E-book
4.1
drukowana A5
14.39
Studium przypadku, czyli relacja lekarz-pacjent

Bezpłatny fragment - Studium przypadku, czyli relacja lekarz-pacjent

Objętość:
36 str.
ISBN:
978-83-8189-141-7
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 14.39

Liceum

Do nauczycielki

Ile minęło

W zaklętym tym kole

Umysłów ludzkich

I ile pokoleń?


Powiedz mi ile

Ludzi niegdyś młodych

Dowiodłaś sama

Do myśli swobody?


Ty nas nauczyłaś

Na logice wsparte sądy stawiać,

Myślą nad ludzkim górować tłumem,

Pokoleniom przyszłym przykład dawać,

Jak się w świecie kierować rozumem.


Ty nas nauczyłaś

By swej urok dostrzegać młodości,

A zarazem postrzegać dojrzale

Te, co w życiu istotne, wartości,

Które w dusze wpisałaś nam trwale.


Ty nas nauczyłaś

Na świat oczy otworzyć szeroki,

Ukazując część jego radosną.

Pierwsze w przyszłość stawialiśmy kroki,

Ty nam wejść pozwoliłaś w dorosłość.

Zachód Słońca w Toruniu nad Wisłą

Na szkolnej ścianie

Srebrzyście się mieni

Blask szyb wśród roju

Tańczących cieni.


Miejsce, skąd Słońce

Wędruje od świtu,

Lśni teraz czystym

Blaskiem błękitu.


Bladoróżowe

Rozpierzchły się chmury

I płyną złote

Rzeką purpury.


Szczęśliwi, którzy

Potrafią docenić

Tak delikatne

Barwy kamienic!


Beż albo zieleń,

Róż, pomarańcz, lila…

W przebłysku światła

Utonie chwila

ostatnia.

Tylko wiatr lekko szumi

Tylko wiatr lekko szumi,

Chmury łowi sieć cicha,

Spadają srebrne krople

Rosy. I nic nie słychać.

I tylko lekka mgiełka

O drzew siwe gałązki

Ledwo, ledwo rozwiewa

Nitki — jak światła cząstki.

A wśród nich listki srebrne

Bezdźwięcznie rozedrgane,

A wśród nich szare cienie

Białą nicią utkane.

Szkolna akademia na cześć…

Przecież po tylu mękach i trudach

Wszystko się musi wspaniale udać!


Prezydent miasta i kilku VIP-ów,

Obok dyrektor dumnie się pręży,

Pierwszy, jak zwykle, rząd ważnych gości,

Po środku biskup, trzy rzędy księży.


Siedzi też ważna Pani z urzędu,

Porozwieszano flagi rozliczne,

A pośród wszystkich przemów przemawia

Szacowne grono pedagogiczne.


Gdzieś pod ścianą licytacja,

Kto na lepszych był wakacjach,

A dziewczyny w szóstym rzędzie:

Kto z kim jest, kto był, kto będzie,

Obok się w rachunkach ćwiczą,

Resztę po zakupach licząc,

Ktoś popycha kogoś w tłoku,

Gdzieś telefon dzwoni z boku…


Chociaż po tylu mękach i trudach,

To znowu wyszło — jak zwykle — nuda.

Pokój

Mam pokój swój — przeciętny

Wrośnięty w blok przedmieścia

Ze swych narodzin piętnem

Z płyt zbudowany — sześcian.


Tynku białego warstwy

Na suficie, na ścianach

Bez żadnej zbędnej barwy

W pęknięć zakrzepłych ranach.


Nie ma słońca promieni

Nie ma tu świateł zbędnych

Nie ma więc także cieni

Poza tym moim — jednym


Pod dusznym mebli tłokiem.

Twarz mu przykryły kurze

A wiatr z nieszczelnych okien

Śnieżne w nim wznieca burze.

Bukiet czerwonych róż

Patrzysz na bukiet czerwonych róż

Takich jak dał ci kiedyś on

Błyszczący ich płatki pokrył szron

Lecz nie dla ciebie róże już.


Kwiatów dostrzegasz czerwonych czar

Który wśród szarych, codziennych dni

Dawnym, czerwonym blaskiem lśni

Jak dawny to od niego dar.


Przeminął tamtych kwiatów blask

Przeminął blask czerwonych róż

Nie ujrzysz oczu jego już

Gdyż zamknął je na zawsze czas.


