Nad łąkami pachniało kończącym się latem, a w powietrzu czuło się już chłód wrześniowego poranka. Na dachu domu, na starym kominie w wiosce Chochołów stało wielkie bocianie gniazdo. Mama i tata bocian uwili je starannie z gałązek, siana i miękkich traw, tak aby ich dom był bezpieczny, ciepły, wytrzymały i gotowy na największy cud wiosny.
Pewnego poranka, gdy słońce zaczęło wnosić się ponad Tatry, w pierwszym jajeczku pojawiło się pęknięcie. Rodzice czuwali całą noc, czekając na ten moment. Wzruszeni patrzyli, jak na świat przychodzi ich pierwsze dziecko. Puk! Puk! Trzask! Trzask! — ze skorupki wychylił się mały puchaty dzióbek. Chwilę później z drugiego jajeczka wykluł się kolejny maluszek. Obydwa przekrzykiwały się nawołując rodziców, były też bardzo ciekawe wszystkiego co dookoła. Tak przyszli na świat Pola i Stefcio.
Byli jak lekkie chmurki — mięciutcy i niezwykle drobni — więc rodzice bardzo na nich uważali. Bocianki większość czasu wołały: „Jeść, mamusiu! Jeść! Jeść, tatusiu!”, więc rodzice na zmianę wylatywali na pobliskie łąki i łowili dla nich robaczki, które maluszki jadły prawie nieustannie — z przerwami na sen — by jak najszybciej urosnąć.
Pola i Stefcio rośli z każdym dniem. Najpierw uczyli się stać na cienkich nogach, potem trzepotać skrzydłami w miejscu, aż pewno dnia tata powiedział: „Czas na naukę latania!”. Najpierw były nieśmiałe podskoki w gnieździe i trzepotanie skrzydełkami. „Hop do góry! A teraz trzepoczemy!” — uczył tata bocian. Później kolejny etap nauki: krótkie wzloty na pobliski dach „Hop! Trzepoczemy coraz dłużej!” — dopingował tata. „Pięknie, Stefciu! Pięknie, Polciu!” — biła brawo mama, która uczyła małe, jak wyczuwać wiatr. Opowiadała im też wieczorami o przygodach przeżytych podczas lotów do Afryki i uczyła o prądach powietrznych.Pewnego ranka przyszła kolej na następny etap. Polcia i Stefcio wznieśli się tak wysoko, że zobaczyli pod sobą góry, pastwiska i rzekę Dunajec. Po kilku miesiącach latania w okolicy, nauce zdobywania jedzenia, wykładach o prądach powietrznych tata rodzeństwa spojrzał ku południu, a mama przytuliła dzieci.
— Kochane dzieciaki, nadszedł czas wielkiej podróży — oznajmili rodzice.
Młode bociany aż zadrżały z emocji.
— Mamusiu, czy polecimy razem? — zapytał nieśmiało Stefcio.
Mama uśmiechnęła się łagodnie i powiedziała:
— Bardzo was kochamy i nasza miłość cały czas będzie z wami, ale bocianie dzieci muszą odnaleźć własną drogę. Młode bociany lecą trochę wcześniej razem z innymi. Kochane dzieciaki pamiętajcie że choć nie będziemy lecieć obok Was myślami wciąż będziemy z Wami. Kiedy wrócicie będziemy na Was czekać.
— Mamusiu, a co, jeśli sobie nie poradzimy? — powiedział Stefcio, a Polcia przytaknęła głową.
Mama spojrzała czule na swoje dzieci, pogłaskała miękkie piórka na ich głowach i otuliła je skrzydłami.
— Moje kochane bocianiątka, poradzicie sobie. Nie wszystko będzie łatwe, ale zobaczycie, że nosicie w sobie więcej siły, niż dziś potraficie dostrzec. Nauczyliście się już wstawać do lotu, gdy wiał silny wiatr, nauczyliście się ufać skrzydłom, choć na początku drżały ze strachu. Dzień po dniu podejmowaliście dzielnie kolejne próby, by w końcu nauczyć się latać. To właśnie znaczy radzić sobie. Po drodze bardzo dużo nauczycie się też od przyjaciół, których spotkacie, wyciągniecie lekcje z własnych prób i błędów. Gdy zwątpicie, przypomnijcie sobie to gniazdo, z którego wyruszyliście, i naszą miłość do was oraz wszystko, czego do tej pory się nauczyliście. Radzić sobie nie znaczy nigdy się nie bać, to znaczy próbować od nowa każdego dnia. Pamiętajcie też, że kiedy coś okaże się zbyt trudne zawsze możecie poprosić kogoś o pomoc bo nawet najodważniejsze bociany czasem potrzebują wsparcia innych.
Na pożegnanie przyszedł ich przyjaciel Józef — tatrzański jeleń.
— Moi kochani przyjaciele, będę za wami tęsknić i wypatrywać was w przyszłym roku. Będę też doglądał gniazda pod waszą nieobecność.
— Józefie, dałbyś mi jakąś radę na drogę? Stresuję się, bo to moja pierwsza podróż — powiedziała Polcia.
— Gdy przyjdą wątpliwości i tęsknota, pogratuluj sobie odwagi i siły, otul się miłością i pamiętaj, że gdziekolwiek jesteś, prawdziwy dom masz w swoim sercu.
