E-book
13.65
drukowana A5
28.97
Stygmat Złotej Gwiazdy

Bezpłatny fragment - Stygmat Złotej Gwiazdy


Objętość:
182 str.
ISBN:
978-83-8126-243-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.97

„Jesteście jako człowiek, który posiadł diament, lecz nie poznał jego wartości”

/Sadhu Sundar Sing/


Kilka słów od autorki

Tą książką kończę moją ziemską misję dla ludzi. Co to oznacza? Oznacza tyle, że misję tą rozpoczęłam przychodząc na Ziemię, rozpoznawałam wciąż na bieżąco cel i sens tego mojego bardzo niezwykłego życia, pełnego świadomej i nieświadomej kontemplacji i głębokich doświadczeń duchowych, o których piszę w książce „Sen in Excelsis”. Kontynuowałam tą misję w książce „Opowiadania o sercu i prawdzie” oraz opublikowaniem moich wierszy „Bogu i Ludziom…” i uwieńczyłam wszystko właśnie książką „Stygmat Złotej Gwiazdy”. Zadanie wykonane, gdyż zdołałam powiedzieć ludziom wszystko, co miałam do powiedzenia. Dziękuję Wszystkim, którym już rozdałam swoją twórczość w wersji nieoficjalnej i tej oficjalnej i od których otrzymałam liczne podziękowania naznaczone pozytywnymi łzami ogromnego wzruszenia i bardzo wysoką oceną dotyczącą zarówno sposobu pisania, jak i samej treści. Dziękuję! To dla mnie bardzo ważne, bo chociaż pisałam po części dla siebie samej rozwijając się i poznając przez to wciąż siebie samą na nowo, to głównie przecież pisałam dla ludzi, inaczej nie miałoby to sensu. Czuję się tymi podziękowaniami i taką oceną zaszczycona i doceniona. Wygląda to tak, jakbym tą książką żegnała się z Czytelnikami, jednak nie wykluczam ciągu dalszego pisania, czas pokaże wszystko… Zwłaszcza, że już dojrzewa we mnie pewien pomysł, jednak zajmę się nim już w przyszłym roku.

W tej obecnej książce zamieściłam kilka prawdziwych i bardzo mocnych własnych przeżyć duchowych, które przerzuciłam na bohaterów całej akcji, pełnej tajemnic i napięcia. Tak więc są to doświadczenia duchowe prawdziwe w swej istocie aż do bólu.

Ważny jest tytuł tej dość niezwykłej ostatniej książki. Piszę o tej sprawie w końcowej części książki „Sen in Excelsis”, a chodzi o podarowany mi na falach tzw. snu: alfa, delta, teta, właśnie STYGMAT ZŁOTEJ GWIAZDY. To jedno z najbardziej porażających, przepięknych duchowych doświadczeń, jakie w swoim życiu przeżyłam. Złotą Gwiazdą, jeszcze nie rozpoznaną wówczas co do swej istoty, rozpoczyna się „Sen in Excelsis”. Cały ten tajemny przekaz idzie ze mną przez całe lata, daje się poznawać, odkrywać, aż wreszcie wyjaśnia się do końca. Jak widać, moja twórczość stanowi dość niezwykłą całość, dlatego najlepiej poznać ją całą. Sama siebie zaskoczyłam pewnym odkryciem. Nie napiszę tu, jakim. Kto przeczyta całość, zrozumie. Napiszę teraz tylko tyle, że do samego końca nie znałam PEŁNEJ prawdy. Pełnia objawia, ujawnia się przede mną we właściwym dla mnie momencie, czyli TERAZ, niedawno… Przyznaję, że zostało mi w tym życiu podarowane bardzo wiele, bo prawdziwy skarb, a ja nie miałam prawa zatrzymać go dla siebie, ale pragnęłam podzielić się nim z ludźmi, co właśnie czynię.

