E-book
8.19
Straszne bajki dla niegrzecznych dzieci

Bezpłatny fragment - Straszne bajki dla niegrzecznych dzieci


Objętość:
75 str.
ISBN:
978-83-65236-81-4

1. Książę i Wampirzyca

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, istniało piękne królestwo. Rządził nim sprawiedliwy król, który miał tylko jedno dziecko. Był to syn, niezwykle przystojny i mężny, który miał przejąć władzę po swoim wspaniałym ojcu.

Królewiczowi jednak nie w głowie były nauki. Jeździł na polowania i często wyruszał w pełne przygód podróże. Król zamartwiał się, że jego syn nie chce się ustatkować, pojąć za żonę pięknej królewny i zasiąść na tronie.

Któregoś dnia dobry władca nie wytrzymał wybryków księcia i rzekł do niego:

— Albo do końca roku znajdziesz żonę, albo nie oddam ci korony!

Książę bardzo się tym przejął i od razu rozpoczął poszukiwania. Nie było to łatwe zadanie, gdyż żadna z dam mu nie odpowiadała. Ostatecznie książę postanowił znaleźć partnerkę w sąsiednim królestwie. Wyruszył w podróż przez zakazany las. Nikomu nie było wolno zbliżać się do tego lasu, gdyż roiło się tam od różnego rodzaju straszydeł i upiorów. Książę niczego się nie bał i z podniesioną głową wjechał na nieprzystępne tereny.

Było to bardzo mroczne miejsce. Nie docierały tu promienie słoneczne i wszędzie panowały ciemność i wilgoć. Książę jechał długo na swym koniu, aż dotarł do starego zamku. Zdziwił się bardzo, bo nie słyszał, by w tych okolicach panował jakiś król. Budowla wyglądała jak ruina. Wszystkie cegły zarosły mchem, a w oknach nie było szyb. Drzwi jednak były zamknięte, więc królewicz postanowił zapukać. Otworzyła mu piękna królewna i książę od razu się w niej zakochał. Piękność zaprosiła go do środka i zaproponowała mu posiłek. Poza nią w całym zamku nie było żywej duszy.

— Jak to możliwe, że taka młoda i piękna królewna mieszka sama? — zastanawiał się Książę.

Pomimo wielu wątpliwości postanowił, iż to ona zostanie jego żoną.

Dziewczyna jednak nie chciała, by jechali do jego królestwa za dnia.

Mówiła, że jej delikatna skóra źle reaguje na słońce. Zadecydowali więc, że wyruszą po zachodzie słońca.

Kiedy królewna udała się na popołudniową drzemkę, królewicz zaczął zwiedzać zamek. Nie spotkał w ogóle innych ludzi. Zaglądał do wielu komnat i zauważył, że musiało tu kiedyś mieszkać dużo osób, gdyż każdy z pokoi był całkowicie wyposażony, a na stolikach leżały rzeczy osobiste dawnych mieszkańców. Książę oglądał portrety wiszące na korytarzach. Zdziwił się, że na żadnym z nich nie było widać wybranki jego serca.

Nagle, stojąc w ciemnym korytarzu, poczuł chłód. Na wprost, kilka metrów dalej, dojrzał sylwetkę kobiety. Biała postać stała nieruchomo i wywołała lęk w sercu młodzieńca. Nie poruszała się i w ciemności ciężko było dostrzec rysy jej twarzy. Książę miał wrażenie, że patrzy ona wprost na niego.

— Kto tam? — powiedział z wahaniem w kierunku zjawy — czy to ty, moja ukochana?

— Tak, to ja. Podejdź do mnie — usłyszał głos dochodzący od strony postaci.

Ruszył niepewnie w jej kierunku. Nadal nie poruszyła się ani trochę. Im dalej szedł, tym ciemniej zdawało się robić dookoła.

Gdy był już bardzo blisko księżniczki, ta poruszyła się i wyciągnęła w jego stronę obie ręce. Książę przeraził się, gdyż oto przed nim zamiast pięknej królewny stała blada postać z czerwonymi oczami. Z rysów twarzy przypominała jego ukochaną, lecz widać było, iż nie jest to ta sama osoba. Młodzieniec ze strachu nie mógł się ruszyć. Kobieta zbliżyła się i oczom księcia ukazały się ostre kły, które po chwili poczuł na swojej szyi. Zjawa powoli wypiła całą krew, która płynęła w jego żyłach. Osunął się delikatnie na posadzkę, by już nigdy nie powstać. Zjawa rozpłynęła się w powietrzu.

