E-book
13.65
drukowana A5
28.97
Stygmat Złotej Gwiazdy

Bezpłatny fragment - Stygmat Złotej Gwiazdy


Objętość:
182 str.
ISBN:
978-83-8126-243-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.97

„Jesteście jako człowiek, który posiadł diament, lecz nie poznał jego wartości”

/Sadhu Sundar Sing/


Kilka słów od autorki

Tą książką kończę moją ziemską misję dla ludzi. Co to oznacza? Oznacza tyle, że misję tą rozpoczęłam przychodząc na Ziemię, rozpoznawałam wciąż na bieżąco cel i sens tego mojego bardzo niezwykłego życia, pełnego świadomej i nieświadomej kontemplacji i głębokich doświadczeń duchowych, o których piszę w książce „Sen in Excelsis”. Kontynuowałam tą misję w książce „Opowiadania o sercu i prawdzie” oraz opublikowaniem moich wierszy „Bogu i Ludziom…” i uwieńczyłam wszystko właśnie książką „Stygmat Złotej Gwiazdy”. Zadanie wykonane, gdyż zdołałam powiedzieć ludziom wszystko, co miałam do powiedzenia. Dziękuję Wszystkim, którym już rozdałam swoją twórczość w wersji nieoficjalnej i tej oficjalnej i od których otrzymałam liczne podziękowania naznaczone pozytywnymi łzami ogromnego wzruszenia i bardzo wysoką oceną dotyczącą zarówno sposobu pisania, jak i samej treści. Dziękuję! To dla mnie bardzo ważne, bo chociaż pisałam po części dla siebie samej rozwijając się i poznając przez to wciąż siebie samą na nowo, to głównie przecież pisałam dla ludzi, inaczej nie miałoby to sensu. Czuję się tymi podziękowaniami i taką oceną zaszczycona i doceniona. Wygląda to tak, jakbym tą książką żegnała się z Czytelnikami, jednak nie wykluczam ciągu dalszego pisania, czas pokaże wszystko… Zwłaszcza, że już dojrzewa we mnie pewien pomysł, jednak zajmę się nim już w przyszłym roku.

W tej obecnej książce zamieściłam kilka prawdziwych i bardzo mocnych własnych przeżyć duchowych, które przerzuciłam na bohaterów całej akcji, pełnej tajemnic i napięcia. Tak więc są to doświadczenia duchowe prawdziwe w swej istocie aż do bólu.

Ważny jest tytuł tej dość niezwykłej ostatniej książki. Piszę o tej sprawie w końcowej części książki „Sen in Excelsis”, a chodzi o podarowany mi na falach tzw. snu: alfa, delta, teta, właśnie STYGMAT ZŁOTEJ GWIAZDY. To jedno z najbardziej porażających, przepięknych duchowych doświadczeń, jakie w swoim życiu przeżyłam. Złotą Gwiazdą, jeszcze nie rozpoznaną wówczas co do swej istoty, rozpoczyna się „Sen in Excelsis”. Cały ten tajemny przekaz idzie ze mną przez całe lata, daje się poznawać, odkrywać, aż wreszcie wyjaśnia się do końca. Jak widać, moja twórczość stanowi dość niezwykłą całość, dlatego najlepiej poznać ją całą. Sama siebie zaskoczyłam pewnym odkryciem. Nie napiszę tu, jakim. Kto przeczyta całość, zrozumie. Napiszę teraz tylko tyle, że do samego końca nie znałam PEŁNEJ prawdy. Pełnia objawia, ujawnia się przede mną we właściwym dla mnie momencie, czyli TERAZ, niedawno… Przyznaję, że zostało mi w tym życiu podarowane bardzo wiele, bo prawdziwy skarb, a ja nie miałam prawa zatrzymać go dla siebie, ale pragnęłam podzielić się nim z ludźmi, co właśnie czynię.

Książkę tą dedykuję oczywiście WSZYSTKIM LUDZIOM, moim Rodzicom i wszelkim bliskim mi osobom, przyjaciołom, znajomym i nieznajomym z Tej i tamtej Strony Życia. Dedykuję ją jednak dziś w sposób bardzo wyjątkowy mojej ciotecznej babci Alicji, od kilku dni już świętej pamięci. To ona podarowała mi przed laty Sadhu Sundara Singha, czyli „Wielkiego Chrześcijanina”, którego doświadczenie życiowe i misja pokrywają się w ogromnym stopniu z moimi. Była osobą skromną, osobą wiary prostej, ale niezwykle mocnej i głębokiej. Potrafiła mnie zaskoczyć nie jeden raz prostym tekstem, niosącym rozwiązanie spraw po ludzku niemożliwych, czy może bardzo trudnych. I chociaż moja wiara była i jest równie mocna i głęboka, to zawsze była i jest taka inna, pełna dociekań, pełna tajemnych nauk, znaków, mistycznych przeżyć, odkryć własnych, pełna filozofii, rozmaitych doświadczeń duchowych, to ta jej wiara prosta stanowiła dla mnie czasem ratunek i do tego się przyznaję, wspominając naszą trzydziestoletnią korespondencję. Do ostatnich możliwych chwil służyła biednym i chorym, oddając się im całkowicie, dla siebie samej nie pozostawiając właściwie nic i kochając Jezusa Chrystusa ponad wszystko. Taka była jej misja życiowa, misja rozpoznana i zrealizowana. Wypada życzyć każdemu rozpoznania swojej własnej, niepowtarzalnej misji życiowej, a ja cieszę się, że rozpoznałam swoją i mam możliwości, okoliczności, siłę i potrzebne dla tego celu talenty, których nie miałam prawa zmarnować i wierzę, że NIE ZMARNOWAŁAM… Ta ciocia-babcia przyznała mi się kiedyś, że zawsze modliła się o to, ABYM JA POŚWIĘCIŁA SWE ŻYCIE LUDZIOM POTRZEBUJĄCYM, podobnie do niej. I ja to czynię, tylko że w formie, którą sam Bóg wybrał dla mnie jako najlepszą, gdyż znał moje punkty mocne i słabe, moje talenty, moje lęki i wszelkie słabości, całą moją ziemską drogę, jaką w tym życiu mi wyznaczył… Daję z siebie ludziom to, co wiem, co potrafię najlepiej, do czego jestem stworzona, dzielę się sobą w sposób dla mnie najodpowiedniejszy...Bo człowiek potrzebujący, to jak wiadomo, nie tylko ktoś biedny, chory i głodny. Jest inny rodzaj biedy, choroby i głodu — TEN DUCHOWY.

Bardzo bym chciała, aby moja twórczość znalazła się w zasięgu takich ludzi i przyniosła im wiele dobra… W książce, oprócz przeżyć, doświadczeń, przemyśleń, odkryć własnych, umieściłam kilka ważnych wykładów na tematy duchowe, oczywiście skorzystałam z publicznie dostępnych wykładów i zawsze podaję ich autora/źródło, przyczyniając się w ten sposób do rozpowszechnienia tak cennej wiedzy, gdyż wielu ludzi nigdy nie dotarłoby samodzielnie do tych wiadomości.

/Autorka/

Sadhu Sundar Singh

Indie, 18.12.1904 roku. „Niepokój i wewnętrzna rozterka Sundara osiągnęły szczytowy punkt. Nikt nie potrafił pomóc znękanemu chłopcu. Rozpacz wskazywała jedyne wyjście — pozbawić się życia w nadziei osiągnięcia pokoju na drugim świecie. — Jeżeli nie mogę znaleźć Boga na tym świecie, znajdę Go, być może, na tamtym.”

„Boże, jeśli w ogóle jesteś, pokaż mi prawdziwą drogę; chcę zostać sadhu lub zabiję się. Jeśli nic mi nie objawisz, jeśli nadal nic nie będę rozumiał, zginę, by spotkać Boga na tamtym świecie”.

„Nagle — gdzieś około wpół do piątej — zauważył w swoim pokoju silne światło. Sądząc, że dom stanął w płomieniach, otworzył drzwi, rozejrzał się, lecz nie znalazł ognia. Wrócił i modlił się nadal. Wtem, jakby w obłoku świetlanym, zobaczył ludzką twarz promieniejącą miłością. Początkowo był przekonany, że widzi Buddę, Krisznę albo jakieś inne bóstwo, chciał się rzucić na podłogę i błagać ową istotę o pokój. Wówczas zdziwiony usłyszał w rodzimym języku urdu słowa: „Dlaczego Mnie prześladujesz? Pomyśl, że ja dla ciebie dałem swe życie na krzyżu”. Sundar niezdolny był pojąć, co się stało, ani wydobyć z siebie głosu. Dostrzegł blizny będące świadectwem męki krzyżowej Jezusa z Nazaretu, którego dotąd uważał za wielkiego człowieka działającego przed wiekami w Palestynie, a darzył Go nienawiścią(między innymi podarł Biblię). Na obliczu Jezusa nie było jednak śladu gniewu, raczej niezmąconą łagodność i miłość. Wtedy Sundar pojął; — Jezus Chrystus nie zginął; On żyje i jest tu! I upadł do jego stóp. W tej chwili dusza Sundara doznała ogromnej ulgi, pokój i radość wypełniły serce. Gdy Sundar się podniósł, Chrystusa nie było, pozostał natomiast cudowny pokój, którego już nigdy nie utracił. — Ani w moim ojczystym języku urdu ani w języku angielskim nie potrafię opisać szczęścia, jakiego doznałem w owej godzinie. Pełen radości Sundar zbudził ojca i zdecydowanie oświadczył — jestem chrześcijaninem!. — Rozum straciłeś — jęknął ojciec– idź spać! Przedwczoraj spaliłeś Biblię, teraz nagle jesteś chrześcijaninem. Jak to pogodzić? — Ponieważ sam Go widziałem — odrzekł Sundar. Dotychczas mówiłem sobie, że człowiek ten żył przed dwoma tysiącami lat. Dziś natomiast widziałem Go osobiście, żywego Chrystusa i chcę Mu służyć. Doznałem jego mocy. Darował mi pokój, jakiego dotąd nie znałem. Dlatego wiem, że Jezus Chrystus żyje. Chcę i muszę Mu służyć. — Chciałeś przecież popełnić samobójstwo? — Chciałem i popełniłem — wyjaśnił Sundar — tamten Sundar Sing nie żyje, jestem już nowym czlowiekiem. Objawienie Chrystusa stanowi punk zwrotny w życiu Sadhu. Otrzymał w ten sposób santi, cudowny pokój przewyższający rozum ludzki. Uwieńczone zostały zwycięstwem bezsenne noce, dni niestrudzonych poszukiwań, skończyła się wysuszająca duszę tęsknota. — Nie było to przywidzeniem. Poprzednio nienawidziłem Jezusa Chrystusa. To był żywy Chrystus! Tylko On mógł swojego wroga przemienić w zwiastuna Ewangelii. Dal mi pokój nie tylko chwilowy, ale na wiele lat; cudowny pokój, którego nie jestem w stanie opisać, lecz świadczę o nim. Czego inne religie nie mogły dokonać w ciągu wielu lat, tego dokonał Chrystus w ciągu kilku sekund. Ani czytanie, ani książki, lecz sam Chrystus mnie przeobraził. Gdy mi się objawił, widziałem Jego wspaniałość i uświadomiłem sobie, że On jest żywym Bogiem.”

