drukowana A5
43.12
Stsygoń

Bezpłatny fragment - Stsygoń


5
Objętość:
283 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8155-660-6

I Wiedźma

— Ni w imię Ojca i nie Syna i też nie Ducha nie świętego. Niech nie będzie chwalon.

Gdyby nawet ktoś był oprócz niej na polanie, to pewnie słyszałby tylko te słowa, bo ją samą trudno było zobaczyć. Skulona w krzakach, ubrana w czerń, była prawie niewidoczna w tę dziwnie mroczną noc.

— Nie wierzę w Boga Ojca, niewszechmogącego, nie stworzył ni nieba, ni ziemi, ani żadnej z rzeczy widzialnych i niewidzialnych.

Nawet gdyby ktoś i był na tej polanie i nawet gdyby męcząc oczy wpatrywał się w ciemność, w miejsce skąd dobiegał głos, to i tak nie zobaczyłby jej, szeptającej słowa, rytmicznie kiwającej się nad naczynkiem.

Jeśli nawet znalazłby się ktoś na tyle głupi, żeby zbłądzić tu w tę porę, to nawet w swym ograniczonym umyśle musiałby poznać, że ciemności zalegające nad polaną są mroczniejsze niż we wszystkich innych miejscach, które okrywa jedynie noc. Tutaj czerń była intensywniejsza i tak fizyczna, że zdawało się, zostaje na skórze. I jeszcze to powietrze… Tak gęste, że prawie można by w nim pływać, gdyby tylko umieć się nim nie zachłysnąć.

Ten wyjątkowy głupiec, nawet gdyby nie wiedział, że ta polana nazywana jest przeklętą, w mig powinien pojąć, że to miejsce zasługuje na złą sławę i że nie warto tu zostać ani chwili dłużej. Tego przecież, kto by uciekł, nie można nazwać tchórzliwym, lecz ostrożnym, rozważnym nawet. Różne to przecież rzeczy mogą się przydarzyć w takich dziwnych miejscach. Źli ludzie mogą samotnego napaść, zbić, ograbić, zabić. Można spotkać zwabione ludzkim zapachem dzikie, głodne zwierzę, chcące spróbować człowieczego mięsa. Zdarzyć się też mogą rzeczy gorsze jeszcze, straszniejsze niż szybka śmierć, która, jak mówią, jest tylko wrotami do następnego życia. Raz matka rodziła, sprawiedliwie gdy i raz się umiera. Niedobrze gdy się nie umarło, a jednak już się nie żyje. Najgorsze co zdarzyć się może to, gdy człowieka dosięgnie nieczłowieczy los. Gdy przemieni się w jakąś zjawę zawieszoną między życiem a śmiercią. A z tym się właśnie igra łażąc po nocy, po takich miejscach

— Daj mi swej mocy Poczwaro Nieczysta, Zmoro Ciemna, ty która zabierasz wszystko na co zapracujem. Słuchaj mnie! Krwi ci przyniosłam. Wlewam w tę dziurę, prosto ci w gardziel. Bądź mi posłuszna!

Kobieta ubrana w czerń wylała całą zawartość miski w dołeczek wygrzebany między korzeniami ogromnego drzewa. Gdy opróżniła naczynko, splunęła na wszystko i przysypała piachem. Mówiła przy tym do siebie. Powtarzała wciąż te same słowa. Z początku cicho i powoli, później coraz szybciej, coraz głośniej, dodając jeszcze melodię, kończąc każde zdanie płynnie pojawiającym się zaśpiewem.

— Niech żre dwa razy tyle, a mleka nie daje. Niech puchnie, aż pęknie.

Bądź mi posłuszna!

Niech żre dwa razy tyle, a mleka nie daje. Niech puchnie, aż pęknie.

Bądź mi posłuszna!

Niech żre dwa razy tyle, a mleka nie daje. Niech puchnie, aż pęknie.

Bądź mi posłuszna!

Gdy skończyła, podniosła się powoli i rozejrzała dookoła. Oczywiście nikogo nie zobaczyła. Mało jest takich głupców, którzy wybraliby się w to miejsce nocą.

