PRZEDMOWA
Istnieją miejsca, które na mapie wyglądają jak zwykłe kropki, ale w rzeczywistości są mikrokosmosami ludzkich namiętności, słabości i tajemnic. Małe miasteczka, wsie, przysiółki — tam, gdzie każdy zna każdego, gdzie sąsiad wie, o której wracasz do domu, a plotka rozchodzi się szybciej niż dym z komina. Takie miejsca fascynują mnie od lat. Bo to właśnie tam, w tych pozornie spokojnych zakątkach, rozgrywają się najbardziej mroczne dramaty. To tam ludzka natura objawia się w czystej postaci — bez miejskiego anonymatu, bez ucieczki w tłum.
„Strażacy” to książka o takim właśnie miejscu. O małej wielkopolskiej wsi, której nazwa mogłaby brzmieć jak tysiąc innych, ale której historia stała się wyjątkowa. To opowieść o tym, co się dzieje, gdy pod powierzchnią normalności zaczyna tlić się ogień — dosłowny i metaforyczny. O tym, jak tajemnice, nawet te najstaranniej ukryte, w końcu wybuchają płomieniami, niszcząc wszystko wokół.
Pisząc tę powieść, inspirowałem się prawdziwymi sprawami, które śledziłem przez lata jako reporter i obserwator polskiej rzeczywistości. Przypadki seryjnych podpalaczy, skandale w zamkniętych wspólnotach, tragedie wynikające z toksycznych relacji. Ale przede wszystkim inspirowałem się ludźmi — tymi, których spotykałem, z którymi rozmawiałem, których losy śledziłem w aktach sądowych i policyjnych raportach. Bo prawda jest taka: my wszyscy jesteśmy bohaterami tej książki. Nie dosłownie, oczywiście — ale w tym sensie, że każdy z nas nosi w sobie potencjał do dobra i zła, do miłości i nienawiści, do prawdy i kłamstwa. Każdy z nas staje przed wyborami, które mogą zaważyć na całym życiu.
Postaci, które spotkacie na kartach „Strażaków”, nie są jednowymiarowe. Nie są „dobrymi” ani „złymi” w prostym tego słowa znaczeniu. Są skomplikowane, pełne wewnętrznych sprzeczności, uwikłane w relacje, które je definiują i unicestwiają. Komendant strażaków, który próbuje być wzorem, ale popada w romans niszczący jego rodzinę. Zakonnica, która szuka miłości w miejscu, gdzie powinna znajdować tylko Boga. Policyjna śledcza, która walczy o prawdę, choć wie, że prawda może być bardziej bolesna niż kłamstwo. To są ludzie, których moglibyście spotkać na ulicy, w kościele, w urzędzie. Ludzie tacy jak my.
I to właśnie czyni tę historię uniwersalną. Bo choć dzieje się ona w konkretnym miejscu, w konkretnym czasie, dotyka problemów, które nie znają granic geograficznych ani społecznych. Samotność. Hipokryzja. Strach przed ujawnieniem. Desperacka potrzeba bycia kimś innym, niż wszyscy od nas oczekują. To są emocje, które znamy wszyscy — niezależnie od tego, czy mieszkamy na wsi, czy w wielkim mieście, czy jesteśmy wierzący, czy nie.
Ogień w tej książce pełni szczególną rolę. Jest narzędziem zbrodni, ale też symbolem. Ogień oczyszcza — tak przynajmniej wierzą niektóre z postaci. Ale czy naprawdę? Czy można spalić przeszłość i zacząć od nowa? Czy ogień niszczy tylko winę, czy również niewinność? Te pytania zadawałem sobie podczas pisania każdej sceny, każdego dialogu. I wierzę, że czytelnik również będzie je sobie zadawał — długo po zamknięciu ostatniej strony.
„Strażacy” to powieść kryminalna, ale nie tylko. To też opowieść społeczna, portret wspólnoty, w której fasada przyzwoitości kryje ropiejące rany. To książka o Polsce prowincjonalnej — nie w sensie geograficznym, ale mentalnym. O Polsce, która na zewnątrz jest katolicka, tradycyjna, spokojna — ale w środku kipi od tłumionych namiętności, niewypowiedzianych pretensji, ukrytych grzechów. To Polska, którą znamy z nagłówków gazet, gdy wybuchają kolejne skandale. Ale też Polska, w której żyją normalni ludzie, próbujący jakoś przetrwać w świecie, który nieustannie wymaga od nich bycia kimś, kim nie są.
Pisząc tę książkę, starałem się zachować równowagę między wiarygodnością a emocjonalnym zaangażowaniem. Korzystałem ze specjalistycznego słownictwa — pożarniczego, policyjnego, medycznego — bo wierzę, że detale budują autentyczność. Ale przede wszystkim starałem się opowiadać historię, która porusza, prowokuje, zmusza do refleksji. Bo po to są książki — nie tylko żeby nas bawić, ale żeby nas zmieniać.
Nie ukrywam, że „Strażacy” to powieść mroczna. Nie ma tu łatwych odpowiedzi, nie ma prostych podziałów na bohaterów i złoczyńców. Jest za to prawda — bolesna, niewygodna, ale konieczna. Bo tylko poprzez konfrontację z prawdą możemy zrozumieć, kim jesteśmy jako społeczeństwo, jako wspólnota, jako ludzie.
Mam nadzieję, że ta książka was poruszy. Że sprawi, że będziecie myśleć o ludziach wokół was — o tych, których znacie, i o tych, których nie znacie. Że zastanowicie się, jakie tajemnice kryją, jakie ciężary dźwigają, jakie walki toczą w samotności. Bo każdy z nas ma swoją historię. I każda historia zasługuje na to, by została opowiedziana.
Zapraszam do Wielkich Lipień. Do miejsca, które nie istnieje — ale które jest prawdziwsze niż większość rzeczywistych wsi. Do świata, w którym ogień płonie nie tylko w piecach i na kominach, ale także w sercach ludzi. I pamiętajcie: czasem najgorsze pożary to te, których nie widać.
Autor
Kwiecień 2024
ROZDZIAŁ 1: ALARM
Trzask rozdzieranego drewna i świst płomieni to dźwięki, które każdy strażak zna na pamięć. Ale tej nocy, 17 września, w powietrzu wisiało coś więcej — mdląca woń palonej żywicy mieszała się z czymś niepokojącym, czymś, co doświadczony nos wyczuwa instynktownie. Jerzy Kowalczyk wiedział to już w chwili, gdy syrena rozdarła ciszę Wielkich Lipień o trzeciej dwadzieścia siedem nad ranem.
Komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w Wielkich Lipnach spał lekko od dwudziestu trzech lat — dokładnie tyle, ile minęło od jego pierwszego, zakończonego niepowodzeniem, wyjazdu do płonącej stodoły na Zawodziu. Wtedy, jako osiemnastolatek, zaspał alarm i przez następny miesiąc dostawał od starszych kolegów przezwisko „Śpioch”. Teraz, w wieku czterdziestu jeden lat, Kowalczyk budził się jeszcze zanim telefon zdążył zawibrować po raz drugi na nocnej szafce.
— Kowalczyk, słucham — powiedział do słuchawki, już siadając na łóżku.
— Komendant, mamy pożar — głos dyżurnego z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Koninie brzmiał nerwowo. — Stodoła na posesji Witolda Krawczyka, Dębowa Góra numer siedemnaście. Zgłoszenie wpłynęło cztery minuty temu. Sąsiedzi widzą płomienie i dym.
— Uruchamiam — rzucił krótko Kowalczyk i rozłączył się, nie czekając na odpowiedź.
Obok niego poruszyła się żona Małgorzata.
— Znowu? — mruknęła sennie.
— Śpij — szepnął, już wkładając spodnie. — Wrócę rano.
Ale Małgorzata już nie spała. Usiadła, objęła się ramionami, patrząc jak mąż sprawnym ruchem wpycha stopy w zimowe buty, chwyta kluczyki od samochodu i służbowy telefon. Nie powiedziała nic więcej. Po dwudziestu latach małżeństwa ze strażakiem ochotnikiem nauczyła się, że najlepiej jest milczeć. Pytania zadawała później, przy śniadaniu, gdy wracał cuchnący dymem i potem, z podkrążonymi oczami.
Kowalczyk zbiegł po schodach swojego parterowego domu na obrzeżach Wielkich Lipień i wyskoczył w chłodną wrześniową noc. Silnik stojącego na podjeździe volkswagena caddy — służbowego pojazdu komendanta — zakaszlał i zawył. W oddali, z kierunku centrum wsi, dobiegała już syrena alarmowa montowana na dachu remizy OSP. Uruchamiała się automatycznie, gdy dyżurny z komendy powiatowej aktywował system powiadamiania.
Jechał przez śpiącą wieś, mijając ciemne domy, przed którymi tu i ówdzie zapalały się światła. Mieszkańcy Wielkich Lipień przywykli do nocnych alarmów — w końcu byli to ludzie ze wsi, gdzie każdy wiedział, że strażacy ochotnicy to nie zawodowcy z miasta. To sąsiedzi, którzy zostawiają ciepłe łóżka, przerywają rodzinne obiady, wychodzą z pracy, bo ktoś ich potrzebuje. Bo gdzieś płonie.
Remiza OSP w Wielkich Lipnach nie była imponującym budynkiem. Wzniesiona z czerwonej cegły w latach osiemdziesiątych, odremontowana dziesięć lat temu dzięki dotacji z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska, prezentowała się skromnie, ale funkcjonalnie. Parter: dwie bramy garażowe, za nimi dwa wozy bojowe — średni GCBA Star 266 z cysterną o pojemności trzech tysięcy litrów oraz lżejszy GBA Mercedes z lat dziewięćdziesiątych. Piętro: sala konferencyjna, kuchnia, sanitariaty i to, co stanowiło dumę jednostki — mała siłownia wyposażona ze składek członków OSP oraz niewielka sala z nagłośnieniem, w której co sobotę odbywały się wiejskie zabawy przynoszące jednostce dodatkowy dochód.
Gdy Kowalczyk wjechał na plac przed remizą, silnik Stara już warczał. Przy wozie krzątało się czterech strażaków. Komendant rozpoznał ich nawet w słabym świetle latarni — trudno było nie rozpoznać, skoro większość z nich znał od dzieciństwa.
— Ziutek, siedzisz za kierownicą! — krzyknął, wysiadając z caddy.
Zdzisław „Ziutek” Pawlak, sześćdziesięciotrzyletni weteran OSP, były kierowca wojskowy, a obecnie emeryt, zasalutował leniwie. Mimo późnej pory był w pełni przytomny, z charakterystyczną papierosową cegarą tkwiącą w kąciku ust.
— Już się grzeję, komendant — odkrzyknął. — Damian siedzi z tyłu, Grzesiek i Radek też. Czekamy na ciebie.
Damian Nowicki, dwudziestoośmiolatek, najmłodszy w jednostce, wychylił głowę z tylnej części wozu, gdzie zajmował miejsce przy ławce wyposażonej w aparaty powietrzne. Wysoki, szczupły, z krótko przyciętymi jasnymi włosami, był pełen energii nawet o trzeciej nad ranem.
— Komendant, to już czwarty pożar w tym miesiącu — powiedział, gdy Kowalczyk wspinał się do kabiny. — Coś mi tu nie gra.
— Porozmawiamy później — uciął Kowalczyk, zapinając pas. — Ziutek, ruszamy. Dębowa Góra, posesja Krawczyków.
— Wiem, wiem — mruknął Ziutek, wrzucając jedynkę. — Radio już podało szczegóły.
Star wyruszył z rykiem silnika, syrena zawyła przeraźliwie. Za nimi, z minutowym opóźnieniem, wyruszył Mercedes kierowany przez Staśka Woźniaka, czterdziestoparoletniego mechanika samochodowego i zastępcę komendanta. W mercedesie jechało dodatkowo trzech strażaków — Karolina Mazur, jedyna kobieta w jednostce, oraz dwaj bracia Kołodziejowie, Marek i Tomasz, miejscowi rolnicy.
Konwój pędził wąską asfaltową drogą w kierunku Dębowej Góry, przysiółka oddalonego o pięć kilometrów od centrum Wielkich Lipień. Kowalczyk, trzymając się uchwytu nad drzwiami, obserwował migające za szybą sosny i przydrożne krzyże. Znał tę okolicę jak własną kieszeń. Dębowa Góra to ledwie kilkanaście gospodarstw rozrzuconych wśród pól i lasów, na uboczu głównego szlaku komunikacyjnego. Witold Krawczyk, którego stodoła płonęła, to sześćdziesięciolatek, samotny od śmierci żony sprzed trzech lat. Hodował krowy, uprawiał trochę ziemi. Spokojny człowiek, regularnie pojawiający się na mszach w licheńskim sanktuarium.
