie tyłem na scenie, podczas występów. Pełna koncentracja. Głębia. Siła. I nagle krótkie oświadczenie.

— Unieruchomię ci nogi.

Chrząkam nerwowo.

— Ale…?

— Nie bój się.

Biorę głębszy wdech i próbuję nad sobą zapanować, ale ona naciąga linkę jeszcze mocniej. W tej pozycji mogę jeszcze złączyć nogi i trochę się zasłonić, ale… o Boże, jakie to jest podniecające. Sara kończy węzeł i chwyta drugą kostkę.

— Ale potem mnie uwolnisz? — pytam trochę nerwowo, bo muszę mieć pewność.

Kobieta potwierdza skinieniem i już oplata mi kostkę linką.

— Rozluźnij się — mówi i po chwili pociąga za nią, odchylając lewą nogę w stronę drugiego końca łóżka.

Z płuc wyrywa mi się westchnienie równoznaczne z gwałtownie rosnącym podnieceniem. Poza szerokim rozwarciem nóg rozchyliły mi się również… wargi sromowe. Boże, co za uczucie. A ona stoi tam, na dole, i na to patrzy. Wraz z napinającą się linką, która jeszcze bardziej naciąga nogę, przestrzeń między udami zaczyna mi tętnić szybciej. Jezu.

Mosakowska splata węzeł i cofa się o krok, wbijając we mnie spojrzenie. Nie pamiętam, żeby ktoś kiedyś tak na mnie patrzył.

— To byłoby piękne zdjęcie — mówi nagle, a ja mało się nie zakrztuszam.

— Mowy nie ma! — protestuję zdecydowanie. — Żadnych zdjęć.

Kobieta kot się uśmiecha.

— Powiedziałam „byłoby”, a nie „będzie” — stwierdza. — Obie nie chcemy takich pamiątek — dodaje, a ja oddycham z autentyczną ulgą.

Dziwnie się czuję w tej pozycji. Taka… otwarta. Zdana na nią. I wtedy dociera do mnie, co się teraz stanie. Sara zdejmie ubrania, a ja będę na to patrzeć, chociaż w aktualnej sytuacji rzeczywiście nie będę w stanie jej dotknąć.

— Chodź do mnie — proszę, nie mogąc się już tego doczekać. — Chcę cię poczuć na języku.

Zamiast tego kobieta robi kilka kroków w tył i sięga dłonią do blatu stołu. Bez słowa bierze z niego swoją batutę. Mięśnie pochwy reagują na ten gest automatycznie. Wilgoć i spięcie — jednocześnie. Kilka sekund później szpic batuty opiera się na moim dużym palcu lewej stopy i zaczyna przesuwać ku górze. Wciągam powietrze i znów drżę, a ona sunie przedmiotem po skórze, dociskając go nieznacznie co kilka centymetrów. Nad kostką, na łydce, na boku kolana i na wewnętrznej stronie uda. Jezu… zamieram w bezruchu, gdy batuta zsuwa się lekko i opiera o moją pachwinę.

— Zdenerwowana? — pyta nagle Sara i jednocześnie unosi swoje akcesorium, gładząc nim moje włoski łonowe.

Nie jestem w stanie jej odpowiedzieć, bo skupiam się tylko na tym, żeby nie drgnąć. W końcu to ostry przedmiot, nie zabawka…

Jezu. Syczę, kiedy z wyraźną wprawą przeciąga końcówką po wierzchu jednej z moich warg sromowych. Tylko ją muska, ale podbrzusze tętni mi coraz szybciej. Kobieta kot jak gdyby nigdy nic dotyka batutą drugiej wargi i sunie po niej powoli w dół.

— Uważaj… — mówię gardłowo. — To niebezpieczne…

— Jesteś mokra? — pyta wprost.

— A jak myślisz? — odpowiadam drżącym głosem.

Sara uśmiecha się, ale nie patrzy mi teraz w oczy. Jest całkowicie skupiona na moim łonie i ruchach dyrygenckiego gadżetu. Doskonale wie, że jestem mokra… widzi to przecież. Spinam mięśnie, a trzymany przez nią przedmiot dotyka jednego z wilgotnych punktów na skórze. Zalewa mnie fala podniecenia, jakiego nie znam. Skala ryzyka…

Zanim zdążę cokolwiek pomyśleć, batuta cofa się i unosi. Kątem oka widzę, jak przesuwa się w prawo. Sara przygryza wargę i zdecydowanym ruchem opuszcza ją na górną boczną część mojego uda, tuż przy pośladku.

— Aaa…!

Uderzenie rozpala mi skórę i wypycha biodra ku górze. Wszystkie linki napinają się jednocześnie, poruszone gwałtownym szarpnięciem. Kobieta kot nie czeka, uderza ponownie.

— Aaa! — krzyczę i czuję, jak mięśnie pochwy kurczą mi się i rozluźniają na przemian.

Przy trzecim uderzeniu strużka wilgoci spływa mi spomiędzy nóg na pościel. Ciało płonie.

— Boże… — jęczę i nie poznaję własnego głosu.

Mosakowska odkłada batutę na materac i chwyta mnie za kostki. Ściska je tak mocno, że znów wypinam biodra z podniecenia. Skóra piecze, ciało chce więcej. W tej samej chwili głowa dyrygentki ląduje między moimi udami, a zaraz potem jej język liże mnie tam krótko i szybko.

— Aach! — krzyczę.

Mosakowska zniża się i wypięta w stronę pokoju w tym swoim czarnym lateksowym kostiumie nagle wsadza mi język do środka. Ten zatrzymuje się głęboko, a ja, siłując się z krępującymi mnie linkami, gwałtownie próbuję dopchnąć do niego ciało. Wyrzucam biodra do przodu. Jeszcze bardziej. Mocniej. Pokój zalewają dźwięki mojego pożądania. I wtedy Sara wysuwa ze mnie język i przeciąga nim w górę, aż nad łechtaczkę. Linki skrzypią, gdy znów próbuję nagiąć je do swoich potrzeb. Pragnę teraz…

— Jezu, wejdź we mnie — dyszę. — Palcami… proszę.

Sara się cofa.

— Sara… — proszę ją, słysząc w swoim głosie coś na skraju piekielnej żądzy i rozczarowania.

Właśnie wtedy ona odpycha się rękoma od łóżka i wstaje. Patrzę, jak sięga do guzików swoich spodni i zaczyna je szybko rozpinać. Czerń lateksu zsuwa się razem z jej bielizną. W ułamku sekundy, może dwóch, mam przed oczami obraz kobiety moich pragnień — nagiej od pasa w dół. Słyszę swój jęk, a potem widzę, jak Sara okrąża łóżko i wchodzi na nie z boku. Przerzuca nogę nade mną, podsuwa się i kuca tak, by znaleźć sobie wygodną pozycję. Układa nogi w sposób, który nie krępuje jej ruchów i nie uciska moich przywiązanych do ramy rąk. Mam ją nad swoją twarzą. Nagą. Piękną. O Boże. Rozsuniętą tak szeroko. Mokrą…

Zwilżam wargi, a ona opuszcza się na mnie i przeciąga cipką po moich ustach. Gdzieś wysoko słyszę jej zdławiony jęk i rozpala mnie to do granic. Wysuwam język i zaczynam ją lizać. Pieścić. Dociskać. Brać. W głowie czuję żar wszystkich łączących się ze sobą pragnień. Chcę ją objąć, ale tylko naciągam krępujące ciało linki.

To ona teraz dyktuje tempo. Jej biodra zaczynają falować. Przód i tył, zdecydowane, długie ruchy. Raz po razie. Potem szybsze pociągnięcia, które koncentrują jej łechtaczkę na moim języku. Usztywniam go i czuję, jak pod nim nabrzmiewa. Znów przód i tył.

Ach! Słyszę, jak Sara jęczy coraz prędzej i ciężej. Napiera na mnie zdecydowanie. Pragnie tak samo mocno jak ja. Jej nabrzmiała łechtaczka wydaje się już twarda jak kamień. Linki skrzypią pod moimi bezskutecznymi próbami ich rozluźnienia. Układam usta inaczej i zaczynam ssać Sarę. Ona krzyczy. Ssę dalej i czuję, jak rośnie mi w ustach jeszcze bardziej. I jeszcze.

Nagle wszystkie mięśnie kobiety spinają się gwałtownie, a ona chwyta rękoma metalową ramę łóżka. Jej plecy wyginają się w łuk i w tej samej chwili dochodzi… tak pięknie. Czuję to na języku, wargach, brodzie i w sobie. Każdym fragmentem mojego ciała, zupełnie jakbym to ja była na górze.

Biodra Sary opadają na moją twarz nieco bardziej, utrudniając mi oddychanie w tak fantastyczny sposób, że nie chcę tego przerywać. Dopiero po chwili kobieta kot unosi się i mocniej podpiera rękoma o ramę. Oddycha ciężko, pozwalając temu momentowi wybrzmieć. Mam wrażenie, że echo jej oddechu niesie się po pokoju. Mija jeszcze kilka chwil, zanim Sara cofa się i zsuwa niżej, a później kładzie obok mnie.

Przekręcam głowę i patrzę na jej twarz. Jeszcze nie widziałam jej tak rozluźnionej, spokojnej, cichej. Na czole kobiety rysuje się kilka kropel potu i naprawdę żałuję, że jestem teraz związana, bo chciałabym je zetrzeć palcem i spróbować. Jak smakuje sól podniecenia? Jak układa się na kubkach smakowych? Boże, leżę tak, czując, jak między udami wszystko mi pulsuje, i myślę tylko o tym, jak cudownie było ją mieć na sobie. Te jej ruchy, ta… siła.

Sara przymyka oczy, a jej klatka piersiowa zaczyna się uspokajać. Wreszcie oddycha wolniej, a powietrze z płuc wypuszcza znacznie dłużej. Nie mogę oderwać wzroku od jej ciała. Zaciskam palce u związanych i uniesionych nad głową rąk. Rozluźniam i zaciskam znowu. Gdyby nie linki, leżałabym teraz na niej, słuchając, jak bije jej serce.

Nagle Sara zmienia pozycję i układa się na łóżku bokiem, z twarzą skierowaną w moją stronę. Uśmiecha się łobuzersko. Podstępnie. Mruga do mnie, ale nic nie mówi, więc też się do niej tylko uśmiecham.

Wtedy podnosi rękę, a ja widzę, że trzyma w niej batutę. Przykłada ją lekko do mojego boku i zsuwa na udo. Niespiesznie wodzi przedmiotem po moich napiętych mięśniach, przeciągając nim do kolana i zaraz wracając do góry. Gładzi, powtarza ruch, przytrzymuje, znowu przesuwa. Czuję, jak lekko zwiększa nacisk, jak podnosi batutę na centymetr i delikatnie opuszcza ją na moją skórę.

W tej pozycji nie mogę niczego zrobić. Mogę tylko patrzeć. I czuć… Centymetr odległości między batutą a moją skórą zwiększa się do dwóch, trzech, a potem pewnie czterech. Każde kolejne dotknięcie przedmiotem jest nieco bardziej stanowcze. Mniej delikatne.

— Chyba czegoś nie dokończyłyśmy — mówi, a następnie odrobinę mocniej uderza w bok mojego uda.

— Tak myślisz? — pytam i przygryzam wargę.

— Mhm. Zdaje się, że mnie o coś prosiłaś — zauważa i unosi batutę.

— Ja?

— Owszem — potwierdza. — Chwilę przed tym, jak znalazłam się na twojej twarzy.

Przełykam ślinę i milczę, a potem odpowiadam:

— Masz dobrą pamięć.

— Najlepszą — przyznaje i opuszcza przedmiot na moją skórę.

— A… — wyrywa mi się, bo robi to mocniej niż poprzednio.

— Lubisz tak, prawda? — pyta i uderza ponownie, a ja znowu czuję w ciele mrowienie.

Zanim jednak odpowiem, Sara przenosi swoje akcesorium bardziej w prawo i zaczyna nim przeciągać wzdłuż moich rozchylonych warg sromowych. Nie szpicem, ale całą długością. Czuję, jak sztywny materiał, z którego wykonano jej dyrygencki gadżet, układa się na mnie i dociska wilgotne miejsca. Wciągam powietrze, a ciało, od wewnętrznej strony ud aż do piersi, pokrywa gęsia skórka. Zdradzieckie kropki podniecenia.

