E-book
5.46
Srebrna — krew sióstr

Bezpłatny fragment - Srebrna — krew sióstr


Objętość:
595 str.
ISBN:
978-83-8221-269-3

CZĘŚĆ PIERWSZA — SREBRNA

O TYM, CO ZOSTAŁO ZRODZONE Z MIŁOŚCI, A CO Z NIENAWIŚCI

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

Wydanie pierwsze 2020

Kontakt:

bookbonk@gmail.com

https://bonkbook.pl/

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Prolog

Zapomniana legenda, której nikt nie dałby wiary, wydarta została z ludzkich umysłów przez czas naznaczony cierpieniem, śmiercią i upadkiem wszelkiej nadziei. Tak oto legenda spoczywa już tylko zapisana na zakurzonych zwojach w zamkniętej od wieków krypcie upadłego zakonu. Jednak nakreślone na woluminach prastarym językiem słowa, prawią jednoznacznie o siódemce sióstr krwi, które narodzą się, by na przeklętym kontynencie Unton zaprowadzić po wiekach wojen tysiącletni pokój. Lecz zwieńczyć swe dzieło będzie mogła tylko jedna z nich, podczas gdy jej rodzeństwo pochłonie nicość, zapomnienie i śmierć. Wszak czy ktoś może dać wiarę legendom, tym niegdyś smętnie snutym przez starców opowieściom, które obecnie przykryły pajęczyny, kurz i pył? Być może kimś takim jestem jeszcze na tym świecie właśnie ja. I choć z postępującą starością nadchodzi mój nieuchronny kres, wciąż wierzę w moc sióstr krwi. W każdym razie jedną z nich, mianowicie tą, która ma szansę przezwyciężyć przekleństwo i zostać… przekonaj się kim.

I. Srebrna

Spokojny przedświt właśnie minął i na wschodnim horyzoncie czernię nocy rozświetlił rozlewający się tam jaśniejący blask wschodzącego słońca. Z chwilą odwiecznego pokonywania mroku przez światło, nie otwierając oczu, Srebrna odczuła subtelny pęd powietrza przy skroni. Sprowokowało ją to do uniku i cięcia po skosie mieczem w kierunku domniemanego przeciwnika. Ciszę poranka przerwał metaliczny łoskot zderzającej się klingi z trzonkiem topora. Wobec zablokowanego ciosu dziewczyna ukucnęła i zaatakowała po łuku. Tym razem jej cios przeszył jedynie chłodne i rześkie powietrze.

Następnie Srebrna zastygła w gotowości, ściskając rękojeść gotowego do użycia miecza. Na przemian nabierała przez nos wilgotne powietrze do płuc, to wydychała z ust kłęby pary. Starała się zintegrować w sobie zmysły i uczynić z nich jeden, uniwersalny, który uczyni ją niepokonaną, nawet gdy zostanie zwiedziona przez wzrok, słuch, czy oszukana przez węch. Trwała z zamkniętymi powiekami, gotowa polegać wyłącznie na sobie. Albowiem w głębi swej istoty musiała pozostać niezłomna pomimo wszelakich przeszkód, czy przeciwności. Skoro tak, to odrzucała bezwzględną ufność w zwodnicze zmysły, poszukując w sobie ich doskonalszej i zespolonej wersji:

Moje uszy są moimi oczami.

Mój węch i smak w jedności spotkane.

Moje oczy są mymi uszami.

Wszystkie me zmysły w jeden stapiane.

Recytowała w duchu. Aż dotarł do niej przybliżający się tętent, zdawało się, końskich kopyt. Wtedy wiara we własną jedność uległa u niej zachwianiu, a w spokojny umysł, niczym grot strzały, wdarła się niepewność. Pod wewnętrznym przymusem dziewczyna otworzyła wielkie i srebrzyste oczy.

Na polanie, gdzie przebywała, dostrzegła gnającego na nią jeźdźca wymachującego kolczastą buławą. W ostatniej chwili ratowała się przed stratowaniem rozpaczliwym susem w bok. Przekoziołkowała po wilgotnej trawie i wstała. Wówczas, jak spod ziemi, wyrósł przed nią odziany w futra wojownik i w mgnieniu oka przystawił do jej gardła ostrze topora. Uzbrojona para zastygła tak dłuższy czas, aż Srebrna, zdając sobie sprawę ze swej porażki, zrezygnowana odrzuciła miecz. Westchnęła i ciężko usiadła na pniaku.

— Znowu dałam się zaskoczyć… — szepnęła pustym głosem, chowając delikatną, jak na wojowniczkę, twarz w dłoniach. Poczuła na ramieniu silny uścisk i usłyszała z męskich ust słowa pociechy:

— Walczyłaś naprawdę… sprawnie i to od samej północy w mroczny nów.