— Widzę refleksy — powiedział nagle Grzegorz Bąk, pięćdziesięcioletni hydraulik, który siedział obok Damiana. — O tam, ponad drzewami.
Faktycznie, na tle czarnego nieba widać było pomarańczową łunę. Ogień musiał być spory.
— Przygotować prądownice! — rozkazał Kowalczyk. — Damian, zakładaj aparat. Ziutek, jak tylko wjedziemy, ustawiasz wóz tak, żeby mieć bezpośredni dostęp do zbiornika. Sprawdzamy, czy mamy wodę w studni przydrożnej.
— Znam tę studnię — odparł Ziutek, krzywiąc się. — Marny wydatek. Trzeba będzie ciągnąć z rzeki albo czekać na dowóz z komendy.
Kowalczyk zaklął w duchu. Typowa wiejska rzeczywistość — brak sieci wodociągowej, studnie kopane o małej wydajności, najbliższe hydranty kilometry dalej. W takich warunkach każdy pożar stawał się wyzwaniem logistycznym.
Gdy wjechali na teren posesji Krawczyka, scena, która ich przywitała, była jednocześnie fascynująca i przerażająca. Stodoła — potężna drewniana konstrukcja z lat sześćdziesiątych, mogąca pomieścić kilkadziesiąt ton siana — płonęła jak pochodnia. Płomienie wystrzelały przez zapadnięty dach, a dym unosił się gęstym, czarnym słupem w bezchmurne nocne niebo. Żar był tak intensywny, że Kowalczyk poczuł jego falę już z odległości dwudziestu metrów.
Przed domem stał Witold Krawczyk w pidżamie i gumowcach, z nieprzytomnym wyrazem twarzy. Obok niego dwóch sąsiadów, którzy najwyraźniej przybiegli na pomoc. Jeden trzymał w ręku ogrodowy wąż, kompletnie bezużyteczny wobec takiego żywiołu.
— Panie Witoldzie! — krzyknął Kowalczyk, wyskakując z kabiny. — Czy w stodole jest ktoś? Zwierzęta?
Krawczyk pokręcił głową, wciąż wpatrując się w płomienie.
— Krowy… krowy w oborze, obok… Stodoła pusta… tylko siano… i maszyny…
— Dobrze. Proszę się odsunąć, zajmiemy się tym!
Kowalczyk odwrócił się do swoich ludzi. Strażacy już wyskakiwali z wozów, sprawnie rozwijając węże, przygotowując sprzęt. To była dobrze zgrana ekipa. Komendant czuł do nich dumę — może nie byli zawodowcami, ale wiedzieli, co robią.
— Damian, ty i Grzesiek — pierwsza prądownica, atak od frontu! — wydawał rozkazy szybko, głośno, precyzyjnie. — Karolina, Marek, druga linia — osłonięcie domu i obory! Stachu, sprawdź źródło wody!
— Komendant, studnia to kpina — odkrzyknął Woźniak, już przy pokrywie studziennej. — Ledwie 90 litrów daje na minutę. Nie starczy nam.
— Wtedy działamy z cystern i wchodzimy w defensywę — odparł Kowalczyk. — Skupiamy się na osłonie zabudowań mieszkalnych. Stodołę odpuścimy, tam już nic nie uratujemy.
Damian i Grzegorz, podłączeni do pompy Stara, ruszyli z prądownicą w kierunku płonącej stodoły. Damian miał założony aparat powietrzny, choć jeszcze nie aktywował maski — temperatura była wprawdzie wysoka, ale dym unosił się głównie ku górze. Grzegorz, bardziej doświadczony, pilnował linii węża, dbając o to, by się nie zapętlił.
— Woda! — krzyknął Damian.
Ziutek uruchomił pompę. W pierwszej chwili z prądownicy wystrzeliła tylko para i powietrze, potem potężny strumień wody pod ciśnieniem sześciu barów uderzył w ścianę płomieni. Efekt był natychmiastowy — gorąca para eksplodowała w powietrze, sycząc i mrucząc.
— Do cholery, jak tu gorąco! — sapnął Damian, cofając się o krok.
— Trzymaj linię! — warknął Grzegorz. — Nie możesz dać płomieniom przeskoczyć na dom!
Walczyli z żywiołem przez piętnaście minut, strumień za strumieniem gasząc wybuchające co chwilę nowe ogniska. Kowalczyk koordynował akcję, stale monitorując zasoby wody w cysternie. Trzy tysiące litrów to brzmi imponująco, ale w praktyce, przy dwóch działających prądownicach o wydajności trzystu litrów na minutę, wystarczało na ledwie pięć minut intensywnego natarcia.
— Komendant, mamy problem — dobiegł go głos Staśka. — Poziom w cysternie spada szybciej niż przewidywaliśmy.
— Wiem. Przełączamy się na obronę domu i obory. Damian, Grzesiek — wycofujecie się! Skupiamy się na osłonie!
W tym momencie nastąpiło coś, czego Kowalczyk nie przewidział. Dach stodoły, osłabiony przez ogień, załamał się z ogłuszającym trzaskiem, a fala iskier i rozgrzanego powietrza wyrzuciła się na zewnątrz niczym podmuch z pieca hutniczego. Damian zachwiał się, ale utrzymał równowagę. Grzegorz mniej szczęśliwy — potężny fragment płonącej belki zwaliła się zaledwie metr od niego, rozpryskując snop żarzących się węgli.
— Wszyscy do tyłu! — wrzasnął Kowalczyk. — Budynek się wali!
Strażacy wycofali się pospiesznie, ciągnąc ze sobą węże. Stodoła, tracąc konstrukcję nośną, zapadała się w sobie niczym domek z kart. W ciągu następnych trzech minut przekształciła się w jedno wielkie ognisko.
Kowalczyk, stojąc w bezpiecznej odległości, obserwował ten spektakl zniszczenia. Czterdzieści lat budowania, pokolenia ciężkiej pracy — wszystko strawione przez ogień w mniej niż godzinę. A on, komendant z dwudziestotrzyletnią praktyką, nie mógł nic zrobić. Mógł tylko patrzeć.
— Komendant, pogotowie ratunkowe jedzie — zawołała Karolina, trzymając w ręku telefon. — I komenda wojewódzka wysyła wsparcie. Będą za dwadzieścia minut.
— Dobrze — mruknął Kowalczyk. — Niech sprawdzą pana Witolda. Może być w szoku.
Rzeczywiście, Witold Krawczyk stał wciąż w tym samym miejscu, z tą samą nieobecną miną. Jeden z sąsiadów okrył go kocem i próbował nakłonić do wejścia do domu, ale stary rolnik nie reagował. Patrzył na zgliszcza swojej stodoły, jakby wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
Gdy przyjechało wsparcie z komendy wojewódzkiej — dwa wozy GBA z zawodowymi strażakami — sytuacja była już praktycznie opanowana. Stodoła zamieniła się w dymiące ruiny, dom i obora pozostały nietknięte. Zawodowcy przejęli dogaszanie, a ludzie Kowalczyka mogli wreszcie odsapnąć.
Damian zdjął hełm i usiadł ciężko na stopniu wozu. Twarz miał umazaną sadzą, oczy zaczerwienione od dymu. Karolina podała mu butelkę wody.
— Dzięki — wydusił, pijąc łapczywie.
— Nic ci nie jest? — zapytała.
— Poza tym, że czuję się jak przesmażona kiełbasa? Nie, wszystko gra.
Karolina Mazur, dwudziestodziewięcioletnia pielęgniarka ze szpitala w Koninie, była strażakiem od zaledwie dwóch lat. Wstąpiła do OSP po tym, jak podczas wiejskiego festynu zobaczyła pokazowy trening z użyciem sprzętu hydraulicznego. Fascynacja sprzętem, adrenaliną i możliwością pomocy innym przeważyła nad obawami związanymi z wejściem do męskiego środowiska. Początkowo koledzy traktowali ją protekcjonalnie, ale szybko udowodniła, że radzi sobie równie dobrze jak oni — a czasem nawet lepiej, zwłaszcza gdy potrzebna była precyzja i zimna krew.
— Damian ma rację — odezwał się Grzegorz, podchodząc do nich. — Coś tu nie gra.
— O czym ty mówisz? — zapytała Karolina.
— O tym, że to już czwarty pożar w tym miesiącu — wyjaśnił Grzegorz, ściszając głos. — Najpierw spłonęła Jurkowskim stodoła w Rudzie. Potem las przy trasie do Lichenia. Tydzień temu garaż Maliniaka. A teraz znowu stodoła. Wszystko w promieniu pięciu kilometrów.
— Pożary to normalna sprawa na wsi — wtrąciła Karolina. — Zwłaszcza jesienią. Ludzie palą liście, śmieci…
— Normalna sprawa, jasne — przerwał jej Damian. — Ale cztery w miesiąc? I wszystkie w nocy? I wszystkie daleko od innych budynków, jakby ktoś specjalnie wybierał odludne miejsca?
Karolina zmarszczyła brwi. Faktycznie, gdy się tak nad tym zastanowić…
— Myślisz, że to celowe?
— Nie wiem, co myślę — przyznał Damian. — Ale jeśli miałbym stawiać, to postawiłbym, że grasuje nam jakiś świr. Podpalacz.
Rozmowę przerwało pojawienie się komendanta Kowalczyka. Wyglądał na zmęczonego, ale też na skupionego.
— Dobra robota, wszyscy — powiedział. — Karolino, spisz protokół z akcji. Damian, Grzegorz — pomóżcie chłopakom z wojewódzkiej w dogaszaniu. Ziutek już wraca z cysterną do remizy, żeby napełnić. Stachu pilnuje sprzętu.
— Komendant — odezwał się Damian — rozmawialiśmy tutaj i… no, zastanawialiśmy się…
— Nad czym? — zapytał Kowalczyk, choć ton jego głosu sugerował, że doskonale wie, nad czym.
— Nad tym, że tych pożarów jest jakoś dużo ostatnio.
Kowalczyk milczał przez chwilę, po czym skinął głową.
— Też to zauważyłem — przyznał. — I nie tylko ja. Dzwoniłem już do komendy powiatowej. Jutro mają przyjechać z policji, żeby porozmawiać. I inspektor BHP też się zainteresował.
— Czyli myślisz, że to podpalenia? — naciskał Damian.
— Nie wiem, co myślę — odparł komendant, niemal słowo w słowo powtarzając odpowiedź Damiana. — Ale wolę dmuchać na zimne. Jeśli rzeczywiście ktoś celowo wywołuje te pożary, to lepiej, żebyśmy to wykryli szybko, zanim ktoś zginie.
Ostatnie słowo zawisło w powietrzu jak złowróżbna przepowiednia.
Dogaszanie trwało kolejne dwie godziny. Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły rozjaśniać horyzont, stodoła była już tylko dymiącą stertą zwęglonego drewna i zdeformowanego metalu. W chłodnym porannym powietrzu unosił się charakterystyczny, ciężki zapach spalenizny — mieszanka spalonego siana, drewna, gumy i czegoś jeszcze. Czegoś, czego Kowalczyk nie potrafił jednoznacznie zidentyfikować, ale co niepokojąco kojarzyło mu się z benzyną.
Jednym z zawodowych strażaków, którzy przyjechali z komendy wojewódzkiej, był starszy brygadier Piotr Laskowski, ekspert od dochodzeń pożarowych. Mężczyzna po pięćdziesiątce, z siwiejącymi włosami i spojrzeniem twardym jak stal, krążył po zgliszczach, robiąc zdjęcia i notując uwagi w małym notesie.
Kowalczyk podszedł do niego, gdy ten klęczał przy fragmencie zwęglonej belki.
— Coś znalazłeś? — zapytał.
Laskowski podniósł wzrok.
— Jerzy, prawda? Komendant z Wielkich Lipień?
— Tak jest.
— Mówiłeś, że to czwarty pożar w tym miesiącu w waszej gminie?
— Czwarty poważny. Drobniejszych incydentów było więcej, ale to standard — odparzanie traw, kompostowniki, takie rzeczy.
Laskowski wstał, otrzepując kolana.
— Chodź ze mną — powiedział. — Chcę ci coś pokazać.
Przeszli przez dymiące ruiny w kierunku tylnej ściany stodoły, która częściowo się ostała. Laskowski wskazał na kilka szczegółów — nieregularny wzór spalenia drewna, dziwne plamy na ziemi, nadtopiony kawałek plastiku.