— Nie masz dość? — pytam trochę nerwowo.

Sara tylko się uśmiecha i dalej przesuwa przedmiot w górę i w dół, pozwalając mu pobudzać to moją łechtaczkę, to znów przestrzeń pod nią i nad nią.

— To o co prosiłaś? — pyta niewinnie, zerkając mi przy tym w oczy i jednocześnie ciągnąc akcesorium w górę.

Chrząkam tylko, bo zaschło mi w gardle, a ona dociska batutę mocniej. Odruchowo wyginam biodra i czuję, jak napinają się krępujące mi stopy linki. Przedmiot lekko drga na mojej łechtaczce, a ja wiem, że ona specjalnie wprawia go w taki ruch. Drażni się.

— Jezus… — rzucam ciężko.

— A więc? — Mosakowska powtarza pytanie i wciąż nie spuszcza mojej twarzy z oczu.

Przygryzam dolną wargę i ledwie słyszalnie odpowiadam:

— Chciałam. Twoich. Palców…

Batuta jednocześnie wibruje i dociska, a mięśnie pochwy spinają mi się tak, jakby chciały ją poczuć jeszcze bliżej. Nie wiem, jak Sara to robi, ale pragnę jej coraz bardziej. Gadżet cofa się, uciekając spomiędzy moich warg sromowych tak gwałtownie, że aż syczę. Druga ręka Sary chwyta mnie za biodro i odchyla je wraz z ciałem — lekko na bok. Sekundę później czuję palące uderzenie w pośladek.

— Aaach!

Zaraz potem na skórę spada jeszcze jedno, tym razem mocniejsze. Krzyczę, ale to nie jest protest. To żądza. Pośladek pali, a bijący od niego żar dociera między moje nogi i sprawia, że mam ochotę wyjść z siebie i się na coś nadziać. Teraz, tutaj, natychmiast. Dotyka mnie tak silna potrzeba wypełnienia, że prawie wybucham. Z niemym wyrzutem patrzę na Sarę, a ona unosi kąciki ust i uderza trzeci raz. Mój pomieszany z jękiem krzyk niesie się echem po pokoju hotelowym.

— Powiedz to — żąda stanowczo i uderza mnie ponownie.

Puls bólu i podniecenia przeszywa mi pupę, udo, łono. Nogi drżą, próbując wygiąć się ku niej, ale cholerne linki to uniemożliwiają. Czuję wszystko i pragnę wszystkiego. Zamiast głosu z ust wydostaje mi się zdławione charczenie.

— Wejdź we mnie.

— Jak? — pyta Sara i kładzie mi rękę na rozwartej cipce.

— Mocno — odpowiadam i czuję, jak coś rozsadza mnie od środka.

Jeśli zaraz jej w sobie nie poczuję, to wyjdę z siebie, przysięgam.

I wtedy wbija się we mnie palcami. Tak głęboko, że krzyczę.

Pierwszy raz

Dziewiętnastoletnia Aleksandra podkuliła nogi, chcąc przepuścić kolejne osoby przeciskające się właśnie korytarzem uniwersytetu medycznego we Wrocławiu. Ktoś trącił jej stopę adidasem, ktoś podparł się ręką o ścianę, kilka osób niemal przeskoczyło nad jej nogami, energicznie biegnąc w swoją stronę.

Kiedy parę miesięcy temu Aleksandra po raz pierwszy wchodziła na zajęcia, myślała, że ten wyjątkowy ruch związany jest po prostu z rozpoczęciem studiów, ale teraz, gdy kalendarz wskazywał pierwsze dni grudnia, wiedziała już, że tutaj jest tak bez przerwy. Wszyscy się spieszyli, biegali, to popędzali innych, to siadali tam, gdzie akurat było trochę wolnego miejsca, przeskakiwali, przystawali, znów szli. Studencki tłum zdawał się nigdy nie odpoczywać.

— Aj! — Usłyszała nad sobą. — Uważaj.

Zadarła głowę i natrafiła na spojrzenie krótkowłosej brunetki. Odruchowo przełknęła ślinę, zupełnie się jej tutaj nie spodziewając. Dziewczyna zgrabnie przełożyła nad nią nogę i na moment postawiła stopę między jej kolanami. Złapała równowagę, obróciła się wokół własnej osi i nagle już stała za Aleksandrą.

— Uf — parsknęła wesoło. — Tym razem mi się udało.

— Fuks — wykrztusiła Aleksandra i uśmiechnęła się do niej nieśmiało.

— To cud, że na tym korytarzu jeszcze nikt nie zginął.

Krótkowłosa brunetka mocniej przytrzymała przewieszoną przez ramię torbę i wychyliła głowę tak, żeby ocenić sytuację. Tłum przed nią gęstniał. Dopiero teraz Aleksandra dostrzegła na klapie jej torby małą tęczową przypinkę. Mimowolnie otworzyła buzię, nie wierząc, że to naprawdę tam było.

A jednak miałam rację — pomyślała.

— Muszę dostać się do auli B — powiedziała dziewczyna, a następnie spróbowała wychwycić moment, w którym będzie mogła się wbić między ludzi.

Aleksandra patrzyła na nią z rosnącym zaciekawieniem. Nie dość, że krótkowłosa miała na sobie idealnie wyprasowaną marynarkę i pasujące do niej spodnie, nie dość, że dyskretnie oznakowała się tęczową przypinką, to jeszcze wyglądała tak, jakby przepychanie się między studentami stanowiło dla niej dobrą zabawę. Aleksandra miała ochotę zrobić jej zdjęcie, ale zabrakło jej odwagi, żeby wyjąć smartfon. Zbyt często na tyle rzeczy brakowało jej odwagi.

— Pierwszy rok? — spytała ją dziewczyna, rzucając w jej stronę krótkie spojrzenie.

— Tak — odparła.

— Oho! Będzie luka! — Studentka dostrzegła miejsce, które za chwilę miało należeć do niej. — Przyzwyczaisz się — dodała z uśmiechem. — Pod koniec semestru będziesz się tu czuła jak ryba w wodzie.

Aleksandra nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ starsza od niej i wyraźnie lepiej obeznana w uczelnianych manewrach dziewczyna wsunęła się biodrem w przestrzeń między dwoma mężczyznami i już za moment zniknęła w tłumie. Młoda studentka patrzyła jeszcze za nią, w myślach złorzecząc na to, że lepiej nie wykorzystała tej sytuacji. Mogła chociaż o coś zapytać. Zatrzymać na chwilę jej uwagę. Jak mogła po raz drugi spartolić sprawę? W duchu zaklęła na własne nieogarnięcie.

Ciemnowłosa miała na imię Anna i była na ostatnim roku medycyny. Pierwszy raz widziały się na studenckiej imprezie, kiedy to Aleksandra — jak zwykle nieśmiała i trzymająca się z boku — przypadkiem na nią wpadła. Zaliczyła wtedy nieprzeciętną utratę równowagi i z hukiem wylądowała na posadzce. Gdy Anna pomagała jej wstać, a ona po raz pierwszy zobaczyła najpierw jej duży, zakryty obcisłą koszulką biust, a później przenikająco piwne oczy, od razu zapomniała języka w gębie. Dukając coś nieskładnie i czując, jak przez palce przepływa jej prąd ciepła wiodący od gorącej dłoni Anny, stanęła obok niej, to przepraszając, to znów nerwowo dziękując za pomoc. Uciekała wzrokiem i jednocześnie nie mogła na nią nie patrzeć. Przepadła. Odleciała. Już było po niej.

Aleksandra wielokrotnie bywała zakochana w innych dziewczynach, ale jak dotąd nie czuła tego „czegoś” tak intensywnie, no i nigdy też nie posunęła się dalej niż w marzenia. Fantazja, wyobraźnia, sny — tak, coś więcej — nigdy. Platoniczna fascynacja — owszem, pierwszy krok fizyczny — nigdy. Zagadanie, zaproszenie na randkę — mowy nie było! Co ciekawe, zanim rozpoczęła studia, miewała przelotne związki z mężczyznami. Tu problemu z odezwaniem się nigdy u siebie nie zarejestrowała. Podobnie nie stresowała się podczas randek z nimi, spacerów za rączkę i seksu. Jakby kontakty damsko-męskie spływały po niej jak po kaczce. Czasem myślała, że może i faktycznie spływały.

Podniosła się z podłogi i oparłszy się o ścianę, zadarła głowę, próbując raz jeszcze wypatrzyć Annę. Skierowała spojrzenie w stronę znajdującej się na końcu korytarza auli B. Krótkie, ciemne włosy na pięknej w jej mniemaniu głowie mignęły z daleka i zniknęły w uniwersyteckim pomieszczeniu. Chyba że tylko jej się wydawało. Może to wcale nie była ona? Ale kto inny tak zakręciłby jej w głowie?

Westchnęła ciężko i z powrotem usiadła na podłodze.

***

Za oknem jednego z wrocławskich akademików prószył delikatny śnieg, a obserwująca to Aleksandra zachwycała się magicznym klimatem, jaki potrafiły stworzyć te białe gwiazdki. Rozmarzyła się, patrząc, jak wirują, przeplatają się ze sobą, podfruwają i zaraz potem opadają ku brukowanej ulicy.

Co ciekawe, kiedy kilka miesięcy temu przyjechała tu na studia z małej górskiej miejscowości, widok śniegu za oknem nigdy nie cieszył jej tak, jak teraz. W wielkim mieście taka sceneria wydawała jej się po prostu wyjątkowa.

Wróciła spojrzeniem do ekranu laptopa i scrollowania kolejnych newsów na Facebooku. Zatrzymała wzrok na dodanym dziesięć minut temu ogłoszeniu w grupie dla studentów uniwersytetu medycznego. Najstarszy rocznik organizował spotkanie informacyjne dla świeżaków. Sekcja pytań i odpowiedzi, możliwość posłuchania ciekawych historii, wymiana doświadczeń. Przewinęła nieco w dół i zobaczyła komentarz zachęcający pierwszoroczniaków do dołączenia do wydarzenia. Bardziej niż treść tego komentarza jej uwagę przykuła jednak jego autorka. Zdjęcie profilowe nie pozostawiało wątpliwości.

— To ona… — szepnęła.

Najechała kursorem na miniaturkę i powiększyła fotografię, nie mogąc oderwać od niej oczu. Szybko przeszła na profil Anny i widząc, że jest publiczny, zaczęła go bez krępacji przeglądać. Ze zdjęć uśmiechała się do niej śliczna, czarnowłosa dziewczyna. W mocnym makijażu na ostatniej dyskotece, zupełnie naturalna na spotkaniu z przyjaciółmi, szykowna do bólu na rozmowie w samorządzie studenckim i lekko opierająca się o ramię profesora uważanego za największą zmorę uniwerku. Aleksandra poczuła, że ręka na myszce zaczyna jej się pocić, ale zjeżdżała coraz niżej. Przy fotce w skórzanej kurtce i opiętych, błyszczących spodniach, które podkreślały talię Anny, dostała wypieków.

— Boże — jęknęła, ciesząc się, że w pokoju akademika nie ma teraz jej współlokatorek.

Nagle uznała, że jeśli znów nic nie zrobi, to będzie tego żałować do końca życia. Wróciła na grupę studencką i jednym kliknięciem zapowiedziała dołączenie do promowanego wydarzenia. Później znów przeskoczyła na profil Anny i spojrzała na napis, który odebrał jej dech.

— Daj spokój, nie jesteś dzieckiem — powiedziała, a potem kliknęła stresujący ją przycisk wyślij zaproszenie do znajomych. — Raz kozie śmierć.

Trzy sekundy później Facebook poinformował ją, że Anna zaakceptowała zaproszenie. Mało tego, na Messengerze już czekała na nią nowa wiadomość. Szczupła szatynka z włosami spiętymi w typowy mysi ogon niemal od razu wyprostowała się w fotelu. Przysunęła nos bliżej i nerwowo kliknęła otwórz.

Anna: Cześć! To Ciebie mało wczoraj nie zdeptałam?

