E-book
23.63
drukowana A5
54.39
Stefan w Kosmosie

Bezpłatny fragment - Stefan w Kosmosie

Nad Marsem


Objętość:
181 str.
ISBN:
978-83-8455-117-2
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 54.39

— Lecę na Marsa! Może spotkam Marsoka jakiegoś! Albo Marsokównę! — krzyknął z niemal dziecięcą radością, która na moment rozjaśniła jego zazwyczaj przygaszone spojrzenie.


Stefan miał marzenia. Trochę górnolotne, ale to świadczyło, że jego umysł jeszcze nie był tak zdegenerowany i coś tam potrafił działać. Marzeniami się podobno nie żyje, a już na bank nie dają one możliwości utrzymania się na tym świecie, bo raczej trzeba myśleć, jak zarobić pieniądze, niż poświęcać czas na pierdoły. On jednak żył tak, że tych pieniędzy chyba nie musiał mieć. Wiecznie bezrobotny i nie wiadomo, jakim cudem nie zszedł z tego świata, biorąc pod uwagę jego przeszłość. A ta była przecież brutalna.


O tym, że poleci na Marsa, nie spodziewał się wcale. W sumie to od niechcenia napisał kiedyś do NASA, bo szukali kandydatów do misji kosmicznych i nie wiadomo, jakim cudem, ale wybrali spośród tysięcy osób, właśnie Stefana! Być może dlatego, że był tak oryginalnym człowiekiem, że na Ziemi już nie chciano go nawet widzieć, i ówczesny prezydent Polski napisał list intencyjny w jego sprawie z ogromną prośbą, aby Stefana zatrudnili, bo zatruwa życie wszystkim innym obywatelom w całym kraju.


Amerykańska Agencja Kosmiczna podeszła do sprawy bardzo poważnie i nawet zrezygnowała z większości wymogów fizycznych i psychicznych stawianych Stefanowi, które stanowiły warunek konieczny do lotu w kosmos. Musiała tak zrobić, bo Stefan… Szkoda było mówić o jego kondycji, szczególnie umysłowej.


I właśnie tak było.


List z powołaniem i biletem do USA Stefan odebrał na kilka dni przed wylotem.


— To niemożliwe! Lecę na Marsa! — krzyknął Stefan, a jego głos był pełen mieszanki niedowierzania, euforii i niepewności.


Przeczytał list, w którym była też decyzja w sprawie jego misji w kosmosie. Pozytywna. Przez chwilę stał jak wryty, czując, jak serce wali mu w piersi z prędkością, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczył. Stefan zakwalifikował się od razu, bez badań. Kazali mu przyjechać natychmiast i wysłali po niego specjalną ekipę SWAT do ochrony oraz przedstawiciela Agencji Kosmicznej, który miał kierować jego pierwszymi krokami jako astronauty. Stefanowi nie wolno było spakować się i jedynie pozwolono mu założyć buty.


Czuł, jakby świat nagle przyspieszył, pozostawiając go zdezorientowanego, ale jednocześnie podekscytowanego.


— Mogę przynajmniej do kibla. Jest rano i zawsze o tej porze, gdy wstanę, to konieczne! Mam wtedy poranne rozwolnienie! Nabyłem srakę jeszcze jak piłem kiedyś, i to mi zostało na zawsze chyba. Inaczej będzie śmierdziało w Waszym samochodzie, jak będziecie mnie wieźli do… tam gdzieś, gdzie mnie chcecie zawieźć.

— Podczas misji będziesz robił pod siebie. Musisz się przyzwyczaić. Idziemy. — Usłyszał odpowiedź, uderzyła go niczym zimny prysznic, gasząc na chwilę jego entuzjazm. Poczuł lekkie mdłości, ale desperacko zagryzł wargę, próbując stłumić bunt.

— W sumie dobrze. Dam radę. Jestem przyzwyczajony do robienia w gacie. Stare czasy, ale mam doświadczenie. — powiedział z nutą rezygnacji, która jednak szybko ustąpiła miejsca jego typowej beztrosce i stoickiemu podejściu do własnych niedoskonałości.

— I właśnie dlatego Cię wybraliśmy. Jesteś wytrwały. Nikt nie poddał się takiej próbie kilkukrotnie. Jesteś wyjątkiem i na podstawie wszelkich badań i analizy twojego życia, doszliśmy do odpowiednich wniosków. Jesteś idealny do tej misji. Inni by się załamali i może udusili nadmiarem wszystkiego. Ty znosisz wiele i nawet smród wyjątkowo dobrze.


Gdy Stefan usłyszał te słowa, poczuł falę czystej, niezmąconej dumy. Po raz pierwszy w życiu został doceniony, wybrany. Uśmiech od ucha do ucha rozciągnął mu twarz, a w jego oczach błysnęła nieukrywana radość, która niemal unosiła go nad ziemią. Zebrał się razem z agentami i SWAT-em.


— A po co komandosi SWAT? — zapytał.

— Pod publikę, gdyby sąsiedzi zauważyli twoje zniknięcie, bo misja trochę potrwa. Będą dzięki temu myśleć, że zamknęli cię w końcu w jakimś psychiatryku i, że będzie wreszcie ulga dla nich, że nie będą widzieć twojej parszywej twarzy. — wytłumaczył z żartem agent.

— To takie z nich chuje? — Zmartwił się. — W sumie mam w dupie. Dobra. Idziemy. — Podjął dalsze kroki stanowczo.

— Nie. To takie procedury. Ech — westchnął agent.

— Aha. A kiedy zrobiliście na mnie jakieś badania? — zapytał jeszcze.

— Przez lata, gdy byłeś wiecznie pijany. — Agent spojrzał w oczy Stefanowi. — W każdym razie… Od lat obserwujemy kandydatów, którzy wykazują się niezwykłą odpornością na stres i niekonwencjonalnym podejściem do życia. Ty, Stefan, długo byłeś na naszej liście. Twoje przygody z alkoholem, twoje zdolności do przetrwania w sytuacjach, które dla innych byłyby końcem, a także twoja absolutna nieprzewidywalność — to wszystko były dla nas cenne dane. Kamery w twoim mieszkaniu, to była tylko część naszej długoterminowej analizy behawioralnej. Nie będę teraz wchodził w szczegóły, bo czas nagli, a i tak byś niewiele zrozumiał.

— No to mega w sumie. Zostałem doceniony, jak nikt! — Odparł Stefan, zadowolony.


NASA, szukając kandydatów do misji kosmicznych, potrzebowała kogoś, kto będzie… nieprzewidywalny. Kogoś, kogo zachowania nie da się określić jednoznacznie, a kto jednocześnie potrafi przetrwać wszystko, co zaplanowano lub przewidziano, a nawet jeszcze więcej. Poza tym Stefan, ze swoim chaotycznym życiem i pozornym brakiem jakichkolwiek aspiracji, idealnie wpasowywał się w taki profil kandydata. Uznano, że jest to człowiek, który może wnieść też wiele innych korzyści. Biorąc pod uwagę badania, część tych badań miała dotyczyć zwykłego życia człowieka w warunkach podróży kosmicznych.


