E-book
23.63
drukowana A5
78.42
Staw

Bezpłatny fragment - Staw

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
391 str.
ISBN:
978-83-8455-483-8
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.42

Przedmowa

Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. Są też takie, które od pierwszych stron podsuwają czytelnikowi niewygodne pytanie: co właściwie wiemy o ludziach, obok których żyjemy? „Staw” należy właśnie do tej ostatniej, najrzadszej kategorii. To powieść, która korzysta z narzędzi mrocznego kryminału, ale nie zatrzymuje się na tajemnicy i śledztwie. Idzie dalej — w głąb małej społeczności, w głąb rodzinnej zależności, w głąb religijnego języka, który może być źródłem ocalenia, ale może też stać się zasłoną dla przemocy. A przede wszystkim idzie w głąb człowieka. I czyni to z niezwykłą pewnością ręki.

Największą siłą tej książki jest jej ton. Autor nie ulega pokusie łatwej sensacji, choć temat aż się o nią prosi. Nie epatuje okrucieństwem, nie handluje obrzydzeniem, nie próbuje kupić uwagi czytelnika coraz mocniejszym obrazem. Zamiast tego buduje napięcie powoli, cierpliwie, niemal reportażowo. To napięcie rodzi się nie tylko z samej historii, lecz także z precyzyjnej obserwacji świata, w którym ta historia się wydarza. Mała miejscowość na Pojezierzu Brodnickim nie jest tu jedynie dekoracją. Jest osobnym bohaterem: z własnym rytmem, własną hierarchią, własnym systemem zależności, przemilczeń i lojalności. Kto zna polską prowincję, ten rozpozna ten krajobraz natychmiast. Kto nie zna — uwierzy w niego bez trudu.

Właśnie dlatego „Staw” wybrzmiewa mocniej niż zwykły thriller. To nie jest opowieść o abstrakcyjnym złu, które przychodzi z zewnątrz, lecz o złu wpisanym w codzienność. W zapach smażonej ryby, w rozmowy pod sklepem, w rytuał niedzielnej mszy, w sąsiedzkie przyzwyczajenia, w ciche kompromisy, które ludzie zawierają ze sobą i z własnym sumieniem. Autor z wyjątkową przenikliwością pokazuje mechanizm społecznej ślepoty: to, jak wspólnota uczy się nie widzieć tego, co zagraża jej wyobrażeniu o sobie samej. W tym sensie jest to książka nie tylko kryminalna, ale również głęboko socjologiczna. Zadaje pytanie o cenę porządku, o cenę autorytetu i o cenę spokoju. I odpowiedź, którą podsuwa, jest chłodna i bolesna.

Równie mocny jest wymiar psychologiczny tej powieści. Relacje między bohaterami nie zostały tu zbudowane na prostych przeciwieństwach: dobry–zły, silny–słaby, ofiara–sprawca. Nic nie jest tak łatwe. Autor znakomicie rozumie, że najciekawsze i najstraszniejsze zarazem są te więzi, w których miłość miesza się z dominacją, wdzięczność ze strachem, lojalność z uzależnieniem psychicznym. To książka o rodzinie, ale rodzinie pokazanej bez sentymentalizmu. O braterstwie, które zamiast chronić, może również zniewalać. O tym, że przemoc nie zawsze zaczyna się od krzyku i ciosu. Czasem zaczyna się od opieki. Od bycia potrzebnym. Od tego jednego człowieka, bez którego — jak się wydaje — nie potrafimy żyć.

Nie sposób pominąć także warstwy teologicznej, prowadzonej z rzadko spotykaną powagą. „Staw” nie jest antyreligijną prowokacją ani publicystycznym oskarżeniem wymierzonym w instytucję Kościoła. Jest czymś znacznie dojrzalszym: literackim namysłem nad językiem wiary i nad tym, co dzieje się, gdy język ten zostaje oderwany od elementarnego dobra. Autor pokazuje, jak cytat z Pisma, idea miłosierdzia, gest duszpasterskiej troski czy sama figura kapłana mogą zostać wykorzystane jako narzędzia kontroli. Ale pokazuje też coś ważniejszego: że profanacja najczęściej nie polega na jawnej drwinie, lecz na użyciu rzeczy świętych do celów całkowicie pogańskich. To bardzo mocne i bardzo potrzebne rozpoznanie.

Od strony konstrukcyjnej jest to powieść niezwykle świadoma. Autor wie, kiedy przyspieszyć, a kiedy zwolnić. Wie, jak prowadzić czytelnika przez kolejne warstwy historii, nie odbierając mu napięcia, mimo że niektóre karty zostają odsłonięte stosunkowo wcześnie. To również wymaga odwagi: zrezygnować z taniej gry w „kto zabił?” na rzecz trudniejszego pytania „jak długo można żyć obok zła i nazywać to normalnością?”. Ta decyzja okazuje się literacko bardzo owocna. Dzięki niej „Staw” nie jest jednorazową zagadką, lecz opowieścią, która zostaje z czytelnikiem długo po zamknięciu książki.

Warto też podkreślić jakość języka. Jest on oszczędny, ale nie ubogi; gęsty, ale nie pretensjonalny. Autor umie pisać o przyrodzie tak, by nie zamieniać jej w pocztówkę, i umie pisać o przemocy tak, by nie robić z niej widowiska. Szczególnie cenny jest kontrast między pięknem krajobrazu a moralnym rozkładem, który toczy bohaterów i ich otoczenie. Woda, las, jezioro, deszcz, muł, cisza — wszystko to pracuje tu nie tylko jako obraz, lecz także jako metafora. W rezultacie czytelnik dostaje świat pełny i sugestywny, niemal namacalny.

„Staw” jest również książką o pamięci. O ludziach, którzy wypadają poza nawias wspólnoty i w związku z tym łatwo wypadają także poza pamięć zbiorową. To temat bardzo ważny i bardzo współczesny. W świecie, który uczy nas szybkości i nadmiaru bodźców, zniknięcie człowieka pozornie nic nie kosztuje. Najpierw znika z ulicy. Potem z opowieści. Potem ze statystyki. Ta powieść stawia opór temu mechanizmowi. Przywraca wagę temu, co zazwyczaj zostaje przemilczane. W tym sensie jest nie tylko dobrą literaturą, ale również gestem etycznym.

Nie mam wątpliwości, że czytelnik znajdzie tu wszystko, czego oczekuje od mocnej prozy: napięcie, wyraziste postaci, wiarygodny świat, emocjonalny ciężar i pamiętne sceny. Ale znajdzie też coś więcej — intelektualne i moralne wyzwanie. „Staw” nie daje łatwej satysfakcji. Nie pozwala wygodnie odsunąć od siebie opisywanego zła. Przypomina, że najbardziej niepokojące historie nie dzieją się w miejscach egzotycznych ani wyjątkowych. Dzieją się tam, gdzie codzienność jest najbardziej rozpoznawalna, a pozorny porządek — najbardziej uspokajający.

To książka znakomicie przemyślana, dojrzała i odważna. Taka, która ufa inteligencji czytelnika i nie schlebia jego najprostszym odruchom. Taka, która potrafi jednocześnie wciągnąć i poruszyć. Taka, którą czyta się z rosnącym napięciem, ale odkłada z poczuciem, że uczestniczyło się w czymś poważniejszym niż tylko dobrze opowiedziana historia.

Oddaję więc tę powieść w ręce czytelnika z pełnym przekonaniem, że trafia do Państwa książka wyjątkowa. Mroczna, przejmująca, pięknie napisana i długo niepozwalająca o sobie zapomnieć. Proszę wejść w ten świat ostrożnie. I proszę pamiętać, że najciemniejsze rzeczy rzadko leżą na widoku. Najczęściej czekają tuż pod powierzchnią.

Rozdział 1: Sezon na węgorza

Węgorz europejski rodzi się w Morzu Sargassowym, na zachód od Bermudów, w miejscu, którego żaden ichtiolog nigdy nie widział na własne oczy. Żaden człowiek nie obserwował tarła węgorza w naturze. Żaden naukowiec nie potrafił nakłonić dorosłego węgorza do rozmnażania w niewoli. Przez tysiąclecia ludzie nie wiedzieli, skąd się biorą — Arystoteles twierdził, że powstają z mułu, ze spontanicznego ożywienia materii martwej. Pliniusz Starszy pisał, że rodzą się z kawałków skóry, które dorosłe węgorze ocierają o skały. Przez wieki uważano je za stworzenia demoniczne — pół ryba, pół wąż, stworzenie graniczne, żyjące na pograniczu światów. W średniowiecznej Europie chłopi wierzyli, że węgorze to dusze utopców, które nie znalazły spokoju i pełzają po dnach jezior, żywiąc się grzechami żywych.

Lesław Batorski znał tę historię. Opowiadał ją turystom, kiedy pytali, dlaczego jego węgorze smakują inaczej niż wszystkie, które jedli wcześniej — tłuściej, głębiej, z nutą czegoś, czego nie potrafili nazwać. Lesław uśmiechał się wtedy swoim pustym, uprzejmym uśmiechem i mówił, że to kwestia wody. Woda w jego stawie miała szczególny skład mineralny, tłumaczył. Dużo wapnia i fosforu. Dobre warunki. Spokój. Węgorze lubią spokój.

Nie kłamał. Po prostu nie mówił całej prawdy.


Tego pierwszego dnia czerwca Lesław wstał o czwartej dwadzieścia trzy, jak co rano od dwunastu lat. Wiedział, że to czwarta dwadzieścia trzy, choć nie patrzył na zegarek. Jego ciało nauczyło się budzić o tej porze — w momencie, kiedy ciemność za oknem zaczynała szarzeć, ale nie jaśniała jeszcze na tyle, by nazwać ją świtem. Przejście między nocą a dniem. Granica, na której wszystko jest jeszcze nieokreślone.

Leżał przez chwilę na wąskim łóżku w mieszkaniu nad smażalnią, wpatrując się w sufit. Sufit był niski, popękany, z plamą wilgoci w kształcie ludzkiej dłoni nad oknem. Plama ta rosła z roku na rok — dwanaście lat temu, kiedy Lesław tu zamieszkał, miała rozmiar piątki, teraz była wielkości dorosłej męskiej ręki z rozstawionymi palcami. Palce sięgały w stronę łóżka.

Wstał. Nie zapalał światła — znał rozkład mieszkania na pamięć, każdą skrzypiącą deskę podłogi, każdy próg, każdy wystający gwóźdź. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka z prysznicem, w którym ciepła woda leciała tylko przez siedem minut, potem robiła się lodowata. Siedem minut wystarczało. Lesław nie był człowiekiem, który potrzebował dużo.

Ubrał się w te same ubrania co zawsze — flanelowa koszula w kratę, robocze spodnie z grubego płótna, gumowe kalosze, które czekały przy drzwiach noskami do ściany, zawsze noskami do ściany. Był w tym porządku coś kompulsywnego, ale Lesław nie umiałby tego nazwać. Po prostu kalosze stały noskami do ściany. Inaczej nie potrafił.

Na stole w kuchni leżał telefon — stary, z klapką, bez internetu, bez aparatu fotograficznego. Lesław nie ufał nowym telefonom. Nie lubił myśli, że ktoś może go lokalizować, że urządzenie w jego kieszeni pamięta, gdzie był i o której godzinie. Stary telefon dzwonił i odbierał — nic więcej od niego nie wymagał.

Na ekraniku migała koperta wiadomości. Lesław otworzył ją.

„Jutro przyjdzie nowy. K.”

Pięć słów. Żadnego znaku zapytania, żadnego pozdrowienia. Informacja, nie prośba. Tak wyglądała komunikacja między braćmi — sucha, funkcjonalna, pozbawiona wszystkiego, co ludzkie. Nie zawsze tak było. Lesław pamiętał czasy, kiedy Karol mówił do niego pełnymi zdaniami, kiedy pytał, jak się czuje, kiedy kładł mu rękę na ramieniu i mówił: „Damy radę, Lesiu, zawsze dawaliśmy radę”. Ale to było dawno. Przed pierwszym.

Lesław zamknął telefon. Włożył go do kieszeni spodni. Nie odpisał. Nigdy nie odpisywał. Co miałby napisać?


Na dworze pachniało tak, jak pachnie Pojezierze Brodnickie w pierwszy tydzień czerwca — wilgotną ziemią, żywicą sosnową, kwitnącym bzem i czymś słodkim, rozkładającym się, co mogło być padłym zwierzęciem na skraju lasu albo po prostu końcem wiosny, która gniotła się pod ciężarem nadchodzącego lata.

Steklino budziło się powoli. Właściwie Steklino nigdy się do końca nie budziło — to była wieś, w której żyło sto siedemdziesiąt osób zimą i może trzysta latem, kiedy przyjeżdżali turyści, wędkarze i ludzie z miast, którzy wynajmowali pokoje nad jeziorem Sosno i mówili, że tu czas się zatrzymał, że tu wreszcie można odetchnąć. Lesław słyszał to co sezon — „tu czas się zatrzymał” — i za każdym razem miał ochotę powiedzieć, że czas się nigdzie nie zatrzymuje, że to ludzie się zatrzymują, a potem gniją.

Nie mówił tego, oczywiście. Uśmiechał się swoim pustym uśmiechem.

Od smażalni do stawu było dwa kilometry polną drogą, potem czterysta metrów leśną ścieżką, która prowadziła w dół, w zagłębienie terenu otoczone olszyną i gęstym podszyciem. Lesław szedł tą drogą codziennie, rano i wieczorem, od dwunastu lat. Mógłby ją przejść z zamkniętymi oczami — i czasem tak robił, na odcinku leśnym, gdzie ścieżka była na tyle ubita jego butami, że tworzyła wyraźny rynien w miękkim poszyciu. Szedł wtedy ze spuszczonymi powiekami, wsłuchując się w las, licząc kroki. Czterysta dwadzieścia dwa kroki od brzozy z blizną po piorunie do brzegu stawu. Nigdy czterysta dwadzieścia jeden. Nigdy czterysta dwadzieścia trzy.

Tego ranka szedł z oczami otwartymi, bo niósł wiadro z karmą — granulat rybny z dodatkiem mączki kostnej, kupowany hurtowo w składzie paszowym pod Brodnicą. Oficjalna karma. Ta, którą mógłby pokazać każdemu inspektorowi.

Staw wyłonił się między olchami jak ciemne oko w twarzy lasu. Miał może pół hektara powierzchni, nieregularny kształt, brzegi porośnięte tatarakiem i trzcinami. Woda była ciemna, nieprzejrzysta, koloru mocno parzonej herbaty — od kwasów humusowych, jak tłumaczył Lesław tym nielicznym, którzy pytali. I od głębokości. Staw miał nierówne dno — przy brzegach półtora metra, w środku ponad cztery. To w tej głębinie żyły największe węgorze.

Lesław stanął na pomoście — trzech desek na dwóch palach, zbitych jego własnymi rękami — i wysypał karmę do wody. Granulki unosiły się przez chwilę na powierzchni, tworząc brązową plamę, a potem zaczęły tonąć. Woda poruszyła się. Nie falą, nie zmarszczką — drgnięciem, jakby coś dużego i ciężkiego przewróciło się w głębinie. Potem kolejne drgnięcie, bliżej powierzchni. I jeszcze jedno.

Węgorze jadły.

Lesław patrzył na to z pomostu, opierając się o kolano, z pustym wiadrem w dłoni. Miał pięćdziesiąt trzy lata, wyglądał na sześćdziesiąt pięć. Twarz poorana bruzdami, skóra jak wyprawiona, poszarzała. Oczy jasne, wodniste, jakby wyblakłe od zbyt długiego patrzenia na rzeczy, na które nie powinno się patrzeć. Ręce duże, żylaste, z paznokciami obciętymi nierówno do samego mięsa. Sylwetka chuda, przygarbiona, z wysoko osadzonymi ramionami — tak wyglądają ludzie, którzy spodziewają się ciosu. Których ciało nauczyło się chronić głowę nawet wtedy, gdy nikt nie bije.

— Jedzcie — powiedział cicho.

Nie wiedział, do kogo mówi. Do ryb. Do stawu. Do tych, którzy leżeli na dnie.


O siódmej trzydzieści Lesław otworzył smażalnię. Rytuał otwarcia był zawsze ten sam i zajmował dokładnie godzinę: rozpalenie dwóch frytkownic, sprawdzenie temperatury oleju termometrem kuchennym (sto osiemdziesiąt stopni, ani mniej, ani więcej), ułożenie na blacie ryb wyciągniętych z lodówki (węgorze pocięte na dzwonka, płocie do smażenia w całości, okonie na życzenie), przygotowanie panierki (mąka pszenna, sól, pieprz biały, odrobina kurkumy — przepis po matce, jedyna rzecz, którą po niej odziedziczył z wdzięcznością), napełnienie pojemników na surówki, otwarcie okienka podawczego, zawieszenie tabliczki z ceną.

„Pod Węgorzem” — tak nazywała się smażalnia, choć nazwa nie widniała nigdzie oficjalnie, tylko na wyblakłym szyldzie, który Lesław namalował sam dwanaście lat temu białą farbą na kawałku sklejki. Litery były nierówne, jakby pisane przez dziecko albo przez człowieka z drżącymi rękami. Lesław miał drżące ręce, odkąd pamięta — matka biła go po dłoniach drewnianą łyżką, kiedy coś rozlał, a rozlewał często, właśnie dlatego, że ręce mu drżały. Błędne koło, które zaczęło się, zanim umiał je nazwać.

Smażalnia była niewielka — drewniany budynek postawiony na dzierżawionej od gminy działce przy drodze prowadzącej nad jezioro. Jedno okienko podawcze, trzy stoliki z plastikowymi krzesłami na zewnątrz, daszek z blachy falistej, który dawał cień. Nic więcej. Nic specjalnego. A jednak ludzie przyjeżdżali tu z Brodnicy, z Nowego Miasta Lubawskiego, nawet z Torunia — dziewięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę — żeby zjeść węgorza Batorskiego.