Uśmiechnęła się, odpisując.

Aleksandra: Cześć, tak, ale dużo brakowało :)

Anna: Starałam się, jak mogłam. Szkoda byłoby Cię podeptać.

Aleksandra: To miłe, dzięki.

Anna: Wybierasz się na piątkowe spotkanie?

Aleksandra: Tak jest, właśnie dołączyłam do wydarzenia. Ty też będziesz?

Anna: Jasne, ja je prowadzę.

Aleksandra zawahała się nad kolejną wiadomością, ale to, że nie patrzyła tej dziewczynie w twarz, i to, że dzielił je jednak monitor, dodało jej odwagi.

Aleksandra: Tym chętniej wpadnę.

Anna: Mówisz? ;) Chcesz zobaczyć, czy jako mówca sprawdzam się równie dobrze, co na uczelnianym korytarzu?

Aleksandra uniosła kąciki ust i skupiła się na oczku puszczonym po słowie „mówisz”. Wyobraziła sobie, jak pięknie Anna musi wyglądać, kiedy puszcza do kogoś oko. Momentalnie zobaczyła, jak przenika ją jej piwne, głębokie, czarujące spojrzenie.

Hamuj się, dziewczyno, hamuj — strofowała się w myślach.

Aleksandra: Coś w tym guście, ale nie stawiam ocen ;)

Zamiast wiadomości Anna wysłała jej tylko kilka uśmieszków. Studentka pierwszego roku medycyny wpatrywała się w ekran i nerwowo zastanawiała, co teraz. Chciała coś napisać, ale nie miała pomysłu na to, jak pociągnąć tę dyskusję. Wreszcie wystukała na klawiaturze.

Aleksandra: Obowiązuje jakiś strój formalny?

Anna: Co? XD

Aleksandra puknęła się w czoło. Wybrała chyba najgłupszy pomysł na kontynuowanie rozmowy. Zanim zdążyłaby odpisać, na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość.

Anna: Możesz wpaść w jeansach i granatowej bluzie z nadrukiem kubka z kawą. Ładnie Ci w tym było.

Aleksandra zdębiała i otworzyła usta z wrażenia. Właśnie to miała na sobie, kiedy brunetka przeskakiwała nad nią na korytarzu. Jakim cudem zapamiętała? Szatynka z włosami spiętymi w mysi ogon momentalnie poczuła, jak przyspiesza jej puls.

Ładnie Ci w tym było.

Przeczytała raz jeszcze.

Ładnie Ci w tym było.

I jeszcze raz.

Miała wrażenie, że właśnie się rumieni. Położyła palce na klawiaturze, czując, że lekko jej drżą.

Aleksandra: Masz podejrzanie dobrą pamięć.

Anna: Tylko wtedy, gdy coś zwróci moją uwagę :)

Aleksandra wysłała odpowiedź szybciej, niż zdążyła nad nią pomyśleć.

Aleksandra: Zwróciłam?

Anna: Owszem. Do zobaczenia w piątek! ;)

***

Szatynka z włosami związanymi w mysi ogon stała właśnie na parterze głównego budynku uniwersytetu medycznego i nerwowo spoglądała w górę. Schody, po których musiała zaraz wejść, wydawały się teraz niebotycznie wysokie. Poprawiła okulary i przygryzła usta, próbując zapanować nad rosnącymi emocjami. Raz jeszcze zerknęła na ekran smartfona i sprawdziła, czy dzisiejsze spotkanie organizowane przez ostatni rocznik na pewno odbywa się na górze. Sprawdzała to już dwadzieścia razy, jeszcze zanim weszła do budynku, ale była tak spięta, że musiała to zrobić ponownie. Zupełnie jakby miała zaraz pisać egzamin maturalny, a nie zobaczyć dziewczynę, która jej się podoba.

Kiedy już miała włożyć telefon do kieszeni, zatrzymały ją wibracje i podążający za nimi dzwonek. Na ekranie wyświetlał się numer uniwersyteckiego sekretariatu. Odebrała od razu.

— Halo, słucham?

— Dzień dobry, sekretariat, pani Aleksandra Sadowska?

— Tak, przy telefonie — potwierdziła.

— W pani dokumentacji brakuje ksero dowodu osobistego — wyjaśniła kobieta. — Prawdopodobnie to nasz błąd, ale czy mogłaby pani przyjść do sekretariatu i dostarczyć nam ten dokument?

— Ksero? — zdziwiła się. Była pewna, że dowód osobisty dostarczyła już dawno temu.

— Wystarczy dowód, skserujemy go tutaj na miejscu. Jest potrzebny w dokumentacji.

— Dobrze — odparła. — Będę za pięć minut.

— Bardzo pani dziękuję — odpowiedziała kobieta i rozłączyła się, zanim Aleksandra zdążyłaby cokolwiek dodać.

Szatynka pomyślała, że muszą tam mieć prawdziwy burdel, skoro po kilku miesiącach studiów nagle dzwonią do niej z taką sprawą. Niemniej od sekretariatu dzieliły ją ledwie dwa korytarze, więc ruszyła od razu w tamtą stronę.

Zegarek wskazywał, że spotkanie na górze już się zaczęło, ale kilka minut spóźnienia na pewno jej nie zaszkodzi. Mimowolnie zobaczyła przed oczyma twarz krótkowłosej brunetki i uśmiechnęła się do siebie.

Szybko przebiegła główny hol, skręciła w prawo i za moment stała już pod sekretariatem. Zapukała, weszła do środka i zobaczyła, że przed nią w kolejce czekają dwie osoby.

— Dzień dobry — powiedziała, wychylając głowę nad chłopakiem, który właśnie załatwiał swoje sprawy. — Miałam donieść dowód osobisty, dzwoniono do mnie przed chwilą.

Kobieta za biurkiem podniosła na nią wzrok i się uśmiechnęła.

— Proszę tu do okienka obok. — Wskazała głową. — Haniu, skserujesz? — zapytała siedzącej tam starszej pani. — Bardzo cię proszę.

Siwowłosa, korpulentna kobieta niechętnie podniosła się ze swojego fotela i wyciągnęła rękę.

— Dowód proszę.

Dziewczyna natychmiast sięgnęła do plecaka i podała jej dokument. Z pewnym przerażeniem w oczach patrzyła, jak kobieta powolnie przesuwa się w głąb pomieszczenia i staje przed ogromnym, robiącym wrażenie ksero. Wystarczył rzut oka, by zrozumieć, że obsługa tej maszyny nie jest jej najmocniejszą stroną. Aleksandra przestępowała z nogi na nogę, patrząc to na wiszący na ścianie zegar, to na starszą panią, która drapiąc się po czole, wciskała kolejne guziki, tak jakby nie była pewna, co robi.

— To chyba nie działa — powiedziała do swojej koleżanki.

— Działa, działa. Najpierw zielony, Haniu, ten z prawej, potem podnieś klapę, połóż dokument i wciśnij enter — rzuciła szybko kobieta obsługująca młodego blondyna.

Pani Hania skupiła wzrok i szukała zielonego przycisku.

— Może ja pomogę? — zaoferowała Aleksandra, idąc w stronę miejsca, z którego mogłaby dostać się za biurko, bliżej maszyny.

— Nie, nie! — zaoponowała stanowczo siwowłosa. — Studentom wstęp zabroniony, obiekt jest monitorowany — dodała nerwowo.

— O przepraszam. — Aleksandra się cofnęła. — To ja poczekam.

Pani Hania kilka kolejnych minut denerwowała się nad technologicznym ustrojstwem, które w jej mniemaniu nie mogło działać. Jęczała coś pod nosem, przechodziła z lewej na prawą i wciąż nie dostrzegała przycisku, który Aleksandra widziała ze swojego miejsca doskonale. Dopiero gdy młodsza koleżanka skończyła sprawę z blondynem, podeszła i pomogła kobiecie skserować dokument.

Kiedy szatynka z włosami związanymi w kitkę już miała odetchnąć z ulgą, okazało się, że skończył się papier. Starsza pani ruszyła na zaplecze po nową ryzę, a Aleksandra w coraz większych nerwach zerkała na zegar. Piętnaście minut spóźnienia.

Za dużo — pomyślała, ale było jej głupio porzucić dowód i tak po prostu wyjść.

Zrobiłaby złe wrażenie. Ktoś jej kiedyś mówił, że sekretarka jest na uczelni prawie jak dziekan. Nie należy z nią zadzierać.

Następne minuty ciągnęły się w nieskończoność i dziewczyna już prawie straciła nadzieję, że zdąży. Wreszcie starsza pani wyłoniła się zza drzwi, dumnie niosąc papier. Kolejne chwile mijały na niczym, gdy wsuwała kartki do podajnika, a później wreszcie skserowała dowód. Na jej twarzy widniał triumf, ale kiedy podeszła do Aleksandry, prosząc ją jeszcze o podpis i momencik na wklepanie danych do komputera, dziewczyna była już na skraju wytrzymałości.

— Bardzo panią przepraszam, ale mam pilne spotkanie z wykładowcą — powiedziała, robiąc smutną minę. — Spóźnię się na nie, a wtedy będę mieć kłopoty.

— To potrwa tylko sekundę — odparła starsza kobieta.

— Nie mogę tu wrócić za pół godziny? Obiecuję, że będę.

— Spokojnie, jedną sekundkę i już kończę.

Sekundka trwała sześć minut, podczas których Aleksandra już czuła, jak drży jej broda. Złożyła wreszcie finalny podpis i dosłownie wypadła z sekretariatu, tak, że mało nie wyrwała drzwi z zawiasów.

Jasna cholera! Nie zdążę! — powtarzała w myślach.

Przebiegła korytarz, hol i wparowawszy na schody, wskakiwała po dwa stopnie. Zdyszana zatrzymała się na piętrze, złapała oddech i popędziła dalej. Na drugim czuła już kropelki potu na czole, ale cel był blisko. Spróbowała uspokoić oddech i szybkim marszem przeszła ostatnie metry do sali, w której odbywało się spotkanie. Cicho nacisnęła klamkę, licząc, że wślizgnie się niepostrzeżenie i przycupnie gdzieś na tyłach. Wsunęła głowę do środka i zamarła.

— O, spóźniona? — spytała wpatrująca się w nią właśnie Anna.

Poza nią i stojącym obok chłopakiem w koszulce Nirvany w pomieszczeniu nie było nikogo. Aleksandra przełknęła ślinę i rozłożyła ręce.

— Zatrzymali mnie w sekretariacie — odparła, wchodząc do środka. — Już po spotkaniu? Tak szybko?

— Cóż, przyszły tylko cztery osoby, więc skończyliśmy ekspresowo — przyznała Anna. — Jak widać, informacje od starszych roczników są świeżakom mniej potrzebne, niż mi się zdawało.

— Kurczę… — Aleksandry nie było stać na nic więcej.

— Dzięki za wszystkie informacje — odezwał się chłopak od Nirvany. — Ci, co nie byli, nie wiedzą, co tracą.

Anna się uśmiechnęła i podała mu dłoń.

— Nie ma sprawy. Przyjemność po mojej stronie. — Skinęła głową.

Chłopak wyszedł, a one zostały w pomieszczeniu same.

— Kurczę, przepraszam, głupio wyszło — zaczęła Aleksandra.

— No coś ty, to studencki standard. Gdybym robiła spotkania o najtańszych piwach w mieście, miałabym tutaj tłumy.

— Przewidujesz jakąś powtórkę? — spytała. — Chętnie usłyszałabym to, co tamten chłopak.

Anna pokręciła głową, a szatynka ciężko wypuściła nagromadzone w płucach powietrze. Tak bardzo chciała posłuchać jej głosu i móc na nią bezkarnie popatrzeć, gdy będzie przemawiała przed innymi. Znów straciła niepowtarzalną okazję. Zaklęła w duchu, nie mogąc jednocześnie oderwać wzroku od Anny.

Brunetka miała dziś na sobie czerwoną koszulę z kołnierzykiem i czarną, casualową marynarkę. Dopasowane spodnie podkreślały jej sylwetkę, a wzrok sam zsuwał się na szczupłe biodra. Aleksandra potrząsnęła głową, jakby chciała otrząsnąć się z własnych myśli. Głos Anny zabrzmiał niemal donośnie w pustym pomieszczeniu.