— Ale pokonał mnie jasny świt… — odparła cierpiętniczo.

— Świt, czy może raczej przezroczysty koń…? — Na te nieco zawadiackie pytanie Srebrna odjęła ręce od lica i popatrzyła na skubiącego trawkę gniadosza z jeźdźcem na grzbiecie. Gdy naraz zarówno zwierzę, jak i człowiek w siodle przeistoczyli się w szarą mgłę.

— Czar iluzji… — Dziewczyna pokiwała z uznaniem głową i przenosząc wzrok na topornika, cierpko zauważyła: — Po raz pierwszy użyłeś w naszym treningu takiego podstępu.

— Ano prawda… Ot, taka mała niespodzianka na twe osiemnaste urodziny. Przecież to już konkretny wiek, więc wypadało to czymś uczcić. — Mężczyzna puścił dziewczynie oko i już poważniej dodał: — Wiedz, że na wojnie przeciwnik będzie cię właśnie zaskakiwał i to nieustannie, a nie walczył według narzuconych przez ciebie reguł. Musisz być na to gotowa, zawsze i wszędzie, także poza polem walki, również w gronie przyjaciół, czy raczej… domniemanych przyjaciół — zakończył nieco posępnie.

— Tak, rozumiem i… dziękuję za tę cenną naukę, Marrengo. — Srebrna poklepała spoczywającą na jej ramieniu żylastą dłoń ponad pięćdziesięcioletniego przyjaciela. Posiadał siwe i długie włosy na głowie, także srebrne wąsy i w tym samym kolorze brodę zaplecioną w gruby warkocz. Rysy twarzy miał surowe, a posturę samego niedźwiedzia. Jednak wojowniczka ceniła w nim przede wszystkim lojalność i szlachetność serca. Pod tym względem wyraźnie się odznaczał, a wręcz słynął na mroźnej północy zdeprawowanego kontynentu Unton.

— Zamartwiasz się — zauważył Marrengo, strosząc siwe i gęste brwi.

— Tak… — przyznała smutno dziewczyna. — I przecież wiesz dlaczego — dodała równie ponuro.

— Chodzi o twoją siostrę, o Złotą.

— Nie inaczej. — Srebrna bezradnie rozpostarła opancerzone szarą kolczugą ramiona i kwaśno stwierdziła: — Moja siostra trafiła tam, gdzie nie powinno jej być, gdzie nie powinno być nikogo. W końcu odnajdzie ją mrok, to nieuniknione. A gdy demony zobaczą jej złotą poświatę… — Na dobre zrezygnowana pokręciła bezradnie głową. Zwiesiła ją, po czym popatrzyła na otarcie swej dłoni, gdzie koło kciuka widniała rozcięta skóra, a w ranie srebrzysta ciecz. Z kolei Marrengo, potężny mężczyzna północnej, również srebrzystej krwi, oparł trzonek topora o ziemię i wspierając się na stalowym ostrzu, z pewną chropowatością rzekł:

— Rozumiem twoją troskę o siostrę, ale… obawiam się, że nie jesteśmy gotowi jeszcze wyruszyć. Słowem, próbując teraz daremnie uratować jedną osobę, możemy utracić po drodze wszystkich bliskich nam ludzi i jednocześnie całkiem zaprzepaścić dotychczasowy trud. To ciężka do podjęcia decyzja, jednak… — Marrengo zawiesił głos i popatrzył z bólem na dziewczynę.

— Ciężka decyzja? — powtórzyła pytająco Srebrna. — Ciężka decyzja? — Odwzajemniła spojrzenie wręcz z wyrzutem. — Wszak nie dla mnie! — rzuciła z siłą w głosie i błyskiem w srebrzystych oczach, a dopadła ją dopiero co słabość, zdawała się ją całkiem opuścić. Hardo wstała, podniosła miecz i wpatrując się pod światło poranka w srebrzystą klingę, podziwiała wyryte na niej symbole siedmiu legendarnych sióstr krwi.

Ostatecznie skupiła wzrok na pierwszym od dołu znaku odnoszącym się ponoć do niej samej. Ten zamigotał mocniej. Wówczas chwyciła za jeden z pary swych srebrzystych warkoczy i ucięła końcówkę, by wyrzucić w przestrzeń rozsypujące się na wietrze włosy. Wyglądały trochę jak podłużne płatki śniegu spadające na ziemię. Kiedy osiągnęły jej powierzchnię, Srebrna z zadrą w głosie przemówiła:

— Jestem młoda wiekiem, ale przepełnia mnie odwieczna powinność, przez co dłuższej bezczynności po prostu nie zdzierżę! Ofiary po drodze są niezbędne. Nie można się łudzić, że w ponoszonym trudzie naszym ludziom północy nie spadnie z głowy włos. Więcej, przeleją oni swą srebrzystą krew, a nawet oddadzą w walce życie i wyzioną ducha ku pożarciu go przez srebrzyste smoki mroźnej otchłani. Jednakże nie będziemy czekać dłużej. Ani chwili dłużej! — Raptownie się okręciła na pięcie, a wraz z tym ruchem zamaszyście poprowadziła miecz w kierunku Marrenga. Zareagował błyskawicznie, parując atak toporem. W dalszej kolejności czynił defensywne ruchy wobec furiackiego natarcia Srebrnej. Walcząc, zamykała, to otwierała srebrzyste oczy, emanując z nich intensywną poświatę. Wyrywała też z piersi waleczne okrzyki. Napierała bez ustanku, zupełnie jakby pojęcie obrony było jej obce. Atakowała tors, nogi, to głowę cofającego się przeciwnika. Aż w szale bojowym zdołała przełamać defensywę mężczyzny i tym razem to ona przystawiła mu do szyi ostrze klingi. Wtedy, po włożonym w walkę wysiłku, ciężko wydyszała: — Musimy… musimy już wyruszyć. Dla Złotej, dla nas… Dla wszystkich. — Wobec braku reakcji Marrenga, mocniej przycisnęła mu miecz do gardła i wybuchła: — Musimy!

— Dobrze… Niech tak się stanie, wyruszymy. — Wojownik ostrożnie odjął od szyi ostry metal i uczynił zachowawczy krok do tyłu. Kiedy znalazł się w bezpiecznej odległości, lodowato, niczym sam północny wicher, rzekł: — Zaklinam, panuj nad ciemną stroną swej srebrzystej natury. Albowiem umiejętność walki, oddanie i hart ducha, to jedno, ale nie jesteś chodzącą dobrocią, jak Złota, ani też na wskroś czysta, jak twoja siostra Alabaster. Dlatego bacz uważnie, by twego srebra nie skalał mrok.

— Chyba… masz. — Dziewczyna się zająknęła. Zamknęła oczy, integrując się ze sobą, po czym znowu patrząc jasnym wzrokiem na świat, z nutą pokory odparła: — Tak, bezwzględnie masz rację, drogi Marrengo. Dziękuję za nakierowanie mnie na właściwą drogę.

— Jak narowistego konia… narowistego konia — powiedział już pogodnie mężczyzna i uśmiechnął się przyjaźnie. Następnie wyciągnął ku Srebrnej otwarte ramiona. Ona utonęła w objęciach wojownika, którego traktowała niczym własnego ojca. Choć prawdziwego ojca niedane jej było nigdy poznać i nawet nie wiedziała, kim on był. Lecz ponad wszystko ufała Marrengowi. To właśnie on odnalazł ją w lodowej wiosce na krańcu świata i opowiedział legendę o siostrach krwi, gdzie Srebrna miała być jedną z nich.


*


Minęło kilka szarych dni. Skończyła się odwilż i północne ziemie klanu Srebrzystej Stali ponownie wziął we władanie silny mróz, a górzysty teren przyprószył śnieg. W takiej scenerii Srebrna na czele z Marrengiem opuściła położoną wysoko warowną osadę o nazwie Orle Gniazdo. Wyruszyli konno na czele jadących w parach klanowych wojowników. Od przeszło dziesięciu lat przewodził im Marrengo. Choć na osiemnaste urodziny swej podopiecznej zrzekł się przewodniej roli i takową powierzył właśnie Srebrnej.

Ona wiedziała, że uczynił to dla niej, by tchnąć w nią wiarę w jej wielkie posłannictwo. Jednak zdawała sobie sprawę, że aby jej klanowa władza została usankcjonowana, musiała się najpierw sprawdzić jako zręczna przywódczyni i zdolna wojowniczka. Lecz ona, jak nigdy, czuła się gotowa sprostać zadaniu. Chciała bowiem nie tylko zgodnie ze swym przeznaczeniem rozpocząć walkę o pokój na kontynencie Unton, ale też zweryfikować przed sobą to, iż naprawdę była tą, za kogo pragnęła uchodzić. Mianowicie Srebrną, legendarną siostrą krwi, a obecnie także godną tego miana przywódczynią klanu Srebrzystej Stali. Gdzie zaś łatwiej udowodnić sobie i innym wspomniane prawdy niż właśnie na wojnie?