Książkę tą dedykuję oczywiście WSZYSTKIM LUDZIOM, moim Rodzicom i wszelkim bliskim mi osobom, przyjaciołom, znajomym i nieznajomym z Tej i tamtej Strony Życia. Dedykuję ją jednak dziś w sposób bardzo wyjątkowy mojej ciotecznej babci Alicji, od kilku dni już świętej pamięci. To ona podarowała mi przed laty Sadhu Sundara Singha, czyli „Wielkiego Chrześcijanina”, którego doświadczenie życiowe i misja pokrywają się w ogromnym stopniu z moimi. Była osobą skromną, osobą wiary prostej, ale niezwykle mocnej i głębokiej. Potrafiła mnie zaskoczyć nie jeden raz prostym tekstem, niosącym rozwiązanie spraw po ludzku niemożliwych, czy może bardzo trudnych. I chociaż moja wiara była i jest równie mocna i głęboka, to zawsze była i jest taka inna, pełna dociekań, pełna tajemnych nauk, znaków, mistycznych przeżyć, odkryć własnych, pełna filozofii, rozmaitych doświadczeń duchowych, to ta jej wiara prosta stanowiła dla mnie czasem ratunek i do tego się przyznaję, wspominając naszą trzydziestoletnią korespondencję. Do ostatnich możliwych chwil służyła biednym i chorym, oddając się im całkowicie, dla siebie samej nie pozostawiając właściwie nic i kochając Jezusa Chrystusa ponad wszystko. Taka była jej misja życiowa, misja rozpoznana i zrealizowana. Wypada życzyć każdemu rozpoznania swojej własnej, niepowtarzalnej misji życiowej, a ja cieszę się, że rozpoznałam swoją i mam możliwości, okoliczności, siłę i potrzebne dla tego celu talenty, których nie miałam prawa zmarnować i wierzę, że NIE ZMARNOWAŁAM… Ta ciocia-babcia przyznała mi się kiedyś, że zawsze modliła się o to, ABYM JA POŚWIĘCIŁA SWE ŻYCIE LUDZIOM POTRZEBUJĄCYM, podobnie do niej. I ja to czynię, tylko że w formie, którą sam Bóg wybrał dla mnie jako najlepszą, gdyż znał moje punkty mocne i słabe, moje talenty, moje lęki i wszelkie słabości, całą moją ziemską drogę, jaką w tym życiu mi wyznaczył… Daję z siebie ludziom to, co wiem, co potrafię najlepiej, do czego jestem stworzona, dzielę się sobą w sposób dla mnie najodpowiedniejszy...Bo człowiek potrzebujący, to jak wiadomo, nie tylko ktoś biedny, chory i głodny. Jest inny rodzaj biedy, choroby i głodu — TEN DUCHOWY.

Bardzo bym chciała, aby moja twórczość znalazła się w zasięgu takich ludzi i przyniosła im wiele dobra… W książce, oprócz przeżyć, doświadczeń, przemyśleń, odkryć własnych, umieściłam kilka ważnych wykładów na tematy duchowe, oczywiście skorzystałam z publicznie dostępnych wykładów i zawsze podaję ich autora/źródło, przyczyniając się w ten sposób do rozpowszechnienia tak cennej wiedzy, gdyż wielu ludzi nigdy nie dotarłoby samodzielnie do tych wiadomości.

/Autorka/

Sadhu Sundar Singh

Indie, 18.12.1904 roku. „Niepokój i wewnętrzna rozterka Sundara osiągnęły szczytowy punkt. Nikt nie potrafił pomóc znękanemu chłopcu. Rozpacz wskazywała jedyne wyjście — pozbawić się życia w nadziei osiągnięcia pokoju na drugim świecie. — Jeżeli nie mogę znaleźć Boga na tym świecie, znajdę Go, być może, na tamtym.”

„Boże, jeśli w ogóle jesteś, pokaż mi prawdziwą drogę; chcę zostać sadhu lub zabiję się. Jeśli nic mi nie objawisz, jeśli nadal nic nie będę rozumiał, zginę, by spotkać Boga na tamtym świecie”.