„Sundar Sing widział w swoim nawróceniu manifestację transcedentalnego Boga, objawienie żyjącego Chrystusa. Tak mocno podkreślał obiektywny charakter swego przeżycia, że czynił wyraźną różnicę między nim, a późniejszym oglądem rzeczy nieuchwytnych dla oka w przeżyciach, jakie z biegiem czasu stały się dla niego zwykłą rzeczą. — Miałem i inne widzenia — powiedział — jednak Chrystusa widziałem tylko raz. Żyjący Chrystus był dla Sundara Singha tak realny, jak dla apostołów, którzy obcowali ze zmartwychwstałym Panem twarzą w twarz. Objawienie Sundara i wszystkich, którzy nawrócili się w podobny sposób — to objawienie bożej sprawiedliwości i łaski. SPRAWIEDLIWOŚĆ BOŻA WSKAZUJE NA ZUPEŁNĄ KLĘSKĘ WYSIŁKÓW LUDZKICH ZMIERZAJĄCYCH DO SAMOZBAWIENIA, ŁASKA DAJE ZBAWIENIE ZA DARMO. PRÓŻNOŚC LUDZKICH WYSIŁKÓW I WYŁĄCZNA SKUTECZNOŚĆ KRZYŻA CHRYSTUSOWEGO STANOWIĄ JĄDRO NAWRÓCENIA. — KIEDY MI SIĘ CHRYSTUS OBJAWIŁ, POZNAŁEM ŻE JESTEM GRZESZNIKIEM, A ON MOIM ZBAWCĄ. HINDUIZM UCZY MNIE, ŻE JEST NIEBO I ŻE POWINIENEM CZYNIĆ WSZYSTKO, BY STAĆ SIĘ WOLNYM OD GRZECHU (IGNORANCJI) I POSTĘPOWAĆ ZGODNIE Z BOSKIM UPODOBANIEM. USIŁOWAŁEM RATOWAĆ SIĘ WŁASNYM WYSIŁKIEM, CO OKAZAŁO SIĘ NONSENSEM I DAREMNYMI ZABIEGAMI. BYŁEM DUMNY Z HINDUSKIEJ FILOZOFII, ALE FILOZOFIA NIE POTRAFI URATOWAĆ GRZESZNIKA. ZROZPACZONY PROSIŁEM BOGA, BY WSKAZAŁ MI DROGĘ ZBAWIENIA. JAKO ODPOWIEDŹ — ZOBACZYŁEM MOJEGO ZBAWCĘ. CZEGOŚ TAKIEGO NIE OCZEKIWAŁEM.

MÓZG JEST NIEZWYKLE CZUŁYM I DELIKATNYM NARZĘDZIEM, WYPOSAŻONYM W WIELE PRECYZYJNYCH ZMYSŁÓW, KTÓRE W GODZINIE MEDYTACJI ODBIERAJĄ INFORMACJE Z NIEWIDZIALNEGO ŚWIATA I PRZYCZYNIAJĄ SIĘ DO POWSTAWANIA IDEI WYBIEGAJĄCYCH DALEKO POZA NORMALNY BIEG MYŚLI LUDZKIEJ. MÓZG NIE WYTWARZA TAKICH IDEI, LECZ OTRZYMUJE JE Z NIEWIDZIALNEGO, WYŻSZEGO ŚWIATA DUCHA I PRZEKŁADA JE NA JĘZYK STOSUNKÓW LUDZKICH. NIEKTÓRZY ODBIERAJĄ TAKIE INFORMACJE W SNACH, INNI W WIZJACH, JESZCZE INNI PODCZAS DŁUGICH GODZIN MEDYTACJI. REALNOSĆ BOSKIEGO OBJAWIENIA MOŻNA PORÓWNAĆ DO PRZESYŁANIA WIEŚCI DROGĄ RADIOWĄ. JAK NIEWIDOCZNE SĄ FALE ETERU, TAK UCHYLA SIĘ SPOD LUDZKIEGO POZNANIA KONTAKT DUSZY Z TRANSCENDENTALNĄ RZECZYWISTOŚCIĄ. I PODOBNIE JAK ANTENA WYCHWYTUJE WIEŚCI PRZEKAZYWANE NA FALACH ETERU, TAK DUCHOWE OBJAWIENIE BOGA MUSI PRZYBRAĆ ZMYSŁOWY KSZTAŁT, BY CZŁOWIEK MÓGŁ JE POJĄĆ. NIE MOŻNA TYCH WIDZEŃ TRAKTOWAĆ JAKO HALUCYNACJI, NIE SĄ ONE PŁODEM SKRYTYCH MARZEŃ RODZĄCYCH SIĘ W PODŚWIADOMOŚCI, LECZ SĄ JEDYNIE WYRAZEM PONADZMYSŁOWEGO DOŚWIADCZENIA.”

/Tadeusz Łamacz, Wydawnictwo „Zwiastun”, Warszawa 1973/

Jezu Ufam Tobie, czyli tajemnicza wersja obrazu…

Krakowska wersja obrazu „Jezu Ufam Tobie”.

„W ogarniętej wojenną zawieruchą ‘polskiej’ części kraju powstawał kolejny obraz Jezu Ufam Tobie (Ubrany w białą szatę Jezus podnosi prawą dłoń w geście błogosławieństwa. Lewą ręką wskazuje na swoje otwarte serce, z którego wydobywa się czerwony i niebieski promień) — pędzla Adolfa Hyły, malowany przy udziale krakowskiego spowiednika Siostry Faustyny — jezuity Józefa Andrasza.”

Co w znaczeniu głębszym, szerszym, oznaczają elementy tego obrazu, miał pokazać czas, a mistrzowska, tajemnicza dłoń innego, nieznanego nikomu malarza wykonała w roku 1950 kolejną, wierną kopię niezwykłego obrazu gdzieś, na ukrytym przed światem poddaszu krakowskiej kamienicy. Przybyły do Polski śniadoskóry i ciemnooki gość z dalekiego lądu pewnej nocy wszedł na sam szczyt kamienicy, zapłacił za zamówione dzieło i pod osłoną nocy wyszedł z kamienicy, z płaskim, długim, prostokątnym przedmiotem niesionym w opakowaniu pod pachą. Tajemniczy przybysz zamieszkał w wynajętym na jakiś czas niedużym mieszkaniu na starówce, w drzwi której po chwili wszedł… W swoim wynajętym mieszkaniu pracował przez jakiś czas nad tymże obrazem, jednak nie poprawiał go w sensie stricte artystycznym, chociaż po części tak było. Ale tylko po części. Istota tkwiła w czymś zupełnie innym. Jego tajemna praca miała wielki cel, wielkie zadanie: opowiedzenie ludziom CAŁEJ prawdy o znaczeniu i elementach obrazu...Pracował niczym magik w alchemicznej pracowni cudów, aby COŚ powiedzieć ludziom…

Sekret Bożego Narodzenia 1950 roku

Polska, Kraków,

Wigilia Bożego Narodzenia, rok 1950

Dzień 24 grudnia powoli ustępował miejsca wieczorowi, usuwał się na bok małymi posuwistymi krokami, aż dostojny wieczór, niczym tajemniczy czarnoksiężnik rozgościł się okryty swym szerokim granatowo-czarnym, szerokim płaszczem nakrapianym gwiazdami na całej płaszczyźnie widocznego z okien nieba i tkwił tam nieruchomo niczym ważny gość za suto zastawionym stołem. Gość, który przybył ze skarbem, z darem…

W domach całej Polski, tych bogatych, tych średniozamożnych i tych biednych już lśniły blaskiem pachnące świerkowe drzewka, ubrane w rozmaite ozdoby i oświetlone żywym światłem małych świeczek siedzących na gałązkach, a pod drzewkami zawsze szopka z gałęzi drzew wyścielona mchem, na nim ustawione gipsowe figurki. Pod niektórymi choinkami już szeleściły prezenty, a do niektórych domów wkraczał sam święty Mikołaj, zwany tu i ówdzie Gwiazdorem. Już dzielono się opłatkiem, już docierali ostatni goście, pachniał barszcz z uszkami, pierogi, ryba, zupa grzybowa, kompot z suszonych owoców, kutia, orzechy, wypieki niczym ze świata baśni. Czarowna noc gościła jeden, jedyny raz w roku przy stołach i w sercach ludzi, czarując sobą świat… ten jedyny raz w roku.