Lesław nie reklamował się. Nie miał strony internetowej, profilu w mediach społecznościowych, wpisu na mapach Google. Klientów przyciągała poczta pantoflowa — ta najstarsza i najskuteczniejsza forma marketingu, oparta na prawdziwym doświadczeniu i prawdziwej przyjemności. Ktoś zjadł węgorza, powiedział znajomemu, znajomy przyjechał, zjadł, powiedział swojemu znajomemu. Łańcuch smaku ciągnący się przez lata.

— Panie Lesławie!

Pierwszy klient dnia. Marek Szulc, wójt gminy Zbiczno, do której administracyjnie należało Steklino. Mężczyzna po czterdziestce, przystojny w sposób, który wymagał wysiłku — żel we włosach, koszula polo z logo jakiejś marki, zegarek, który wyglądał na drogi, ale nie był. Szulc uśmiechał się zawodowo — szerokim, pustym uśmiechem, który mógł oznaczać wszystko i nic.

— Panie wójcie — odpowiedział Lesław bez uśmiechu. — Wcześnie dzisiaj.

— Nowy sezon, panie Lesławie, nowy sezon! — Szulc usiadł przy stoliku, rozejrzał się, jakby oceniał nieruchomość. — Muszę z panem porozmawiać o jednej sprawie. Ale najpierw węgorek. Z surówką z kapusty, dobrze? I piwo, jeśli jest.

— Piwa nie mam. Jest kompot.

— To kompot.

Lesław wrócił do okienka i zaczął smażyć. Węgorz skwierczał w oleju, wyginając się jak żywy, choć był martwy od kilku godzin. Tak robią węgorze — ich mięśnie kurczą się w wysokiej temperaturze, stwarzając złudzenie życia. Lesław obserwował to tysiące razy i wciąż za każdym razem czuł ten sam skurcz w żołądku.

Podał talerz wójtowi. Szulc wgryzł się w rybę z entuzjazmem, który wydawał się nieco przesadzony, i przez chwilę żuł z zamkniętymi oczami.

— Mówię panu — powiedział z pełnymi ustami — nie ma takich węgorzy nigdzie indziej. Nigdzie. W zeszłym roku byłem w Mikołajkach na dożynkach rybackich, kosztowałem węgorza wędzonego, smażonego, w galarecie — nic, proszę pana, absolutnie nic w porównaniu z pana rybą. Czym pan je karmi?

— Granulat. Standardowy.

— E tam, standardowy. Ma pan jakiś sekret, panie Lesławie, ja wiem, że pan ma.

— Nie mam żadnego sekretu, panie wójcie.

Szulc pokiwał głową z miną człowieka, który nie wierzy, ale nie zamierza naciskać. Otarł usta serwetką, upił kompotu i przeszedł do sprawy, z którą przyszedł.

— Planuję złożyć wniosek o dofinansowanie z programu „Odnowa Wsi”. Wie pan, co to jest?

— Nie.

— To program z funduszy europejskich na rozwój turystyki na terenach wiejskich. Chodzi o ścieżki rowerowe, pomosty, punkty widokowe, tablice informacyjne. Ale też — i tu jest sedno — o promocję lokalnych produktów. Lokalnej gastronomii. Panie Lesławie, pana smażalnia mogłaby być wizytówką gminy. Mógłby pan dostać dotację na rozbudowę, na wyposażenie, może nawet na hodowlę. Chciałbym pana wpisać do wniosku jako partnera projektu.

Lesław odwrócił się do frytkownicy. Poprawił temperaturę oleju, choć nie wymagała poprawiania. Potrzebował chwili, żeby ukryć to, co pojawiło się na jego twarzy — a pojawiło się przerażenie.

— Dziękuję, panie wójcie. Nie jestem zainteresowany.

— Ale dlaczego? To pieniądze, panie Lesławie. Na rozwój. Mógłby pan powiększyć staw, hodować więcej ryb, może zatrudnić kogoś do pomocy…

— Nie chcę powiększać stawu.

Ton głosu Lesława był taki, że Szulc przestał żuć. Coś w tym zdaniu — „nie chcę powiększać stawu” — brzmiało nie jak odmowa, lecz jak wyznanie. Jakby Lesław powiedział coś zupełnie innego niż to, co usłyszał wójt.

— No dobrze — Szulc cofnął się dyplomatycznie. — Niech pan pomyśli. Wniosek składam we wrześniu, jest czas. Porozmawiam też z księdzem Karolem, może on pana przekona. Wiem, że pan brata słucha.

— Brata słucham — powiedział Lesław. I znów w tych dwóch słowach było więcej niż ich słownikowe znaczenie. Ale Szulc nie był człowiekiem, który czyta między wierszami. Zjadł resztę węgorza, zapłacił, uścisnął Lesławowi dłoń (Lesław nie ścisnął w odpowiedzi, tylko pozwolił, żeby jego ręka została uściśnięta — różnica subtelna, ale wyraźna) i odjechał swoim służbowym oplem.


Do południa przewinęło się jeszcze kilku klientów. Dwóch wędkarzy z Torunia, którzy rozbili namiot nad jeziorem i chcieli „coś ciepłego” przed wyprawą na szczupaka. Matka z dwójką dzieci, prawdopodobnie na jednodniowej wycieczce — dzieci chciały lody, których Lesław nie sprzedawał, więc wzięły frytki, których też nie sprzedawał. Matka przeprosiła i kupiła trzy porcje smażonej płoci. Potem przyszła Teresa Klim.

Teresa Klim miała sześćdziesiąt osiem lat, krótkie siwe włosy, okulary na łańcuszku i opinię na temat wszystkiego. Była emerytowaną nauczycielką historii z podstawówki w Zbicznie, mieszkała w Steklinie od urodzenia i znała — jak sama twierdziła — „każdy kamień i każdego człowieka” w promieniu dziesięciu kilometrów. To nie była przesada. Teresa wiedziała, że Zbigniew Kowalik z Końca Wsi bije żonę, że Danuta Maj z Polnej jest w ciąży z listonoszem, że syn Ryżego Murawskiego nie wyjechał do Irlandii za pracą, tylko uciekł przed alimentami. Wiedziała to wszystko i nie potrafiła trzymać tego dla siebie — informacja w ustach Teresy Klim była jak piłeczka pingpongowa na silnym wietrze, odbijała się od wszystkiego i leciała wszędzie.

Ale Teresa Klim, ze wszystkimi swoimi plotkami i podejrzliwościami, nigdy nie podejrzewała księdza Karola o cokolwiek innego niż świętość.

— Lesławie, daj mi porcję węgorza i surówkę z marchewki. Jest surówka z marchewki?

— Jest z kapusty.

— To z kapusty. I powiedz mi — tu Teresa nachyliła się nad blatem okienka podawczego, zniżając głos do teatralnego szeptu — czy to prawda, że Szulc chce z twojego stawu zrobić atrakcję turystyczną?

Lesław zamarł z łopatką w ręce.

— Skąd pani wie?

— Lesławie, proszę cię. Szulc gada o tym na każdym zebraniu rady. „Lokalna hodowla ryb”, „tradycja pojezierza”, „marka regionalna”. Twoim stawem chce się chwalić przed komisją z Brukseli.

— Żadnej komisji nie będzie. Nie zgodziłem się.

Teresa pokiwała głową z miną, która mówiła: „dobrze, ale ja i tak będę o tym mówić wszystkim”.

— Dobrze robisz. Po co ci tu turyści z autobusów, co będą łazić po twoim stawie i robić zdjęcia. Spokój jest najważniejszy. Twój brat też tak mówi — rozmawiałam z księdzem Karolem po mszy w niedzielę, mówił, że spokój to fundament, na którym stoją i wiara, i praca, i relacje między ludźmi. Pięknie mówił. Tak pięknie, że aż Jadźka Szewczyk się rozpłakała, a wiesz, jaka jest Jadźka — twarda jak kamień.

— Wiem, jaki jest mój brat — powiedział Lesław i podał jej talerz.

Teresa jadła, mówiła i jednocześnie obserwowała ulicę z czujnością radaru. Kiedy skończyła, zapłaciła, zostawiła napiwek (dwa złote, zawsze dwa złote) i odeszła w stronę sklepu, niosąc ze sobą informację o odmowie Lesława jak trofeum, które za godzinę obiegnie całe Steklino.


Popołudnie było spokojne. Lesław zamknął okienko o piętnastej — w dni powszednie nie opłacało się trzymać dłużej. Sezon dopiero się zaczynał, prawdziwy ruch będzie od połowy czerwca, kiedy przyjadą wczasowicze. Posprzątał smażalnię — umył frytkownice, wytarł blaty, wyrzucił resztki panierki, zamiatał podłogę. Każdy ruch był wyuczony, mechaniczny, wykonywany z precyzją, która nie miała nic wspólnego z zamiłowaniem do porządku, a wszystko ze strachem przed myśleniem. Dopóki ręce pracowały, głowa mogła być cicho. Kiedy ręce się zatrzymywały, głowa zaczynała krzyczeć.

O siedemnastej Lesław wsiadł na rower i pojechał na plebanię. Trzy kilometry wąską, asfaltową drogą między polami rzepaku, który właśnie przekwitał — żółć ustępowała miejsca brudnej zieleni łuszczyn, w powietrzu unosił się mdły, słodkawy zapach. Na końcu drogi kościół — niewielki, ceglany, z XIX wieku, z wieżą, na której zegar stał od lat na dwunastej piętnaście. Za kościołem plebania.

Karol czekał na ganku. Siedział w wiklinowym fotelu z książką na kolanach — Lesław nie widział tytułu, ale wiedział, że brat czyta albo Tomasza à Kempis, albo którąś z powieści kryminalnych, które sprowadzał pocztą z antykwariatu w Gdańsku. Agatha Christie, Raymond Chandler, Boileau-Narcejac. Karol kiedyś powiedział, że zbrodnia w literaturze to ćwiczenie intelektu, natomiast zbrodnia w życiu — ćwiczenie woli. Lesław nie zapomniał tego zdania, choć chciał.

Proboszcz parafii w Steklinie miał pięćdziesiąt siedem lat i wyglądał na czterdzieści pięć. Był wysoki, szczupły, z siwiejącymi skroniami i twarzą, która mogłaby należeć do aktora albo dyplomaty — regularne rysy, wysokie czoło, oczy ciemne i spokojne, uśmiech, który pojawiał się łatwo i znikał powoli. Karol wyglądał jak człowiek, który nigdy się nie spieszy, nigdy nie denerwuje, nigdy nie traci panowania. I rzeczywiście — Lesław nie widział, żeby brat kiedykolwiek podniósł głos. Nawet tamtej pierwszej nocy, trzynaście lat temu, kiedy wszystko się zaczęło, Karol mówił szeptem.

— Siadaj — powiedział Karol, nie podnosząc wzroku znad książki.

Lesław usiadł na schodach ganku. Nie na fotelu — na schodach. Zawsze na schodach. Karol u góry, Lesław u dołu. Hierarchia, która ustaliła się w dzieciństwie i nigdy nie została zakwestionowana.

— Dostałem wiadomość — powiedział Lesław.

— Wiem, że dostałeś. Po to ją wysłałem.

— Kto to jest?

— Nazywa się Tadeusz. Nie podał nazwiska. Spotkałem go pod dworcem w Grudziądzu w zeszłym tygodniu, kiedy byłem na spotkaniu dziekanatu. Śpi pod wiaduktem przy Chełmińskiej. Byli żołnierz, alkoholik, bez rodziny. Nikt go nie szuka. Nikt nie będzie szukał.

Lesław milczał. Patrzył na swoje ręce. Drżały.

— Jutro go przywiozę — kontynuował Karol tym samym tonem, którym czytał niedzielną Ewangelię. Łagodnym, modulowanym, przekonującym. — Powiem Władysławie, że to nowy kościelny na próbę. Ona i tak kładzie się o ósmej. Po kolacji. Jak zwykle.

— Karol…

— Tak?

Lesław chciał powiedzieć: „nie”. Chciał powiedzieć: „dość”. Chciał powiedzieć: „jestem zmęczony, Karol, jestem tak zmęczony, że rano nie mogę podnieść się z łóżka, że ręce mi drżą tak mocno, że nie mogę trzymać noża, że widzę ich twarze, Karol, widzę je w wodzie, widzę je w oczach ryb, widzę je wszędzie”. Ale słowa nie przeszły przez gardło. Nigdy nie przechodziły. Od pięćdziesięciu trzech lat Lesław Batorski nie potrafił powiedzieć bratu „nie” — to było coś więcej niż nawyk, więcej niż strach, więcej niż lojalność. To było jak grawitacja — siła, której nie widać, ale której nie da się pokonać.

— Dobrze — powiedział Lesław.

Karol kiwnął głową. Wrócił do książki.

Lesław wstał ze schodów i poszedł w stronę roweru. Kiedy odjeżdżał, usłyszał za sobą głos brata:

— Sprawdź dzisiaj staw. Rano widziałem czaplę. Nie chcę, żeby łowiła nam ryby.

Łowiła nam ryby.

Nam.


Wieczór spadł na Steklino jak kurtyna. Szybko, ciężko, bez gradacji. O dwudziestej pierwszej było już ciemno — ciemno w sposób, jakiego nie znają ludzie z miast. Bez latarni, bez neonów, bez poświaty nad horyzontem. Tylko niebo z gwiazdami i las dookoła, i jezioro, które odbijało gwiazdy i podwajało ciemność.

Lesław szedł ścieżką do stawu z latarką w ręce. Snop światła tańczył po ścieżce, po korzeniach, po pniach olch, które w ciemnościach wyglądały jak kolumny katedry. Las szumiał cicho — liście, owady, coś małego szurało w poszyciu. Normalny wieczór. Normalny spacer. Gdyby ktoś go zobaczył, pomyślałby: „rybak sprawdza hodowlę”. I miałby rację. Tylko nie całą.

Staw w ciemnościach wyglądał inaczej niż za dnia. Za dnia był stawem — zbiornik wodny, pół hektara, hodowla ryb. W nocy stawał się czymś innym. Powierzchnia wody była czarna, absolutnie czarna, głębsza niż niebo, głębsza niż las, głębsza niż cokolwiek, co Lesław potrafił sobie wyobrazić. Lustro, które nie odbijało niczego. Otwór, który prowadził w dół, w miejsce, o którym Lesław starał się nie myśleć, a myślał nieustannie.

Stanął na pomoście. Wyłączył latarkę.

Cisza. Ale nie zupełna. Woda żyła — cichymi, miękkimi dźwiękami, które mogły być rybami, mogły być żabami, mogły być czymkolwiek. Plusk. Cichy, ciężki, tuż pod powierzchnią. Coś dużego obróciło się w głębinie. Potem kolejny plusk, bliżej brzegu. I jeszcze jeden.

Węgorze nie spały. Węgorze nigdy nie spały. To było jedno z tych stworzeń, które nie potrzebują snu — poruszają się w ciemności, żywią się w ciemności, żyją w ciemności. Stworzenia graniczne. Pół ryba, pół wąż. Na pograniczu światów.

Lesław stał na pomoście i patrzył w czarną wodę, i słuchał plusków, i myślał o tym, co leżało na dnie — pod mułem, pod kamieniami, pod warstwami czasu i rozkładu. Czterdzieści jeden razy Lesław stał na tym pomoście z taczką za sobą i wrzucał do wody coś, co jeszcze kilka godzin wcześniej było człowiekiem. Czterdzieści jeden razy słyszał ten sam dźwięk — ciężki, głuchy plusk, a potem ciszę, a potem, po kilku minutach, szamotanie pod powierzchnią, gdy węgorze znajdowały to, co im ofiarowano.

Czterdzieści jeden razy Lesław mówił potem to samo słowo, stojąc na pomoście w ciemności.

— Przepraszam.

Powiedział to i teraz. Cicho, bez adresata. Do wody. Do ryb. Do tych, którzy leżeli na dnie. Do siebie.

Woda odpowiedziała pluskiem.

Lesław stał jeszcze długo — minuty, może godzinę, czas nad stawem nie miał znaczenia — a potem wrócił ścieżką do domu, położył się na wąskim łóżku, wpatrzył się w plamę wilgoci na suficie, która wyciągała palce w jego stronę, i nie zasnął.

Jutro miał przyjechać nowy. Tadeusz. Były żołnierz z Grudziądza. Bez rodziny. Bez nikogo.

Jutro Karol przywiezie go na plebanię, nakryje do kolacji, naleje wina.

A pojutrze Lesław stanie nad stawem z taczką.

Na dworze cykady grały swoją monotonną, bezrozumną pieśń. Powietrze pachniało bzem, żywicą i czymś słodkim, rozkładającym się — końcem wiosny albo początkiem czegoś znacznie gorszego.

Sezon na węgorza właśnie się zaczął.

Rozdział 2: Plebania

W archidiecezji toruńskiej, do której należy parafia w Steklinie, procedura objęcia probostwa wygląda następująco: biskup diecezjalny wydaje dekret nominacyjny, proboszcz składa wyznanie wiary i przysięgę wierności wobec Kościoła, a następnie w obecności dziekana dekanatu odbywa się uroczyste wprowadzenie — nowy duszpasterz otrzymuje klucze do kościoła, tabernakulum, chrzcielnicy i plebanii. Ceremonia jest krótka, formalna, pozbawiona dramatyzmu. Nowy proboszcz wchodzi do świątyni, przyklęka przed ołtarzem, modli się w ciszy, a potem idzie do plebanii, gdzie czeka na niego zimny budynek, puste szafy i echo kroków w pustych pokojach.