Król zamartwiał się o swego syna i czekał na jego powrót latami. Ten nigdy jednak nie powrócił, a wśród mieszkańców królestwa słychać było różne legendy. Jedna z nich opowiadała o sąsiednim królestwie, które przygarnęło do siebie zagubioną, piękną dziewczynę. Okazała się ona bezwzględną wampirzycą, która wypiła krew ze wszystkich swoich wybawców. Gdy uśmierciła już wszystkich, dookoła zamku wyrósł bardzo gęsty las. Nikt jednak nie wiedział, gdzie to miejsce się znajduje.

2. Tajemniczy pokój

Dawno, dawno temu, w pewnym niewielkim miasteczku, żyła sobie śliczna dziewczynka. Mieszkała w niewielkim domku z matką i trzema braćmi. Nigdy nie starczało im pieniędzy, toteż każdy z członków rodziny starał się zarobić kilka groszy, imając się różnych zajęć. Wszyscy ciężko pracowali.

Jedynie dziewczynka nie przejmowała się ich sytuacją. Nie pomagała w domu, nie sprzątała po sobie i nie słuchała dorosłych. Do tego ciągle była niegrzeczna i nieładnie się odzywała. Matka była już tym bardzo zmęczona i po wielu próbach przywrócenia porządku rzekła do swej córki:

— Kochane dziecko. Pracuję ciężko i w dzień, i w nocy. Ciągle chodzę zmęczona. Nie podoba mi się twoje zachowanie i nie jestem w stanie sobie z tobą poradzić. Postanowiłam, że zamieszkasz u swego wuja, na drugim końcu królestwa.

Po tych słowach matka kazała dziewczynce spakować się, a nazajutrz z samego rana wsadziła ją do powozu, który ruszył w kierunku domu jej wuja.

Dziewczynka bardzo długo płakała i żałowała swojego zachowania. Decyzja jednak zapadła i musiała pogodzić się z karą.

Po kilku dniach powóz dotarł na miejsce. W miasteczku powitał dziewczynkę jej wuj. Był to starszy mężczyzna z długimi, białymi wąsami.

Oboje pomaszerowali w kierunku starego domu. Gdy dotarli na miejsce, oczom dziewczynki ukazał się wielkich rozmiarów dwór otoczony olbrzymim ogrodem.

Gdy weszli już do środka, wuj odezwał się do swej siostrzenicy:

— Twój pokój znajduje się na pierwszym piętrze. Ja bardzo dużo pracuję, więc większość czasu będziesz spędzać sama. Możesz wchodzić wszędzie z wyjątkiem pokoju na ostatnim piętrze, tym na samym końcu korytarza. Przyrzeknij, że nigdy tam nie wejdziesz!

— Przyrzekam, wuju — odrzekło smutnie dziecko.

Mijały dni. Dziewczynka starała się grzecznie zachowywać, pomimo tego, że często była sama i nie mogła liczyć na pochwały. Z czasem jednak, gdy już zwiedziła każdy zakątek starego dworu, zaczęła się nudzić. Coraz częściej rozmyślała nad zakazanym pokojem i — chcąc nie chcąc — jej nogi co jakiś czas wiodły ją w jego okolice.

Pewnego pochmurnego dnia nie mogła już wytrzymać i postanowiła tam zajrzeć. Ostrożnie szła ciemnym korytarzem w kierunku tajemniczych drzwi. Szła na paluszkach, a jej oddech był nie do usłyszenia. Gdy stanęła już naprzeciwko pokoju, delikatnie schyliła się i zajrzała do środka przez dziurkę od klucza. W pokoju panował półmrok i nie dostrzegła tam nic szczególnego. Zdecydowała się wejść. W środku było ciemno i bardzo zimno. Przy ścianach stało kilka starych szaf, część mebli była przykryta jasnym płótnem. Zrobiła kilka kroków naprzód. W tym momencie z hukiem zatrzasnęły się drzwi. Dziewczynka szybko do nich podbiegła i starała się je otworzyć. Bez skutku. Nagle za plecami usłyszała głos:

— Kim jesteś…? — był straszny, ochrypły. Dziecko było bardzo przerażone i starało się jak najszybciej otworzyć drzwi.

