E-book
6.83
Sucha Czerwień

Bezpłatny fragment - Sucha Czerwień


Objętość:
126 str.
ISBN:
978-83-8104-055-6

Rozdział 1

W pustym pokoju, z jednym oknem umiejscowionym na środku wschodniej ściany stały dwie postaci. Jedna wysmukła, powabna, delikatna, kobieca, druga zaś nieokiełznana, nieregularna — wydawać by się mogło, że chaotyczna.


Ona — piękna kobieta o szczupłej i zgrabnej figurze, lat około dwudziestu, odziana w długą błękitną suknię, na przekór wszystkiemu, co logiczne, z welonem w kolorze bordowym. Pod ową zasłoną widniało oblicze, ani łagodne, ani porywcze. Niektórym mogłoby się wydać pięknym.


Kobieta miała długie, blond włosy upięte w koński ogon, swobodnie zwisający do pasa. Twarz niezwykle, nawet jak na manifestację słowiańskiego typu urody, delikatną, usta kształtne, nie za duży nos lekko skropiony bezbarwnymi piegami; jej ukoronowaniem były duże, pełne jak ocean, nieziemsko cudowne oczy — brązowe, roztropne, wyrafinowane, udekorowane długimi, gęstymi rzęsami.


Mężczyzna ubrany w czarny garnitur, czarne, wypucowane na błysk, buty, białą koszulę i czarny krawat. Na oko nieco starszy od kobiety, o ostrych i wyrazistych rysach, śmiałym spojrzeniu, nieznacznym uśmieszku, który mógł zdradzać zbytnią pewność siebie. Jego włosy były dziwnym trafem posklejane, powykręcane na wszystkie możliwe strony, największe jednak były dwa „koguty”, rozstawione na głowie w sposób, który przypominał czarcie rogi.


— Widzisz Tomaszu, — odezwała się kobieta niezbyt pewnym głosem, który lekko zadrżał na strunach jej młodej krtani, rozrywając dotąd niepodzielnie panujące królestwo ciszy, — ja nigdy nie zastanawiam się nad problematyką egzystencjonalną. Moim zdaniem żyć to żyć! To czerpać z życia pełną piersią, później dopiero: zastanawiać się, ale znowu, nie nad tym, „po co?”, „dlaczego?”, lecz dla zwykłej analizy własnego postępowania.


— Ależ widzisz Amelio, tylko to, co jest ziemskie, to, czym żyjesz w zmysłach, a człowiek przecież, nie jest tylko ziemską istotą, jest również w pewnej części bytem niematerialnym. — Tomasz mówił powoli, bacznie obserwując swoją rozmówczynię, z trudem panując nad coraz szerszym uśmiechem, malującym się na jego twarzy. W trakcie rozmowy wpadł mu do głowy pomysł niemal szalony, aby rozmowę prowadzić możliwie najfałszywiej, dać Amelii powody do rozmyślań, sprawdzić jej reakcję, głębię… Po czym dodał. — Ja na przykład wcale nie myślę o bytowaniu tutaj, wciąż zastanawiam się nad egzystencją ponadczasową, nieprzewidywalną… Widzisz droga Amelio, doszedłem do wniosku, że czas stać się kimś, kto łamać będzie zasady, którymi karmią nas media i, które wpompowują nam w dusze, mieląc nasze umysły, abyśmy stali się posłusznymi…


— Ja również, — wtrąciła Amelia, — łamię stereotypy narzucone przez media, ale przecież mówimy jedynie o zastanawianiu się… nie widzę związku… — mówiła tonem mniej stanowczym, a głos jej wydał się móc urwać w każdej chwili.


— A ja widzę związek! — niemal wybuchem odpowiedział Tomasz. — Związek jest w tym, że teraz każdy myśli o tym, czy robi coś źle, czy dobrze, czy tak wypada, czy powinien! Na litość! — wrzasnął. — Nie wolno człowiekowi myśleć o czymś takim! Ba! Nawet myśleć nie wolno w ten sposób! Droga Amelio! Myśli są falami, to instynkty, to „pomysły”, które rodzą się w umysłach — mówił wolniej, sprawiał wrażenie zdolnego do kolejnego niespodziewanego wybuchu i co najważniejsze: przerażał drogą Amelię, wywołując u niej ten najsłodszy ze strachów, podobny do utęsknionego koszmaru z dzieciństwa. — A my, prymitywni ludzie, niczym zdrajcy wielkości umysłów, próbujemy je oszukać, ubrać nasze „pomysły” w słowa, dopiero wówczas nazywamy je myślami, wtedy, gdy nasze sumienie (a nie ma nic okropniejszego ponad mechanizm sumienia, który osobiście wyobrażam sobie jako wstrętny, ociekający kłamstwem mięsień) odrzuci to, co ludzkiej, naszej naturze wyda się zbyt okrutne… — mówiąc to, zaczął żywo gestykulować, jego oczy niemal płonęły od fanatyzmu wypowiedzi, od ekspresji własnego zdania, które, jak wydawało się Amelii, od dawna ukrywał przed światem, a które w rzeczywistości wyrzucił z siebie, nie bardzo wiedząc, czy mówi słusznie, prawdę rzekłszy, które właśnie wymyślił.