Kobieta szczelnie otuliła się czernią kiru i odeszła dróżką w kierunku rozdroży. Wraz z nią, wiernie dotrzymując kroku, poszły też mrok i to gęste, ciężkie powietrze, które dotąd tu zalegało. Polana nazywana często przeklętą, wyglądała teraz jak jedyna ostoja spokoju w tym pełnym niebezpieczeństw, ponurym, mrocznym lesie.

I tylko ten dziwny odgłos dobiegający spod ziemi, z miejsca gdzie lana była krew, coś jakby bulgotanie, a może charczenie, może siorbanie. Tylko to było jak fałsz w muzyce ciszy.

*

Piękna była jesień tego roku, na tych ziemiach może i nieurodzajnych, ale za to jakiej urody. Trudno nawet nazwać tę jesień jesienią, może trafniej leniwym latem. Bo pięknie przecież jak w lecie, tylko robić tyle już nie trzeba. Po żniwach już dawno, tylko do zimy się przygotować zostało. Nawet Baltazara urzekło to piękno, a on nie należy do tych, co to się roztkliwiają nad byle czym. On jest raczej z tych, co to ich mało co wzrusza, a jednak takie jakieś dziwne rozmemłanie gnębi go tam gdzieś w środku. Jakby coś szarpało jego duszę, jakby była ciastem do wyrobienia, jakby czyjeś ręce ciągnęły ją to raz w jedną, to raz w drugą stronę. I tak Baltazar wracając do chaty, przechodząc przez łąki jakoś dziwnie się i czuje, i zachowuje. Bo zdarza mu się dzisiaj, zatrzymać i nie móc się posunąć dalej. Zatrzymuje się przy jakiejś brzozie i patrzy się na nią. Ogląda ją z każdej strony, bo zdaje mu się, że ta brzoza to jest właśnie ta sama, która rosła kiedyś przy ojcowskiej chacie. Wtedy jakieś roztkliwienie wdziera się w sam jego środek. On gapi się na to drzewo, maca korę, wącha, wszystkimi zmysłami chce ją jak najlepiej poczuć, a do głowy przychodzą mu wspomnienia dzieciństwa, jak bawił się przy brzozie obok jego chaty. Oj, tęskno dzisiaj do tego czasu i do tamtego rodzinnego miejsca. Tęsknota obejmuje ramionami jego duszę. No oczywiście, jeżeli tylko wiedźmy pachołek może mieć duszę.

Śliczna jest ta ziemia między rzekami w taką jesień jak ta. Łąki jeszcze się zielenią, na nich pasą się krowy, ale już spokojne, bo nie męczy już ich robactwo. Żar z nieba już się tak nie leje, nie trzeba co chwilę obcierać zalanego potem czoła, nie trzeba ciągle szukać wody, by zaspokoić pragnienie. Wszystko teraz jakby cichsze. Wszystko się uspokaja, zwalnia, zastyga, zamiera. Wszystko czeka zimy. Jakby to tak być mogło, żeby taki czas trwał wiecznie i żeby jeszcze dookoła ludzi żadnych nie było, tylko same łąki, pola, lasy i spokój, tak jak teraz. I jeszcze, żeby to tak było, że dookoła byłyby zwierzęta, ale nie szkodzące, ale też spokojne. I żeby to można było na nie od czasu do czasu popatrzeć i pozachwycać się. I żeby to jeszcze tak było, żeby te zwierzęta można było złapać, jak się tylko zechce i nimi sobie żołądek zapełnić. Gdyby to tak było, to wtedy można by powiedzieć, że to jest właśnie to niebo, o którym księża tak dużo gadają. No, ale przecież nawet jeżeli niebo właśnie tak cudnie wygląda, to i tak dla Baltazara ono jest zamknięte. Bo Piotr święty, chociaż już i stary, i pewnie ślepy, gdy tylko morderców zobaczy, to zaraz trzaśnie przed nimi bramą, a zza niej, stojąc na tych pięknych leniwie letnich polach, będzie krzyczał: „Nie dla ciebie to miejsce, idź sobie. Tutaj wieczny odpoczynek na tych spokojnych łąkach. Wynoś się wynoś, niech cię nie widzę! Idź na dół, tam gdzie lato jest w pełni, gdzie żar z nieba leci, gdzie ty w tym żarze będziesz się prażył, gdzie w tym żarze będziesz wiecznie przy żniwach, bez odpoczynku, bez postoju, bez wody, cały czas w południowym słońcu, bez plonu na koniec, bez końca! Tam twoje miejsce!”.

