E-book
19.11
drukowana A5
33.15
Stalker

Bezpłatny fragment - Stalker

Psycholog i Ochroniarz Tom 1


Objętość:
196 str.
ISBN:
978-83-8245-666-0
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 33.15

Piosenka

Prolog

Była moim marzeniem.

Pragnieniem, którego nie rozumiałem.

Od pierwszej chwili — od momentu, kiedy pierwszy raz ujrzałem ją na ekranie laptopa.

— Prawda, że cudowna? — zapytała moja siostra chwilę po tym, jak zauważyła, że obejrzałem załącznik.

Miałem tego nie robić — dzieciak miał tendencję do wysyłania wszystkich piosenek, jakie lubiła i zwykle olewałem jej wiadomości, ale… tym razem tego nie zrobiłem.

— Brat? — usłyszałem zaskoczone, ponieważ milczałem, nie mogąc oderwać wzroku od laptopa, a konkretniej od kobiety, którą ujrzałem w teledysku.

— Tak… — zdołałem w końcu powiedzieć. — Cudowna…

— To nowa gwiazda Dragon Records — wyznała, wymawiając nazwę firmy, z którą miałem bardzo dobre stosunki. — Podobno do nagrań namówił ja sam prezes.

Sam? Sam zwerbował ją osobiście?

Cóż… nie dziwiłem się — jej głos był niesamowity, do tego teledysk… cóż, okazał się tak adekwatny do tego, co się działo, że zacząłem się zastanawiać, kto dał na niego pomysł. Obecnie tego rodzaju nagrania częściej rozmijały się z treścią, niż oddawały jej sens, a to było tak dopasowane, że…

Jeszcze raz. Muszę to obejrzeć jeszcze raz…

— Czy ty to znowu puściłeś?! — zawołała zaskoczona, tak radośnie, że aż stwierdziłem:

— Na razie.

— Ej!

I rozłączyłem się, znów oglądając teledysk… patrząc na nią.

Miała długie, zmieszane z bielą blond włosy, piękne, zielone spojrzenie… generalnie piosenka była przeróbką dość dawno temu nagranej piosenki „Unfaithful”… lecz wykonanie powalało.

Tak inne, a tak podobne — jej ruchy, jej mimika, jej spokój w trakcie śpiewu — to wszystko tworzyło ze sobą spójną całość, nawet pomimo faktu, iż była to dość nowoczesna przeróbka.

Jakby ktoś w magiczny sposób połączył współczesne beaty z przesłaniem piosenki, czyniąc z niej więcej — dużo więcej niż niegdyś oryginał.

Byłem… oczarowany.

I, jak się szybko przekonałem, nie tylko ja.

Minęło kilka dni od premiery, a piosenka stała się hitem. Wszyscy jej słuchali, nawet wchodząc do sklepu elektronicznego widziało się i słyszało, na włączonych ekranach, tylko tę piosenkę.

I ją… aż w pewnej chwili pojąłem, że nie mogę przestać o niej myśleć.

Ledwo słyszałem piosenkę, ledwo ujrzałem fragment teledysku i traciłem głowę. Ja — wielki szef firmy, znany z tego, że nie interesuje mnie nic więcej niż praca, potrafiłem teraz wejść komuś do gabinetu, ledwo słysząc z niego muzykę.

A potem kazać swoim zaskoczonym ludziom zwyczajnie ją podgłośnić.

Nawet w domu… ściągnąłem teledysk, potrafiąc gapić się na niego godzinami, tylko dlatego, że nie mogłem przestać na nią patrzeć, myśleć o niej…

Nie wiedziałem kim była — posługiwała się pseudonimem artystycznym. Wiedziałem tylko, że zachowuję się jak nie ja, ale po raz pierwszy poczułem kogoś tak silnie.

Miałem świadomość, że musi być całkiem inna, niż sobie wyobrażałem — że, gdybym ją naprawdę spotkał — pewnie nawet byśmy się nie polubili. Dlatego, choć znałem jej szefa, nie pytałem go o nią.

Poza tym… pomimo swojej pozycji — pomimo tego, jak się prezentowałem — nawet nie liczyłem, że taka kobieta spojrzałaby na mnie inaczej niż jak na worek kasy. Worek… lub ciało, zdatne dla niej na nie więcej niż jedną noc.

Po raz kolejny spojrzałem na swoją twarz — miałem postawione do góry czarne włosy i dość gęsty, czarny zarost, elegancko przystrzyżony. Wiedziałem, że się podobałem… jednak lewa część mojej twarzy niszczyła wszystko, przez co nie było ważne, co robiłem, wzbudzałem tylko niesmak i strach.

Wróciłem do pokoju i puściłem piosenkę, pozwalając, by jej głos rozległ się w całym mieszkaniu.

Choć tyle… mogło należeć tylko do mnie.

Sakura

Rozdział 1

Sebastian


Cieszę się, że przyszedłeś — wyznał Sam, klepiąc mnie po ramieniu, na co wyznałem z uśmiechem:

— Ja też.

Sam był prezesem i założycielem Dragon Records. Zaprosił mnie na imprezę firmową, zorganizowaną na cześć jego nowych „gwiazdek”, które w ostatnim czasie dość mocno poruszyły rynkiem muzycznym.

Jak się jednak okazało, nie wszyscy zebrani byli tak pozytywnie nastawieni do dzisiejszego wieczoru, co on.

— Szefie, ona chyba nie przyjdzie — stwierdził asystent Sama, dość niski mężczyzna, który jak zwykle stresował się za nich dwóch.

— Spokojnie, na pewno będzie — i poklepał go wielką łapą po ramieniu, na co ten wkurzył się na niego podwójnie, wołając:

— I dlatego właśnie trzeba cię pilnować! Twoje nieprzejmowanie się sprawami firmy powala!

— Dzięki — zaszczebiotał, aż stłumiłem śmiech.

Wbrew pozorom Sam tylko zgrywał takiego idiotę — i ja i jego asystent wiedzieliśmy, że pod tą zlewającą sprawy firmy kopułą kryje się diabelnie bystry umysł… moja myśl się urwała, bo nagle dotarł do mnie sens ich słów.

— O kim właściwie mówicie?

Asystent Sama chrząknął i wyznał:

— Chodzi o Dragone. Z tą dziewczyną nigdy nic nie wiadomo — to typ, który wiecznie trzyma głowę w chmurach…

— Nie, po prostu taką ma pracę — zaprzeczył od razu Sam, a ja coś pojąłem.

Dragone? Jezu… czyli Ona miała tu być?

Chwila…

— Pracę? — zapytałem zaskoczony. — Myślałem, że ona pracuje dla ciebie.

— Dorywczo — parsknął Simon z niesmakiem. — Nie mogę uwierzyć, że — mając taki głos — ona wciąż przedkłada nad niego swoje pierwotne zajęcie. Marnuje się w ten sposób.