List od prezydenta Polski był tylko wisienką na torcie — potwierdzeniem, że Stefan stanowi pewien problem dla społeczności ziemskiej, który warto “zutylizować” w kosmosie.

Dzień pierwszy

“W środę, punktualnie o 18:35 (czyli u nas już czwartek, chwilę po północy), z Florydy, z historycznego Przylądka Canaveral, ruszyła misja Artemis II. To nie byle jaki start — czteroosobowa załoga wyruszyła w podróż na orbitę wokół Marsa. Ta wyprawa ma potrwać około dziesięciu dni, a głównym celem jest po prostu dotarcie w okolice Czerwonej Planety.


Takie wiadomości w dniu 2 kwietnia 2026 roku zdominowały gazety i dzienniki.


Stefan przed startem dowiedział się, że będzie miał kumpli podczas tej misji, co nie do końca go ucieszyło, był przekonany, że dałby radę sam. Mógłby wtedy bez żadnych przeszkód wszystko wykonać. Wolał solo podejmować decyzje, i żeby nikt mu przeszkadzał.


Ale w sumie nie był to aż taki wielki dla niego problem. Pomyślał, że będzie mógł z kimś pogadać i jakby zaspał kiedyś, to będzie miał kogoś, kto go obudzi. Przypuszczał, że tam nad Marsem, jak już “zakotwiczą” wokół planety, będzie sporo roboty.


— No właśnie, ale czy w ogóle wylądujemy na tym Marsie? Nawet nie znam szczegółów misji, hmm. A chuj, najwyżej polatam sobie po orbicie, pstryknę fotki, może selfie zrobię na tle planety, gdy będę na zewnątrz statku kosmicznego, bo pewnie będzie można sobie wyjść i polatać trochę? Cały czas siedzieć w jakimś statku, to niezdrowo. W domu bym nie wysiedział dłużej niż kilka godzin. Co dopiero w statku na Marsie, czy tam nad Marsem? — analizował.


Założył skafander, który mu dali w bazie. W prowizorycznej szatni, w miejscu, gdzie wcześniej było pomieszczenie gospodarcze, usiadł i chwilę odetchnął z emocji.


— Ale dziadostwo! Wygląda jak ubranie robocze. — Podsumował swój nowy strój. — O, ma dziurę na dupie! — zmartwił się, gdy zauważył, że z tyłu, jest jakby otwór na coś. Nie wiedział, na co.

— Panie! — zawołał przez drzwi do członka ekipy, która przygotowywała start załogi statku. — Mam dziurę z tyłu w tych portkach! Chcecie, abym sobie jaja zamroził? Jest początek wiosny, więc mogą być jeszcze ostre przymrozki, a mi dajecie takie ubranie, że prawie z gołą dupą będę latał! Zaszyjecie przed wylotem? Chyba jeszcze jest trochę czasu?

— Nie! — Usłyszał i odwrócił się na pięcie.

— A to się pierdolcie. Dam radę. Nie takie rzeczy miałem w życiu. — Powiedział i rozejrzał się, czy czasem gdzieś obok, może na jakiejś szafce nie ma taśmy klejącej.


Wzrok pokierował go wprost na żółty krążek, wiszący na haku przy szafce na ścianie. Sięgnął po niego.


— Dobra. Mam. — i zaraz zaczął zaklejać spodnie taśmą.


I po skończonej naprawie, udał się na korytarz, gdzie panował jakiś ruch.


Skierował się w tamtą stronę. Zresztą przez radiowęzeł wcześniej już go przywołano, tylko, że nieco ignorował komunikaty i przedłużał swoje wyjście.


— Panie Stefanie! Ile razy mamy Pana przywoływać? — Słyszał w eterze.

— Tyle, ile będzie potrzeba. Zaraz! — odpowiadał za każdym razem Stefan.


W końcu się zebrał.


Gdy stanął na końcu korytarza, spojrzał na stojącego obok innego “kosmicznego kandydata” do misji.


— Te, jak ci na imię? — zwrócił się do przyszłego towarzysza podróży, który stał obok niego. Ten nic nie odpowiedział i tylko gapił się na statek, w którym spędzi sporo najbliższego czasu.

— Głuchy jesteś, cholera? — Zirytował się Stefan i zrezygnował z dalszej próby nawiązania znajomości.


Spojrzał się na swój tył.


Od zaklajstrowanego tyłu skafandra oderwał w końcu resztę taśmy.


— Wreszcie. Zasrana taśma. Twardszej nie było? Paznokcie połamałem. Szlag! — Niezbyt dobrze odebrał fakty.


Westchnął.


Pomyślał, że będzie kimś. Przynajmniej gdzieś tam w kosmosie.


Realnie, biorąc pod uwagę jego podejście do życia, na Ziemi nie miał takiej szansy, więc radość była nieprzeceniona.


Zachwycał się tym, że otworzą się dla niego nowe horyzonty i będzie wreszcie miał konkretne zajęcie. I to płatne! Bo obiecali mu, że po powrocie dostanie solidne wynagrodzenie i piękny dom oraz samochód. Pieniędzy miałoby mu wystarczyć na resztę życia. A przynajmniej tak się dowiedział przed wylotem.


— Ile zarobię? — zwrócił się do stojącego niedaleko, wgapionego w telefon, faceta w mundurze.

— Słucham? — Tamten odpowiedział.

— Pytam, ile zarobię za misję na Marsa, czy tam wokół Marsa?

— Spokojnie, wystarczy Ci na wszystko i trochę więcej. — Dowiedział się.

— E to git! Wreszcie! — Ucieszył się Stefan.


Od razu zaczął snuć plany związane z wydawaniem pieniędzy. Myślał też o tym, że jak wróci, to pierwsze, co, to umówi się z jakąś dziewczyną i zaprosi ją do siebie. Zaszpanuje domem i ta może go uszczęśliwić. Już sporo czasu minęło, odkąd uprawiał seks. Jednak zreflektował się też i stwierdził, że tak naprawdę, to chciałby ułożyć sobie z kimś życie na dobre i na złe. Brakowało mu miłości. W sumie to nudził się już tym, co było wokół niego, swoją beznadziejną codziennością.


— Pobzykam. — Wypowiedział na taką myśl.

— Słucham? — Usłyszał Stefan od kogoś obok.

— Ej, ty słyszysz? — zwrócił się do przyszłego członka załogi.

— Jak widać, tak.

— To, co wcześniej gęby nie otwierałeś, jak coś pytałem? — Wkurzył się Stefan.

— Nie słyszałem.

— Jak to? Teraz twierdzisz, że słyszysz!

— Tak.

— O miła pipko!. — zirytowany Stefan, nie przebierał środkami.