Karol Batorski przeszedł tę procedurę szesnastego września, piętnaście lat przed wydarzeniami opisywanymi w poprzednim rozdziale. Miał wtedy czterdzieści dwa lata, szesnaście lat kapłaństwa za sobą, trzy parafie, w których pracował jako wikariusz, i opinię duchownego wybitnego, choć trudnego. „Wybitny” oznaczało: inteligentny, oczytany, charyzmatyczny na ambonie, skuteczny w pracy z młodzieżą. „Trudny” oznaczało: niezależny, nieskłonny do kompromisów, przekonany o własnej racji w sposób, który irytował przełożonych. W kurii toruńskiej krążyła anegdota, że Batorski podczas wizytacji biskupa pomocniczego poprawił go publicznie w kwestii interpretacji encykliki Fides et Ratio. Biskup miał powiedzieć potem do kanclerza: „Ten człowiek albo zostanie świętym, albo heretykiem. Nic pomiędzy”.

Nie został ani jednym, ani drugim. Został proboszczem w Steklinie.

Nominacja na tak małą, odległą parafię mogła wyglądać jak kara — i być może nią była. Karol nigdy się o to nie zapytał, a jeśli odczuwał gorycz, nie dał tego po sobie poznać. Przyjął dekret z pochyloną głową i słowami: „Niech się stanie wola Boża”. Dziekan dekanatu brodnickiego, ksiądz Franciszek Mirski, zapytał go, czy potrzebuje czegoś na początek — pieniędzy na remont, mebli, może gospodyni. Karol odpowiedział, że potrzebuje tylko ciszy.

Ciszy w Steklinie było pod dostatkiem.


Plebania stała za kościołem, oddzielona od niego wąskim pasem zarośniętego żywopłotu. Budynek z czerwonej cegły, postawiony pod koniec dziewiętnastego wieku, kiedy parafia w Steklinie liczyła ponad tysiąc dusz i uzasadniała istnienie sporej, solidnej siedziby proboszcza. Dwa piętra, strych, piwnica. Dziesięć pokoi, z których pięć stało pustych od lat. Kuchnia z piecem kaflowym, który nie grzał. Łazienka z wanną na lwich łapach, w której nie było ciepłej wody. Ganek od frontu — drewniany, ze zdartą farbą i zbutwiałymi deskami. I drugie wejście — od tyłu, od strony lasu — niskie, wąskie drzwi w piwnicy, do których prowadziły kamienne schody zarośnięte mchem i pokrzywami. To wejście wyglądało na nieużywane od dziesięcioleci. Drzwi były zamknięte na starą, zardzewiałą kłódkę, a pokrzywy sięgały klamki.

Karol obejrzał dom w milczeniu. Dziekan Mirski towarzyszył mu, komentując stan budynku przepraszającym tonem.

— Poprzedni proboszcz, ksiądz Nawrocki, nie dbał o to, niestety. Ostatnie lata poważnie chorował, nie wychodził z pokoju na górze. Parafianie nosili mu jedzenie pod drzwi. Smutna historia.

— Co mu było?

— Oficjalnie — nowotwór trzustki. Nieoficjalnie… — Mirski zawahał się. — Depresja. Głęboka. Podobno ostatniego roku nie odprawiał mszy. Organistka prowadziła nabożeństwo słowa, a on leżał na górze i czytał Apokalipsę. W kółko. Tylko Apokalipsę.

Karol nic nie powiedział. Wszedł do piwnicy — sam, bez Mirskiego, który został na ganku. Piwnica była rozległa, ciemna, o niskim sklepieniu z cegieł. Podłoga ziemna, ubita, wilgotna. Na ścianach plamy pleśni, które wyglądały jak mapy nieistniejących kontynentów. W kącie sterta starych mebli — połamane krzesła, biurko bez nóg, regał z wygiętymi półkami. Zapach wilgoci, myszego łajna i czegoś starszego, głębszego — zapach zamkniętej przestrzeni, do której od lat nie wchodziło powietrze.

Karol stanął pośrodku piwnicy. Obejrzał ściany. Zbadał tylne drzwi — kłódka trzymała, ale drzwi same były solidne, dębowe, osadzone w kamiennej framudze. Przyjrzał się ziemnej podłodze. Zmierzył wzrokiem odległość od tylnych drzwi do schodów prowadzących na parter — siedem metrów. Od tylnych drzwi do granicy lasu — może dwadzieścia.

Dwadzieścia metrów od lasu do piwnicy. Siedem metrów od piwnicy do schodów. Schody na górę, korytarz, kuchnia, pokój gościnny.

To na pewno nie były myśli, które powinny przyjść do głowy nowemu proboszczowi w dniu objęcia parafii. A może były to myśli zupełnie neutralne — nowy właściciel domu ocenia przestrzeń, planuje remont, zastanawia się nad logistyką. Nie da się z zewnątrz odróżnić myśli niewinnej od myśli, która kiedyś stanie się zbrodnią. W momencie, gdy się rodzi, wygląda tak samo.

Karol wrócił na parter, zamknął drzwi do piwnicy na klucz i schował go do kieszeni sutanny.

— Piwnicę wybetonuję — powiedział do Mirskiego. — Ziemna podłoga to wilgoć i grzyb.

Dziekan skinął głową z ulgą. Nowy proboszcz wyglądał na praktycznego człowieka.


Trzy tygodnie po objęciu parafii Karol spotkał Władysławę Hoppe. A raczej Władysława Hoppe spotkała jego — zjawiła się na plebanii w niedzielę po sumie, z garnkiem bigosu w jednej ręce i torbą środków czystości w drugiej, i oznajmiła, że będzie tu sprzątać.

— Ja tu zawsze sprzątałam — powiedziała tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. — U księdza Nawrockiego sprzątałam szesnaście lat. Przedtem u księdza Majchrowskiego dwanaście. Znam tę plebanię lepiej niż własny dom. Wie ksiądz, gdzie jest bezpiecznik? Bo ja wiem. Wie ksiądz, który kaloryfer trzeba odkręcić pierwszego października, bo zamarzną rury? Bo ja wiem. Wie ksiądz, że komin w kuchni ciągnie tylko wtedy, kiedy się otworzy lufcik w łazience na piętrze? Bo ja wiem.

Karol patrzył na nią z wyrazem twarzy, którego nie potrafiła odczytać — i to ją zaniepokoiło, bo Władysława Hoppe uważała się za osobę, która potrafi czytać każdego.

— Jak pani ma na imię? — zapytał.

— Władysława. Hoppe. Mieszkam trzysta metrów stąd, za sklepem Mańkowej. Mąż nie żyje, Bóg go pobrał osiem lat temu. Dzieci w Toruniu, syn i córka. Wnuczka jedna, Agnieszka, córka córki. Mam sześćdziesiąt pięć lat, zdrowa jestem jak koń, tylko na lewe ucho słyszę gorzej, bo mi się zapalenie zrobiło w dziewięćdziesiątym trzecim i doktor powiedział, że się nie cofnie.

— Na lewe ucho — powtórzył Karol.

— Na lewe. Na prawe słyszę doskonale.

— Dobrze. Niech pani przychodzi w poniedziałki, środy i piątki. Rano. I niech pani nie wchodzi do piwnicy — tam jest grzyb, czekam na ekipę remontową.

— Dobrze, proszę księdza.

I tak Władysława Hoppe stała się częścią plebanii — tak jak kaflowy piec, jak wanna na lwich łapach, jak zegar na wieży kościelnej, który stał na dwunastej piętnaście. Przychodziła trzy razy w tygodniu, rano, sprzątała, gotowała obiad, prała, prasowała, a o ósmej wieczorem szła do domu. Nie dlatego, że Karol ją o to prosił, ale dlatego, że Władysława Hoppe kładła się spać o dwudziestej trzydzieści od czterdziestu lat i żadna siła na ziemi nie mogła tego zmienić.

Karol szybko zrozumiał, że Władysława jest idealna. Idealna nie dlatego, że dobrze sprzątała — choć sprzątała doskonale — ale dlatego, że w jej obecności plebania wyglądała normalnie. Władysława nadawała budynkowi ciepło, zapach zupy, odgłos trzepania dywanów, obecność drugiej osoby, która wypełniała pustkę i jednocześnie nie wchodziła tam, gdzie nie powinna. Głucha na lewe ucho, kładąca się o ósmej, niepytająca o piwnicę. Idealna.

Czy Karol myślał o tym w tych kategoriach? Czy już wtedy planował? Czy układał elementy jak szachista, który widzi dwadzieścia ruchów do przodu?

Nie. Jeszcze nie. Jeszcze był tylko proboszczem w małej wsi, który remontował plebanię, betonował piwnicę i budował relacje z parafianami. Jeszcze nie było niczego, co wymagałoby osłony. Władysława była po prostu gospodynią. Piwnica była po prostu piwnicą.

Ale podświadomość pracuje szybciej niż rozum. I być może gdzieś na dnie umysłu Karola Batorskiego — na dnie ciemnym i nieprzejrzystym jak woda w stawie, który jeszcze nie istniał — coś już się formowało. Kształt bez nazwy. Myśl bez słów. Impuls, który czekał na swój moment.


Żeby zrozumieć Karola Batorskiego, trzeba cofnąć się jeszcze dalej — do domu nad Drwęcą, do lat siedemdziesiątych, do rodziny, z której wyrósł.

Dom Batorskich stał na uboczu wsi Elgiszewo, cztery kilometry od Golubia-Dobrzynia, nad samą rzeką. Drewniany, parterowy, z dobudówką, w której ojciec — Zygmunt Batorski — trzymał sprzęt rybacki. Zygmunt był rybakiem rzecznym, jednym z ostatnich w regionie, który łowił węgorze w Drwęcy na żywe przynęty — małe ryby, robaki, kawałki surowego mięsa. Łowił od wiosny do jesieni, od świtu do nocy, a zimą pił. I wiosną pił. I latem. I jesienią. Pił bimber od Staszka Golonki, pił wino owocowe ze sklepu, pił denaturat, kiedy nie było nic innego. Pił cicho, metodycznie, bez awantur, bez krzyków. Siadał przy stole w kuchni, stawiał butelkę, nalewał do szklanki i pił, patrząc w okno. Nie mówił. Nie śpiewał. Nie płakał. Pił i patrzył.

Awantury były domeną matki.

Helena Batorska z domu Krawiec pochodziła z rodziny głęboko religijnej — ojciec kościelny, matka w Żywym Różańcu, brat w seminarium (odszedł po dwóch latach, ale rodzina mówiła, że skończył, tylko nie przyjął święceń ze względów zdrowotnych). Helena wyszła za Zygmunta, bo był przystojny i miał dom — w latach siedemdziesiątych, na wsi, to wystarczało. Miłość nie wchodziła w rachubę, a jeśli kiedyś weszła, szybko utonęła w bimbrze i rozczarowaniu.

Helena kompensowała nieobecność męża nadobecnością Boga — a raczej swojej wersji Boga, surowej i karzący, który widział każdy grzech i żądał za niego zapłaty. Dom Batorskich był jedynym domem w Elgiszewie, w którym dzieci klęczały na grochu. Karol klęczał, kiedy dostał dwóję z przyrody. Lesław klęczał, kiedy zerwał jabłko z drzewa sąsiada. Obaj klęczeli, kiedy Helena uznała, że ich myśli są nieczyste — a uznawała to często, bo w jej teologii myśli były zawsze nieczyste, zwłaszcza myśli chłopców, zwłaszcza po zmroku.

— Na kolana — mówiła, stojąc nad nimi z różańcem w ręce. Nie biła różańcem — to przyszło później, kiedy kolana na grochu przestały wystarczać. Najpierw różaniec służył do modlitwy, której Helena wymagała od synów co wieczór — piętnaście tajemnic, pięćdziesiąt Zdrowaś Maryjo, głośno, wyraźnie, na klęczkach, na twardej podłodze. Kto się pomylił, zaczynał od początku.

Karol nie mylił się nigdy. Już jako siedmiolatek recytował różaniec bez zająknięcia, z oczami wbitymi w matkę, z twarzą bez wyrazu. Helena patrzyła na niego z mieszanką dumy i niepokoju — dumna, że syn jest tak pobożny, niespokojnie, bo w jego pobożności nie było ciepła. Było posłuszeństwo, precyzja, perfekcja. Ale nie było ciepła.

Lesław mylił się zawsze. Gubił słowa, plątał tajemnice, zaczynał płakać w połowie drugiej dziesiątki, bo kolana bolały, bo było późno, bo chciał spać. Helena traciła cierpliwość. Różaniec stawał się narzędziem kary — twarde koraliki na mokrych plecach dziecka. Nie mocno, nie brutalnie — ale konsekwentnie, metodycznie, z poczuciem wypełniania obowiązku.

— To dla twojego dobra, Lesiu — mówiła Helena. — Pan Bóg kocha tych, którzy cierpią.

Karol leżał wtedy w łóżku po drugiej stronie pokoju, z otwartymi oczami, i słuchał. Nie wstawał. Nie bronił brata. Jeszcze nie. To przyszło później, kiedy miał dwanaście lat i był już wystarczająco duży, żeby stanąć między matką a Lesławem i powiedzieć: „Mamo, zostaw go. Ja odmówię za niego”.

I odmawiał. Podwójną porcję różańca, na klęczkach, bez słowa skargi. Helena patrzyła na niego z czymś w oczach, co mogło być miłością, a mogło być strachem — bo jej starszy syn nie wyglądał na dziecko, które cierpi dla brata. Wyglądał na dziecko, które gromadzi cierpienie jak kapitał. Które inwestuje ból w coś, co przyniesie zysk w przyszłości.

Lesław z kolei patrzył na brata z czystą, bezwarunkową wdzięcznością — i ta wdzięczność stała się fundamentem ich relacji na następne czterdzieści lat. Karol był tym, który chroni. Lesław tym, który jest chroniony. Karol tym, który decyduje. Lesław tym, który wykonuje. Granice ustaliły się tak wcześnie i tak głęboko, że obaj traktowali je jak prawa natury — jak grawitację, jak zmianę pór roku, jak fakt, że woda płynie w dół.

Psychologowie mają na to termin: parentyfikacja — sytuacja, w której dziecko przejmuje rolę rodzica wobec innego dziecka lub wobec samego rodzica. Karol został rodzicem Lesława, zanim skończył trzynaście lat. A kiedy człowiek staje się rodzicem, zyskuje coś, czego nie daje żadna inna rola — prawo do kontroli, uzasadnione miłością.


Zygmunt Batorski utonął w Drwęcy dwudziestego trzeciego października tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku. Oficjalnie — wypadek podczas połowu. Łódka się przewróciła, Zygmunt był pijany, prąd rzeki silny o tej porze roku. Ciało znaleziono dwa dni później, trzy kilometry w dół rzeki, zaplątane w korzeniach wierzby. Nieoficjalnie — nikt nie sprawdzał, czy to wypadek. Na wsi ludzie tonęli, bo pili, pili, bo żyli, a żyli, bo nie mieli odwagi umrzeć na trzeźwo. Tak to wyglądało i nikt nie zadawał zbędnych pytań.

Karol miał wtedy szesnaście lat. Lesław dwanaście. Helena przyjęła wiadomość o śmierci męża bez łez — przeżegnała się, powiedziała: „Niech mu Pan Bóg wybaczy” i poszła do kuchni gotować zupę na stypę. Karol stał przy oknie i patrzył na rzekę. Lesław płakał w poduszeczkę, bo mimo wszystko — mimo bimbru, mimo milczenia, mimo pustego wzroku ojca wbitego w okno — Zygmunt nigdy go nie uderzył. Nigdy. To wyróżniało go na tle matki wystarczająco, by zasługiwać na łzy.

Karol nie płakał. Karol nigdy nie płakał. Nawet jako niemowlę, jak twierdziła Helena — „urodził się z otwartymi oczami i nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, dopóki nie chciał jeść”. To prawdopodobnie apokryf, ale w każdym apokryfie jest ziarno prawdy.

Po śmierci ojca dom nad Drwęcą stał się cichszy. Helena modliła się teraz więcej — wstawała o czwartej rano, klęczała przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej w kuchni i szeptała litanie do szóstej. Chłopcy słyszeli ją przez ścianę — monotonny szept, który wwiercał się w sen jak świder. Karol leżał z otwartymi oczami i słuchał. Lesław nakrywał głowę poduszką.

Rok później Karol oznajmił, że idzie do seminarium.

— Masz powołanie? — zapytała Helena z nadzieją, która rozświetliła jej twarz jak nic wcześniej.

— Mam — odpowiedział Karol.

Kłamał. Ale kłamstwo było tak doskonałe, tak gładkie, tak dobrze dopasowane do oczekiwań matki, że Helena nie miała szansy go wykryć. Nikt nie miał. Karol nauczył się kłamać wcześnie — nie z nikczemności, lecz z konieczności. W domu, w którym prawda oznaczała ból, kłamstwo było jedyną rozsądną strategią przetrwania.

Prawda była prostsza i smutniejsza: Karol szedł do seminarium, bo seminarium było jedynym miejscem, które gwarantowało mu dach nad głową, jedzenie, edukację i — przede wszystkim — pozycję. Na wsi ksiądz był kimś. Nie byle kim — kimś. Ludzie słuchali księdza, szanowali go, bali się go. Ksiądz miał władzę, która nie wymagała pieniędzy, urodzenia ani siły fizycznej. Wystarczyło mówić we właściwym tonie, w odpowiednim miejscu, w odpowiednim stroju. Karol potrafił to od zawsze.

Była jeszcze jedna rzecz, o której Karol nie mówił nikomu — nawet sobie, zwłaszcza sobie. W seminarium będzie daleko od Lesława. A oddalenie od Lesława oznaczało uwolnienie od obowiązku chronienia go. Obowiązku, który Karol przyjął jako dziecko i który nosił jak kamień na szyi — z miłością, ale i z rosnącą niechęcią. Bo Lesław był ciężarem. Był słaby, płaczliwy, niezdolny do samodzielnej decyzji. Był lustrem, w którym Karol widział wszystko, czym sam nie chciał być. I im dłużej Karol go chronił, tym silniej czuł wobec niego coś, co nie było ani miłością, ani nienawiścią — było posiadaniem. Lesław należał do niego. Nie jak brat, lecz jak rzecz. Jak narzędzie. Jak przedłużenie jego własnej woli.