— Wcale nie — stwierdził od razu Sam, a jego głos przybrał dobrze mi znane, stalowe nuty. — To jest dla niej ważniejsze, a ja szanuję jej wybór. Poza tym… — nagle uśmiechnął się wrednie. — Radzę ci powściągnąć przy niej te komentarze. Jeśli to usłyszy, to w końcu się na serio wkurzy i zrezygnuje z pracy dla nas nawet dodatkowo. A wtedy… — zakończył znacząco, tak, by ten sam sobie dopowiedział.

Simon zadrżał przerażony i dokończył:

— Wtedy zrezygnuje z nas kompletnie i stracimy cholernie dużo dochodów.

— Właśnie — przyznał radośnie, a ja… zacząłem zachodzić w głowie, czym mogła się na co dzień zajmować.

Była obecnie na topie — co mogło być od tego ważniejsze? Przecież… jej muzyka była cudowna. Ona cała…

Urwałem myśl.

Chciałem go o nią wypytać, jednak… czy to miało jakiś sens?

— Seba? — zapytał nagle Sam, zaskoczony moją miną. — Co jest?

— Nic — stwierdziłem spokojnie, biorąc łyk szampana. — To dość interesujące, że taka gwiazda nie skupiła się całkowicie na muzyce…

— Zaciekawiony? — kiedy to usłyszałem, niemal się udusiłem, aż musiał poklepać mnie po plecach, bym mógł odkaszlnąć.

— Skąd… — wydyszałem w końcu, ocierając usta. — Skąd ten pomysł?

— Nie wiem — wyznał, jednak wyraźnie zamyślony. — Po prostu… trochę to dziwne, bo — odkąd cię znam — nigdy nie pytałeś o żadną z moich gwiazd.

— To nic takiego, po prostu… podoba mi się jej wykonanie — wyznałem.

Wolałem przyznać się do tego, niż ściemniać — ten dawny glina węszył lepiej niż pies gończy.

— Hm… — mruknął jednak, aż zamknąłem zdrowe oko i rzekłem:

— Zmieńmy temat.

Na szczęście poratował mnie Simon.

— Właśnie — zadzwoń do niej. Co jak jest w ciągu? Wtedy totalnie traci poczucie czasu, a miała dzisiaj wystąpić! Właściwie — spojrzał przerażony na zegarek. — Ma wystąpić za dziesięć minut!

— Spokojnie — powtórzył po raz kolejny, lecz podszedł do swojego krzesła, wyciągając komórkę. — Zaraz się dowiemy, gdzie jest — i ujrzeliśmy, jak przykłada telefon do ucha, by zaraz się odezwać: — Gdzie… — lecz urwał, opuścił rękę i wyznał nam z uśmiechem: — Będzie za minutę.

I wtedy — choć w tle śpiewali inni piosenkarze Sama — usłyszałem, jak ktoś biegnie korytarzem — stukot kobiecy obcasów był aż nadto wyraźny dla moich uszy.

— Oho — mruknął nagle Sam. — Byleby nie padła nam tu na twarz.

Wtedy ujrzałem, jak przez drzwi, obok których staliśmy, w półmrok sali, wpada huragan.

Długie jasne włosy poprzetykane bielą… i ciało obleczone czerwoną sukienką do kostek z chińskim motywem.

— Hej śliczna — powitał ją Sam, podczas gdy „Śliczna” zwyczajnie oparła dłonie na kolanach, pochyliła mocno i zaczęła dyszeć ze zmęczenia tak, jakby miała dostać zawału. — Nie potknęłaś się — zauważył z wyraźną dumą, podchodząc do niej, na co usłyszałem znajomy głos… a raczej jego zdyszaną, poirytowaną wersję:

— Proszę, zejdź ze mnie. Wyszłam dużo… wcześniej — nie mogła złapać tchu. — Ale były cholerne korki… to przez nie nie znoszę tego miasta…

— No już, już…

— Pani Sakuro, to w ogóle nie tłumaczy… — zaczął Simon, lecz ta uniosła wtedy głowę i rzekła:

— Simon błagam, nie teraz — zaraz występuję.

I w końcu wyprostowała się na pełną wysokość… aż jej wzrok padł prosto na mnie.

A dla mnie… czas po prostu przestał istnieć.

Rozdział 2

Sakura


Zamrugałam — wpierw jeden raz, potem drugi.

Kto… Co to był za facet?

Wielki i barczysty, ubrany w czarny garnitur z białą koszulą… z opaską na lewym oku? Bawił się w pirata? Chwila… — mój wzrok nagle ogarnął go całego i coś pojęłam.

„Jezu” — pomyślałam, czując spanikowana, że się rumienię. — On… był po prostu boski. Co to miało być za ciacho? Wyglądał jak model — albo nie, jak cholerny, seksowny pirat. Gdyby nie fakt, że był wciśnięty w idealnie skrojony garnitur, który pasował do niego jak druga skóra i jego naprawdę zadbany, choć nie wyszukany wygląd, pomyślałabym, że się urwał ze średniowiecza.

Nie mogłam oderwać od niego oczu — był… cudowny. A jego widoczne, prawe oko było…

Zaraz — czy on się na mnie gapił?!

— Pani Sakuro! — dłoń Simona na moim ramieniu od razu wyrwała mnie z tej żenującej sytuacji. — Ma pani dwie minuty!

Zerwałam się do biegu, przebiegając obok tego faceta…

„Boże” — pomyślałam po raz ostatni. — „Był nieziemski”.

I przez to całkowicie poza moim zasięgiem.

Rozdział 3

Sebastian


Stanąłem wśród półkola ludzi, patrząc, jak Dragona… jak Sakura staje na środku parkietu, z mikrofonem założonym na ucho, po czym wszystkie światła gasną, punktowo oświetlając tylko ją.

— To… — rozległ się jej dość niski, kobiecy głos. — …piosenka kobiety zakochanej w dwóch mężczyznach. Piosenka bólu i samotności — piosenka miłości i nienawiści — i nagle obróciła się w naszą stronę, zasłaniając jednak oczy. — Piosenka „niewiernej”.

Rozbrzmiała muzyka — wpierw fortepian, tak, jak w oryginale — aż do momentu, gdy zaczęła śpiewać. A gdy to zrobiła… stało się coś, czego się nie spodziewałem.

Ona śpiewała na żywo — śpiewała i tańczyła w taki sposób, że całą sobą oddawała ból piosenki, jednocześnie mając na twarzy taki spokój, takie… cierpienie, aż w pewnej chwili zauważyłem, że ludzie zasłaniają usta lub chowają mokre od emocji oczy.

Jej śpiew… okazał się być tym, czym powinien być.

Uczuciami — emocjami tak silnymi, że w końcu pojąłem, dlaczego po usłyszeniu jej, po ujrzeniu, tak bardzo zawróciła mi w głowie.

Ona… dobrze wiedziała, o czym śpiewa. I potrafiła sprawić, że ludzie naokoło odczuwali jej ból, wyrażony w słowach piosenki.