„Nagle — gdzieś około wpół do piątej — zauważył w swoim pokoju silne światło. Sądząc, że dom stanął w płomieniach, otworzył drzwi, rozejrzał się, lecz nie znalazł ognia. Wrócił i modlił się nadal. Wtem, jakby w obłoku świetlanym, zobaczył ludzką twarz promieniejącą miłością. Początkowo był przekonany, że widzi Buddę, Krisznę albo jakieś inne bóstwo, chciał się rzucić na podłogę i błagać ową istotę o pokój. Wówczas zdziwiony usłyszał w rodzimym języku urdu słowa: „Dlaczego Mnie prześladujesz? Pomyśl, że ja dla ciebie dałem swe życie na krzyżu”. Sundar niezdolny był pojąć, co się stało, ani wydobyć z siebie głosu. Dostrzegł blizny będące świadectwem męki krzyżowej Jezusa z Nazaretu, którego dotąd uważał za wielkiego człowieka działającego przed wiekami w Palestynie, a darzył Go nienawiścią(między innymi podarł Biblię). Na obliczu Jezusa nie było jednak śladu gniewu, raczej niezmąconą łagodność i miłość. Wtedy Sundar pojął; — Jezus Chrystus nie zginął; On żyje i jest tu! I upadł do jego stóp. W tej chwili dusza Sundara doznała ogromnej ulgi, pokój i radość wypełniły serce. Gdy Sundar się podniósł, Chrystusa nie było, pozostał natomiast cudowny pokój, którego już nigdy nie utracił. — Ani w moim ojczystym języku urdu ani w języku angielskim nie potrafię opisać szczęścia, jakiego doznałem w owej godzinie. Pełen radości Sundar zbudził ojca i zdecydowanie oświadczył — jestem chrześcijaninem!. — Rozum straciłeś — jęknął ojciec– idź spać! Przedwczoraj spaliłeś Biblię, teraz nagle jesteś chrześcijaninem. Jak to pogodzić? — Ponieważ sam Go widziałem — odrzekł Sundar. Dotychczas mówiłem sobie, że człowiek ten żył przed dwoma tysiącami lat. Dziś natomiast widziałem Go osobiście, żywego Chrystusa i chcę Mu służyć. Doznałem jego mocy. Darował mi pokój, jakiego dotąd nie znałem. Dlatego wiem, że Jezus Chrystus żyje. Chcę i muszę Mu służyć. — Chciałeś przecież popełnić samobójstwo? — Chciałem i popełniłem — wyjaśnił Sundar — tamten Sundar Sing nie żyje, jestem już nowym czlowiekiem. Objawienie Chrystusa stanowi punk zwrotny w życiu Sadhu. Otrzymał w ten sposób santi, cudowny pokój przewyższający rozum ludzki. Uwieńczone zostały zwycięstwem bezsenne noce, dni niestrudzonych poszukiwań, skończyła się wysuszająca duszę tęsknota. — Nie było to przywidzeniem. Poprzednio nienawidziłem Jezusa Chrystusa. To był żywy Chrystus! Tylko On mógł swojego wroga przemienić w zwiastuna Ewangelii. Dal mi pokój nie tylko chwilowy, ale na wiele lat; cudowny pokój, którego nie jestem w stanie opisać, lecz świadczę o nim. Czego inne religie nie mogły dokonać w ciągu wielu lat, tego dokonał Chrystus w ciągu kilku sekund. Ani czytanie, ani książki, lecz sam Chrystus mnie przeobraził. Gdy mi się objawił, widziałem Jego wspaniałość i uświadomiłem sobie, że On jest żywym Bogiem.”