Jego zachowanie powoli doprowadziło Amelię do rozstrzygnięcia myśli, której nie chciała wypowiadać na głos, brzmiącej: „Czy pan jest szalony?!”. Natychmiast odegnała tę chmurę wątpliwości, nie chcąc więcej dopuszczać jej do wrót zdrowego rozsądku. Właśnie jednak w tym samym momencie Tomasz pstryknął palcami, a za nim Amelia dostrzegła dwa złote świeczniki uzbrojone we w miarę wysokie i grube, granatowe, płonące świece, o których nie mogła sobie przypomnieć, czy były tu wcześniej. Wydało jej się to wyjątkowo dziwne, lecz jej myśli zostały zmącone przez przeraźliwy wrzask Tomasza.


— Nie odrzucaj swoich pięknych myśli Amelio! Może naprawdę jestem szalony?! Tak! Chcę być szalonym! Oto ja! Szaleniec z ognistego marmuru nie do zdarcia! Jesteś teraz zmuszona. Musisz dopuścić tę myśl!!!


Amelia została owładnięta dreszczem paraliżującego strachu. Stała jak spetryfikowana, nie wiedząc, co ma zrobić? Czuła się jak mała dziewczynka, którą tatuś napomina do właściwego zachowania.


— Tak Amelio! Nie powinnaś odzywać się w ten sposób do panny Rity! — wykrzyknął Tomasz głosem nieżyjącego już ojca Amelii.


— Co… to… ma znaczyć… — urwała cichutko, roztrzęsiona. Z jej oczu polał się potok łez. Nagle przypomniała sobie całe swoje dzieciństwo: nienawiść do panny Rity, której osobą, ojciec chciał zastąpić jej matkę. Nieoczekiwanie ocknęła się z tego koszmaru i zdołała, ku własnemu zdziwieniu, zapytać. — Kim ty jesteś?


Właśnie w tej chwili do pokoju wszedł niski, również młody mężczyzna, ubrany w złotą, rozpiętą do połowy koszulę i dżinsy. Na oko był niezbyt trzeźwy, nieogolony o przystojnej twarzy, chociaż czerwonej, najpewniej od alkoholu i tańca. Nie dał Tomaszowi szansy udzielić odpowiedzi na pytanie Amelii. Oboje stali wpatrując się w siebie. Intruz huknął:


— Co tu robicie sami, co? Sikoreczki?! Chodźcie do nas, zaraz północ będzie, już czas na szampana!


Kiedy cedził słowa przez zęby, ledwo udało mu się nie powiedzieć „już czas na szatana”.


***


Tomasz wstał dzisiejszego poranka w nie najlepszym humorze. Zbudził go zegar, przerywając najistotniejszą część snu, która to, obrażona na tak nagłe przerwanie, nie zechciała już pozostać w głowie młodego studenta. Tomasz wiedział o przymusie swojego losu — choć bardzo tego pragnął, nie mógł pozostać dłużej w łóżku. Była godzina piąta czterdzieści osiem. W małym rodzinnym lokum, w którym wciąż pomieszkiwał, nie było zbyt ciepło. Naturalnie, w pierwszej kolejności udał się do łazienki. Przepłukując twarz wodą, spojrzał sobie głęboko w lustrzane oczy. Poza ta trwała parę sekund. Tomasz poczuł na sobie, ociekające go krople, własne szaleńcze wręcz spojrzenie, do tego lekki powiew, którego źródła nie mógł określić.


To wystarczyło, żeby całą głowę wsadzić pod kran. Poddać się chwili. Moment później wyszedł z łazienki, a chłód mieszkania dopiero teraz dał mu się we znaki. Tuż po śniadaniu i przybraniu stroju wyjściowego dopadł go katar.


Droga do autobusu nie była nadzwyczajna. Jak zwykle te same chodniki, drzewa, ptaki, ci sami ludzie spieszący: każdy w swoją stronę. Czekał na swój autobus około dwóch minut. Gdy ten wreszcie nadjechał i otworzył drzwi dla pasażerów, Tomasz przepuścił przy wejściu dwie starsze kobiety oraz jednego, starszego od siebie mężczyznę.


Droga była taka jak zawsze.


Banalnie oczywista.