— Sam jesteś tą, co powiedziałeś!! — Odpowiedział astronauta.

— Że jak? Co ty do mnie mówisz? A zresztą. Zamknij się! — Odpuścił Stefan.

— Sam się zamknij! — Ostatnie słowo należało do astronauty.


Stefan postanowił, że będzie mądrzejszy i już nic nie powiedział. To była nieliczna wymiana zdań tego rodzaju, którą odpuścił. Zazwyczaj nie dawał za wygraną, przez co często dochodziło do bardzo groźnych spięć, z pobiciami włącznie. Kiedyś stracił całe uzębienie z powodu swojej zdolności konwersacyjnej z innymi.

Wokół niego było zamieszanie. Gdzieś tam, słychać było spikera, który coś mówił przez megafon, ale Stefan nie zwracał na to uwagi.


— Zaraz podepniemy was do aparatury! — oznajmił głos do wszystkich astronautów.


Stefan rozglądał się. Zauważył, że w jego stronę idzie jakiś facet, który trzyma w ręku śrubokręt i klucz.

Majster z NASA podszedł do Stefana i ręką go obrócił, po czym założył mu jakiś worek na pas skafandra. Z worka prowadziła rurka, którą zaczął doczepiać do jego tyłka.


— Wali Ci! Co ty robisz? Masz ochotę na faceta, to pod inny adres! Przykro mi. Jestem hetero, pajacu! — krzyknął Stefan, jego głos podskoczył o oktawę, a w żyłach poczuł krew płynącą z prędkością światła. Czuł się upokorzony, wściekły i kompletnie zdezorientowany.


Pracownik techniczny nie zwrócił uwagi na słowa, które właśnie usłyszał, i kontynuował instalowanie przewodu, który miał służyć do odprowadzania wypróżnień Stefana.


— To jest jakiś koszmar! Zaraz zgłoszę! — W jego oczach pojawiły się desperacja i panika. Serce waliło mu jak młotem. Czuł się bezradny i przerażony tym, co się działo, jego agresja mieszała się z czystym strachem. — Hej, ludzie! Molestować mnie chce ten koleś! Wezwijcie ochronę czy coś! Bo zaraz mu bańkę zasadzę i skończy się Dzień Dziecka. Nie jestem gejem! — wykrzyczał i usłyszał za megafonu:


— Proszę zachować spokój. Podpinamy skafander do pojemnika fizjologicznego!

— Jakiego? Teraz, gdy mamy startować, to filozofii wam się chce! — Stefan miał już ostre nerwy. — Weźcie tego faceta ode mnie. Ostatni raz, proszę! — ponowił żądanie.


Technik nadal wykonywał swoją powinność. Stefan zaczął się odsuwać, aż zaczęli się w końcu szamotać.


— Stój spokojnie, debilu! — Usłyszał Stefan. — Muszę to podpiąć, bo jak będziesz się załatwiał? Nie będzie bolało!


Stefan się zmartwił. Nie przypuszczał, że na starość ktoś mu wsadzi coś do tyłka. Ale mimo wszystko, postanowił, że będzie mężczyzną.


— Mus to mus. Wytrzymam. Nie przypuszczałem, że ktoś mnie w tym wieku przeleci jakąś rurą. Ech. Wytrzymam. wytrzymam! — Posmutniał Stefan i poddał się tej operacji.

— Gotowe. Weszło jak po maśle. — stwierdził “instalator”.

— Już? — Stefan nie krył zdziwienia i zaskoczenia, że nic nawet nie poczuł. — Wszystko?

— A co myślałeś? Wsadziłem gdzie trzeba i zostałeś zapięty! Tyle!


Stefanowi przyszło na myśl, że musieli mu dać jakieś pigułki gwałtu, albo coś, bo nic nie czuł, a pewnie by bolało. Tylko kiedy to zrobili? Cwaniaki. Może pokryjomu, jak spał? Zastanawiał się chwilę i zaraz skupił się znowu na statku, który widniał przed nim, jak monstrum.

Zmierzył machinę wzrokiem. Od spodu aż do samego czubka, nie ukrywając zachwytu.


— Fajna nawet ta rakieta. Mam nadzieję, że się zmieszczę. — podsumował. — Za wąska trochę się wydaje. Ech. Żeby tylko zmieściło się na niej łóżko. — dodał. — A w sumie bym się przespał podczas podróży, bo za wcześnie mnie obudzili chamy. — ocenił sytuacyjnie możliwość swojego wypoczynku.


Po chwili, przed nimi stanął jakiś mundurowy.


— Jesteście gotowi! Przed wami misja, którą zapamięta ludzkość! Powodzenia! — powiedział triumfalnie.

— Jak z filmu z Bruce’em Willisem. — stwierdził Stefan.

— Co? — zapytał jeden z przyszłych towarzyszy podróży, który gapił się na statek.

— No wiesz. Ten jakiś, co Aerosmith śpiewał piosenkę do niego. — Stefan próbował przypomnieć sobie tytuł filmu.

— A ten. WIem, który. Też lecieli, ale na jakąś asteroidę. — zaskoczył astronauta. — Jaki to tytuł, cholera, był?


Po chwili zastanawiania się, dali sobie spokój.

Wszyscy pasażerowie patrzyli na siebie.

Stefan jednak nie mógł się powstrzymać, by wyrazić podziękowanie za wyczerpujące pożegnanie astronautów, wyraźne tak dostojnie przez mundurowego. Pokazał mu środkowy palec.

Założył hełm, który ktoś wcisnął mu do ręki. Ten sam ktoś podpiął rurę od tego hełmu do wcześniej założonego plecaka.


— Przynajmniej nie będę czuł pierdów, jak ktoś puści bąka. — stwierdził Stefan i zaciągnął się jakimś rześkim powietrzem. — I jakieś inne to powietrze z tej butli. Płuca mi wyczyści.


Po chwili jednak, ktoś mu zdjął kask.


— Co robisz? — zapytał osobnika, który sprawdzał działanie i szczelność całego sprzętu oddychającego.

— Nic. — odpowiedział kontroler.

— Jak to nic. Najpierw dostaję kask i zakładam, a ty bezczelnie mi go zdejmujesz. Co to ma być? Przymierzalnia jakaś? — Stefan znowu się denerwował.

— Sprawdzałem najpierw, czy wszystko działa. Założysz go jeszcze — usłyszał.

— I co?

— Działa.

— To mogę z powrotem założyć? — zapytał Stefan.

— Jak będziecie w rakiecie, to wtedy.

— Aha. Czyli jeszcze będziecie coś robić z nami. Okej. Byle bez zboczeństwa znowu.


Nałożono Stefanowi też słuchawki i kazano mu iść w stronę statku kosmicznego. Inni również się ruszyli i wszyscy razem, niczym brygada, poszli naprzód.


Otworzył się właz ze schodkami.


— Ja sromolę! Ale jazda! Jak w filmie! — Ekscytował się wejściem Stefan.