— W porządku?

— Mhm — wymamrotała.

Brunetka zmierzyła ją wzrokiem i chwilę się nad czymś zastanawiała, a świeżo upieczona studentka, czując na sobie jej spojrzenie, dostała wypieków na policzkach. Uciekła wzrokiem, a kiedy jednak zdecydowała się znów popatrzeć na Annę, ta podejrzanie się uśmiechała. Kąciki jej ust unosiły się, a dolna warga wyglądała tak, jakby dziewczyna ją przygryzała.

— Mam wolną resztę dnia — powiedziała nagle, sprawiając, że Aleksandrze zrobiło się gorąco. — Jeśli masz ochotę, to poopowiadam ci o studiach w cztery oczy.

— W cztery oczy? — powtórzyła mechanicznie.

— Tak. — Ton starszej studentki wydawał się niższy niż przed momentem. — Ciastko w kawiarni? Kawa?

— Bardzo chętnie. — Aleksandra oprzytomniała. — Znasz jakieś fajne miejsce?

— Pewnie, i to niedaleko stąd.

— To prowadź. — Położyła dłoń na klamce. — Mieszkam we Wrocławiu dopiero od początku studiów i właściwie niespecjalnie miałam okazję zobaczyć miasto.

Anna ruszyła do drzwi i za moment były już na korytarzu.

— Jesteś taką pilną studentką, że nie chodzisz nawet na kawę? — spytała.

— Nie aż tak, ale większość czasu rzeczywiście zakuwam.

— Czyli pilna i grzeczna.

Aleksandra parsknęła, ale nie chciała ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. W tej chwili w głowie miała tylko to, że spędzi z obiektem swoich westchnień przynajmniej najbliższą godzinę. A może nawet dwie? Zanim wyszły z budynku, robiła wszystko, żeby skupić się na rozmowie, a nie na myśleniu o tym, jak bardzo chciałaby chociaż musnąć palcem rękaw jej czarnej marynarki. Mankiet czerwonej koszuli. Skrawek kołnierzyka.

Jezu, hamuj, dziewczyno! — zganiła się w duchu.

***

Patrzyła na Annę, która z zaaferowaniem opowiadała o tym, jak poradzić sobie w gąszczu uczelnianych przepisów i nie zwariować. Choć Aleksandra rozumiała ogólną wymowę tego, o czym mówiła brunetka, kompletnie nie potrafiła się skupić na szczegółach. Tembr głosu czarnowłosej działał na nią tak, że mrowienie czuła nawet w koniuszkach palców u stóp. Oczy siedzącej naprzeciwko dziewczyny uśmiechały się, a kiedy rozbawiona opowiadanymi historiami lekko odrzucała głowę, Aleksandra musiała nabierać więcej powietrza, żeby od tego widoku nie powiedzieć „ach!”.

Usta Anny powleczone subtelną, pastelową szminką zdawały się robić coraz większe, chociaż przecież wcale nie zmieniały swojego kształtu. Słowa, które z nich wychodziły, były raz miękkie i rozgrzewające, raz szybkie i krótkie — jak ręka, która w podnieceniu ciągnie partnerkę do sypialni, nie dając jej chwili na zastanowienie.

— Ty mnie w ogóle słuchasz?

Aleksandra mało się nie zakrztusiła. Chrząknęła znacząco i pokiwała głową. Piwne oczy nadal się śmiały, ale sylwetka Anny zdawała się pochylać nad stolikiem, lekko kierując w stronę szatynki. Właśnie wtedy Aleksandra zauważyła jej długie, ciemne rzęsy, które nie miały w sobie niczego z wystylizowanej firanki, a jednak przy mrugnięciu nabierały niezwykłego wyrazu.

— Halo, ziemia! — parsknęła dziewczyna w czerwonej koszuli. — Jesteś tu?

— Boże — westchnęła Aleksandra i nerwowo splotła palce. — Strasznie cię przepraszam, nie mogę się skupić.

— Chcesz przełożyć rozmowę?

— Co? Nie! — odparła trochę za szybko. — Po prostu…

Przerwała, nie wiedząc, co niby miałaby jej teraz powiedzieć. Że od tygodni o niej myśli? Że albo się zabujała, albo hormony jej uderzają? Że myśli wyłącznie o… Popatrzyła, jak Anna zwilża wargi językiem, i prawie się zapowietrzyła.

— Po prostu? — powtórzyła brunetka.

Aleksandra mogła się tylko cieszyć, że rano przejechała policzki fluidem, bo paliły ją tak mocno, że gdyby nie cienka warstwa kosmetyku, to po jej twarzy z pewnością byłoby wszystko widać.

— Jestem dziś jakaś spięta — kręciła, przewracając oczami.

— To akurat widzę. — Krótkowłosa mrugnęła do niej żartobliwie. — To ja jestem powodem tego zakłopotania, prawda?

Gdyby Aleksandra miała magiczne moce, w tej chwili włożyłaby czapkę niewidkę.

— Mhm — wymamrotała. — Przepraszam cię bardzo, no naprawdę…

Dłoń Anny lekko oparła się na dłoni szatynki. Uczucie przenikającego palenia sprawiło, że Aleksandra mocniej zacisnęła usta.

— Skoro rozmowa o studiach zupełnie nam się nie klei, to może… — zaczęła brunetka, wywołując na twarzy dziewczyny minę pełną konsternacji. — Dasz się zaprosić do mnie na wino?

Propozycję podkreśliła, wolno przeciągając palcem po wierzchniej stronie dłoni szatynki. Ta poczuła, że drży, a sama myśl o winie u niej — co znaczyło u niej? — zestresowała ją jeszcze bardziej.

— Wino odpręża — powiedziała Anna, dostrzegając rosnące zakłopotanie dziewczyny. — Moje towarzystwo też. — Znów przesunęła opuszką po skórze lewej dłoni swojej towarzyszki.

— Chyba zwariuję — wypaliła Aleksandra.

— Obiecuję, że nie. — Uśmiechnęła się do niej i odsunęła krzesło, wstając od stolika. — To co? Idziemy?

Aleksandra skinęła, a chwilę później, kiedy przy kasie płaciły za swoje zamówienia, jej nogi były miękkie jak nigdy. Czuła ocierające się o nią ramię stojącej obok dziewczyny i nie mogła pojąć, co tu się wydarzyło i jakim cudem dostała zaproszenie na to wino. To, co się z nią działo, przechodziło wszelkie pojęcie.

Wyszły z kawiarni i ruszyły tam, gdzie prowadziła Anna.

— Wynajmuję kawalerkę dwie ulice stąd — wyjaśniła brunetka. — Przejdziemy się czy wolisz tramwaj?

— Przejdziemy — wykrztusiła. — Muszę ochłonąć, dziwnie na mnie… działasz.

Perlisty śmiech Anny wbił się igiełkami w każdą komórkę głowy Aleksandry. Brunetka chwyciła ją za rękaw sportowej bluzy i lekko pociągnęła ku sobie. Nachyliła się i szepnęła:

— Bardzo mi się to podoba.

Aleksandra głęboko wciągnęła powietrze nosem.

— Chyba… — zawahała się. — Co do tego wina u ciebie to chyba musimy sobie coś wyjaśnić. — Słowa z jej ust padały nieskładnie.

— Nie musimy. — Brunetka mrugnęła do niej i uniosła kąciki ust. — Ty też mi się podobasz i nie zamierzam przy winie rozmawiać z tobą o studiach.

— Aha… — Ulga w westchnieniu Aleksandry mieszała się z napięciem. — Czyli mam rozumieć, że… — Spojrzała na nią znacząco.

Anna zatrzymała się i znów chwyciła rękaw bluzy szatynki, po czym odwróciła ją twarzą do siebie. Nie czekając na to, co powie dziewczyna, zbliżyła się do jej ucha i szepnęła:

— Tak, mam dziką ochotę cię pocałować, więc przyspiesz trochę, dobrze?

— O Jezu — wyrwało jej się.

Niecałe pięć minut później wsiadły do windy wieżowca, w którym mieszkała Anna. W ciasnym pomieszczeniu jechał poza nimi jeszcze jakiś mężczyzna, więc choć stały milimetry od siebie, nie odezwały się nawet słowem. Brunetka musnęła dłonią palce młodej studentki i poczuła, jak ta odwzajemnia dotyk. Podróż windą zdawała się trwać w nieskończoność.

Wreszcie wysiadły i skręciły w prawo. Przemierzały korytarz w ciszy i zatrzymały się dopiero przy drzwiach z numerem trzydzieści cztery. Anna wsunęła klucz do zamka i po chwili były w środku.

Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi, Anna przyciągnęła do siebie wciąż zakłopotaną szatynkę i objąwszy ją w pasie, lekko oparła o ścianę. Spojrzała jej w oczy i powoli nachyliła się tak blisko, że jej usta od ust Aleksandry oddzielało wyłącznie tchnienie. Dotknęły się czubkami nosów, a przyparta do ściany studentka znów poczuła miękkość nóg.

Tym razem jednak była już zbyt podekscytowana tym, co się działo, żeby choćby spróbować się odezwać. Jej ramiona automatycznie powędrowały w górę, a ręce sięgnęły tylnej części głowy brunetki. Dotknęła jej delikatnej szyi i oparła na niej palce. Minimalnie przyciągnęła ku sobie i przymykając oczy, pokonała odległość dzielących je milimetrów.

Wreszcie poczuła na wargach smak jej wilgotnych ust i z wrażenia zrobiło jej się gorąco. Wargi Anny były duże i tak miękkie, że od razu się w nich zatraciła. Mimo całego napięcia, jakie między nimi narosło, całowały się powoli. Muskały ustami, odsuwały od siebie, znów zbliżały. Aleksandra nie otworzyła oczu, ale kiedy poczuła na dolnej wardze dotyk wilgotnego języka, szerzej rozchyliła usta. Nie spodziewała się, że to uczucie będzie tak intensywne, przenikające i mocne. Westchnęła podniecona, a język Anny wślizgnął się do jej ust. Stopiły się w pocałunku, którego intensywność rosła z każdą sekundą.

Udo brunetki wsunęło się między nogi Aleksandry i docisnęło ją mocniej do ściany. Gwałtowny puls podniecenia wywołany tym ruchem sprawił, że dziewczyna jeszcze mocniej przywarła do jej ust. Całowały się bez słów i bez pamięci, jakby ta chwila stworzona była wyłącznie do tego. Tylko dla nich. Trwało to w nieskończoność, a może jedynie minutę, na to pytanie żadna z nich nie byłaby w stanie odpowiedzieć.

Anna zsunęła dłonie z pleców szatynki i położyła je na jej biodrach. Odnalazłszy brzeg sportowej bluzy, wślizgnęła się pod nią palcami. Minęła koszulkę i delikatnie musnąwszy skórę brzucha, kierowała się ku górze. Ten dotyk sprawił, że Aleksandra aż uniosła się na palcach. Mrowienie gęsiej skórki zaznaczyło się na jej ciele drobnymi kropeczkami podniecenia. Anna zatrzymała palce tuż przy jej staniku i przerwała pocałunek, który łączył je aż do tej chwili.

— Jesteś piękna — powiedziała, burząc Aleksandrze ciszę pełną ekscytacji.

Dziewczyna uchyliła powieki i spojrzała w jej piwne oczy. Błyskały w nich emocje, za którymi tęskniła od zawsze i które dotąd mogła sobie tylko wyobrażać. Brunetka jeszcze raz pochyliła się ku niej i musnęła jej usta swoimi. Chwyciła ją za rękę i odsuwając od ściany, pociągnęła za sobą. Anna nie powiedziała nawet słowa, ale kiedy stanęły przed uchylonymi drzwiami łazienki, posłała jej pytające spojrzenie.

— Wspólny prysznic? — zaproponowała brunetka i nie czekając na odpowiedź, wciągnęła ją do pomieszczenia.

— Ra-zem? — zająknęła się, gdy tylko weszła do środka.

Łazienka nie była duża i większą jej część zajmowała pokaźna kabina prysznicowa. Przejrzyste szyby ciągnęły się od grafitowych kafli na podłodze aż po śnieżnobiały sufit.