— Kim jesteś? — głos tym razem usłyszała wyraźniej, jakby postać była coraz bliżej niej.

Dziewczynka zaczęła krzyczeć i uderzać pięściami w zamknięte drzwi. Wtem poczuła na swoim ramieniu zimną, kościstą dłoń. Serce jej zamarło. Powoli odwróciła głowę, by zobaczyć, kto ją trzyma. Ku swojemu przerażeniu dostrzegła potworną, wychudłą i pomarszczoną postać. Jej oczy były wielkie, wyłupiaste i przekrwione. Z wykrzywionych ust wystawały połamane, pożółkłe zęby.

— Kim jesteś?! — wykrzyknął upiór jeszcze bardziej ochrypłym i przerażającym głosem.

Dziewczynka krzyknęła głośno i z całych sił szarpnęła za klamkę. Tym razem się udało i dziecko wybiegło na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Zbiegła ile sił w nogach na parter i wybiegła na podwórko. Z ulgą dostrzegła wuja wracającego z pracy. Rzuciła mu się na szyję i z płaczem opowiedziała, co się stało.

Ten pokój należał do mojej zmarłej żony, twojej ciotki — powiedział wuj. — Nikogo tam nie ma, ale od jej śmierci pokój stoi zamknięty. Nie powinnaś była tam wchodzić, zabroniłem ci. Nadal jesteś niegrzeczna i właśnie taka kara cię za to spotkała.

Dziewczynka, tonąc we łzach, przeprosiła wuja i przyrzekła, że już zawsze będzie grzeczna.

Od tamtej pory już nigdy nie była nieposłuszna. Po kilku miesiącach wzorowego zachowania pozwolono jej wrócić do rodziny, gdzie z ochotą pomagała we wszelkich pracach reszcie domowników.

3. Błękitne miasto

Daleko stąd, tuż obok dębowego gaju, mieściła się wioska skrzatów. Żyły one w zgodzie z naturą, uprawiając pszenicę i pielęgnując sad. Wszyscy mieszkańcy byli bardzo szczęśliwi. Tylko jeden skrzat był wiecznie niezadowolony. Wołano na niego Sikorek, a to głównie dlatego, iż całymi dniami zwiedzał okolice, latając na grzbiecie zaprzyjaźnionej sikorki.

Otóż los tak chciał, iż tamtejsze okolice zostały nawiedzone przez szereg tragicznych w skutkach nawałnic, podczas których cała wioska została zrównana z ziemią. Część jej małych mieszkańców zginęła, a reszta pouciekała na wszystkie strony świata. Jedynie Sikorek był w owym czasie z dala od miejsca swego zamieszkania. Gdy po kilku dniach wrócił ze swej wyprawy, widząc ogrom zniszczeń, padł na kolana i zapłakał:

— Och, co za głupiec ze mnie! Powinien być tu i wspierać moich braci. Teraz jestem sam jak palec i nigdy nie założę rodziny.

Otarł łzy i ponownie wskoczył na grzbiet swego skrzydlatego przyjaciela.

— Ruszaj! — krzyknął skrzat. — Znajdziemy nowy dom. Przyrzekam, że gdy już osiedlimy się w jakimś miejscu, nie opuszczę go ani na jeden dzień.

Po tych słowach wzbili się w powietrze i skierowali się na zachód. Sikorek nigdy nie był w tamtych rejonach i liczył na to, że może znajdzie tam nowe życie.

Lecieli bardzo długo, mijały kolejne dni. W końcu dotarli do przepięknego królestwa. Jego mieszkańcy ubierali się tylko w błękitne szaty, a budynki zbudowane były z niebieskich kamieni. Dzielny skrzat był małych rozmiarów w porównaniu z każdym mijającym go człowiekiem, co jednak zupełnie go nie zniechęciło. Postanowił zamieszkać w tym osobliwym mieście. Razem z sikorką wybudowali sobie małe gniazdko na wielkim drzewie o turkusowych liściach, stojącym na samym środku malowniczego rynku.