Poszerzyły mu się źrenice.


— Armageddon! — krzyknął nagle, aż pozostali podskoczyli.

— Co ty bredzisz? — zapytał jeden z astronautów.

— Ten film. Tytuł. Bruce Willis. Tytuł to Armageddon!


Wszyscy popatrzyli na niego. Ale zaraz znów skupili się na rzeczywistości. Po kolei, jakby kaczym rzędem, zaczęli wchodzić do środka. Stefan szedł ostatni.


— Oni też mają rury w dupie? — zapytał siebie. — Przynajmniej nie jestem wyjątkiem. — Ulżyło mu.


Niby coś go ścisnęło w środku — taka niepewność, co to siada na ramieniu i szepcze najgłupsze scenariusze — ale uznał, że nie ma co się z nią szarpać. Westchnął więc tylko, jakby podpisywał niewidzialny regulamin, i pozwolił, żeby los poprowadził go dalej, choćby i za rękę w krzaki.

W kabinie statku

W kabinie statku, rakiecie, czy jak tam sobie to nazwać można — było ciasno. Ale Stefan wcześniej brał pod uwagę, że tak będzie. Oglądał przecież filmy z innych misji, np. na Księżyc.

Przy włazie do wejścia, zespół NASA koordynował ostatnie przygotowania. Kluczowym etapem było sprawdzenie prawidłowości zapięcia skafandrów astronautów. Każdy z członków ekipy naziemnej dysponował specjalistycznym sprzętem, przypominającym skanery, który służył do wykrywania potencjalnych nieszczelności w ubiorach.

Następnie, kosmiczni podróżnicy założyli hełmy. Po tym kroku podłączono ich do aparatury podtrzymującej życie, którą mieli zamontowaną na plecach. Całość wyposażenia była znacząco obciążająca, jednak przeprowadzenie testu szczelności było absolutnie kluczowe. Dodatkowo, pracownicy zamocowali każdemu z astronautów do pasa specjalne worki z wychodzącymi z nich cienkimi rurkami, których przeznaczenie było oczywiste w kontekście tej misji.


— Co to jest? — Zapytał Stefan pracownika, który właśnie mocował mu niemal całkiem przezroczystą, plastikową saszetkę o nawet solidnej pojemności. Nie usłyszał jednak odpowiedzi, więc pozostało mu przyglądać się, co będzie się działo.


Po zawieszeniu zbiornika, pracownik zaczął się pochylać w kierunku krocza Stefana. Ten aż podskoczył i próbował się szybko odsunąć do tyłu, by uniknąć bezpośredniego kontaktu z twarzą pracownika.


— Co do chuja! Weźcie go ode mnie, bo zaraz mu zrobię z łba kapustę i ją posiekam na zupę! — krzyknął.

— Panie Stefanie… — usłyszał głos z megafonu. — Proszę zachować spokój, to tylko podłączenie cewnika. Musimy panu zabezpieczyć odprowadzanie moczu.


Stefan pomyślał i zaraz sobie skojarzył cewnik ze szpitala, który kiedyś mu zakładali na OIOM-ie, gdy przedawkował alkohol i niemal zapił się na śmierć, więc musieli go ratować. Nieprzytomnym pacjentom zakładało się po reanimacji takie właśnie cewniki: od worka na mocz, odchodziła rurka, którą wkładano bezpośrednio w maleńki otworek, znajdujący się na czubku penisa. Stefan wiedział, że to boli, bo gdy już odzyskał przytomność i kilka dni później, gdy jego stan zdrowotny wrócił do normy, ten cewnik trzeba było ściągnąć. Proces nie był przyjemny. Odczuł go mocno i nawet później, przez kilka dni zmagał się podrażnieniem swojego skarbu między nogami. Bolało przez prawie miesiąc.


— Nie. Nie! Nie! Tego nie dam sobie założyć. Wolę sikać do butelki! Za żadne skarby. Będę cały czas przytomny. Obiecuję, że nie zleję się podczas snu, ani w ogóle w gacie. Darujcie sobie panowie. — Panikował.


Niestety, medycy, którzy przejęli dalszą opiekę nad Stefanem, wydawali się nie zwracać uwagi na jego obecność. Bez wahania rozpięli zamek skafandra, ciągnący się od szyi aż po krocze.


Skafander otworzył się i jeden z nich ściągnął mu majtki.


— Tylko nie to! — Stefan, mimo wcześniejszych protestów, wiedząc, że i tak na siłę mogą mu to założyć, poddał się całemu procesowi.


Spojrzał w dół, a na twarzy pojawił się grymas zbitego dziecka, rozżalonego, czy bardziej może dziecka, które nie dostało zabawki. Łzy napłynęły mu do oczu. Usta opadły i całkiem spuścił głowę na znak porażki i ogromnego żalu. Był już gotowy na wszystko. Jedynym pocieszeniem, był dla niego fakt, że jeszcze kilka minut, może kilkanaście, nie wiedział ile dokładnie, ale będzie startował w stronę nieznanego, kosmicznego świata, który zawsze podziwiał w dzieciństwie. Niedowierzanie i duma jednocześnie, zwyciężyły strach i myśli o nadchodzącym kataklizmie i pojawieniu się obcej materii w postaci rurki w jego penisie.


Jednak zaraz zorientował się, że coś jest nie tak. Medyk co prawda zbliżał rurkę do jego wacka, lecz w tym samym czasie, sięgnął do torby, którą przyniósł ze sobą, i wyjął lejek. A przynajmniej Stefanowi tak się wydawało.

To było jak zbawienie! Ulga pojawiła się natychmiast. Jak kamień z serca. Odetchnął. Nawet się uśmiechnął szeroko i przez myśl mu przeszło, że zaraz pocałuje medyka, a może nawet da mu pomasować swojego penisa, jeśli jest gejem. Wytrzyma to. To lepsze niż wkładanie jakiejś rurki do czubka jego przyrodzenia, pomyślał. Zresztą kto by tam się dowiedział, że jakiś facet mu obciągał. W NASA wszelkie dane, rozmowy i zachowania są ściśle tajne i wiedzą o nich jedynie pracownicy tej instytucji oraz, jak w jego przypadku, piloci, czy inni podobni podróżnicy. Więc sytuacja nie ujrzałaby światła dziennego.

Medyk skutecznie nałożył lejek na penisa Stefana i zabezpieczył go dodatkowo, otulając go w obwodzie specjalnym, szczelnym materiałem. W ten sposób przepływ moczu, mógł zostać zabezpieczony. Druga strona rurki została na chwilę odczepiona od woreczka, który już wisiał na pasie skafandra Stefana. Została ona przeciągnięta przez inny otwór w kosmicznym mundurze, który też znajdował się w okolicach krocza, lecz obok wielgaśnego suwaka sięgającego szyi. Medyk, po całej operacji, znów podłączył rurę do zbiornika. Stefan mógł zapiąć swoje ubranie.