***


Tomasz co wieczór wychodził z domu, aby z przyjaciółmi odprężyć się po długim, nudnym dniu, wyczerpującym studentów rutyną i umysłową pracą. On, a także jego znajomi, zbierali się na ławce, którą wszyscy bardzo lubili z racji jej położenia. — Była ustawiona między dwoma młodymi drzewkami jarzębinowymi. Tym razem Tomasz również wybrał się w ulubione miejsce. Spotkał tam starego, przygarbionego dziadunia, najwyraźniej niewidomego, co można było stwierdzić po przeciwsłonecznych okularach. Nosił je pomimo niepodzielnie panującego już mroku


U boku starca stał wysoki owczarek niemiecki o brunatnej sierści i wyszczerzonych, niby w uśmiechu, białych, zdrowych zębach…


Sapał.


***


Leżał długo, obserwując niezmieniający się sufit. W pokoju panował półmrok. Nad jego głową z głośników odtwarzacza, stojącego tuż obok tapczanu, pulsowała głęboka, powolna, mechaniczna muzyka.


Swoje czerwone ślepia wlepił w okno… tylko na moment. Nagle się zerwał. Złapał się za twarz. Rozlewała się w dłoniach. Sprawiała wrażenie gumowej, gorącej, ciągnącej się wydzieliny. Smród rozpływającej się twarzy zapanował nad powietrzem jego pokoju. Czerwone ślepia rozbłysły na metaliczny, zielony, przeszywający kolor…

Z pokoju Tomasza wyszedł tylko podobny do niego trup. Na swoje poszarpane szmaty narzucił długi habit. Zza szafki na buty wydobył ogromny, dziesięciokilogramowy młot. Dumnie przyglądał mu się przez kilka sekund, po czym ruszył:


Na tętniące krwią miasto…


Na ulicy zapanowała już Królowa Noc. Mało kto przechadzał się teraz, gdy zimny wiatr nie dawał spokoju nikomu, kto śmiał rzucić mu to wyzwanie i stanąć z nim oko w oko — twarzą w twarz.


Wszędzie unoszący się brud. Niepokojące, nocne odgłosy barbarzyńskiej ulicy. Tomasz — trup, (a może po prostu trup Tomasza?) ruszył ku przeznaczeniu. Niszczył tych, którzy stawali mu na drodze… Dwóch młodych mężczyzn rozbryzgał w krwawej papce ich własnej niedorzeczności. Napotkaną kobietę powalił pierwszym uderzeniem młota. Łamał, roztrzaskiwał, gruchotał kości… Tej nocy krwawa łuna uniosła się nad miastem. Tysiące ludzi zginęło. Posmak krwi można było wyczuć w kłębach unoszącego się kurzu, dymu wśród płaczu drapieżników, w elektrycznej eteryczności spalinowych wyziewów wszechobecnych maszyn, wśród odgłosów głębokiej rzezi dokonywanej mimochodem na niewinnych przechodniach…


w końcu…


przestał…


***


Któregoś z przedłużających się wieczorów Tomasz skierował się do kuchni. Zatrzymał się na środku pomieszczenia. Nerwowo rozglądał się po półkach z przyprawami, spoglądał na lodówkę. W końcu, jakby nie wiedząc, czego sam chce, napił się wody…


***


Jest mróz. Ostre zimowe powietrze wżyna się w Twoją skórę. Chowasz ręce do kieszeni, a zmarznięty podbródek zasłaniasz szerokim szalikiem na tyle, na ile możesz. Patrzysz na dół, chociaż wiesz, że musisz Go spotkać dzisiaj. Zaczynasz się trząść, dla rozgrzewki przechadzasz się po placu. Twój wzrok wwierca się w odległe obrazki. Mnóstwo ludzi. Masy tłumu mieszają się, przelewają. Są niczym ciecz. Każdy człowiek zmierza we własnym kierunku, ustalonym przez właśnie odkryty system. Stoisz i patrzysz.


„Może w końcu On przyjdzie?” — męczy Cię to wewnętrzne pytanie.


Właśnie jesteś świadkiem zachodzącego Słońca. Jego złoty majestat już dawno utonął za szczytami budynków, lecz teraz noc zaczyna mieszać się z dniem.


Zdobywa przewagę.


Noc pochłania dzień.


Ciągle marzniesz. Zwracasz uwagę na każdy zatrzymujący się tramwaj… Nie ma Go… Nie przyjechał. Zimne i gorące dreszcze na przemian zaczynają targać Twoim ciałem.


Stoisz tu już ponad godzinę, ponad dwie, może trzy… w sumie nie wiesz.


Nagle ktoś łapie Cię od tyłu za ramię. Strach przechodzi Twoje ciało od palców u nóg, aż po czubek głowy. Eksplozja adrenaliny powoduje, że natychmiast odwracasz się do nieznajomego. Poznajesz go.


To Tomasz.


— Czekasz na Niego? — pyta.


— Tak — odpowiadasz.