Nie śpieszy się Baltazarowi z powrotem do chaty. Idzie powoli i jeszcze po drodze zrywa kolejne roślinki, nawet nie te, które kazała mu przynieść Katarzyna. Dorzuca do worka inne, te których sam nie zna, ale może ona pozna i się ucieszy. Ma już w pakunku grzmotnika — ziele dobre, gdy grzmi i burza, kadzić wtedy nim dom należy, ma korzenie poziomek — wywar z nich najlepszy na ból brzucha, ma też purchawki — pył z nich zatrzyma krwawienie z każdej rany, są i świeże liście olszyny — na wrzody niezawodne, ma też rozchodnika — po nim guzy muszą się rozejść. Czego jeszcze on tam nie ma, choć i tak na pewno nie wszystko zapamiętał. Długo mu Katarzyna tłumaczyła co ma przynieść. Sam powtarzał kilka razy, a ona słuchała i za każdym razem dorzucała mu kilka, o których zapomniał. Starał się jak mógł, robił co mógł, a i tak wie, że jak wróci i wysypie jej co znalazł na stół, dumny ze swoich łowów, wtedy ona powie mu, jak bardzo jest głupi. „Zima się zbliża, nic wtedy się spod śniegu nie wykopię. Myślisz, że skąd ja wtedy zieleninę wezmę. Z drewna tego nie wyrzeźbię, ze śniegu nie ulepię. Jak teraz nie uzbieram to potem nie będę miała, a ty mi nie pomagasz. Nic, a nic mi nie pomagasz. Ledwo co na swoją miskę zapracujesz. Nie wiem dlaczego cię jeszcze tu trzymam” — tak będzie mu mówiła. Baltazarowi wydaje się, że już teraz dźwięczą mu te słowa w uszach. Zdaje mu się, że widzi przed sobą te czarne oczy, szukające jego oczu, ale nie mogące ich znaleźć, bo Baltazar trzyma głowę spuszczoną nisko. Rugany, sam tylko słucha wyzwisk i napominania, nic nie mówi. Właśnie tak to będzie wyglądać, gdy tylko wróci do chaty. W niczym nie pomoże to, że naprawdę się starał, by znaleźć wszystko, co mu kazano. Nie ma się więc co śpieszyć. Jego praca i tak nie zostanie nagrodzona.

Ułożył się Baltazar w cieniu rozłożystej osiki, tobołek rzucił obok, pod głowę podłożył czapę, w usta włożył źdźbło trawy i przygląda się niebu. Mogła mu wyznaczyć inną robotę. Sama by sobie poszukała zielska. Przecież wie dobrze, że on się do takich rzeczy nie bardzo nadaje. Ta jego chuda noga nie pozwala na zbyt dalekie przechadzki. Krótsza jest od zdrowej i przyschnięta, zawsze chodził przez nią wolniej niż inni, w jego wiosce nazywali go Kulawcem. Po co go wysyłać, żeby łaził po łąkach? Zamiast niego mogła wysłać dzieciaka, on by się na pewno z tym szybciej uwinął. Baltazar ma za to ręce silne, tak silne, że niewiele rąk po tej stronie rzeki może im dorównać. Niezgrabnie przez to Baltazar wygląda, przez to swoje niezrównoważenie, przez tę nogę za krótką i te ręce za silne. Na dole koślawy, z nogą za chudą, a wyżej coraz szerszy, w ramionach zaś już tak strasznie rozrośnięty, że dziw bierze. Do tego jeszcze te dłonie ogromne. Jak zaciśnie je w pięść wyglądają jak dwa kowalskie młoty i taką też mają siłę, gdy uderzą. Dlatego Baltazar dziwi się, że właśnie nie te ręce silne Katarzyna wykorzystuje, ale te nogi niedołęgi. Jaki sens w takim postępowaniu znaleźć? No, ale w ogóle tutejszych, tych po tej stronie rzeki, trudno czasami zrozumieć. Bo Baltazar nie jest tutejszy, on z daleka, zza bagien. Tam inny świat, inny obyczaj, inaczej ludzie mówią, inaczej się ubierają, inne pieśni śpiewają, inaczej się modlą, choć Bóg chyba ten sam.