— Jesteś naprawdę mądrym przyjacielem, Józefie, dziękuję ci!
— Do zobaczenia za rok, kochamy cię! – dodał Stefcio.
Bociany uniosły się w powietrze, okrążyły jelenia na znak pożegnania i wyruszyły w drogę.
Przystanek: Węgry — Hortobágy
Polcia i Stefcio zatrzymali się na słynnym zlotowisku ptaków w Hortobágy na Węgrzech. Mieli już bardzo zmęczone skrzydła i postanowili zrobić sobie kilkudniowy przystanek w tym pięknym miejscu. To część wielkiej puszczy, gdzie królują zwłaszcza żurawie, i jest jednym z najważniejszych miejsc przelotowych różnych ptaków w tej części Europy
Rano znad mgły w delikatnym, porannym świetle ptaki powoli unoszą się nad wodą, a wieczorem znów wszystkie powracają tu na nocleg jak na wielki ptasi parking. W tym okresie pojawiają się tu dziesiątki tysięcy ptaków, zwłaszcza tych migrujących, czyli podróżujących daleko do swojego drugiego domu tak, jak Pola i Stefcio.
— Och, Stefciu! Jak cudownie wymoczyć nogi w tych mokradłach po tak długiej drodze!
— Oj tak, Polciu! I te cudowne widoki… Cieszę się, że tu dotarliśmy. Tyle słyszałam o tym miejscu od naszych rodziców. Opowiadali nam o przyjaciołach naszej rodziny, których tu mamy.
Nagle coś zaszumiało w szuwarach. Wystraszeni Polcia i Stefcio dostrzegli wyłaniające się z wysokich traw wielkie zwierzę z rogami na czubku srogiej głowy.
— Hej, dzieciaki! — powiedział tubalnym głosem nieznajomy olbrzym.
Polcia schowała się za Stefciem, który rozłożył skrzydła, i już obydwoje gotowi byli do ucieczki, kiedy usłyszeli:
— Dzieciaki, to ja wujek, żubr Baltazar! Jestem przyjacielem waszej rodziny!
— Ach, to wujek Baltazar! — krzyknał Stefek. — Rodzice mówili, że nas odwiedzisz, kiedy tu będziemy, ale nie spodziewaliśmy się, że tak szybko i że jesteś tak wielki!
— Wskakujcie na mój grzbiet, dzieciaki! Przewiozę was do naszej chaty, gdzie moja żona Wandzia przygotowała na wasz przyjazd zupę z żab. Najecie się i odpoczniecie trochę.
— Wiesz, wujku Baltazarze, nigdy nie czułam się tak zmęczona… Czuję, że jestem słaba… Moi koledzy latali czasem szybciej i mieli więcej sił niż ja.
— Ach, czuję to samo! — powiedział Stefek
— Kochane dzieciaki, to nie jest słabość, to ludzka… przepraszam: zwierzęca rzecz! Kiedy idziesz daleko i czujesz zmęczenie, trzeba dać sobie czas na odpoczynek.
Pola i Stefcio słuchali z uwagą, kołysząc się na grzbiecie wujka.
— A ty, wujku Baltazarze, czujesz się czasem słaby? Jesteś najsilniejszy w puszczy.
Żubr zawahał się i mruknął głęboko, bo pierwszy raz ktoś zadał mu takie pytanie.
— Czasami czuję, że nie nadążam za światem… — wyznał.
— Wujku, ale przecież jesteś taki silny! — zdziwił się Stefcio.
— Siła to nie wszystko — uśmiechnął się żubr. — Każdy ma swój rytm. Ty swój, a ja swój. I w tym rytmie jest nasza mądrość.
Polcia zamyśliła się chwilę.
— Czyli to dobrze, że lecimy czasami wolniej niż inni? — zapytała.
— To bardzo dobrze — odparł Baltazar. — Bo kiedy zwalniamy, możemy zauważyć rzeczy, które wcześniej nam umykały. Każdy z nas poznaje świat na swój własny sposób.
— Wiecie, dzieciaki, kiedy nauczyłem się akceptować swój rytm i przestałem się porównywać na przykład do lekkich i swobodnych ptaków czy do szybkiego zająca, zdałem sobie sprawę, że to, jaki jestem, jest moją siłą, i poczułem, że jestem na swoim miejscu. Różnice miedzy nami są pięknem tego świata — powiedział żubr.
Wszyscy się zamyślili.
— Wujku Baltazarze, to znaczy, że jak jesteśmy zmęczeni, to wszystko z nami w porządku? — dopytywała Polcia.
Żubr pokiwał powoli i stanowczo swoim wielkim pyskiem.
— Zmęczenie to sygnał, że naprawdę żyjesz, a odpoczynek to naturalna potrzeba każdego z nas, a nie wstyd.
— Jesteś najmądrzejszym żubrem, jakiego znam! — uradowała się Polcia.
— Jestem jedynym żubrem, jakiego znasz — roześmiał się Baltazar. — Ale zaraz poznacie moją wspaniałą żonę Wandzię!
— Dzień dobry, moi kochani! — wykrzyknęła z daleka ciocia Wandzia. — Pięknie wyrośliście! Czekałam na was. Już szykuje wam zupę, na pewno jesteście bardzo głodni po podróży!
— Och, ciociu, dziękujemy! Jesteś taka miła, rodzice tyle nam o tobie opowiadali…