— Chyba się nie boisz? — Dziewczyna mrugnęła do niej zawadiacko, a następnie chwyciła i podniosła brzegi jej bluzy. — Ręce — dodała rozkazująco.

Aleksandra uniosła je i pozwoliła zdjąć z siebie ubranie, czując, że mocno się przy tym denerwuje. Kiedy Anna zrobiła to samo z jej koszulką, po plecach przeszły jej dreszcze. Stała teraz przed nią tylko w jeansach i staniku, ale starsza studentka dostrzegła jej zakłopotanie, więc szybko przyciągnęła ją ku sobie i mocno pocałowała. Język brunetki rozchylił wargi Aleksandry i połączył się z jej językiem. Dziewczyna objęła Annę w pasie i przedłużyła ten moment. Po chwili ręce ciemnowłosej chwyciły jej dłonie i skierowały je ku klapom marynarki.

— Zdejmiesz ją ze mnie?

Aleksandra skinęła głową i drżącymi palcami zsunęła jej z ramion marynarkę. Spojrzała na czerwoną koszulę i guziki. Pomyślała, że za nic w świecie nie uda jej się ich rozpiąć. Trzęsła się nie tylko w środku, ale również na zewnątrz.

— Spokojnie — szepnęła Anna. — Zrób to powoli, nie spieszy nam się.

Szatynka przełknęła ślinę, spięła się w sobie i sięgnęła do pierwszego guzika przy samej szyi.

— Nigdy nie rozbierałam kobiety — przyznała, czując potrzebę wytłumaczenia się.

Anna na ułamek sekundy szerzej otworzyła oczy. Położyła dłonie na biodrach dziewczyny i sunąc palcami po jej nagich bokach, ku stanikowi i w dół, powiedziała:

— Świetnie ci idzie jak na pierwszy raz.

Aleksandra parsknęła cicho i trochę się rozluźniła. Trzy kolejne guziki czerwonej koszuli odsłoniły dekolt brunetki i ukazały jej czarny, koronkowy stanik.

— Boże… — wyrwało jej się.

Chwilę później, kiedy następny odpięty guzik odsłonił więcej, pochyliła się nad Anną i przesunęła palcami od jej szyi, przez obojczyk, aż do rowka między piersiami. Zatrzymała się na staniku. Podniosła wzrok, widząc, jak Anna się uśmiecha.

— Pocałuj w tę samą stronę — powiedziała brunetka, a Aleksandra mało się nie zapowietrzyła.

Wciąż nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Zwilżyła usta i delikatnie pocałowała jej szyję. Zapach kobiety przyjemnie ją odurzył i mocniej zacisnęła wargi na skórze. Rozpięła ostatnie dwa guziki koszuli, jednocześnie przeciągając językiem po obojczyku Anny i kierując się ku piersiom. W koronkowym staniku wyglądały niesamowicie. Kusiły, miarowo unosząc się wraz z oddechem.

Kiedy całowała fragment kształtnej piersi wystający ponad biustonoszem, poczuła palce Anny na swoim rozporku. Dziewczyna jednym ruchem go zsunęła, rozpięła guzik, a później przykucnęła, zabierając jej swoje piersi od ust. Pod wprawnymi ruchami brunetki jeansy Aleksandry opadły na podłogę, a ona wyjęła jej stopy z nogawek, od razu zdejmując buty. Studentka pierwszego roku medycyny nawet nie miała czasu zareagować, gdy białe figi powędrowały śladem spodni, a ona została bez bielizny przy klęczącej Annie.

— Mmm — zamruczała dziewczyna, patrząc prosto między jej nogi. — Jest cudowna.

Aleksandra jedną dłonią szybko zasłoniła swój najwrażliwszy obszar, drugą podnosząc Annę. Ta przyciągnęła ja ku sobie i dotknęła nagiego od pasa w dół ciała swoimi biodrami obleczonymi w materiałowe spodnie.

— Jeszcze stanik — rzuciła krótko, a jej palce już wędrowały na plecy dziewczyny.

Chwilę później Aleksandra tuliła się do niej zupełnie naga, próbując ukryć swoje ciało w pełnym, łazienkowym świetle.

Zsunęła rozpiętą już czerwoną koszulę z ramion Anny, a później dysząc z nerwów i podniecenia, odnalazła guzik spodni. Palce drżały jej teraz tak, że nie była w stanie go odpiąć. Anna zrobiła krok w jej stronę, zmuszając ją do cofnięcia się. Postawiła kolejny krok i kolejny. Zanim szatynka zrozumiała, co się dzieje, dziewczyna rozsunęła ścianki kabiny prysznicowej znajdujące się za jej plecami.

— Odkręć wodę — powiedziała i nie spuszczając oka z jej nagości, sama rozpięła sobie spodnie, zdjęła je razem z bielizną i rzuciła na bok.

Aleksandra mocno wciągnęła powietrze, widząc, że brunetka jest między nogami całkowicie wydepilowana. Była tam tak gładka, że niczego nie dało się ukryć.

— Ach… — westchnęła.

— Odkręć wodę — powtórzyła Anna. — Już do ciebie idę.

W tej samej chwili rozpięła swój stanik, uwalniając duże, pełne piersi. Aleksandrze ponownie zabrakło tchu i z nadzwyczajnym trudem przekręciła kurek, puszczając ciepłą wodę.

Nagi biust wchodzącej do kabiny dziewczyny przylgnął do jej ciała, a język Anny gwałtownie wsunął się do jej ust. Brunetka całowała ją teraz raptownie i łapczywie. Strumień ciepłej wody lał im się na głowy, a Anna, oparłszy się jedną ręką o kafle, drugą chwyciła pośladek szatynki i mocno go ku sobie przyciągnęła. Ich biodra połączyły się, ocierając o siebie raz, drugi i trzeci. Mokre piersi gładziły się wzajemnie, a pocałunki były coraz gorętsze.

Anna przesuwała się rytmicznie, napierając na biodra Aleksandry i wywołując ten sam ruch z jej strony. Dłoń starszej dziewczyny wędrowała z pośladka przytulonej do niej studentki w górę, przesuwając się po jej kręgosłupie aż do karku i wracając na dół. Na pupie mocniej zaciskała palce, sprawiając, że Aleksandra jeszcze ściślej przywierała do jej ciała.

Przy kolejnej wędrówce dłoni w górę, nie przerywając całowania ust spragnionej szatynki, Anna zatrzymała rękę w okolicy jej karku. Delikatnie wsunęła palce pod mokre włosy i owinęła je sobie subtelnie wokół ręki. Pociągnęła lekko, sprawiając, że głowa Aleksandry wygięła się do tyłu. Nie całowała jej teraz, jedynie wzrokiem pełnym pożądania patrzyła w szeroko otwarte oczy. Pociągnęła jeszcze raz, a dziewczyna lekko syknęła, łapiąc powietrze.

— Pięknie tak wyglądasz, wiesz?

Aleksandra przełknęła ślinę i spróbowała rozluźnić ucisk, nachylając się ku ustom patrzącej na nią kobiety. Czarne, mokre włosy Anny ułożyły się niedbale, nadając jej niesfornego wyglądu łobuza. Usta zwilżone wcześniejszymi pocałunkami, albo wciąż lejącą się z prysznica wodą, lśniły.

— Pocałuj mnie — powiedziała, nie spuszczając z niej oka.

Brunetka zwolniła zacisk palców na włosach i sięgnęła ustami do jej ust. Delikatnie przygryzła dolną wargę Aleksandry, a zaraz potem intensywnie wpiła się w nią językiem. Wypchnęła biodra, dociskając dziewczynę do kafli.

— Sss… zimne — jęknęła szatynka.

— Tylko przez chwilę. — Anna stanęła stabilniej i zdecydowanie wsunęła nogę między jej uda. Docisnęła ją i dała się ponieść fali namiętnych pocałunków. — Dzisiaj jesteś cała dla mnie — powiedziała powoli, ale dobitnie.

— Dla ciebie… — szepnęła i dotknęła jej języka własnym.

— Tylko dla mnie — wychrypiała, odrywając się od jej ust.

Nagle Aleksandra poczuła, jak piersi Anny zaczynają się zsuwać z wysokości jej biustu. Oparła dłonie na ramionach brunetki i nerwowo na nią spojrzała. Seksowna studentka ostatniego roku medycyny właśnie sięgała ustami do jej sutków.

— Ach… — wyrwało jej się.

Napięty język Anny sunął po brodawce jej lewej piersi od dołu ku górze. Zatrzymał się na szczycie i drażnił ją szybkimi, krótkimi pociągnięciami. Aleksandra odgięła szyję i oparła głowę na kaflach, a mięsiste wargi całującej ją kobiety delikatnie przytrzymały sutek. Dziewczyna znów jęknęła, zamykając oczy tak, by nie przeszkadzała jej lejąca się woda. Język brunetki zdawał się sztywnieć i napinać. Krążył po jej piersi, pojawiał się na drugiej, zatrzymywał, drażnił. Muskał oba sutki na zmianę i chował się, nagle zastępowany pełnymi wargami dziewczyny. Te niemal natychmiast zaciskały się na naprężonych sutkach Aleksandry, sprawiając, że zalewała ją kolejna fala gorąca.

Naraz Anna podniosła się, odrywając od niej usta i dłonie. Zrobiła to tylko na moment. W tym czasie sięgnęła po żel i roztarła go sobie na rękach. Kiedy Aleksandra otworzyła oczy i spojrzała na nią, studentka właśnie wsuwała dłoń między jej uda.

— Aaa… — jęknęła przeciągle, czując, jak palce brunetki rozchylają wargi sromowe i gładko między nie wnikają.

Anna przyciągnęła ją i zamknęła jej usta pocałunkiem, jednocześnie nie przerywając dotykania najwrażliwszych miejsc dziewczyny. Przesuwała dłonią z żelem intymnym w dół i w górę, to omijając jej łechtaczkę i muskając palcami tuż przy wargach sromowych, to znów gładząc ją przez sam środek.

Aleksandrze drżały kolana. Pieszcząca i jednocześnie myjąca ją dłoń przesunęła się na pośladki i odnalazła rowek między nimi. Masowała ją powoli, a zarazem tak zdecydowanie, że szatynka przestała już czuć się skrępowana i chciała tego dotyku więcej i więcej. Palce Anny ponownie znalazły się na jej łechtaczce. Nie wiadomo skąd. Nie wiadomo jak. Koliste ruchy doprowadziły do tego, że przyparta do ściany dziewczyna musiała stanąć na palcach. Mokra, podniecona, przerażona już teraz własną śmiałością. Nie spodziewała się, że tak to może wyglądać. Że tak mocno można czuć drugą stronę.

Nagle Anna przerwała. Chwyciła jej dłonie i ku zdziwieniu szatynki naniosła na nie żel, którego użyła wcześniej. Złączyła ręce Aleksandry i lekko potarła jedną o drugą.

— Zrób mi to samo — powiedziała, rozsuwając nogi i stając w stabilnym, szerokim rozkroku.

— O Jezu — wyrwało się jej. — Ja nigdy…

— Cii… — Anna położyła jej palec na ustach i nie pozwoliła dokończyć. — Widziałaś jak.

To ostatnie zdanie sprawiło, że Aleksandrze zakręciło się w głowie. Odkleiła plecy od ściany i zrobiła pół kroku w przód, patrząc na bezpruderyjnie chętne, nagie ciało brunetki. Marzyła o tym, żeby jej dotykać. Pochyliła się i mocno zacisnęła usta na jej ramieniu. Całowała je powoli, myśląc tylko o tym, żeby niczego teraz nie spieprzyć. Kiedy w jej głowie pojawiła się wątpliwość, Anna chwyciła dłoń szatynki i odwróciwszy ją spodem ku sobie, wsunęła między własne nogi.

— Aaa…! — jęknęła Aleksandra.

Poczuła pod palcami nieznaną miękkość i delikatność cipki drugiej kobiety. To wrażenie całkowicie ją pochłonęło. Całując ramię starszej studentki, przejeżdżała palcami po jej wargach sromowych i wsuwała się między nie, odkrywając przyjemność, która dotąd była jej obca.