Wnętrze Oriona było ciasne i nie bardzo to pasowało Stefanowi.


— Wiedziałem, że tak będzie! Będziemy się przeciskać. Ocierać o siebie! Jednego podrywacza uniknąłem, to teraz będzie ich trzech. Zrzygam się pewnie. — Zirytował się, ale w sumie był przygotowany.


Logika, o dziwo jeszcze trochę ją miał, już wcześniej powiedziała mu, że w środku, wszyscy będą upchani niczym sardynki w puszce, których nienawidził jeść, kiedy to dawała mu mama za dziecka, bo nic innego nie miała. Wspomniał nagle te czasy komuny w Polsce, gdy w sklepach rybnych, co najwyżej, można było liczyć na jakieś tam sardynki. A przynajmniej tak zapamiętał z dzieciństwa, gdy po te rybki stali razem z matką w długiej kolejce. Niby przebłyski tylko, ale utkwiły mu w głowie, bo jak wracali do domu, potem bawił się tymi rybkami zawsze, zanim zostały zjedzone. A matka jego? Z czasem to już nawet sama mu wciskała do ręki maleństwa wodne, tylko po to, aby je zjadł. Bo faktycznie, często rozbebeszał te stworzenia, rozkładał nawet na części i potem próbował z powrotem złożyć, lecz mu się nie udawało, to zjadał je z nerwów. Udawał, że jest potworem i rybki są niegrzeczne i właśnie za to zostają ukarane. Śmiał się przy tym szyderczo, jakby był opętanym jakimś mordercą z prawdziwego zdarzenia. Jego matce było to na rękę, bo nie musiała go zmuszać kolejny raz do posiłku. A tak często bywało ze Stefanem, że jak tylko zauważył, że chcą go nakarmić, to choćby ściskało go z głodu w żołądku, to zaczynał się drzeć, jakby ktoś go żywcem chciał obdzierać ze skóry. Podczas sardynkowego czasu w życiu Stefana, matka oczywiście sprytnie i jakoś z fantazją, tak aby go nie speszyć, usuwała najpierw ości, by się nie zadławił. Najczęściej mówiła przy tym, że to “rybkowa kontrola medyczna”. Stefanowi podobał się ten rytuał i to określenie i nawet sam zaczynał z czasem prosić, gdy tylko przestawał rozczłonkowywać zwierzątka, by matka dokonała tej chirurgicznej inspekcji i wykonywała operacje uzupełniające, polegające na bezbolesnym, przynajmniej dla Stefana, nieinfekcyjnym i niewirusowym usuwaniu chrząstek, ości, tudzież innych niebezpiecznych kawałków organizmu sardynkowego.


— I tak nic nie zrobię. — mruknął do siebie.


Astronauci rozgościli się, jakby w domu. W końcu trochę czasu w tej całej kapsule, czy tam w tym statku kosmicznym, wyprodukowanym rzekomo przez USA, będą musieli spędzić. Stefan oczywiście pomyślał, czy aby fajne żarcie będzie. Ale wnet sobie przypomniał filmy, gdzie to astronauci, jedli co najwyżej jakieś galaretki i to go bardzo zmartwiło. Doszedł jednak szybko do wniosku, że czekające go emocje, wynagrodzą mu ten brak subtelnego, nieraz też zachłannego pożerania wszystkiego, co tylko mógł pogryźć i co jakoś mu smakowało. Lubił zjeść porządnie, o różnych porach dnia. Wzięło to się z tego, że tak naprawdę, można powiedzieć, że zaczął odżywiać się dopiero, gdy rzucił picie alkoholu. Ten nałóg wykończył go całkiem. — fizycznie i psychicznie. Cudem przeżył, a teraz, miał właśnie możliwość bycia docenionym na całym świecie. W końcu leciał na Marsa, więc raczej za jego życia nie dojdzie do takiej powtórki, bo pewnie znów zabraknie pieniędzy na kolejne loty kosmiczne. Chociaż Stefan sądził, wierzył, że sytuacja w tej kwestii, jednak będzie bardziej optymistyczna i jeszcze przed swoją śmiercią będzie słuchał w wiadomościach, jak to kolejna wycieczka szkolna z udziałem dzieci, zmierza na orbitę okołomarsową, a planowane lądowanie, odbędzie się zgodnie z założeniami i punktualnie. Te wyobrażenia wcale nie były takie nierealne, więc można by rzec, że Stefan miał dużą wyobraźnię.

W środku wszystko wyglądało tak, jakby ktoś pomylił rzeczywistość z elektronicznym snem. Migające przyciski puszczały do niego oko jak choinka w środku lipca z setką ślepi. I te klawiatury — po jednej dla każdego pasażera — czekały w gotowości. Dookoła piętrzyły się monitory, jedne bardziej tajemnicze od drugich, a między nimi kilka okienek, przez które można było podejrzeć świat zewnętrzny — trochę jakby ktoś zostawił uchylone drzwi do zupełnie innej rzeczywistości.


— Nic wielkiego — powiedział do siebie Stefan. — Widziałem to na filmach. Pewnie też nie będę miał kłopotów z jakimiś joystickami, bo mam wprawę w grach komputerowych.


Wszyscy astronauci zaczęli zajmować swoje miejsca. Stefan miał swoje niemal w ciemnościach.


— Dlaczego ja w kącie, a wy przy oknach? — Oburzył się.

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

Zbliżał się start

Start miał odbyć się około godziny 19:00. Spojrzał na zegarek. Była 17:45, więc mógł jeszcze poszperać po wnętrzu, może zagadać do innych i coś tam innego porobić.

Na myśl przyszło mu, że odpali grę Coin Master, w którą grał już trzeci rok z rzędu, i poklika, żeby znowu coś zdobyć i zbudować kolejną wioskę. Poświęcał czas na nią codziennie, nawet po kilka godzin. Nie pracował przecież.

Pozostali astronauci weryfikowali, czy wszystko wokół nich jest w porządku, żeby potem nie wybuchło, albo jakoś tak się nie zepsuło. Słyszał ich rozmowy na ten właśnie temat i to go irytowało, bo w sumie, przecież i tak nie ma to znaczenia. Kiedyś wszyscy umierają, więc jeśli rakieta rozpadnie się podczas podróży z powodu jakiejś nie zapalonej lampki, albo włączonego monitora, to na nic będzie taka skrupulatność. Ot, takie podejście Stefana do życia — nie chcieć przygotować, ale zrobić według siebie, mając gdzieś zasady. Te pojęcie zasad, było dla niego całkowicie pozbawione sensu. Nie rozumiał zbyt wiele z normalnego świata i nawet nie próbował. Żył, jak chciał. W sumie też niekoniecznie, bo marzył o willi i Mercedesie, ale na bezrobociu nie da się na to zarobić. Był leserem. Stała praca? Cóż to dla niego było? Nic. Po prostu. Lekkoduch i romantyk, to właśnie takie określenia, pasowały do jego osoby najbardziej. I na dodatek szczycił się tym mniej lub więcej, pisząc farmazony na Facebooku. A ludzie czytali i chwytali się za głowę.