„Sundar Sing widział w swoim nawróceniu manifestację transcedentalnego Boga, objawienie żyjącego Chrystusa. Tak mocno podkreślał obiektywny charakter swego przeżycia, że czynił wyraźną różnicę między nim, a późniejszym oglądem rzeczy nieuchwytnych dla oka w przeżyciach, jakie z biegiem czasu stały się dla niego zwykłą rzeczą. — Miałem i inne widzenia — powiedział — jednak Chrystusa widziałem tylko raz. Żyjący Chrystus był dla Sundara Singha tak realny, jak dla apostołów, którzy obcowali ze zmartwychwstałym Panem twarzą w twarz. Objawienie Sundara i wszystkich, którzy nawrócili się w podobny sposób — to objawienie bożej sprawiedliwości i łaski. SPRAWIEDLIWOŚĆ BOŻA WSKAZUJE NA ZUPEŁNĄ KLĘSKĘ WYSIŁKÓW LUDZKICH ZMIERZAJĄCYCH DO SAMOZBAWIENIA, ŁASKA DAJE ZBAWIENIE ZA DARMO. PRÓŻNOŚC LUDZKICH WYSIŁKÓW I WYŁĄCZNA SKUTECZNOŚĆ KRZYŻA CHRYSTUSOWEGO STANOWIĄ JĄDRO NAWRÓCENIA. — KIEDY MI SIĘ CHRYSTUS OBJAWIŁ, POZNAŁEM ŻE JESTEM GRZESZNIKIEM, A ON MOIM ZBAWCĄ. HINDUIZM UCZY MNIE, ŻE JEST NIEBO I ŻE POWINIENEM CZYNIĆ WSZYSTKO, BY STAĆ SIĘ WOLNYM OD GRZECHU (IGNORANCJI) I POSTĘPOWAĆ ZGODNIE Z BOSKIM UPODOBANIEM. USIŁOWAŁEM RATOWAĆ SIĘ WŁASNYM WYSIŁKIEM, CO OKAZAŁO SIĘ NONSENSEM I DAREMNYMI ZABIEGAMI. BYŁEM DUMNY Z HINDUSKIEJ FILOZOFII, ALE FILOZOFIA NIE POTRAFI URATOWAĆ GRZESZNIKA. ZROZPACZONY PROSIŁEM BOGA, BY WSKAZAŁ MI DROGĘ ZBAWIENIA. JAKO ODPOWIEDŹ — ZOBACZYŁEM MOJEGO ZBAWCĘ. CZEGOŚ TAKIEGO NIE OCZEKIWAŁEM.

MÓZG JEST NIEZWYKLE CZUŁYM I DELIKATNYM NARZĘDZIEM, WYPOSAŻONYM W WIELE PRECYZYJNYCH ZMYSŁÓW, KTÓRE W GODZINIE MEDYTACJI ODBIERAJĄ INFORMACJE Z NIEWIDZIALNEGO ŚWIATA I PRZYCZYNIAJĄ SIĘ DO POWSTAWANIA IDEI WYBIEGAJĄCYCH DALEKO POZA NORMALNY BIEG MYŚLI LUDZKIEJ. MÓZG NIE WYTWARZA TAKICH IDEI, LECZ OTRZYMUJE JE Z NIEWIDZIALNEGO, WYŻSZEGO ŚWIATA DUCHA I PRZEKŁADA JE NA JĘZYK STOSUNKÓW LUDZKICH. NIEKTÓRZY ODBIERAJĄ TAKIE INFORMACJE W SNACH, INNI W WIZJACH, JESZCZE INNI PODCZAS DŁUGICH GODZIN MEDYTACJI. REALNOSĆ BOSKIEGO OBJAWIENIA MOŻNA PORÓWNAĆ DO PRZESYŁANIA WIEŚCI DROGĄ RADIOWĄ. JAK NIEWIDOCZNE SĄ FALE ETERU, TAK UCHYLA SIĘ SPOD LUDZKIEGO POZNANIA KONTAKT DUSZY Z TRANSCENDENTALNĄ RZECZYWISTOŚCIĄ. I PODOBNIE JAK ANTENA WYCHWYTUJE WIEŚCI PRZEKAZYWANE NA FALACH ETERU, TAK DUCHOWE OBJAWIENIE BOGA MUSI PRZYBRAĆ ZMYSŁOWY KSZTAŁT, BY CZŁOWIEK MÓGŁ JE POJĄĆ. NIE MOŻNA TYCH WIDZEŃ TRAKTOWAĆ JAKO HALUCYNACJI, NIE SĄ ONE PŁODEM SKRYTYCH MARZEŃ RODZĄCYCH SIĘ W PODŚWIADOMOŚCI, LECZ SĄ JEDYNIE WYRAZEM PONADZMYSŁOWEGO DOŚWIADCZENIA.”

/Tadeusz Łamacz, Wydawnictwo „Zwiastun”, Warszawa 1973/

Jezu Ufam Tobie, czyli tajemnicza wersja obrazu…

Krakowska wersja obrazu „Jezu Ufam Tobie”.

„W ogarniętej wojenną zawieruchą ‘polskiej’ części kraju powstawał kolejny obraz Jezu Ufam Tobie (Ubrany w białą szatę Jezus podnosi prawą dłoń w geście błogosławieństwa. Lewą ręką wskazuje na swoje otwarte serce, z którego wydobywa się czerwony i niebieski promień) — pędzla Adolfa Hyły, malowany przy udziale krakowskiego spowiednika Siostry Faustyny — jezuity Józefa Andrasza.”

