E-book
8.19
drukowana A5
38.42
Śpiący Kopciuszek

Bezpłatny fragment - Śpiący Kopciuszek

Powieść


Objętość:
254 str.
ISBN:
978-83-8104-142-3
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 38.42

Śpiący Kopciuszek

***

Jolanta wbiegła w ostatni zakręt i zatrzymała się przed murem, za którym weszła powoli w krętą ścieżkę, wyłożoną drobnym żwirem. Kierując się w stronę zdobionych jasnych drzwi willi, w której mieszkała, zerknęła na tuje, prężące się w szpalerze, jakby przed nią salutowały. Przystanęła na moment, próbując zapanować nad zadyszką. Uśmiechnęła się do siebie, niedbale ścierając chusteczką pot z czoła. Odkąd ponownie wyszła za mąż, wszystko układało się wspaniale. Była czterdziestosiedmioletnią kobietą, która stosunkowo niedawno zaczęła dostrzegać uroki życia. Spojrzała na tarczę stopera, umieszczonego na nadgarstku. Jeszcze więcej samodyscypliny i będzie mogła wziąć udział w maratonie. A wszystko to dzięki obecnemu mężowi, który był zapalonym sportowcem. To on przekonał ją do biegania. Zapragnęła spontanicznie zadzwonić do niego i pochwalić się nowym wynikiem. Jak najszybciej. Cierpliwość nie była jej mocną stroną. Nie znosiła czekania. Otworzyła drzwi wejściowe do domu, nucąc pod nosem melodię ulubionego zespołu, który towarzyszył jej przez ostatnie trzy kwadranse. Rzuciła niedbale klucze w przedpokoju i zdjęła buty do biegania. Zmęczenie objawiało się w każdym milimetrze jej wysportowanego ciała. Po chwili, nie wiadomo skąd, zjawiła się Kicia. Nie zwracając większej uwagi na gospodynię, musnęła ją spojrzeniem, które miało w sobie coś z pogardy. Zawsze robiła to z gracją prawdziwej perskiej księżniczki

— Kicia. Tutaj jesteś. Dostaniesz pyszne jedzonko, takie, jak lubisz. — Jolanta, nie zrażona wzrokiem pupila, otworzyła lodówkę, by wyciągnąć puszkę. — Poznajesz? — spytała, potrząsając puszką przed kotem, którego imię zupełnie nie pasowało do rasy. — Kicia jest głodna, prawda? — Dotknęła aksamitnej sierści, zanurzając palce w oceanie miękkich włosów. Kotka nie oponowała. Lubiła to, więc pozwalała pani na pieszczoty.

Mówienie do Kici, weszło jej w krew. To była rekompensata za brak rozmów podczas samotnych dni, kiedy kot był jej jedynym towarzyszem. Potrafiła mówić do niego nawet wtedy, gdy nie wykazywał zainteresowania, co zdarzało się bardzo często.

— Smacznego. — Wsypała zawartość puszki do miseczki i przez moment patrzyła, jak zwierzak smacznie zajada kolejne kawałki mięsa. — Ty to masz dobrze. Tyle jesz, a nie tyjesz. Gdybym ja tyle jadła, to… lepiej nie wiedzieć — westchnęła. — Teraz idę pod prysznic. Kiedy wrócę, zabierzemy się za sprzątanie i gotowanie. Co ty na to, Kicia?

Kicia, rzecz jasna, nie udzieliła odpowiedzi. Kobieta zrzuciła ubranie i weszła do kabiny, gdzie przez kwadrans oblewała się na przemian ciepłą i zimną wodą. Odświeżona i przebudzona do życia, stanęła na wadze. Kota nie było w zasięgu wzroku, co nie powstrzymało jej przed mówieniem do siebie.

— Cholera jasna. Tylko pół kilo w dwa tygodnie? To niemożliwe. Ta waga chyba jest zepsuta. — Zdenerwowana kopnęła znienawidzony sprzęt.