Otóż to. Dlatego jadąc na czele zbrojnego oddziału, co pewien czas żywiołowo się oglądała za plecy, by z dumą popatrzyć na podległych jej wojowników. Podobnie jak ona czy Marrengo dosiadali siwych rumaków i przywdziewali szare futra zszyte ze skór wilków oraz niedźwiedzi. Każdy z mężczyzn posiadał topór i krągłą tarczę zawieszoną na plecach, a ozdobioną herbem przedstawiającym zarys połyskującej klingi na srebrzystym tle. Ponadto wojownicy nosili srebrzące się wąsy i brody, a ich głowy wieńczyły metalowe hełmy w tym samym kolorze.

Widok ten przepełniał przywódczynię klanową nadzieją i silną wiarą, że wspólnie podołają wszelkim przeszkodom. Wręcz odbierała wizerunek wojów, jako śnieżną kulę, która puszczona z lodowego szczytu, spadając, będzie zwiększała objętość i siłę. Kiedy osiągnie podstawę góry, stanie się na tyle potężna, że nic jej już nie powstrzyma. Choć dziewczyna mogła też sobie wyobrazić prowadzone wojsko, jako jeden z górskich strumieni, które podczas roztopów zasilają główną rzekę. W wyniku dopływów nurt rzeki staje się coraz bystrzejszy, a ciek szeroki i u ujścia jest to nieposkromiony żywioł, niepowstrzymana powódź. Czego by nie powiedzieć, te śmiałe wizje wydawały się jak najbardziej zasadne. Ponieważ wici zostały już rozesłane, a większość północnych klanów zgłosiło akces do kolejnej odsłony konfliktu w centrum kontynentu opanowanego od wieków przez czerń i mrok.

Aczkolwiek nadchodzącej kampanii nie miała przewodzić Srebrna, tego byłoby zbyt wiele. Niedoświadczenie i młodość, swoista niewinność, same podpowiadały jej, iż na takie wyróżnienie było za wcześnie. Mimo posiadanej ambicji oraz charyzmy domyślała się, że nie porwałaby za sobą setek uznanych wojowników i dziesiątek wojowniczych kobiet. Na tym etapie żywota stanowiła bowiem w swym mniemaniu po prostu srebrzystą iskrę, którą skutecznie wskrzesił w niej szlachetny Marrengo. Jednak, aby jawiła się ludziom północy jako oświetlający drogę srebrzysty ogień, za którym pójdą w najcięższy bój, musiała się dopiero zasłużyć. Dlatego to właśnie pod skrzydłami wspomnianego wojownika mieli się zjednoczyć przywódcy klanowi z północy. To Marrengo miał ich poprowadzić. Srebrna na ten czas pragnęła po prostu stać u jego boku w pierwszym szeregu i dumnie dzierżyć miecz. Po to, by walczyć o siebie, klan, Złotą i wszystkich, od których zdoła odjąć mrok, a w to miejsce ześle jasność niczym oczyszczającą bryzę z północnych mórz. Niech dopomoże jej w tym moc siedmiu legendarnych sióstr krwi. Tak przedstawiało się jej życzenie.

Tymczasem zbrojny kondukt przemierzał zasnuty warstwą przybrudzonego śniegu kamienny trakt w rozległej przełęczy. Jak wzrokiem sięgnąć pejzaż tonął w zlewających się ze sobą odcieniach szarości w tym barwach srebra, platyny, czy stali. Ten ostatni kolor okraszał kłębiaste obłoki, które niczym puchowe kołdry otulały najwyższe szczyty. Jeżeli gdzieś udało się przebić na niebie promieniom słońca, odbijały się od śniegu, rozświetlając mroźną okolicę jaśniejącym blaskiem.

W takiej scenerii naprzeciw zbrojnej kolumny wyjechał samotny jeździec i zrównał rumaka z Marrengiem oraz Srebrną. Zajął pozycję po prawej stronie dziewczyny, skłonił się nieznacznie Marrengowi, młodocianej przywódczyni klanu jakby nie zauważając i jechał spokojnie dalej. Lecz samą obecnością wzbudził żywe zainteresowanie Srebrnej. Znała bowiem tego mężczyznę z widzenia, ponieważ kilka lat temu odwiedził Orle Gniazdo, spotkawszy się tam z Marrengiem. Ona sama była tam wtedy małym podlotkiem i dopiero uczyła się nowego życia świeżo zabrana z rodzimej wioski. Ale jadący koło niej wojownik, dobrze wyrył się w jej pamięci.

Inaczej niż większość rdzennych mieszkańców północy nie posiadał jednolicie srebrnych włosów i tęczówek oczu o takowej barwie, a z domieszką brunatnego koloru. Ten barwił jego zawinięte ku dołowi wąsy oraz zaplecioną w trzy warkocze brodę. Poza tym ów mężczyzna był dość niski za to wyjątkowo krępy na kształt masywnego wzgórza, którego za nic nie dałoby się obalić. Jak wielu przywódców klanowych nie nosił tarczy, a okazując tym odwagę, używał jedynie dwuręcznej broni. W jego przypadku dwusiecznego topora wciśniętego za gruby pas. Zaś imię tego słynnego na północy wojownika brzmiało Feldgrau. To z nim miała teraz do czynienia po swej prawicy Srebrna. On natomiast miał przyprowadzić na kampanię wojenną własnych wojowników. Lecz z niewiadomych przyczyn, pojawił się sam. Czyżby on jeden zamierzał zastąpić cały oddział?!