Wiatr targa trawy, szarpie gałęziami drzewa, ale nie z takim zacietrzewieniem, jak to zwykle o tej porze bywa. Targa, bo targać musi, taka jego natura. Ludzie mówią, że to wieczny tułacz, co rodziny nie chciał założyć, tylko po świecie ganiał, a powiedziane „łączcie i rozmnażajcie”, a Bóg dwa razy powtarzał nie będzie, to go niewidzialnego zrobił i w wiatr zamienił. Teraz tak do końca świata latać będzie, jak jaki głupi. Nigdzie spokoju nie zazna, wszędzie gościem będzie, nigdzie swoim, nigdzie tutejszy. Baltazar lubi wiatr, trochę mu on jego samego przypomina. Też tułacz, też nigdy do swoich nie wróci. Oj, żeby to tak się dało, jak ten wiatr być niewidzialnym, żeby się nikt na twoje kalectwo nie gapił, żeby tak się dało, że cały czas do przodu móc gnać, nie zatrzymywać się, nie słyszeć co o tobie za pleców gadają, to pewnie i tułacza dola taka zła by nie była. Oj, a może nie, a może jeszcze lepiej, żeby to tak było, że można by powrócić na swoje miejsce, do swojej chaty ojcowskiej. Wrosnąć w tamtą ziemię i jak ta brzoza, zostać tam już na zawsze.

*

Gadają ludzie, że słońce zawieszone jest na sznurku i że Bóg ma anioła od nawijania tego sznurka na szpulę. Podobno nie jest to jednak ani Michał, ani Rafał, ale inny jakiś, z imienia nie znany, ostatni w szeregu, całych niebios zakała. Tak wyszkolony w swoim partactwie, że nie ma takiego, co by mu dorównał. Sznurek zamiast codziennie na taką samą wysokość, on rożnie spuszcza, jak mu się akurat uda. Latem tak nisko, że słońce niemiłosiernie praży. Zimą zaś za wysoko, że ledwie je można zobaczyć. Dni przez to też różne. Latem zanim to spuści, to nawinie, dużo czasu mija, słońce sobie trochę na nieboskłonie powisi. A zimą? Zimą odwrotnie

Ty człowieku, skoro jesteś tylko człowiekiem, musisz się dopasować do tej nieudolnej roboty. Latem wstawać wcześnie, kłaść się późno, a zimą, jak kurczę w skorupce, w ciemnościach stale siedzieć. Wszyscy to już wiedzą i tak rozkładają robotę, że ze słońcem stale. I tylko Ignac, co we wszystkim zawsze odwrotnie musi robić, nie tak jak należy, ten Ignac co to jest odmieniec, przechera i fałszywiec, lekce to sobie wszystko waży. On zawsze kładzie się za późno i wstaje długo po tym, kiedy na to pora. On z rana albo w nie swojej stodole, albo w cudzej chałupie, albo w jakim stogu siana, często nie sam. Jak marcowy kocur, rzadko kiedy nocuje u siebie. Bo Ignac to chłopak dziwny, nie taki jak wszyscy w koło. Piękny, chociaż już niemłody. Chociaż niemłody i wcale niebiedny, to jeszcze nieżonaty. Chociaż nieżonaty, to dawno już dzieciaty. Choć dzieciaty, to nikt nie powie o nim tato. Nijak nie wpasowany w gromadę. Nie ma dla niego wśród uczciwych ludzi właściwego miejsca. Z każdym ma nie po drodze, depcze własne ścieżki. Ludzi nie uszanować, wbrew wszystkim robić, czas swój zmitrężyć, na złe sprowadzić, czyjąś krzywdę wyśmiać, słowa nie dotrzymać, co cudze sobie w kieszeń włożyć, tak mu wesoło całe życie płynie. A na przeszkodzie w tych zabawach mało co mu może stawać. Nie krępują go żadne uczucia, bo tych tylko sprawia pozory. Nie przeszkadzają boskie przykazania, bo o te nigdy nie dbał. Nie trzyma go w ryzach sumienie, bo tego nigdy nie miał.