— O Boże…

Wzdychała za każdym razem, gdy Anna celowo się o nią ocierała.

Czuła ją tak intensywnie, że nie mogła się powstrzymać przed dalszymi ruchami. Wolną ręką objęła pierś dziewczyny i zataczała na niej najpierw szerokie, a potem coraz mniejsze koła. Palce zsuwała głęboko na tył i przez łechtaczkę wracała na wzgórek łonowy. Widziała, jak twarz Anny się zmienia. Nachyliła się, by sięgnąć jej rozchylonych ust.

— To jest… — szepnęła. — Ty jesteś… nie-sa-mo-wi-ta…

Środkowym palcem drażniła łechtaczkę. Dotykała jej punktowo, raz za razem. Znów przeciągała palcami w dół i ku górze.

Nagle Anna zrobiła krok w tył i jej ręka zawisła w powietrzu. Dziewczyna chwyciła ją i położyła sobie na plecach, po czym automatycznie przyciągnęła Aleksandrę. Wolną dłonią zakręciła lejącą się wodę.

— Koniec prysznica — powiedziała chrapliwie i uchyliła drzwi kabiny, pociągając za sobą szatynkę.

Kiedy stanęły już na miękkim łazienkowym dywaniku, odwróciła się do niej i dodała:

— Idziemy do łóżka. Natychmiast.

Aleksandra poczuła, jak jej podbrzusze gwałtownie pulsuje. Uniosła kąciki ust w grymasie, który mógł oznaczać tylko jedno: chciała tego równie mocno. Stojąca przed nią dziewczyna chwyciła ją za rękę i wyszły do przedpokoju. Na boso, ociekając jeszcze wodą, przeniosły się do jasnego pomieszczenia, w którego centrum stało pościelone łóżko. Stanęły obok.

— Połóż się — poprosiła ją Anna, ale prośba ta brzmiała trochę jak rozkaz.

Szatynka drgnęła, lecz nie zamierzała protestować. To był ten moment, a ona od kilku miesięcy pragnęła tej kobiety bardziej niż czegokolwiek. Klęknęła na brzegu materaca i położyła się bokiem na łóżku. Zerknęła na Annę.

— Na plecach. — Usłyszała.

Pozycję zmieniła od razu. Z tej perspektywy widziała nagą brunetkę, która przez chwilę wpatrywała się w nią z przyjemnością. Wreszcie dziewczyna uśmiechnęła się do niej i weszła na łóżko tuż przy jej stopach. To właśnie wtedy chwyciła je i delikatnie, acz zdecydowanie rozsunęła nogi. Z ust szatynki wyrwało się westchnienie.

— Dzisiaj jesteś tylko dla mnie — przypomniała jej, zanim Aleksandra zdążyłaby zaprotestować.

Pochyliła się i subtelnie pocałowała jej lewą kostkę. Krążyła wokół niej wargami, sunęła aż do łydki, a później dodała język i przeciągnęła nim, podążając tą samą ścieżka.

— Mmm — zamruczała.

Przeniosła się na drugą nogę i zrobiła z nią to samo, tym razem jednak sięgnęła wilgotnym językiem nieco powyżej kolana. Kątem oka zauważyła, jak Aleksandra ściska palce na kolorowej pościeli. Puściła jej stopę i sięgnąwszy do dłoni, wplotła w nią swoje palce. Podsunęła się wyżej i szybkim ruchem przeciągnęła językiem po wewnętrznej stronie uda.

Dziewczyna leżąca pod nią westchnęła gwałtownie, a Anna powtórzyła ruch na drugim udzie. Drobne kropki gęsiej skórki potwierdziły to, na co czekała. Podparła się na rękach i płynnym ruchem przesunęła w górę, kładąc się na nagiej szatynce i całując ją w usta.

— Naprawdę nie byłaś dotąd z kobietą? — szepnęła.

Aleksandra rozchyliła powieki i lekko pokręciła głową.

— Dlaczego, skoro tego pragniesz?

Dziewczyna chrząknęła zakłopotana, a leżąca na niej brunetka mocno wpiła się w jej szyję, wywołując w niej kolejny podniecający dreszcz. Zanim zdążyłaby odpowiedzieć, usta Anny dotarły do sutka, a język zaczął go drażnić tak intensywnie, że niemal odebrało jej głos. Jęknęła cicho, a jej klatka piersiowa wyprężyła się, wychodząc pieszczotom naprzeciw. Anna przerwała i ponowiła pytanie, a następnie dotarła do drugiego sutka i lekko przytrzymała go wargami. Aleksandra znów wydała z siebie ciche westchnienie.

— Bałam się dać sygnał, że chcę… — wymamrotała.

— A chcesz? — Brunetka zatoczyła kółko na jej piersi i zaczęła powoli ssać brodawkę.

— Nie widać? — odparła rwącym się głosem.

— Widać — szepnęła, chuchnęła na pobudzony sutek i znów lekko go ssała. — Bardzo widać. Spójrz, jak się naprężył — dodała.

Aleksandra jednak nie była w stanie zerknąć w dół. Drżała pod wpływem tego, co robiła z nią Anna, i nie była już w stanie myśleć ani patrzeć. Chciała wyłącznie czuć.

Starsza studentka przyjrzała się jej twarzy. Rozedrgana szatynka była podniecona do granic. Jej mokre włosy leżały rozrzucone na poduszce, oczy były zamknięte, a rozchylone usta, z których co chwilę padało pełne oczekiwania westchnienie, wprost prosiły o więcej. Anna oparła dłonie na jej piersiach i całowała mostek, brzuch oraz pępek. Aleksandra trzęsła się, oddech miała nierówny. Kiedy wilgotny język brunetki dotknął włosków łonowych i przesunął się po nich ku dołowi, jedynie nieznacznie rozszerzając wargi sromowe, wyprężyła się w łuk. Wszystkie zmysły zareagowały od razu.

— O Boże…

— Ciii… — Anna przeniosła dłoń z jej piersi na serce i lekko przycisnęła ją do materaca.

Wróciła językiem na poprzednie miejsce i drażniąc się z leżącą na plecach dziewczyną, sunęła nim jedynie po włoskach. Tuż na krawędzi delikatnej skóry i wrażliwych punktów znajdujących się tak blisko.

Spojrzała w górę i złapała sutki Aleksandry między kciuki a palce wskazujące. Muskała je powoli, zachwycając się wciąż rosnącą sztywnością. Do głowy uderzył jej zapach pożądania. Jednym długim ruchem języka wślizgnęła się między wargi sromowe dziewczyny i przejechała nim ku górze.

Sypialnię przeszył rozrywający jęk.

Anna powtórzyła ruch językiem, a potem jeszcze raz i kolejny, i kolejny. Biodra Aleksandry unosiły się teraz w niekontrolowany sposób, a ona sama jęczała głośno, wcale już nad tym nie panując. Brunetka lizała ją raz za razem, a kiedy pośladki młodej kobiety wręcz wypinały się, podsuwając łechtaczkę pod nos, przerywała gwałtownie. Odczekiwała pełen napięcia moment i znów wsuwała język. Czuła już, jak bardzo podniecona i mokra jest wijąca się pod nią dziewczyna.

Nie chciała dłużej przeciągać tej chwili. Pragnęła jej ciała. Całego. Zatrzymała język na łechtaczce i dociskając go do niej, zsunęła prawą dłoń z sutka młodej studentki medycyny. Objęła łechtaczkę wargami i zaczęła ją ssać, słysząc jęk pełen rozkoszy. Ssała raz mocniej, raz wolniej i czuła, jak przekrwiony punkt rośnie i pulsuje.

Właśnie wtedy przyłożyła niżej dwa palce i jednym płynnym ruchem weszła w spragnione i podniecone wnętrze Aleksandry. Krzyk znowu przebił powietrze. Wysunęła się powoli i weszła w nią jeszcze raz. Głęboko. Zdecydowanie. Nie przerwała też ssania łechtaczki, a wręcz nasiliła pieszczotę, doprowadzając Aleksandrę do spazmatycznego oddechu i wybijania ku niej bioder.

Zsynchronizowały się w ruchu, a szatynka, napierając na jej usta i palce, wiła się pod nią, to jęcząc, to krzycząc z rozkoszy. Wreszcie gwałtownie spięła mięśnie wokół penetrujących ją palców, a jej łechtaczka pod ssącymi ustami Anny wydawała się twarda jak kamień. Dziewczyna szarpnęła się w ekstazie i nie wiadomo skąd na plecach Anny pojawiły się jej dłonie. Paznokcie wbiły się w skórę, a ona, wciąż dociskając do siebie brunetkę, eksplodowała.

Przez długą chwilę drżała, ciężko łapiąc powietrze i nie mogąc się opanować. Jej ciało i umysł przenikały tysiące bodźców, jakich dotąd nie znała. Jakby w tym jednym momencie przyjemność dawał jej każdy centymetr rozpalonego ciała, każda tkanka i każdy drgający neuron.

Wreszcie rozluźniła uchwyt i wypuściła głowę Anny spomiędzy swoich ud. Ciemnowłosa patrzyła na nią z zachwytem, a jej szklące się, piwne oczy wyglądały, jakby to ona miała z tego zbliżenia największą przyjemność. Brunetka uniosła kąciki wilgotnych ust i bardzo powoli wyjęła z Aleksandry dwa palce. Dopiero wtedy usiadła na łóżku, obejmując rozedrganą jeszcze dziewczynę rękoma i zaplatając nogi wokół jej bioder. Siedziały po turecku, ciało przy ciele, i oddychały ciężko.

Kiedy minutę później położyły się na pościeli, Aleksandra patrzyła na nią, nie wierząc, że to naprawdę się wydarzyło.

— W porządku? — spytała ją Anna.

— Mhm — wymamrotała. — Będę… chciała… tego więcej.

Anna mrugnęła zawadiacko.

— Na to liczę — odparła.

Kontrola osobista

Srebrne metaliczne suzuki jimny z napędem na cztery koła wzięło ostry zakręt i wzbiło w powietrze tumany pustynnego kurzu. Siedząca za kierownicą atrakcyjna blondynka odgarnęła za ucho rozpuszczone kręcone włosy i zadowolona z manewru uniosła kąciki ust. Zmieniła bieg i wciskając pedał gazu do końca, z impetem ruszyła do przodu.

— Dajesz, maleńki — powiedziała i pieszczotliwie poklepała kierownicę.

Przed oczyma trzydziestodwulatki rozciągał się bajeczny widok. Długa, prosta droga, w żaden sposób nieprzypominająca celowo wytyczonej, i wydmy po lewej oraz ogrom wolnej, nieskażonej cywilizacją przestrzeni po prawej. Nic dziwnego, że trenowali tu kierowcy rajdowi, chociaż kobieta zdecydowanie do nich nie należała.

Blondynka przygryzła dolną wargę i wykonała ryzykowny skręt, wskutek którego jej samochód obrócił się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Pod koniec manewru wychwyciła niepokojące drżenie podwozia, a nierówności trasy niemal dało się wyczuć na wciskającej gaz podeszwie sandałka z jasnej cielęcej skóry.

— Jeszcze troszkę, maleńki, dasz radę — rzuciła.

Kłęby kurzu wokół auta uniosły się tak wysoko, że kobieta na moment zupełnie straciła widoczność. Jej jimny znów jednak spisał się na medal. Po zatoczeniu koła zmieniła biegi i wdepnęła hamulec, a terenowy pojazd zatrzymał się niemal w tej samej sekundzie.

— Brawo, chłopie! — zawołała, a potem wyciągnęła dłoń i z uznaniem poklepała siedzenie pasażera.

Tumany kurzu wraz z piachem opadły na pojazd, dostarczając jej dodatkowego widowiska. Blondynka wpatrywała się w tę scenę jak zaczarowana. Dla takich właśnie momentów kochała szybką jazdę. Adrenalina i widoki. Sztuczki z kierownicą. Blaszany kompan, który nie zawodził. Do tego całkowicie czyste myśli i satysfakcja porównywalna z opadaniem na poduszkę na moment po orgazmie.