To uczucie przerażało Karola — przynajmniej na początku, w seminarium, kiedy po raz pierwszy zetknął się z psychologią duszpasterską i zaczął rozumieć, że dynamika, w której wyrósł, nie jest normalna. Że matka, która bije różańcem, nie jest pobożna, lecz chora. Że ojciec, który pije w milczeniu, nie jest spokojny, lecz nieobecny. Że brat, który nie potrafi powiedzieć „nie”, nie jest posłuszny, lecz zniewolony. I że on sam — Karol — nie jest opiekunem, lecz tyranem w przebraniu opiekuna.

Zrozumiał to na trzecim roku seminarium, podczas rekolekcji ignacjańskich, kiedy ojciec prowadzący poprosił kleryków o medytację nad pytaniem: „Kim jestem, kiedy nikt nie patrzy?”. Karol zamknął oczy i zobaczył siebie — stojącego nad Lesławem, który klęczy. Nie na grochu. Po prostu klęczy. Bo Karol tego chce.

Obraz był tak wyraźny, tak ostry, że Karol otworzył oczy i wyszedł z kaplicy. Stał na korytarzu, opierając się o ścianę, i oddychał. Nie płakał — Karol nigdy nie płakał. Ale oddychał tak, jakby powietrze stało się nagle gęste i trudne do połknięcia.

To był moment, w którym mógł się zmienić. Moment, w którym wielu ludzi się zmienia — iluminacja, wgląd, chwila prawdy. Karol Batorski mógł pójść do spowiednika, opowiedzieć mu o swoim dzieciństwie, poprosić o pomoc, zacząć terapię, zmienić wzorce. Psychologowie twierdzą, że takie momenty zdarzają się w życiu każdego człowieka — okna możliwości, które otwierają się na chwilę i czekają, aż przez nie wejdziemy.

Karol nie wszedł.

Wrócił do kaplicy, ukląkł i dokończył medytację. A obraz brata klęczącego u jego stóp schował do tego samego miejsca, w którym trzymał wszystkie inne prawdy o sobie — do piwnicy świadomości, ciemnej, wilgotnej, zamkniętej na klucz.


Przez następne lata Karol budował swoją publiczną osobowość z precyzją architekta. Jako wikariusz w kolejnych parafiach — najpierw w Chełmży, potem w Wąbrzeźnie, wreszcie w Golubiu-Dobrzyniu — był wzorem duchownego. Odwiedzał chorych. Organizował letnie kolonie dla dzieci z ubogich rodzin. Prowadził katechezę, która była żywa, pełna pytań i dialogu, niepodobna do nudnych lekcji religii, które pamiętał z własnego dzieciństwa. Ludzie go lubili. Ludzie mu ufali. Ludzie mówili: „Ten to ma powołanie”.

A Karol — prawdziwy Karol, ten, którego nikt nie widział — żył w ciszy, w samotności, w coraz głębszym przekonaniu, że świat jest miejscem fundamentalnie złym, w którym cierpienie nie ma sensu, a jedynym rozsądnym aktem miłosierdzia jest jego zakończenie. Nie wiedział jeszcze, dokąd ta myśl go zaprowadzi. Myśl była abstrakcyjna, teologiczna, intelektualna. Jeszcze nie miała ciała. Jeszcze nie miała twarzy.

W tym czasie Lesław żył swoim życiem — a raczej próbował. Ożenił się w dziewięćdziesiątym czwartym z Dorotą, córką mechanika z Brodnicy. Dorota była cicha, pracowita, cierpliwa — idealny wybór dla mężczyzny, który nie potrafił sam podejmować decyzji. Ale Lesław nie potrafił też być mężem. Nie potrafił podejmować nawet tych drobnych, codziennych decyzji, które składają się na małżeństwo — co jeść na obiad, dokąd pojechać na wakacje, jak nazwać dziecko (dziecka nie było, bo Dorota po dwóch poronieniach przestała próbować). Lesław w każdej sprawie dzwonił do Karola. Karol decydował. Dorota patrzyła na to z rosnącym zdumieniem, potem irytacją, potem rezygnacją, a w końcu — po sześciu latach — odeszła. Bez awantury. Bez wyjaśnień. Spakowała walizkę i powiedziała: „Jesteś żonaty ze swoim bratem, Lesławie. Ja tu jestem trzecia i na to nie ma miejsca”.

Lesław nie gonił za nią. Zadzwonił do Karola.

Po rozwodzie Lesław otworzył warsztat samochodowy w Brodnicy — jedyna samodzielna decyzja, jaką podjął w życiu. Warsztat zbankrutował po dwóch latach. Lesław nie umiał prowadzić firmy — nie umiał negocjować z dostawcami, nie umiał odmawiać klientom, którzy nie płacili, nie umiał liczyć kosztów. Został z długami, które zjadły oszczędności. Zamieszkał w wynajmowanej kawalerce na obrzeżach Brodnicy, pracował dorywczo jako kierowca, mechanik, pracownik fizyczny. Pił — nie tak jak ojciec, nie codziennie, nie w milczeniu, ale coraz częściej i coraz więcej. Piwo po pracy. Wódka w weekend. Wino na pusty żołądek w poniedziałek rano.

A potem, wiosną dwa tysiące siódmego roku, zadzwonił Karol.

— Lesiu, chcę, żebyś do mnie przyjechał.

Trzy dni później Lesław stał na ganku plebanii w Steklinie z jedną torbą podróżną, w której mieściło się wszystko, co posiadał. Karol czekał w drzwiach — w sutannie, z uśmiechem, z ręką wyciągniętą nie do uścisku, lecz do gestu, który mógł oznaczać zaproszenie, a mógł oznaczać przejęcie kontroli. Lesław nie widział różnicy. Nigdy jej nie widział.

— Wyglądasz źle — powiedział Karol, oglądając brata od stóp do głów.

— Wiem.

— Tu ci będzie lepiej. Mam dla ciebie pracę. Pokój na górze, pierwszy od schodów. Władysława będzie ci gotować. Od jutra zaczynasz jako kościelny.

— Karol, ja…

— Nie musisz nic mówić, Lesiu. Jesteś w domu.

W domu. To słowo uderzyło Lesława z siłą, której się nie spodziewał. Nie miał domu od lat — nie miał go odkąd wyjechał z Elgiszewa, a właściwie nie miał go nigdy, bo dom nad Drwęcą nie był domem, lecz więzieniem z zapachem bimbru i stukotem koralików różańca. Ale Karol powiedział „dom” — i Lesław uwierzył. Tak jak wierzył zawsze, kiedy Karol cokolwiek mówił. Wchodząc na ganek plebanii, Lesław poczuł ulgę tak głęboką, tak fizyczną, że nogi się pod nim ugięły.

Nie wiedział, że właśnie wszedł do drugiego więzienia. Piękniejszego, cichszego, pachnącego bigosem Władysławy — ale więzienia.


Władysława przyjęła Lesława z rezerwą.

— To brat księdza — oznajmił jej Karol. — Będzie u nas mieszkał i pomagał w parafii.

— Brat — powtórzyła Władysława, patrząc na Lesława z miną taksatora. — Nie podobni.

Miała rację. Nie byli podobni. Karol — wysoki, prosty, z twarzą, która przyciągała wzrok. Lesław — przygarbiony, wychudzony, z oczami, które uciekały od kontaktu. Karol mówił jak człowiek, który jest przyzwyczajony do słuchania — jego głos wypełniał pokój, ale nie dlatego, że był głośny, lecz dlatego, że był pewny. Lesław mówił jak człowiek, który przeprasza za to, że mówi.

— Jestem Lesław — powiedział, wyciągając rękę.

Władysława uścisnęła ją mocno — miała dłonie twarde jak deska, dłonie kobiety, która od pięćdziesięciu lat prała ręcznie, szatkowała kapustę i ścierała podłogi. Spojrzała mu w oczy — szybko, wnikliwie — i zobaczyła to, co widzieli wszyscy: mężczyznę złamanego, bezradnego, desperacko potrzebującego kogoś, kto powie mu, co ma robić.

— Obiad o pierwszej — powiedziała. — Kolacja o szóstej. Pranie w poniedziałek i czwartek. Do piwnicy nie schodzić.

— Do piwnicy i tak nie wolno — wtrącił Karol z uśmiechem. — Tam jest remont.

Władysława nie pytała o szczegóły. Nie pytała nigdy. To była jej najcenniejsza cecha — cecha, którą Karol rozpoznał i pielęgnował jak ogrodnik pielęgnuje cenną roślinę. Władysława była z pokolenia, które nie pytało. Które robiło swoje, patrzyło w swoją stronę i ufało, że ksiądz wie lepiej. „Ksiądz wie lepiej” — to zdanie mogłoby być wyryte na jej nagrobku. Nie dlatego, że była głupia. Nie była głupia. Była wierna — wierna Kościołowi, wierna swojemu miejscu w hierarchii, wierna przekonaniu, że porządek świata opiera się na tym, iż każdy zna swoją rolę i nie wychodzi poza nią.

Lesław zamieszkał w pokoju na górze, pierwszym od schodów. Małym, z jednym oknem wychodzącym na ogród, z łóżkiem, szafą i krucyfiksem nad drzwiami. Z tego okna widział drogę do kościoła, kawałek pola, skraj lasu. Nie widział stawu — staw był jeszcze dalej, za lasem, za olszyną. Staw jeszcze nie istniał w życiu Lesława. Jeszcze był tylko zarośniętym zbiornikiem wodnym na dzierżawionej od gminy działce, o którym Karol wspomniał przy kolacji drugiego dnia.

— Gmina dzierżawi stawy rybackie — powiedział Karol, krojąc chleb. — Za grosze. Nikt nie chce, bo to robota. Ale ty znasz się na rybach, Lesiu. Ojciec cię nauczył.

— Ojciec łowił w rzece, nie hodował — mruknął Lesław.

— Węgorz to węgorz. Czy w rzece, czy w stawie. A ludzie tu za rybą przepadają. Karpie, liny, węgorze — smażone, wędzone. Mógłbyś otworzyć małą smażalnię. Ja pomogę z formalnościami, porozmawiam z wójtem. Będziesz miał zajęcie, Lesiu. Własne zajęcie. Własne pieniądze. Własne życie.

Własne życie. Drugie piękne kłamstwo tego tygodnia. Lesław uwierzył i w to.


Pierwszy rok w Steklinie był — Lesław przyznawałby to później niechętnie — najlepszym rokiem jego dorosłego życia. Przestał pić, bo Karol powiedział mu, żeby przestał, a Lesław robił to, co mówił Karol. Wydzierżawił staw, oczyścił go, zarybił karpiem i linem z hodowli pod Brodnicą, a węgorze — anguilla anguilla, gatunek, którego tajemnica rozmnażania nie została rozwiązana do dziś — kupił od rybaka z Zalewu Wiślanego, który łowił narybek wchodzący z morza do rzek. Zbudował pomost. Naprawił starą wiatę nad stawem. Nauczył się hodowli — czytał książki, jeździł na szkolenia, rozmawiał z innymi hodowcami. Okazało się, że jest w tym dobry — cierpliwy, systematyczny, uważny. Ryby nie wymagały od niego decyzji. Wymagały rutyny. A rutyna była tym, w czym Lesław Batorski był najlepszy na świecie.

Smażalnia ruszyła w maju następnego roku. Dwadzieścia porcji pierwszego dnia — węgorz smażony w panierce, według przepisu po matce. Przepis był prosty: mąka, sól, pieprz, kurkuma. Ale coś w tych rybich — w smaku wody, w której wyrosły, w spokoju stawu otoczonego olszyną — sprawiało, że smakowały inaczej. Lepiej. Głębiej. Ludzie wracali.

Karol patrzył na to z ganku plebanii — na brata, który po raz pierwszy w życiu robił coś samodzielnie i robił to dobrze. Uśmiechał się. Uśmiech był ciepły i prawdziwy. Bo Karol kochał Lesława — kochał go naprawdę, głęboko, na sposób, który był jednocześnie braterski i ojcowski, opiekuńczy i zaborczy. Kochał go tak, jak hodowca kocha zwierzę, które sam wyhodował — z dumą, czułością i absolutnym przekonaniem, że wie, co jest dla niego najlepsze.

To właśnie ta miłość — ta chora, głęboka, niezachwiana miłość — pozwoliła Karolowi zrobić to, co zrobił dwa lata później.

Bo kiedy kocha się kogoś tak, jak Karol kochał Lesława, robi się dla niego wszystko. A kiedy robi się wszystko, prędzej czy później zaczyna się robić rzeczy, których robić nie wolno.

Ale to historia na inny rozdział.


W Steklinie, gdzie czas płynął wolno jak woda w jesiennej Drwęcy, nikt nie zauważył, kiedy plebania zmieniła charakter. Z zewnątrz wyglądała tak samo — cegła, ganek, żywopłot. Władysława przychodziła trzy razy w tygodniu. Karol odprawiał msze, spowiadał, odwiedzał chorych. Lesław chodził do stawu i smażył ryby. Wszystko normalne. Wszystko na swoim miejscu.

Ale wewnątrz — w piwnicy z wybetonowaną podłogą i kratką ściekową, za drzwiami zamkniętymi na klucz, który nosił przy sobie tylko Karol — coś się zmieniło. Coś, czego Władysława nie widziała, bo nie chciała widzieć. Coś, o czym Teresa Klim nie plotkowała, bo nie miała o czym. Coś, czego wójt Szulc nie uwzględnił w swoich planach rozwoju gminy.

Coś, co czekało w ciszy — jak węgorz na dnie ciemnego stawu.

Cierpliwie. Głodno. Bez pośpiechu.

Karol Batorski miał czas. Miał piwnicę. Miał brata.

I wkrótce — wkrótce miał mieć pierwszego gościa.

Rozdział 3: Pierwszy

Istnieje pojęcie w kryminalistyce, które po angielsku brzmi „cooling-off period” — okres wychłodzenia. To czas między pierwszym a drugim zabójstwem, podczas którego sprawca przetwarza to, co zrobił. Wraca do normalności. Chodzi do pracy, je śniadania, rozmawia z sąsiadami, śpi, budzi się, żyje. A pod spodem — pod cienką warstwą codzienności — trawi doświadczenie, które zmieniło go bezpowrotnie. Niektórzy sprawcy przeżywają w tym czasie wyrzuty sumienia tak silne, że sami zgłaszają się na policję. Inni czują euforię, której intensywność zaskakuje ich samych. Większość czuje jedno i drugie jednocześnie — wstręt i podniecenie, przerażenie i spokój, obrzydzenie do siebie i dziwną, nienazwaną dumę.

U Karola Batorskiego okres wychłodzenia trwał dziewięć miesięcy. Dokładnie tyle, ile trwa ciąża. Jakby coś w nim musiało się urodzić, zanim mógł zabić po raz drugi.

Ale zanim doszło do drugiego razu, był pierwszy. I pierwszy — jak zawsze, jak we wszystkim — był inny niż pozostałe.


Październik, dwa lata po przyjeździe Lesława do Steklina. Rok dwa tysiące dziewiąty. Liście olch nad stawem żółkły i opadały na wodę, tworząc na powierzchni brązową mozaikę, przez którą ryby podpływały do karmy jak cienie za zasłoną. Sezon w smażalni skończył się we wrześniu. Lesław zajmował się teraz przygotowaniami do zimy — sprawdzał napowietrzacze w stawie, karmił ryby ostatnimi porcjami granulatu przed spowolnieniem metabolizmu, naprawiał pomost, który lato zostawiło w kiepskim stanie. Wieczory były długie i ciemne. Lesław spędzał je w swoim pokoju na piętrze plebanii, czytając stare numery „Wędkarza Polskiego” albo słuchając radia — Jedynki, bo inne stacje nie łapały w Steklinie.

Karol w październiku prowadził rekolekcje różańcowe. Codziennie, przez cały miesiąc, o osiemnastej, w kościele, który w te wieczory wypełniał się do połowy — co jak na Steklino było wynikiem imponującym. Karol mówił o miłosierdziu. O tym, że Chrystus przyszedł do grzeszników, nie do sprawiedliwych. O tym, że Kościół powinien być szpitalem polowym, nie muzeum świętych. Cytował papieża Franciszka, który powiedział kiedyś: „Wolę Kościół potłuczony, poraniony i brudny od wychodzenia na ulice niż Kościół chory z powodu zamknięcia”. Parafianie słuchali, kiwali głowami, czuli się dobrze. Ich proboszcz był mądry i ciepły. Ich proboszcz rozumiał świat.

Ich proboszcz wracał wieczorem na plebanię, zamykał drzwi na klucz, siadał w swoim gabinecie na piętrze i przez godzinę patrzył w ścianę.

Tego — tego patrzenia w ścianę — Lesław bał się najbardziej. Nie krzyków, nie złości, nie gróźb. Karol nigdy nie krzyczał, nie złościł się, nie groził. Karol po prostu siedział i patrzył w ścianę, a jego twarz stawała się pusta — tak pusta, że wyglądała jak twarz manekina albo nieboszczyka. Oczy otwarte, ale niewidzące. Usta zamknięte, ale nieruchome w sposób, który sugerował, że za nimi toczy się rozmowa, której nikt inny nie słyszy.

Lesław widział to kiedyś u matki — te same puste oczy, tę samą nieobecność — i za każdym razem, gdy przyłapywał brata w tym stanie, czuł ten sam chłód w żołądku, który czuł jako dziecko, kiedy Helena siadała przy stole z różańcem i zaczynała szeptać rzeczy, które nie były modlitwą.

Nie pytał Karola, o czym myśli. Nie chciał wiedzieć.


Dwudziestego trzeciego października — w rocznicę śmierci ojca, choć żaden z braci nie powiedział tego głośno — Karol wrócił z Torunia późnym popołudniem. Był tam na spotkaniu duszpasterzy w kurii, a przynajmniej tak powiedział Władysławie, prosząc ją, żeby tego dnia nie przychodziła sprzątać. „Wrócę późno, nie ma sensu, żeby pani czekała”. Władysława skinęła głową i została w domu — to było proste, logiczne, niebudzące podejrzeń.