— Widzisz to? — zapytał. — To tzw. głęboki ogar. Powstaje, gdy temperatura spalania jest wyjątkowo wysoka, zazwyczaj powyżej ośmiuset stopni Celsjusza. A tutaj — wskazał na plamę — mamy resztki czegoś, co wygląda na płyn łatwopalny. Może benzyna, może diesel. Dopiero ekspertyza laboratoryjna to potwierdzi.
Kowalczyk poczuł, jak ściska mu się żołądek.
— Więc to było podpalenie?
— Nie powiedziałem tego — zastrzegł Laskowski. — Powiedziałem, że są przesłanki sugerujące użycie przyspieszonego spalania. Może być tysiąc powodów. Może pan Krawczyk przechowywał w stodole kanister z benzyną do kosiarki. Może jakieś stare farby, rozpuszczalniki. A może ktoś faktycznie to podłożył. Nie wyciągam pochopnych wniosków.
— Ale jeśli połączymy to z tymi innymi pożarami…
— Wtedy mamy wzorzec — dokończył Laskowski. — I wtedy rzeczywiście powinniśmy zacząć się martwić. Dlatego właśnie dziś po południu przyjedzie do was inspektor z wydziału kryminalnego. Będzie chciał z tobą porozmawiać, przejrzeć dokumentację wszystkich ostatnich pożarów. I będzie chciał porozmawiać z waszym sołtysem, z pracownikami urzędu gminy. Standardowa procedura.
— Rozumiem — mruknął Kowalczyk.
— Jerzy — powiedział Laskowski, kładąc mu rękę na ramieniu — jeśli to faktycznie podpalacz, to mamy problem. Bo piroman to nie ktoś, kto odpali raz i zniknie. To ktoś, kto będzie podpalał dalej. I zazwyczaj jego działania eskalują. Dzisiaj stodoła, jutro może być dom z ludźmi w środku.
Słowa Laskowskiego odbijały się echem w głowie Kowalczyka, gdy godzinę później wracał do remizy na czele swojej zmęczonej ekipy. Słońce już wstało, wieś budziła się do życia. Mijali dzieci idące do szkoły, kobiety wychodzące z chlebem na przydrożne kapliczki, mężczyzn spieszących do pracy.
Normalne, spokojne, prowincjonalne życie.
A gdzieś, być może w jednym z tych domów, za jednym z tych okien, siedział ktoś, kto nocami wychodził i podpalał. Ktoś, kto czerpał satysfakcję z widoku płomieni, z wycia syren, z ludzkiego nieszczęścia.
W remizie strażacy zaczęli rutynowo sprzątać sprzęt. Węże trzeba było rozwinąć i wysuszyć, aparaty powietrzne sprawdzić i uzupełnić, narzędzia uporządkować. Każda akcja kończyła się godzinami porządkowania — żmudna, nieefektowna praca, o której nie pisze się w gazetach, ale bez której żadna jednostka straży nie może funkcjonować.
Damian, zrzucając hełm do szafki, odwrócił się do komendanta.
— Szef, mogę coś powiedzieć?
— Mów.
— Ta stodoła… mogę się mylić, ale przysięgam, że czułem benzynę. Nie tylko ja. Grzesiek też to wyczuł.
Kowalczyk skinął głową.
— Brygadier Laskowski znalazł ślady płynu łatwopalnego. Będą robić ekspertyzę.
— Więc to jednak…
— Nie wiemy jeszcze nic na pewno — przerwał mu Kowalczyk. — Ale tak, możliwe że to podpalenie. I możliwe że te wcześniejsze też. Policja będzie to badać.
Karolina, która właśnie kończyła spisywać protokół na komputerze w biurze na piętrze, zbiegła po schodach.
— Komendant, dzwoniła żona. Kazała przekazać, że śniadanie stygnie.
Kowalczyk uśmiechnął się blado.
— Powiedz jej, że będę za dziesięć minut.
Ale wiedział, że nie będzie w stanie jeść. Wiedział, że gdy tylko zamknie oczy, zobaczy płomienie. Usłyszy trzask walącego się dachu. Poczuje ten dziwny, niepokojący zapach.
I pomyśli o tym, co powiedział Laskowski. O eskalacji. O tym, że piroman nigdy nie zadowala się jednym podpaleniem.
Wyszedł przed remizę, zapalił papierosa — nałóg, który podjął w wojsku i od lat bezskutecznie próbował rzucić. Patrzył na spokojną, senną wieś. Na kościelną wieżę majaczy w oddali. Na szosę prowadzącą do Lichenia, gdzie co roku setki tysięcy pielgrzymów zmierzało do sanktuarium Matki Boskiej Licheńskiej.
Wielkie Lipnie. Tysiąc dwieście mieszkańców. Trzy sklepy, jeden bar, jeden urząd pocztowy, remiza strażacka i kościół. Nie działo się tu nigdy nic szczególnego. Ludzie rodzili się, pracowali, umierali. Normalne życie.
Aż do teraz.
Aż do tych pożarów.
Kowalczyk zgasił niedopałek pod butem i ruszył do samochodu. Czekał go jeszcze raport dla władz gminy, rozmowa z sołtysem, a po południu — z policją.
Ale przede wszystkim czekało go pytanie, które nie dawało mu spokoju:
Kto?
Kto podpala w Wielkich Lipnach?
I dlaczego?
Na odpowiedzi przyjdzie mu poczekać. Ale gdy już nadejdą — za kilka tygodni, po śledztwie, po przesłuchaniach, po odkryciach, które wstrząsną całą okolicą — okażą się straszniejsze, niż mógłby sobie wyobrazić w najbardziej ponurych koszmarach.
Tej nocy, wracając do domu, do czekającej żony i stygnącego śniadania, Jerzy Kowalczyk był jeszcze tylko komendantem ochotniczej straży pożarnej w małej wielkopolskiej wsi. Kimś, kto gasi pożary i ratuje ludzi.
Za miesiąc będzie świadkiem w jednym z najbardziej szokujących śledztw w historii polskiej prowincji.
Ale tego jeszcze nie wiedział.
Jeszcze.
ROZDZIAŁ 2: TRADYCJA I WSPÓŁCZESNOŚĆ
Sobotni wieczór w Wielkich Lipnach miał swój niepowtarzalny rytm. O osiemnastej zamykał się ostatni sklep, o dziewiętnastej kościelny dzwon wzywał na nieszpory, a o dwudziestej w remizie strażackiej zaczynała się zabawa. Ta tradycja trwała od lat dziewięćdziesiątych, odkąd ówczesny komendant, Bronisław Malinowski, wpadł na pomysł, że jednostka OSP może dorobić, wynajmując salę na piętrze pod potańcówki. Przez pierwsze lata był to tylko skromny przychód — jakieś wesele co kwartał, może urodziny, może stypa. Ale z czasem sobotnie zabawy stały się instytucją. Ludzie przyzwyczaili się, że w każdą sobotę, z wyjątkiem Wielkiego Postu, w remizie można zatańczyć, wypić piwo, spotkać sąsiadów.
Teraz, dziesięć dni po pożarze stodoły Krawczyków, Jerzy Kowalczyk stał przy barze na piętrze remizy i obserwował tłum. Sala, mieszcząca spokojnie osiemdziesiąt osób, była wypełniona w trzech czwartych. Jak na koniec września, to przyzwoity wynik. Grała lokalna kapela „Iskra” — trzech emerytowanych muzyków z pobliskiego Konina, którzy za trzysta złotych potrafili utrzymać parkiet w ruchu przez cztery godziny. Ludzie tańczyli walczyka, chociaż nikt specjalnie nie dbał o kroki. Wiejskie zabawy nie były miejscem na formalności.
— Komendant, jeszcze jedno? — zapytał Staszek Woźniak, stojąc po drugiej stronie baru.
Staszek, oprócz pełnienia funkcji zastępcy komendanta, w sobotnie wieczory wcielał się w rolę barmana. Miał do tego talent — potrafił jednocześnie nalewać piwo, wydawać resztę i prowadzić pogawędkę z trzema różnymi osobami.
— Dawaj — mruknął Kowalczyk, przesuwając w jego stronę pustą szklankę. — Ale to ostatnie. Małgosia kazała mi wrócić trzeźwym.
— A od kiedy to słuchasz żony? — zaśmiał się Staszek, nalewając półlitrowy kufel jasnego. — Znam cię, Jerzy. Za godzinę będziesz przy trzecim.
Kowalczyk nie odpowiedział, bo w tym momencie jego uwagę przyciągnęła scena przy wejściu. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł ksiądz Tadeusz Broniewicz, proboszcz parafii Wielkie Lipnie. Pojawienie się duchownego na wiejskiej zabawie nie było samo w sobie nadzwyczajne — ksiądz Tadeusz, sześćdziesięciolatek o prostej, otwartej twarzy i charakterystycznym siwym wąsie, uchodził za człowieka ludu. Potrafił i przy ołtarzu stanąć, i kartę w remiku zagrać, i kieliszek wypić. Ale coś w jego postawie, w sposobie, w jaki rozglądał się po sali, mówiło Kowalczykowi, że ksiądz nie przyszedł tu dla rozrywki.
— Dobry wieczór, księże proboszczu — przywitał go komendant, gdy duchowny podszedł do baru.
— Niech będzie pochwalony — odpowiedział mechanicznie ksiądz Tadeusz. — Jerzy, musimy porozmawiać.
— Coś się stało?
— Stało — potwierdził ksiądz, ale nie rozwinął tematu. — Może wyjdziemy na zewnątrz? Tu za głośno.
Kowalczyk skinął głową i ruszył za księdzem, który już kierował się do wyjścia. Staszek posłał komendantowi pytające spojrzenie, ale Jerzy tylko wzruszył ramionami. Wyszli na zewnętrzny korytarz, gdzie hałas muzyki był znośniejszy. Przez okno widać było plac przed remizą, na którym stało kilkanaście samochodów.
— O co chodzi, księże? — zapytał Kowalczyk.
Ksiądz Tadeusz przez chwilę milczał, jakby dobierał słowa.
— Jerzy, ile lat się znamy?
— Dobre dwadzieścia.
— Dwadzieścia trzy — sprecyzował ksiądz. — Od twojego ślubu. Pamiętam, jak cię i Małgosię błogosławiłem. Pamiętam, jak chrzciliśmy wasze dzieci. Myślę, że mogę mówić otwarcie.
— Zawsze mógł ksiądz.
— W takim razie powiem wprost — ksiądz Tadeusz wyprostował się, jakby przygotowywał się do wyznania czegoś trudnego. — Martwię się tym, co się dzieje w tej remizie.
Kowalczyk zmarszczył brwi.
— W jakiej remizie? W tej?
— Właśnie w tej.
— Nie rozumiem. Mówi ksiądz o zabawach? Bo jeśli tak, to wszystko odbywa się zgodnie z przepisami. Mamy zezwolenie z urzędu gminy, płacimy podatki…
— Nie o zabawy mi chodzi — przerwał mu ksiądz. — Chodzi mi o to, co dzieje się tu wtedy, gdy zabawy się kończą.
Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko odległą muzyką dobiegającą z sali.
— Księże, naprawdę nie wiem, o czym ksiądz mówi — powiedział w końcu Kowalczyk, i było w jego głosie autentyczne zdziwienie.
Ksiądz Tadeusz westchnął ciężko.
— Jerzy, w parafii ludzie mówią. Plotki, owszem, ale takie, których nie można ignorować. Mówi się, że w tej remizie, w nocy, odbywają się… spotkania. Niestosowne spotkania.
— Niestosowne? — Kowalczyk czuł, jak narasta w nim irytacja. — Co to ma znaczyć?
— Orgię — powiedział ksiądz wprost, patrząc mu prosto w oczy. — Ludzie mówią, że w sobotnie noce, gdy zabawa się kończy i ostatni goście rozchodzą się do domów, tu zostają niektórzy. I że robią rzeczy… niegodne.
Kowalczyk przez moment stał osłupiały. Potem parsknął śmiechem.
— Księże, z całym szacunkiem, ale to kompletny absurd. Kto miałby tu urządzać orgie? Strażacy? Mamy średnią wieku pięćdziesiąt lat, połowa z nas ma problemy z kręgosłupem, a Ziutek ledwo chodzi o kulach po wypadku sprzed trzech lat.
— Nie mówię, że to strażacy — odparł spokojnie ksiądz. — Mówię, że ktoś wynajmuje tę salę. Że ma do niej klucz. I że wykorzystuje ją do celów, które… cóż, które nie są zgodne z duchem chrześcijańskim.
— Kto niby miałby taki klucz? — zapytał Kowalczyk, choć pytanie było retoryczne. Wiedział doskonale, kto miał dostęp do remizy. — Klucze mam ja, mój zastępca Staszek i Karolina, która prowadzi sekretariat. To wszystko.
— A jesteś pewien, że nikt nie zrobił sobie kopii?