„Nie chcę go więcej ranić”.

„Nie chcę zabierać mu jego życia”.

„Nie chcę być odpowiedzialna za jego śmierć”.

Rozdział 4

Sakura


Czmychnęłam.

Po piosence, po jej wykonaniu, zostałam wręcz zbombardowana ludzkimi pochwałami i gratulacjami. Myślałam, że to nie będzie miało końca i czułam się już przeładowana ludźmi do końca swoich dni, lecz wtedy zauważył mnie Sam i zajął ich, umożliwiając mi ucieczkę.

Zwiałam do naszego stolika. Był na uboczu specjalnie — Sam zrobił to, bym miała choć wtedy trochę spokoju.

Widząc, że ludzie tutaj są zajęci przede wszystkim sobą, odetchnęłam silnie, opierając o oparcie krzesła.

Nagle usłyszałam:

— Wina?

Uniosłam wzrok, widząc najprawdopodobniej młodszego od siebie kelnera, podsuwającego mi tacę.

— Ja… wolałabym coś słodszego — wyznałam, na co ten stwierdził:

— Nie ma problemu. To powinno pani zasmakować — i podał mi jakieś wino o lekko różowym zabarwieniu.

Wzięłam łyczka i spytałam zaskoczona:

— To na serio wino?

— Tak — przyznał z uśmiechem. — Truskawkowe.

Truskawkowe wino? Wzięłam kolejnego łyczka.

— Dobre — przyznałam, lekko rozluźniając. — Dziękuję.

— Proszę bardzo… występ był naprawdę piękny — wyjawił nagle i ujrzałam, że nieśmiało spuszcza wzrok. — Czy… mógłbym prosić panią o autograf?

Autograf…

— Jasne, tylko nie mam kartki — zauważyłam, pokazując puste dłonie, na co ten postawił szybko tacę i wyciągnął z kieszeni fartucha notes i kilka długopisów.

Nie mogłam się powstrzymać:

— Widzę, że jest pan przygotowany.

Od razu spalił buraka.

— Ja… — zachichotałam, aż zamilkł.

— Spokojnie, nie dziwię się panu — wyznałam, biorąc długopis i notes. — Byłoby grzechem nie skorzystać, prawda?

— Tak… dokładnie — przyznał z szerokim uśmiechem. — Pani… — zaczął wtedy. — …jest o wiele milsza, niż sądziłem.

Spojrzałam na niego zaskoczona, po czym rzekłam ciepło:

— Wszyscy ciągle jesteśmy tylko ludźmi — i podałam mu notes. — Dziękuję za wino.

— T-To ja dziękuję! — rzekł wtedy dość głośno, aż zamrugałam w szoku.

Nagle ujrzałam, że chce powiedzieć coś jeszcze, lecz ktoś zawołał kelnera i speszony zaczął się zbierać.

— Zapomniałem, że jestem w pracy.

Stłumiłam śmiech.

— Tylko uważaj, bo się wywalisz.

Zatrzymał się w pół kroku i obejrzał na mnie.

— …miłego wieczoru.

— Nawzajem.

Znów ktoś go pogonił i odszedł szybko, aż znów zaczęłam chichotać.

W końcu ujęłam ponownie kieliszek i wzięłam łyczka. Kurde… pierwsze wino w moim życiu, jakie mi smakuje.

Cóż, widać dla każdego zawsze znajdzie się coś dobrego.

Siedziałam tak chwilkę, słuchając wykonań, aż nagle przypomniało mi się, że przecież w tej sali są obrazy i wstałam, by je obejrzeć.

Hm… ze skrajności w skrajność. Widziałam tutaj tyle stylów, że od razu było widać, że każdy obraz zrobił ktoś inny.

Nagle dobiegło mnie zza placów:

— …interesuje się pani też sztuką?

Zamrugałam zaskoczona. W normalnych okolicznościach, gdybym była ubrana jak ja, uznałabym, że mężczyzna mówi do kogoś innego. Ale teraz byłam Dragoną — jedną z gwiazd tego wieczoru i Sam ostrzegał mnie, że ludzie będą mnie zagadywać.

Uśmiechnęłam się przyjaźnie i obróciłam, chcąc odpowiedzieć, lecz głos momentalnie uwiązł mi w gardle.

To był on… ten wielki, seksowny pirat, który widział mnie zachowującą się kompletnie Nie jak spokojna, rozważna Dragona, na którą mnie kreowaliśmy.

Cholera… czemu do mnie zagadał?

I czemu… te jego piękne, wręcz złote oko sprawiało, że zwyczajnie topniałam?

Rozdział 5

Sebastian


Ja… nie wiedziałem czy się mnie bała, czy wręcz przeciwnie — po raz kolejny wyglądała tak, jakby chciała uciec, jednocześnie patrząc bez lęku w moje zdrowe oko.

— …um — nagle jakby się otrząsnęła i spojrzała z powrotem na obraz. — Nie całkiem… moja siostra jest artystką, ale sama wolę przekazywać emocje słowem aniżeli obrazem.

Zamrugałem zaskoczony. To… zabrzmiało wręcz filozoficznie.

— Jednak lubię patrzeć na sztukę — dodała nagle i spojrzała na mnie trochę niepewnie. — I… w zasadzie to tyle.

Zaskoczony poczułem, że mam ochotę parsknąć śmiechem.

— No co? — burknęła wtedy i zaczęła odchodzić. — Sam pan pytał.

Jej reakcje, słowa… czyżby… to jednak nie był strach?

Byłem tak zaintrygowany, że nogi poniosły mnie same i ruszyłem za nią do następnego obrazu.

I ujrzałem, że zerka na mnie kątem oka, ledwo wszedłem w jej pole widzenia.

— Czy… ma pan jeszcze jakieś pytanie? — zapytała nagle, a coś w jej tonie kazało mi spytać:

— Nie chce pani mojego towarzystwa? — co ciekawe, tym razem to ona niemal zakrztusiła się winem.

— A skąd… — odkaszlnęła. — Skąd takie przypuszczenia? Nawet się nie znamy.

— … — czy ja… właśnie dostałem klucz do jakichś drzwi?

Nagle westchnęła delikatnie i rzekła:

— Przepraszam. Wieczór dopiero się zaczął, a ja już jestem zmęczona.

Nie wiem czemu, ale moje powieki opadły.

— Zły dzień?

— Męczący tydzień — poprawiła, a jej głos był szczery, niewymuszony… jakby rozmowa za mną była czymś tak prostym, jak powietrze.

Ja… od lat nie spotkałem się z tym, by kobieta mówiła do mnie w taki niewymuszony, naturalny sposób.

— Druga praca?

— Tiaa… — nagle zamilkła i spojrzała na mnie zaskoczona. — Skąd pan o tym wie?

— …znam Sama — wyjawiłem. — Akurat byłem z nim i Simonem, kiedy zaczęli o pani mówić.