Co w znaczeniu głębszym, szerszym, oznaczają elementy tego obrazu, miał pokazać czas, a mistrzowska, tajemnicza dłoń innego, nieznanego nikomu malarza wykonała w roku 1950 kolejną, wierną kopię niezwykłego obrazu gdzieś, na ukrytym przed światem poddaszu krakowskiej kamienicy. Przybyły do Polski śniadoskóry i ciemnooki gość z dalekiego lądu pewnej nocy wszedł na sam szczyt kamienicy, zapłacił za zamówione dzieło i pod osłoną nocy wyszedł z kamienicy, z płaskim, długim, prostokątnym przedmiotem niesionym w opakowaniu pod pachą. Tajemniczy przybysz zamieszkał w wynajętym na jakiś czas niedużym mieszkaniu na starówce, w drzwi której po chwili wszedł… W swoim wynajętym mieszkaniu pracował przez jakiś czas nad tymże obrazem, jednak nie poprawiał go w sensie stricte artystycznym, chociaż po części tak było. Ale tylko po części. Istota tkwiła w czymś zupełnie innym. Jego tajemna praca miała wielki cel, wielkie zadanie: opowiedzenie ludziom CAŁEJ prawdy o znaczeniu i elementach obrazu...Pracował niczym magik w alchemicznej pracowni cudów, aby COŚ powiedzieć ludziom…

Sekret Bożego Narodzenia 1950 roku

Polska, Kraków,

Wigilia Bożego Narodzenia, rok 1950

Dzień 24 grudnia powoli ustępował miejsca wieczorowi, usuwał się na bok małymi posuwistymi krokami, aż dostojny wieczór, niczym tajemniczy czarnoksiężnik rozgościł się okryty swym szerokim granatowo-czarnym, szerokim płaszczem nakrapianym gwiazdami na całej płaszczyźnie widocznego z okien nieba i tkwił tam nieruchomo niczym ważny gość za suto zastawionym stołem. Gość, który przybył ze skarbem, z darem…

W domach całej Polski, tych bogatych, tych średniozamożnych i tych biednych już lśniły blaskiem pachnące świerkowe drzewka, ubrane w rozmaite ozdoby i oświetlone żywym światłem małych świeczek siedzących na gałązkach, a pod drzewkami zawsze szopka z gałęzi drzew wyścielona mchem, na nim ustawione gipsowe figurki. Pod niektórymi choinkami już szeleściły prezenty, a do niektórych domów wkraczał sam święty Mikołaj, zwany tu i ówdzie Gwiazdorem. Już dzielono się opłatkiem, już docierali ostatni goście, pachniał barszcz z uszkami, pierogi, ryba, zupa grzybowa, kompot z suszonych owoców, kutia, orzechy, wypieki niczym ze świata baśni. Czarowna noc gościła jeden, jedyny raz w roku przy stołach i w sercach ludzi, czarując sobą świat… ten jedyny raz w roku.