Słońce już na niebie na wysokość chłopa, a on dopiero co zwlókł się z sąsieka. Idzie teraz za stodołami, na skuśkę, przez pola. Idzie marszowym, pewnym, równym krokiem. Plecy ma proste, żadna z trosk nie łamie ich do ziemi. Nie odwraca się na boki ani, Boże broń, nie spojrzy za siebie. Kroczy tak, jakby był jakim królem, papieżem, czy chociaż wójtem, a nie jedynie synem wiejskiego młynarza. Idzie z tą gębą rumianą jak dojrzałe jabłko, z włosami potarganymi jak u narowistego konia, w rozchełstanej koszuli i z głupawym, pustym uśmiechem, bez którego nie nawykł nigdzie wychodzić.

Pola kończą się tam, gdzie ziemia jest zbyt podmokła i porośnięta krzewami. Gdy dochodził w to miejsce, usłyszał:

— Ignacy! Gdzie jesteś? Ignacy!

Przyjemny dla ucha, dźwięczny kobiecy głos, skrępował Ignaca takim strachem, że jak ścięte drzewo padł na ziemie. Jak wąż czołga się w kierunku obniżenia ziemi, w którym chce się ukryć. Drży cały i powtarza przez zaciśnięte zęby:

— Ojcze, któryś w niebie. Ojcze, któryś w niebie. Ojcze, któryś w niebie.

Ten, który w bójce stawał sam przeciw trzem i wychodził bez uszczerbku. Ten, który zarzucał sobie na plecy dwa worki zboża i z nimi podrygiwał w rytm muzyki, przez kobiecy głos leżał teraz na ziemi mokry nie tylko od rosy, ale i od zimnego potu. Drżał, ale nie od chłodu. Nieświadomie wyrywał trawę, rozdrapywał ziemię.

— Ignacy chodź do mnie!

Głos jest coraz wyraźniejszy, zbliża się w jego kierunku, a z przeciwnej strony słychać jeszcze kroki jakieś drugiej osoby. Ogromnym wysiłkiem woli, Ignac zmusił się, żeby odwrócić głowę i spojrzeć do tyłu. Biegł stamtąd chłopiec. Śnieżnobiałe włosy, oczy trochę kose i tak jasnobłękitne, że prawie jak przezroczyste. Jego twarz wydała się Ignacowi dziwnie znajoma.

Gęsto zarośnięty krzewami padół dobrze ukryły Ignaca. Nie został zauważony ani przez chłopca, ani jego matkę, której głos wzbudził w młynarczyku taki przestrach.

— Ignacy, tyle cię szukałam. Mówiłam, żebyś daleko nie odchodził.

Powiedziała do chłopca i wziąwszy go za rękę, odeszła z nim w kierunku z którego przyszła.

Wraz z tym, jak kroki kobiety i chłopca się oddalały, coraz bardziej też uspokajał się oddech Ignaca. Podniósł się trochę na rękach i patrzył jak odchodzą. Znał ją kiedyś dosyć dobrze. Dużo już czasu minęło kiedy widzieli się po raz ostatni. Teraz jednak, nie chciałby znowu spotkać się z nią w cztery oczy. Odkąd tu wróciła ludzie mówią, że jej przyjacielem jest sam diabeł. Podobno kości umie złożyć, poród odebrać, naszeptać gdy skóra kwitnie różą, ale — o czym ludzie mówią już ciszej i tylko w dzień — umie i przekląć w taki sposób, że żaden święty Pański już nie uratuje. Lepiej się z nią nie swarzyć. A gdy już jest się z nią w sporze, to lepiej nie włazić jej przed oczy.

Ignac patrzy za nią, gdy ta się oddala. Obłapił spojrzeniem falujące na boki pełne kobiece kształty. Jego strach słabnie. Chce już wstać i odnowić dawno zerwaną znajomość. Mówić o tym jak bardzo mu jej brakło i jak wiele spraw jest do nadrobienia… W porę jednak przypomniał sobie w jaki sposób zrywał tę znajomość i jakie słowa mówili sobie na pożegnanie.