Wtedy zrobiła taką minę, jakby walczyła z irytacją.

— Mogę się domyśleć, co mówili. Simon psioczy na mnie od dnia, kiedy go spotkałam.

„Psioczy”… dopiero zacząłem z nią rozmawiać, lecz już zauważyłem, że ma bardzo ciekawy sposób mówienia.

Jakby popadała ze skrajności w skrajność — używała wielu rodzajów słów, od języka potocznego, po zdania lekko filozoficzne…

— No… — dodała nagle i ujrzałem, że uśmiecha się pod nosem ciepło. — Co nie oznacza, że nie ma trochę racji.

Otworzyłem szeroko oczy. Tak łatwo to przyznała…

— Yyy… — nagle ujrzałem, jak drga dziwnie, po czym zerka na mnie, mówiąc: — Przepraszam, nie będę zabierać już panu czasu.

Chwila… co?

— Do widzenia, miłego wieczoru — i chciała odejść, lecz ja…

Rozdział 6

Sakura


Zatrzymałam się zaskoczona… a raczej zostałam zatrzymana.

Obejrzałam się zdziwiona na tego przystojniaka.

— Czy… Czy coś się stało? — zapytałam, nie rozumiejąc jego miny.

A tym bardziej tego… że ledwo zaczęłam odchodzić, a ten mnie złapał.

— Ja… — w końcu się odezwał i mnie puścił. — Przepraszam, nie chciałem.

— … — zamrugałam wolno.

Czy on… Czy on się zawstydził?

— Po prostu zaskoczyła mnie pani — powiedział wtedy. — Z chęcią… porozmawiałbym z panią dłużej — wyznał, a ja, słysząc to, spaliłam momentalnie buraka, aż zażenowana obróciłam się do niego tyłem, chowając policzki.

Boże… jaki wstyd!

— Pani Sakuro? — zapytał zaskoczony, a ja od razu pojęłam…

— Skąd? — spojrzałam na niego w szoku. — Skąd pan zna moje imię?

Chrząknął lekko, odwracając wzrok.

— Sam je wspomniał… — pacnęłam się w głowę. — …miałem go nie poznać?

Zamrugałam i znów na niego spojrzałam.

Patrzył w ziemię z uśmiechem… i — gdybym nie znała się na ludziach — uznałabym, że to uśmiech mówiący „twoja strata skarbie”.

Jednak jego spojrzenie…

— Szkoda — stwierdził wtedy i zaczął obracać do mnie plecami, by odejść.

Zareagowałam instynktownie… zupełnie jak nie ja.

Nigdy… nie sądziłam, że odważę się zrobić coś takiego.

Rozdział 7

Sebastian


Tym razem to ja zostałem zaskoczony.

Ledwo zacząłem się obracać i poczułem, jak ta łapie mnie za rękaw.

Obróciłem się na nią, czując, jak moje zdrowe oko otwiera się szeroko.

— Przepraszam — powiedziała zarumieniona, patrząc jednak w ziemię. — Ja… nie chciałam, by to tak zabrzmiało.

I puściła mnie, a ja obróciłem się do niej ponownie.

— Po prostu… — zamilkła na moment. — Po prostu to nie fajnie, kiedy rozmawia się facetem, który zna twoje imię, a ty nie masz pojęcia, jak brzmi jego.

Uniosłem dłoń… i parsknąłem w nią śmiechem.

— No co? — zapytała po raz kolejny burkliwie i nagle ujrzałem, jak krzyżuje na piersi ramiona, wciąż słodko zarumieniona. — Sama grzeczność wymaga, by się przedstawić.

To była prawda. Jednak nie sądziłem że, ze wszystkich kobiet na tym bankiecie… zapyta mnie o to właśnie ona i to na dodatek w taki sposób.

Czy to… był dla mnie jakiś znak?

Wyciągnąłem dłoń… po czym przedstawiłem się:

— Sebastian Volt.

Jej wzrok padł na moja rękę… po czym rozplątała ramiona i ujęła ją, patrząc mi w oczy.

— Sakura Rock.

„Ma małe dłonie” — pomyślałem od razu. — Bardzo ciepłe… i niezwykle delikatne.

Aż nie mogłem się powstrzymać…

— S… — zaczęła zaskoczona, kiedy zwyczajnie zmieniłem uścisk i uniosłem jej dłoń do swoich ust.

I to poczułem — poczułem, jak skacze jej tętno, a dłoń robi jeszcze cieplejsza.

Nie mogłem się mylić. To, co czuła, nie było strachem.

Ona… mnie chciała.

Pogoń

Rozdział 1

Sebastian


Dlaczego idziesz? — zajęczała następnego ranka. — Możemy powtórzyć to, co było w nocy… — rzekła znacząco, lecz ja stwierdziłem tylko:

— Spasuję.

I wyszedłem niezainteresowany z mieszkania, słysząc, jak ta bluzga na mnie na odchodne z góry na dół.

Odetchnąłem dopiero u siebie w domu, gdzie padłem na fotel, łapiąc za głowę.

— Kurwa — warknąłem na samego siebie.

Jak ja wszystko spieprzyłem.

Wczorajszy wieczór… był wspaniały, czemu więc tak okropnie się skończył?

W końcu ją poznałem — na dodatek rozumiejąc, że się mnie nie boi, że mnie chce… Dlaczego więc musiałem aż tak wszystko schrzanić?

Pamiętałem… Pamiętałem, jak rozmawialiśmy, jaka była ciepła, otwarta… Dlaczego więc musiałem palnąć coś takiego?

„Skoro… tak dobrze nam się rozmawia, to może pojedziemy do mnie?”.

Jej mina… ona nie była zła. Nie dała mi w twarz, nie nakrzyczała na mnie — tak naprawdę zrobiła coś o wiele gorszego.

„…myślałam…” — jej głos do tej pory dźwięczał mi w uszach. Głos pełen bólu, rozgoryczenia, lecz przede wszystkim zawodu. — „Nie ważne. Udam, że tego nie słyszałam” — i odeszła, mówiąc na odchodne: „Miłego wieczoru”.

To było gorsze niż policzek… lecz jej reakcja coś mi uświadomiła.

Zachowałem się jak ostatni cham, a potem zadziałał alkohol i poszedłem do łóżka z pierwszą kobietą, jaka mi to zaproponowała.

To nie był pierwszy raz, kiedy tak postąpiłem. Nauczyłem się już, że kobiety nie chcą ode mnie niczego więcej niż seksu, więc — by oszczędzić sobie zawodu — po prostu się na to godziłem.

Tymczasem teraz…

„…myślałam… Nie ważne. Udam, że tego nie słyszałam”.

Dlaczego do cholery? Dlaczego pierwszą kobietą, jaka chciała mnie poznać… musiała być właśnie tą, którą najbardziej zapragnąłem?