— Zobacz! — mówi Tomasz, wskazując ręką na tłum, w którym jedni idą w Twoją stronę, drudzy zaś w przeciwną. — To On tam poszedł.


Na te słowa od razu odwracasz się w kierunku ludzi.


„Tak, to On!” — myślisz sobie.


Podbiegasz do mężczyzny w szarym płaszczu i modnym kapeluszu. Zaczepiasz go. Odwraca się do Ciebie wąsacz, patrzy na Ciebie ze zdziwionym wyrazem twarzy…


Przez Twój umysł przebiega wątpliwość. W końcu pytasz:


— Czy to „Ty”? — sztucznie rozbrzmiewa „Ty” w Twoim głosie.


Otrzymujesz natychmiastową, rozwiewającą wszystko odpowiedź.


— Nie. To nie „Ja” — „Ja” w głosie mężczyzny brzmi równie sztucznie jak „Ty” w Twoim.


***


Spacerując, Tomasz wracał dziś do domu. Przechodził właśnie przez dworzec kolejowy — boczną i nietypową dla jego miasta przystań pociągów. Kilka peronów, ławek, drewniane dachy, niewielu podróżnych.


Stagnacja.


Czas się zatrzymał.


Jedna, powolutku przejeżdżająca lokomotywa. Wlokąca się w nieskończoność.

Zwolnione tempo rodem z hollywoodzkiego filmu akcji. Kiczowate i nierealnie emanujące przerażająco precyzyjną naturalnością. Włos mógł się zjeżyć na głowie każdego, kto byłby w tych myślach przypadkowym przechodniem. Ale był tam tylko Tomasz. Przeszedł nad torami po drewnianej kładce. Po jakimś czasie był już za stacją. Tu dopiero zwrócił uwagę na osnuty mgłą świat. W jego umyśle pojawiły się tysiące wspomnień. Wiatr wzmógł się… zamglone słońce świeciło zimnymi promieniami.


„Księżyc zdaje się być złowrogim Panem Nocy, ale to Słońce,… to prawdziwa Zimna Suka.” — Przeleciało przez głowę Tomasza szybciej od błyskawicy.


Nie wiedział, czym był ten myślowy impuls? Urojeniem pozostawionym tu przez ludzi, którym zdarzyło się tędy przejść, czy może jego własnym majakiem, gdzieś zagubionym, lub właśnie wyprodukowanym przez indywidualne poczucie istnienia? W oddali słychać było dzwony nieopodal umiejscowionego kościoła.

Rozdział 2

Roześmiane Słońce uderzyło mocą swego blasku. Płaszcz złota przejął ster nad zaspanym dniem, do niedawna pokrytym pierzyną mroku. Tomasz energicznie zerwał się ze swojego posłania. Pobiegł do łazienki. Letnim prysznicem ocucił się ze snu. Następnie ubrał się, zjadł śniadanie i wybiegł z domu na ulicę.


Drzewka, krzewy, trawa — wszystko opływało Soczystą Zielenią. Drogę Tomaszowi przebiegł mały piesek, zaś za nim para roześmianych brzdąców. Urocze piękno słonecznego przedpołudnia. Wszędzie pełno kolorów, gwar przechodniów, ulicy, atmosfera zabawy, lejący się z nieba żar… Nie wiadomo skąd, jakaś wesoła muzyka.


Tomasz spotkał przyjaciół. Stojąc na przystanku, rozmawiali o studenckich sprawach. Spojrzał za siebie. Zauważył młodego człowieka, chłopca, który przeglądał wnikliwie rozkład jazdy tramwajów a następnie rozglądał się chyba we wszystkie możliwe strony. Nie miał zegarka. Nie mógł wiedzieć, kiedy nadjedzie tramwaj. W końcu, jakby tknięty rezygnacją, ruszył w kierunku następnego przystanku. Elektryczny wagonik przyjechał zaraz po tym, gdy chłopak zniknął Tomaszowi z zasięgu wzroku.


„Na pewno nie zdążył.” — Pomyślał.


Po powrocie do domu w głowie studenta zamieszkała melancholia… Dopadły go wspomnienia… Chciał płakać z muzyką. Zaczął wybierać najbardziej nastrojowe płyty…


Był to wieczór skowytu duszy… Tęsknota?


Nie wiedząc, co począć, ruszył na miasto. Widział je inaczej niż zwykle. Przynajmniej próbował. Na samym początku dostrzegł tych, którzy go mijali. Nie mieli pojęcia, kim jest ten, którego twarz została ukryta w dłoniach zrozpaczonej ciemności, niemogącej dognać swego alternatywnego towarzysza.


Młodzi ludzie — ich zagubienie podane na tacy przenikliwej percepcji.