— Feldgrau… — wyszeptała, jakby do siebie samej, dziewczyna ze wzrokiem wbitym w zaśnieżoną drogę. — Feldgrau — powtórzyła z podziwem.

— W rzeczy samej! — podchwycił tubalnym głosem zwalisty mężczyzna i z wyższością dodał: — Jam ci jest Feldgrau, właśnie on. — Napuszył się z dumy i zadarł kwadratowy podbródek na kształt kowadła.

— Srebrna… Jestem Srebrna — odparła ściszonym głosem i trochę bez wiary dziewczyna. Nagle w obliczu słynnego wojownika, o którym słyszała tyle mężnych opowieści, a nawet chwalebnych pieśni, poczuła się mała i słaba, prawie nic nieznacząca. Pochyliła głowę, a dwa srebrne warkocze zaplecione luźno po bokach przesłoniły jej niewinną z wyglądu twarz.

— Srebrna… — mruknął z kolei pod nosem Feldgrau. — Może być i… Srebrna, to popularny w tej krainie kolor. Choć imię pradawne, legendarne i powiedziałbym… — Zmierzył dziewczynę krytycznym wzrokiem, splunął flegmą i z pretensją warknął: — Zaszczytne to imię, Srebrna, ta… wielce zaszczytne. Zaiste nie powinno przynależeć do pierwszej lepszej… — Nie zdążył dokończyć wzgardliwego zdania, bo zawczasu przeszkodził mu Marrengo, wtrącając:

— Jak już cię powiadomiłem przez gońca, drogi przyjacielu, Srebrna jest moją podopieczną, a teraz także klanową przywódczynią. To musi coś znaczyć nawet w twoich oczach. Lecz abstrahując od imion, tytułów, czy starych legend, wszyscy, jak się tu zebraliśmy, jesteśmy po prostu ludźmi północy. Jesteśmy wojownikami, którzy połączeni wspólną sprawą ruszą niebawem ramię w ramie w bój. Dlatego, nalegam, okazujmy sobie szacunek, wymieniając przyjacielskie uściski. — Napluł na rękę i wysunął ku kompanowi żylastą dłoń. Została uchwycona przez również naślinioną i potężną grabę Feldgrała, który już z mniejszym entuzjazmem wyciągnął górną kończynę ku Srebrnej.

Dziewczyna się zawahała, ale wyjęła z rękawiczki własną dłoń, polizała ją i odwzajemniła tradycyjny gest witających się ludzi północy. Zaraz syknęła z bólu, gdy mężczyzna z kąśliwym uśmiechem na ustach w obezwładniającym uścisku niemal zmiażdżył jej drobne kości śródręcza. Jednak rozluźnił palce i pozwolił się wyrwać Srebrnej ze stalowego uchwytu. Na takie powitanie Marrengo ciężko westchnął. Ale dał za wygraną, bo tylko rezolutnie zagaił:

— Czemuż to zawdzięczamy sobie wyjazd naprzeciw nam przywódcy klanu Srebrzystych Mgieł? — zwrócił się do Feldgrała. Ten podrapał się po brodzie i nonszalancko rzucił w powietrze:

— Podczas ostatniej odwilży rzeki wezbrały i zerwane zostały mosty. Dlatego poprowadzę was kamiennymi traktami tak, abyście bez przeszkód połączyli się z mymi ludźmi. W końcu klanem Srebrzystej Stali dowodzi teraz jakaś niewydarzona dzierlatka. Więc pomyślałem, że głupio by było, gdyby pokierowała swych wojaków w matnię i potopiła w pierwszym lepszym strumieniu. Toż oszczędzam wam wstydu na całą północ! He, he. — Wyszczerzył się bezczelnie do Srebrnej, ukazując poszarzałe i nierówne zęby.

W odpowiedzi dziewczyna, jakby chciała go ukąsić, obnażyła kły w drobnej szczęce, a do kompletu zacisnęła pięści na wodzach. Lecz zaraz poczuła na nadgarstkach krzepiący dotyk dłoni Marrenga. To ją trochę uspokoiło. Natomiast jej przyjaciel nie dał się sprowokować i zachowawczo skierował rozmowę na inny tor:

— Masz może wieści z odległych krain, Feldgrale? Sam bytujesz ze swym klanem bliżej wielkiego świata. Podczas gdy my żyjemy w Orlim Gnieździe niejako w izolacji.