Spojrzała na siebie w lustrze, odgarniając włosy. Była filigranową brunetką, która czasy sporej nadwagi miała dawno za sobą. Odkąd ponownie wyszła za mąż, zaczęła żyć zdrowo i świadomie. Zmieniła dietę, zaczęła biegać trzy razy w tygodniu, regularnie ćwiczyła na siłowni. Szymon nie pozwalał jej pracować zawodowo, dlatego porzuciła pracę w dużej korporacji i żyła z pieniędzy męża, który był szanowanym biznesmenem. Jolanta nie wnikała w jego interesy. Zawsze, kiedy o nie pytała, mąż robił się nerwowy i rozdrażniony. Po fizycznej metamorfozie, za namową Szymona, prawie poddała się długotrwałej psychoterapii. Prawie, bo ostatecznie przerwała ją po pierwszej sesji, zarzucając terapeutce zbyt osobiste pytania. Po powtórnym zamążpójściu zmieniła miejsce zamieszkania, przenosząc się z małego mieszkania w bloku na Mokotowie do dużego domu na Saskiej Kępie. Dziecko z pierwszego małżeństwa szybko opuściło dom i podjęło studia, wybierając uczelnię w Krakowie. Jolanta nie mogła zabronić synowi wyjazdu, w końcu coś się Konradowi należało od życia, które dotąd go nie rozpieszczało. Indeks na wydziale prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim był dla niego spełnieniem marzeń. Młody mężczyzna nie lubił Warszawy i uciekał z niej, kiedy tylko nadarzała się ku temu okazja. Odkąd się usamodzielnił, dzwonił coraz rzadziej, co było prawdziwą bolączką dla niej, jako matki, wiedziała jednak, że Konrad pragnie w końcu odciąć pępowinę. Nie mogła mu powiedzieć, jak bardzo cierpi z tego powodu. Nie miała prawa. Przyjeżdżał tylko na święta, tłumacząc się dużą ilością nauki. Prawie całe wakacje spędzał w rozjazdach. Przez jakiś czas udzielał się w wolontariacie i pomagał osobom niepełnosprawnym. Mimo, że był przystojnym chłopakiem, nie miał dziewczyny. Powtarzał, że na razie inwestuje w naukę, a na dziewczynę nadejdzie jeszcze czas. Zawsze starał się być we wszystkim najlepszy i pierwszy. Wygrywał olimpiady, był prymusem w liceum, a teraz był drugi na roku. Cechował go pełen profesjonalizm, lecz także przesadne dbanie o szczegóły. Jolanta zdawała sobie sprawę, że było to konsekwencją tragedii, która ich dotknęła i którą głęboko przeżył. Pani psycholog powtarzała, że syn może mieć problemy z nawiązywaniem prawidłowych relacji z otoczeniem i zaufaniem do ludzi. Kobieta, której zawalił się świat i która popadła w depresję, wiedziała, że musi mieć siłę na walkę o syna, inaczej i jego jej zabiorą. Zapewniała mu wszystko, co mogła. Pracowała ciężko, aby miał to, co mają dzieci z pełnych rodzin. Czasami wracała w nocy i padała na twarz ze zmęczenia. Nigdy się jednak nie skarżyła.


***

Nic nie zapowiadało tragedii. Na kontrakty zagraniczne wyjeżdżało tysiące Polaków, w telewizji nie pojawiały się wiadomości o zaginięciach. Ślub wzięli w latach osiemdziesiątych. Oboje z prowincji, jednak podjęli decyzję o pozostaniu w Warszawie. Młoda mężatka, już w czasie studiów, bez problemu znalazła pracę w wielkiej firmie ekonomicznej. Praca była monotonna, ale pełnoetatowa. Jolantę było stać na wynajęcie skromnego mieszkania, jedzenie i zakup kilku książek w miesiącu, w których świat uciekała. Czytywała głównie romanse, ulegając panującej modzie na wydumaną miłość, niemającą nic wspólnego z prawdziwym życiem. Do domu prawie nie wyjeżdżała. Rodzice już nie żyli, a na gospodarstwie niepodzielnie rządził starszy brat, który nie stronił od alkoholu. On namawiał ją do przyjazdów, ale Jolanta nie miała ochoty oglądać ani jego, ani podupadającego domu. Jeszcze kilka lat i roztrwoni cały majątek. Do rodzinnych tajemnic nie wracali. Broniła się przed wspomnieniami, które niepotrzebnie przywoływane tylko ją osłabiały i doprowadzały do potwornego smutku. Nie było po co wracać do dawnych spraw.

W trakcie studiów Jolanta nie była częstą bywalczynią dyskotek, wolny czas wolała spędzać z właścicielką kamienicy, u której wynajmowała pokoik. Była nią pani Eugenia — emerytka o gołębim sercu. To właśnie ona zaszczepiła w Jolancie miłość do zwierząt. Dziewczyna potrafiła godzinami słuchać opowieści z czasów jej młodości. Właścicielka kamienicy była typową warszawianką — niezależnie od pory dnia, zawsze elegancko ubrana i starannie umalowana, do tego nienaganne maniery i mowa pełna wysublimowanych słów. Gospodyni mówiła z piękną dykcją, nie wykazując przy tym oznak głuchoty, co było nierzadką przypadłością w jej wieku. Wyglądała na kobietę, w której żyłach płynęła błękitna krew. Jednak nigdy o tym nie wspominała.