Karol nie wrócił sam.

Lesław usłyszał samochód na podjeździe o siedemnastej czterdzieści. Stary opel Karola — jedyny samochód, jaki proboszcz kiedykolwiek posiadał — zatrzymał się przed gankiem. Lesław wyjrzał przez okno swojego pokoju na piętrze i zobaczył, jak z samochodu wysiada brat, a za nim — powoli, niezgrabnie, przytrzymując się drzwi — ktoś jeszcze. Mężczyzna. Niski, krępy, w brudnej kurtce wojskowej i za dużych butach. Na głowie czapka z daszkiem, na plecach plecak — stary, wojskowy, z którego zwisał plastikowy kubek na sznurku.

Lesław nie zdziwił się. Karol od lat zapraszał na plebanię ludzi z marginesu — to było częścią jego wizerunku miłosiernego duszpasterza, częścią rekolekcyjnych kazań o Kościele, który wychodzi na ulice. Zdarzało się, że bezdomny spał noc na plebanii, dostawał śniadanie i odchodził. Zdarzało się, że zostawał dwa lub trzy dni, pomagał w kościele, a potem jechał dalej. Karol nie zatrzymywał nikogo na siłę. Oferował pomoc — ciepło, jedzenie, rozmowę. Ludzie brali albo nie brali. To był porządek, który Lesław rozumiał i który nie budził w nim niepokoju.

Tego wieczoru coś było inaczej.

Lesław nie potrafił powiedzieć co. Może to był sposób, w jaki Karol prowadził mężczyznę do domu — nie obok niego, lecz za nim, z ręką na jego łopatce, jakby pilnował, żeby nie uciekł. Może to był fakt, że Karol nie zadzwonił wcześniej, nie uprzedził, nie powiedział: „przywiozę gościa”. Może to było coś w oczach brata, kiedy Lesław zszedł na dół do kuchni — coś skupionego, napiętego, jakby Karol prowadził eksperyment i czekał na wynik.

— Lesiu, to jest Andrzej — powiedział Karol. — Andrzej, to mój brat Lesław. Mieszka tu, na plebanii. Pomaga mi w parafii.

— Dzień dobry — powiedział mężczyzna.

Miał głos zachrypnięty, zniszczony papierosami albo wrzaskiem, albo jednym i drugim. Kiedy ściągnął czapkę, Lesław zobaczył twarz — obrzmiałą, czerwoną, z siatką pękniętych naczyń na nosie i policzkach. Oczy miał jasne, błękitne, ale mętne, jakby ktoś wrzucił piasek do czystej wody. Mógł mieć czterdzieści lat, mógł mieć sześćdziesiąt — z takimi twarzami nie sposób określić wieku. Alkohol i ulica zacierają lata jak gumka zaciera ołówek.

— Andrzej jest z Torunia — kontynuował Karol, pomagając mężczyźnie zdjąć kurtkę. — Spotkaliśmy się pod kościołem Świętego Jakuba. Nie ma gdzie spać. Zaproponowałem, że może przenocować u nas kilka dni, dopóki nie znajdzie się coś stałego.

— Kilka dni — powtórzył Lesław.

— Ja nie chcę kłopotać — wtrącił Andrzej szybko, obronnym tonem człowieka, który przywykł do tego, że jest kłopotem. — Mogę spać w kościele, na ławce, gdziekolwiek. Byle dach nad głową. Na dworze przymrozki lecą.

— Nie będziesz spał na ławce — powiedział Karol z uśmiechem, który był ciepły i przekonujący i który Lesław widział setki razy na ambonie. — Jest pokój gościnny na parterze. Czyste pościel, ciepło. Lesiu, rozpal w kuchni, zrobimy kolację.

Lesław rozpalił. W kuchni, pod piecem, drewno trzaskało i strzelało iskrami. Karol nakrył do stołu — trzy talerze, trzy szklanki, chleb, masło, wędlina, ogórki kiszone z piwnicy, ser. I butelkę wina — czerwonego, domowego, które Karol dostawał od parafianina z Górzna, który miał winnicę.

— Pijesz, Andrzej? — zapytał Karol, nalewając.

— A jest co? — Andrzej uśmiechnął się po raz pierwszy. Uśmiech był smutny i pełen wstydu jednocześnie.

— Domowe wino. Łagodne. Jeden kieliszek nie zaszkodzi.

Lesław patrzył na tę scenę z kąta kuchni, opierając się o blat. Nie siadł do stołu. Karol nie poprosił go, żeby usiadł. To było dziwne — zwykle Karol nalegał, żeby jedli razem, żeby Lesław nie „chował się po kątach jak mysz”, jak to ujmował. Ale tego wieczoru Karol wydawał się zapominać o bracie. Cała jego uwaga — cały ten potężny, hipnotyczny urok, którego używał na ambonie, w konfesjonale, w rozmowach z parafianami — był skierowany na Andrzeja.

I Andrzej reagował tak, jak reagowali wszyscy, na których Karol kierował swoją uwagę. Rozkwitał. Mówił. Otwierał się.


Kolacja trwała dwie godziny. Andrzej jadł zachłannie, z głodem, który sugerował, że ostatni porządny posiłek jadł dawno temu. Pił wino małymi łykami, delektując się, jakby pił je po raz pierwszy w życiu — albo jakby wiedział, że po raz ostatni. Między kęsami i łykami opowiadał swoje życie. Karol słuchał — i to właśnie robił lepiej niż cokolwiek innego. Karol Batorski był najlepszym słuchaczem, jakiego Lesław kiedykolwiek spotkał. Nie przerywał, nie osądzał, nie dawał rad. Patrzył rozmówcy w oczy, kiwał głową w odpowiednich momentach, zadawał pytania, które otwierały kolejne drzwi — delikatnie, bez nacisku, jak złodziej, który zna się na zamkach.

— Skąd jesteś, Andrzej? Oryginalnie.

— Z Solca Kujawskiego. Wie ksiądz, gdzie to jest? Nad Wisłą, koło Bydgoszczy.

— Wiem. Ładne miasteczko. Rodzina tam?

— Była rodzina. Żona i syn. Bartek. Bartek ma teraz… — Andrzej zmarszczył czoło, licząc. — Dziewiętnaście lat. Albo dwadzieścia. Nie wiem. Dawno go nie widziałem.

— Dawno to ile?

— Siedem lat. Albo osiem. Jolka mnie wyrzuciła w dwa tysiące pierwszym. Nie, w drugim. Tak, w drugim, bo pamiętam, że był mundial i ja się upiłem na meczu z Koreą i ona powiedziała, że to koniec. No i był koniec. Spakowała mi torbę i postawiła za drzwiami.

— I co zrobiłeś?

— Co miałem zrobić? Pojechałem do brata, do Torunia. Brat mnie trzymał rok, potem jego żona powiedziała, że ona nie będzie żywić alkoholika. No to wyszedłem. I od tamtej pory… — Andrzej wzruszył ramionami. Gest był lekki, ale za nim stało siedem lat spanych pod mostami, w noclegowniach, na dworcach, na ławkach w parkach, w bramach kamienic, w porzuconych samochodach, w miejscach, o których ludzie z domami wolą nie myśleć.

— Próbowałeś się leczyć? — zapytał Karol.

— Trzy razy. Pierwszy raz w Toruniu, w ośrodku na Szosie Bydgoskiej. Wytrzymałem dwa tygodnie. Drugi raz w Bydgoszczy, u ojców kamilianów. Trzy tygodnie. Trzeci raz w takim prywatnym ośrodku pod Grudziądzem, ale tam kazali płacić, a ja nie miałem z czego. Więc wyszedłem. Po każdym razie obiecywałem sobie, że to ostatni raz. I za każdym razem kłamałem. Nie specjalnie. Naprawdę chciałem przestać. Ale nie umiałem. Nie umiem.

Andrzej zamknął oczy na chwilę. Kiedy je otworzył, były mokre, ale łzy nie spadły. Łzy bezdomnych rzadko spadają — oduczyli się płakać gdzieś między drugim a trzecim rokiem na ulicy, kiedy płacz przestał pomagać, bo nie było nikogo, kto by go usłyszał.

— Andrzej — powiedział Karol cicho, pochylając się nad stołem. — Posłuchaj mnie. To, co ci się przydarzyło, nie jest karą. To nie jest kara Boża za grzechy. Wiem, że ludzie tak mówią — że bezdomność to konsekwencja wyborów, że alkoholizm to brak silnej woli, że każdy jest kowalem własnego losu. To nieprawda. To kłamstwo, które ludzie powtarzają, żeby nie musieć czuć współczucia. Bo współczucie jest trudne. Współczucie wymaga, żebyś spojrzał na drugiego człowieka i zobaczył w nim siebie.

Andrzej patrzył na Karola z wyrazem twarzy, który Lesław widział wcześniej — u parafian po spowiedzi, u dzieci po katechezie, u staruszek po namaszczeniu chorych. Wyraz absolutnego zaufania. Absolutnego poddania się. Ktoś wreszcie mówi mi to, co chcę usłyszeć. Ktoś wreszcie widzi mnie, nie moją kurtkę, nie mój zapach, nie moje zniszczone buty. Mnie.

Karol nalał Andrzejowi jeszcze wina. Trzeci kieliszek. Czwarty.

Lesław stał w kącie kuchni i patrzył na ręce brata — na to, jak nalewają, jak podają kieliszek, jak gestykulują podczas rozmowy. Ręce Karola były piękne — długie palce, zadbane paznokcie, skóra gładka. Ręce, które unosiły hostię podczas mszy. Ręce, które robiły znak krzyża na czołach dzieci podczas chrztu. Ręce, które teraz nalewały wino człowiekowi, o którym nikt na świecie nie wiedział, że tu jest.

O dwudziestej Karol zaprowadził Andrzeja do pokoju gościnnego na parterze — małego pokoju z tapczanem, szafką nocną i obrazem Serca Jezusowego na ścianie. Andrzej padł na tapczan jak podcięte drzewo. Był pijany — nie agresywnie, nie głośno, lecz miękko, ciepło, w ten bezbronny sposób, w jaki pijani bywają ludzie, którzy piją ze smutku, nie ze złości.

— Dziękuję, proszę księdza — wymamrotał. — Pan Bóg księdza posłał. Naprawdę.

— Śpij, Andrzej. Jutro porozmawiamy.

Karol zamknął drzwi. Wrócił do kuchni. Lesław stał tam, gdzie stał od dwóch godzin, z rękami zaciśniętymi na krawędzi blatu.

— Kto to jest? — zapytał Lesław.

— Powiedziałem ci. Andrzej. Bezdomny z Torunia.

— Dlaczego go przywiozłeś?

— Bo potrzebuje pomocy.

— Przywoziłeś tu ludzi wcześniej. Nigdy tak… — Lesław szukał słowa. Nie znajdował go. — Nigdy tak nie patrzyłeś.

— Jak patrzyłem?

— Nie wiem. Inaczej.

Karol usiadł przy stole. Nalał sobie wina — pierwszy kieliszek tego wieczoru. Pił wolno, patrząc na brata. Twarz miał spokojną, ale w oczach — w tych ciemnych, inteligentnych oczach, które parafianie uważali za okna do pobożnej duszy — było coś, czego Lesław nie widział wcześniej. Ciekawość? Nie. Coś ostrzejszego. Coś bardziej skupionego.

— Lesiu, usiądź.

Lesław usiadł. Nie dlatego, że chciał, lecz dlatego, że Karol powiedział „usiądź” — i ciało Lesława wykonało polecenie, zanim umysł zdążył je przetworzyć. Tak działał mechanizm wybudowany przez dzieciństwo — Karol mówi, Lesław robi. Karol decyduje, Lesław wykonuje. Od ponad czterdziestu lat.

— Ile osób zaginęło w Polsce w zeszłym roku? — zapytał Karol tonem wykładowcy, który rozpoczyna seminarium.

— Nie wiem.

— Dwadzieścia tysięcy. Dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy pewnego dnia wyszli z domu i nie wrócili. Albo nie wyszli, bo nie mieli domu. Wiesz, ilu z nich to bezdomni?

— Nie wiem, Karol.

— Nikt nie wie. Bo nikt ich nie liczy. Nikt nie zgłasza ich zaginięcia, bo nie ma kto zgłosić. Nie mają rodzin — a jeśli mają, to rodziny dawno się od nich odwróciły. Nie mają adresów, nie mają dokumentów, nie mają numerów telefonów. Są niewidoczni. Rozumiesz, Lesiu? Niewidoczni. Przechodzisz obok nich na ulicy i ich nie widzisz. Twój mózg wymazuje ich z pola widzenia, tak jak wymazuje plamy na chodniku i rysy na ścianach. Są częścią krajobrazu. Nie ludźmi — krajobrazem.

— Dlaczego mi to mówisz?

Karol nie odpowiedział od razu. Dopił wino. Postawił kieliszek na stole — delikatnie, precyzyjnie, dokładnie w środku serwetki. Ten gest — ta kontrola, ta precyzja w rzeczach drobnych — był bardziej przerażający niż cokolwiek, co Karol mógłby powiedzieć.

— Czy ty wiesz, ile oni cierpią? — zapytał Karol. Głos miał cichy, niemal czuły. — Andrzej. Ci wszyscy Andrzeje. Śpią na betonie w temperaturze minus dwadzieścia. Jedzą z kubłów na śmieci. Piją denaturat, bo denaturat jest tańszy od chleba. Umierają pod mostami na zapalenie płuc, na marskość wątroby, na sepse od ran, których nikt nie opatrzył. Umierają powoli, brudno, w bólu, bez godności. I nikt — rozumiesz, Lesiu? — nikt nie uważa tego za tragedię. Kiedy umiera bezdomny, ludzie mówią: „sam sobie winien”. Kiedy znika bezdomny, nikt nie pyta, dokąd poszedł. Bo bezdomni nie idą dokąd. Bezdomni po prostu znikają.

Lesław patrzył na brata. Ręce mu drżały — drżały mu zawsze, ale teraz drżały mocniej, jakby dłonie chciały uciec od reszty ciała.

— Karol, co ty mówisz?

— Mówię o miłosierdziu. O prawdziwym miłosierdziu, nie o tym z katechizmu. W katechizmie miłosierdzie to modlitwa, jałmużna, odwiedzanie chorych. Piękne słowa. Ale co zrobisz z człowiekiem, któremu nie pomogą ani modlitwa, ani jałmużna, ani odwiedziny? Co zrobisz z człowiekiem, który cierpi tak głęboko, tak chronicznie, tak beznadziejnie, że jedynym aktem miłosierdzia jest…

Karol nie dokończył zdania. Nie musiał.

Cisza w kuchni była gęsta jak muł na dnie stawu.

— Nie — powiedział Lesław. Głos miał tak cichy, że Karol mógłby go nie usłyszeć, gdyby nie fakt, że kuchnia była mała i ściany stały blisko. — Nie, Karol.

— Nie? Nie co?

— Nie to, o czym myślisz. Nie.

— A o czym ja myślę, Lesiu?

Lesław wstał. Krzesło zaszurało o podłogę — ostry, brzydki dźwięk, który rozciął ciszę jak nóż. Lesław cofnął się o krok, jakby brat był ogniem.

— Idę spać — powiedział Lesław.

— Dobrze. Idź. Jutro porozmawiamy.

Lesław poszedł na górę, do swojego pokoju, do wąskiego łóżka pod krucyfiksem. Nie zasnął. Leżał z otwartymi oczami i słuchał domu — trzasków, skrzypień, odgłosu wiatru, który szarpał żywopłotem. I przerw między tymi dźwiękami — przerw, które mogły być ciszą, a mogły być czymś innym. Krokami po schodach. Otwieraniem drzwi. Oddechem kogoś, kto stoi przed pokojem gościnnym z poduszką w ręce.

Wyobrażał sobie to. Musiał to sobie wyobrażać, bo to nie mogło dziać się naprawdę. Jego brat — jego Karol, który chronił go przed matką, który odmówił za niego podwójną porcję różańca, który dał mu dom i pracę, i sens — jego brat nie mógł mówić tego, co mówił. To była prowokacja intelektualna, ćwiczenie teologiczne, jedna z tych abstrakcyjnych dyskusji, które Karol lubił prowadzić. O granicach miłosierdzia, o eutanazji, o sensie cierpienia. Teoria. Nie praktyka.

Lesław powtarzał to sobie przez następną godzinę. Teoria. Nie praktyka. Teoria. Nie praktyka.

A potem usłyszał to, czego nie chciał usłyszeć.


Dźwięk był cichy. Tak cichy, że przez pierwszą sekundę Lesław nie był pewien, czy go słyszy. Stłumiony odgłos, miękki, jakby ktoś wcisnął twarz w poduszkę. Albo jakby ktoś wcisnął komuś poduszkę w twarz.

Cisza.

Potem — kroki. Powolne, odmierzone, kontrolowane. Kroki człowieka, który nie chce robić hałasu, ale nie dlatego, że się boi — dlatego, że jest dokładny. Na schodach — trzecie i siódme stopnie skrzypiały, Lesław wiedział to, bo sam uczył się ich unikać, wracając późno z kuchni po szklankę wody. Kroki ominęły trzeci i siódmy stopień. Ktoś, kto znał ten dom tak dobrze jak Lesław, szedł po schodach w ciemności.

Drzwi pokoju Lesława otworzyły się.

W ciemności stał Karol. Lesław nie widział jego twarzy — było za ciemno, za późno, zbyt głęboka noc — ale widział kontur sylwetki w drzwiach. Wysoki. Prosty. Nieruchomy.

— Lesiu — powiedział Karol szeptem. — Musisz zejść na dół.

— Nie.

— Musisz.

— Co zrobiłeś?