Niemal pięćdziesięcioletni facet, a taki idiota — można by rzec. I właśnie tak o nim mówili. On z kolei, brał to za kolejną inspirację do tworzenia swojej muzyki i tekstów, a nawet powieści, które zresztą udało mu się wydać. Tak, kilka tytułów. Stefan miał takie właśnie zajęcia i, żeby być całkiem uczciwym, trzeba przyznać, że coś potrafił. Ale wiadomo, artyści rzadko kiedy dostają swoje szanse. Często po prostu są i istnieją. Nawet jeśli próbują pokazywać swoje dzieła innym, może producentom, wydawcom, to najczęściej nic z tego nie wynika. Bo ten świat show-biznesu i twórczości jest zazwyczaj zarezerwowany dla tych, którzy najpierw zapłacą, żeby potem móc zarobić cokolwiek na swoich dziełach. A Stefan był tylko gołodupcem i jego marketing oraz reklama siebie nie miały najmniejszych szans powodzenia.

Mógł tylko marzyć lub brać pod uwagę, że łut szczęścia kiedyś mu dopisze, a jego dzieła zostaną zauważone i docenione. Wtedy byłby kimś. Sam o sobie mówił, że jest „chujowym” człowiekiem, więc z czym do ludzi?

Ale los jest przekorny i jak widać, coś się stało.

Cudem? Nie wiadomo. Jest to efekt jego starań? Znikomy, bo jeden list i kilka rozmów? No cóż.

Stał się jednak astronautą, został wybrany do misji na skalę światową. Misji, która zostanie uwieczniona i zapamiętana przez całą ludzkość. To jednak nie jest mały sukces. To sukces, którego każdy mógł mu zazdrościć.

Druga strona medalu tego jego wyczynu jest taka, że nadal nie było wiadomo, jak się stało, że go wybrali?

Można powiedzieć, że Stefan ledwo na nogach się trzymał. Zmarnowany życiem, był teraz cieniem samego siebie, chociaż trzeba przyznać, że odradzał się powoli i skutki picia wódki nie były już tak widoczne i aktywne. Ale patałachem był na pewno. Miał kłopoty z równowagą, bo przecież „przechlał” układ nerwowy i mózg — jak ciało mogło funkcjonować poprawnie? Ale to już inna historia.

Stefan osiągnął mimo wszystko pewien sukces, nawet jeśli tej misji miałby nie przeżyć. Bo kto wie, co się stanie w kosmosie. Dodając do tego jego niezdarność i ślamazarność, tworzy się obraz totalnej klęski tego kosmicznego lotu. Tylko cudem może się powieść zgodnie z planem, wszyscy go przeżyją i może wrócą potem bez szwanku na Ziemię.

Wydarzenia 1: Wsteczne odliczanie

Cały świat czekał. Dochodziła godzina prawdy. Dla niektórych nocny start, dla innych dzienny — zbliżał się nieuchronnie. Pomimo różnic czasowych, miliony istnień ludzkich zasiadło przed telewizorami, by oglądać rakietę Artemis II, która miała dolecieć do Marsa. Niektórzy, bardziej dociekliwi — często potem wysuwający niestworzone teorie spiskowe — zastanawiali się nie nad samym faktem, że do misji zaraz dojdzie, ani nad jej realizacją, lecz nad tym, dlaczego statek kosmiczny z członkami załogi został nazwany Artemis II. Czyżby Artemis I rozpadł się już na samym początku? Albo może dawno wyleciał, lecz nikt o tym nie wiedział! Żeby nagrać filmiki z Marsa i wrócić, by potem przypisać ten wyczyn Artemisowi II. Tylko po co? Ale cóż. Mieli takie, a nie inne postrzeganie faktów, więc dopowiadali szczegóły, często pozbawione logiki i sensu.

Spekulacje tego rodzaju w sumie pasowały do natury Stefana. To on był mistrzem w manipulacjach i tworzeniu własnej rzeczywistości. Dla niego osobiście były to najzwyczajniejsze realia, nic szczególnego. Nawet nie brał pod uwagę, że ktoś normalny uznałby taki styl bycia, czy też postrzegania świata, za zwykłą głupotę.

No, może trochę przesada, jeśli chodzi o innych z podobnymi wizjami, bo nie wszyscy celowo robili z siebie bałwanów. Bywało przecież tak, że niektórzy po prostu byli chorzy i takie zachowanie wynikało z ich stanu psychicznego, na który nie mieli wpływu — urodzili się z nim. Nazywając to pomedycznie, byli niepełnosprawni umysłowo.

Stefan wydawał się zaprzeczeniem tego, ponieważ on na własne życzenie stał się takim, jakim był w tamtych chwilach swojego kosmicznego triumfu. Kłamać nie ma sensu — był wyćwiczonym pajacem. Robił z siebie takiego „niespełnionego” świadomie i z premedytacją, ponieważ podobał mu się ciągły bałagan w jego życiu, którego często nawet sam nie potrafił zrozumieć.

Stefan czekał, ale się nie nudził.

Kontynuował grę w swoim telefonie, nabijając kolejne bonusy. Musiał mieć czym grać później, podczas lotu w stronę Marsa. Chociaż nastawiał się raczej na to, że będzie podziwiał widoki zza okna rakiety. W końcu była to jedyna szansa, by spojrzeć w kosmos z bliska. Myślał nawet, że może jakieś Marsoki wylecą na powitanie Artemisa II i będą mogli porozmawiać.

Brał pod uwagę fakt, że może to być bardzo utrudnione, gdyż “obcy” mogą władać całkiem innym językiem niż on i reszta załogi i na dodatek językiem nieznanym na świecie. Więc nawet Google nie mogłoby przetłumaczyć w swoim translatorze tego, co mówią kosmici.

Ale nie martwił się tym zbytnio.

Wiedział, że jakby co, to ma ręce i twarz. Mógł to wykorzystać w razie takiego kosmicznego kontaktu z Marsokami. Zawsze gesty i mimika, były skuteczne i dało się wiele w ten sposób przekazać innej osobie lub nawet całej rzeszy ludzi. A Stefan miał wpisany talent do tego typu wymiany zdań. Często to jedyny sposób dla niego, gdy chciał coś powiedzieć w stanie totalnej nietrzeźwości, która w jego przypadku, miała miejsce notorycznie przez wiele lat jego życia. Doszedł do perfekcji w niemych rozmowach. Gesty i sposób poruszania rękami oraz bełkoczące wypowiadanie wyrazów, które były ciężkie do zrozumienia, mogły stanowić swoisty język istot pozaziemskich. Dokładnie tak, przecież mogło być.