Rozdział 2

Sakura


Siedziałam wraz z Samem i Simonem w sali konferencyjnej, omawiając następny występ… lecz, tak naprawdę, niewiele do mnie dochodziło.

Dlaczego… Dlaczego ze wszystkich facetów, jakich tam poznałam… to właśnie On musiał okazać się taki?

Nigdy… Nigdy nie przypuszczałam, że będę kimś tak zawiedziona, jak nim w tamtej jednej chwili.

— Dragona słuchasz? — zapytał Simon, lecz ja położyłam się na stole, zamykając oczy.

— Jestem… trochę zmęczona — wyznałam, na co ten, niemal to widziałam, musiał zakręcić oczami.

— Trzeba było tyle nie pić.

— … — milczałam, bo miał rację.

Zwykle się nie upijałam — tak naprawdę, kiedy Sebastian powiedział, co powiedział, poczułam się tak oszukana, że — po raz pierwszy w życiu — całkowicie świadomie postanowiłam się upić.

Boże… jak mogłam się tak co do niego pomylić? Myślałam, że to wielki słodziak, tymczasem…

„…może pojedziemy do mnie?”.

Samo wspomnienie tamtego pytania sprawiało, że miałam ochotę go zagryźć, i to nie w taki sposób, jakby widać chciał.

— Dragona… — zauważyłam nagle, jak Simon wstaje i się cofa. — Nie rób takiej miny, jesteś wtedy przerażająca.

Zdałam sobie sprawę, że — samo wspomnienie tamtej chwili — sprawiło, że moja czarna strona doszła do głosu.

Zapanowałam nad sobą i rzekłam:

— Przepraszam — i złapałam się za głowę. — Po prostu… nie mam siły gadać teraz o występach.

Rozdział 3

Sebastian


Czułem się jak gówno, jednak ze wszystkich dzisiejszych spotkań zostawiłem jedno, na dodatek ostatnie, które miałem odbyć z Samem.

Obiecałem z nim pogadać już dawno temu, więc nie mogłem tego po raz kolejny odwołać. I tylko dlatego jechałem teraz windą, na samą górę dziesięciopiętrowca, w którym znajdowała się wytwórnia i jego biuro.

Spojrzałem w tył windy, gdzie — dzięki przeszklonej szybie — widać było zachodzące słońce. Pomyślałem, że ten dzień mógłby skończyć się jeszcze szybciej — jedyne, o czym teraz marzyłem, to by wrócić do łóżka i zapomnieć… a najlepiej, wykasować tamto wspomnienie w taki sposób, aby nigdy się nie wydarzyło.

Winda zatrzymała się na samej górze i ruszyłem między boksami pracowników do biura prezesa. Na piętrze ujrzałem, że znajdowało się tu już niewielu pracowników — większość poszła już do domów, lecz szefowie działali na trochę innych zasadach.

Jednak to właśnie wtedy stało się coś, co zwyczajnie zabrało mi dech.

Drzwi znajdującej się obok gabinetu sali konferencyjnej otworzyły się… i ujrzałem Sakurę, rozmawiającą z Simonem.

— Dlatego proszę, ogarnij się do tego czasu — mówił do niej z naganą w głosie, na co ta, ubrana tylko w dżinsy i czarną bluzkę na ramiączkach, rzekła ze zmęczeniem:

— Dobrze… — po czym zamarła i spojrzała prosto na mnie.

Słyszałem głos Simona — mówił, że nie spodziewał się, że będę tak szybko, lecz nie mogłem oderwać od niej wzroku… więc ona zrobiła to pierwsza, spuszczając oczy i zagryzając w złości i rozczarowaniu dolną wargę.

Nagle ruszyła w moją stronę, tak samo, jak wczoraj, przechodząc w milczeniu obok… lecz tym razem, jedyne co od niej czułem, to ogromny dystans — złość, zawód… całe ciepło, jakie musiała do mnie poczuć… kompletnie zniknęło.

— A tę co ugryzło? — zapytał nagle Simon, kiedy ta odeszła bez słowa, kierując do windy. — Zwykle jest zadziwiająco grzeczna… — nagle urwał, widząc moją minę. — Panie Volt? Wszystko w porządku?

— Co jest? — zapytał Sam, podchodząc do nas, po czym — również ujrzawszy moją minę — zapytał dziwnym tonem: — Seba?

— Sam… przepraszam, ale musimy to przełożyć — i zwyczajnie puściłem się biegiem do windy.

Windy, która — chwilę wcześniej — zamknęła się, zjeżdżając w dół.

Cholera…

Nie mogłem tak stać i zwyczajnie wypadłem z rozpędu na klatkę schodową.

— Seba?! — krzyknął za mną zaskoczony Sam, lecz ja biegłem w dół na złamanie karku.

Nie umiałem tego tak zostawić. Gdyby dała mi w twarz — gdyby mnie wyśmiała albo nakrzyczała na mnie, zostawiłbym to, ale…

„…myślałam…” — jedno słowo.

Jedno, cholerne słowo, przez które tak się czułem: jak zwykłe gówno.

Bo zrozumiałem… że to nie moje słowa nią wstrząsnęły — to nie one ją rozczarowały.

Tylko Ja — to, że potraktowałem ją przedmiotowo.

Podczas gdy ona… w ogóle nie myślała o mnie w takich kategoriach.

Rozdział 4

Sakura


Wyszłam z budynku i odetchnęłam silnie wciąż ciepłym powietrzem.

On… był ostatnią osobą, jaką spodziewałam się ujrzeć tego wieczora.

Co on tam robił? A zresztą… to nie istotne.

I tak chciał mnie tylko przelecieć.

Zeszłam po schodach przed budynkiem na chodnik i wyciągnęłam komórkę, by spojrzeć, która godzina — była dwudziesta, co oznaczało, że miałam autobus do domu albo za dwadzieścia minut, albo za dwie godzinki.

Cóż, i tak nie miałam tu nic więcej do roboty, więc spokojnym krokiem ruszyłam na dworzec.

Ciekawe…

„Nie” — powstrzymałam się, zamykając na moment oczy. — „To i tak nie miało żadnego znaczenia”.

Nagle usłyszałam, jak ktoś biegnie w moim kierunku — biegł tak szybko, że pomyślałam, że jak się nie przesunę, to mnie potrąci, więc wykonałam szybki krok w bok… widząc, jak po chwili przebiega obok mnie Sebastian.

Sebastian, który — ledwo mnie minął — i wyhamował, obracając do mnie gwałtownie.

„Nie…” — pomyślałam, lecz nie wiedziałam, co to „Nie” tak naprawdę znaczyło.

A jednak słyszałam je w kółko w swojej głowie, przez cały czas, aż nagle ujrzałam, jak Sebastian robi krok w moim kierunku, prosząc:

— Sakura…

Słowo „Nie” wręcz eksplodowało w mojej głowie i zerwałam się do ucieczki.