Pauza. Jedna sekunda. Dwie. Trzy. Lesław liczył sekundy, bo liczenie było jedynym, co potrafił robić — dłonie zaciskały się na prześcieradle, nogi sztywniały, oddech zamierał w gardle. Czuł zapach — słaby, chemiczny, jakby ktoś otworzył nową paczkę pościeli albo zdjął folię z materaca. Zapach nowego plastiku. Zapach, który nie pasował do starej plebanii.

— Nie planowałem tego — powiedział Karol. Głos miał spokojny, cichy, taki sam jak zawsze. Ani odrobinę szybszy. Ani odrobinę wyższy. Jakby mówił o tym, że skończyło się masło albo że trzeba wymienić żarówkę w korytarzu. — Ale się stało. I teraz potrzebuję twojej pomocy.

— Karol…

— Nie histeryzuj. Wstań, ubierz się i chodź na dół.

Lesław nie wstał. Leżał na łóżku, z prześcieradłem zaciśniętym w dłoniach, z oczami wbitymi w kontur brata w drzwiach, i nie ruszał się. Nie dlatego, że podjął decyzję. Dlatego, że ciało odmówiło mu posłuszeństwa — mięśnie zwiotczały, jakby ktoś przeciął kable między mózgiem a kończynami. Paraliż. Nie medyczny — psychiczny. Ten sam paraliż, który czuł jako dziecko, kiedy matka sięgała po różaniec.

— Lesiu — powtórzył Karol. I tym razem użył zdrobnienia inaczej — nie miękko, nie czule, lecz z naciskiem, który był jak dłoń ściskająca kark. — Wstań.

Lesław wstał.

Schodzili po schodach razem — Karol pierwszy, Lesław za nim, trzy kroki z tyłu, jak zawsze, od zawsze. Korytarz na parterze był ciemny. Drzwi do pokoju gościnnego otwarte. Karol wszedł, zapalił lampkę na szafce nocnej.

Andrzej leżał na tapczanie. Na plecach, z rękami wzdłuż ciała, z głową na poduszce. Wyglądał jak śpiący — spokojny, odprężony, z twarzą wygładzoną z napięcia, które nosił za dnia. Tylko jedna rzecz nie pasowała: nie oddychał. Klatka piersiowa nie unosiła się. Usta były lekko otwarte, ale nie wychodziło z nich powietrze. Oczy zamknięte. Skóra szybko bladła — traciła ten czerwony, alkoholowy kolor i nabierała odcienia wosku.

Lesław oparł się o framugę drzwi. Nogi nie trzymały go. Żołądek podszedł do gardła, ale nie zwymiotował — nie miał czym, nie jadł kolacji, stał w kącie kuchni przez dwie godziny i nie jadł, jakby ciało wiedziało wcześniej niż umysł, że kolacja jest ostatnim posiłkiem Andrzeja i że jedzenie razem z nim byłoby uczestnictwem w czymś, w czym Lesław nie chciał uczestniczyć.

A teraz uczestniczył. Stał w drzwiach i patrzył na martwego człowieka i uczestniczył.

— Jak? — wyszeptał.

— Poduszka — powiedział Karol. Stał po drugiej stronie tapczana, z rękami splecionymi z przodu, w pozie, którą przybierał podczas kazań. — Zasnął głęboko. Wino pomogło. Nie cierpiał. Nie obudził się.

— Skąd wiesz, że nie cierpiał?

— Nie walczył. Nie krzyczał. Zasnął i nie obudził się. Spokojnie. Jak dziecko.

Lesław poczuł, że coś w nim pęka — nie dramatycznie, nie z hukiem, lecz cicho, jak pęka lód na stawie w pierwszych dniach wiosny. Cienka warstwa, która trzymała wszystko w miejscu, puściła i zimna woda wdarła się do środka. Ta zimna woda to była wiedza — wiedza, że jego brat, jego opiekun, jego jedyny punkt odniesienia w życiu, właśnie zabił człowieka. I że stoi nad ciałem ze spokojem, który jest bardziej przerażający niż jakikolwiek krzyk.

— Dlaczego? — zapytał Lesław. Pytanie było beznadziejne — jak pytanie dziecka, które pyta, dlaczego pada deszcz — ale Lesław nie miał innego.

Karol podszedł do okna. Odsunął firankę i patrzył w ciemność. Przez chwilę milczał — i w tej ciszy Lesław usłyszał, jak brat oddycha. Równo, spokojnie, dziesięć oddechów na minutę. Tętno spoczynkowe. Zero adrenaliny. Albo adrenalina pod absolutną kontrolą.

— Pamiętasz, jak ojciec łowił węgorze? — zapytał Karol, nie odwracając się od okna.

— Co?

— Pamiętasz. Łowił je na żywą przynętę. Małą rybkę na haku. Rybka wisiała w wodzie i czekała, aż węgorz ją znajdzie. I węgorz zawsze znajdował. Bo węgorz czuje krew w wodzie z odległości pięciuset metrów. Czuje rozkład. Czuje śmierć. Żywi się tym, co martwe. Taka jest jego natura. Nie jest zły — jest stworzony do tego, żeby jeść to, co inne stworzenia odrzucają. Bez węgorzy rzeki i jeziora zarosłyby padliną. Węgorz jest sprzątaczem. Higienistą natury.

— Karol, na litość boską…

— Andrzej umierał. Nie dzisiaj — umierał od lat. Wątroba zniszczona, płuca zniszczone, nerki zniszczone. Gdyby nie umarł tu, umarłby za miesiąc pod mostem, za pół roku w rowie, za rok w kostnicy miejskiej, gdzie leżałby jako NN, bo nikt nie zgłosiłby jego zaginięcia. Nikt go nie szukał, Lesiu. Nikt go nie chciał. Nawet on sam siebie nie chciał. Widziałeś jego oczy — widziałeś, jak patrzył, jak mówił o synu, o żonie. On wiedział, że to koniec. Wiedział i nie miał siły się temu przeciwstawić.

— To nie daje ci prawa…

— Prawa? — Karol odwrócił się od okna. W świetle lampki nocnej jego twarz wyglądała jak twarz z obrazu Caravaggia — głęboko rzeźbiona, z ostrymi cieniami, z oczami, które lśniły czymś, co mogło być łzami, a mogło być gorączką. — Nie mówię o prawie. Mówię o obowiązku. O miłosierdziu, które nie kończy się na ciepłej zupie i czystym prześcieradle. O miłosierdziu, które ma odwagę zrobić to, czego nikt inny nie chce zrobić.

Lesław zamknął oczy. Czuł, że zaraz zemdleje — krew odpływała mu z głowy, ściany kołysały się, podłoga pod nogami stawała się miękka jak muł. Złapał się framugi obiema rękami.

— Muszę zadzwonić na policję — powiedział, ale słowa brzmiały jak słowa wypowiadane pod wodą — bełkotliwe, bezsilne, pozbawione przekonania.

— Zadzwoń — powiedział Karol. I to jedno słowo — spokojne, niemal zachęcające — było najstraszniejsze ze wszystkiego, co Lesław usłyszał tego wieczoru. Bo oznaczało, że Karol się nie boi. Że Karol to przemyślał. Że Karol ma plan na wypadek, gdyby Lesław zadzwonił. — Zadzwoń i powiedz im, że na plebanii leży ciało bezdomnego. Przyjadą, zobaczą, zaczną pytać. A ja powiem im, że to ty go zabiłeś. Że pijesz, Lesiu. Że masz problemy. Że próbowałem ci pomóc, ale nie zdążyłem. I komu uwierzą? Proboszczowi czy pijącemu bankrutowi?

Cisza.

Lesław otworzył oczy i spojrzał na brata — i przez ułamek sekundy zobaczył go jasno, wyraźnie, bez filtrów miłości i wdzięczności, bez osłony czterdziestu lat lojalności. Zobaczył człowieka, który stoi nad ciałem ze spokojnym wyrazem twarzy i mówi o miłosierdziu. I zrozumiał — w jednym przebłysku, w jednej sekundzie jasności, która nigdy więcej nie wróci z taką ostrością — że Karol nie zabił Andrzeja z miłosierdzia. Że ta teologia cierpienia, ta filozofia łaski przez śmierć, to wszystko było ornamentem. Dekoracją. Fasadą, za którą stała prawda prostsza i straszniejsza: Karol zabił, bo chciał zabić. Bo coś w nim — to coś, co siedziało w piwnicy jego umysłu od dzieciństwa, karmione bólem i kontrolą i ciszą — dorosło. Dojrzało. Wyszło na powierzchnię.

Przebłysk trwał sekundę. Może dwie. A potem zgasł — zduszony przez czterdzieści lat nawyku, przez strach, przez fundamentalną niezdolność Lesława do przeciwstawienia się bratu. Przebłysk zgasł i zostało to, co zostawało zawsze: posłuszeństwo.

— Co mam zrobić? — zapytał Lesław.

I w tej chwili — w tej jednej, ciężkiej, nieodwracalnej chwili — wszystko się skończyło. Albo zaczęło.


Przenieśli ciało przed świtem. Karol zawinął Andrzeja w folię budowlaną — miał ją w piwnicy, kupioną wcześniej, ułożoną w skrzyni, gotową. Lesław zauważył to i nie skomentował. Ręce mu drżały tak mocno, że upuścił ciało dwukrotnie — raz na schodach piwnicy, raz na ścieżce w lesie. Za każdym razem Karol czekał cierpliwie, aż brat podniesie swoją stronę. Nie pomagał — trzymał swoją stronę i czekał. Jakby to był test. Jakby sprawdzał, ile Lesław jest w stanie unieść.

Taczka stała przy wiacie nad stawem — stara, ogrodowa, z rdzawą misą i jednym kołem, które skrzypiało. Karol położył ciało w taczce, przykrył brezentem. Lesław pchnął taczkę na pomost. Trzy deski, dwa pale. Pomost uginał się pod ciężarem.

— Tutaj? — zapytał Lesław. Głos miał martwy.

— Tak. Na środek, gdzie najgłębiej.

Lesław zsunął ciało z taczki do wody. Plusk był ciężki, głuchy — dźwięk, którego nie zapomni do końca życia, choć usłyszy go jeszcze czterdzieści razy. Folia zatonęła od razu — Karol włożył do środka kamienie ze ścieżki. Ciemna woda zamknęła się nad ciałem jak powieka nad okiem.

Stali na pomoście w ciszy. Niebo na wschodzie szarzało — za godzinę będzie świt, za dwie Władysława przyjdzie na plebanię, za trzy Lesław otworzy smażalnię i będzie smażył ryby z uśmiechem na twarzy, pustym, uprzejmym uśmiechem, który od tej nocy nigdy już nie będzie taki sam.

Karol patrzył na wodę. Recytował coś cicho, ledwie słyszalnie — Lesław rozpoznał rytm, jeśli nie słowa. Pismo Święte. Kohelet. „Jest czas rodzenia i czas umierania. Czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzone.”

A potem — po minucie, może dwóch — woda poruszyła się. Nie od wiatru. Od czegoś pod powierzchnią. Ciemne kształty przesuwały się tuż pod lustrem wody — długie, wężowe, splątane ze sobą jak sznury. Węgorze. Dziesiątki węgorzy, zwabionych zapachem, którego ludzki nos nie wyczuwa, ale który rozprzestrzenia się w wodzie jak sygnał alarmowy — zapach krwi, rozkładu, białka. Zapach jedzenia.

— Patrz — powiedział Karol.

Lesław nie chciał patrzeć. Ale patrzył. Bo Karol powiedział „patrz”.

Woda kipiała — cicho, gęsto, bez fal, jakby gotowała się od spodu. Węgorze robiły to, do czego zostały stworzone — jadły to, co martwe. Sprzątały. Przetwarzały śmierć w życie. Zamieniały ciało w ciało, kości w kości, krew w krew. Materia nie ginie — zmienia formę. Andrzej z Solca Kujawskiego, były mąż, ojciec, alkoholik, bezdomny, człowiek, którego nikt nie szukał — stawał się częścią stawu. Częścią ryb. Częścią wody.

— Widziałeś, jak urosły? — powiedział Karol tydzień później, stojąc na pomoście z wiadrem karmy.

Lesław widział. Węgorze w stawie przybrały na wadze w ciągu tygodnia więcej niż przez poprzednie trzy miesiące. Były grube, lśniące, pełne energii. Pływały leniwymi kręgami pod powierzchnią — spokojne, nażarte, zadowolone.

Dobrze karmione.

Lesław wymiotował za wiatą, cicho, żeby brat nie słyszał. Potem wrócił na pomost, wziął wiadro i zaczął karmić ryby granulatem. Oficjalną karmą. Tą, którą mógłby pokazać każdemu inspektorowi.

Sezon na węgorza miał się zacząć za pół roku. Lesław wiedział już, że ryby będą wyjątkowe. Tłuste. Aromatyczne. Z nutą czegoś, czego nikt nie potrafi nazwać.

Woda w stawie miała szczególny skład mineralny, powie turystom. Dużo wapnia. Dużo fosforu.

Dobre warunki. Spokój.

Węgorze lubią spokój.

Rozdział 4: Gospodyni

Istnieje zjawisko psychologiczne, które naukowcy nazywają ślepotą nieuwagi. W słynnym eksperymencie przeprowadzonym w 1999 roku na Uniwersytecie Harvarda, Daniel Simons i Christopher Chabris pokazali grupie studentów nagranie wideo, na którym dwie drużyny — jedna w białych, druga w czarnych koszulkach — podawały sobie piłki do koszykówki. Studenci mieli policzyć podania drużyny w bieli. W połowie nagrania na boisko wchodziła osoba przebrana za goryla, stawała na środku, biła się w pierś i odchodziła. Ponad połowa studentów nie zauważyła goryla. Patrzyli na niego — ich oczy rejestrowały obraz — ale mózg, zajęty liczeniem podań, odrzucał informację jako nieistotną.

Ludzie nie widzą tego, czego nie spodziewają się zobaczyć. Nie dlatego, że są głupi. Dlatego, że ludzki mózg jest maszyną do upraszczania rzeczywistości — wybiera z milionów bodźców te, które pasują do istniejącego modelu świata, a resztę wymazuje. Goryl nie pasuje do meczu koszykówki. Morderstwo nie pasuje do plebanii.

Władysława Hoppe nie widziała goryla przez trzynaście lat.


Ale to nie była historia o Władysławie — a przynajmniej nie zaczynała się od niej. Zaczynała się od Agnieszki, która przyjechała do Steklina drugiego czerwca, dzień po otwarciu smażalni, pociągiem do Brodnicy, a potem autobusem PKS, który kursował dwa razy dziennie i który tego popołudnia wiózł oprócz niej jedną staruszkę z torbą pełną nowalijek i chłopaka w słuchawkach, który wysiadł przystanek wcześniej.

Agnieszka Hoppe miała trzydzieści lat, ciemne włosy ścięte krótko — za krótko jak na gust babci — i twarz, która na pierwszy rzut oka wydawała się zwyczajna, a na drugi ujawniała coś, co ludzie nazywają różnie: bystrość, czujność, upartość. Oczy miała po matce — ciemne, szybkie, rejestrujące więcej niż powinny. Nos po ojcu, którego nie znała — wysoki, wąski, odrobinę za duży do reszty twarzy. Ubierała się tak, jak ubierają się dziennikarki małych portali informacyjnych — funkcjonalnie, oszczędnie, w ubrania, które nie brudzą się po jednym dniu i nie wymagają prasowania. Dżinsy, koszulka, tenisówki, plecak z laptopem i dyktafonem.

Pracowała w „Kurierze Pomorskim” — portalu internetowym z Torunia, który miał dwóch redaktorów, jednego grafika, czterech freelancerów i budżet pozwalający na pokrycie kosztów podróży służbowych pod warunkiem, że podróż nie przekraczała stu kilometrów i nie wymagała noclegu w hotelu. Nocleg u babci w Steklinie rozwiązywał problem budżetu. A temat — umierające parafie wiejskie, wyludniające się wsie, ostatni proboszczowie małych kościołów — był wystarczająco dobry, żeby redaktor naczelny Piotr Wasilewski powiedział: „Jedź. Daj mi trzy tysiące znaków na początek, zobaczymy, co z tego wyjdzie”.

Agnieszka wysiadła z autobusu na przystanku w Steklinie — betonowa wiata bez ścianki, ławka z wyrwanym oparciem, rozkład jazdy sprzed dwóch lat przylepiony do słupa taśmą klejącą. Słońce prażyło. Powietrze pachniało rzepakiem, pyłem i czymś słodkim — bzem, pomyślała. Albo lipą. Na wsi wszystko pachniało inaczej niż w mieście — intensywniej, dosłowniej, bez filtra betonu i spalin.

Trzysta metrów od przystanku do domu babci. Znała tę drogę od dzieciństwa — przyjeżdżała tu co lato do czternastego roku życia, potem rzadziej, potem prawie wcale. Studia w Gdańsku, praca w Bydgoszczy, potem w Toruniu, życie, które toczyło się coraz dalej od Steklina, od babci, od tej wąskiej polnej drogi między polem rzepaku a skrajem lasu. Ostatni raz była tu dwa lata temu, na Wielkanoc, i wtedy już widziała to, co widzi teraz — że babcia się starzeje. Że dom się starzeje. Że Steklino się starzeje. Wszystko tu wyglądało, jakby ktoś nacisnął pauzę w dwutysięcznym roku i zapomniał nacisnąć play.

Dom Władysławy Hoppe stał za sklepem Mańkowej — małym sklepem spożywczym, który był jednocześnie pocztą, punktem odbioru przesyłek i jedynym miejscem w Steklinie, gdzie można było kupić gazetę (pod warunkiem, że człowiek zadowalał się wczorajszym „Dziennikiem Toruńskim” i dwutygodnikiem „Rolnik Pojezierza”). Dom był parterowy, murowany, z ogródkiem, w którym rosły porzeczki, agrest i krzewy róży, które Władysława pielęgnowała z taką samą sumiennością, z jaką pielęgnowała plebanię. Furtka zawsze otwarta. Drzwi niezamykane na klucz.

— Babciu!