Gdy tylko się urządzili, Sikorek rozejrzał się za pracą. Trudne zadanie stało jednak przed nim, gdyż w świecie „olbrzymów” nie nadawał się do żadnego zajęcia. Był zbyt mały, by paść krowy, miał zbyt krótkie ręce, by wypiekać chleb, i nie był wystarczająco silny, by roznosić mieszkańcom mleko. Zrezygnowany po kilku tygodniach bezskutecznych poszukiwań usiadł na niewielkim kamieniu i głośno zapłakał. Jego płacz usłyszała przechodząca obok córka właściciela kwiaciarni.

— Co się stało, maluchu? — zapytała słodkim głosem.

— Ach, piękna dziewczyno. Od dłuższego czasu los mnie nie oszczędza. Mój dom został zniszczony przez wichury, moi przyjaciele zginęli, a gdy w końcu znalazłem miejsce dla siebie, nie stać mnie nawet na ciepły posiłek.

Dziewczyna zlitowała się nad skrzatem i zaprowadziła go do swego ojca. Ten z miejsca zaproponował mu zatrudnienie. Niski wzrost okazał się wyjątkowym atutem w walce z chwastami.

Co dzień rano Sikorek wygrzebywał się ze swojego gniazda i wyruszał w stronę ogrodu kwiaciarza. Praca nie była trudna, ale bardzo czasochłonna, toteż zawsze wracał już po zmroku. Szczęśliwie mijały mu dni. Jego serce zaczęło bić mocniej do córki kwiaciarza, lecz wiedział, że ona nie zechce skrzata na męża. Myśli o pięknej dziewczynie zaczynały zamieniać się w obsesję. Co wieczór po skończonej pracy skrzat godzinami przesiadywał pod oknem jej pokoju i obserwował każdy ruch swojej ukochanej. Z początku dziewczynie to nie przeszkadzało, ale gdy Sikorek zaczynał być coraz bardziej natrętny, rzekła z niepokojem do swego ojca:

— Ojcze drogi. Musimy pozbyć się tego straszliwego skrzata. Chodzi za mną, odstrasza adoratorów i zdarzało mu się mi grozić. Mówił, że jeśli nie zostanę jego żoną, obetnie mi w nocy palec.

Kwiaciarz przestraszył się, że jego córce może stać się coś złego. Bał się jednak wyrzucić skrzata, gdyż — jak sądzono — są to mściwe stworki, z którymi lepiej nie zadzierać. Nie miał jednak wyboru, musiał wygnać go z miasta.

Sikorek ku przerażeniu swojego byłego pracodawcy wściekł się niemiłosiernie i poprzysiągł zemstę.

Od tamtej pory mijały lata i nikt z mieszkańców błękitnego miasta nie widział skrzata. W tym czasie piękna córka kwiaciarza poznała kandydata na męża. Wciąż jednak denerwowała się, że zazdrosny Sikorek powróci i zemści się na nich wszystkich. W nocy przed planowanym ślubem nie mogła spać. W miasteczku było bardzo cicho, na ulicy nie było żywej duszy. Dziewczyna spokojnie leżała w swoim łóżku, gdy nagle w oddali usłyszała szepczący głos.

— Nie chciałaś być moja, choć dałem ci serce.

Córka kwiaciarza otworzyła szeroko oczy. Podbiegła do okna, jednak nikogo nie zauważyła. Wróciła do łóżka i przykryła się kołdrą po samą głowę.

— Nie chciałaś być moja, choć dałem ci serce… — usłyszała ponownie, tym razem głos był już bliżej.

— … a teraz kto inny trzyma cię za ręce — osoba wypowiadająca te słowa zdawała się stać już pod drzwiami jej domu.

— Nie chciałaś mnie znać, wygnałaś, przeklęłaś — ktoś powoli zaczął wchodzić na pierwsze piętro skrzypiącymi schodami. Przez chwilę nikt nic nie mówił, ale z całą pewnością jakaś postać zbliżała się do pokoju dziewczęcia.