W willi państwa Kohen –(znaczenie nazwiska: kapłan Świątyni Jerozolimskiej i jego potomkowie☺); wszystko wyglądało podobnie, również i tu płonęła kolorowa choinka, pod nią stała naturalna, wielka i bardzo piękna szopka z gipsowymi figurkami, również i u nich siedział przy stole gość. I nie byłoby w tym niczego dziwnego, wielkiego, gdyby ów gość był przyjezdnym z jakiegoś miasta, czy wioski w Polsce, bądź z jakiegoś kraju Europy, a nawet Ameryki. Gość państwa Kohen przyjechał, a właściwie przyleciał z...INDII i niekoniecznie w sam dzień Wigilii, ale znacznie wcześniej. Jego charakterystyczna uroda biła po oczach, krótka szata w typie tuniki w kolorze pomarańczowym odbijała od śniadej skóry i czarnych oczu, oraz od bujnych ciemnych włosów. Na twarzy gościa tkwił przyczajony jakąś tajemnicą lekki, dobrotliwy, pełen jakiejś światłości i serdeczności uśmiech. Uśmiech poniekąd zmieszany z głębokim zamyśleniem. Pan domu bardzo mu nadskakiwał, pragnąc usłużyć jak najlepiej, chwilami śmiesznie to wyglądało, ale gość spokojnym gestem smagłej dłoni, na palcu której widniał tajemniczy pierścień odpowiedział bezsłownie, że nie trzeba, że ma usiąść i zagłębić się wraz ze wszystkimi zebranymi w magii i tajemnicy wieczoru. Tak też pan domu uczynił i już po chwili flesz wielkiego aparatu utrwalił swym błyskiem ową chwilę, która zastygła na wywołanej po świętach fotografii i spoczęła na nieskończenie długie lata w albumie, a album po latach został wraz z wieloma „antycznymi” pamiątkami zniesiony do piwnicy. Noc betlejemska roku 1950, jedyna w swoim rodzaju, utkwiła między kartami albumu na lat kilkadziesiąt...Fotografia z tego wieczoru wyraźnie ukazywała płonące dobrocią i dziwnym blaskiem ciemne oczy gościa i INNĄ choinkę. Na czym polegała jej inność i dlaczego ta inność zaistniała, miał odkryć dopiero ktoś bardzo młody, po bardzo, bardzo wielu latach. Fotografia trzymała w sobie jak zaklęta całą historię tamtego pamiętnego wieczoru, nocy. Tajemna konwersacja zakończyła się wówczas dopiero nad ranem i wszyscy wstali w pierwszy dzień świąt dopiero około godziny jedenastej na uroczyste śniadanie… Każdy z lekko podkrążonymi oczami, każdy milczący całym sobą w jakiś charakterystyczny sposób, a może głęboko zamyślony? Oczywiście atmosfera szybko się zmieniła i wszyscy niebawem swobodnie i radośnie rozmawiali już o sprawach codziennych, a więc przyziemnych.

Wszystkie wydarzenia, a raczej treść rozmowy z tamtej długiej nocy zapisana została i zapieczętowana w świetle flesza i w sercach ludzi, zasiadających wtedy przy bogato nakrytym uroczystym stole. Po odjeździe gościa nikt więcej nie wrócił do tematu tamtej długiej rozmowy. Cała ta tematyka przykryta była tworem utkanym z materii dziwnego rodzaju milczenia, niczym narzutą, jaką przykrywa się antyczny mebel kryjący porażającą tajemnicę, której nikt nie tyle nie chce, co nie śmie choćby tknąć. Czas przyłożył na niej swą pieczęć, a ta zastygła warstwą dni i lat. Fotografia zrobiona tamtego dnia objęła sobą wielkie okno, w ramach którego widniał pokryty białym puchem, wielki i tajemniczy zimowy ogród…

Złoty Stygmat i stara tajemnica uśpiona w piwnicy…

Polska, Kraków, czerwiec/lipiec roku 2017.

Stała jak oczarowana w ogrodzie swojego domu jednorodzinnego i nie wierzyła własnym oczom, własnym odczuciom, jednak zjawisko zwyczajnie istniało, działo się. Miało swój początek i źródło w dwóch miejscach jednocześnie: w jej sercu i na niebie, stojącym swoją potęgą tuż nad nią. To było pęknięcie na dłoni, z boku. Powstała tam bezkrwawa szczelina. Była w kolorze złotym, strzelała elektrycznymi iskrami i łączyła się z sercem. Z tego miejsca zaczął wydobywać się złoty pył, był lżejszy od powietrza. Wydostawał się bardzo szybko i zajmował sobą coraz większe obszary ogrodu, łącząc się jednocześnie ze Złotą Gwiazdą, która stała majestatycznie nad tym wszystkim. Z gwiazdy także zaczął wydobywać się taki sam pył. Teraz pył zalał sobą cały ogród. Szczęścia i zachwytu nie potrafiła opisać, stała wciąż nie wierząc w to, co się działo. Jakiś głos zdawał się jej mówić, aby zagarniała cudowne zjawisko tylko dla siebie, ale ona nagle odzyskując głos krzyknęła: to jest dla wszystkich ludzi!!! Wtedy zjawisko powoli zaczęło się zawężać i złotym giętkim promieniem wpadło do piwnicy domu… Zeszła tam jeszcze na falach snu, który snem w znaczeniu powszechnie znanym nie był z pewnością. Stała w ciemnościach piwnicznych, czuła drżenie serca. Nagle ciemności rozświetliła ciepła jakaś jasność. Ta jasność wyraźnie wyszła z niej. Stanowiła wewnętrzną warstwę jej eterycznego ciała duchowego i czuła, że tych warstw jest więcej. Zjawisko dotyczyło akurat tej. Warstwa, która wyszła z jej ciała miała ludzką postać i lekko oddaliła się od niej… Potem odwróciła się twarzą do niej i nie była to jej twarz, twarz Andżeli w wersji eterycznej. To była postać i twarz Jezusa Chrystusa. Andżela stała skamieniała…