Władysława stała w kuchni, pochylona nad garnkiem, w którym bulgotał rosół. Miała osiemdziesiąt lat i wyglądała na siedemdziesiąt — proste plecy, mocne ręce, krótkie siwe włosy, okulary na nosie (do czytania, do niczego innego ich nie potrzebowała — na odległość widziała jak jastrząb, przynajmniej prawym okiem). Kiedy odwróciła się od garnka i zobaczyła wnuczkę w drzwiach, jej twarz rozjaśniła się w sposób, który kompensował wszystkie deficyty tego domu — brak ciepłej wody po dwudziestej, brak internetu, brak telewizji kablowej, brak czegokolwiek, co Agnieszka uważała za niezbędne w cywilizowanym życiu.

— Agnieszko! Myślałam, że przyjedziesz dopiero w piątek!

— Zmieniłam plany. Autobus wcześniej odjeżdżał.

— Jedź, jedź, mów mi to ty. Rosół zrobiłam. Siadaj. Chuda jesteś jak szczapa, nie jecie w tym Toruniu czy co?

Agnieszka usiadła przy kuchennym stole — tym samym stole, przy którym siedziała jako dziecko, jedząc naleśniki z serem i słuchając opowieści babci o Steklinie, o ludziach, o świecie, który kręcił się wolniej niż tam, skąd przyjechała. Stół był drewniany, masywny, pokryty ceratą w kwiatki, na której stały solniczka, pieprzniczka i wazonik z polnymi rumiankami, które Władysława zrywała co rano na łące za domem.

— Jak tam babcia? Jak zdrowie?

— A co mi ma być? Zdrowa jestem. Nogi bolą, ale w moim wieku to normalne. Doktor Kaczyński w Brodnicy mówi, że mam serce jak dzwon. Lepsze niż niejedna pięćdziesięciolatka, mówi. No ale doktor Kaczyński jest zakłamany z natury, tak się mówi, bo on każdemu to samo mówi, nawet Zdzichowi Komorowskiemu mówił, że ma serce jak dzwon, a Zdzich trzy miesiące później umarł na zawał.

Agnieszka uśmiechnęła się. Babcin monolog był jak szum rzeki — ciągły, nieprzerwany, pełen zakrętów i meandrów, z których każdy wynosił na powierzchnię jakąś historię, anegdotę, plotkę lub wspomnienie. Władysława Hoppe mówiła dużo — znacznie więcej niż większość osiemdziesięciolatek z Pojezierza Brodnickiego, które Agnieszka znała. Ale w tym gadaniu była struktura, był porządek — Władysława nigdy nie traciła wątku. Po prostu wątek miał więcej odgałęzień niż autostrada.

— Babciu, ja przyjechałam na dłużej. Na całe lato, jeśli babcia pozwoli.

— Pozwoli? Dziecko, ja od dwóch lat proszę Matkę Boską, żebyś wreszcie przyjechała na dłużej. Twoja matka dzwoni raz w miesiącu, twój wujek Zbyszek raz na kwartał, a ty ostatnio byłaś na Wielkanoc dwa lata temu. Staremu człowiekowi to mało, Agnieszko. Stary człowiek potrzebuje kogoś żywego w domu, nie tylko radia.

— Będę pracować, babciu. Piszę tekst — reportaż o małych parafiach, które się wyludniają. O proboszczach, którzy zostają sami z pustymi kościołami. Steklino pasuje idealnie.

Władysława postawiła przed nią talerz rosołu — złocistego, z grubym makaronem, z marchewką pokrojoną w talarki i pietruszką, od której unosiła się para. Rosół babci Władysławy, pomyślała Agnieszka, pachniał jak dzieciństwo. Jak bezpieczeństwo. Jak miejsce, do którego zawsze można wrócić.

— Nasz ksiądz Karol to nie jest proboszcz z pustym kościołem — powiedziała Władysława z naciskiem, siadając naprzeciwko wnuczki. — Na mszę chodzi pół wsi. Na odpust w zeszłym roku przyjechał nawet autobus z Nowego Miasta. Ksiądz Karol to złoty człowiek, Agnieszko. Złoty. Takiego proboszcza to my tu nie mieli nigdy.

— Właśnie dlatego chcę o nim napisać. Pozytywny przykład. Proboszcz, który ożywia parafię, zamiast patrzeć, jak umiera.

— No, to dobrze. To porozmawiacie. On chętnie gada, mądry człowiek, oczytany. Nie to co Nawrocki, Boże odpuść, ten to ostatnie lata leżał na górze i Apokalipsę czytał, a plebania zarastała w pajęczyny. A Karol jak przyjechał, to się wszystko zmieniło. Kościół wyremontowany, plebania czysta, ogród posadzony. I ludzi przygarnia — biednych, bezdomnych, takich co nie mają gdzie głowy złożyć. Święty człowiek. Ja to mówię — święty.

Agnieszka jadła rosół i słuchała. Babcia mówiła o księdzu Karolu z żarliwością, którą dziennikarka w niej rozpoznawała jako coś więcej niż zwykły szacunek dla duchownego — to była devozione, oddanie, rodzaj miłości, która w małych społecznościach tworzy się między wiernym a pasterzem i która jest jednocześnie piękna i niebezpieczna. Piękna, bo daje ludziom oparcie. Niebezpieczna, bo oślepia.

— A jego brat? — zapytała Agnieszka między łyżkami. — Lesław? Co to za człowiek?

— Lesław? No, Lesław to inna historia. Biedny człowiek. Życie go poturbowało — żona go zostawiła, interes zbankrutował, pił. Przyjechał tu taki wyżęty, chudy jak chart, z jedną torbą na plecach. Karol go wziął pod swoje skrzydło. Dał mu robotę, dach nad głową, sens. Lesław teraz ma smażalnię i staw rybny, radzi sobie. Ale smutny jest. Cichy. Nie taki jak brat. Brat to jasność, a Lesław to… cień.

Babcia zawahała się przy tym ostatnim słowie, jakby sama nie była pewna, czy to właściwe określenie.

— Cień? — powtórzyła Agnieszka.

— No, cień. Taki, wiesz, co idzie za kimś. Karol idzie przodem, Lesław za nim. Zawsze tak było, odkąd pamiętam. Karol mówi, Lesław słucha. Karol decyduje, Lesław robi. Nie żeby Lesław był głupi — nie jest. Jest nawet zdolny, bo tę hodowlę ryb to postawił sam, nikt mu nie pomagał, a ryby ma takie, że ludzie z Torunia przyjeżdżają specjalnie. Ale samodzielny — nie. Samodzielny to on nie jest. Bez Karola by przepadł.

Agnieszka zanotowała to w pamięci — jeszcze nie na dyktafonie, jeszcze nie w laptopie. Na razie zbierała wrażenia, budowała mapę relacji, uczyła się krajobrazu społecznego, w którym miała się poruszać przez następne tygodnie.

— A jak często przychodzą ci bezdomni? Na plebanię?

— Jak często? — Władysława zmarszczyła brwi, licząc. — No, raz na jakiś czas. Trudno powiedzieć. Czasem co miesiąc, czasem co dwa. Ksiądz Karol spotyka ich, jak jeździ do miasta — do Torunia, do Brodnicy, do Grudziądza. Mówi, że to obowiązek chrześcijański, że Chrystus by tak zrobił. I przywozi ich na plebanię, daje im kolację, nocleg, czyste ubranie. Rano odchodzą. Albo zostają dzień, dwa.

— I nikt w Steklinie nie ma z tym problemu? Obcy ludzie z ulicy, w małej wsi, gdzie wszyscy się znają?

— A czemu mieliby mieć? Ksiądz Karol wie, co robi. Ci ludzie są biedni, nie groźni. Ja sama im jedzenie nosiłam nieraz — bigos albo zupę. Jedli jak wilki, biedaki. A potem odchodzili i tyle. Żaden nigdy nic nie ukradł, nikogo nie zaczepił.

— Odchodzili.

— No. Odchodzili. W nocy głównie. Albo wcześnie rano, zanim wstanę. Ksiądz Karol mówił, że oni tak mają — nie lubią pożegnań. Wstydzą się. Albo są przyzwyczajeni do ruszania w drogę o świcie, jak to na ulicy. Więc wychodzili po cichu i szli dalej, dokąd ich nogi niosły.

Agnieszka odłożyła łyżkę. Rosół stygł, ale ona już go nie jadła — mózg przeskoczył na inny tryb, tryb dziennikarski, w którym każde zdanie rozmówcy jest analizowane pod kątem tego, co mówi, i tego, czego nie mówi.

— Babciu, a czy babcia kiedykolwiek rozmawiała z kimś z tych ludzi? Rano, przed ich wyjściem?

— Rano? Nie, skąd. Ja przychodzę na plebanię o ósmej, a oni do tego czasu już odchodzili. Może raz, dwa razy widziałam kogoś przy śniadaniu, ale to dawno było. Na początku, jak ksiądz Karol jeszcze tu był nowy. Potem jakoś tak wychodziło, że jak przychodziłam, to gościa już nie było.

— Zawsze?

— No, zawsze. Ale co tu dziwnego? Mówię ci — oni nie lubią pożegnań. Wstają o świcie i idą. Biedni ludzie, Agnieszko. Nie rób z tego sensacji.

Władysława powiedziała to ostrzej, niż zamierzała — Agnieszka usłyszała w jej głosie nutę, która nie była gniewem, lecz czymś innym. Obronność. Władysława broniła swojego obrazu świata — obrazu, w którym ksiądz Karol jest święty, plebania jest czysta, a goście odchodzą o świcie, bo tak mają. Ten obraz był prosty, spójny i bezpieczny. Agnieszka wiedziała z doświadczenia, że ludzie bronią takich obrazów zaciekle — zacieklej, niż broniliby własnego domu. Bo dom można odbudować. Obraz świata — nie.

— Nie robię sensacji, babciu. Pytam, bo jestem ciekawa. Zawodowo.

— No to bądź ciekawa, ale z umiarem. I jedz rosół, bo stygnie. Zimny rosół to nie rosół, tylko pomyje.


Wieczorem Agnieszka rozpakowała się w pokoju, który babcia przygotowała dla niej — małym, z jednym oknem wychodzącym na ogródek, z łóżkiem przykrytym kapą w kwiatki i szafką nocną, na której stał porcelanowy aniołek i plastikowy budzik z Myszką Miki. Pokój nie zmienił się od jej ostatniej wizyty, ani od wizyty przed nią, ani od żadnej wcześniejszej. Był zatrzymany w czasie — w tym samym czasie co reszta Steklina.

Otworzyła laptopa. Sieć Wi-Fi nie istniała — babcia nie miała routera, nie miała nawet komputera. Agnieszka włączyła hotspot z telefonu. Zasięg był słaby — dwie kreski, migające między 3G a EDGE, co oznaczało, że załadowanie strony internetowej trwało tyle, ile w Toruniu trwało załadowanie całego serwisu. Ale wystarczało do maila.

Napisała do Wasilewskiego:

„Piotrze, jestem na miejscu. Babcia w formie, Steklino bez zmian. Jutro zaczynam od parafii — umówię się z proboszczem na rozmowę. Wstępne wrażenie: ksiądz Karol Batorski to lokalny bohater, charyzmatyczny, oddany, wszyscy go kochają. Ma brata — Lesława — który prowadzi smażalnię ryb i jest jego kompletnym przeciwieństwem. Dynamika między nimi może być ciekawa. Dam znać, jak będę miała więcej. A.”

Zamknęła laptopa. Przez okno wpadało ostatnie światło dnia — pomarańczowe, gęste, rozlane po ogródku jak miód. W krzewach róży brzęczały pszczoły. Gdzieś daleko, za polem rzepaku, kościelny zegar bił — nie, nie bił, zegar stał od lat na dwunastej piętnaście, to kościelne dzwony biły na Anioł Pański. Sześć uderzeń, czysty, metaliczny dźwięk, który niósł się nad polami i lasami i docierał do każdego domu w Steklinie.

Agnieszka pomyślała, że to piękne — ten dźwięk, to światło, ten spokój. I natychmiast pomyślała, że to niebezpieczne — bo spokój usypia czujność, a piękno jest najskuteczniejszym kamuflażem. Pracowała w dziennikarstwie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że najgorsze historie nie dzieją się w brzydkich miejscach. Dzieją się w pięknych.

Ale to była tylko myśl — luźna, niezakorzeniona, przemykająca przez świadomość jak cień ptaka na ścianie. Agnieszka nie miała jeszcze powodu, żeby podejrzewać cokolwiek. Przyjechała pisać reportaż o umierającej parafii, nie śledztwo kryminalne. Położyła się do łóżka, nastawiła budzik na siódmą i zasnęła z oknem otwartym na ogródek, przez które wchodziło powietrze pachnące różami, trawą i odległym jeziorem.


Następnego dnia Agnieszka poszła na plebanię.

Władysława szła razem z nią — była środa, jeden z jej trzech dni na plebanii. Szły razem wąską asfaltową drogą między polami, babcia w granatowej spódnicy i białej bluzce, z torbą, w której niosła świeżo upieczone ciasto drożdżowe — na plebanię, dla księdza Karola, bo „ksiądz Karol lubi drożdżowe ze śliwkami, a ja robię najlepsze drożdżowe w Steklinie, no, w całej gminie właściwie, bo Mańkowa to robi jak podeszwę, a Klimowa to w ogóle nie piecze, bo mówi, że gluten to trucizna, a ja mówię, że trucizna to głupota”.

Agnieszka słuchała babci i jednocześnie obserwowała — drogę, krajobraz, odległości. Od domu babci do plebanii było niecałe dwa kilometry. Droga prowadziła między polami, potem skręcała w prawo, mijała cmentarz (mały, zadbany, z kamiennymi nagrobkami porośniętymi mchem), a za cmentarzem stał kościół i plebania. Od strony drogi plebania wyglądała solidnie, choć ponuro — czerwona cegła, ciemne okna, ganek z odrapaną farbą. Od strony lasu — tego Agnieszka nie widziała, bo las zaczynał się za budynkiem — plebania wyglądała prawdopodobnie inaczej. Każdy budynek ma dwie twarze: tę, którą pokazuje drodze, i tę, którą pokazuje lasowi.

Karol Batorski czekał na ganku. Agnieszka zobaczyła go z odległości pięćdziesięciu metrów i pierwszą myślą — bezczelnie powierzchowną, ale szczerą — było: nie wygląda jak wiejski proboszcz. Wyglądał jak aktor grający wiejskiego proboszcza — za przystojny, za pewny siebie, za bardzo świadomy wrażenia, jakie robi. Stał na ganku w czarnej koszuli z koloratką, z książką w dłoni, z wyrazem twarzy, który mówił: wiem, że idziecie, widzę was od dawna, ale udaję, że dopiero was zauważam. Teatr — pomyślała Agnieszka. A zaraz potem: nie bądź cyniczna. Nie znasz go.

— Proszę księdza, to moja wnuczka Agnieszka! — zawołała Władysława, zanim jeszcze doszły do ganku. — Ta, co jest dziennikarką w Toruniu!

— Agnieszka. — Karol zszedł ze schodów, wyciągnął rękę. Uścisk był pewny, ciepły, dokładnie tak mocny, jak powinien być — nie za silny, nie za słaby. Uścisk wyćwiczony na tysiącach dłoni. — Władysława dużo mi o pani opowiadała.

— Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.

— Wyłącznie. Słyszałem, że pisze pani o małych parafiach?

— O parafiach, o proboszczach, o społecznościach, które się kurczą. O tym, jak wygląda Kościół na prowincji w dwudziestym pierwszym wieku. Chciałabym porozmawiać z księdzem — jeśli ksiądz ma czas.

— Dla dziennikarki zawsze mam czas. Zwłaszcza dla wnuczki pani Władysławy. Proszę, niech pani wejdzie. Władysławo, zrobiłaby pani kawy?

— A jakże. I ciasto przyniosłam, drożdżowe ze śliwkami. Agnieszka, siadaj w salonie, ja zaraz przyniosę.

Władysława zniknęła w kuchni. Agnieszka została sama z Karolem w salonie plebanii — dużym pokoju z ciemnymi meblami, regałem pełnym książek, dużym krucyfiksem na ścianie i oknem wychodzącym na ogród. Pokój był czysty, schludny, ale miał w sobie coś ciężkiego — jakby ściany akumulowały czas, gromadząc go warstwami jak geologiczne pokłady. Tu mieszkali proboszczowie od stu dwudziestu lat. Tu modlili się, jedli, spali, chorowali, umierali. Ostatni — Nawrocki — czytał Apokalipsę na górze, podczas gdy parafianie nosili mu jedzenie pod drzwi. Ściany pamiętały to wszystko.

Karol usiadł w fotelu naprzeciwko niej. Agnieszka wyciągnęła dyktafon.

— Mogę nagrywać?

— Proszę.

— Jak długo jest ksiądz proboszczem w Steklinie?

— Piętnaście lat. Przyjechałem w dwa tysiące ósmym roku, we wrześniu. Parafia była w kiepskim stanie — kościół zaniedbany, plebania rozpadająca się, ludzie zniechęceni. Poprzedni proboszcz był ciężko chory, nie odprawiał mszy, nie odwiedzał parafian. Ludzie odchodzili — jedni do parafii w Zbicznie, inni po prostu przestawali chodzić do kościoła. Kiedy przyjechałem, na niedzielną mszę przychodziło dwadzieścia osób. Teraz przychodzi osiemdziesiąt.

— Jak to zrobił ksiądz?

— Nie zrobiłem nic nadzwyczajnego. Otworzyłem drzwi. Dosłownie i w przenośni. Kościół powinien być otwarty — cały dzień, dla każdego, bez warunków. U mnie każdy może wejść, usiąść w ławce, posiedzieć w ciszy. Nie musi się modlić, nie musi wierzyć, nie musi nic. Wystarczy, że potrzebuje chwili spokoju. I ludzie to docenili. Zaczęli wracać. Nie dlatego, że jestem lepszym kaznodzieją niż ksiądz Nawrocki — Bóg mu świeć — ale dlatego, że byłem tu. Byłem obecny. Otwierałem drzwi rano i zamykałem wieczorem i między jednym a drugim byłem dostępny.

