E-book
16.38
drukowana A5
24.06
Sprawa samolotu

Bezpłatny fragment - Sprawa samolotu

Kwiecień 2010


Objętość:
15 str.
ISBN:
978-83-8126-076-3
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 24.06

Wstęp

Opar powoli unosił się ku koronom drzew. Mężczyzna wpatrywał się w precyzyjnie rozrzucone szczątki. Powolnym, pedantycznym ruchem przesunął nogą jakąś część, kiwnął z zadowoleniem głową. Ostatni raz omiótł wzrokiem nienaturalnie cichy las i ruszył w kierunku ścieżki. Już idąc, rzucił do krótkofalówki kilka słów. Z oddali dobiegł go wysoki dźwięk strażackich wozów. Człowiek skrzywił twarz w ponurym uśmiechu, dźwięk ten zawsze kojarzył mu się ze starym pociągiem z amerykańskich westernów.

Autobus płonął. Słychać było jedynie trzask ognia. Żadnych krzyków, nawoływań, syren. Kilku strażaków w absolutnym spokoju wynosiło czarne worki w kierunku czekających ciężarówek. Na widok zbliżającego się samochodu, dowódca grupy zgasił spokojnie papierosa, wyszedł na drogę. Auto zatrzymało się, tylna szyba poszła w dół.

— Ilu macie?

— Trzydziestu panie ministrze. Na razie — strażak rzucił okiem w kierunku swoich ludzi krzątających się przy wraku — Dalej nosić?

— Wystarczy. Jedźcie już — szyba zamknęła się.

Strażak skinął głową, machnął do pozostałych. Ci zaprzestali załadunku. Dwóch, którzy akurat wyciągali zdeformowane ciało z płomieni, wrzuciło je z powrotem w ogień. Otrzepali dłonie i ruszyli w kierunku czekających ciężarówek. Zagrały silniki.

Przeprowadzili ich ciemnymi korytarzami. Prawie setkę ludzi. Do pomieszczenia, w którym ich zamknięto prowadziły stalowe drzwi pamiętające jeszcze czasy stalinowskie. Podziemny hangar, pilnowany przez zamaskowanych strażników, powoli wypełniał się elegancko ubranymi więźniami. Panował szum. Padały pytania, groźby przeplatane szlochem kobiet. Kim jesteście? Co chcecie z nami zrobić? Pytania bez odpowiedzi. Wartownicy milczeli.


Ciężarówki zatrzymały się w cieniu drzew, z dala od wścibskich oczu okolicznych działkowiczów i pracowników niedalekiego warsztatu samochodowego. Strażacy szybko wyładowywali czarne worki i obładowani ładunkiem znikali wśród ułożonych fragmentów biało czerwonego rumowiska stali. Kiedy wracali do samochodów, puste plastikowe płachty wędrowały na pakę. Ryk syren nadjeżdżających karetek rozdarł poranne niebo. Zdążyli. Mogli spokojnie odjechać.

Część I

Dwóch mężczyzn spacerowało po deskach molo. Wokół było pusto, nie licząc goryli przy wejściu na pomost. Byli sami, mogli rozmawiać otwarcie. Przynajmniej częściowo otwarcie.

— Kiedy ja od ciebie usłyszę coś innego oprócz „nie mogę”? — niższy spokojnie obserwował motorówkę BOR-u krążącą w bezpiecznej odległości — Odkąd przegrałeś te cholerne wybory prezydenckie nic tylko skomlesz.

Wyższy z mężczyzn wyraźnie się obruszył. Starał się, aby jego słowa brzmiały godnie. Jednak głos mu drżał, co wyraźnie cieszyło niższego z rozmówców.

— Mieliście mi pomóc, a tymczasem bawię się w kotka i myszkę z tym kurduplem…

— Pomóc? — niższy spojrzał przeciągle na horyzont, po czym obrzucił rozmówcę krótkim, wręcz pogardliwym spojrzeniem — Ależ przyjacielu, my wam stale pomagamy. Od wieków. Tylko że wy, w swojej krótkowzroczności nie potraficie tego dostrzec. Mój kraj zawsze pomaga potrzebującym — uśmiechnął się — i teraz też, choć pewnie tego nie widzisz.

— No właśnie nie widzę — wyższy był wyraźnie urażony — Gdzie niby ta pomoc?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 24.06