Już pod samymi drzwiami odezwał się jej dręczyciel.

— Nie chciałaś być moja, choć dałem ci serce! A teraz kto inny trzyma cię za ręce! — tym razem nie był to już szept. Tajemnicza postać wręcz krzyczała z wściekłością. — Nie chciałaś mnie znać, wygnałaś, przeklęłaś!

Klamka powoli przekręciła się, a drzwi uchyliły się z jękiem. Dziewczyna schowała się głębiej i zamknęła oczy. Usłyszała, jak ktoś zrobił kilka kroków w jej kierunku.

***

Gdy kwiaciarz wszedł z rana do pokoju przyszłej panny młodej, nie zastał swojej córki. Nikt nie wiedział, co się wydarzyło tamtej nocy ani gdzie podziała się dziewczyna. Do dziś nie ma po niej śladu.

4. Sufitowy potwór

Dawno, dawno temu, w małym domku na skraju lasu, żyły sobie dwie siostry. Mieszkały wraz ze swoim ojcem.

Dziewczynki, pomimo młodego wieku, były bardzo odważne i często wybierały się na wycieczki do lasu. Każdego dnia wypuszczały się coraz dalej od domu. Aż w końcu doszły tak daleko, że nie mogły powrócić przed zmierzchem.

— Nie możemy iść dalej po ciemku — powiedziała starsza siostra. — Musimy gdzieś przenocować, ruszymy z powrotem z samego rana.

Tak też uczyniły. Znalazły schronienie pod jednym z większych drzew, przytuliły się do siebie i czekały na zapadnięcie zmroku. Gdy nastała noc, młodsza siostra dostrzegła w oddali światło.

— Może to jakiś dom — powiedziała. — Chodźmy tam i poprośmy o schronienie. To lepsze niż spanie na ziemi.

Jak powiedziała, tak zrobiły. Chatka była niedaleko, toteż szybko dotarły na miejsce.

Zapukały do drzwi i po otworzył im stary myśliwy. — Cóż robicie tak daleko od domu, małe dziewczynki? — zapytał miłym głosem.

— Zgubiłyśmy się w lesie — zaczęła starsza siostra. — Czy możemy przenocować tutaj? Z samego rana wyruszymy w drogę powrotną. Stary myśliwy zgodził się i zaprosił dzieci do środka. Poczęstował je chlebem i zupą.

— Rzadko mam tu gości. Ale takie małe osóbki, goszczę pierwszy raz. Muszę was ostrzec. To nie jest zwykła chatka. Mieszkał tu kiedyś straszny potwór wraz z rodziną. Kilkoro dzieci podpaliło to miejsce, by pozbyć się straszydeł. Udało się to jedynie częściowo, gdyż upiory schroniły się w suficie. Radzę wam, byście się do niego nie zbliżały, bo gdy to uczynicie, wysuną z sufitu swe obrzydliwe łapska, wciągną was do środka i pożrą.

Gdy myśliwy skończył swą opowieść, zgasił świecę i wyszedł z pokoju, zostawiając dziewczynki same.

Dzieci nie za bardzo przejęły się tą historią, sądząc iż chciał jedynie je nastraszyć. Nie były jeszcze bardzo zmęczone i postanowiły przed spaniem jeszcze się pobawić. Młodsza siostra była bardzo żywym dzieckiem, z entuzjazmem zaczęła skakać po łóżku. Podskakiwała coraz wyżej i wyżej. W końcu była tak wysoko, że mogła rękami dotknąć sufitu. Wtedy ze stropu wyłoniły się wielkie, owłosione łapska. Palce zakończone miały potężnymi pazurami. Gdy dziewczynka była blisko, złapały ją i wciągnęły do środka. Mała krzyczała i broniła się przed mocnym uściskiem, ale na niewiele się to zdało. Po chwili widać jej było jedynie nogi.

Starsza siostra, widząc to wszystko, zaczęła krzyczeć z przerażenia. Weszła na łóżko i starała się skakać tak wysoko, by złapać swą młodszą siostrzyczkę. Nie zdążyła jednak, gdyż straszny potwór wciągnął ją zupełnie. Wtedy do pokoju wpadł zaniepokojony myśliwy. Chwycił większą dziewczynkę i wybiegł z nią na dwór.