„Szukają, szukają, szukają…” — Bezustannie myślał, a później dodał dla odmiany. — „I tak nie znajdą, dadzą swej naturze pogrążyć się we własnych wnętrznościach, po to tylko, aby później w kanibalistycznej żądzy dorosłości i, co za tym idzie, behawioryzmu, zeżreć całe człowieczeństwo, którym mogliby przerwać tę przerażającą ciszę… Oczywiście przetrwają jednostki. Oczywiście…”.


Później zorientował się, że jest całkiem daleko od domu. Pozostało mu zacząć wracać. Powoli miał dość całej tej przechadzki. Kierował się jedną z dróg, łączącą dwie przedmiejskie dzielnice. Nie było tu żadnych autobusów, ani tym bardziej tramwajów.


Kiedy zbliżał się do domu, miejsca, w którym pragnął odpocząć, zauważył stare, piękne, majestatyczne drzewo.


Nigdzie go nie było, ale jego widok sprawiał na Tomaszu nadzwyczajne wrażenie.


Stary Dąb, zapisany gdzieś, kiedyś, w odległej przeszłości naiwnych wzruszeń, podniesionych na piedestał najdostojniejszych, przez potęgę pierwszej, doskonałej i na zawsze upodlającej miłości.


Tomasz spojrzał w niebo: spokojne, jakby rozmyte — wichrem-zwycięzcą.


Na granicy błękitu szarego i ciemnych, kłębiastych obłoków, zajaśniał ostatni blask minionego dnia.


Czy był prawdziwy?…


Właśnie tam, w ostatnim błysku ujrzał to niezwykłe, stare drzewo.

Dąb wyciągał swoje ramiona i modlił się do Boga językiem zapomnianym, nieco znajomym, ale na tyle jednak zatraconym, że zupełnie niezrozumiałym.

Po obu stronach budynki otulone szarością i to tu, to tam, uliczne latarnie, niczym gwiazdy, dosładzające cienistą przestrzeń.

Po obu stronach samochody, w ich szybach odblaski ducha technologii o kolorach żółtych, zielonych, czerwonych.

Barwy te uwikłane w walkę z mrokiem, wrzynają się w niego, dodając niespodziewanej nadziei i, ogarniając wszystko z systematycznej regularności, w nieskomplikowany chaos.

Przed Tomaszem nagle wyrosła wieża w habicie nocy — uśpiona, spokojna, otulona…

Uwierzył jej.

Spojrzał na niebo.


„Takie spokojne…” — pomyślał — „jakby rozmyte — wichrem-zwycięzcą”.


Przeniósł swój wzrok na wieżę. W jednym okienku, przy zapalonej świeczce, modliło się dziecko. Nagle zdmuchnęło płomyk, który drgając na koniuszku rozżarzonego knota ostatecznie poddał się, udając się w nieznane…


Stare drzewo nadal szeptało modlitwy do Boga, a jego ramiona zaczęły falować w rytmie tańca, który narzuciła wiara zesłana przez wicher. Po chwili zwycięzca nadał sens rozmyciu.

Napełnił je poszarpanymi strzępami pragnień wody. Targane wichrem, płonące chmury zaczął poniewierać, napełniać dymem, na końcu rozkazał im płakać. Deszcz uderzył o dachy, drogi, ludzi… Drzewo. Pierwszy język i pierwsze słowa:


„A może by coś zjeść?” — pomyślał Tomasz.


Drogę przebiegł mu czarny kocur, starający się znaleźć solidne schronienie przed właśnie rozpoczynającą się ulewą. Zwierzak nawet nie zwrócił na niego uwagi…


***


Drugi dzień rozbłysł w duszy Tomasza, odrywając go od snu. Codzienne poranne czynności… Codzienna droga do autobusu… Tym razem jednak coś było nie tak. Czuł to jak wspomnienie zapachu. Na dworze zaczęło robić się ciemno. Tak samo ciemno jak w nocy, zaś nad miastem unosiła się dobrze znana Tomaszowi krwawa łuna…


***


Zdezorientowani ludzie krzyczeli coś o apokalipsie, niektórzy biegli do kościołów, czy do domów… Kto ich tam wie? Ważne, że zrobiło się duszno od paniki i zbiorowego napadu histerii, obłędu. Byli oczywiście i tacy, których żadna tam jakaś apokalipsa, czy armageddon nie był w stanie przerazić.


„To pewnie jakaś reklama” — mruczeli pod nosem (ważne, że pod nosem jednym: zbiorowym).


Co rozsądniejsi, stawali nawet nad pozostałymi i próbowali przywołać ich do porządku. Tak też czynił pan Andrzej, jeden z najbardziej charyzmatycznych ludzi w całym sąsiedztwie, członek rady osiedla i kandydat na posła do sejmu w najbliższych wyborach. Szczerze mówiąc, to Tomasz rozważał wcześniej oddanie na niego swojego głosu (jakże ważnego, który mógłby przeważyć szalę zwycięstwa na każdą z możliwych stron), ale teraz, gdy po chwili krzyczenia:


„Stać! Bez paniki! Moi najmilsi!”,


pan Andrzej został zdeptany przez swych „najmilszych”, stało się to fizycznie trudne.