Nie wiedziałam, czemu uciekam, nie miałam pojęcia dlaczego — nie rozumiałam nic z tego, co czułam, nie rozumiałam, czego on ode mnie chciał.

Po raz pierwszy w życiu… poczułam na czyjś widok tak wilki zamęt, że zaczęłam robić rzeczy, których dotąd nigdy bym się po sobie nie spodziewała.

W pewnej chwili poczułam, że nie dam rady już biec, więc oparłam się o ścianę jakiegoś budynku i zaczęłam dyszeć, by odzyskać oddech.

Serce… Serce tak mocno mi waliło, że myślałam, że zaraz upadnę.

Nagle zdałam sobie sprawę, ile musiało minąć czasu i sięgnęłam po komórkę.

Cholera, nie — autobus był za pięć minut, a ja byłam zbyt daleko, by na niego zdążyć.

Zdjęłam z nosa okulary i, nadal zdyszana, otarłam dłonią pot z czoła… słysząc, jak ktoś, równie zdyszany, zatrzymuje się obok.

Uniosłam wzrok… i ujrzałam Jego.

— Proszę… — wydyszał w końcu. — Proszę, porozmawiaj ze mną.

Dlaczego… Dlaczego on za mną pobiegł? — nie rozumiałam. — I dlaczego… — nagle pojęłam. — …nie był na spotkaniu z Samem? Przecież… to do niego przyszedł.

Wtedy przypomniałam sobie wczorajszy wieczór i odwróciłam głowę, zauważając:

— Nie mamy o czym — i znów zaczęłam odchodzić.

— Proszę — powtórzył i złapał mnie za rękę, aż spojrzałam na niego, poruszona jego tonem. — Proszę… wysłuchaj mnie ostatni raz. Jeśli to, co powiem, będzie dla ciebie niewystraczające… to obiecuję, że już nigdy nie będę zawracał ci głowy.

O co mu chodziło? Przecież… Przecież on jedynie chciał…

— Proszę — powiedział ostatni raz, z takim wyrazem twarzy, jakby jedyne, co czuł… to poczucie winy.

Ja… naprawdę byłam czasem za miękka.

Rozdział 5

Sebastian


Zgodziła się — zgodziła się ze mną porozmawiać, zastrzegając, że ma tylko godzinkę, bo musi dostać się na dworzec na autobusowy.

Nie miałem jednak zbyt wielkich nadziei — każda normalna kobieta, mająca jej podejście do seksu, olałaby mnie po tak żenującym tekście.

I chyba właśnie dlatego w moim sercu zakiełkowała jakaś nadzieja — nadzieja, ponieważ po raz kolejny mnie zaskoczyła, postanawiając wysłuchać.

Usiedliśmy w tym samym budynku, przy którym się zatrzymaliśmy — okazało się, że to dość przytulna kawiarnia i gdy Sakura poszła zająć miejsce, sam udałem się do lady, by zamówić nam kawę.

Jednak, kiedy zobaczyłem ją przy stoliku… wiedziałem, że wciąż czuła wobec mnie tylko zawód.

— … — milczałem i obserwowałem ją przez chwilkę, bo jeszcze mnie nie zauważyła.

Była wyraźnie smutna — miała zamknięte oczy i opierała czoło na dłoni.

„…myślałam…”.

Szlag.

Podszedłem do niej normalnym, swobodnym krokiem, by mnie usłyszała — chciałem dać jej czas do poprawy reakcji, lecz ona… tylko westchnęła. A gdy postawiłem przed nią tacę z kawą, otworzyła tylko jedno oko, zerknęła na to, co przyniosłem i wyznała cicho:

— Nie trzeba było.

Jej postawa… dlaczego, do cholery, ze wszystkich kobiet, jakie znałem, to właśnie ona musiała okazać się tak bardzo inna?

Nie kokietowała mnie, a jednak wzbudzała pożądanie — nie próbowała mnie uwieźć, a jednak czułem, że na jedno jej skinienie zrobiłbym wszystko.

Tymczasem… ona nie chciała wywoływać we mnie żadnej z tych rzeczy.

Usiadłem, mając to w głowie, po czym zapatrzyłem się na swoją czarną kawę.

— …ja naprawdę będę musiała iść na ten autobus — zauważyła nagle, aż poderwałem głowę, przypominając sobie o tym.

— No tak, przepraszam… — odchrząknąłem. — Ja… nie wiem jednak, od czego zacząć…

— Może od tego, że zachowałeś się jak kompletny dupek? — usłyszałem wtedy i spojrzałem na nią szeroko otwartymi oczami. — Tyle że to już wiemy.

I, jak gdyby nigdy nic, spojrzała znudzona na kawę przed sobą, wyznając:

— Chyba jednak ją wypiję, potrzebuje kofeiny — i sięgnęła po mleko i cukier. — Oddam ci za nią.

— Nie trzeba — zaprzeczyłem od razu, lecz stwierdziła:

— Trzeba. Nie chcę mieć u ciebie żadnych przysług.

— … — moja dłoń zacisnęła się na szklance. — To nie przysługa, po prosto chcę postawić ci kawę.

— Obejdzie się — rzekła wtedy. — To nie randka, dlatego płacę za siebie.

Ona…

— Dlaczego? — zapytałem nagle, chowając twarz w dłoni. — Dlaczego jesteś tak inna od kobiet, które do tej pory poznałem? Nawet się nie starając sprawiasz, że czuję się jak zwykłe gówno.

— …ponieważ tego nie robię — zauważyła wtedy, aż spojrzałem na nią w ciszy, zabierając dłoń.

Ujrzałem, jak oblizuje łyżeczkę z resztek piany, po czym oznajmia:

— Nigdy… nie wywołasz w człowieku uczuć, których w sobie niema. Dlatego właśnie, prawdziwa odpowiedź na to pytanie, wcale nie brzmi: Ty mi to robisz — i nagle wskazała mnie łyżeczką, ukazując mi tak mroczne, tak inteligentne spojrzenie, że aż odebrało mi dech. — To ty sam wiesz, że zachowałeś się jak gówno.

Aż zadrżałem, słysząc jej ton, od razu rozumiejąc, że mówi prawdę.

— …masz rację — przyznałem, spuszczając na moment wzrok, lecz ona tego nie skomentowała, jakby to było oczywiste.

„Kolejna twarz” — uświadomiłem sobie. — „Widziałem jej kolejną twarz…”.

— Tyle że do czego nas to prowadzi? — zapytała w końcu. — Chcesz mojego przebaczenia? Nie dam ci go — oświadczyła i ujrzałem, jak jej spokój opada, aż zacisnęła dłonie na szklance. — Nawet nie wiesz… jak się wtedy poczułam.

— …rozczarowana — wyznałem cicho, widząc, że patrzy na mnie z zaskoczeniem. — Na dodatek nie samym tym, co powiedziałem… tylko mną, bo pomyślałaś, że widzę w tobie tylko zabawkę do łóżka.