— To fakt, kisicie się we własnym grajdołku i chyba naprawdę zapomnieliście, jak wygląda wielki i krwawy świat, skoro na swych przywódców wybieracie gładkie dziewczęta, a w zasadzie jeszcze dzieci. — Tą sugestią Feldgrau sprawił, że Srebrna opuściła wzrok tak nisko, aż obserwowała śnieg ugniatany pod kopytami rumaków. Jednak wobec ostatnich słów, w najlepsze dworującego sobie z niej wojownika, wzbudzone zostało w niej też zainteresowanie i jej oczy trochę zajaśniały. — Otóż… — mruknął z kolei Feldgrau, objął się za opasłe brzuszysko i uraczył towarzyszy podróży dłuższą wypowiedzią: — Na północnym wschodzie, wśród najwyższych gór, biała magia i alabastrowy lud pod jaśniejącym przewodnictwem wielkiej księżnej mają się całkiem dobrze. Tamtejsza władczyni odnalazła dodatkowe złoża alistocjanu, za sprawą czego umocniła energetyczne bariery swego księstwa. Te podobno z powodzeniem oparły się pomniejszym demonom z centrum kontynentu. Zaś większe i nieliczne kreatury zostały wybite w jednym i decydującym starciu. Dlatego właśnie zdecydowałem się wziąć udział w twej kampanii, Marrengo. Liczę, że w razie naszego sukcesu w starciu z mrokiem, jeszcze bardziej ośmielimy wielką księżną Alabaster i włączy się ona do czynnego udziału w wojnie, śląc nam na teren wroga posiłki. Bynajmniej nie mam tu na myśli jagnięciny, czy smakowitej rogacizny. He, he… Raczej jeźdźców gryfów oraz łuczników o białej krwi. Choć smukłe i alabastrowe łuczniczki, rzecz jasna, też miło byłoby powitać w naszych szeregach, czyż nie, Marrengo? Ale ja sam…

— A północny zachód? — wtrąciła Srebrna, wielce ciekawa kolejnych wieści tym razem z przeciwległego krańca świata. Lecz Feldgrau zdawał się jej w ogóle nie słyszeć i swobodnie wznowił monolog:

— Ja sam… najchętniej dosiadłbym alabastrowego gryfa i poszybował w powietrzu na wroga. Cóż powiedzieć, Marrengo. Wiek u mnie już nie ten, przez co coraz bardziej doskwierają mi trudy tych konnych wojaży. Nie wspominając już o pieszych marszrutach, brrr. Moje kolana — dodał dyskretnie, wychylając się ku kompanowi i dając do zrozumienia, że miał problem ze stawami, po czym beztrosko kontynuował: — Jeżeli zaś chodzi o zachód, bo chyba sam wiatr zawiał mi do uszu, upominając się o wieści z tamtego kierunku… — Krzywo się uśmiechnął do Srebrnej. — To wiedz, drogi przyjacielu, że władca tamtejszego królestwa poprowadził swych złocistych rycerzy w straceńczy bój i poniósł sromotną klęskę na rubieżach centralnej krainy. Bitwa była podobno olbrzymia i trwała cały dzień. Ale z nastaniem nocy powstały z czarnych popiołów nowe demony i ostatecznie przechyliły szalę zwycięstwa na stronę mroku. Tak więc krucjata w celu odnalezienia przysposobionej córki króla, niejakiej Złotej, spaliła na panewce i to słynne dziewczę o złotym sercu pozostaje nadal zaginione, a jego smutny los zdaje się przypieczętowany…

Wobec tych wieści Srebrna bezwiednie popędziła rumaka i samotnie się wysforowała przed jeźdźców, zupełnie jakby w pojedynkę zapragnęła pognać na ratunek wspomnianej osobie w opałach. Jednak zdawszy sobie sprawę z niefrasobliwego zachowania i żywo obawiając się kolejnych złośliwości Feldgrała, wstrzymała wierzchowca i karnie wróciła do konnego szeregu.