Opuściła lusterko i przejrzała się w nim. Perfekcyjnie zrobiony makijaż był nienaruszony — do wnętrza jimny’ego nie docierały wietrzne klimaty Pustyni Błędowskiej, pył ani piach. Kobieta znowu się uśmiechnęła, a potem położyła dłoń na dźwigni zmiany biegów.

— Pora na test prędkości, maleńki. — Objęła gałkę i wrzuciła jedynkę. — Jesteś gotowy?

Samochód nie odpowiedział, ale czysty dźwięk uruchamianego silnika mówił sam za siebie.

***

Trzydziestoośmioletnia sierżant Barbara Radymska siedziała w radiowozie zaparkowanym w jednej z zatoczek swojej dzisiejszej trasy i zaczynała się powoli nudzić. Spojrzała na zegarek i odetchnęła z ulgą, widząc, że do kolejnego objazdu strzeżonego terenu Pustyni Błędowskiej zostało jeszcze ledwie pięć minut. Z dwojga złego wolała jazdę i wypatrywanie quadowców, którzy notorycznie wdzierali się na teren zagrożonego ekosystemu i nie zamierzali za tę przyjemność płacić, niż tkwienie w miejscu.

Sierżant chętnie obeszłaby przepis i w ogóle nie robiła sobie przerw, ale nie mogła. Nie w momencie, kiedy była świeżo po awansie i musiała wykazać się działaniem, a nie naruszaniem procedur. Sięgnęła po mineralną i powoli upiła kilka łyków, a potem wpatrywała się w migające cyferki wyświetlacza elektronicznego, czekając, aż wskaże odpowiedni czas. Wreszcie z ulgą zakończyła przerwę i wyjechała na trasę.

Tego dnia słońce świeciło pięknie, zresztą jak zwykle w czerwcu, a za oknem jej radiowozu rozciągał się widok na bezkres pustyni. Kiedy kilka lat temu, jeszcze przed przeniesieniem, Radymska pracowała w Warszawie, nie miała pojęcia o tym, że w Polsce mogą znajdować się takie tereny. Może piaski błędowskie nie były Saharą, ale z jej aktualnego punktu widzenia robiły takie wrażenie.

Nagle funkcjonariuszka kątem oka wychwyciła na horyzoncie coś niepokojącego i jej wzrok natychmiast się wyostrzył.

— Co, do chuja? — rzuciła i dodała gazu.

Kilkaset metrów przed nią, na prawo za wydmami, czyli na terenie objętym zakazem wjazdu, unosiły się piaskowe chmury. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chmury przesuwały się do przodu równiutko jak od linijki, co mogło oznaczać tylko jedno.

— Ha! — wyrwało się jej. — Mam cię!

Przyspieszyła i zadowolona z niespodziewanej rozrywki zjechała z wytyczonej trasy, po czym ruszyła za tumanem kurzu. Rozkład legalnych jazd, czyli tych, które organizator zgłosił, uiszczając odpowiednią opłatę, kobieta znała na pamięć i wiedziała, że dzisiaj takich ekip tutaj nie będzie. Jej radiowóz na moment stracił stabilność i minęła chwila, zanim sierżant opanowała jazdę po nowym, sypkim podłożu i mogła swobodnie podążać dalej. Wyczuła teren i przyspieszyła. Chmury wzbijane w niebo przez szaleńca, który jechał gdzieś przed nią, nie malały i dopiero po kilku minutach funkcjonariuszka zrozumiała, że to, co ściga, nie jest quadem.

— Oż ty chujku — rzuciła do siebie i dodała gazu. — Autkiem się zachciało szarżować? Czekaj no…

Oczyma wyobraźni widziała już rozmowę z kierowcą i efektownie wlepiany mandat. Punkt do punktu i statystyka idzie do przodu.

Skręciła w prawo i wreszcie dostrzegła tył pojazdu, choć z tej odległości wciąż nie mogła widzieć ani marki, ani blach. Z przyjemnością za to włączyła sygnalizację świetlną i dźwiękową, tak żeby jadący przed nią element patologiczny miał szansę zobaczyć, co go czeka. Utrzymała prędkość i po niedługim czasie zauważyła, że pechowy rajdowiec zwalnia.

— Elegancko — mruknęła zadowolona i dodała: — A teraz pan stanie i cierpliwie poczeka.

Dwie minuty później zatrzymała pojazd.

***

Drobna blondynka za kierownicą terenowego suzuki spojrzała w lusterko wsteczne.

— Kurwa mać — rzuciła siarczyście.

Jej czas na dzisiejsze wyładowanie stresów za kierownicą był ograniczony, a do tego absolutnie nie mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek mandaty. Nie, żeby nie było ją na nie stać, ale wizerunkowo wyglądałoby to dość kiepsko i ojciec pewnie nie byłby zadowolony. Managerka jednej z największych w Polsce firm farmaceutycznych mająca w poważaniu środowisko i bezczelnie rozbijająca się drogim autem po bezdrożach chronionej pustyni. Słabiutkie.

W lusterku dostrzegła, że ze stojącego za nią radiowozu, którego kierowca wreszcie wyłączył wyjące syreny, wysiadła wysoka, mocno zbudowana kobieta.

— Ja pierdolę… jeszcze to — mruknęła, wiedząc, że dogadanie się z kobietami jest zwykle o wiele trudniejsze niż z facetami.

Faceci są prości w obsłudze, ba, żeby ich ugłaskać, czasem nie trzeba nawet łapówki, wystarczy odpowiedni ton i czar osobisty, a tego blondynce nie brakowało. Kobieta skupiła wzrok na idącej ku niej funkcjonariuszce i próbowała ją jakoś ocenić, zaszufladkować.

Idealnie ułożony służbowy mundur podkreślał wypracowane ramiona maszerującej, a pewny krok, nawet w tych ciężkich, paskudnych glanach, zwiastował kłopoty. Oczy blondynki przeniosły się na twarz, ale przyciemniane okulary skutecznie ukrywały wzrok policjantki. Długie brązowe włosy miała spięte w praktyczny kucyk, a wąskie, zaciśnięte usta również nie zwiastowały kogoś, kto będzie chętny, by odpuścić sprawę.

Trzydziestodwulatka mimochodem pomyślała, że ta kobieta jest w jej typie: zupełnie inna, odrobinę męska w tym swoim policyjnym mundurze i jednocześnie… kobieca. Spuściła wzrok, żeby tamta nie dostrzegła jej wpatrywania się w lusterko.

— Dzień dobry, sierżant Barbara Radymska — przedstawiła się, stając na wprost otwartego okna kierowcy. — Dowód rejestracyjny i prawo jazdy poproszę.

Ton umundurowanej był suchy i nieprzyjemny, ale właścicielka srebrnego suzuki wychwyciła w nim lekkie zaskoczenie. Sięgnęła po torebkę przypiętą pasem do siedzenia pasażera i wyjęła etui na dokumenty. Czarna matowa skóra, logo drogiej marki, przyjemny w dotyku front.

— Co pani tutaj robi? — spytała funkcjonariuszka, zanim blondynka podała jej dowód i prawo jazdy.

— Przepraszam — odparła od razu. — Nie powinnam była wjeżdżać na ten teren, dwie sekundy i już mnie tu nie ma.

Sierżant spojrzała w podane dokumenty, a potem podniosła wzrok.

— Rozumiem, że ma pani pełną świadomość złamania prawa?

— Ja… wiedziałam, że można tędy jechać, ale skoro mnie pani zatrzymała, to zakładam, że musiałam trochę zjechać z drogi. — Blondynka obrała strategię idiotki.

Policjantka parsknęła, odsłaniając białe zęby.

— Prędkościomierz zainstalowany w radiowozie odnotował blisko sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Po takim gruncie i przy takim kurzu na pewno nie zjechała tu pani przypadkiem — stwierdziła, a następnie odwróciwszy się w stronę drogi, której stąd nie mogła już dostrzec gołym okiem, dorzuciła: — Do dostępnej publicznie trasy jest przynajmniej kilometr, więc proszę nie robić ze mnie niedouczonej kretynki.

— Ależ pani sierżant — oburzyła się trzydziestodwulatka i jednocześnie zwróciła uwagę Radymskiej na zapamiętany stopień. — Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła, ja naprawdę przepraszam, jeśli naruszyłam jakiś przepis i jeśli mi pani pozwoli, to zaraz stąd odjadę.

— Nie sądzę — rzuciła krótko Radymska i z satysfakcją w oczach przypatrywała się siedzącej za kółkiem.

Świeżo awansowana funkcjonariuszka zawsze czuła przyjemne mrowienie, kiedy zatrzymywała ten typ kierowcy. Francja-elegancja i, jak to rubasznie mawiał jej przełożony, „czuć piniądz!”. Wypielęgnowana cera blondynki i perfekcyjny makijaż przywodziły na myśl panienki podrasowane instagramowymi filtrami, a włosy kobiety lśniły tak, jakby dopiero wyszła od drogiego fryzjera. Do tego ten strój.

Matko boska — pomyślała Radymska.

Lniana koszulka z tych piekielnie drogich, na które normalnego człowieka nigdy nie będzie stać, efektowny złoty łańcuszek wyeksponowany na pokaźnym dekolcie i lekkie przewiewne spodnie w modnym kolorze khaki. Bogata blondyneczka wyglądała, jakby wybrała się na wakacyjne safari.

Radymska jeszcze raz spojrzała na prawo jazdy.

— Anastazja Hauser — przeczytała i coś zadzwoniło jej w głowie. — Hauser? Skądś znam to nazwisko — dodała.

Blondynka westchnęła, ale nie odpowiedziała.

— Wiem! — Sierżant podniosła głos. — Ten Hauser z reklam? Od leków i zdrowia?

Siedząca za kierownicą przygryzła wargę, ale teraz nie było już sensu zaprzeczać, więc pokiwała głową.

— Doskonale, zatem stać panią na mandat i nierobienie ze mnie głupka — podsumowała, a potem sięgnęła do kieszeni munduru i wyjęła blankiet.

Chwilę później funkcjonariuszka wymieniła też wszystkie przewinienia i paragrafy, jakie przyszły jej do głowy. Tu trzeba dodać, że Radymska miała doskonałą pamięć do teorii, a to, czego raz się nauczyła, zapamiętywała na zawsze, więc po podsumowaniu win, nadal nie spuszczając wzroku z kobiety, oznajmiła jej łączną kwotę kar.

Mina Anastazji Hauser nie zmieniła się jednak i dało się dostrzec, że podana przez policjantkę liczba nie robi na niej wrażenia. Zanim jednak Radymska zdążyła pstryknąć w tył długopisu i przystąpić do pisania, kobieta się odezwała.

— Pani sierżant… — zaczęła i przyjęła piękną w oczach Radymskiej, skruszoną minę. — Czy… nie mogłybyśmy załatwić tego jakoś inaczej?

Funkcjonariuszka aż uniosła brew ze zdziwienia.

— Co proszę? — prychnęła. — Chyba się pani coś pomyliło — odparła i pstryknąwszy długopis, przyłożyła końcówkę z wkładem do papieru.

— Bardzo panią proszę. — Głos Anastazji Hauser stał się słodki jak miód. — Miałam koszmarny miesiąc i przyznaję, musiałam odreagować, stąd wjazd na ten teren, ale już pani wie, gdzie pracuję, a takie zgłoszenie na pewno nie przejdzie bez echa i narobi mi kłopotów… — brnęła, wciąż starając się wyczuć policjantkę. — Jesteśmy kobietami — rzuciła na szalę ważny argument. — Praca, stres, nerwy, czasem człowiekowi po prostu coś… puszcza. Czy mogłabym liczyć na pani solidarność? Będę niezmiernie wdzięczna.

Barbara Radymska zatrzymała długopis, ale wcale nie po to, by zgodzić się na wpadające w błaganie słowa, wręcz przeciwnie. Policjantce wyjątkowo podobał się taki ton. Wychuchana panienka z tak zwanych wyższych sfer wpatruje się w nią tymi idealnymi niebieskimi oczyma i błaga o współczucie. Ach, to było dla sierżant jak miód na serce, aż poczuła, jak spinają jej się uda, a na bieliźnie pojawia się smużka wywołana podnieceniem.

— Coś jeszcze? — zapytała, z premedytacją czekając na więcej.