To pytanie zawisło w powietrzu. Kowalczyk chciał zaprzeczyć, ale nagle dotarło do niego, że tak naprawdę nie może być pewien niczego. Klucze leżały w szafce w jego gabinecie. Teoretycznie miał do nich dostęp każdy członek OSP. Zrobienie kopii w zakładzie szewsko-grawerskim w Koninie to kwestia dziesięciu minut i dwudziestu złotych.
— Księże — powiedział w końcu — jeśli ma ksiądz jakieś konkretne informacje, jakieś dowody, to proszę je przedstawić. Inaczej to są tylko plotki. A plotki na wsi zawsze były i będą.
Ksiądz Tadeusz skinął głową.
— Masz rację. Konkretnych dowodów nie mam. Ale martwię się, Jerzy. Martwię się tym, co się dzieje w tej wsi. Te pożary, te plotki… Coś tu nie gra. Czuję to.
— Pożarami zajmuje się policja — odparł Kowalczyk. — Była u mnie inspektorka z wydziału kryminalnego. Przesłuchiwała świadków, przeglądała dokumentację. Jeśli jest jakiś związek między pożarami a… czymkolwiek innym, to oni to wykryją.
— Mam nadzieję — mruknął ksiądz. — Mam nadzieję. Bo inaczej obawiam się, że czeka nas jeszcze więcej nieszczęść.
Gdy ksiądz odszedł, Kowalczyk wrócił do sali. Muzyka grała dalej, ludzie tańczyli, przy barze ustawiała się kolejka po napoje. Wszystko wyglądało normalnie, swojsko. A jednak słowa księdza tkwiły w nim jak drzazga. Orgie? W remizie strażackiej? To brzmiało jak scenariusz taniego filmu, nie jak rzeczywistość małej wielkopolskiej wsi.
— Komendant wrócił — zauważył Damian, pojawiając się przy barze. — A ja myślałem, że zdezerterowałeś.
Młody strażak był wyraźnie podpity, choć jeszcze daleko mu było do stanu, w którym trzeba byłoby go odprowadzić do domu. Miał na sobie ciemne dżinsy i koszulę w kratę — strój typowy dla wiejskiego kawalera na zabawie.
— Musiałem pogadać z księdzem — wyjaśnił Kowalczyk.
— O, widziałem. Wyglądał, jakby miał panią z tobą — zaśmiał się Damian, po czym spoważniał. — Wszystko w porządku?
— Tak. Rutynowe sprawy parafialne.
To było kłamstwo, ale Kowalczyk nie miał ochoty dzielić się z Damianem tym, co usłyszał. Przynajmniej nie teraz, nie tutaj.
— Słuchaj, skoro już jesteś — ciągnął Damian, pochylając się bliżej — zauważyłeś tę kobietę przy oknie?
Kowalczyk spojrzał we wskazanym kierunku. Przy oknie z widokiem na parking stała kobieta, którą widział tu po raz pierwszy. Trzydzieści kilka lat, ciemne włosy spięte w niski kok, szczupła sylwetka w prostej czarnej sukience. Niekoniecznie typ urody, który zwracałby uwagę na wiejskiej zabawie — za elegancka, za… miejska. I coś jeszcze — w sposobie, w jaki stała, w jej postawie, było coś niepokojącego. Jakby się nie bawiła, tylko obserwowała.
— Kto to? — zapytał Kowalczyk.
— Nie wiem — przyznał Damian. — Karolina mówi, że przyjechała sama, pół godziny temu. Wzięła jednego drinka i od tej pory tylko stoi i patrzy.
— Może ktoś ją tu przywlókł i zostawił?
— Może. Ale patrzy dziwnie, nie uważasz?
Faktycznie, było w tym spojrzeniu coś oceniającego, analitycznego. Kowalczyk miał dziwne wrażenie, że kobieta nie tyle bawi się, co przeprowadza jakiś rekonesans.
Zanim zdążył odpowiedzieć Damianowi, przy barze pojawił się nowy gość. Radny gminy, Eugeniusz Kaczmarek, znany z zamiłowania do głośnych przemówień i jeszcze głośniejszych libacji. Sześćdziesięciolatek o twarzy pooranej bruzdami i brzuchu wyprzedzającym go o dobre pół metra, był postacią kontrowersyjną. Jedni widzieli w nim rzecznika lokalnej społeczności, inni — korupcyjnego cwaniaka żerującego na stanowisku.
— Jerzy! — ryknął, jakby odległość między nimi wynosiła dwadzieścia metrów, a nie dwa. — Nareszcie cię widzę! Musimy pogadać!
— Dobry wieczór, panie radny — odpowiedział Kowalczyk, siląc się na uprzejmość.
— Gadaj mi tu dobry wieczór — mruknął Kaczmarek, zamawiając podwójną wódkę. — Dobry wieczór będzie, jak ten pieprzony podpalacz trafi za kraty. Wiesz, ile ja straciłem przez te pożary? Wiesz?
— Nie wiem — przyznał Kowalczyk.
— Ubezpieczenie mi podskoczyło o dwieście procent! Dwieście! Bo jak ubezpieczalnia zobaczyła statystyki z gminy, to powiedziała: panie Kaczmarek, albo pan nam zapłaci więcej, albo pan nie ma polisy. A ja mam trzy obory, dwie stodoły i magazyn z nawozami. Jak mam nie mieć polisy?
— Rozumiem pana frustrację…
— Frustrację? — przerwał mu Kaczmarek. — Ja nie mam frustracji, ja mam konkretne straty! I nie tylko ja. Połowa gminy ma. Ludzie się boją, Jerzy. Boją się, że następny spali się im dom. Że zginą w płomieniach. To jest terror!
— Policja pracuje nad sprawą — zapewnił go Kowalczyk. — Były tu już dwa razy. Brali próbki z miejsc pożarów, przesłuchiwali świadków…
— A gdzie efekty? — warknął Kaczmarek, wypijając wódkę jednym haustem. — Efektów nie ma! Za to plotek pełno. Słyszałeś, co ludzie gadają?
— Jakie plotki?
Kaczmarek pochylił się bliżej, obrzucając Kowalczyka falą alkoholowych oparów.
— Gadają, że to te zakonnice — wyszeptał teatralnie. — Z klasztoru w lesie. Że jedna z nich zwariowała i teraz chodzi po nocy i podpala.
Kowalczyk zmarszczył brwi.
— To absurd.
— Absurd? — Kaczmarek parsknął. — A co jest w tym absurdalnego? Klasztor jest dwa kilometry stąd. Siostry chodzą po okolicy, zbierają jałmużnę, prowadzą warsztaty. Kto powiedział, że jedna z nich nie może być piromanką?
— Panie radny, z całym szacunkiem, ale…
— Ja tylko powtarzam, co słyszałem — przerwał mu Kaczmarek, znów nalewając sobie wódkę. — Ale pomyśl o tym. Klasztor, pożary, plotki o dziwnych rzeczach dziejących się w nocy… Może to wszystko jakoś się łączy?
Odszedł, chwiejąc się lekko, pozostawiając Kowalczyka z jeszcze większym zamieszaniem w głowie. Ksiądz wspomina o orgiach. Radny o zwariowanych zakonnicach. Co jeszcze?
— Komendant, wszystko w porządku? — zapytała Karolina, która właśnie przyniosła pustą skrzynkę po piwie z zaplecza.
Kowalczyk spojrzał na nią. Karolina Mazur, jedyna kobieta w jednostce, była też osobą, której najbardziej ufał. Miała trzeźwy umysł, nie ulegała panice, nie plotkowała. Jeśli ktokolwiek wiedział, co naprawdę dzieje się w remizie, to właśnie ona.
— Karolino, mogę cię o coś zapytać? — powiedział cicho.
— Oczywiście.
— Zauważyłaś coś dziwnego ostatnio? Cokolwiek nietypowego?
Karolina zmarszczyła brwi.
— Dziwnego w jakim sensie?
— W każdym. Nietypowych gości, dziwnych sytuacji, czegoś, co by cię zaniepokoiło.
Przez moment zastanawiała się.
— Szczerze? — zapytała w końcu. — Tak. Kilka razy widziałam, że w nocy, już po zabawie, na parkingu stał samochód. Nie z naszej wsi. Czarny SUV, chyba BMW albo Audi, nie jestem pewna. Zawsze stał gdzieś z boku, przy krzakach.
— I co z nim?
— Nic. Stał może z pół godziny i odjeżdżał. Za pierwszym razem pomyślałam, że może to jacyś goście czekają na kogoś. Za drugim też. Ale za trzecim zaczęło mnie to niepokoić. Zwłaszcza że zawsze było ciemno w środku, jakby ktoś nie chciał, żeby go zobaczono.
— Kiedy to było?
— Ostatnio dwa tygodnie temu. Ale wcześniej też, może z miesiąc temu.
Kowalczyk poczuł, jak narasta w nim niepokój.
— Mówiłaś komuś o tym?
— Nie. Bo co miałam powiedzieć? Że stał samochód? To nie jest przestępstwo.
— Masz rację — przyznał Kowalczyk. — Ale jeśli zobaczysz go znowu, to daj mi znać od razu. Dobrze?
— Dobrze — zgodziła się Karolina, choć jej mina mówiła, że nie do końca rozumie, o co chodzi.
Zabawa trwała jeszcze dwie godziny. Kowalczyk został do końca, obserwując, analizując, próbując wyłapać cokolwiek, co potwierdziłoby lub obaliło to, co usłyszał. Ale nic szczególnego się nie wydarzyło. O północy kapela zagrała ostatni kawałek, ludzie zaczęli się rozchodzić. Staszek zamykał bar, Damian pomagał składać krzesła. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie.
Tajemnicza kobieta w czarnej sukience wyszła jako jedna z pierwszych. Kowalczyk zauważył, że wsiadła do ciemnego samochodu zaparkowanego z daleka od świateł — nie mógł określić marki. Pojazd ruszył cicho i zniknął w ciemnościach.
— Wracasz? — zapytał Staszek, zamykając kasę.
— Zaraz — odparł Kowalczyk. — Jeszcze sprawdzę zamki w drzwiach.
To było kłamstwo. Naprawdę chciał zostać sam, przejść się po pustej sali, poczuć atmosferę miejsca. Czasami budynki mówią — trzeba tylko umieć słuchać.
Gdy wszyscy wyszli, Kowalczyk został sam na piętrze remizy. Cisza była niemal namacalna. Tylko zegar na ścianie tykał miarowo, odmierzając sekundy. Przeszedł przez salę, światło księżyca wpadające przez okna rzucało długie cienie. Zatrzymał się przy barze, po czym skierował się w stronę zaplecza.
Zaplecze składało się z trzech pomieszczeń — małej kuchni, magazynu z krzesłami i stołami oraz zamykanej komórki, gdzie przechowywano alkohol. Wszystko było na swoim miejscu. Albo przynajmniej tak wyglądało.
Kowalczyk otworzył drzwi do magazynu. Włączył światło. Krzesła poukładane w stosy, stoły złożone i oparte o ścianę. I coś jeszcze — w kącie, pod jednym ze stołów, leżał kawałek materiału. Podniósł go. To była chusta, czarna, jedwabna. Damska. Nie pamiętał, żeby ktokolwiek dziś wieczorem nosił coś takiego.
Obracał chustę w palcach, gdy nagle usłyszał dźwięk. Delikatny, ledwo słyszalny. Jakby… kroki?
Zamarł, nasłuchując. Przez moment panowała cisza, a potem znowu — skrzypnięcie desek na korytarzu.
— Halo? — zawołał. — Jest tu kto?
Nie było odpowiedzi. Kowalczyk wyszedł z magazynu, rozglądając się po korytarzu. Pusty. Ale na końcu, przy schodach prowadzących na dół, zauważył coś dziwnego — drzwi do gabinetu, w którym trzymał dokumentację OSP, były uchylone. Był pewien, że je zamknął przed zabawą.
Podszedł powoli, serce biło mu szybciej. Pchnął drzwi. Gabinet był ciemny, ale w świetle korytarza mógł zobaczyć, że wszystko wydaje się na swoim miejscu. Biurko, szafki, komputer…
Nie, czekaj. Szuflada biurka. Ta, w której trzymał klucze zapasowe.
Była lekko wysunięta.
Kowalczyk podszedł, otworzył szufladę całkowicie. Klucze leżały na swoim miejscu. Wszystkie trzy komplety. Ale czy na pewno wszystkie? Jak mógł być pewien?
Wyciągnął telefon i zadzwonił do Staszka.
— Jerzy? Co się stało? — głos zastępcy brzmiał sennie.
— Staszek, przepraszam że budzę, ale muszę cię zapytać. Ile kompletów kluczy do remizy mamy oficjalnie?