„Jezus jest we mnie, Jezus we mnie żyje, Krew Przenajświętsza w moich żyłach płynie”… Teraz inne niż związane ze stanem tuż po przyjęciu do ust Komunii Świętej znaczenie słów jej pieśni pierwszokomunijnej sprzed lat stanęło przed nią namacalnie. „Co robisz dla mnie?” Te słowa popłynęły od Jezusa do niej, bez czynności poruszania przez Niego ustami… Nie patrzył jej w oczy, miał wzrok lekko opuszczony w dół, a palcami prawej Dłoni, ułożonymi w specyficzny sposób wskazywał na swoje otwarte Serce, z którego wychodził POTRÓJNY PŁOMIEŃ w kolorze różowo-niebiesko-złotym. Nad jego Głowę wprost z Serca wydostała się płynnie w postaci złotego pyłu jakaś masa, która uformowała się w Złotą Gwiazdę i tam utkwiła.

Ocknęła się z tzw.„sennych fal”, zwanych naukowo: alfa, delta, teta. Oglądała swoją dłoń i nie widziała niczego niezwykłego. Wiedziała jednak świetnie, że oto otrzymała STYGMAT ZŁOTEJ GWIAZDY, czymkolwiek on miał być. Spotkanie z Jezusem, który dosłownie wyszedł z jej ciała zmieniło ją w osłupiałą postać, posąg, który nie wiedział niemal, jak się nazywa, kim jest i co się w ogóle dzieje. Nie dała po sobie niczego poznać. Była skamieniała i tak potwornie przerażona, ze owo przerażenie okrywało skorupą jakiejś niemocy całe jej nieziemskie szczęście, całą radość, która chciała eksplodować, ale betonowa skorupa trzymała wszystko w tymczasowym wręcz usztywnieniu, paraliżu.

Po śniadaniu wybrała się z tatą do piwnicy, musiała tam pójść. Nie szła bez celu, bez sensu, nie szła też na niewiadome. Ona szła na poszukiwanie swojego dziecięcego rysunku z klasy trzeciej, to było jedyne, co przyszło jej na myśl. Jezusa na falach topornej jawy nie spodziewała się tam spotkać, nie dowierzała takim możliwościom, ale one istniały mimo wszystko…

Trzymała po chwili w dłoniach wielkie proroctwo dotyczące sensu i celu swojego życia, powstałe tyle lat temu… Już wychodziła z rysunkiem na górę, już prawie...Jej dłonie dotykały teraz nieświadomie reliktu sprzed kilkudziesięciu lat, ukrytego między kartami albumu fotograficznego. Odłożyła go jednak nieświadomie na półkę piwniczną, bo to nie był jeszcze czas… TEN CZAS...Album zwyczajnie przykrywał jej stary blok rysunkowy z klasy trzeciej, więc po wyjęciu rysunku z bloku odłożyła blok na miejsce, a na niego położyła album, gdyż zawsze układała wszystko tak, jak być powinno, nie lubiła bałaganu…