Żeby nie powiedzieć nierealne. Bo jak ktoś powie, że coś jest niemożliwe, to nagle okazuje się, że jest akurat odwrotnie i ten, którego niewyparzony język dopuścił go do takiego osądu, nagle staje się ostatecznie skompromitowanym. Ja nie chcę zostać skompromitowanym, przynajmniej nie w tej materii, więc nie mówię nic poza:


„mało prawdopodobne, żeby pan Andrzej, zasłużony obywatel miasta i szanowany ojciec rodziny, mógł przeżyć w wydarzeniach z relacjonowanego przeze mnie poranka”.


I teraz nawet, jeśli przeżył (o czym co bardziej wścibscy czytelnicy, o przepraszam — nie wścibscy, ale dociekliwi — mogą zechcieć się przekonać, zbierając materiał dowodowy z tego przeraźliwego zajścia), to nie zostanę posądzony o niewiarygodność. No, może zostanę, ale będę mógł się wykręcić od zarzutów bez większych trudności. Przerwę jednak to skromne wyjaśnienie, by móc opowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się później, po sensacyjnej masakrze na przystanku autobusowym.


***


„Gdzieś tam, daleko” — pomyślał Tomasz — „w tym mieście ktoś niszczy”.


Nagle stał się pusty od myśli… Wiatr był raz zbyt mroźny, zimowy, raz zbyt ciepły, gorący, szalony. W ustach Tomasza panowała słodka, czerwona krew. Pobiegł niemal w rozpaczy i ogólnym roztrzęsieniu do najbliższego posterunku policji… Wbiegł i krzyknął:


Powstrzymajcie go! On dzisiaj morduje! Nie dajcie mu krzywdzić ludzi! — wrzeszczał niczym opętany, ostatecznie padając jakby od choroby, która w nim zwyciężyła. Stracił przytomność.


Obudził się w pomieszczeniu bez okien, ze ścianami wyścielonymi pikowanym materacem, z drzwiami bez klamki i kamerą umieszczoną w prawym górnym rogu. Tomasz ubrany był w białą pidżamę i kaftan bezpieczeństwa. Po piętnastu minutach od jego przebudzenia odwiedził go lekarz.


— Dzień dobry! — przywitał się bardzo pewnie — Pan Tomasz! Wiele o panu słyszałem i szczerze powiem: bardzo mnie pański przypadek zaintrygował.


— Niech pan kończy! — nerwowo przerwał mu Tomasz — Ja jestem chory, musi mi pan pomóc! — słowa te wypłynęły z niego mimochodem, sam nie wiedział czy mówi słusznie i, czy to ma jakiś sens?


— Ależ Tomaszu, — spokojnym tonem mówił lekarz, nieco się krzywiąc i przeciągając ostatnie sylaby wyrazów, — pan nie jest chory.


— To dlaczego znalazłem się tutaj?! — rozpaczliwie krzyknął Tomasz.


— Ot, jakiś gamoń na policji, nie bardzo wiedząc, co z panem zrobić, przysłał nam pana tutaj. Zawsze tak robią — lekarz mówił wciąż spokojnie, zachodząc Tomasza od tyłu i rozluźniając więzy kaftana. Gdy już to zrobił, dorzucił, niby od niechcenia, choć był w tym jeszcze subtelny posmak fanatyzmu, — teraz pan, panie Tomaszu, będzie miał okazję przekonać się, że nie jest pan chory, — po krótkiej chwili milczenia dodał, wykonując ręką gest wskazujący pacjentowi drogę — proszę za mną.


Wyszli z pomieszczenia, korytarzem typowym dla szpitala udali się do windy, którą pojechali na drugie piętro.


— Teraz się pan przekona! — przerwał ciszę podekscytowany lekarz. — Teraz pan pozna prawdziwych wariatów. Od razu pan uzna, że przy nich jest pan najnormalniejszą osobą w całym wszechświecie…


Obaj weszli do pokoju nr dwieście czternaście, w którym, na łóżku stojącym pod zakratowany oknem, leżał łysiejący mężczyzna, lat około czterdziestu paru, z brodą i wąsami, nieustannie gapiący się wytrzeszczonymi oczami w sufit, ubrany w szpitalną, białą pidżamę.


— Witam pana Józefa! — prawie krzyknął lekarz.


— Dzień dobry doktorze — odburknął Józef, nie poruszając się na łóżku. — O co chodzi? — zapytał nerwowo.