W willi państwa Kohen –(znaczenie nazwiska: kapłan Świątyni Jerozolimskiej i jego potomkowie☺); wszystko wyglądało podobnie, również i tu płonęła kolorowa choinka, pod nią stała naturalna, wielka i bardzo piękna szopka z gipsowymi figurkami, również i u nich siedział przy stole gość. I nie byłoby w tym niczego dziwnego, wielkiego, gdyby ów gość był przyjezdnym z jakiegoś miasta, czy wioski w Polsce, bądź z jakiegoś kraju Europy, a nawet Ameryki. Gość państwa Kohen przyjechał, a właściwie przyleciał z...INDII i niekoniecznie w sam dzień Wigilii, ale znacznie wcześniej. Jego charakterystyczna uroda biła po oczach, krótka szata w typie tuniki w kolorze pomarańczowym odbijała od śniadej skóry i czarnych oczu, oraz od bujnych ciemnych włosów. Na twarzy gościa tkwił przyczajony jakąś tajemnicą lekki, dobrotliwy, pełen jakiejś światłości i serdeczności uśmiech. Uśmiech poniekąd zmieszany z głębokim zamyśleniem. Pan domu bardzo mu nadskakiwał, pragnąc usłużyć jak najlepiej, chwilami śmiesznie to wyglądało, ale gość spokojnym gestem smagłej dłoni, na palcu której widniał tajemniczy pierścień odpowiedział bezsłownie, że nie trzeba, że ma usiąść i zagłębić się wraz ze wszystkimi zebranymi w magii i tajemnicy wieczoru. Tak też pan domu uczynił i już po chwili flesz wielkiego aparatu utrwalił swym błyskiem ową chwilę, która zastygła na wywołanej po świętach fotografii i spoczęła na nieskończenie długie lata w albumie, a album po latach został wraz z wieloma „antycznymi” pamiątkami zniesiony do piwnicy. Noc betlejemska roku 1950, jedyna w swoim rodzaju, utkwiła między kartami albumu na lat kilkadziesiąt...Fotografia z tego wieczoru wyraźnie ukazywała płonące dobrocią i dziwnym blaskiem ciemne oczy gościa i INNĄ choinkę. Na czym polegała jej inność i dlaczego ta inność zaistniała, miał odkryć dopiero ktoś bardzo młody, po bardzo, bardzo wielu latach. Fotografia trzymała w sobie jak zaklęta całą historię tamtego pamiętnego wieczoru, nocy. Tajemna konwersacja zakończyła się wówczas dopiero nad ranem i wszyscy wstali w pierwszy dzień świąt dopiero około godziny jedenastej na uroczyste śniadanie… Każdy z lekko podkrążonymi oczami, każdy milczący całym sobą w jakiś charakterystyczny sposób, a może głęboko zamyślony? Oczywiście atmosfera szybko się zmieniła i wszyscy niebawem swobodnie i radośnie rozmawiali już o sprawach codziennych, a więc przyziemnych.

Wszystkie wydarzenia, a raczej treść rozmowy z tamtej długiej nocy zapisana została i zapieczętowana w świetle flesza i w sercach ludzi, zasiadających wtedy przy bogato nakrytym uroczystym stole. Po odjeździe gościa nikt więcej nie wrócił do tematu tamtej długiej rozmowy. Cała ta tematyka przykryta była tworem utkanym z materii dziwnego rodzaju milczenia, niczym narzutą, jaką przykrywa się antyczny mebel kryjący porażającą tajemnicę, której nikt nie tyle nie chce, co nie śmie choćby tknąć. Czas przyłożył na niej swą pieczęć, a ta zastygła warstwą dni i lat. Fotografia zrobiona tamtego dnia objęła sobą wielkie okno, w ramach którego widniał pokryty białym puchem, wielki i tajemniczy zimowy ogród…

Złoty Stygmat i stara tajemnica uśpiona w piwnicy…

Polska, Kraków, czerwiec/lipiec roku 2017.

Stała jak oczarowana w ogrodzie swojego domu jednorodzinnego i nie wierzyła własnym oczom, własnym odczuciom, jednak zjawisko zwyczajnie istniało, działo się. Miało swój początek i źródło w dwóch miejscach jednocześnie: w jej sercu i na niebie, stojącym swoją potęgą tuż nad nią. To było pęknięcie na dłoni, z boku. Powstała tam bezkrwawa szczelina. Była w kolorze złotym, strzelała elektrycznymi iskrami i łączyła się z sercem. Z tego miejsca zaczął wydobywać się złoty pył, był lżejszy od powietrza. Wydostawał się bardzo szybko i zajmował sobą coraz większe obszary ogrodu, łącząc się jednocześnie ze Złotą Gwiazdą, która stała majestatycznie nad tym wszystkim. Z gwiazdy także zaczął wydobywać się taki sam pył. Teraz pył zalał sobą cały ogród. Szczęścia i zachwytu nie potrafiła opisać, stała wciąż nie wierząc w to, co się działo. Jakiś głos zdawał się jej mówić, aby zagarniała cudowne zjawisko tylko dla siebie, ale ona nagle odzyskując głos krzyknęła: to jest dla wszystkich ludzi!!! Wtedy zjawisko powoli zaczęło się zawężać i złotym giętkim promieniem wpadło do piwnicy domu… Zeszła tam jeszcze na falach snu, który snem w znaczeniu powszechnie znanym nie był z pewnością. Stała w ciemnościach piwnicznych, czuła drżenie serca. Nagle ciemności rozświetliła ciepła jakaś jasność. Ta jasność wyraźnie wyszła z niej. Stanowiła wewnętrzną warstwę jej eterycznego ciała duchowego i czuła, że tych warstw jest więcej. Zjawisko dotyczyło akurat tej. Warstwa, która wyszła z jej ciała miała ludzką postać i lekko oddaliła się od niej… Potem odwróciła się twarzą do niej i nie była to jej twarz, twarz Andżeli w wersji eterycznej. To była postać i twarz Jezusa Chrystusa. Andżela stała skamieniała…

„Jezus jest we mnie, Jezus we mnie żyje, Krew Przenajświętsza w moich żyłach płynie”… Teraz inne niż związane ze stanem tuż po przyjęciu do ust Komunii Świętej znaczenie słów jej pieśni pierwszokomunijnej sprzed lat stanęło przed nią namacalnie. „Co robisz dla mnie?” Te słowa popłynęły od Jezusa do niej, bez czynności poruszania przez Niego ustami… Nie patrzył jej w oczy, miał wzrok lekko opuszczony w dół, a palcami prawej Dłoni, ułożonymi w specyficzny sposób wskazywał na swoje otwarte Serce, z którego wychodził POTRÓJNY PŁOMIEŃ w kolorze różowo-niebiesko-złotym. Nad jego Głowę wprost z Serca wydostała się płynnie w postaci złotego pyłu jakaś masa, która uformowała się w Złotą Gwiazdę i tam utkwiła.

Ocknęła się z tzw.„sennych fal”, zwanych naukowo: alfa, delta, teta. Oglądała swoją dłoń i nie widziała niczego niezwykłego. Wiedziała jednak świetnie, że oto otrzymała STYGMAT ZŁOTEJ GWIAZDY, czymkolwiek on miał być. Spotkanie z Jezusem, który dosłownie wyszedł z jej ciała zmieniło ją w osłupiałą postać, posąg, który nie wiedział niemal, jak się nazywa, kim jest i co się w ogóle dzieje. Nie dała po sobie niczego poznać. Była skamieniała i tak potwornie przerażona, ze owo przerażenie okrywało skorupą jakiejś niemocy całe jej nieziemskie szczęście, całą radość, która chciała eksplodować, ale betonowa skorupa trzymała wszystko w tymczasowym wręcz usztywnieniu, paraliżu.

Po śniadaniu wybrała się z tatą do piwnicy, musiała tam pójść. Nie szła bez celu, bez sensu, nie szła też na niewiadome. Ona szła na poszukiwanie swojego dziecięcego rysunku z klasy trzeciej, to było jedyne, co przyszło jej na myśl. Jezusa na falach topornej jawy nie spodziewała się tam spotkać, nie dowierzała takim możliwościom, ale one istniały mimo wszystko…

Trzymała po chwili w dłoniach wielkie proroctwo dotyczące sensu i celu swojego życia, powstałe tyle lat temu… Już wychodziła z rysunkiem na górę, już prawie...Jej dłonie dotykały teraz nieświadomie reliktu sprzed kilkudziesięciu lat, ukrytego między kartami albumu fotograficznego. Odłożyła go jednak nieświadomie na półkę piwniczną, bo to nie był jeszcze czas… TEN CZAS...Album zwyczajnie przykrywał jej stary blok rysunkowy z klasy trzeciej, więc po wyjęciu rysunku z bloku odłożyła blok na miejsce, a na niego położyła album, gdyż zawsze układała wszystko tak, jak być powinno, nie lubiła bałaganu…