Właśnie ten pijacki byt, pijackie rozmowy i zachowania, mogły być dla Marsoków, bo tak zostali ochrzczeni przez Stefana potencjalni mieszkańcy Marsa, w pełni zrozumiałe. Każda teoria nieznanego jeszcze, jest założeniem i jest właściwa do momentu weryfikacji jej prawidłowości i realności. Stefan w ten sposób rozumował i tak też odbierał sugestie. Ten unikalny sposób kontaktu mógł więc być przydatny w tej misji i możliwe, że był to atut oraz kluczowa zaleta jego osoby. I właśnie dzięki tym umiejętnościom, Stefan został uznany przez ekspertów z NASA, za idealnego członka załogi w tej misji, mimo że reszta jego cech, stan zdrowia i w ogóle wszystko inne, nie mogły spełniać wymogów i warunków dla odbycia tak ważnej i dalekiej podróży w głąb Wszechświata.

Czas leciał. Do godziny “zero” brakowało jeszcze tylko kilku minut. Stefana ogarnęły coraz silniejsze dreszcze emocji. Im bliżej startu, tym bardziej stawał się pobudzony i częściej odkładał telefon z grą na bok. Już mniej interesowało go zabezpieczenie punktów na następne etapy. To mogło poczekać. On już chciał zostać wessany do fotela podczas startu statku. Widział nieraz na filmach, takie właśnie obrazy astronautów wylatujących w przestrzeń kosmiczną.

Stefan brał pod uwagę, że start może kosztować go wiele wysiłku, ale pocieszał się faktem, że jest zabezpieczony od stóp do głów. Nawet jeśli nagle zachciałoby się mu do WC. Już nawet przeszły mu złość i żal, że ktoś majstrował przy jego penisie i tyłku. Dawno pojął, że to była konieczność, bo podczas czekania na planowany odlot machiny kosmicznej, nawet już dwa razy, chyba z powodu tych niespodziewanych przecież emocji, narobił do zabezpieczonych pieluchomajtek z automatycznym odprowadzaniem fekaliów.


— Dam radę. — powiedział po cichu.


W międzyczasie dowiedział się też, że podobno pozostali astronauci, nie jedli trzy dni przed lotem, by łatwiej dostosować organizm do nowych warunków życia, które ich czekają. Kolokwialnie ujmując — nie jedli, by przynajmniej podczas lotu nie wypróżniać się.

Stefanowi przyszło też do głowy, że przecież głównym pokarmem na pokładzie są jakieś galaretki, więc niby jak potem miałby powstać kał? Chciał nawet podzielić się tą refleksją z innymi członkami załogi, ale dał sobie spokój, bo już się przekonał, że oni wcale nie mają ochoty z nim rozmawiać. A przynajmniej na razie.


Pocieszył się jednak i uśmiechnął szyderczo.


— Będą musieli…


No bo faktycznie byłoby to niemożliwe, żeby nie kontaktować się wcale ze Stefanem. W końcu jakąś rolę w tej misji ma odegrać i będzie trzeba współpracować w wielu kwestiach.

Stefan zastanawiał się nad tym wszystkim, co go czeka, i prawdę przed sobą wyznał, że nawet nie wie, co będzie robił, gdy już dotrą do celu. Jakie jest jego zadanie oprócz obserwacji i robienia zdjęć, bo to akurat sam sobie obiecał? W NASA powiedzieli mu jedynie na ten temat:


— Masz robić wszystko to, co powiedzą inni. Co to będzie? Tu na Ziemi jest wszystko tajne. Nawet dla ciebie. Jak będziecie na miejscu, dowiecie się wszystkiego. Albo i nie…


Wtedy zapytał:


— Dlaczego “albo i nie”?

— Nie wiem sam, bo nie mam wytycznych i też nie znam teraz szczegółów, ale może być tak, że masz być jedynie obserwatorem, bo inni mają kwalifikacje i doświadczenie, stopnie naukowe i wojskowe. Ty nie masz nic prócz cech, na których nam zależy, więc krótko mówiąc — teraz siedź cicho, a potem się przekonasz, co będzie dalej.


Stefan, usłyszawszy ten krótki odpowiednik wykładu, nawet się ucieszył, że nie musi się o nic martwić. Że to nie on ma myśleć, co będzie i w ogóle. Pasowało mu to bardzo i coraz bardziej żył całą tą misją. Z radością, entuzjazmem i ciekawością spodziewał się najlepszych chwil w swoim życiu.

Wydarzenia 2: No to lecą

Wszystkie perturbacje i problemy zostały zażegnane, zanim w ogóle powstały. Zapowiadało się, że misja rozpocznie się idealnie i zgodnie z planem. W NASA szeptano podczas chwil przed startem i po nim, bo podczas samego lotu poza orbitę okołoziemską nie było kontaktu z załogą wcale, choć każdy spodziewał się, że ta misja będzie najbardziej udaną w całej historii ludzkości. A przynajmniej na samym początku wszystko w rakiecie działało idealnie. I na Ziemi również.

Poza jednym…

Gdy już wylecieli na orbitę i byli nad Ziemią, Stefan był nieco skołowany, bo przecież wbiło go w fotel tak mocno, że aż poczuł, jak coś mu strzeliło w karku, a resztki zębów, które wcześniej uszkodził podczas swojego dotychczasowego życia, powypadały. Lecz on, jak to on, niezbyt się tym przejął.

Wziął do ręki swój smartfon. Chciał nieco wyluzować i na razie stwierdził, że na kosmos będzie miał sporo czasu, więc pogra sobie dalej, by uspokoić skołatane serce, które zareagowało mocnym biciem na lot.

Niestety, gra się nie uruchomiła. Nie było połączenia z internetem.


— Brak zasięgu? — powiedział zdziwiony. — Przecież to kosmos, więc zasięg powinien być nieograniczony. Nic tu nie ma, prócz światełek, które są daleko! — Spojrzał przez okno w rakiecie na gwiazdy.


Zasięgu nie mogło być, bo to kosmos, w którym nie było nadajników. Ale Stefanowi nie przyszło to do głowy. Wciąż myślał, że dzwoni tylko dzięki temu, że jakimś cudem opłaca abonament telefoniczny i internet za znalezione gdzieś, często na śmietnikach, puszki i butelki. Nie przyszło mu do głowy, że musi być jeszcze wiele innych technologii i urządzeń oprócz samego aparatu telefonicznego, żeby można było realizować wszelkie połączenia. Potem dopiero połączył swoje kropki w całość i wreszcie, po latach, odkrył te fakty, uznając po cichu, że jest geniuszem.


— Kto by pomyślał, że to tak może działać? Tyle lat mam telefon, a nie wiedziałem, że coś takiego jest możliwe. — powiedział wtedy, sumując te oczywiste dla innych, odkrycie.