Milczała przez chwilę, podczas gdy ja wbijałem wzrok w blat stolika… a przynajmniej do czasu, aż usłyszałem dziwny dźwięk i uniosłem spojrzenie… by odkryć, iż zaczęła płakać.

— Skoro to wiesz… to czemu nie zostawisz mnie w spokoju? — zachlipała w pewnej chwili, aż spanikowany zacząłem szukać po kieszeniach chusteczek.

Spodziewałem się każdej reakcji, tylko nie takiej.

— Proszę — znalazłem jednorazowe, lecz ona tylko skuliła się lekko, kręcąc głową.

— Mam gdzieś to, że ludzie na mnie patrzą — wyznała, ocierając oczy pod okularami tak silnie, jakby w ogóle nie interesowało ją, że niszczy sobie tym cerę.

I nagle pojąłem, że ona nie była nawet pomalowana — miała tylko okulary na nosie… a jednak wyglądała dla mnie tak pięknie, jak wtedy, kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy, całkowicie umalowaną.

— … — moja ręka z chusteczką opadła, lecz w końcu znalazłem słowa, które czułem, że muszę jej powiedzieć: — Ja… nie potrafię zostawić cię w spokoju. Chciałem, ale nie umiem — położyłem chusteczkę na stoliku i ściszyłem głos: — I to nie dlatego, że cię pragnę… — nagle jakoś dziwnie się zasłoniła, lecz kontynuowałem: — Tylko dlatego, że… kiedy z tobą rozmawiałem, tak dobrze się czułem — wyznałem, czując na ustach zbolały uśmiech. — Zwykle… kobiety chcą ode mnie tylko jednego. I nauczyłem się już… że tylko tyle od nich dostanę.

Ujrzałem, jak po moich słowach spogląda na mnie spomiędzy palców, nadal walcząc z katarem.

— …ale… — zaczęła w końcu, próbując zwalczyć łzy. — Dlaczego?

Nie rozumiałem, o co jej chodzi — zauważyła mój pytający wzrok i sprecyzowała:

— Dlaczego… miałyby chcieć tylko tego? Nie rozumiem, skąd w ogóle ten pomysł — wyjawiła, ocierając oczy, a ja…

— …po raz pierwszy… ktoś w ogóle jest tym zdziwiony — wyznałem trochę niepewnie, na co ta opuściła ręce w końcu ręce i zapytała:

— Ale… co jest niby z tobą nie tak? Jesteś wielki, świetnie zbudowany i… — urwała, a ja zapatrzyłem się na nią.

Zauważyła to i poczerwieniała okropnie, chowając policzki.

— Nie gap się tak — nie dokończę tego, choćbyś mnie błagał.

Zrozumiałem, że tego nie dokończy… lecz zrozumiałem też, jak bardzo byłem głupi.

— Ty… nawet nie zwracasz na to uwagi — pojąłem, czując, że głos zwyczajnie mi się łamie z nadmiaru emocji. — Jesteś zbyt wyjątkowa…

Rozdział 6

Sakura


Pozwoliłam mu odprowadzić się na dworzec.

Pozwoliłam… ponieważ w końcu zrozumiałam jego postępowanie.

Choć nadal przypomnienie sobie tego bolało… to myśl, że tego żałował, że zależało mu na tyle, że ganiał mnie po całym mieście, jakoś wyciszyły mi niechęć względem niego.

Jednak nie poprosił mnie o kontakt — sam też go nie zaproponował i pomyślałam, że po prostu gryzł się tym, jak się wobec mnie zachował, dlatego chciał to naprawić.

Pojechałam więc do domu jednocześnie spokojniejsza… i trochę rozczarowana.

Lecz tym razem nie nim, tylko samą sobą, ponieważ poczułam się taka, jak mówił: wyjątkowa.

Jednak… chyba nie dość, by zachciał się ze mną spotykać.

Ale czego ja się spodziewałam? Byłam nieumalowana, ubrana w zwykłe ciuchy… byłam po prostu sobą.

A prawdziwa ja… nie przyciągała nikogo, a już na pewno nie takiego wielkiego, świetnie zbudowanego… niewiarygodnie przystojnego mężczyzny, mającego najpiękniejsze złote oko, jakie w życiu widziałam.

Widziałam… ale widać miałam nigdy nie poznać prawdy, skrytej w jego smutnym obliczu.

Co to znaczy „wpaść bez zapowiedzi”

Rozdział 1

Sakura


Hm… facet z opaską… nie, to będzie zbyt oklepane, jeśli dam pirata — uznałam, mamrocząc pod nosem. — A jak użyję wątku w czasie teraźniejszym…

— Dragona! — Simon walnął pięściami o stół, lecz ja przypomniałam, wpisując kolejny pomysł do zeszytu:

— Mam przerwę.

— Dziewczyno, doprowadzisz mnie kiedyś do białej gorączki…

— To nie ja każę ci się stresować. Odetchnij raz, baaardzo głęboko, po czym odetchnij pełną piersią.

— To właśnie przez to nastawienie… — usłyszałam rozdrażnione. — …tak bardzo mnie irytujesz.

— Cóż… obiecałam sobie kilka lat temu, że koniec z byciem panią „przynieś, wynieś, pozamiataj” i tak powstałam ja.

— Nie wierzę, że taka byłaś — oświadczył nagle. — To prawda, że czasem aż się dziwię, że potrafisz być taka grzeczna, ale w życiu bym cię nie uznał za uległą.

— Cóż… może i nie byłam uległa — przyznałam. — Jednak… — przed moimi oczami przeleciał kalejdoskop wspomnień. — …silna też nie byłam. I dlatego właśnie nie mam zamiaru być czyjąś ofiarą — nigdy więcej.

Milczał, lecz zaskoczona usłyszałam po chwili ciężkie westchnięcie, aż uniosłam na niego wzrok.

— I dlatego właśnie… — nagle padł ciężko na krzesło. — …też nie potrafię się na ciebie cały czas złościć — wyznał, aż zamrugałam poruszona, na co ten momentalnie dotknął palcem czubek mojego nosa. — Ogarnij się. I tak nadal mnie irytujesz.

Nie mogłam się powstrzymać i zachichotałam.

— Tak jest — oświadczyłam z uśmiechem, widząc, że ten również walczy, by nie zacząć się śmiać.

Choć wiedziałam, że wiecznie na mnie psioczy, że irytuje go fakt, że nie chcę poświęcić się śpiewaniu… to jednocześnie wiedziałam, że nie robił tego tylko dlatego, że przynosiłam wielkie dochody dla Dragon Records.

Złościł się… ponieważ chciał widzieć, jak staję na szczycie i mam wszystko, czego mi brakowało, a na co w pełni — jego zdaniem — zasługiwałam.

Moje pisanie nie przynosiło tak wielkich dochodów, jak śpiew, ale nie potrafiłam przestać tego robić — było to coś tylko mojego, co przez większość życia, jako jedyne, dawało mi prawdziwą radość.