Nagły dźwięk wystraszył Andżelę, był to dźwięk zbliżony do dźwięku delikatnego dzwoneczka, bądź do czegoś niedużego, metalowego, co potoczyło się po podłodze starej piwnicy. Andżela odruchowo odskoczyła w tył i przyklejona niemalże do piwnicznego regału wbiła wzrok w podłogę, szukając tym wzrokiem oszalałym dosłownie, przyczyny dźwięku. Znalazła po chwili, gdyż przyczyna i źródło dźwięku wtoczyła się niezbyt głęboko pod regał, który miała z kolei przed sobą, ten sam, z którego wzięła swój stary blok z proroczym rysunkiem. Andżela w pozycji „na czterech” usiłowała dłonią wygarnąć przedmiot. Po chwili go miała. Trzymała z dudniącym sercem w dłoniach skarb. Skarb był sporym pierścieniem, jakby nawet sygnetem. Był złoty, taki przynajmniej miał kolor, bo Andżela nie umiała określić, czy to było prawdziwe złoto, czy na złoty kolor pomalowany metal nieszlachetny. Wyglądało to jednak na złoto nawet w oczach samej Andżeli. Patrzyła teraz na wszelkie kamienie szlachetne, czy półszlachetne, na ich kolory, układ, na znaki, jakie posiadały i...Andżela, pospiesz się proszę! Wołanie taty z piwnicznego korytarzyka spowodowało, że odruchowo wcisnęła pierścień do kieszeni dżinsów i pobiegła za ojcem na górę, nie lubiła schodzić do piwnicy sama, jednak kiedy odważymy się TAM(do piwnicy, ale przecież tak prawdziwie to do naszej podświadomości) zejść SAMOTNIE, odkrywamy najwięcej. Nie była w stanie tego dnia niczym się zająć, serce waliło w każdej części jej ciała, a oszalałe myśli tłukły się we wnętrzu jej głowy, niczym ptak, który wpadł do pomieszczenia i nie potrafił znaleźć drogi wyjścia. Sytuacja sprzyjająca Andżeli pojawiła się dopiero, kiedy znalazła się popołudniem sama w swoim pokoju na ślicznym poddaszu(również symbol, tym razem nadświadomości), a rodzina pojechała do centrum miasta po większe zakupy. Teraz miała spokój, była bezpieczna ze swoją tajemnicą i mogła spokojnie przy użyciu wielkiej lupy przyjrzeć się pierścieniowi. Po środku domu (symbol zwykłej codziennej świadomości) zawsze znajdują się ludzie, a wielkich odkryć dokonujemy w samotności, chociaż nie zawsze...czasem ktoś uczestniczy w wielkim naszym odkryciu, a nawet nam to odkrycie umożliwia, ułatwia, jednak cały ciąg dalszy odbywa się zawsze w wielkiej samotni naszego JA… Wszystko było widoczne i bez tej lupy, jednak Andżela chciała mieć absolutną pewność, co posiadła. Tak więc pierścień był złoty, nie miała już co do tego wątpliwości, posiadał znaczki jubilerskie na wnętrzu obrączki. Posiadał wielkie okrągłe oko w kolorze zielonym, to pewnie był szmaragd. Po środku szmaragdu tkwiło drugie oko w kolorze różowym i było ono w kształcie serca, z którego góry wychodziły trzy płomyki splecione ze sobą w kolorach: róż, złoty i niebieski, a wszystko to z kamyków! Co za misterna robota! Z kolei w sam środek serca wpisana była …ZŁOTA GWIAZDA z jakiegoś nieznanego jej kamyka (może to był kamyk o nazwie piasek pustyni), który iskrzył się blaskiem. W centrum Złotej Gwiazdy widniał symbol, którego znaczenia się nie domyślała, na dodatek w tym znaku ukryta była dodatkowo dziurka od klucza! Natomiast nad tym wszystkim, na samej górze pierścienia, jako oddzielny kamień królowała dumnie wielka korona w kolorze fioletu i wykonana była również z nieznanego jej kamienia szlachetnego. Również w koronę wpisany był dziwny znak. Na spodzie pierścienia, od wewnątrz tkwiły wygrawerowane znaki: układ palców ludzkiej dłoni, a pod tymi palcami klucz, który swym cienkim końcem wskazywał na te palce. Andżela bez chwili zastanowienia umocowała bezpiecznie na rzemyku pospiesznie odłączonym od jakiegoś wisiorka swój tajemny wielki pierścień/sygnet i chwilowo wsunęła go do kieszeni dżinsów. Był prawdziwie wielki i wyraźnie odznaczał się w kieszeni dżinsów.

Przygotowania do obozu

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.97