— No ta… — westchnął z dezaprobatą w głosie posępny wojownik i zwracając się jedynie do Marrenga, niespiesznie ciągnął dalej: — Wszakże, mój druhu, posłuchaj też opowieści z odleglejszych krain, które wędrowni trubadurzy zanieśli do mych zarastających włosami uszu. — Powiercił palcem w małżowinie. — Oto mam do przekazania może nie najświeższe historie, wszelako niemniej ze wszech miar intrygujące. — Sam adresat tej treści, Marrengo, może niespecjalnie wyglądał na kogoś pochłoniętego opowieściami Feldgrała. Za to Srebrna cała zastygła w oczekiwaniu na słowa, które w mroźnym powietrzu padły po chwili: — Otóż na południowym wschodzie, w Wielkiej Puszczy, ktoś na potęgę wycina zielone lasy i bez litości trzebi zwierzynę. Coś jakby zalęgł się sam mrok w cieniu wiecznie zielonego listowia. Zaś staremu Feldgrałowi to podpowiada, że stamtąd dopiero wyjdzie z czeluści prawdziwe zło. Ale któż to tam w sumie może wiedzieć, poza naszym wszechwiedzącym wieszczem, o którym wszelki słuch na dobre zaginął. — Mężczyzna ostentacyjnie wysmarkał się wprost na grzywę konia Srebrnej i przeszedł do wieści o innym zakątku świata: — Co się tyczy południowego zachodu, to tamtejsi arystokraci o kasztanowej krwi chyba już całkiem postradali zmysły. Albo też wędrowni trubadurzy przesadzili z mocnymi trunkami wobec swych słabych głów, kto ich tam licho wie. He, he… — Puścił oko do Marrenga. — Bowiem prawiono mi, że bez pomocy zwierząt, magii czy żywiołów, wprawiają oni wielkie machiny w ruch i te wznosić się mają ku samym niebiosom, po czym płyną po nich niczym obłoki z drewna oraz stali. Również tamtejsze drogi podobno przemierzają beznogie rumaki za to na kołach. Ale, kto to w ogóle słyszał o poruszających się wierzchowcach bez nóg?! Ha, ha! — Parsknął gardłowo Feldgrau zachwycony swą śmiałą wizją. Aż stonował emocje i posępnie zakończył: — Oczywiście jest jeszcze dalekie południe. Ta skalana i spalona słońcem niebieska ziemia. Jednakże co tam tak naprawdę się na ten czas dzieje, tego na dobrą sprawę nie wie nikt. To ciągle świat duchów zarówno tych świetlistych, jak i przeklętych upiorów. Kraina, gdzie istoty wyrzekły się płynnej krwi w żyłach i zastąpiły ją fantomową esencją. Choć niektórzy się zarzekają, iż owa esencja jest widoczna i nawet przejawia barwy, jak lazur. A jak prawił ślepy wieszcz, Lazur, to przecie także imię siódmej z sióstr krwi. Ciekawe to, oj ciekawe i wielce intrygujące zarazem. — Po tym wyznaniu Feldgrau już nie popatrzył w kierunku Srebrnej ani też Marrenga, tylko ponuro wbił wzrok w zaśnieżony krajobraz. Tak nastała cisza, której nikt z trójki jeźdźców już nie przerywał.

Dalsza droga w milczeniu wiodła coraz ciaśniejszymi przełęczami, które okalane były przez strome wzniesienia momentami całkiem przysłaniające jasność dnia. Trasę wytyczał Feldgrau, kierując uczestników wyprawy na południowy wschód. I tak ranek przeszedł w południe, aż powoli nadchodził wieczór.

Wówczas Srebrna zamknęła oczy i spróbowała wznowić praktykę wewnętrznej koncentracji, której nauczał ją Marrengo. Wyciszała zmysły, starając się osiągnąć ciągle niedostępny dla niej poziom czystego nadzmysłu. Chyba nie zbliżyła się jeszcze do pierwszego z jego poziomów, których liczba wynosiła siedem. Zresztą sama nie słyszała o nikim, kto doszedłby w praktyce dalej niż do czwartego stopnia. Marrengo, jako jeden z nielicznych, szczycił się trzecim poziomem.

W bieżącej chwili tym trudniej było się dziewczynie skupić na ćwiczeniach, ponieważ opowieściami Feldgrała dalece została rozbudzona jej wyobraźnia. Przez to, co raz atakowały jej umysł myśli na temat innych krain, a głównie tej wysuniętej najbardziej na południe kontynentu.

Niewielu w ogóle odważyło się wspominać o tym, co mogło tam zaistnieć. Wiadomości na ten temat, jakie docierały do uszu Srebrnej, stanowiły mieszaninę faktów, pobożnych życzeń oraz zwykłych zafałszowań wynikających z niewiedzy, uprzedzeń i lęków. Ona nie potrafiła oddzielić prawdy od fałszu, mitów od faktów, bo niby jak? Jednak sama właśnie była świadkiem, że wydarzenia z południa potrafiły odbierać na dłuższy czas mowę nawet największym wojownikom, jak Feldgrau czy Marrengo.