— Moja siostra tam została — zapłakała dziewczyna.

Niestety nic już nie poradzimy. Potwory ją pożarły — oznajmił myśliwy ze smutkiem. — Chodź dziecko. Odprowadzę cię do domu.

Ruszyli razem przez ciemny las. Dziewczynka nie bała się już ciemności. Co chwilę jednak słyszała za plecami szuranie, jakby potwory ruszyły za nimi.

Przyśpieszyli więc kroku. Dziecko bardzo ucieszyło się na widok ojca, który z ulgą ujął swą córkę w ramiona. Rodzina podziękowała myśliwemu za pomoc i ten powrócił do siebie.

Dziewczynka sama już nie oddalała się od domu. Gdy jednak kilka lat później przechodziła obok miejsca, w którym stała chata myśliwego, z przerażeniem zauważyła, że nic tam nie ma, i chyba nigdy nie było.

5. Kot i sowa

Wiele lat temu, w odległym kraju, żył sobie kotek bez jednej łapki. Był bardzo spokojny i przyjacielski. Mieszkał na małej farmie, z daleka od miasta. Nie miał jednak łatwego życia. Gospodyni uważała, że nie nadaje się do polowania na myszy, więc nie jest w ogóle przydatny. — Kto to widział — powtarzała ciągle — żeby kota musieć karmić, a on nic w zamian nie przynosi. Czas pozbyć się tego darmozjada!

Mąż gospodyni bronił kociaka. Uważał, że wnosi on wiele ciepła do ich domu i jest idealnym towarzyszem dla niego. Co wieczór, gdy gospodarz siadał w wielkim fotelu i czytał książkę, kotek wskakiwał mu na kolana i towarzyszył, dopóki nie zgasła świeca. Jednak dobry pan nie mógł bez końca sprzeciwiać się swej żonie. Pewnego chłodnego poranka wziął kotka i zgodnie z wolą gospodyni poszedł z nim nad rzekę.

— Przykro mi, mój mały przyjacielu — rzekł na pożegnanie. — Taka jest wola mej małżonki.

Po chwili włożył malucha do worka i wrzucił go do wody. Nie mógł patrzeć, jak kociak tonie, więc szybko odwrócił się i pomaszerował w kierunku farmy.

Tymczasem bystre zwierzątko zdołało się oswobodzić. Woda poniosła go daleko od domu. Wyszedłszy na brzeg, zorientował się, że znajduje się w nieznanym miejscu.

— Trudno — rzekł ze smutkiem. — Nie mam po co wracać na farmę. Muszę nauczyć się polować, by nie umrzeć z głodu.

Kotek bez łapki zamieszkał w wielkim lesie. Co dnia starał się upolować jakieś małe zwierzątko, ale jego łupem najczęściej padały żuki i inne małe stworzonka. Nowy dom w końcu zaczął mu się podobać. Poznał też starą sowę, która nigdy nie była dalej niż w okolicach swojego drzewa, dlatego z ochotą wypytywała go o życie na farmie.

— A te prosiaki — mówiła — to do jedzenia dobre?

— Dobre, dobre! — chwalił się kot, jakby to on sam dbał, by wieprzowina była dostępna w domu.

— A te kurczaki? Dobre?

— Najlepsze mięso pod słońcem! Gospodyni robiła z nich pyszną zupę.

— A kurze jaja? Dobre?

— Osobiście wybierałem w kurniku te najlepsze!

Sowa patrzyła na kota z niedowierzaniem. Jak taki maluch, i to bez jednej łapki, mógł to wszystko robić sam? Jednak opowieści jej młodego przyjaciela pobudziły wyobraźnię sowy. Zapragnęła poznać otaczający ich świat. Ponieważ była już stara, poprosiła kota, by udał się z nią w podróż. Przyda jej się pomoc tak świetnego łowcy.

Następnego dnia wyruszyli razem w nieznanym kierunku. Wędrowali całymi dniami, a sowa nie mogła się napatrzeć na piękne widoki, które się wokół nich roztaczały. Po drodze żywili się robakami i jagodami. Któregoś dnia przechodzili koło pewnej farmy. Tuż przy zagrodzie taplały się w błocie wesołe prosiaki.