— Co? Trzy. Wiesz o tym. Ty masz jeden, ja drugi, Karolina trzeci. O co chodzi?
— Jesteś pewien, że nigdy nie zrobiliśmy dodatkowych kopii? Może dla kogoś z zarządu jednostki?
— Nie, Jerzy, nie zrobiliśmy. Czemu pytasz?
— Bo… — urwał. Jak to wytłumaczyć, nie brzmiąc jak paranoik? — Nieważne. Dziękuję. Dobranoc.
Rozłączył się i stał jeszcze przez chwilę w ciemnym gabinecie. Może to wszystko było tylko jego wyobraźnią. Może drzwi zostały uchylone przez kogoś z ekipy sprzątającej. Może chusta należała do którejś z gości i po prostu spadła. Może.
Ale głęboko w środku Kowalczyk wiedział, że coś jest nie tak. Czuł to instynktem wyostrzonym przez dwadzieścia trzy lata służby w straży. Czuł to tak samo, jak czuł zapach benzyny podczas pożaru stodoły Krawczyka.
Coś się działo w tej remizie. Coś, o czym on nie wiedział.
I postanowił się dowiedzieć co.
Dwa kilometry dalej, w głębi sosnowego lasu, za wysokim murem otaczającym klasztor sióstr bernardynek, w małej celi o białych ścianach i twardym łóżku, siedziała kobieta. Miała na sobie habit, czarny i prosty, włosy ukryte pod welonem. W dłoniach trzymała różaniec, ale nie modliła się. Patrzyła przez wąskie okno na las pogrążony w ciemności.
Myślała o tym, co widziała dziś wieczorem. O ludziach tańczących w sali, o komendancie rozmawiającym z księdzem, o tej drugiej kobiecie — tej w czarnej sukience, która obserwowała wszystkich tak uważnie.
Myślała o tym wszystkim i szeptała cicho:
— Już niedługo.
Już niedługo wszystko się zmieni.
Już niedługo płomienie znowu rozbłysną w nocy.
I wtedy wszyscy zrozumieją.
Zrozumieją, że grzech musi zostać spalony.
ROZDZIAŁ 3: DRUGI POŻAR
W pożarnictwie istnieje pojęcie „recydywy piromaniakalnej” — zjawisko, w którym podpalacz powraca do swojego procederu po krótkiej przerwie, jakby nie mogąc oprzeć się wewnętrznej potrzebie oglądania płomieni. Statystyki Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej pokazują, że jeśli na danym terenie dochodzi do jednego celowego podpalenia, prawdopodobieństwo drugiego w ciągu dwóch tygodni wynosi ponad sześćdziesiąt procent. A jeśli dochodzi do trzeciego — sięga niemal dziewięćdziesięciu.
Mieszkańcy Wielkich Lipień nie znali tych statystyk. Ale intuicyjnie czuli, że coś jest nie tak.
Minęło dziewięć dni od pożaru stodoły Krawczyków. Dziewięć dni względnego spokoju, podczas których życie w gminie wróciło do normalności — przynajmniej na pozór. Ludzie chodzili do pracy, dzieci do szkoły, rolnicy kończyli jesienne prace polowe. W sobotę, jak co tydzień, w remizie strażackiej odbyła się zabawa — mniej ludzi niż zwykle, bo plotki o „dziwnych rzeczach” zaczęły krążyć po wsi, ale kapela grała, piwo lało się strumieniem, a Ziutek Pawlak opowiadał po raz setny historię o akcji ratunkowej z 1998 roku, gdy wyciągał krowę z płonącej obory.
Ale spokój był pozorny. Komendant Jerzy Kowalczyk czuł to całym sobą. Nie spał dobrze, budził się w nocy na każdy hałas, na każdy odległy szczek psa. Telefon trzymał przy łóżku, sprawdzony, naładowany. Jakby podświadomie wiedział, że alarm nadejdzie.
I nadszedł.
Wtorek, trzeci września, godzina druga czterdzieści siedem nad ranem. Syrena na dachu remizy OSP rozdarła ciszę Wielkich Lipien jak brzytwa. Kowalczyk obudził się natychmiast, zanim jeszcze telefon zdążył zawibrować. Małgorzata obok niego poruszyła się, mruknęła coś przez sen, ale się nie obudziła — po dwudziestu latach małżeństwa ze strażakiem nauczyła się spać przez alarmy.
Kowalczyk sięgnął po telefon. Na ekranie komunikat od dyżurnego z komendy powiatowej:
„Pożar lasu. Droga krajowa 72, kilom. 234, kierunek Licheń. Zgłoszenie: 02:43. Dyspozycja: OSP Wielkie Lipnie, OSP Licheń, JRG Konin.”
Pożar lasu. Kowalczyk poczuł zimny dreszcz. Las to zupełnie inna kategoria niż stodoła. Las to dynamika, nieprzewidywalność, ryzyko rozległej katastrofy. Zwłaszcza we wrześniu, gdy ziemia była jeszcze sucha po lecie, a sosny pełne żywicy.
Był w remizie sześć minut po alarmie. Na parkingu zastał już Ziutka, który właśnie odpinał bramę garażową, oraz Damiana Nowickiego — tego samego młodego strażaka, który dziewięć dni temu zwracał uwagę na nietypowość pożaru stodoły. Damian wyglądał na zdenerwowanego, ale przytomnego.
— Komendant, już odpalam — krzyknął Ziutek, wsiadając do kabiny Stara 266. Silnik wozu zakaszlał i zawył.
— Damian, ze mną! — rozkazał Kowalczyk. — Grzegorz i Radek dojadą swoimi samochodami, będziemy ich ściągać w drodze!
Wskoczyli do wozu. Ziutek ruszył, włączając sygnały świetlne i dźwiękowe. O tej porze drogi były puste — jedynie gdzieniegdzie migało światło w oknach gospodarstw, gdy mieszkańcy budzeni przez syrenę próbowali zrozumieć, co się dzieje.
— Ile mamy wody? — zapytał Kowalczyk, sprawdzając manometry.
— Cysterna pełna, trzy tysiące litrów — odpowiedział Ziutek. — Ale jak to las, to trzy tysiące to pikuś.
— Wiem — mruknął Kowalczyk. — Dlatego wzywają wsparcie. JRG z Konina będzie miał więcej.
Damian siedział z tyłu, przy aparatach powietrznych, i obserwował przez okno. W oddali, nad czarną linią lasu, widać było już pomarańczową łunę.
— Duży pożar — powiedział cicho.
— Jak duży? — zapytał Kowalczyk, odwracając się.
— Bardzo duży — odpowiedział Damian. — Widzisz tę łunę? To nie pojedyncze ognisko. To front ogniowy.
Kowalczyk zaklął w duchu. Front ogniowy to koszmar każdego strażaka — linia płomieni rozciągająca się na dziesiątki, czasem setki metrów, poruszająca się w kierunku wyznaczanym przez wiatr. W nocy, w lesie, przy suchej glebie — to mogło oznaczać katastrofę.
Dotarli na miejsce o trzeciej zero dwie. I to, co zobaczyli, przekroczyło najgorsze obawy.
Paliła się strefa lasu sosnowego przy drodze krajowej numer 72, prowadzącej do Lichenia — jednej z najważniejszych tras pielgrzymkowych w Polsce. Front ognia miał już dobrze ponad sto metrów szerokości i przesuwał się w głąb lasu, w kierunku północno-wschodnim. Płomienie sięgały koron sosen, iskry unosiły się w powietrze, dym był gęsty, czarny, duszący.
Na miejscu była już policja — radiowozy blokowały drogę z obu kierunków, kierując ruch na objazd. Dwóch funkcjonariuszy stało przy taśmach, odpędzając gapiów — bo gapie zawsze się znajdą, nawet o trzeciej nad ranem.
Kowalczyk wyskoczył z kabiny. Podszedł do niego starszy sierżant policji, mężczyzna po czterdziestce, w odblaskowej kamizelce.
— Pan komendant z Wielkich Lipień? — zapytał.
— Tak. Kowalczyk — przedstawił się Jerzy. — Co wiemy?
— Zgłoszenie wpłynęło dwadzieścia minut temu — zaczął policjant. — Świadek to kierowca tira, jechał z Konina do Turku. Zobaczył ogień, zatrzymał się, zadzwonił. Wygląda na to, że zaczęło się od małego ogniska przy szosie, a potem skoczyło na drzewa.
— Ognisko? — Kowalczyk zmarszczył brwi. — Ktoś rozpalał ognisko w lesie? O drugiej w nocy?
Policjant wzruszył ramionami.
— Albo to, albo celowe podpalenie. Ale to nie moja działka. Wasza robota to gasić, nasza pilnować.
Kowalczyk skinął głową i wrócił do wozu. Ziutek już ustawiał sprzęt, Damian rozwijał węże. Z oddali dobiegał dźwięk syren — to nadjeżdżały kolejne jednostki.
— Damian, Ziutek — Kowalczyk wydawał rozkazy szybko, głośno — pierwsza linia ataku od strony szosy! Musimy zatrzymać ogień, zanim dosięgnie głębszego lasu! Grzegorz, jak tylko dojedziesz, ustawiasz drugą linię od wschodu!
— Ale komendant — odezwał się Damian — z trzema tysiącami litrów nie wystarczy nam na dziesięć minut!
— Wiem! — odkrzyknął Kowalczyk. — Dlatego działamy szybko! Powstrzymujemy front, a jak przyjadą z Konina z autocysterną, to uzupełnimy!
Wiedział, że to ryzyko. Ale nie miał wyboru. Każda minuta opóźnienia oznaczała kolejne hektary płonącego lasu.
Akcja gaśnicza rozpoczęła się o trzeciej siedem. Damian i Ziutek z pierwszą prądownicą ruszyli w kierunku frontu ognia, Kowalczyk koordynował z tyłu, trzymając łączność radiową z nadjeżdżającymi jednostkami.
— JRG Konin do OSP Wielkie Lipnie, jesteśmy pięć minut od was. Ile macie wody?
— OSP Wielkie Lipnie do JRG Konin, mamy jeszcze dwa tysiące litrów, spada szybko. Potrzebujemy uzupełnienia pilnie!
— Rozumiem. Będziemy za cztery minuty. Trzymajcie się.
Damian stał z prądownicą, strumień wody pod ciśnieniem sześciu atmosfer uderzał w ścianę płomieni. Efekt był natychmiastowy — para eksplodowała w powietrze z głośnym syczeniem, temperatura spadała, płomienie cofały się. Ale tylko tam, gdzie uderzał strumień. Pięć metrów dalej ogień wciąż żarł korony sosen.
— To bez sensu! — krzyknął Damian. — Nie nadążamy!
— Trzymaj linię! — odkrzyknął Ziutek. — Za chwilę przyjdzie wsparcie!
Ale wsparcie najwyraźniej się spóźniało. Kowalczyk stał przy wozie, patrząc na manometry. Cysterna była już w połowie pusta. A front ognia wciąż się przesuwał.
W tym momencie usłyszeli ryk silników. Z kierunku Konina nadjechały dwa wozy — GBA Man z autocysterną o pojemności dziesięć tysięcy litrów oraz drugi GBA Mercedes z pompą wysokiego ciśnienia. Oba zatrzymały się przy Starze.
Z kabiny Mana wyskoczył dowódca — brygadier w pełnym umundurowaniu bojowym, z hełmem i aparatem powietrznym.
— Brygadier Laskowski, JRG Konin — przedstawił się. — Pan komendant?
— Kowalczyk, OSP Wielkie Lipnie — odpowiedział Jerzy. — Dziękuję, że tak szybko.
— Nie ma za co — Laskowski obejrzał sytuację szybkim, fachowym spojrzeniem. — Front ognia około stu dwudziestu metrów, prędkość rozprzestrzeniania się… metr na minutę, może półtora. Wiatr północno-wschodni, słaby. Zagrożenie dla zabudowań?
— Najbliższe gospodarstwo dwa kilometry stąd — odparł Kowalczyk. — Na razie nie ma ryzyka.
— Dobrze — Laskowski skinął głową. — Łączymy siły. Moja ekipa bierze zachód, wasza trzyma wschód. Autocysterną podpinamy do waszego Stara, żebyście nie musieli przerywać natarcia. Za kwadrans powinna przyjechać kolejna jednostka z Turku, wtedy zamkniemy front z trzech stron.
Kowalczyk poczuł ulgę. Profesjonalista. Ktoś, kto wie, co robi.
Przez następne dwadzieścia minut walczyli z żywiołem metodycznie, z wyrachowaniem. Trzy linie prądownic, sześć strażaków na froncie, rotacja co dziesięć minut, żeby nikt nie padł z wyczerpania. Autocysterna uzupełniała wodę, pompy pracowały na pełnych obrotach.