Nagły dźwięk wystraszył Andżelę, był to dźwięk zbliżony do dźwięku delikatnego dzwoneczka, bądź do czegoś niedużego, metalowego, co potoczyło się po podłodze starej piwnicy. Andżela odruchowo odskoczyła w tył i przyklejona niemalże do piwnicznego regału wbiła wzrok w podłogę, szukając tym wzrokiem oszalałym dosłownie, przyczyny dźwięku. Znalazła po chwili, gdyż przyczyna i źródło dźwięku wtoczyła się niezbyt głęboko pod regał, który miała z kolei przed sobą, ten sam, z którego wzięła swój stary blok z proroczym rysunkiem. Andżela w pozycji „na czterech” usiłowała dłonią wygarnąć przedmiot. Po chwili go miała. Trzymała z dudniącym sercem w dłoniach skarb. Skarb był sporym pierścieniem, jakby nawet sygnetem. Był złoty, taki przynajmniej miał kolor, bo Andżela nie umiała określić, czy to było prawdziwe złoto, czy na złoty kolor pomalowany metal nieszlachetny. Wyglądało to jednak na złoto nawet w oczach samej Andżeli. Patrzyła teraz na wszelkie kamienie szlachetne, czy półszlachetne, na ich kolory, układ, na znaki, jakie posiadały i...Andżela, pospiesz się proszę! Wołanie taty z piwnicznego korytarzyka spowodowało, że odruchowo wcisnęła pierścień do kieszeni dżinsów i pobiegła za ojcem na górę, nie lubiła schodzić do piwnicy sama, jednak kiedy odważymy się TAM(do piwnicy, ale przecież tak prawdziwie to do naszej podświadomości) zejść SAMOTNIE, odkrywamy najwięcej. Nie była w stanie tego dnia niczym się zająć, serce waliło w każdej części jej ciała, a oszalałe myśli tłukły się we wnętrzu jej głowy, niczym ptak, który wpadł do pomieszczenia i nie potrafił znaleźć drogi wyjścia. Sytuacja sprzyjająca Andżeli pojawiła się dopiero, kiedy znalazła się popołudniem sama w swoim pokoju na ślicznym poddaszu(również symbol, tym razem nadświadomości), a rodzina pojechała do centrum miasta po większe zakupy. Teraz miała spokój, była bezpieczna ze swoją tajemnicą i mogła spokojnie przy użyciu wielkiej lupy przyjrzeć się pierścieniowi. Po środku domu (symbol zwykłej codziennej świadomości) zawsze znajdują się ludzie, a wielkich odkryć dokonujemy w samotności, chociaż nie zawsze...czasem ktoś uczestniczy w wielkim naszym odkryciu, a nawet nam to odkrycie umożliwia, ułatwia, jednak cały ciąg dalszy odbywa się zawsze w wielkiej samotni naszego JA… Wszystko było widoczne i bez tej lupy, jednak Andżela chciała mieć absolutną pewność, co posiadła. Tak więc pierścień był złoty, nie miała już co do tego wątpliwości, posiadał znaczki jubilerskie na wnętrzu obrączki. Posiadał wielkie okrągłe oko w kolorze zielonym, to pewnie był szmaragd. Po środku szmaragdu tkwiło drugie oko w kolorze różowym i było ono w kształcie serca, z którego góry wychodziły trzy płomyki splecione ze sobą w kolorach: róż, złoty i niebieski, a wszystko to z kamyków! Co za misterna robota! Z kolei w sam środek serca wpisana była …ZŁOTA GWIAZDA z jakiegoś nieznanego jej kamyka (może to był kamyk o nazwie piasek pustyni), który iskrzył się blaskiem. W centrum Złotej Gwiazdy widniał symbol, którego znaczenia się nie domyślała, na dodatek w tym znaku ukryta była dodatkowo dziurka od klucza! Natomiast nad tym wszystkim, na samej górze pierścienia, jako oddzielny kamień królowała dumnie wielka korona w kolorze fioletu i wykonana była również z nieznanego jej kamienia szlachetnego. Również w koronę wpisany był dziwny znak. Na spodzie pierścienia, od wewnątrz tkwiły wygrawerowane znaki: układ palców ludzkiej dłoni, a pod tymi palcami klucz, który swym cienkim końcem wskazywał na te palce. Andżela bez chwili zastanowienia umocowała bezpiecznie na rzemyku pospiesznie odłączonym od jakiegoś wisiorka swój tajemny wielki pierścień/sygnet i chwilowo wsunęła go do kieszeni dżinsów. Był prawdziwie wielki i wyraźnie odznaczał się w kieszeni dżinsów.

Przygotowania do obozu

Przygotowania do obozu trwały pełną parą, śpiwór, mata, koc, buty, odpowiednia odzież, wszelkie inne akcesoria i drobiazgi, aż całe wyposażenie wraz z plecakiem wyglądało na jej plecach jak olbrzymi wielbłądzi garb. Niczym wiedzione dłonią przeznaczenia podobne przygotowania trwały w wielu domach jej bardzo młodych, ale dorosłych już rówieśników w różnych miastach Polski. Takie same przygotowania trwały jednocześnie w kilku dalekich krajach, a nawet na odległych kontynentach. Obóz miał zjednoczyć kilka narodowości, wyznań, religii. Był obozem o specyficznym zadaniu, przesłaniu… Stanowił swoisty rodzaj eksperymentu. Zapisy trwały od dawna, starannie dobierano uczestników. Obóz miał także swój cel dodatkowy: praktyczne wyszlifowanie języka angielskiego, a wystarczająca, dobra jego znajomość stanowiła jeden z warunków udziału w tym długim bardzo, bo czterotygodniowym obozie. Pośród wychowawców, a może raczej mistrzów znaleźć się mieli przedstawiciele największych, zdawałoby się przeciwstawnych religii: chrześcijaństwa i buddyzmu/hinduizmu. Miała tam być również biegła tłumaczka angielskiego, także trener sportowy, gdyż młodzież miała również wyćwiczyć swoje zasiedziałe przez wiele miesięcy w akademickich ławach ciała, często u niektórych nieskore do jakiegoś ruchu. Miał się tam znaleźć również psycholog młodzieżowy, co oczywiście było bardzo dobrym wyborem. Andżela chodziła w te ostatnie dni na wykłady jakby niesiona na magicznych falach, trudno było jej się skupić, żyła obozem, który miał okazać się najważniejszym etapem jej młodego życia. Obozem, który uczestnicy mieli zbudować, wznieść w czasoprzestrzeni i we własnych sercach i umysłach. Obozem, który miał zalśnić na koniec pośród letniej nocy BOŻYM NARODZENIEM, GWIAZDĄ, w znaczeniu, którego nie podejrzewali...Andżela wielokrotnie w ciągu swojego życia spoglądała na duży obraz Jezusa Miłosiernego w ich domu, nigdy jednak nie zastanawiała się głębiej, co znaczą promienie wychodzące z Jego Boskiego Serca, ani też nie dopatrywała się niczego ukrytego w układzie Jego palców wskazujących to Serce. Rodzina była głęboko wierząca, inteligentna, ale i głęboko „niewiedząca”, jeśli chodzi o sprawy nazwijmy to ogólnie duchowe, ezoteryczne. Tak wydawało się Andżeli. Zwyczajnie nie dyskutowało się w tym domu głębiej o sprawach wiary, za to MOC i WYRAZ tej ich wiary zastępowały wszelkie dociekania i dyskusje. To wyglądało w oczach Andżeli jakby byli albo kompletnymi ignorantami, albo jakby… wiedzieli już WSZYSTKO i nic nie wymagało wyjaśniania. Obraz wisiał przy kominku, tam też w grudniu stawała zawsze żywa, wielka choinka. Andżela wpatrywała się czasem w jej wysoki pień-kręgosłup, sięgający pod sam wysoki sufit. Na szczycie widniał specyficzny szklany, podświetlany bateryjnie czubek o kształcie korony w kolorze fioletu, poniżej osadzona była iskrząca się brokatowym złotym pyłem złota gwiazda, natomiast światełka we wszystkich kolorach tęczy oplatały choinkę od góry do samego dołu, przy czym na samym dole zawsze były to światełka czerwone. Najbardziej lubiła Andżela kolory zielony, różowy i zloty. Nie wiedziała dlaczego, ale tak było. Po środku choinki, pomiędzy kolorowymi bombkami wisiało zawsze wielkie kryształowe serce, a w nim cudownie odbijały się choinkowe światełka. Andżela ukradkiem przemieszczała światełka tak, aby w kryształowym sercu zawsze odbijały się te trzy kolory, a kiedy już dopięła swego, z uśmiechem chłonęła tajemnicze i miłe tak bardzo dla niej zjawisko. Czegoś nieświadomie w nim się dopatrywała, a zjawisko mrugało do niej niebiańską obietnicą. Kryształowe serce na ¾ wysokości „kręgosłupa” choinki, a w nim światło zielone, różowe i złote… A to wszystko pośród kolęd BÓG SIĘ RODZI, WŚRÓD NOCNEJ CISZY, W ŻŁOBIE (serca) LEŻY… Słowa tych kolęd miały dla rodziny znaczenie JEDYNE, PROSTE. Tak sądziła Andżela. Co znaczyły głębiej, tego dowiedzieć się miała pewnego dnia…

Telefony, smsy i e-maile Andżela odbierała teraz raz po raz, a każdy z nich utwierdzał ją w przekonaniu, jakie szczęście podarował jej los, darując ten obóz. Każdy jej gratulował, że się zakwalifikowała, każdy prosił o przywiezienie pamiątek, super fotek itd. itd. Andżela już była zmęczona nawałem emocji, obietnic, całą tą krzątaniną. Chciała już siedzieć w autokarze, potem w samolocie, który porwie ją ku być może największej przygodzie jej młodego, dwudziestoletniego zaledwie życia.

I dzień ten wreszcie nastał. Deszczowy poranek pierwszego dnia lipca stanowił swoisty rodzaj błogosławieństwa. Andżela lubiła deszcz, letni ciepły deszcz. Wystawiała ku niemu twarz, a on zmywał z niej troski i darował jakąś świeżość, nadzieję, obietnicę. Mówiła czasem, że niebo wypłakało się na jej ramieniu, podarowało jej swoje łzy, które ona przyjmowała na brzoskwiniowe policzki, niczym drzewo na swe owoce i pozwalała im wpływać rzeką w błękitne koryta swych oczu. Mówiła też, że deszcz całował jej usta, jej miodowe, włosy, dłonie. Lubiła pobiegać trochę dla kondycji, a kiedy robiła to w deszcz, czuła się cudownie. Potem brała ciepłą kąpiel i czuła się jak sama mówiła tak, że góry może przenosić. Teraz leciała i w górę i w góry jednocześnie, cokolwiek to znaczyło. Nie była jakoś dotąd za granicą, zjeździła za to prawie całą Polskę. Austria jawiła jej się jako ciekawa kraina, posiadająca wiele wspaniałości turystycznych, kulinarnych, historycznych, obyczajowych, swoje ciekawe, a nawet mrożące krew w żyłach legendy i opowieści autentyczne. Odwoził ją ojciec, ze względu na to, że to była jej pierwsza zagraniczna podróż, na dodatek do kompletnie nieznanego kraju. Z rodziną pożegnała się w domu. Jakoś odruchowo spojrzała jeszcze na duży obraz Jezusa Miłosiernego, a dokładnie na Serce, na promienie i na układ dłoni, palców, które coś jej sugerowały. Za kilka miesięcy na obraz lekko wejdą pewnie gałązki wielkiej świeżej choinki i światło z niej idące, najlepiej zielone, różowe i złote, jej ulubione, odbite w kryształowym sercu… Tylko nie zapomnij tam o Panu Bogu, troskliwie podpowiedziały babcie z dziadkami. Tylko uważaj mocno na siebie, denerwowała się trochę mama. Tylko patrz dobrze, może jakiś ciekawy kawaler ci się trafi! To był tekst cioci Karoliny, zwanej Karolą, młodej bardzo i zabawnej osoby, która wraz z mężem i synkiem również przyszła ją pożegnać. Tylko przywieź mi coś!!! To żądanie popłynęło z ust sympatycznego, wesołego siedmioletniego Andrzeja, jedynego kuzyna Andżeli. No, ty przynajmniej jesteś jak zawsze konkretny! Powiedziała Andżela ściskając malca.