— Przyszedłem prosić pana o wyjaśnienie naszemu gościowi, — tu, z niekłamaną etykietą wskazał na Tomasza, — zagadnienia miłości — mówił z nieukrywanym, szyderczym uśmiechem.


— Miłość! — jak ukłuty wykrzyknął Józef, natychmiast wstając. Nerwowo i nagle odwróciwszy się twarzą w stronę okna, opuścił głowę i zaczął mówić miarowo, nie zwalniając, ale też nie przyspieszając.


***


Tego dnia Tomasz nie był spokojny… Szedł po to, aby iść. Noga za nogą, niemal mechanicznie, krok po kroku… odwiedzał uliczki, o których zdawałoby się zapomniał, na których dawno nikt go nie widział.


Tysiące nudnych okrążeń w rozpustnym krajobrazie dzikiego miasta.


Wracał do domu — stąpał po kamiennym trakcie, przydrożne pochodnie dumnymi płomieniami, strzeliście rozjaśniały niegodziwy mrok, który teraz, zgęstniały na podobieństwo mgły, mógł wydać się radosnym. Tomasz dochodził do swojego domu… nie chciał patrzeć na codzienność. Nie chciał znów widzieć tych samych drzwi. Siłą rzeczy musiał spojrzeć, uniósł wzrok, aby je otworzyć…


W jednej chwili ujrzał wszystko. Przypomniał sobie wszystkie fałszywe szczegóły.


***


— Miłość, jakiej doświadczamy w naszych parszywych czasach to sztuczna emocja, znana z filmów, gazet, radia i realnego życia współczesnych ludzi — na chwilę przerwał, chrząknął, energicznie odwrócił się na pięcie w stronę Tomasza, a kontynuując wpatrywał się w jego oczy przy użyciu szatańskiego spojrzenia:


„Miłość ta jest plastikową brednią, wynalazkiem odkrytym jak moda: dla interesów własnych, dla ułatwienia istnienia, załagodzenia sumienia. Miłość, która jest rozrywką, którą ludzie wybierają, nie zaś taką, która przychodzi sama…”


W trakcie wykładu Józef nadymał się jak wielka ropucha, stając się dwukrotnie grubszym niż był w rzeczywistości, — a że do najszczuplejszych nigdy nie należał, — toteż nagle stał się wielkim balonem, kipiącym od racji, które się z niego wylewały. Może nazbyt obficie?, bo jego wytrzeszczone oczy coraz częściej musiały ścigać wciąż umykające spojrzenie Tomasza. Wyglądało to przynajmniej komicznie. Tymczasem Tomasz wcale go nie słuchał. Obserwował jedynie tego przymusowego rozmówcę. Przyszło mu na myśl, że Józef mógłby zagrać śliwkę węgierkę w animowanej reklamie owoców emitowanej już kilkakrotnie w telewizji.


— Ich miłość jest sztuczna! — znów krzyczał Józef, na co Tomasz z trudem opanował śmiech, a pan lekarz zacierał ręce, głośno chichocząc. — Nieprawdziwa! — kontynuował Józef. — Ludzie z konieczności chcą w nią wierzyć! Ta miłość jest jak nałóg, jak narkotyk, jak podstępna, wyrafinowana intryga! Jest brudna, obskurna, przeznaczona po to, by ją skończyć, a pozostaje nie dlatego, że ludzie tego chcą, ale z przymusu! Oto cała prawda o nich, o mnie — wyciągnął dłoń w stronę Tomasza, — o tobie…


***


Szymon był smutny. Wracał od przyjaciół, chwiejąc się na roztrzęsionych nogach, niby ze zmęczenia. Chwilę czekał na przystanku autobusowym. Zaskoczył go chłód wiosennego wieczoru. Narzucił na głowę kaptur — czarny, szpiczasty, osłaniający do połowy jego twarz. Nie chciał, aby ktokolwiek mógł spojrzeć w jego oczy…


Autobus przyjechał. Szymon usiadł na wygodnym fotelu, skrzyżował ręce na piersi, zakapturzoną głowę opuścił, zamknął oczy. Miał za mało czasu na to żeby zasnąć, choć tak naprawdę wolał to od czekających go nieopanowanych myśli. Czuł strach, emanujący od współpasażerów, a na myśl o tym, że to on jest jego źródłem, uśmiechnął się.


Myślał o Amelii.


Przypomniał sobie jej twarz, nie mógł jej jednak na stałe utrwalić w pamięci i nieco mu to doskwierało.

Nie był zły przez to, że mogła mieć kogoś, że mogła być teraz z kimś innym. Byłby szczęśliwy gdyby i ona była. Upajał się tym uczuciem. Wrażenie schlebiało mu dopóty, dopóki nie zorientował się we własnej samotności. Była głęboką otchłanią rozpływającą się gdzieś między rozumem, a duszą. Przepaścią mrożącą krew w żyłach i sprawiającą ból.