I powoli — bardzo powoli — zaczęło działać. Front ognia został powstrzymany, płomienie zaczęły przygasać, temperatura spadła. O czwartej dwadzieścia najgorsze minęło.
Akcja dogaszania trwała jeszcze trzy godziny. O wpół do ósmej rano, gdy słońce już wzeszło nad horyzontem, brygadier Laskowski ogłosił:
— Pożar opanowany. Pozostaje dogaszanie tlących się ognisk.
Kowalczyk opadł ciężko na stopień Stara, zdejmując hełm. Był mokry od potu, ubrany w mokry drellich, ręce miał czarne od sadzy. Damian siedział obok, oddychając ciężko.
— Komendant, ile spłonęło? — zapytał młody strażak.
Kowalczyk rozejrzał się. Strefa spalenizny ciągnęła się długim pasem wzdłuż drogi — może dwieście metrów długości, może pięćdziesiąt szerokości. Sosny zwęglone, ziemia czarna, woń spalenizny przytłaczająca.
— Może hektar — ocenił. — Może półtora. Nie jest źle, mogło być gorzej.
Laskowski podszedł do nich, trzymając w ręku plastikową torebkę z zabezpieczonym dowodem.
— Komendant Kowalczyk, musimy porozmawiać — powiedział poważnie.
Kowalczyk wstał.
— Co się stało?
— To nie był przypadkowy pożar — Laskowski otworzył torebkę, pokazując jej zawartość. W środku znajdował się różaniec — drewniany, z metalowym krzyżykiem, częściowo nadpalony.
— Różaniec? — powtórzył Kowalczyk. — Ktoś zgubił różaniec?
— Nie zgubił — poprawił go Laskowski. — Znalazłem go w punkcie inicjacji pożaru. Tam, gdzie zaczęło się palić. A w pobliżu — resztki materiału nasączonego łatwopalną substancją. Prawdopodobnie benzyna.
Kowalczyk poczuł, jak żołądek ściska mu się w supeł.
— Czyli to było podpalenie?
— Niewątpliwie — potwierdził Laskowski. — Ktoś oblał materiał benzyną, podłożył ogień i odszedł. A różaniec… może to przypadek, może celowo zostawiony. Ale to dowód, który trzeba zabezpieczyć.
Damian, słuchając rozmowy, wtrącił się:
— Brygadier, różaniec to przedmiot religijny. W tej okolicy pełno pielgrzymów idzie do Lichenia. Może ktoś zgubił przy drodze?
— Może — zgodził się Laskowski. — Ale w środku strefy spalenizny? W miejscu, gdzie ktoś rozlewał benzynę? To zbyt wiele przypadków naraz.
Kowalczyk skinął głową.
— Co teraz?
— Teraz — Laskowski schował torebkę do torby — informuję prokuraturę i policję. To już nie tylko pożar. To podpalenie. A może związane z tym pożarem sprzed tygodnia. Były przecież też podejrzenia?
— Były — przyznał Kowalczyk. — Stodoła Krawczyków. Znaleźliście resztki kanistra po benzynie.
— No właśnie — Laskowski spojrzał na niego uważnie. — Dwa pożary w ciągu dziesięciu dni, oba z użyciem benzyny, oba w nocy, oba w odludnych miejscach. To nie przypadek, komendancie. To wzorzec.
Kowalczyk przełknął ślinę.
— Czyli grasuje nam podpalacz.
— Tak to wygląda — potwierdził Laskowski. — I lepiej, żebyście go złapali, zanim spali komuś dom. Z ludźmi w środku.
Gdy jednostki zaczęły się rozjeżdżać, Kowalczyk zadzwonił do komendy powiatowej policji. Zgłosił podejrzenie celowego podpalenia, przekazał informacje o znalezisku. Obiecano, że jeszcze dziś przyjedzie inspektor z wydziału kryminalnego.
Wracając do Wielkich Lipień, Kowalczyk jechał w milczeniu. Ziutek prowadził, Damian siedział z tyłu, równie milczący. Wszyscy myśleli o tym samym.
— Kto by to robił? — odezwał się w końcu Damian. — Kto podpala lasy w nocy?
— Piroman — odpowiedział Ziutek. — Ktoś, kto ma bzika na punkcie ognia.
— Albo ktoś, kto chce odwrócić uwagę — dodał Kowalczyk. — Może od czegoś innego.
Damian zmarszczył brwi.
— Od czego?
Kowalczyk nie odpowiedział. Ale myślał o czymś, o czym nie chciał mówić głośno. O plotkach, które ostatnio krążyły po wsi. O spotkaniach w remizie, o nocnych wyjściach zakonnic z klasztoru, o rzeczach, które nie miały prawa się dziać — a jednak się działy.
Może ktoś próbował zatrzeć ślady. Może ktoś chciał, żeby wszyscy patrzyli na pożary, a nie na prawdę.
Inspektor z wydziału kryminalnego przyjechała po południu. Była to kobieta po trzydziestce, w cywilnym ubraniu, z notatnikiem i profesjonalnym wyrazem twarzy. Przedstawiła się jako aspirant Monika Zawadzka.
Kowalczyk przyjął ją w gabinecie remizy, przy kawie i ciastkach, które przyniosła Karolina Mazur.
— Komendancie — zaczęła Zawadzka, siadając — chciałabym usłyszeć pana wersję wydarzeń. Od początku.
Kowalczyk opowiedział wszystko: alarm, dojazd, akcję gaśniczą, znalezisko różańca, słowa brygadiera Laskowskiego. Zawadzka notowała szybko, precyzyjnie.
— A ten różaniec — powiedziała, gdy skończył — brygadier Laskowski przekazał go do laboratorium. Będziemy sprawdzać odciski palców, DNA, inne ślady. Ale chciałabym wiedzieć: czy w okolicy jest miejsce, gdzie ludzie często noszą różańce?
Kowalczyk skinął głową.
— Klasztor. Bernardynki, dwa kilometry stąd. I pielgrzymi idący do Lichenia — codziennie setki ludzi.
— Rozumiem — Zawadzka zapisała. — A poza tym? Czy w ostatnich tygodniach zauważył pan coś nietypowego? Jakieś osoby, które zachowywały się podejrzanie?
Kowalczyk zawahał się. Powinien powiedzieć o spotkaniach w remizie? O Agnieszce? O tym, co widział w lesie?
Nie. Jeszcze nie. Jeszcze nie był pewien.
— Nic szczególnego — odpowiedział.
Zawadzka patrzyła na niego uważnie. Zbyt uważnie. Jakby wyczuła, że coś przemilcza.
— Komendancie — powiedziała w końcu — jeśli wie pan cokolwiek, cokolwiek, co mogłoby pomóc w śledztwie, proszę to powiedzieć. Dwa podpalenia to dopiero początek. Piromani rzadko się zatrzymują.
Kowalczyk skinął głową.
— Rozumiem. Jeśli coś mi przyjdzie do głowy, od razu zadzwonię.
Zawadzka wstała, podała mu wizytówkę.
— Proszę dzwonić. O każdej porze.
Gdy Zawadzka wyjechała, Kowalczyk został sam w gabinecie. Patrzył przez okno na plac przed remizą, na wiejską drogę, na las w oddali. Wszystko wyglądało tak normalnie, tak spokojnie.
A jednak coś było nie tak. Coś tlało się pod powierzchnią. I Kowalczyk wiedział, że jeśli nie odkryją prawdy szybko, ogień wybuchnie znowu. I tym razem może być o wiele gorszy.
Telefon zawibrował. SMS od Agnieszki: „Musimy porozmawiać. Dziś wieczorem, las, jak zawsze.”
Kowalczyk westchnął. Wiedział, że powinien odmówić. Wiedział, że to ryzykowne. Ale… nie potrafił.
Napisał: „Dobrze. O 22.”
I w głębi duszy czuł, że właśnie podjął decyzję, która może wszystko zmienić.
Wieczorem, o dziesiątej, Kowalczyk spotkał się z Agnieszką na polanie w lesie. Była bez habitu, w zwykłych dżinsach i kurtce, z rozpuszczonymi włosami. Wyglądała młodo, krucho.
— Jerzy — powiedziała, rzucając mu się w ramiona. — Bałam się.
— Czego? — zapytał, przytulając ją.
— Że… że to przez mnie — wyszeptała. — Ten pożar. Ten różaniec. To był różaniec Matki Gabrieli. Rozpoznałam go z opisu w wiadomościach.
Kowalczyk odsunął ją lekko, patrząc w oczy.
— Skąd wiesz?
— Bo widziałam, jak go nosiła — wyjaśniła Agnieszka. — Miała inicjały wygrawerowane: M.G. i datę 1995. To był prezent od jej matki. A teraz… teraz znaleziono go na miejscu pożaru.
Kowalczyk poczuł, jak serce bije mu szybciej.
— Myślisz, że Gabriela podpaliła las?
— Nie wiem — Agnieszka pokręciła głową. — Ale… ona jest dziwna ostatnio. Wychodzi w nocy, mówi o „spaleniu grzechu”, o tym, że „ogień oczyszcza”. Bałam się zapytać, co to znaczy.
Kowalczyk zacisnął szczękę.
— Muszę to zgłosić policji.
— Nie! — Agnieszka chwyciła go za rękę. — Jeśli zgłosisz, to wyjdzie wszystko! Nasz romans, spotkania, wszystko! Zniszczą nas!
— Ale jeśli Gabriela podpala, to w końcu ktoś zginie!
— Nie wiem, czy to ona! — powiedziała desperacko Agnieszka. — Może ktoś ukradł jej różaniec! Może to przypadek!
Kowalczyk patrzył na nią długo. Wiedział, że powinna powiedzieć prawdę. Wiedział, że to jego obowiązek jako komendanta, jako obywatela.
Ale… kochał ją. I nie mógł jej zdradzić.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Jeszcze nie zgłoszę. Ale obserwuj Gabrielę. Jeśli zobaczy coś podejrzanego, natychmiast mi powiedz.
Agnieszka skinęła głową, łzy płynęły jej po twarzy.
— Obiecuję.
Wrócili osobno, różnymi drogami. Kowalczyk jechał do domu, myśląc o tym, co właśnie zrobił. Zataił informacje. Ukrył dowód. Naraził na niebezpieczeństwo innych ludzi — tylko po to, by chronić kobietę, którą kochał.
I wiedział, że jeśli to wyjdzie na jaw, straci wszystko.
Ale nie mógł inaczej.
Bo czasem miłość jest silniejsza niż obowiązek.
I czasem to właśnie miłość prowadzi prosto do tragedii.
ROZDZIAŁ 4: ŚLEDZTWO SIĘ ROZPOCZYNA
Aspirant Monika Zawadzka po raz pierwszy usłyszała o Wielkich Lipnach tydzień po pożarze stodoły Krawczyków, podczas odprawy porannej w Komendzie Powiatowej Policji w Koninie. Podkomisarz Henryk Dróżdż, jej bezpośredni przełożony, rzucił na stół teczkę z napisem „Seria podpaleń — gmina Wielkie Lipnie” i powiedział:
— Monika, to twoje. Dostałem telefon z komendy wojewódzkiej. Chcą, żebyśmy się tym zajęli na poważnie.
Zawadzka, trzydziestojednoletnia absolwentka kryminologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, od trzech lat pracowała w wydziale kryminalnym komendy powiatowej. Była ambitna, metodyczna, czasem aż nazbyt skrupulatna — cecha, którą starsi koledzy traktowali raz jako zaletę, raz jako wadę. W policji od sześciu lat, aspirantem dopiero od dwóch, wciąż miała ochotę udowadniać, że zasługuje na miejsce w wydziale, w którym dominowali mężczyźni po czterdziestce.
— Seria podpaleń? — zapytała, biorąc do ręki teczkę. — Ile przypadków?
— Pięć potwierdzonych w ciągu ostatnich sześciu tygodni — odparł Dróżdż, zapalając papierosa mimo zakazu palenia w budynkach służbowych. — Wszystkie na terenie jednej gminy, wszystkie w nocy, wszystkie w odludnych miejscach. Technika kryminalistyczna znalazła ślady przyspieszonego spalania w trzech przypadkach. Benzyna, może nafta, jeszcze czekamy na pełne wyniki laboratoryjne.
— Ofiary?
— Jak dotąd nie. Płonęły głównie puste budynki gospodarcze i fragmenty lasu. Ale to kwestia czasu, zanim ktoś zginie. Piromani mają tendencję do eskalacji — nie muszę ci tego tłumaczyć.