Mówił pięknie — płynnie, z modulacją głosu, z pauzami we właściwych miejscach. Agnieszka słuchała i jednocześnie obserwowała — mimikę, gesty, oczy. Oczy były ciemne, inteligentne, patrzące prosto w jej oczy z intensywnością, która mogła być oznaką szczerości albo wyrafinowanej kontroli. Nie potrafiła odróżnić. Jeszcze nie.

— Słyszałam, że ksiądz zaprasza na plebanię bezdomnych. Daje im nocleg, jedzenie.

— To prawda. Choć „zapraszam” to za mocne słowo. Raczej — oferuję. Spotykam ich czasem w miastach, kiedy wyjeżdżam na spotkania duszpasterskie, do kurii, na zakupy. Ludzie bez dachu nad głową, bez nikogo. Mówię im, że mogą przyjechać do Steklina, przenocować, zjeść ciepły posiłek. Niektórzy przyjeżdżają. Większość nie.

— I co się z nimi dzieje potem?

— Potem idą dalej. Bezdomność to stan ciągłego ruchu — ludzie na ulicy nie siedzą w jednym miejscu. Wędrują. Od noclegowni do noclegowni, od miasta do miasta. Steklino jest dla nich przystankiem, nie celem.

— Czy ksiądz utrzymuje z nimi kontakt?

— Nie. Oni nie chcą kontaktu. Nie chcą być śledzeni, rejestrowani, zobowiązani. Chcą ciepłego posiłku i spokojnej nocy. Daję im to i nie pytam o więcej.

Władysława weszła z tacą — kawa, ciasto, cukierniczka, filiżanki. Postawiła tacę na stole z wprawą kogoś, kto robi to od trzydziestu lat.

— Ciasto świeżutkie — oznajmiła z dumą. — Śliwki z własnego ogrodu, mrożone z jesieni. Krojone czy w kawałkach, Agnieszko?

— Krojone, babciu, dziękuję.

Władysława kroiła ciasto, a Agnieszka kontynuowała rozmowę z Karolem — o parafii, o planach remontowych, o relacjach z diecezją, o problemach małych wsi. Karol mówił otwarcie, mądrze, z autoironią, która wzbudzała sympatię. Cytował papieża Franciszka, Dietricha Bonhoeffera, Hannah Arendt. Mówił o „banalności obojętności” — parafraza „banalności zła” — jako o największym grzechu współczesnego Kościoła. Mówił o tym, że wiara bez czynu jest martwa, że miłosierdzie bez ryzyka jest pustym gestem, że prawdziwy chrześcijanin to nie ten, który modli się w kościele, lecz ten, który wychodzi z kościoła i robi coś, co kosztuje.

Agnieszka była pod wrażeniem. Nie chciała być — zawodowo wiedziała, że wrażenie jest wrogiem obiektywizmu — ale była. Karol Batorski był inteligentny, oczytany, charyzmatyczny i przekonujący w sposób, który rzadko spotykała u duchownych. A raczej — w sposób, który spotykała u najlepszych duchownych i u najlepszych oszustów. Granica między jednymi a drugimi była cieńsza, niż ludzie chcieliby wierzyć.


Rozmowa trwała prawie dwie godziny. Kiedy Agnieszka wyłączyła dyktafon, Karol zaproponował, żeby obejrzała kościół — oprowadzi ją, pokaże, co udało się wyremontować, co jeszcze czeka. Wyszli z plebanii razem, Agnieszka z plecakiem, Karol z kluczami. Władysława została w kuchni — zmywała naczynia, sprzątała salon, robiła to, co robiła od trzydziestu lat, z precyzją automatu, z oddaniem, które nie wymagało myślenia.

W kościele było chłodno i cicho. Ceglane ściany trzymały zimno nawet w czerwcu. Ołtarz — drewniany, rzeźbiony, z osiemnastego wieku, jak powiedział Karol — lśnił od niedawnej konserwacji. Ławki pachnęły woskiem. Witraże, proste, geometryczne, przepuszczały kolorowe światło, które kładło się na posadzce jak mozaika.

— Piękny kościół — powiedziała Agnieszka.

— Piękny i zaniedbany przez lata. Kiedy tu przyjechałem, witraże były popękane, dach przeciekał, w ołtarzu był kołek. Teraz — widzi pani.

Agnieszka widziała. Widziała piękny, zadbany, odnowiony kościół. I widziała proboszcza, który stał w nim jak w swoim królestwie — pewnie, naturalnie, z gestem właściciela, nie gościa.

Wracali na plebanię ścieżką przez ogród, kiedy Agnieszka zauważyła Lesława. Siedział na tylnym ganku plebanii — tym od strony lasu — na drewnianym stołku, z papierosem w ręce. Nie widział ich — patrzył w las, w stronę, gdzie gdzieś za drzewami leżał staw. Palił szybko, nerwowo, zaciągając się głęboko i wypuszczając dym nosem, jak ludzie, którzy palą nie dla przyjemności, lecz dla zajęcia rąk.

— Lesław! — zawołał Karol. Głos był ciepły, braterski, ale Agnieszka usłyszała w nim coś jeszcze — nutę ostrzeżenia. Jakby Karol mówił: jestem tu, mamy gościa, zachowuj się.

Lesław odwrócił się. Zgasił papierosa o podeszwę buta, wstał. Na jego twarzy pojawił się grymas, który mógł być uśmiechem.

— To jest Agnieszka, wnuczka pani Władysławy — powiedział Karol. — Pisze reportaż o naszej parafii.

— Dzień dobry — powiedziała Agnieszka, wyciągając rękę.

Lesław uścisnął ją — krótko, sucho, z dłonią, która była twarda, szorstka i drżąca. Drżenie było subtelne, ale Agnieszka je poczuła. Spędziła wystarczająco dużo czasu z alkoholikami — jako wolontariuszka w schronisku dla bezdomnych w Bydgoszczy, lata temu, podczas studiów — żeby rozpoznać drżenie odstawienne. Albo drżenie nerwowe. Albo jedno i drugie.

— Pan prowadzi smażalnię, prawda? Babcia mówi, że najlepsze węgorze na Pojezierzu.

— Babcia przesadza — powiedział Lesław. Głos miał niski, ochrypły, jakby rzadko go używał.

— Nie przesadza. Byłam już na pańskich węgorzach jako dziecko, z babcią. Pamiętam, że smakowały jak nic innego.

— Tak mówią. Ja nie wiem.

— Nie wie pan, jak smakują pańskie własne ryby?

— Nie jem ryb.

Pauza. Agnieszka patrzyła na Lesława. Lesław patrzył w ziemię. Karol patrzył na Lesława — i w tym spojrzeniu było coś, co Agnieszka zarejestrowała, choć nie potrafiła jeszcze nazwać. Coś między opiekuńczością a kontrolą. Coś jak dłoń na karku psa, która może głaskać, a może ściskać.

— Lesław nie je ryb, bo widzi je codziennie — powiedział Karol lekko, z uśmiechem, rozbrajając dziwność sytuacji. — To jak z cukiernikiem, który nie je słodyczy. Profesjonalna deformacja.

— Rozumiem — powiedziała Agnieszka.

Ale nie rozumiała. Coś w tej scenie nie pasowało — hodowca ryb, który nie je ryb; brat, który nie patrzy bratu w oczy; uśmiech, który pojawia się za późno i gasi za szybko. Drobne rzeczy, niemal niezauważalne, które same w sobie nic nie znaczyły, ale razem tworzyły wrażenie — wrażenie fałszywej nuty w melodii, która poza tym brzmiała czysto.

Agnieszka pożegnała się z Karolem — uprzejmie, z obietnicą kolejnej rozmowy. Pożegnała się z babcią — uściskiem i pocałunkiem w policzek. Wyszła z plebanii i szła drogą do domu, między polami, pod słońcem, które grzało jak w połowie lipca, nie na początku czerwca.

Myślała o Lesławie. O jego drżących rękach. O jego pustym uśmiechu. O tym, że nie je ryb ze swojego stawu.

Myślała o tym, ale jeszcze nie wiedziała, dlaczego myśli.


Wieczorem, w swoim pokoju, pod kapą w kwiatki, Agnieszka odsłuchała nagranie z dyktafonu. Głos Karola wypełniał małą przestrzeń pokoju — ciepły, pewny, modulowany. Mówił piękne rzeczy o miłosierdziu, o otwartości, o Kościele jako szpitalu polowym. Słuchała i notowała w laptopie — cytaty, obserwacje, pomysły na strukturę tekstu.

A potem, pod koniec nagrania, tuż przed momentem, gdy wyłączyła dyktafon, usłyszała coś, czego nie zarejestrowała na żywo. W tle rozmowy — za głosem Karola, za brzękiem filiżanek, za szuraniem krzesła — był inny dźwięk. Cichy, ledwie słyszalny, na granicy percepcji. Dźwięk, który mógł być skrzypnięciem deski podłogowej. Albo otwieraniem drzwi. Albo krokami na schodach — krokami kogoś, kto schodził do piwnicy, cicho, ostrożnie, unikając stopni, które skrzypią.

Lesław?

Agnieszka cofnęła nagranie. Odsłuchała jeszcze raz. Dźwięk był tam — na tle, pod innymi dźwiękami, jak nuta basu pod melodią. Mógł być czymkolwiek. Prawdopodobnie był niczym — starym domem, który skrzypi, bo stare domy skrzypią. Agnieszka wiedziała o tym. Wiedziała, że szuka wzorców tam, gdzie ich nie ma, że jej dziennikarski instynkt widzi historie w przypadkach i spiski w zbiegach okoliczności.

Zamknęła laptopa. Zgasiła światło. Za oknem cykady grały swoją monotonną pieśń, a w oddali — daleko, za polami i lasem — woda w stawie stała ciemna i nieruchoma, i coś w niej się poruszało.

Agnieszka nie wiedziała o stawie. Nie wiedziała o piwnicy. Nie wiedziała o niczym.

Ale coś w niej — instynkt, intuicja, ta sama siła, która kazała jej zostać dziennikarką, a nie nauczycielką czy urzędniczką — coś w niej już pracowało. Już zbierało okruchy. Już układało je w kształt, który nie miał jeszcze nazwy, ale który z każdym dniem stawał się wyraźniejszy.

Hodowca ryb, który nie je ryb.

Goście, którzy odchodzą w nocy, nie pożegnawszy się.

Piwnica, do której nie wolno wchodzić.

Brat, który jest cieniem.

Drżące ręce.

Agnieszka zasnęła z tymi myślami i śniła o wodzie — ciemnej, nieprzejrzystej, w której coś pływało tuż pod powierzchnią. Coś dużego, ciężkiego, splątanego. Coś, co nie chciało wyjść na światło.

Jeszcze nie.

Rozdział 5: Metoda

Każdy seryjny morderca ma swoją sygnaturę — powtarzalny wzorzec zachowania, który wyróżnia go spośród innych sprawców i który pozostaje stały nawet wtedy, gdy zmienia się modus operandi, czyli sposób działania. Modus operandi jest funkcjonalny — służy celowi, ewoluuje, dostosowuje się do okoliczności. Sygnatura jest osobista — wynika z psychiki sprawcy, z jego potrzeb, z tego, kim jest na najgłębszym poziomie. FBI odróżnia te dwa pojęcia od lat siedemdziesiątych, kiedy agenci John Douglas i Robert Ressler zaczęli prowadzić wywiady z osadzonymi mordercami w amerykańskich więzieniach, próbując zrozumieć nie jak zabijają, lecz dlaczego.

Modus operandi Karola Batorskiego był prosty, powtarzalny i skuteczny. Sygnatura — trudniejsza do uchwycenia. Tkwiła nie w sposobie zabijania, lecz w tym, co działo się przed.

W kolacji.


Proces zaczynał się zawsze tak samo — od wyjazdu. Karol wyjeżdżał z Steklina raz na sześć do ośmiu tygodni. Nigdy częściej. Nigdy rzadziej. Regularność była kluczem — zbyt częste wyjazdy wzbudziłyby uwagę, zbyt rzadkie sprawiłyby, że węgorze w stawie wróciłyby do normalnej diety i normalnych rozmiarów, a Lesław mógłby zacząć myśleć, że to się skończyło. Karol nie chciał, żeby Lesław myślał, że to się skończyło. Chciał, żeby Lesław wiedział, że to trwa — cicho, regularnie, nieodwołalnie. Jak pory roku. Jak zmiana dnia i nocy. Jak oddychanie.

Preteksty do wyjazdów były zawsze wiarygodne, bo były prawdziwe. Karol naprawdę jeździł na spotkania duszpasterskie do kurii w Toruniu. Naprawdę kupował materiały liturgiczne w składzie przy ulicy Podmurnej. Naprawdę odwiedzał księgarnię katolicką na Starym Mieście, gdzie zamawiał książki — teologiczne i kryminały, jedne i drugie z taką samą częstotliwością. Naprawdę spotykał się z dziekanem Mirskim w Brodnicy na comiesięcznych zebraniach dekanatu. Te wyjazdy istniały w oficjalnym kalendarzu parafii, widniały w ogłoszeniach na tablicy przy kościele, były znane Władysławie i parafianom. Ksiądz Karol jedzie do Torunia na spotkanie z kurią. Ksiądz Karol jedzie do Grudziądza po materiały na remont. Ksiądz Karol jedzie do Olsztyna na rekolekcje kapłańskie. Normalnie. Transparentnie. Bez tajemnic.

Tajemnica zaczynała się po załatwieniu oficjalnych spraw.

Karol miał zwyczaj wracać z miast późno — wyjeżdżał rano, a wracał wieczorem, tłumacząc to korkami, kolejkami w urzędach, przedłużającymi się spotkaniami. Nikt nie sprawdzał, bo nie było powodu. A te dodatkowe godziny — trzy, cztery, czasem pięć — Karol spędzał w miejscach, do których normalny proboszcz z Pojezierza Brodnickiego nigdy by nie trafił. Pod dworcami. W okolicach noclegowni. Na pustych parkingach przy obwodnicach, gdzie zbierali się ludzie bez adresu. W parkach, pod wiaduktami, w bramach kamienic na peryferiach miast.

Nie szukał. Nie polował. To słowo — polowanie — sugerowałoby pośpiech, napięcie, podniecenie łowcy. Nic z tych rzeczy. Karol spacerował. Spokojnie, naturalnie, w czarnej koszuli z koloratką, z krzyżem na piersi, z torbą na ramieniu, w której miał brewiarz i butelkę wody. Wyglądał jak to, czym był — jak ksiądz. A ksiądz w okolicach dworca czy noclegowni nie wzbudzał podejrzeń. Wręcz przeciwnie — wzbudzał zaufanie. Ludzie na marginesie społeczeństwa znali księży. Znali ich z noclegowni, gdzie kapelani odprawiali msze. Z jadłodajni prowadzonych przez Caritas. Z pogrzebów bezdomnych, na których czasem, choć rzadko, pojawiał się jakiś duchowny. Ksiądz w tych miejscach był postacią naturalną — jak lekarz w szpitalu, jak strażnik w więzieniu. Należał do krajobrazu.

Karol rozmawiał. Z każdym, kto chciał rozmawiać. Siadał na ławce obok mężczyzny w brudnym płaszczu i pytał: „Jak pan ma na imię?”. Nie: „Czy mogę panu pomóc?”. Nie: „Czy chciałby pan gorący posiłek?”. Imię. Zawsze zaczynał od imienia. Bo imię jest tym, co ludzie na ulicy tracą jako pierwsze — przestają je słyszeć, przestają je wypowiadać, przestają je kojarzyć z sobą. Kiedy ktoś mówił do nich po imieniu, coś w nich się otwierało. Coś, co było zamknięte od miesięcy, lat, dekad.

— Jestem Karol. Jestem księdzem. Jak pan ma na imię?

— Wiesław.

— Wiesław. Dawno pan jadł, Wiesław?

— Rano. W jadłodajni na Bydgoskiej. Zupę dają, ale tylko do jedenastej.

— A spał pan gdzie?

— Pod mostem. Przy Wiśle. Jest taki mostek koło parku, tam nikt nie zagląda.

— Zimno tam w nocy, Wiesław.

— Zimno. Ale się człowiek przyzwyczai. Do wszystkiego się człowiek przyzwyczai.

Karol słuchał. Kiwał głową. Nie doradzał, nie oceniał, nie nawracał. Nigdy nie zaczynał od Boga — to był błąd, który popełniali kapelani w noclegowniach, i Karol wiedział, że ten błąd zamyka ludzi szybciej niż cokolwiek innego. Mówił o prostych rzeczach — o jedzeniu, o pogodzie, o mieście. A potem, po dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu minutach rozmowy, kiedy nieznajomy zaczynał mu ufać — bo Karol wzbudzał zaufanie z łatwością, z jaką ogień wzbudza ciepło — mówił o Steklinie.

— Mam parafię na wsi, pod Brodnicą. Małe miejsce, spokojne. Gdyby pan kiedyś potrzebował przerwy od miasta — dach nad głową, ciepły posiłek, dzień lub dwa spokoju — niech pan przyjedzie. Dam panu adres.

Nie naciskał. Nigdy nie naciskał. Podawał wizytówkę — zwykłą, białą, z nazwiskiem, adresem parafii i numerem telefonu — i odchodził. Większość mężczyzn wyrzucała wizytówkę lub gubiła ją tego samego dnia. Niektórzy chowali ją do kieszeni i zapominali. Ale co kilka tygodni ktoś dzwonił. Albo nie dzwonił — po prostu przyjeżdżał, autobusem albo na piechotę, z plecakiem na plecach i wizytówką w ręce, i pytał w sklepie Mańkowej, gdzie jest plebania.

I Karol był gotowy. Zawsze był gotowy.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.42