Blondynka z rozpuszczonymi kręconymi włosami powoli odgarnęła za ucho jeden z kosmyków.

— Tak… — rzuciła cicho. — Jest pani kobietą i na pewno zrozumie. Mam psychicznie wycieńczające zajęcie, zawsze muszę być uważna, odpowiedzialna i na poziomie. Nie mogę pozwolić sobie na błędy, na łzy, na… cokolwiek — ciągnęła.

Radymska mimowolnie zaczęła przyglądać się jej ustom. Wydawały się absolutnie gładkie i pełne, a uroku dodawało im muśnięcie szminką w naturalnym kolorze.

— Pani sierżant… — przerwała ciszę Hauser. — Proszę, niech mi pani nie wypisuje mi tego mandatu.

Funkcjonariuszka westchnęła, z trudem oderwawszy wzrok od ust tej kobiety.

— Jestem policjantką, a nie psychologiem — odparła sucho, ale jej spojrzenie powędrowało za złotym łańcuszkiem na dekolcie blondynki aż do rowka wyraźnie podkreślającego wydatny biust. Ładny biust.

W tym momencie — może dzięki swojemu szczęściu, a może to był tylko przypadek — Anastazja Hauser uchwyciła jej wzrok i zrozumiała, na co kobieta patrzy. Przełknęła ślinę i zaintrygowana przygryzła dolną wargę, a potem postanowiła zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę.

— Nie potrzebuję psychologa, ale… seksu — wypaliła i widząc rozchylające się ze zdziwienia usta funkcjonariuszki, pociągnęła temat. — To dlatego tak pędziłam… Tylko wciskanie gazu do dechy pozwala mi zapomnieć o tym, że jestem kobietą, która pragnie… — Urwała i skupiła się na stojącej przed jej autem mundurowej.

Ich spojrzenia się skrzyżowały, a Anastazja bezpretensjonalnie przygryzła dolną wargę. W tej chwili blondynka poczuła, że to może być dobry kierunek.

Sierżant Radymska chrząknęła, a później pozwoliła ich spojrzeniom na zdecydowanie za długie wzajemne testy. Smużka wilgoci jeszcze mocniej zarysowała się w jej bieliźnie, a kiedy zatrzymana spuściła wzrok na jej ukryty pod mundurem biust, kobieta drgnęła. Sekundę później odsunęła się o krok od terenowego suzuki.

— Proszę wysiąść z pojazdu — powiedziała stanowczo.

— Słucham?

Reprezentantka władzy oparła dłoń o zatkniętą za pasem kaburę i powtórzyła:

— Proszę wysiąść z pojazdu.

Anastazja Hauser inaczej to sobie wyobrażała. Była już niemal pewna, że przekona policjantkę nie tylko do darowania mandatu, ale również być może spędzi z nią nad wyraz interesujące popołudnie. Zapracowana blondynka miała słabość do stanowczych kobiet, a jeśli przy tym mogła ugrać coś dla siebie, to czemu nie? Czyżby tym razem się pomyliła? Kobieta trzymająca dłoń na kaburze zdawała się nieugięta.

— Cholera… — mruknęła Hauser i odpięła pas, a potem pociągnęła klamkę.

Właśnie w tej chwili funkcjonariuszka Radymska szybkim krokiem wróciła do swojego radiowozu. Otworzyła drzwi i stojąc, wsunęła się do środka. Przez moment szukała czegoś, a potem kliknęła właściwy przycisk i sprawdziła, czy działa, jak powinien. Uśmiechnęła się i cofnęła do samochodu zatrzymanej managerki.

Blondynka, która okazała się dobrych kilkanaście centymetrów niższa od policjantki, wpatrywała się w nią teraz z odrobiną strachu, co dodatkowo podkręciło Radymskiej ciśnienie. Pani sierżant miała blisko sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i choć była stosunkowo szczupła, to przez sylwetkę od lat pracowicie rzeźbioną na siłowni mogła wydawać się znacznie większa.

— Proszę stanąć obok pojazdu, podnieść ręce i oprzeć je o dach — powiedziała tonem, który przyprawił blondynkę o dreszcz.

— Co proszę?

— Czy pani uważa, że ja się jąkam?

— Nie, skąd… — odparła Anastazja.

Choć czuła teraz rosnącą obawę i niepokojąco szybszy puls, stanęła we wskazanym miejscu. Podniosła ręce, oparła je o dach swojego suzuki i zaklęła w myślach.

Funkcjonariuszka minęła ją bez słowa i skorzystawszy z otwartych drzwi terenowego auta, wsunęła się do środka. Usiadła na siedzeniu kierowcy i uważnie się rozejrzała. Rejestrator trasy i kamerę znalazła niemal od razu. Wyeksponowane cacko z pewnością kosztowało więcej niż wynosiła jej pensja, ale sprawnie poradziła sobie z jego wyłączeniem. Nie mogła ryzykować przypadkowego nagrania wizji ani fonii.

Zadowolona z siebie wysiadła i stanęła za plecami Anastazji Hauser.

— Ręce wyżej — zażądała.

— Pani sierżant, ja…

— Ręce wyżej!

Kobieta wciągnęła nerwowo powietrze i wykonała rozkaz. Chwilę później usłyszała za plecami jakiś brzdęk, a potem poczuła chłód stali na pierwszym nadgarstku.

— Jezus Maria, ja nic nie zrobiłam! — zaprotestowała gwałtownie, ale Radymska już zdążyła zatrząsnąć kajdanki na jej lewej ręce.

Zanim blondynka wyszła z szoku, policjantka przeciągnęła łańcuszek swojego standardowego wyposażenia przez rurkę w bagażniku zamocowanym na dachu suzuki i drugą obręczą kajdanek skuła prawy nadgarstek kobiety.

— O ja pierdolę… — jęknęła Anastazja. — Ale za co? Chce mnie pani aresztować? Kurwa… już wezmę ten mandat!

— Czy ma pani przy sobie jakieś niebezpieczne przedmioty? — zapytała sierżant, całkowicie ignorując jej wypowiedź.

— Nie, nie mam!

— Sprawdzimy… — rzuciła jej za plecami, a potem rozpoczęła standardową kontrolę.

Przyłożyła dłonie do skóry jej przedramion i poklepując delikatnie, bez pośpiechu przeniosła je na ramiona, kark, plecy i boki brzucha. Sierżant Radymska doskonale widziała, że pod lnianą koszulką, podobnie jak pod przewiewnymi spodniami w kolorze khaki, nie ma prawa znajdować się nic niebezpiecznego, ale nie mogła sobie odmówić tej przyjemności.

— Nogi szeroko — powiedziała, gdy doszła do tej części ciała.

— Boże, ja naprawdę niczego nie mam — powtarzała blondynka. — Bardzo przepraszam, jeśli panią uraziłam. Ja…

Radymska dotknęła jej ud i uważnie je obmacała. Zachowywała się profesjonalnie, w końcu gdyby Hauser była przestępcą, to mogłaby mieć coś przymocowanego bezpośrednio do ciała. Ot, na przykład po wewnętrznej stronie ud…

Kiedy dotknęła tego obszaru i niebezpiecznie przesunęła palcami ku górze, aż do skraju bielizny, Anastazja Hauser nagle znieruchomiała. Policjantka wyczuła to i na potwierdzenie swoich aktualnych intencji stanowczo, ale powoli przeciągnęła dłonią wyżej, właśnie tam, gdzie pod złączeniem nogawek chowała się bielizna. Zatrzymała rękę centralnie po środku i minimalnie ją docisnęła.

Blondynka wessała powietrze w płuca tak mocno, że z jej ust wyrwał się zduszony dźwięk przypominający syk.

— Czy ma pani jakieś uwagi do przeprowadzanej kontroli? — zapytała funkcjonariuszka, a obmacywana przez nią drgnęła i odruchowo spięła uda, ściskając nimi dłoń pani sierżant.

Palce strażniczki porządku publicznego nie uciekły jednak, ale zdecydowanie potarły jej wrażliwe miejsca. Materiał spodni, podobnie jak ten, z którego wyprodukowano bieliznę blondynki, był nie tylko drogi i lekki, ale również wyjątkowo cienki. Radymska przez spodnie i majtki wyczuła zagłębienie między wargami sromowymi przykutej do wozu właścicielki suzuki i przeciągnęła po nim palcami.

— Czy ma pani jakieś uwagi do przeprowadzanej kontroli? — powtórzyła pytanie.

Anastazja Hauser wciągnęła mocniej powietrze i pomyślała, że jednak się nie myliła.

— Nie. Nie mam… żadnych uwag — odparła.

Barbara Radymska uśmiechnęła się, a potem wsunęła nogę między jej kolana.

— To szerzej proszę — zażądała.

Nad jej głową dało się słyszeć cichy jęk. Nogi kobiety rozluźniły się i grzecznie wpuściły jej udo do środka.

— Bardzo ładnie — pochwaliła ją pani sierżant. — Rozumiem, że nie będzie pani wnosić zażalenia na dalsze kroki niezbędne w tym postępowaniu?

— Nie będę — szepnęła blondynka i przygryzła dolną wargę.

Ręce pani władzy dotykały jej teraz mocniej, a ruchy w niczym nie przypominały przeszukań, które córka farmaceutycznego giganta mogła dotąd oglądać na filmach. Policjantka zsunęła się niżej i spojrzała na stopy w sandałkach z jasnej skóry. Zacisnęła dłonie wokół kostek i spytała:

— I wyraża pani dobrowolną zgodę na wszystkie kolejne czynności?

Podniecony oddech przykutej było słychać nawet w pozycji, w której teraz znajdowała się pani sierżant.

— Tak, wy… rażam — wychrypiała kobieta.

Policjantka odpięła skórzane paski sandałów i ściągnęła jeden po drugim. Anastazja Hauser westchnęła, kiedy bosą stopą dotknęła przyjemnie ciepłego piasku. Tymczasem dłonie funkcjonariuszki wsunęły się pod jej spodnie i zaczęły biec w górę po smukłych łydkach, przez zagłębienie pod kolanami, aż po uda. Przyjemne mrowienie zaznaczyło się na skórze dotykanej kobiety, a przenikające ciepło dotarło aż do jej podbrzusza.

— Jezus… — szepnęła Hauser i oparła głowę o samochód.

— Coś nie tak? — dopytała się Radymska.

— Nnie… Wszystko jest… bardzo tak.

Zadowolona policjantka uniosła kąciki ust, a następnie szybko cofnęła ręce i wyjęła je spod spodni. Oparła dłonie na biodrach zatrzymanej, włożyła kciuki za brzeg przewiewnego materiału, a potem gwałtownie pociągnęła spodnie w dół, aż do kostek. Lekki materiał w kolorze khaki zsunął się bez najmniejszego oporu i oczom funkcjonariuszki ukazała się niemal naga pupa Anastazji Hauser. Opalone pośladki oddzielał jedynie wąski pasek seksownej bielizny.

— Nie wżynają się pani? — spytała i pociągnęła za sznureczek.

Kobieta nad nią syknęła, ale nie był to wyraz bólu. Miękki w dotyku materiał prześlizgnął się po jej wrażliwych miejscach i wywołał kolejny impuls podniecenia. Pod bielizną poczuła też własną wilgoć, która coraz wyraźniej domagała się ukojenia.

Sytuacja, w której znalazła się Anastazja Hauser, była dla niej nowa i zaskakująca, ale brak seksu i poczucie wielomiesięcznego wyposzczenia robiły swoje. Dodatkowo pozycja, w której unieruchomione ręce wykluczały jakąkolwiek obronę, działała na nią wyjątkowo pobudzająco.

Pani sierżant znów przyciągnęła do siebie pasek jej stringów, a z ust kobiety ponownie wyrwał się jęk. W tej chwili Hauser pragnęła tylko tego, żeby funkcjonariuszka przesunęła ten skrawek materiału i weszła w nią palcami, ale wbrew tym oczekiwaniom stojąca za nią zachowała się inaczej. Jej dłonie wślizgnęły się pod lnianą koszulkę i przejechały z pleców na brzuch blondynki. Szybkim ruchem przemknęły ku górze i nagle wywinęły jej stanik tak, że odsłoniły piersi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.75
drukowana A5
za 59.94