Nie musiał. Zawadzka pisała pracę magisterską właśnie o psychologii podpalaczy. Wiedziała, że piroman to nie przestępca działający dla zysku czy zemsty. To ktoś, kto czerpie satysfakcję z samego aktu palenia, z oglądania płomieni, z chaosu i strachu, jaki wywoływała jego działalność. I wiedziała też, że tacy ludzie rzadko przestają sami z siebie.
— Mam jakieś tropy? — zapytała, przeglądając dokumenty w teczce.
— Niewiele — przyznał Dróżdż. — Lokalna jednostka OSP jest prowadzona przez byłego żołnierza zawodowego, Jerzego Kowalczyka. Facet kompetentny, współpracuje z nami. Mówi, że ludzie w gminie zaczynają panikować. Pojawiają się plotki o wszystkim — od zwariowanych zakonnic po satanistów z miasta.
— Zakonnic?
— W pobliżu jest klasztor żeński — wyjaśnił Dróżdż. — Bernardynki, jakieś trzydzieści sióstr. Prowadzą klauzurę, rzadko wychodzą poza mury. Ale wiesz jak jest na wsi — jak ludzie nie wiedzą, to wymyślają.
Zawadzka skinęła głową. Znała mechanizm małych społeczności. Plotki rozchodziły się szybciej niż prawda, a strach potrafił przekształcić niewinnego sąsiada w monstrum.
— Kiedy mam zacząć? — zapytała.
— Już. Jedź tam dzisiaj, porozmawiaj z tym komendantem, przejrzyj miejsca pożarów, przesłuchaj świadków. Standardowa procedura. I Monika — dodał, patrząc na nią poważnie — bądź ostrożna. Jeśli to faktycznie seryjny podpalacz, to mamy do czynienia z kimś niebezpiecznym. Kimś, kto może nie lubić, że policja zaczyna się nim interesować.
Wielkie Lipnie witały ją bladym październikowym słońcem i zapachem mokrych liści. Zawadzka jechała nieoznakowanym volkswagenem passatem, po drodze mijając typowe dla tej części Wielkopolski krajobrazy — pola po zbiorach, przydrożne kapliczki, małe gospodarstwa z ceglanych domów i rozpadających się obór. GPS prowadził ją wąskimi, częściowo dziurawymi drogami, aż wreszcie dotarła do centrum wsi.
Wielkie Lipnie nie robiły wrażenia miejsca, w którym mogłoby dziać się coś dramatycznego. Kościół z czerwonej cegły, sklep spożywczy, przychodnia zdrowia, urząd pocztowy. I remiza strażacka — dwupiętrowy budynek z charakterystycznymi czerwonymi bramami garażowymi.
Zaparkowała przed remizą i wysiadła. Powietrze było chłodne, pachniało jesienią i drewnem. Z oddali dochodził szczek psa. Cisza, spokoj, prowincja.
— Pani aspirant Zawadzka? — usłyszała męski głos.
Odwróciła się. Przed nią stał mężczyzna po czterdziestce, wysoki, umięśniony, w roboczym drelichu strażaka ochotnika. Twarz miał pogodną, ale w oczach dostrzegła zmęczenie.
— Komendant Kowalczyk? — zapytała, wyciągając rękę.
— Tak jest — uścisnął jej dłoń mocno, ale bez przesady. — Dzięki, że pani przyjechała. Zapraszam do środka, przygotowałem dokumentację.
Gabinet komendanta na pierwszym piętrze był niewielki, ale funkcjonalny. Biurko zawalono papierami, na ścianie wisiały dyplomy i zdjęcia z akcji ratunkowych. Przez okno widać było plac przed remizą i fragment wiejskiej drogi.
— Proszę siadać — zaproponował Kowalczyk, wskazując krzesło. — Kawa? Herbata?
— Kawa, czarna, bez cukru — odpowiedziała Zawadzka, siadając i wyciągając notes.
Gdy Kowalczyk wyszedł zaparzyć kawę, wykorzystała moment, żeby rozejrzeć się po gabinecie. Na biurku leżała fotografia — komendant, kobieta (żona?) i dwoje nastolatków. Szczęśliwa rodzina. Na półce stały podręczniki z zakresu techniki pożarniczej, procedur ratowniczych, pierwszej pomocy. Ten człowiek traktował swoją służbę poważnie.
— Proszę — Kowalczyk wrócił z dwoma kubkami. — Przepraszam za bałagan, ale ostatnio było sporo roboty.
— Rozumiem — powiedziała Zawadzka, biorąc łyk kawy. Mocna, gorzka. Dokładnie taka, jak lubiła. — Komendancie, przeczytałam raporty z komendy wojewódzkiej, ale wolałabym usłyszeć pana wersję. Od kiedy zaczęły się te pożary?
Kowalczyk usiadł za biurkiem i westchnął.
— Pierwsze nietypowe pożary zaczęły się mniej więcej sześć tygodni temu. Oczywiście, pożary zdarzają się tu zawsze — ktoś odpala trawę, pali śmieci niezgodnie z przepisami, czasem stodoła się zapali od wadliwej instalacji. To norma. Ale te były inne.
— W jaki sposób inne?
— Po pierwsze, były w nocy. Zawsze między drugą a czwartą nad ranem. Po drugie, zawsze w miejscach oddalonych od innych zabudowań — jakby ktoś specjalnie wybierał cele, które łatwo się spalą, ale nie zagrożą życiu ludzi. Po trzecie, brygadier Laskowski z wojewódzkiej znalazł ślady przyspieszonego spalania.
— Czyli mamy do czynienia z podpalaczem, który nie chce nikogo zabić? — zastanowiła się głośno Zawadzka.
— Tak to wygląda — potwierdził Kowalczyk. — Przynajmniej na razie. Ale jak pani sama wie, z piromanami nigdy nie można być pewnym. Dzisiaj palą stodoły, jutro mogą spalić dom z ludźmi w środku.
Zawadzka skinęła głową.
— Niech mi pan opowie o każdym przypadku chronologicznie. Pierwszy?
Kowalczyk sięgnął po teczkę z dokumentacją.
— Pierwszy potwierdzony: dwudziesty piąty sierpnia, okolica Rudy, trzy kilometry na północ od centrum Wielkich Lipień. Stodoła należąca do państwa Jurkowskich. Pożar zgłoszony o trzeciej dwadzieścia dwa nad ranem przez sąsiada, który wyszedł do toalety i zobaczył łunę. Nasza jednostka dotarła na miejsce po dwunastu minutach. Stodoła spłonęła doszczętnie, udało się uratować dom i oborę. Podczas dochodzenia popożarowego znaleziono resztki kanistra, który pachnął benzyną.
— Właściciele mieli wrogów? Problemy finansowe?
— Państwo Jurkowscy to spokojni emeryci. Pan Jurek przepracował czterdzieści lat w cukrowni w Koninie, pani Janina była nauczycielką. Żadnych długów, żadnych konfliktów. Ubezpieczenie wypłaciło odszkodowanie bez problemów.
— Drugi przypadek?
— Trzeci września — kontynuował Kowalczyk — pożar lasu przy szosie prowadzącej do Lichenia. Około dwustu metrów kwadratowych sosnowego młodnika. Zgłoszenie wpłynęło o drugiej pięćdziesiąt siedem. Płomienie były widoczne z drogi. Udało nam się ugasić w pół godziny, ale las był stracony. Podczas oględzin znaleziono różaniec, co wydawało się dziwne. Ktoś zaczął plotkować, że to zakonnice.
— Różaniec? — Zawadzka uniosła brew. — To rzeczywiście nietypowe. Zabezpieczono go jako dowód?
— Tak. Oddałem go brygadierowi Laskowskiemu. Mówił, że przebadają w laboratorium, ale nie wiem, co z tego wyszło.
— Sprawdzę — zanotowała Zawadzka. — Trzeci przypadek?
— Dwunasty września, garaż pana Stanisława Maliniaka, przedsiębiorcy z Wielkich Lipień. Zgłoszenie o trzeciej zero osiem. Garaż stał osobno, około stu metrów od domu. Spłonął kompletnie, razem z samochodem w środku — starym fiatem cinquecento. Pan Maliniak twierdzi, że nie trzymał w garażu nic palnego poza paliwem w baku samochodu, ale technika znalazła ślady benzyny w kilku miejscach.
— Pan Maliniak — Zawadzka przeglądała notatki — prowadzi firmę transportową?
— Tak. Dwa busy, którymi wozi ludzi na pielgrzymki do Lichenia i innych sanktuariów. Dobrze prosperujący interes. Nie miał powodów, żeby sam podpalić.
— Chyba że chodziło o wyłudzenie odszkodowania — zauważyła Zawadzka.
— Garaż był wart może dziesięć tysięcy, fiat kolejne pięć. Nie opłacało się ryzykować — odparł Kowalczyk. — A pan Maliniak ma opinię uczciwego człowieka.
— No dobrze. Czwarty przypadek to stodoła pana Krawczyka, o której czytałam. A piąty?
Kowalczyk zawahał się.
— Piątego jeszcze nie było, gdy rozmawiałem z komendą wojewódzką — powiedział cicho. — Ale był wczoraj w nocy.
Zawadzka wyprostowała się.
— Wczoraj? Czemu nie dostałam raportu?
— Bo dopiero dzisiaj rano kończyliśmy dogaszanie — wyjaśnił Kowalczyk. — Pożar wybuchł o czwartej dwadzieścia siedem. Leśniczówka na uboczu, dawno opuszczona, w głębi lasu sosnowego przy granicy gminy. Zupełnie zniszczona. I tym razem… — urwał.
— Co tym razem?
— Tym razem technika znalazła coś więcej niż ślady benzyny — powiedział Kowalczyk, patrząc jej prosto w oczy. — Znaleźli zwłoki.
Cisza, która zapadła w gabinecie, była niemal namacalna. Zawadzka poczuła, jak przyspiesza jej puls.
— Zwłoki? — powtórzyła. — Ludzkie?
— Tak. Mocno zwęglone, ale niewątpliwie ludzkie. Brygadier Laskowski zabezpieczył miejsce. Prokurator rejonowy był na miejscu o ósmej rano. Teraz to już nie jest sprawa podpaleń, pani aspirant. To jest sprawa zabójstwa.
Droga do miejsca piątego pożaru wiodła przez gęsty las sosnowy, wąską leśną drogą, która bardziej przypominała wydeptaną ścieżkę niż uczęszczany trakt. Zawadzka jechała za Kowalczykiem, który prowadził swojego volkswagena caddy. Powietrze w lesie było wilgotne, zimne, pachniało mchem i rozpadem.
Opuszczona leśniczówka znajdowała się w miejscu, które rzeczywiście sprawiało wrażenie odciętego od świata. Wokół gęste sosny, teren lekko pofałdowany, najbliższa zabudowania — jakieś dwa kilometry. Idealne miejsce do popełnienia przestępstwa bez świadków.
Budynek był w ruinie. Ściany częściowo się zawaliły, dach zapadł, pozostały tylko czarne kikuty belek i zwęglone fragmenty drewna. Wokół rozciągnięto policyjną taśmę. Przy swoim samochodzie stał mężczyzna w mundurze straży pożarnej — brygadier Laskowski.
— Aspirant Zawadzka? — przywitał ją, gdy wysiadła z samochodu. — Laskowski, komenda wojewódzka. Rozmawialiśmy przez telefon.
— Dzień dobry — odpowiedziała, ściskając mu rękę. — Co możemy zobaczyć?
— Wszystko, choć niewiele już zostało — odparł Laskowski. — Prokurator zabrał zwłoki do kostnicy około południa. Sekcja zwłok ma być jutro. Ale miejsce wciąż mówi samo za siebie.
Wprowadził ich za taśmę. Zgliszcza leśniczówki wyglądały jak szkielet jakiegoś prehistorycznego stworzenia — czarne, pokręcone belki, nadpalone fragmenty podłogi, zwały popiołu.
— Zwłoki znajdowały się tutaj — Laskowski wskazał na miejsce w centrum budynku, gdzie ziemia była wyraźnie ciemniejsza. — Pozycja sugerowała, że ofiara leżała na plecach. Ciało było zwęglone w około sześćdziesięciu procentach, co oznacza, że temperatura musiała przekroczyć osiemset stopni Celsjusza.
— Identyfikacja możliwa? — zapytała Zawadzka.
— Trudno powiedzieć. Nie było żadnych dokumentów, biżuterii, rzeczy osobistych. Ale wiek, płeć i przybliżony wzrost będziemy wiedzieć po sekcji. DNA też oczywiście zbadamy, jeśli znajdziemy materiał porównawczy.
Zawadzka przykucnęła przy miejscu, gdzie znajdowały się zwłoki. Wdychała powoli powietrze, wpatrując się w zwęglone deski. Starała się wyobrazić sobie scenę. Ktoś przychodził tu w nocy. Może sam, może prowadząc lub niosąc ofiarę. Podkładał ogień. Obserwował, jak budynek płonie. A potem odchodził, zostawiając zwłoki płomieniom.