I znowu przylega do ziemi. Znowu chwyta się mocno trawy. Jego oddech znowu staje się niespokojny.

*

Drewniana podłoga od nowości nie była jeszcze tak dokładnie polerowana. Stara Józefowa szorowała ją kolanami, wciąż napierając na młodego księdza, który starał się zachować dystans. Widział tę kobietę po raz pierwszy w życiu, a ona już zdarzyła tak obcałować mu dłoń, że cała była wilgotna od jej śliny. Księdzu nie specjalnie przypadł do gustu taki rodzaj zażyłości. Był w tej parafii dopiero od kilku dni, nie znał jeszcze ani miejsca, ani ludzi, ani tutejszych zwyczajów, nie był jednak głupi, domyślał się, że takie zachowanie nie może być tutaj naturalnym. W końcu, kiedy staruszka przyparła go do ściany, podniósł głos przebijający się przez jej bezładną gadaninę.

— Na Boga! O co chodzi?!

Ten drobny, jeszcze właściwie młodzieniec, potrafił być władczy, umiał zapanować nad sytuację, pokazać jak ważną jest personą. Chociaż była to dla niego jedynie rola i odgrywał ją tak, jak robi to każdy uliczny aktorzyna.

— Ksiądz musi z nami. Ona umiera. Ksiądz musi. Weźmie co trzeba i jedźmy.

Ksiądz Juliusz nie tracił więcej czasu. Wygnał babę z plebani, a sam szybko pobiegł do kościoła. Zabrał ciało Chrystusa i oleje chorych. Nie minęły dwie zdrowaśki, jak jechał już na podstawionym wozie.

Miał ograniczone ruchy. Obiema rękoma trzymał hostie zamkniętą w metalowej puszeczce. Za sobą cały czas słyszał głos Starej Józefowej. Powtarzała jakieś dziwne, pozlepiane z wielu różnych, poprzekręcane, chaotyczne modlitwy. Przed nim siedział woźnica. Wyjątkowo nieciekawa postać. Na powitanie burknął coś mało zrozumiałego pod nosem i nie odezwał się ani słowa więcej, jakby tyle tylko potrafił powiedzieć. Konia prowadził też jedynie batem, bez żadnego słowa. Niedobre było też to, że albo baba, albo woźnica, albo koń, albo wszyscy razem, albo każde z osobna strasznie śmierdzieli i nijak nie dało się uniknąć wchłaniania tego zapachu. Pomimo tego niezbyt trafionego towarzystwa i mało radosnego celu podróży, ksiądz Juliusz odczuwał coś podobnego szczęściu. Mówiono mu wcześniej, że ludzie ze wsi rzadko kiedy wzywają księdza do ostatniej posługi. Skoro ma to być ostatnia, to odkładają ją na później, zwykle na zbyt późno. Cieszył się, że ktoś po niego posłał. Znaczyło to, że tutejsi ludzie są pobożni, maja silną wiarę i wierzą także w moc ostatniego namaszczenia. Ta wiara pozwalała mu mieć nadzieję, że on kiedyś też odzyska swoją własną.