Tak naprawdę wcale go nie było i sprawiał cierpienie w najsłodszy z możliwych sposobów. Nie do powstrzymania i nie do zniesienia.


Czuł się bezwartościowym, barbarzyńskim prostakiem — w samej, nagiej istocie, takim jak wszyscy z gatunku homo sapiens.


Dreszcz przebiegł całe jego ciało. Był dziwny — ani zimny, ani gorący…


Szymon pomyślał sobie:


„Mój Boże! Spraw, żeby wszystko było dobrze!”


Lekko się uśmiechnął, znowu przeszedł go nietypowy dreszcz…


…po czym…


Cichutko umarł.


***


— Widzi pan, panie Tomaszu!? — odezwał się lekarz i dodał po krótkiej pauzie. — Jest pan zupełnie zdrowy! Czyż nie?


— Najwidoczniej, rzeczywiście jestem zdrowy — stwierdził zadowolony Tomasz. Spojrzał na zegarek, narzucił na siebie płaszcz i jakby przymuszając się, zwrócił się do lekarza — idę na pogrzeb Szymona. — Nie wiedział sam, dlaczego to mówił?


— Mogę iść z panem? — zapytał lekarz z uśmiechem na twarzy. Wyglądał jak ucieszona małpka z rogalem zamiast ust: od ucha, do ucha.


— Proszę bardzo — odpowiedział Tomasz, zastanawiając się, co w ogóle może znaczyć ta dziwna scena.…?


W tym momencie wszystkie myśli zostały rozerwane tysiącem zimnych kropli ulewnego deszczu.


***


Weszli do pomieszczenia, w którym panowała hałaśliwa muzyka. Ściany pomalowane na kolor ogólnego bezguścia. Wnętrze stanowiły czarne stoły, brudne ławki do siedzenia, zasyfiona podłoga, do której kleiły się podeszwy butów. Przyciemnione światło gwarantowało półmrok, a wszechobecny dym z papierosów nadawał temu miejscu mistycyzmu. Dla osób, które niedawno weszły do środka, panujący tu smród wydawał się być nie do zniesienia. Ponad głowami siedzących bywalców, unosił się wymieszany, specyficzny zapach potu, alkoholu i niewłaściwie pojmowanego indywidualizmu.


Lekarz szedł za Tomaszem. Najwidoczniej dobrze znał to miejsce. Podeszli do stolika, przy którym siedziała grupka czworga przyjaciół, prowadząca żywą dyskusję i co rusz wybuchająca śmiechem. Lekarz przyjrzał im się bardzo dokładnie. Pierwszy, szczupły mężczyzna ubrany modnie, przy czym w jego stroju dominowały kolory czerwone, miał dredy, chyba zawsze się uśmiechał, — tak też było i teraz. Jego twarz nie miała żadnych rysów: wyłupiaste gały, wyszczerzone zęby, dwie dziurki, aby kreatura miała czym oddychać.


Jeszcze jeden szczególik, który lekarz początkowo przeoczył: otóż mężczyzna ów na prawym rękawie miał znak „plus”, na lewym zaś „minus”.


„Pewnie to dlatego cała ta postać jeszcze trzyma się całości” — pomyślał lekarz, gorzko się przy tym uśmiechając.


Obok mężczyzny bez twarzy siedziała piękna i młoda kobieta, którą lekarz skwitował jednym tylko słowem zachwytu: „Finezja”. Właśnie w tym momencie drugi z mężczyzn, wyglądający jak łyżka, lub raczej jak widelec, musiał czymś Finezję rozbawić, bo razem zaśmiali się tak głośno, że mimo ogólnego hałasu, połowa znajdujących się tu ludzi (w mniemaniu lekarza: kreatur) zwróciła na nich uwagę. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy — każdy zajął się sobą.


Czwartą osobę, śliczną, młodą dziewczynę, lekarz nazwał po prostu Ozdóbką. Z całej czwórki, tylko ona wyglądała jakby trafiła tu przez przypadek, jakby z resztą ferajny nie miała nic wspólnego.


To był pozór, bo lekarz szybko zauważył, że cała czwórka jest skuta żelaznymi łańcuchami, połączonymi w jedną długą całość.


— Witam Szymonie! — wykrzyknęła w stronę Tomasza Finezja, co wydało się lekarzowi, co najmniej niesmacznym żartem.


— Witaj Amelio — sucho odparł Tomasz, lekko zadrżał podając rękę Amelii-Finezji, po chwili dodał, pokazując na lekarza. — Pozwól, że ci przedstawię, to …


— Filip — przerwał mu lekarz z błyskiem w oku. — Miło mi panią poznać — podał jej rękę i nachylił się szarmancko nad delikatną dłonią. Na świeżej skórze dziewczyny złożył subtelny pocałunek.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.