— Ślady włamania? — zapytała.
— Drzwi były otwarte na oścież, gdy przyjechaliśmy — odparł Kowalczyk. — Ale trudno mówić o włamaniu do budynku, który od lat stoi pusty. Każdy mógł tu wejść.
— Kto był właścicielem?
— Lasy Państwowe — wyjaśnił Laskowski. — Budynek został opuszczony jakieś dziesięć lat temu, gdy leśnictwo połączono z sąsiednim. Od tamtej pory niszczeje. Lokalsi czasem wchodzą, żeby się napić albo… no wie pani, młodzież.
Zawadzka wstała i rozejrzała się po okolicy.
— Znaleźliście coś jeszcze poza zwłokami? Jakieś ślady, dowody?
Laskowski skinął głową.
— Tak. Pięćdziesiąt metrów stąd, w krzakach, znaleźliśmy pusty kanister po paliwie. Plastikowy, dziesięciolitrowy. Wciąż pachniał benzyną. Zabezpieczyliśmy do badań daktyloskopijnych, ale pewnie będzie czysty — podpalacze rzadko są tak głupi, żeby zostawić odciski.
— A ślady obuwia? Opon?
— Grunt tutaj jest twardy, suchy. Nie znaleźliśmy wyraźnych śladów. Może laboratorium coś wyciągnie, ale nie liczę na cuda.
Zawadzka obeszła powoli zgliszcza, robiąc zdjęcia telefonem, notując obserwacje. Laskowski miał rację — miejsce mówi samo za siebie. Było to profesjonalne podpalenie. Ktoś wiedział, co robi. Wiedział, że opuszczona leśniczówka w środku lasu spłonie szybko i całkowicie. Wiedział, że zwłoki zostaną zniszczone przez ogień. A jednak zostawił je tutaj.
Dlaczego?
— Komendancie Kowalczyk — odezwała się — kiedy dostaliście zgłoszenie o tym pożarze?
— O czwartej dwadzieścia siedem — odparł Kowalczyk. — Dzwonił pan Kazimierz Góral, myśliwy, który był na porannym polowaniu. Zobaczył dym nad lasem.
— Czyli pożar wybuchł najprawdopodobniej między czwartą a czwartą dwadzieścia?
— Mniej więcej. Może trochę wcześniej.
— A który strażak był pierwszy na miejscu?
— Ja — odparł Kowalczyk. — Razem ze Staszkiem Woźniakiem, moim zastępcą. Dojechaliśmy razem, byliśmy tu może o czwartej trzydzieści pięć.
— I od razu zauważyliście zwłoki?
Kowalczyk pokręcił głową.
— Nie od razu. Skupialiśmy się na gaszeniu. Dopiero jak płomienie przygasły i zaczęliśmy przewracać zgliszcza, żeby dogasić tlące się elementy, Staszek krzyknął, że coś jest. Myśleliśmy początkowo, że to zwierzę — dzik albo sarna. Ale jak podszedłem bliżej… — urwał. — No cóż, nie trzeba być lekarzem, żeby rozpoznać ludzkie zwłoki.
Zawadzka skinęła głową. Widziała reakcje ludzi na zwłoki — nawet zahartowani strażacy potrafili się załamać, gdy nagle natknęli się na szczątki człowieka.
— I co zrobiliście?
— Od razu zadzwoniłem na policję i do prokuratury — odparł Kowalczyk. — Nie tykaliśmy niczego, zabezpieczyliśmy miejsce. Procedura jak w podręczniku.
— Dobrze postąpiliście — pochwaliła go Zawadzka.
Spędzili przy zgliszczach kolejne pół godziny, przeszukując okolicę, robiąc dodatkowe zdjęcia. Zawadzka znalazła jeszcze jeden interesujący szczegół — kawałek materiału zaczepiony o gałąź krzaka, może dwadzieścia metrów od budynku. Ciemny, wyglądający na wełnę. Mogło to być cokolwiek, ale zabezpieczyła go na wszelki wypadek.
Gdy wracali do wsi, w samochodzie panowała cisza. Zawadzka myślała intensywnie. Pięć pożarów. Jeden z ofiarą śmiertelną. Wzorzec był wyraźny — nocne podpalenia, odległe miejsca, benzyna jako akcelerant. Ale kto był ofiarą? I czy została zabita przed podpaleniem, czy może zginęła w płomieniach?
Następne dwa dni to był maraton przesłuchań i analiz. Zawadzka przesłuchała państwa Jurkowskich, których stodoła spłonęła jako pierwsza — oboje byli przerażeni, bezradni, nie mieli pojęcia, kto mógłby to zrobić. Przesłuchała pana Maliniaka, przedsiębiorcę, któremu spłonął garaż — również nie miał wrogów, o jakich wiedziałby. Przesłuchała sąsiadów, strażaków, lokalnego sołtysa.
Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Jakby podpalacz był duchem.
Przełom przyszedł trzeciego dnia, gdy zadzwonił lekarz z zakładu medycyny sądowej.
— Aspirant Zawadzka? — usłyszała męski głos w słuchawce. — Doktor Marek Czarnecki, medycyna sądowa. Mam wyniki sekcji zwłok z pożaru leśniczówki.
— Słucham — powiedziała, chwytając notes.
— Ofiara to kobieta, wiek około trzydziestu pięciu — czterdziestu lat, wzrost sto sześćdziesiąt osiem centymetrów, budowa średnia. Przyczyną śmierci było uduszenie — w tchawicy znalazłem ślady ucisku. Została zaduszona przed podpaleniem, prawdopodobnie gołymi rękami lub jakimś miękkim materiałem, który nie pozostawił widocznych śladów.
Zawadzka czuła, jak narasta w niej podekscytowanie.
— Czyli to było morderstwo, a potem próba zatarcia śladów przez podpalenie?
— Wszystko na to wskazuje — potwierdził doktor Czarnecki. — Co więcej, w żołądku ofiary znalazłem resztki ostatniego posiłku — chleb, ser, warzywa. Śmierć nastąpiła prawdopodobnie dwie do czterech godzin po jedzeniu, czyli między pierwszą a trzecią nad ranem.
— A identyfikacja? DNA?
— Pobrano próbki. Jeśli macie materiał porównawczy, możemy zrobić test. Ale są jeszcze inne szczegóły, które mogą pomóc.
— Jakie?
— Ofiara urodziła co najmniej jedno dziecko — widać to po śladach na miednicy. Ma też bliznę po operacji wyrostka robaczkowego, przeprowadzonej prawdopodobnie w młodości. I co najciekawsze — na lewej ręce, na palcu serdecznym, znalazłem ślad po długim noszeniu pierścionka. Opalone miejsce na skórze wskazuje, że nosiła obrączkę.
— Więc była mężatką?
— Lub po prostu nosiła pierścionek. Ale obrączka to najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie.
Zawadzka podziękował doktorowi i rozłączyła się. Kobieta, około czterdziestu lat, matka, prawdopodobnie mężatka. Uduszona, a potem spalona. Kto?
Pomysł przyszedł jej nagle. Wróciła do dokumentacji pożarów, którą dostała od Kowalczyka. Przeglądała raporty, notatki, protokoły. I tam, w opisie drugiego pożaru — tego w lesie przy szosie do Lichenia — znalazła to, czego szukała.
Różaniec.
Różaniec znaleziony na miejscu pożaru.
A dwa kilometry od Wielkich Lipień znajdował się klasztor żeński.
Bernardynki.
Zawadzka wyjęła telefon i zadzwoniła do Laskowskiego.
— Brygadier, aspirant Zawadzka. Ten różaniec znaleziony przy drugim pożarze — mówił pan, że został zabezpieczony do badań. Są jakieś wyniki?
— Zaraz sprawdzę — usłyszała w słuchawce szelest przewracanych kartek. — Tak, jest. Badano na odciski palców, DNA, inne ślady biologiczne. Odciski czytelne, znaleziono jedną kompletną linię papilarną. Ale nie było z czym porównać, więc nie wiemy, do kogo należy.
— A sam różaniec? Można ustalić skąd pochodzi?
— To standardowy różaniec katolicki, drewniany, z metalowym krzyżykiem. Tanie wykonanie, produkowany masowo. Może go mieć każdy. Ale… — zawahał się.
— Ale co?
— Na odwrocie krzyżyka jest wyryta data: „M.G. 1995”. Inicjały i rok. Może data pierwszych ślubów zakonnych? Albo data jakiegoś wydarzenia?
M.G. 1995.
Zawadzka czuła, że coś zaczyna się układać. Nie miała jeszcze pełnego obrazu, ale elementy zaczynały do siebie pasować.
Klasztor. Zakonnice. Pożary. Zwłoki kobiety.
Musiała porozmawiać z kimś z klasztoru.
Klasztor sióstr bernardynek w Wielkich Lipnach stał na niewielkim wzniesieniu, otoczony wysokim murem z czerwonej cegły. Brama była ciężka, drewniana, z małą furtką. Zawadzka zaparkował przed wejściem i nacisnęła dzwonek.
Przez chwilę cisza, potem trzask zamka i furtka uchyliła się. W progu stanęła starsza zakonnica, drobna, z pooraną zmarszczkami twarzą.
— Dzień dobry — przywitała Zawadzka. — Aspirant Monika Zawadzka, policja. Chciałabym rozmawiać z matką przełożoną.
Siostra skinęła głową bez słowa i otworzyła furtkę szerzej. Zawadzka weszła na teren klasztoru. Dziedziniec był niewielki, wybrukowany kamieniem, pośrodku stała figura Matki Boskiej. Wokół prostych, dwupiętrowych budynków klasztornych panowała cisza — niemal namacalna, przytłaczająca.
— Proszę czekać — powiedziała zakonnica i zniknęła w jednym z budynków.
Zawadzka stała na dziedzińcu, rozglądając się. Wszystko było tu niezwykle czyste, uporządkowane, jakby sterylne. Okna budynków były zamknięte, zasłonięte. Nie widać było żadnego ruchu, żadnego życia.
Po kilku minutach siostra wróciła.
— Matka Gabriela przyjmie panią w parlatorze — powiedziała. — Proszę za mną.
Parlatorium okazało się małą salką z prostymi drewnianymi krzesłami, stołem i krucyfiksem na ścianie. Zawadzka usiadła i czekała. Po chwili drzwi otworzyły się i weszła matka przełożona.
Gabriela była kobietą po sześćdziesiątce, wysoką, szczupłą, o surowej, ascetycznej twarzy. Włosy miała ukryte pod welonem, dłonie złożone w geście modlitwy. Patrzyła na Zawadzką z wyrazem spokojnej wyższości.
— Dzień dobry — powiedziała. — Matka Gabriela. W czym mogę pomóc policji?
Zawadzka wstała.
— Dzień dobry, Matko. Jestem aspirant Monika Zawadzka. Prowadzę śledztwo w sprawie serii podpaleń w gminie Wielkie Lipnie. Chciałabym zadać kilka pytań.
— Podpaleń? — Matka Gabriela uniosła lekko brew. — Co to ma wspólnego z naszym klasztorem?
— Prawdopodobnie nic — odparła Zawadzka spokojnie. — Ale podczas jednego z pożarów znaleziono różaniec. I zastanawiałam się, czy może należeć do którejś z sióstr.
— Różaniec to przedmiot powszechny wśród katolików — powiedziała Matka Gabriela. — Każdy wierny może go nosić.
— Oczywiście. Ale ten ma wyryte inicjały: M.G. i datę 1995. Czy te inicjały coś Matce mówią?
Przez twarz przełożonej przemknął ledwie zauważalny grymas.
— M.G. to moje inicjały — przyznała. — Maria Gabriela. Ale straciłam różaniec wiele lat temu, nie pamiętam dokładnie kiedy.
— Czyli to pani różaniec mógł znaleźć się na miejscu pożaru?
— Mógł. Jeśli ktoś go znalazł i nosił przez te lata. Siostry czasem pielgrzymują do Lichenia, do okolicznych kościołów. Mogłam zgubić, ktoś podniósł. To wszystko wyjaśnia.
Zbyt łatwo, pomyślała Zawadzka. Zbyt gładko.
— Matko, czy w waszym klasztorze mieszkają wszystkie siostry, które tu profesję składały? — zapytała.
— Nie rozumiem pytania.
— Pytam, czy któraś z sióstr opuściła wspólnotę w ostatnich latach?
Matka Gabriela zmrużyła oczy.
— Siostry czasem odchodzą. To ich prawo. Jeśli czują, że Bóg wzywa je gdzie indziej.