— Spójrz! — krzyknęła sowa do swego towarzysza. — Dokładnie takie, jakie mi opisywałeś! Mam dość robaków! Chciałabym, byś upolował mi jednego z nich na dzisiejszą kolację.

Kot zmartwił się bardzo, ale postanowił podjąć się tego zadania. Czaił się i czaił. Obszedł stadko wieprzów dookoła. Trwało to bardzo długo i sowa zaczynała się niecierpliwić. W końcu mały łowca z całą siłą rzucił się na niedużego prosiaka. Uczepił się pazurami grzbietu i wbił kły w jego ciało. Świnia wyglądała na dość zaskoczoną. Po chwili zaśmiała się szyderczo i zrzuciła kotka do błota. Odchodząc, jeszcze przygniotła go racicą.

Sowa patrzyła z niedowierzaniem na tę komiczną sytuację. Uznała, że pewnie na farmie jej przyjaciela prosiaki musiały być o wiele mniejsze. Poszli dalej. Gdy mijali kurnik, ptaszysko odezwało się ponownie:

Jak nie wieprzowinka, to chociaż jajka nam przynieś. Obiecuję, że to moja ostatnia prośba. Skryjemy się w krzakach, posilimy się jajkami i odpoczniemy.

Kot przystał na to. Kradzież jajek nie może być przecież bardzo trudna. Zaczaił się przy wejściu i ostrożnie wszedł do środka. Sowa straciła go z oczu. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nagle dało się usłyszeć głośne miauknięcie. Z kurnika wybiegł spłoszony kot, a za nim biegły trzy rozzłoszczone kury. Zwierzak trzymał w zębach jedno jajo i uciekał co sił w łapach. Dotarł do sowy i razem znikli w krzakach. Gdy byli już bezpieczni, sowa zechciała obejrzeć łup. Ale kociak robił to pierwszy raz i za mocno ścisnął jajo zębami. Cała zawartość wypłynęła w czasie ucieczki przed kurami. W tym momencie sowa zrozumiała, że kot ją oszukał. Nie był łowcą, nie polował na wielkie zwierzęta i nie zabierał jaj z kurnika. Była wściekła i głodna.

— No i co ja teraz zjem na kolację…? — mówiła w kierunku kota, jednocześnie przekręcając łepek na bok, tak jak to sowy mają w zwyczaju. Jednym skokiem dopadła kota, wbijając w niego szpony. Po chwili była już najedzona i sama ruszyła w dalszą wędrówkę.

6. Wyspa

Istniało niegdyś wielkie jezioro. Było ono tak ogromne, że nikomu nigdy nie udało się go obejść ani przepłynąć. Na samym jego środku znajdowała się niewielka wyspa, o której wiedziało niewiele osób.

Przy samym brzegu było miasteczko, w którym żyło zaledwie 20 mieszkańców. Mieszkało tam młode małżeństwo, które bardzo starało się o dziecko, niestety bezskutecznie. W końcu żona załamała się całkowicie. Przestała wychodzić z łóżka i całymi dniami patrzyła nieobecnym wzrokiem przez okno. Maż niepokoił się o swoją ukochaną i chciał jak najszybciej jej pomóc. Pewnego dnia zwierzył się ze swoich problemów staremu rybakowi.

— Młodzieńcze — rzekł leciwy pan — myślę, że jestem w stanie ci doradzić. Otóż słyszałem, że na środku jeziora jest mała wyspa. Na niej mieszka czarownica, która zna wszystkie zaklęcia. Ona umiałaby wam pomóc. Uważaj jednak, było wielu śmiałków próbujących odnaleźć wyspę. Po dziś dzień nikomu nie udało się powrócić.

Niewiele myśląc, mąż udał się w niebezpieczną podróż. Płynął bardzo długo i przez wiele dni nie widział lądu na horyzoncie. Gdy los jego stawał się niepewny, dostrzegł w oddali niewielką wyspę. Ucieszył się ogromnie i podpłynął najbliżej jak było to tylko możliwe.