Ksiądz Juliusz miał bowiem ostatnio bardzo poważny problem. Będąc tym kim był, wątpił czy jego posługa ma jakiekolwiek znaczenie? Czy naprawdę istnieje Bóg, któremu on służy? Czy, jeżeli istnieje i jest wszechmogący, to rzeczywiście potrzebuje tak niegodnego, słabo wierzącego sługi, jak on? Ksiądz Juliusz grzeszył cały czas wątpiąc, ale także grzeszył pychą, bo był przekonany, że wnioski do których doszedł, oczywiste mogły być tylko dla niego. Mniemał bowiem o sobie, że ma umysł sprawniejszy niż otaczający go ludzie. Bo jak może wątpić ta baba, która siedzi za nim? Ona nigdy nawet nie zastanowiła się, czy wierzy i w co właściwie. Te jej modlitwy, które słyszał za sobą, były tak bezładne, że można by je nazwać herezją, gdyby tylko mogła wiedzieć o czym mówi. On zaś, ksiądz Juliusz, nie może sobie pozwolić na taki sposób podejścia do wiary. Ostatnio cały czas nie robi nic innego, jak tylko studiuje dowody na istnienie Boga. Zgłębia je, na pamięć zna długie fragmenty wywodów świętych doktorów, ojców kościoła, które przecież powinny uczynnić jego wiarę trwałą jak granit. A on jednak wątpi. Jego wiara nie ma nic z granitu. Jest z gliny. Jest glinianym naczyniem stojącym na krawędzi stołu. Młody ksiądz grzeszy więc cały czas też tym, że jest nieszczery mówiąc wiernym, że trzeba wierzyć w jedynego Boga, bo on istnieje i da im zbawienie, chociaż sam Juliusz wątpi w prawdziwość swoich słów. Spotkanie ludzi prostych, którzy wierzą w siłę ostatniego namaszczenia, pozwala mu mieć nadzieję, że on też znowu kiedyś uwierzy, że to co robi, ma jednak sens.

Gdyby chociaż jakiś cud, jakiś jeden malutki cud, byłoby mu o wiele łatwiej, dużo prościej.

Jesienne słońce grzało skąpo. Różnobarwne liście leniwie opadały. Wóz ospale toczył się do przodu, z każdym klapnięciem końskich kopyt przybliżając do celu. Juliusz zaciekawiony przyglądał się mijanym krajobrazom. Dopiero niedawno przeniesiono go w te strony. Całe swoje wcześniejsze życie spędził w różnych miastach, dalekich od tego zapomnianego przez Boga, świat i cywilizację miejsca. Dziwiło go tutaj wszystko. Nie mógł się przyzwyczaić do piękna przyrody, które, zdawało mu się, tylko on zauważa, do niezrozumiałych dla niego zachowań tutejszych ludzi, do tego spokoju i do tutejszego czasu, płynącego leniwie jak nigdzie indziej.

Dojechali. Baba, mimo podeszłego wieku, z niespodziewaną sprawnością zeskoczyła z wozu. Pobiegła w kierunku chaty. Nie zdążyła jeszcze wejść do środka, gdy ze środka wyszedł mężczyzna. Nie zdążyła powiedzieć słowa, gdy on przegnał ją, podnosząc rękę w takim geście, jakby chciał ją uderzyć. Niesympatycznie wyglądający osobnik podszedł do wozu i na burknięcie woźnicy odpowiedział czymś podobnie brzmiącym. Ksiądz Juliusz nic z tego nie rozumiał, oni sami jednak rozumieli się bardzo dobrze, ponieważ woźnica zniknął równie szybko, jak wcześniej staruszka.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. — Ksiądz Juliusz zwrócił się do mężczyzny, który jako jedyny został i który jak się wydawało, był tu gospodarzem.

— Niech będzie chwalony i On i Bóg Ojciec i Duch święty i Maryja Dziewica. — odpowiedział gospodarz. I nie widział nic nieodpowiedniego w tym, żeby tak piękne powitanie zakończyć smarknięciem na ziemie. Jedną dziurkę zatkał, a drugą mocno przedmuchał. Trochę się nie do końca to udało, bo smarki ostały się jeszcze na palcach. Wytarł rękę o koszule, a następnie podał ją księdzu, żeby pomóc mu zejść z wozu. Juliusz nie skorzystał z pomocnej dłoni i zgramolił się o własnych siłach.

— Jak się nazywacie?

— Maciej. A wy pewno nowy ksiądz. Stary nie przyjedzie? — Maciej zdawał się nie ufać księdzu Juliuszowi.

— Nie przyjedzie. Ja jestem, on nam jest niepotrzebny. Prowadź mnie do chorego.

Maciej podrapał się w brudną czapę posklejanych włosów. Jeszcze raz spróbował smarknąć, teraz z drugiej dziurki. Zwlekał. Nie miał ochoty zaufać Juliuszowi.

— Ksiądz młody. Da ksiądz radę?

Ksiądz Juliusz trochę się obruszył tym brakiem wiary w jego umiejętności. Okiełznał jednak to uczucie. Najłagodniejszym tonem, na jaki było go stać, powtórzył.