O ile jazda autokarem na lotnisko upłynęła w deszczu, o tyle podniebna podróż przebiegała już rozświetlona dziwnie jasnym, jakby oczyszczonym deszczem nowym słońcem, które zaglądało do wnętrza samolotu, jakby jej szukało, jakby chciało się upewnić, że podjęła wyzwanie, że leci, że zmierza tam, gdzie jak układanka powstawać już zaczęła historia warta tego lotu...Andżela co chwilę nerwowo poprawiała pod bawełnianą koszulką swój pierścień, który stał się wisiorkiem na rzemyku i na pierwszy rzut oka nie spowodowałby pewnie u nikogo jakichś skojarzeń, czy emocji. Ot, zwyczajna młodzieńcza błyskotka. Zwłaszcza, że na ramieniu dziewczyny widniał wykonany niedawno nieduży tatuaż z sercem, gwiazdą i różą, a w nosie dumnie tkwił maluteńki, śliczny srebrny kolczyk…

Indie, czerwiec/lipiec 2017 roku.

Do obozu przygotowywał się Akash. Pewnie robił wrażenie zwyczajnego dwudziestoczterolatka, którego wraz z jego wielkim plecakiem porwie zaraz srebrny stalowy ptak wprost w niebo i delikatnie postawi na ziemi dalekiego, obcego, nieznanego kraju europejskiego. Akash zwyczajnym obozowiczem, czy może raczej zwykłym obozowym mistrzem nigdy stać się nie miał, ale wiedział o tym jedynie on sam. Misja jego młodego życia względem Boga i ludzi, a nawet względem siebie samego właśnie się rozpoczynała na dobre, chociaż jej korzenie dość dawno wrosły nieodwracalnie w duszę chłopaka, niczym drzewo-baobab, którego nie da się zniszczyć, wyplenić. Akash do swojego bagażu włożył na końcu oprawioną w skórę czarną, tajemniczą książkę z licznymi zakładkami i dodatkowymi karteczkami. Pod szatą, którą stanowiła czarna młodzieżowa koszulka z bawełny ukrył przed oczami niektórych, dla sobie wiadomego celu pewien malutki, złoty, tajemniczy kluczyk, przypięty do okrągłego medalionu z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego, tego z promieniami.. Ostatnie spojrzenie na mieszkanie, potem na swój kraj z lotu ptaka i srebrna maszyna uniosła go w przestworza… Tak Bóg pisał swoją książkę, układał ją z ludzkich losów… Tak Wszechświat przygotowywał się do kolejnego skoku do przodu w swej duchowej ewolucji, mając w osobie Akasha swe idealne, doskonałe narzędzie.

Austria — wyprawa po szczęście i skarby ducha

Austria stanęła przed Andżelą otwartą pustą księgą. Dopiero ona sama, ludzie postawieni na jej drodze i wszelkie okoliczności, które przygotowywały się podobnie jak ona do czegoś wielkiego, wspólnie mieli zapisać jej strony…

Ale to nie wszystko. Andżela miała ze sobą rzeczywiście PUSTĄ KSIĘGĘ. To był kupiony wczoraj gruby pamiętnik, ale nie miał jej on służyć do przereklamowanych dziecinnych wpisów uczestników obozu. Andżela chciała prowadzić coś w rodzaju obozowego prywatnego pamiętnika. Chciała zapisywać w nim nie tylko konkretne wydarzenia z obozowego życia, ale swoje przemyślenia, rozważania, od czasu do czasu może jakiś własny wiersz. Pamiętnik, a może raczej dziennik spoczywał w plecaku wraz z pięknym, nowym wiecznym piórem podarowanym jej przez ojca tuż przed wyjazdem…

Untersberg — Trójkąt Bermudzki Europy

Untersberg od dawna uważana była za miejsce skrywające paranormalne tajemnice. Góra niczym Trójkąt Bermudzki przez setki lat pochłaniała ludzkie istnienia. Adolf Hitler na jej punkcie miał prawdziwą obsesję. Wierzył, że szczyt posiada nieodgadnioną moc, którą on sam chciałby zdobyć. Kiedy w 1992 roku Dalajlama odwiedził Austrię, poprosił o możliwość zobaczenia góry, nazywając ją „śpiącym smokiem” i „czakrą serca świata”.

Z austriackiego Gartenau wjazd na jeden ze szczytów zwany Geiereck (1805 m n.p.m.) trwa 12 minut. Wagonik kolejki o każdej porze roku wypchany jest po brzegi. Zimą kursuje co pół godziny, latem co dziesięć minut. Dla turystów odwiedzających oddalony o 16 kilometrów Salzburg, Untersberg jest jedną z największych okolicznych atrakcji. Majestatyczna góra niemal na wszystkich robi wrażenie, a dodatkowo owiana jest setkami zadziwiający opowieści. Krążące wokół niej legendy interesują historyków i etnografów, biologów i geologów, a także ezoteryków i psychotroników. Wspólnie zastanawiają się, dlaczego od wieków mówi się tu o zagadkowych wydarzeniach, często związanych z podróżami w czasie. Miejscowi mówią o elfach, gnomach, obcych, podziemnych cywilizacjach i paranormalnych tajemnicach. Góra budziła respekt wśród ludzi, bowiem niczym czarna dziura, pochłaniała istnienia ludzkie. Odważni, którzy decydowali się wspiąć na jej szczyt, często ginęli bez wieści. Czyżby rzeczywiście były to wrota do Wnętrza Ziemi?

— Wiele się mówi na ten temat i równie wiele osób w to wierzy. Badania dotyczące góry trwają od lat. Najprawdopodobniej skrywa ona jeszcze wiele nie poznanych przez człowieka jaskiń. W sumie jest ich ok. 400. Góra obrosła też w legendy. Jedna z najbardziej znanych opowiada, że w jej wnętrzu śpi, siedząc za ogromnym kamiennym stołem, Karol I Wielki, założyciel Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Obudzi się, gdy jego broda dwukrotnie owinie się dookoła stołu, a nad jego głową przestaną latać kruki alpejskie. Po przebudzeniu dobrem zwalczy zło i dla ludzi rozpocznie się nowa era — opowiada Izabela Gartner, przewodniczka po Salzburgu. — W tym miejscu jako ciekawostkę warto dodać, że kruki rzeczywiście latają nad górą.

Starożytne legendy mówią też o „małych ludziach” wychodzących z góry. Być może to oni są odpowiedzialni za wszystkie zadziwiające zjawiska? Jedna z bardziej znanych historii opowiada o tym, jak kilku drwali podczas podróży do Salzburga natknęła się nad ranem na grupę 400 karłów. O podobnych osobnikach niewielkiego wzrostu opowiadał jeden z francuskich żołnierzy stacjonujący przy Untersberg podczas wojen napoleońskich.

Fenomen zgubionego czasu. Wiele z tych opowieści można by uznać za wiekowe, przekazywane z ust do ust legendy, gdyby nie historie, które przydarzały się tu w ostatnich latach, a o których szeroko rozpisywała się prasa. Latem 1987 roku trójka speleologów weszła na górę, by zbadać kilka jaskiń. Na parkingu zostawili samochód, który był jedynym śladem, jaki po nich został. Zakrojone na dużą skalę poszukiwania nie przyniosły skutku. Zwyczajnie się rozpłynęli. Po trzech miesiącach zaginiona trójka odnalazła się na statku na Morzu Czerwonym. Nie mieli pojęcia, jak się tam znaleźli i co robili przez ostatnie miesiące. Zadziwiająca podróż w czasie i przestrzeni. Podobna historia na przełomie XIX i XX wieku przytrafiła się miejscowemu rolnikowi. Wybrał się na kilka godzin do jednej z górskich jaskiń i przepadł na miesiąc. Gdy wrócił, nie pamiętał nic. Był też austriacki dentysta, który zarzekał się, że po wejściu do jednej z jaskiń został przeniesiony do przyszłości. Dowiedział się, jak będzie wyglądał świat za 50 lat. Magiczną górą zainteresował się nawet Dalajlama. „Śpiący smok” oraz „czakra serca świata” — tak ją nazwał duchowy dowódca Tybetańczyków.

Obsesja Hitlera. Na stoku Obersalzbergu w Alpach Salzburskich w pobliżu Berchtesgaden, w 1936 roku stanęła rezydencja Hitlera. Nazwano ją Berghof, co potocznie oznacza „góra”. Okna Wielkiej Sali stworzyły ramy dla niezwykłego widoku — góry Untersberg, widzianej po drugiej stronie doliny, w Alpach Bawarskich. Hitler upajał się jej widokiem, „chłonąc” tajemniczą moc. O mistycznym wymiarze okolicy przekonywali go specjaliści od historii i magii. Namiętnie czytał okultystyczne broszury i ulotki podejrzanych środowisk. Kanclerz III Rzeszy wierzył w nadprzyrodzone moce góry i w legendę o Karolu Wielkim, śpiącym w jej wnętrzu. Był przekonany, że wnętrze Untersberg kryje tajemne przejścia do wnętrza Ziemi i że dotrze kiedyś do nadnaturalnych bytów, które pomogą mu pokonać wrogów i wygrać rozpętaną wojnę. Zamówił nawet specjalny teleskop, przez który pilnie obserwował górę. Na co dzień pił wodę z wypływających z niej źródeł. Był przekonany, że dzięki temu zyskuje siłę i jasność umysłu. O tym, że górska woda posiada lecznicze właściwości, w okolicy mówiono od lat. Podobno odnotowano nawet kilka przypadków wyleczenia chorób oczu.