Srebrna pomyślała, iż jej, jako jednej z legendarnych sióstr krwi, będzie być może dane kiedyś odkryć te tajemnice. Bowiem gdzieś tam, na południu, powinna przebywać jej siostra Lazur. A zgodnie ze słowami Marrenga, tylko jedna siostra krwi mogła zwieńczyć swe posłannictwo sukcesem i zaprowadzić tysiącletni pokój. Lecz w tym celu powinna uzyskać wsparcie każdej z pozostałych sióstr, w tym ich krwi. Choć przyjaciel Srebrnej nie wyjaśnił, na czym konkretnie ta pomoc miałaby polegać.

Snująca takie rozważania dziewczyna wreszcie oddaliła je od rdzenia swego umysłu. Dzięki temu osiągnęła w nim zalążek spokoju oraz ciszy, które przekształciła w spójny element jedności. Ta powoli ogarniała coraz większe połacie jej jestestwa. Wręcz czuła w sobie stapianie się wzroku, słuchu, czy węchu. Dawało to niepowtarzalne odczucie integracji nie tylko ze sobą, ale i otoczeniem. Zapachy dochodziły do niej wyrazistsze i uderzył ją kwaśny odór potu Feldgrała. Sam zmysł powonienia jakby się rozpłynął i przeszedł w odgłos bicia serca mężczyzny. Jego puls pył przyspieszony, można by rzec naznaczony niepokojem. Jednak i tętno zlało się z bardziej subtelnymi doznaniami. Choć wszystkie składały się na podejrzane odczucie zagrożenia ze strony obcego wojownika.

Następnie Srebrna, choć nie miała otwartych oczu, skoncentrowała uwagę na wizji przed sobą. Sama jedność, jak za rękę, poprowadziła ją aż za niewidoczny z pozycji jeźdźców fragment drogi za jej zakrętem. Tam, na dwóch przeciwległych wzniesieniach, wychwyciła nietypową poświatę, od której biła złowroga aura.

W tym momencie uwaga Srebrnej ponownie skupiona została na postaci Feldgrała. Jechali jeszcze pewien czas, aż wykonał on dyskretny ruch w kierunku topora za pasem i wyraźnie gromadził siły do realizacji jakiegoś celu. Dziewczyna nie musiała konkretyzować jego zamierzenia, prowadzona przez jedność reagowała spontanicznie w najlepszy sposób.

Nie podnosząc powiek, raptownie wyciągnęła do góry rękę. Tym samym zablokowała wymierzony w nią cios toporem krępego mężczyzny. Dzięki integracji jedności uzyskała zwielokrotnioną siłę i nie dała przełamać swej górnej kończyny. Niczym tarcza pozostała ona sztywno wzniesiona. Równocześnie druga dłoń Srebrnej sięgnęła za pas po sztylet, który błyskawicznie poprowadzony został w masywny kark wojownika. Ostrze weszło po samą rękojeść. Wtedy Feldgrau zluzował napór topora na rękę dziewczyny. Ona, jakby wychodząc z transu, a równocześnie zmysłu jedności, otworzyła wyjątkowo srebrzące się oczy.

Już naturalnym wzrokiem dostrzegła obcych wojowników wychodzących z ukrycia na wzniesienia po obu stronach drogi. Jej zwykle chłodna krew nagle została w niej wręcz zamrożona. Zdawała już sobie sprawę ze skali zagrożenia i nawet nie myślała o szukaniu wsparcia u Marrenga, nie było na to czasu. Jako klanowa przywódczyni odruchowo krzyknęła:

— Wojownicy Srebrzystej Stali! To zasadzka! Formacja obronna! Zasłona z koni i tarcz! — Wstrzymała rumaka i wskoczyła pomiędzy niego, a wierzchowca Marrenga. Jej przyjaciel także zsunął się na śnieg, po czym razem ze Srebrną schował za końskim grzbietem. Podobnie uczynili wszyscy wojownicy klanu Srebrzystej Stali. Przypominali teraz zbrojną rzekę osłoniętą z dwóch stron masywnymi wałami z końskich cielsk.

Wtem z przeciwległych wzgórz posypały się gęsto strzały z łuków i poszybowały oszczepy. W efekcie konie zostały dotkliwie poprzeszywane ostrymi drzewcami. Parskając żałośnie, jeden po drugim padały konające na ziemię, dobijane ostrzami przez dotychczasowych jeźdźców. Znaleźli oni skuteczną ochronę za ścianą ze zwierzęcych zwłok oraz ustawianych przed sobą tarcz. W ten sposób zasadzka nie doszła do skutku, ponieważ choć padły konie, to wojownicy Srebrzystej Stali odnieśli jedynie powierzchowne rany.

— Świetna robota — warknął przykucnięty Marrengo, opierając się własnymi plecami o plecy Srebrnej. — Niewiele brakowało… — dodał posępnie. Na co wzburzona dziewczyna syknęła:

— To jeszcze nie koniec… Na zimny honor! Na mróz i lód! To nie koniec.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.