— Prowadź mnie do chorego.

Maciej uznał, że nie warto dłużej dyskutować z nowym księdzem. Odwrócił się, poszedł przodem, prowadził. Poprzez rozmytą błotnistą ścieżkę, omijając co większe kałuże, przeskakując na co większe kamienie. Ominął drzwi do chaty i kierował się do niskich drzwi z drugiej strony domu, do dolepionego do chaty niedużego pomieszczenia. Maciej nie wszedł jednak do środka, zatrzymał się przed wejściem, chciał przodem puścić swojego gościa.

Juliusz zatrzymał się w progu niepewny. Zastanawiał się, czy powinien zostawić tego dziwnego człowieka za sobą, za plecami. Sytuacja wydawała mu się dość osobliwa. Z miejsca do którego go prowadzono czuć było zapach krowiego łajna.

— Idź przodem Macieju.

Maciej wszedł więc pierwszy, Juliusz za nim. Przez chwile jego oczy przyzwyczajały się do ciemności. Niewiele widział, jednak ten zapach, który poczuł już wcześniej, teraz, po otwarciu drzwi, był dużo wyraźniejszy i ksiądz Juliusz był pewien, że wprowadzono go do obory. Chory w oborze? Jak to? Jego, księdza, mają czelność prowadzić tutaj, a nie przyjąć w domu? Jakże to? Chciał już skarcić chłopa, zrugać za bezczelność, ale głos uwiązł mu w gardle, a całe ciało zdrętwiało. Obórka, która wcześniej wydała mu się malutką, wcale taka mała nie była. To, co stało przed jego oczami, co uważał za ścianę, wcale ścianą nie było. Było to ogromne cielsko jakiejś dziwnej bestii. Zamknął i otworzył oczy, jednak to stworzenie pomimo tego, że na jawie nie miało prawa istnieć, to jednak dalej tam było.

— Sam widzi, jak ona wygląda. Niech ksiądz coś zrobi.

Juliusz stał jak wbity w ziemię kołek, bał się ruszyć. Maciej zaś podszedł do tego diabelskiego stworzenia. Poklepywał, skubał, macał i mówił:

— Już tydzień będzie, jak tylko żre i żre, ale się nie wysra i mleka też nie daje. Przeklęła ją ta wiedźma, piekielnica. Ksiądz coś zrobi.

Dopiero teraz ksiądz Juliusz zrozumiał, że to coś, co przed nim stoi, to krowa. Przeogromna, bezkształtna i tak nabrzmiała, że nie chciało się ufać oczom. Zbliżył się ostrożnie. Widział już wcześniej wiele krów, widział też byki, widział nawet kiedyś żubra, ale mógłby przysiąc, że nic z tego co wcześniej widział, nie było tak wielkie, jak to dziwne stworzenie. Z tym, że o ile te wszystkie krowy i byki, i ten żubr były piękne, bo objawił się w nich twórczy geniusz Boga, to zwierzę wyglądało na jego oko, jakby rzeczywiście znieprawione diabelską sztuczką. Było jakby nadmuchane. Nie mogło się ruszać, bo do zbyt małego szkieletu przyczepiono zbyt duże ciało.

— Jestem księdzem. Nie znam się krowich chorobach. — Juliusz był zagubiony. Jechał do umierającego człowieka, a trafił do obory, do jakiegoś dziwnego stwora.

— To nie choroba. Ona zaklęta. Jak ksiądz nie umie, to pojedziemy po starego księdza. On odgoni złe.

— Nie trzeba. Proboszcz powiedziałby to samo co ja. On też nie zna się na krowich chorobach.

Ksiądz Juliusz cofnął się do wyjścia. Wycierał o próg umazane w łajnie buty i już szykował się do odjazdu, ale Maciej prosił jeszcze:

— Niech się ksiądz chociaż pomodli. Może to pomoże.

Juliusz zastanowił się chwilę.

— Modlitwa nigdy nie zaszkodzi.

Nie wchodząc nawet do obory, stojąc w progu, zaczął mówić modlitwę. Najodpowiedniejszą, jak mu się wydało, przeciwko złemu duchowi.

— Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio, contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.