Prawdziwe oblicze. Mimo że niewielu wierzy w opowieści rodem z fantastyki, góra do dziś przyciąga fanów mrocznych i nierozwikłanych historii. Ci, którzy przyjeżdżają tu na krótko, opowiadają o zawrotach głowy, nudnościach, omdleniach. Może to być wynikiem pola magnetycznego istniejącego wokół Untersbergu. Niewielu to jednak zniechęca. — To popularne miejsce wędrówek i rajdów turystycznych oraz weekendowych wypadów w góry — opowiada Izabela Gartner. — Przy dobrej pogodzie panorama Salzburga i okolicy jest zachwycająca. Na górę najszybciej dostać się można kolejką linową, choć wiele osób decyduje się na pokonanie trasy pieszo. Do wyboru mają kilka ścieżek o różnym stopniu trudności. Na niektórych z nich spotkać można nawet rodziny z dziećmi. Kiedy góra odkryje swoje prawdziwe oblicze? Tego nie wiadomo. Jaskinie schodzą bowiem tak głęboko pod ziemię, że nie osiągnięto jeszcze ich najniższego punktu. Latem 2008 roku przekonała się o tym grupa speleologów, która penetrowała podziemny kompleks. Z wyprawy wrócili bez wiedzy o tym, jak rozległe są jaskinie. Wiadomo jedynie, że jedna z nich ma 13 km długości i jest jedną z największych jaskiń na świecie.

Źródło informacji o Górze Untersberg: ml Polub WP Turystyka

Andżela skończyła czytać ten tekst dokładnie w momencie, w którym w samolocie ogłoszono przygotowanie do lądowania i zapięcie pasów.

Nasz niedawno odnowiony, czterogwiazdkowy hotel mieści się na południu Salzburga, bezpośrednio u podnóża legendarnego, wysokiego na 1,885 m szczytu Untersberg (kolejka linowa znajduje się tuż obok hotelu). Centrum Salzburga oddalone jest o 8 km od hotelu i można do niego z łatwością dojechać środkami komunikacji miejskiej (przystanek autobusowy znajduje się obok hotelu). Dzięki swej lokalizacji hotel jest idealną bazą wypadową do odkrywania wszystkich atrakcji Salzburga i pobliskiego Berchtesgaden. W naszym tradycyjnym hotelu oferujemy Państwu gościnę już od 1886 roku.

Obiekt Hotel Untersberg obsługuje Gości Booking.com od 4 MAJ 2008.

Hotel od dawna zarezerwowany był w pewnej swej części na okres czterech tygodni dla ich obozu, prawdziwie magicznego obozu, jednak magicznego nie w wymiarze fantastycznym, ale realistycznym aż do granic najwyższych.

Andżela szła teraz z ojcem, który póki co osobiście dźwigał jej wielki i ciężki plecak, Andżela szła obciążona drugim plecakiem, bardziej podręcznym. Gdzieś w oddali majaczyły sylwetki zmierzających na obóz. Jedni szli sami, innych odprowadzał rodzic, może przyjaciel, czy współmałżonek, podobnie jak tata Andżeli odprowadzał ją. Gdzieś pośród idących szedł Akash …

Na parterze hotelu przywitali ich opiekunowie oraz obsługa hotelu. Ojciec Andżeli natychmiast po przekazaniu córki we właściwe ręce i po wypiciu herbaty oraz zjedzeniu ciepłego posiłku pożegnał się z nią udzielając ostatnich wskazówek, porad i przestróg. Idź już tato, nie jestem dzieckiem! Idź, bo nie zdążysz na samolot… Za ojcem Andżeli zamknęły się drzwi hotelowego holu i jego postać ginęła powoli na horyzoncie, odprowadzana troskliwym wzrokiem córki. Oglądał się od czasu do czasu i kiwał jej dłonią, nie widząc już nawet z oddali, czy jeszcze za nim patrzy. Andżela została zaprowadzona do swojego pokoju, który miała dzielić z trzema jeszcze dziewczynami z Polski. Kaja, Maja i Olga. Dziewczyny przedstawiły się Andżeli i sobie wzajemnie. Każda inteligentna, grzeczna, miła, kulturalna, przyjacielsko nastawiona do otoczenia, co było tak przecież ważne. Andżela zajęła miejsce przy oknie, bo weszła tu jako pierwsza, więc miała największy wybór. Miała swoje łóżko, bardzo wygodne zresztą, miała szafę i szafkę oraz mini stoliczek z lampką plus krzesełko. Każda z dziewczyn miała podobne warunki i każda była zadowolona. Na jeden pokój przypadał jeden laptop, nikt nie miał tu spędzać czasu na siedzeniu w Internecie. Dziewczyny po krótkiej rozmowie zabrały się za rozpakowanie bagażu i po niedługim czasie zbiegały już w dół na kolację… Tego dnia nikt już nie śmiał męczyć obozowiczów, mieli się rozgościć i dobrze wyspać…

Dzień w nowym, tajemniczym, urokliwym miejscu wstawał powoli i dostojnie. Czarny, aksamitny płaszcz nocy nakrapiany gwiazdami, zwiewnym gestem opadał w dół, ukazując jasne przestrzenie, nasycone jakimś niezwykłym pozytywnym przesłaniem, zaproszeniem...Gwar powoli zapełniał hotelowe komnaty, zapachy śniadaniowe zwlekały z łóżek zaspanych młodych obozowiczów. Śniadanie jeszcze jedli rozmawiając jedynie w małych grupkach przy stolikach, jednak za moment wszystko to miało się zmienić. Opiekunowie stając po środku jadalni zarządzili ciszę, oczywiście w języku angielskim. Cisza zapadała powoli i wreszcie po chwili trwała w postaci doskonalej, a oczy obozowiczów utkwione były w twarzach opiekunów. Zaproszono wszystkich uczestników obozu do sali konferencyjnej i rozpoczęła się prezentacja opiekunów, nauczycieli-mistrzów itd. itd. Następnie przystąpiono do prezentacji wszystkich uczestników. Każdy w języku angielskim przedstawiał się i skrótowo opowiadał o sobie w jakichś pięciu może zdaniach, przy czym każdy otrzymywał oklaski po własnej prezentacji od całego zespołu, oraz rozbrzmiewało chóralne WITAJ! Po prezentacji przystąpiono do omówienia rozkładu i funkcji budynku, zasad zachowania się, zasad bezpieczeństwa, po czym omawiano tematykę i rozkład zajęć na najbliższe cztery tygodnie. Tak więc oprócz ćwiczeń konwersacyjnych z języka angielskiego i codziennych zajęć sportowych z możliwością wyboru dla każdego jakiejś dyscypliny sportu, oferowano np. warsztaty wytwarzania biżuterii etnicznej, lekcje tańca rodem z całego świata. Jednak ważne, NAJWAŻNIEJSZE miejsce w całym tym planie zajmować miała joga pod okiem światowej klasy mistrza wraz z jego wykładami, rekolekcje chrześcijańskie na temat miłosierdzia we współczesnym świecie w wykonaniu sławnego misjonarza, wykłady innych mistrzów, włóczęgi po górach, zwiedzanie jaskiń, wieczorne ognisko z szeroką dyskusją na ważne obozowe tematy, ze śpiewem itd. itd. Kolejnym punktem spotkania organizacyjnego były prelekcje na wielkim ekranie na temat tutejszych szlaków turystycznych, tworów natury, zabytków, legend i rozmaitych historii związanych z regionem. Na koniec obozu każdy miał wykonać z powierzonego materiału bransoletę lub wisior oddające jakieś obozowe przesłanie. Dla tego celu dostarczono wiele kamyków półszlachetnych z dziurkami, plastikowych koralików o rozmaitych kształtach, sznurków, tasiemek, gumek, żyłek, farbek akrylowych, pędzelków, piórek, muszelek, także dla mniej zdolnych artystycznie osób gotowych półfabrykatów, które wystarczyło umiejętnie połączyć. Tymczasem posiedzenie dobiegało końca, każdy wiedział to, co wiedzieć powinien i rozpoczęto pierwsze zajęcia obozowe, a były to zajęcia sportowe dla celów integracyjnych niezbyt znającej się jeszcze grupy. Kiedy zmęczona lecz dotleniona z pewnością grupa czterdziestu osób zasiadała głodna do obiadu, czuli się już prawie tak, jakby znali się od zawsze. Każdego dnia celebrowane miały być zwyczaje i tradycje kulinarne innego kraju. Dla uczczenia Austrii, jako kraju udzielającego im gościny podano danie austriackie.

Kuchnia austriacka — niejednolita w swym charakterze, ze względu na wielonarodowościowy charakter tego kraju, a zwłaszcza wielonarodową przeszłość dawnych Austro-Węgier. Łączy w sobie wpływy niemieckie, włoskie, francuskie, czeskie i węgierskie. Austriacy słyną z ciast, takich jak strudel(rodzaj ciasta makaronowego z nadzieniem na przykład jabłkowym, zawijanego w rulon i pieczonego) i kipfle(rodzaj pączków) oraz słodyczy. Pewne potrawy, przypisywane Austriakom jako narodowe, są z Austrią związane jedynie nazwą — np. sznycel wiedeński — kawałek cielęciny panierowanej w bułce tartej, usmażony na maśle i podany z plasterkiem cytryny, a także z sałatką ziemniaczaną. Wierną i przybliżoną formą nazewnictwa jest „Sznycel po wiedeńsku” robiony z wieprzowiny. Nazwa „wiedeński” jest zastrzeżona i prowadzi niejednokrotnie do zatargów, a nawet kar. Głównym powodem jest zawsze produkt, z którego sznycel został wykonany. Oryginalny będzie zawsze z cielęciny, podrabiany (ze względu na cenę mięsa) z wieprzowiny. Dlatego stosowane nazewnictwo jest skrupulatnie kontrolowane przez organa kontroli, zwane Aufsichtsbehörde. Wienerschnitzel to oryginalna nazwa, natomiast wieprzowy musi nosić przypisek Art. (Schnitzel Wiener art.) Najsłynniejszym kucharzem austriackim był Franz Sacher. To on wymyślił sztukę mięsa w sosie szczypiorkowym. Jego nazwisko nosi tort Sachera. Te wszystkie specjały serwowano dziś naszym obozowiczom na obfity obiad i deser, po którym młodzi udali się na sjestę na leżakach ustawionych na pachnącej, świeżo skoszonej trawie. Na odpoczynek zaplanowano jedną godzinę, po upływie której miały rozpocząć się kolejne zajęcia — pierwsza lekcja jogi, poprzedzona wykładem.