Gdy fotografie przykrył kurz

Tylko wspomnienia minionych dni

Spędzonych z nim zostały ci.

Nie patrz na bukiet czerwonych róż.

Ambicje

Z płomieniem życia na dłoni

Tak — lekka — młodością kwitnę.

I tylko z warg przygryzionych

Krew mąci wody błękitne.


Nie śpię — lecz to bez znaczenia.

Moja bezsenność tak jawna

Jak w oczach piasek zmęczenia

W których łez nie ma od dawna.


Ten w marnym widzi się pyle

Podda się nić życia ciągnąc

Kto marzy więcej niż tyle

Ile potrafi osiągnąć.

Kwiaty

Tyle kwiatów wszędzie wokół

Co roznoszą zapach łąk.

Rozsiewają żywe barwy

Każdy płatek, liść i pąk.


Jedne prą wysoko w górę

By uchwycić Słońca blask

Inne nisko rozłożyste

Niczym dywan barwnych gwiazd.


Mijam często ja ogrody

Ten człowieka własny raj.

W każdym inne widzę kwiecie,

Taki mały wonny kraj.


A nad ogrody Słońce się wznosi

Nasyca płatki barwą promieni

A przy ogrodzie stoję i czekam.

Może pojawisz się gdzieś w przestrzeni?


Kiedyś — pamiętasz? — ty, ja i kwiaty

Nad nami niebo lekkie obłoków!

A przy ogrodzie stoję i czekam.

Wsłuchana w echo przebrzmiałych kroków.

Opowieść człowieka otoczonego zapomnieniem

Czasem czuję w duszy pustkę

Na twarzy łzy słone.

Widzę wszędzie ludzkie twarze

Na mój ból uśpione.


Jestem wtedy jak ten człowiek

Któremu zabrał los

Z oczu płomień, z serca wyrwał

Przeszłej pamięci głos.


Jak uczeń, co marząc wielkie

Stawia sobie cele

Lecz nauczyciel powtarza

Wciąż — nie marz zbyt wiele.


Jak kobieta, gdy świat cały

A duszy połowa

Zamknięta jak w cztery ściany

Z kratą w oknie — w słowa.


Jak ten, co w szary, szary dzień

W pustym siedząc domu

Że chciałby duszę oddać swą

Serce! Tylko komu?

Tak

Od dziś żyjemy jako obcy ludzie.

Moje „tak”, twe „nie” czy może odwrotnie?

Już nie pamiętam. Pytanie — odpowiedź.

Ale to chyba jest już nieistotne.


Nic się nie stało, zostawmy jak było.

Po co zaczynać. Bo łatwiej się nie znać

niż ciągle mówić „cześć” z zakłopotaniem

„co tam u ciebie?” patrząc na zegarek.


Po co się męczyć, być w takim pół-razem

jeżeli razem pisane nie jest nam?

I tylko głosik jakiś cichy mówi

że chyba jednak to moje było „tak.”

Samotna śmierć tego, co umarł już dla świata

Nie patrzcie ponownie jak me ciało

Spuszczają w głąb ziemi.

Za dużo w tym łez waszych, cierpienia

Które nic nie zmieni.

Zbyt wiele uczuć o barwie bólu

Natenczas było w was,

Byście śmierci mej doświadczyć mieli

Jeszcze raz, jeszcze raz.

Patrzę więc na was, lecz pozostańcie

Na ten wzrok uśpieni.

Bo łez za dużo waszych, cierpienia

Które nic nie zmieni.

Ślady rąk

Oddajcie mi mój dom

chcę go z powrotem dostać

został niby jak stał

lecz jakby nie pozostał.


Tu kanapa, tam stół

niby bez zmian w salonie

dywan niby ten sam

wzór ten sam na zasłonie


lecz są jeszcze rzeczy, których

nie znalazłam mimo prób:

małe ślady na dywanie

zapiaszczonych bosych stóp


w nie-moim pokoju nie ma

klocków zamiecionych w kąt

ani kartek pogniecionych

z nabazgraną kredką mną


Tu nie moje wisi lustro!

Bo — powiedzcie mi — gdzież są

na szkle wypolerowanym

rozmazane ślady rąk?


Czy widział ktoś mój dom?

Ktoś wie, gdzie jest? Co słyszał?

A tu, w nie-moim tym

ta cisza, cisza, cisza!

Pierwsze lata studiowania medycyny

Jesienią jestem

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 14.39