Niestety nie był w stanie przybić do brzegu, jego oczom ukazał się ogromny dziesięciometrowy klif. Opłynął wyspę dookoła, lecz wszędzie brzeg był wysoki. Ostatecznie zdecydował się wspiąć po skałach. Zarzucił kotwicę i wskoczył do wody, by po chwili dopłynąć do klifu. Wspinaczka poszła mu wyjątkowo łatwo i po kilku minutach stał już na równym terenie.

Na wyspie znajdowało się zaledwie kilka drzew, zagroda, w której były owce, oraz niewielka chatka, wokół której biegały z radością kury. Młodzieniec odważnie ruszył przed siebie. Zapukał do drzwi.

— Kogo diabli nadali? — zza drzwi dobiegł głos starszej kobiety.

— Nazywam się Teodor. Przybywam z wioski znad brzegu jeziora.

— Czego chcesz ode mnie? Nie zapraszałam nikogo!

— Pragnę jedynie prosić cię o pomoc. Nie możemy mieć z żoną dzieci. Jeśli nam pomożesz, sowicie zapłacę ci za tę usługę.

Przez chwilę panowała cisza. Nagle drzwi otworzyły się i na podwórze wyszła starucha. Na oko mogła mieć nawet ponad sto lat.

— Pomogę ci — zwróciła się do młodzieńca z drwiącym uśmiechem — ale nie chcę za to pieniędzy. Dam ci eliksir. Jeśli twoja żona wypije go o północy, w waszym życiu pojawi się troje dzieci w równych odstępach czasu.

— To cudownie! — wykrzyknął z zadowoleniem Teodor. –Cóż chcesz w zamian dobra kobieto?

— Jednym z dzieci będzie dziewczynka. Gdy tylko się urodzi, przywieziesz ją do mnie. Taki poczęstunek będzie dla mnie najlepszą nagrodą.

Mężczyzna przestraszył się bardzo takiej ugody, ale widząc w tym jedyną szansę na potomka, zgodził się.

Po powrocie opowiedział wszystko swojej żonie. Kobieta była tak szczęśliwa, że od razu, pierwszej nocy, wypiła tajemniczą miksturę. Jeszcze tego samego roku urodził im się pierwszy syn. W ciągu kilku następnych lat pojawił się w ich życiu kolejny zdrowy chłopiec.

Gdy małżonkowie spodziewali się kolejnego dziecka, ogarnął ich lęk. Żona płakała całymi nocami.

— Nie zawieziemy jej naszej córki — stwierdził ostatecznie mąż. — Co nam zrobi głupia starucha. Nie ma nawet łodzi! Zresztą minęły lata, pewnie gryzie już piach, wredna wiedźma.

Kilka miesięcy później na świat przyszło prześliczne dziecko. Rodzice nazwali ją Lilia.

Dziewczynka rozwijała się bardzo dobrze. Kiedy skończyła 16 lat, była uznawana za najpiękniejszą pannę w całym królestwie. Jej rodzice już dawno zapomnieli o złożonej przysiędze. Niestety czarownica nie zapomniała. Rozzłoszczona każdego dnia obmyślała zemstę.

— Nie chcą mi przyprowadzić jednego dziecka, tak jak obiecywali! Stracą więc wszystkie — śmiała się starucha w swojej chatce.

Jeszcze tej samej nocy Lilia długo nie mogła zasnąć. Nagle usłyszała głos dobiegający od strony wybrzeża.

— Pomocy! Pomocy!

Dziewczyna, niewiele myśląc, szybko ubrała się i wybiegła na podwórze. Na drodze stanął jej starszy brat:

— To niebezpieczne. Ja pomogę tej osobie, a ty wracaj do swojego pokoju.

Lilia wróciła posłusznie do domu. Nazajutrz zbudził ją lament matki. Jeden z rybaków widział, jak jej starszy syn wszedł do wody i szedł tak długo, aż zniknął pod taflą jeziora.

Rodzina długo nie mogła pozbierać się po tej stracie. Niestety po jakimś czasie sytuacja się powtórzyła. Tym razem średni brat poszedł za głosem i on także nie wrócił już nigdy do domu.

Rodzice w rozpaczy zrozumieli, kto przywołuje ich dzieci. Postanowili wyjechać z wioski daleko w głąb królestwa, by ochronić swą najmłodszą córkę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.