Kiedy Sam założył Dragon Records, znalazłam swoją drugą miłość, jaką był śpiew, lecz pisanie… było dla mnie nadal najważniejsze.

Nagle aż podskoczyłam, czując, jak ktoś — w absolutnej ciszy — kładzie na moje ramiona swoje wielkie ręce.

— Jezu, Sam! — spojrzałam na niego z przerażeniem, bo od razu zaczął się śmiać. — Nie strasz mnie!

— Ale to czasem takie proste… — oświadczył radośnie, lecz — widząc mój morderczy wzrok — nagle uśmiechnął się dziwnie i oświadczył: — Masz gościa.

— …że ja? — zapytałam zaskoczona, słysząc nagle znajome chrząknięcie, aż moje serce zabiło gwałtownie, jeszcze zanim Sam się odsunął, ukazując stojącego centralnie za nim Sebastiana.

— Cześć — przywitał się. — Słyszałem, że masz teraz przerwę i… chciałabyś napić się ze mną kawy? — zaproponował, lecz ja tylko gapiłam się na niego w szoku.

Minęły dwa dni od czasu, gdy rozstaliśmy się na dworcu — był weekend, a ja myślałam, że tamte wydarzenia były naszym ostatnim wspólnym kontaktem. W końcu nawet nie wymieniliśmy się numerami. Tymczasem…

Nagle Sam dotknął moją brodę, unosząc ją lekko, aż poczerwieniałam, zdając sobie sprawę, że — na sam jego widok — opadła mi kopara. Pokręciłam gwałtownie głową, by dorowadzić się do porządku, lecz ten zapytał wtedy niepewnie:

— …to znaczy „nie”?

— Nic z tych rzeczy — zaprzeczył pospiesznie Sam i nagle, najzwyczajniej w świecie, uniósł mnie za ramię. — Ona tym gestem pozbywa się stresu.

Żyłka na moim czole zapulsowała i zaczęłam:

— Ty cholerny… — nie skończyłam jednak, bo ten pchnął mnie wtedy lekko, aż wpadłam na Sebastiana, który od razu mnie podtrzymał.

— Macie pół godziny — dodał, pewnie szczerząc jak kretyn, lecz Simon uzupełnił:

— Dokładnie trzydzieści minut. Jeżeli ona spóźni się choć minutę… — nagle usłyszałam za sobą jego złowieszczy rechot. — Zmyję jej głowę.

Jak zwykle jego zachowanie mnie bawiło… tak ten rechot oznaczał, że czekał mnie koszmar.

Złapałam Sebastiana za rękę i zwyczajnie stamtąd zabrałam.

— Miłej kawki! — zawołał jeszcze za nami Sam i chciałam mu odszczeknąć, lecz wtedy odezwał się Simon, nadal z tym samym, złowieszczym rozbawieniem:

— Miłej.

Zadrżałam, patrząc z przerażeniem na wyraźnie zdumionego moim strachem Sebastiana.

— Trzydzieści minut — powtórzyłam. — Jak się spóźnię, będę miała piekło.

Wtedy ujrzałam, jak powieka na jego widocznym, prawym oku opada i mówi łagodnie:

— Więc nie możesz się spóźnić — i nagle otworzył przede mną drzwi. — Idziemy?

Rozdział 2

Sebastian


Niosłem nam kawę, zastanawiając przy okazji, co zastanę, kiedy podejdę do boksu.

Wcale nie byłem pewny, czy ona faktycznie chciała ze mną iść. Może i się dogadaliśmy, ale minął cały weekend… nie miałem pojęcia, czy w ogóle chciała utrzymywać ze mną kontakt.

W końcu nawet się nie zajęknęła, że nadal chciałaby mnie bliżej poznać.

Nagle, idąc między stolikami, zauważyłem coś ciekawego. Zwykle nie zwracałem na to uwagi, ponieważ sam byłem wiecznie zajęty, ale… niemal wszyscy siedzieli z nosem w komórkach.

Urodziłem się jeszcze w czasach, gdy komórki nie były tak niezbędne do życia, jak teraz — swój pierwszy telefon dostałem dopiero w wieku siedemnastu lat, na dodatek była to wielka „cegła” jak teraz na nie mówiono.

Smartfony pojawiły się dopiero w chwili, kiedy byłem dobrze po dwudziestce, i choć uważałem je za użyteczne, to nie rozumiałem, jak można wiecznie na nich siedzieć, szczególnie jak miało się obok innych ludzi. Dla mnie telefon służył przede wszystkim do dzwonienia i używałem go głównie w sprawach zawodowych.

I — tak prawdę mówiąc — należałem do ludzi, co woleli załatwiać różne rzeczy osobiście.

Ruszyłem dalej w stronę naszego stolika, nagle coś pojmując.

Ile… ona mogła mieć lat? Kiedy szukałem w sieci informacji o niej, nigdzie nie znalazłem nawet roku urodzenia — spekulowano jednak, że miała jakieś dwadzieścia, dwadzieścia dwa lata.

Co oznaczało… że musiała być jakieś dziesięć lat młodsza ode mnie.

Kurde… dziesięć lat…

Nagle wyobraziłem sobie, że ona — urodzona dziesięć lat po mnie — siedzi teraz, jak większość „młodych dorosłych”, z telefonem w ręku, ale… — aż przystanąłem, słysząc to „ale”.

Jakoś mi to do niej nie pasowało — zrozumiałem od razu. — Ona… poza niektórymi sytuacjami, wcale nie zachowywała się jak dwudziestolatka. Na dodatek jej sposób bycia, sposób wysławiania — naprawdę bystre spostrzeżenia… jakoś nie mogłem uwierzyć, że — będąc taka — mogła być ledwo po dwudziestce.

Podszedłem do boksu naprawdę cichym, sprężystym krokiem, jakiego nauczyłem się dawno temu, chcąc przekonać, czy moje rozumowanie jest słuszne… i ujrzałem ją z zamkniętymi oczami, opierającą brodę na pięściach… nucącą słowa piosenki.

„Kochanie nie przestawaj tańczyć”.

„Zbliż się do mnie i mnie nie puszczaj”…

Patrzyłem na nią jak oczarowany, nagle pojmując, że wcale nie ma w uszach słuchawek — śpiewała piosenkę, która leciała w tle kawiarni.

Nagle melodia się skończyła i usłyszałem całkiem inny kawałek — jak tamto było czystym popem, tak tutaj wchodziła dość mocna ballada rockowa.

Którą, jak się okazało, również doskonale znała.

„Legendy, które są mówione”

„Niektóre zamieniają się pył”

„Inne w złoto”

„Lecz pamiętamy je wszystkie”

„Pamiętamy od tysiącleci”

Znasz… — zacząłem zaskoczony, aż urwała i uniosła na mnie wzrok. — Znasz „Fall out boy”? — zapytałem, siadając naprzeciw niej, na co ta przyznała od razu:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 33.15