Obozowa codzienność

Formowały się pierwsze małe grupki, które wciąż dynamicznie zmieniały swój skład, bo poznawano się dopiero, wymieniano swoje poglądy, wartości, doświadczenia, a wszystko to głównie w języku angielskim, nawet jeśli rozmawiali ludzie z tego samego kraju. Taką przyjęto tu zasadę. Oczywiście w swoich pokojach i w momentach ku temu odpowiednich rozmawiano dowolnie. W następne dni, aż do końca obozu, miały się odbywać wykłady z filozofii Wschodu uwieńczone dyskusją, oraz rekolekcje chrześcijańskie, również zakończone za każdym razem wymianą zdań i wyciąganiem wniosków, szukaniem różnic i podobieństw. Te wykłady odbywać się miały zazwyczaj rano, ze świeżymi umysłami...Andżela skrupulatnie zapisywała wszystko w swoim dzienniku, dodając tu i tam nawet jakieś szkice, albo wkładając do zasuszenia tutejszy ciekawy okaz rośliny.

W jeden z pierwszych dni pobytu wyruszono na pierwszy obchód gór, jednak ten pierwszy raz nie dotyczył pokonywania jakichś trudnych etapów, odkrywania tajemnic, doświadczania jakichś niezwykłych emocji, ot zwyczajnie włóczyli się po górach, oddychali wspaniałym powietrzem, posiadywali trochę w pozycji medytacyjnej, rozmawiali. Nie chciano wprowadzać od razu jakiejś przesadnej dyscypliny, niech się młodzi rozluźnią, poznają, na kolejne etapy przyjdzie niebawem czas.

Czas przyszedł niespodziewanie dnia następnego, kiedy nagle zabrzmiał gong i to o godzinie szóstej rano, dla niektórych był to przysłowiowy środek nocy. Mistrz jogi rodem z Chin, z szerokim uśmiechem ściągał kołdry ze skulonych leżących i bełkoczących postaci i niemalże bezlitośnie wbijał sztyletem bystrego spojrzenia swój wzrok w ich sklejone częściowo snem oczy. Skończyło się „nicnierobienie”, raz, raz, raz, wstajemy i biegiem na dwór na szybką gimnastykę poranną!!! To był szok, prawdziwy szok. Niezdarni, powolni, zaspani, w strojach nocnych biegli niezdarnie i potykając się na dwór, a letnie powietrze zdawało się być niczym dotyk mrozu dla nich, pogrążonych jeszcze przed chwilą w głębokim śnie. Mistrz miał z nich prawdziwy ubaw, jednak po paru chwilach już ćwiczyli sprawnie, a niektórzy marzyli nawet o śniadaniu. Dzisiejszy dzień był dniem kolejnych wykładów i ćwiczeń.

Dzisiejszy dzień rozpoczęły rekolekcje o miłosierdziu w wykonaniu ojca Jacka, doświadczonego misjonarza i kaznodziei, jednocześnie człowieka obdarowanego z pewnością jakimiś własnymi, głębokimi przeżyciami, odczuciami, człowieka praktykującego również tzw. jogę chrześcijańską. Dni płynęły zgodnie z planem, młodzi ludzie uczyli się, myśleli, przeżywali, dyskutowali, ćwiczyli, mieli też swój prywatny czas, który każdy mógł zagospodarować po swojemu, niektórzy spędzali go w samotności, przeżywając i rozważając zdobywaną wiedzę, doświadczenie, inni z kolei potrzebowali towarzystwa i wymiany zdań. Andżela wolała samotne rozmyślania i opisy w swoim grubym pamiętniku, jednak do jej samotności szybko dołączyli inni samotni i w rezultacie pojedyncze samotności przekształcały się powoli w kilkuosobową konwersację, na czym bardzo korzystał ich poziom angielskiego podnosząc się z dnia na dzień na coraz wyższe poziomy. W grupkach tej samej narodowości rozmawiano oczywiście we własnym języku. Andżela była w trakcie wykładów/kazań/ćwiczeń w stanie, którego nie sposób opisać żadnymi ludzkimi słowami. Wirował w niej cały wszechświat, wiedza rozsadzała jej duszę, serce, umysł. Czuła, że nie tyle nie pomieści tego wszystkiego w sobie, ale że pozbawiano ją dotąd wiedzy z Biblioteki Wszechświata, Boga. A to dopiero był jakiś etap wykładów. Z czym przyjdzie jej się zetknąć, nie podejrzewała w swoich najśmielszych wyobrażeniach…

Na jeden z dni, już bliżej końca niż początku obozu zapowiedziano punkt kulminacyjny tegoż obozu: GÓRA UNTERSBERG I JEJ JASKINIE!!!

Szalona radość obozowiczów chwilami ukazywała ich w stanie mocno naturalnym, tj. zachowujących się na poziomie pięciolatków lub siedmiolatków, którym nagle obiecano czary: rzeczywiste, namacalne wejście do środka najpiękniejszej baśni i prawdziwy udział w niej. Byli tacy, którzy po wykrzyknięciu: „O MY GOOOOOD!!!” zakryli twarze rękami i tak trwali, byli tacy, którzy ściskali się lub tarzali po trawie śmiejąc się i płacząc naprzemiennie. Byli i tacy, którzy przyjęli wiadomość bardzo spokojnie, jednak wiadomość ta zasiała w ich sercach, duszach, ziarno nieodwracalnej obietnicy, która jest w stanie odmienić ich życie na zawsze i kontemplowali ową wiadomość w ciszy i pokorze, jednak cząsteczki niebiańskiej radości biegały niemalże po powierzchni ich skóry, co nie pozostawało niezauważalne. Nikt nie mógł skupić się w chwilach oczekiwania na wyprawę na tyle, by jak dotąd brać udział w wykładach/kazaniach, ćwiczeniach, dlatego opiekunowie/mistrzowie wpadli na ciekawy pomysł. Zarządzono warsztaty sztuki całego świata! Już wynoszono na trawę stoliki, krzesełka, a przede wszystkim kartony naładowane po brzegi akcesoriami do ręcznego wytworzenia biżuterii etnicznej. Tak, to był dobry pomysł, na tym zajęciu młodzi ludzie byli w stanie się skupić i wykazać swoje talenty…

Po niedługim czasie z „czarodziejskich” dłoni młodych ludzi zaczęły wychodzić zadziwiające kształty, kolory, a wraz z nimi PRZESŁANIA DUCHOWE rodem z całego świata, wszelkich kultur...Andżela wykonała z czarnych koralików onyksu i koralików żółtego jadeitu bransoletę zwieńczoną czakrą serca, wymalowaną akrylami na okrągłej metalowej zawieszce przystosowanej do celu wyrobu bransoletek. Nie widziała chwilowo, jaką biżuterię wykonał Akash, być może miała dowiedzieć się tego we właściwym momencie. Również Akash nie wiedzial, co wykonała Andżela, gdyż grupa chłopców/młodych mężczyzn, pracowała przy stolikach oddalonych od jej stolika o ładnych kilkadziesiąt metrów. Po zakończonych zajęciach z tego tematu obozowicze wzajemnie pokazywali sobie swoje dzieła, jednak Andżela swoją bransoletę schowała do kieszeni krótkich czerwonych spodenek i tylko niewielu osobom na ich usilną prośbę mignęła widokiem swojego dzieła przed oczyma, nie tłumacząc zbyt wiele…

Narodziny uczucia

Każdy dzień zmieniał w Andżeli COŚ. To coś było nieuchwytne i nie dotyczyło wyłącznie przemian spowodowanych ćwiczeniami jogi i słuchaniem przepięknych rekolekcji o Miłosierdziu Bożym. Owszem, to miało swój wpływ, ale chodzić musiało o coś jeszcze. Andżela nie potrafiła tego nazwać. To było niepokojące i piękne, ale nie znała dotąd tego stanu, jakimś dziwnym trafem nie znała, dlatego nie wiedziała, co się z nią dzieje. Wmawiała sobie dzień po dniu, że to ten górski klimat, że może hormony, że skutki ćwiczeń jogi, ale sama w to nie dowierzała. Piękne, magnetyczne uczucie tańczyło w jej ciele fizycznym i duchowym jakby rojem pszczół, słodko i miodowo kąsających serce, unosiło ją ponad ziemię, a na dźwięk imienia kolegi uginały się pod nią kolana, nie mogła jeść, ani spać. Akash przeżywał swoje oczarowanie koleżanką nieco inaczej. Starał się biegać na długie trasy, ćwiczyć, wysilać, moczył głowę, twarz w zimnych potokach górskich, aby tylko nie myśleć, jednak wielkie uczucie zawładnęło jego ciałem, umysłem i duszą jak pancerz, sparaliżowało go niemal, nie pozwalało normalnie funkcjonować, skracało i przyspieszało oddech, bicie serca, które tłukło się jak motyl nagle zamknięty w słoiku przez nierozważne dziecko, które oczarowane pięknem motyla odebrało mu wolność. Było to piękne, jednak utrudniało Akashowi życie, nie po to tu przyleciał z tak daleka!!! A może właśnie po to??? Akash posiadał funkcję młodszego instruktora jogi, pomocnika głównego mistrza, jednak on przybył tu nieoficjalnie głosić ewangelię i opowiadać o Jezusie Chrystusie PRAWDZIWIE, a więc SERCEM, z własnego doświadczenia i z doświadczenia Sundara Singha. Nie planował sobie żadnego małżeństwa, żadnych związków, chciał wędrować, podróżować i głosić ewangelię SERCEM… Tymczasem to serce głosiło jednocześnie inną radosną nowinę… Jak miał je zagłuszyć, jak ukryć, uciszyć, skoro każdego dnia biło głośniej, niż dzwon katedry na wielkie święto!