Nigdy nie był w sytuacji, w której jego telefon był głuchy. Zasięg na Ziemi miał zawsze. Tam, gdzie mieszkał, nie mogło być inaczej. To było duże miasto i już dawno gęsto pokryte przekaźnikami telefonii komórkowej. Z racji tego, że Stefan praktycznie nigdy nigdzie nie wyjeżdżał, nie był w miejscach, gdzie faktycznie nadajników jeszcze nie było.

Paradoksalnie, chociaż Artemis II był już w kosmosie, krążące wokół Ziemi satelity nic nie dały. Były inaczej nastawione. Nikt podczas ich projektowania i instalowania na orbicie, nie przypuszczał, że znajdzie się abonent, który będzie leciał w kierunku Marsa i będzie chciał dzwonić lub korzystać z internetu poza łączami, które wykorzystywała NASA.

Stefan z tego powodu posmutniał trochę. Był mocno związany ze swoim telefonem, którego darzył niezdrowym uczuciem. To była jedyna rzecz, a w jego przekonaniu wręcz osoba, na której tak bardzo mu zależało. Telefon zapewniał wszelką rozrywkę, której sobie nie żałował, i jednocześnie był on zamiennikiem dniówek w pracy, której od lat nie miał.


— Rozwalą mi wioskę w grze, jak nie zagram. — Zmartwił się bardziej.


I to wszystko mówiło o Stefanie więcej, niż sam byłby skłonny przyznać. Nie należał do tych, których wspomina się z grymasem — przeciwnie, zostawiał po sobie raczej ślad ciepły, jakby odbicie spodu szklanki niedopitej herbaty na stole. Był odbierany dobrze, może nawet lepiej, niż przypuszczał. Miał bowiem w sobie osobliwy dar: lekkim ruchem wyobraźni potrafił nagiąć rzeczywistość tak, by stawała się odrobinę bardziej znośna, a czasem wręcz zabawna — i w ten sposób, niepostrzeżenie, wywoływał uśmiech tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej panowała zwyczajna powaga.

Oczywiście bywało, że uśmiech nie zatrzymywał się przy nim na dłużej, jakby był tylko przystankiem, a nie celem. I kiedy zostawał sam, rzeczywistość prostowała się z powrotem, cicha i niewzruszona, jakby nigdy nie dała się oswoić. Ale to było u niego normalne. Wpadał po prostu w skrajności.

Wydarzenia 3: Stefan naciska guzik

Wszyscy lecieli już jakby wolni. Jakby nieśli się w ciszy, niczym liście puszczone z wiatrem, odłączeni od ziemskiego cierpienia. Nawet skafandry, te skorupy chroniące przed pustką, oddały im część swej udręki. Gdy sztuczna grawitacja zatańczyła na pokładzie, przywracając ciału ciężar jego istnienia, świat wokoło odzyskał byt. Powróciła znajoma więź z materią, subtelne przypomnienie, że są wciąż istotami z krwi i kości. A pośród tego kosmicznego snu, niczym kotwica w bezkresnym oceanie, pojawiła się toaleta — skromne świadectwo ziemskiego porządku, przyziemny cud, który w tym nieznanym objęciu gwiazd, dawał poczucie powrotu do domu, nawet jeśli dom był teraz tylko wspomnieniem.


— Właściwie to dobrze było, że nie musiałem chodzić do kibla. Gdybym dostał nawet sraczkę, to fajnie mi zasysało. — Stefan docenił uroki sposobu na nieczystości ludzkie w kosmosie.


Statek kosmiczny z napisem „Orion” pędził przez bezkres kosmosu, a jego sercem — a właściwie technologiczno-biologicznym dyrygentem — był drugi europejski moduł serwisowy. Miał on na głowie nie lada zadanie: podtrzymywać życie Stefana i innych, zapewnić energię i, co najważniejsze, popchnąć ten cały kosmiczny wóz naprzód.

Cztery gigantyczne panele słoneczne, każdy długości siedmiu metrów, które Stefan ochrzcił pieszczotliwie „Skrzydłami Orła”, łapczywie chłonęły kosmiczne słońce.


— No, Stefanek, pijemy do dna! — Wziął łyk wody z małej butelki i mruczał do siebie, patrząc, jak energia płynie do jego osobistego królestwa. A w tym królestwie panował idealny porządek: powietrze świeże jak po letniej burzy, woda smakowała jak górski strumień, a temperatura? Ach, idealna! Stefan mógłby sobie pozwolić na spacer w samych spodenkach, nawet jeśli za oknem szalała kosmiczna ciemność z burzą.


— W ogóle to tam czasem pada deszcz? — powiedział do siebie Stefan, patrząc przez okienko na jasną czerń z gwiazdami.


Problem zaczął się, gdy Stefan postanowił wykonać, można by powiedzieć, „kluczowy manewr”. Otóż oprócz tych trzydziestu trzech zwykłych silniczków, które delikatnie pchały Oriona, była tam jeszcze jedna jednostka. Potężna, przerobiona, wyjęta prosto z serca dawnego promu kosmicznego. Miała ona służyć do poważniejszych rzeczy, jak na przykład ucieczka przed asteroidą albo szybki powrót na Ziemię. Stefan, w przypływie kosmicznej brawury i po spożyciu drugiej, dla niego podejrzanie wyglądającej tabletki odżywczej, postanowił przetestować tego potwora.


— Tylko mały, delikatny ruch, jakbym się przeciągał! — obiecał samemu sobie, naciskając odpowiedni guzik.


Guzik zadziałał. Z potwornym rykiem, który odbił się echem od ścian modułu, włączył się główny silnik. Orion szarpnął tak mocno, że Stefan wylądował z impetem na swojej “prywatnej toalecie”. Czuł okropny ból w tyłku i naraz uderzyło go przerażenie, pomieszane z tym dziwnym, dziecięcym uczuciem, kiedy zrobi się coś zakazanego i wiadomo, że będzie kara. W jego oczach na moment pojawiła się panika, szybko jednak zastąpiona przez typową dla niego rezygnację i próbę odwracania wszystkiego kotem ogonem. Krótko mówiąc — dupa go mocno zabolała podczas upadku. Panele słoneczne statku, zamiast patrzeć na Słońce, teraz radośnie machały w kierunku Marsa. Powietrze zrobiło się podejrzanie gęste, a temperatura? No cóż, Stefan zaczął przypominać sobie, jak to jest być schabowym na patelni. Przez chwilę poczuł się jak absolutny idiota, ale zaraz potem w jego głowie pojawiła się myśl, że przecież jeszcze nie umarł, więc jest jakaś szansa.


— Chyba przesadziłem z tym przeciąganiem. Zjebało się — wymamrotał Stefan, czując mieszankę paniki i zawstydzenia, ale jednocześnie jakaś część niego była lekko podekscytowana tym, że coś faktycznie się stało i to z jego winy.

— Ale przynajmniej wiemy, że ta maszyna działa. Tylko następnym razem sprawdzę instrukcję… jeśli ją kiedyś znajdę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 54.39