Andżela wstawała przed wszystkimi, biegła na górskie łąki całować niczym w obłędzie malutkie, kremowe dzikie róże, które okleiły sobą krzewy, zanurzała twarz w ich rosie, w płatkach, a ich zapach upajał ją mocniej, niż najmocniejsze wino. Czuła wyraźnie, jak ciało eteryczne Akasha przenika ją, żyje w niej i poraża przyjemnie swoją obecnością! To samo odczuwał Akash w związku z osobą Andżeli. Tylko że on nie całował róż, on mroził głowę i twarz w bystrych potoczkach, ale bez skutku, ogień duszy, serca wracał po chwili z siłą jeszcze większą, a po nawet najdłuższym biegu padał bezsilny na kolana i powoli kapitulował...Niby na tablicy kamiennej wypalone laserem uczucie nie dało się dłużej ukrywać. Było widoczne w każdym spojrzeniu, geście, słowie, było widoczne w jego PRZEMIENIONYM uczuciem ciele fizycznym i podobnie było z Andżelą. Pamiętnik Andżeli pozostał właściwie pusty od pewnego momentu. Zapełniał się do czasu, kiedy opisywała jedynie swoje spostrzeżenia z pierwszych wykładów, kazań, rekolekcji, ćwiczeń. Potem to, co zaczęła odczuwać wpisywało się samo w pamiętnik serca. W ten papierowy pamiętnik wpisała pewnego dnia AKASH, AKASH, AKASH… KOCHAM, KOCHAM, KOCHAM...NARYSOWAŁA W TYM MIEJSCU KILKA SERC I MIĘDZY KARTKI WSUNĘLA RÓŻĘ ZERWANĄ O PORANKU…

JEDNA KROPLA KRWI ZASTYGŁA NA TEJ KARTCE OBOK RÓŻY, TO BYŁA KROPLA POWSTAŁA Z UKŁUCIA KOLCA. TO BYŁA JEJ KREW Z CZASU, KIEDY JUŻ KOCHAŁA, KREW MAGICZNA, MISTYCZNA, PRZEMIENIONA UCZUCIEM…

Bransoleta Akasha, bo on też wykonał bransoletę, stanowiła wierne odwzorowanie bransolety Andżeli, z pewną różnicą. Tak więc okrąg z czarnych koralików onyksu i jednego koralika fioletowego agatu zwieńczony był wymalowanym na fiolet wizerunkiem CZAKRY KORONY. Również i on ukrył natychmiast swoje dzieło w kieszeni czarnych krótkich spodenek, a na pytania kolegów odpowiadał: eeee, to nic takiego, taka zwykła bransoletka z koralików. Czym była bransoletka i jej elementy, wiedział doskonale sam Akash i nie chciał nikogo informować ani o tym co wykonał, ani też dlaczego…

Wielka wyprawa

Dzień wielkiej wyprawy najpierw przybliżał się dostojnie niby schodząc po schodach, u dołu których stali oczekujący, potem już zbiegał nimi w dół truchtem minut i sekund, oraz gorączkowym biciem serc obozowiczów. Aż nadszedł…

Akash idący ramię w ramię z Andżelą próbował rozpocząć rozmowę...Czytałaś może „Niebiańskie proroctwo” zwane również „Niebiańską Przepowiednią”? A potem kolejne wtajemniczenia, aż do dwunastego włącznie? Nie, nie czytałam akurat tego, jeśli dobre, pewnie przeczytam… powiedz coś o tym, proszę.

Akash tylko na to czekał. To był temat, przez który mógł zabłysnąć przed Andżelą, jednak nie o samo zabłyśnięcie tu chodziło. Wiesz, to duchowe arcydzieło. Dzięki niemu poznajesz dwanaście najcudowniejszych wtajemniczeń duchowych i od tego momentu żyjesz świadomie i jesteś szczęśliwsza, mądrzejsza, taka zupełnie inna. Nie należysz już do świata przeciętnych ludzi, bo zwyczajnie JUŻ WIESZ! WIESZ TO, CO JEST ISTOTĄ TEJ NASZEJ LUDZKIEJ ZIEMSKIEJ WĘDRÓWKI. Wiele powie ci też „Wołanie z końca świata” i wiele innych publikacji, jednak teraz skupmy się na tym pierwszym. To było tak. W Peru odnaleziono starożytny manuskrypt. Zawiera on dziewięć wtajemniczeń, które ludzkość ma osiągnąć, wchodząc w erę nowej, duchowej świadomości. Pierwsza prawda mówi, że w życiu każdego z nas pojawiają się tajemnicze zbiegi okoliczności, nagłe, niewytłumaczalne zdarzenia, które — prawidłowo zinterpretowane — mogą wskazać właściwą drogę. James Redfield przekonuje, że warto przeżyć tę przygodę i pozwolić się poprowadzić na poszukiwanie pozostałych wtajemniczeń. Każde z nich odnajdzie się we właściwym czasie i każde wyjaśni, w jaki sposób połączenie ze światem duchowym przemienia ludzkie życie. Gdy James Redfield napisał Niebiańską przepowiednię, miliony czytelników odkryły afirmujące życie prawdy o synchronii, intuicji i osobistym przeznaczeniu. Inspirująca podróż trwa dalej i teraz prowadzi nas ku nowym przygodom oraz nowym duchowym prawdom, które objawiają się ludzkiej świadomości.

W niedostępnych, pokrytych śniegiem górach w Tybecie żyje społeczność od dawna uważana za mit zwany Shambhalą. Jest tam skrywana od stuleci wiedza i wtajemniczenie, które może mieć głęboki wpływ na to, jak przeżywamy swoje życie.

Poszukiwanie Shambhali rozpoczyna się od słów dziecka i wizji, które prowadzą do Katmandu, a potem do Lhasy w Tybecie. Wśród śnieżnych zamieci w niebezpiecznych górach spotykamy członków tajnej sekty, która strzeże dawnej legendy — przekazywanych od wieków ustnych instrukcji, jak doświadczyć wewnętrznej przemiany, aby wejść do Shambhali. W końcu docieramy do miejsca, gdzie objawia się zaskakująca rzeczywistość stworzona dzięki energii ludzkiej modlitwy.

Tajemmnica Shambhali, jak inne książki Redfielda, ma moc przypowieści — poszerza nasze widzenie świata, ułatwia też kierowanie własnymi myślami i pragnieniami tak, by zmieniać ją w dynamiczną siłę, która pomoże osiągnąć osobistą wolność, podnieść wartość życia oraz aktywnie zmieniać świat.

Dwunastym Wtajemniczeniu odbywamy wraz z bohaterami niezwykłą duchową podróż, której zwieńczeniem ma być przemiana całej ludzkości. Do znanego z poprzednich książek Redfielda narratora zgłasza się jego przyjaciel Wil, który odnalazł fragment nieznanego wcześniej nikomu manuskryptu. Ten starożytny dokument opisuje tajemniczą duchowość, która niezauważenie ujawni się w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku. Nikt nie zna całości manuskryptu, w różnych regionach świata ujawniają się jedynie jego fragmenty. Aby zrozumieć w pełni jego znaczenie dla ludzkości, Will i jego towarzysz rozpoczynają poszukiwania brakujących części. Kiedy zrozumieją siłę, jaką daje Synchroniczność i wagę kolejnych informacji zawartych w manuskrypcie, na drodze stają im religijni ekstremiści i agenci tajnych organizacji, którzy oczywiście chcą poznać tajemnice ukryte w dokumencie dla swych własnych celów…

Bardzo wciągające… mów dalej! Akash jednak powiedział i tak wystarczająco dużo…

Uwaga!!! Głosy mistrzów i innych opiekunów zlały się w jeden potężny głos. Oto i nasza Góra Untersberg z bliska, w najwłaściwszej odsłonie!

Ostatnia wyprawa — sierpień 2008 roku — do gigantycznego podziemnego kompleksu pod górą Untersberg pokazała, że jaskinie schodzą tak głęboko pod ziemię, że nie osiągnięto jeszcze ich najniższego punktu. Badacze musieli wrócić bez wiedzy o tym jak rozległe są te jaskinie. Odnosząc się do raportu z niemieckiej gazety badacze osiągnęli głębokość 1056 metrów, zanim zostali zmuszeni do powrotu, gdy przeszkodą nie do pokonania okazała się głęboka przepaść. Osiągnięcie tej głębokości udało się dzięki pokonaniu niezwykle wąskiego przejścia, które podczas poprzedniej wyprawy okazało się zbyt wąskie, aby je pokonać. Ekipa odkryła także dziesiątki nowych korytarzy i wierzcie lub nie — jezioro na głębokości 930 metrów. Przepłynięto je na pontonie. Podobnie jak w przypadku Trójkąta Bermudzkiego, tak i tutaj setki ludzi znikło bez śladu lub odnalazło się po latach w zupełnie innym miejscu na Ziemi — co może sugerować, że doszło do czegoś w rodzaju skoku w czasie / przestrzeni lub w czasie i przestrzeni. Przypadki zaginięć są tak częste, że niemieckie i austriackie gazety regularnie zamieszczają na swoich łamach historie związane z górą.

Starożytne lub miejskie legendy donoszą ponadto o „małych ludziach” wychodzących z góry oraz o „małych ludziach” pilotujących samoloty, a widzianych w pobliżu góry. Istnieją setki tego typu legend i wszystkie mają jakiś związek z górą. Większość starych mitów, legend i ludowych podań związanych z górą Untersberg (a istnieją ich całe setki) opowiada o:

• karłach lub „małych ludziach”
• fenomenie zgubionego czasu lub podróżach w czasie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.97