Pawła poznała zupełnie przypadkiem, zaproszona przez koleżanki na wieczorek panieński. Zaproszenie przyjęła z ociąganiem, bez większych nadziei na udany wieczór. Miała zamiar posiedzieć do dwudziestej drugiej, a potem dyskretnie opuścić towarzystwo. Była zdziwiona obecnością grupy nieznajomych mężczyzn.

— Nie patrz tak — odezwała się przyszła panna młoda. — Musiałyśmy trochę nagiąć prawdę. Przecież inaczej byś się nie pojawiła, nie zaprzeczaj. Siedzisz z tą staruchą i tylko patrzeć, jak zaczniesz się do niej upodabniać. Jolka, nie obrażaj się, ale popatrz na siebie. Jak ty się ubierasz? Jesteś w nieustającej żałobie?

— Coś ze mną nie tak? — Jolanta była szczerze zdziwiona zdaniem koleżanki. Uwaga nie wyglądała jednak na złośliwą.

— Dużo by mówić… Zajmę się tobą po ślubie, a teraz wchodź. Poznam cię z innymi. — Koleżanka złapała ją za dłoń, jakby obawiała się, że Jolka da nura w korytarz i ucieknie, gdzie pieprz rośnie.

Jolanta rozważała ucieczkę, ale opanowała się. Nie zrobiła tego wyłącznie z powodu dziewczyn, którym był doskonale znany adres jej mieszkania, wiedziała więc, że mogą wpaść na szalony pomysł odwiedzenia jej w domu nawet nocą, a tego gospodyni by nie zniosła.

— Kochani, cisza! To jest Jola, to informacja dla mężczyzn, którzy jej nie znają.

— Czyli dla każdego! — roześmiała się Iwona, trzymając w dłoni lampkę wina. Wyglądała na lekko wstawioną.

— A to Maciej, Paweł, Roman — już zajęty — powiedziała ciszej — i nasz Casanova, Irek. Jesteśmy w komplecie. Teraz możecie się bawić na całego, ale w granicach rozsądku. Nie chcemy tutaj wizyty milicji, prawda? Za godzinę zacznie się cisza nocna.

Pamiętała ten wieczór doskonale. Usiadła na skraju kanapy, prawie z niej spadając. Kawałek deski wbił jej się w skórę, ale zacisnęła zęby, nie pozwalając sobie na zepsucie wieczoru innym. Ktoś podał kieliszek wina, każdy z kimś rozmawiał, ale nie z nią. Jolanta zawsze była cieniem. Aż do tego wieczoru.

— Cześć, dobrze znasz Marzenę? Jest trochę zwariowana, prawda? — usłyszała niski męski głos.

— Coś w tym jest. Jest spontaniczna i piękna. — Opuściła wzrok, skupiając uwagę na mocnym przyciskaniu torebki do piersi. Czuła wzrok nowo poznanego mężczyzny.

— Przepraszam, nie chciałem cię zdenerwować. Nie musisz się bać. Możesz spojrzeć, nie jestem bazyliszkiem.

— Nic się nie stało. Czuję się tutaj jak słoń w składzie porcelany — zdobyła się nieoczekiwanie na szczere wyznanie, patrząc w okolice jego krzaczastych brwi.

— Dlaczego? Nie jesteś gruba. Też czuję się tutaj niezbyt komfortowo. Znam dobrze narzeczonego Marzeny. Pracuję z nim na budowie. I szczerze mówiąc, przyszedłem z obowiązku, bo tak wypada. Ale niech to zostanie między nami. To dobry człowiek. Teraz napijmy się. Za poznanie.

— Wspólna tajemnica?

— Od czegoś trzeba zacząć. — Na okrągłej twarzy Pawła pojawił się uśmiech.

Podał jej lampkę wina. Nie był może zbyt przystojnym mężczyzną, ale od razu wzbudził zaufanie. Piła, gdyż była zdenerwowana. Alkohol ośmielał coraz bardziej, zaczęła przyzwyczajać się do towarzystwa.

Kilka godzin później wyszli razem, opuszczając mieszkanie prawie jako ostatni. Pozwoliła się odprowadzić pod kamienicę. Zapytał, czy da się zaprosić na kawę w kolejny weekend. Niezobowiązująco.

— Czemu nie? Kawę wprost uwielbiam, a mamy tyle tematów do nadrobienia. — Lekko się zataczała. Alkohol robił swoje.

— To prawda. Jesteś bardzo miłą dziewczyną. I piękną. — Paweł kręcił się zdenerwowany.

Obserwowała jego spojrzenie, zdawała sobie sprawę, czego oczekuje. Język ciała zdradzał, że chciał ją pocałować, ale zdrowy rozsądek powstrzymywał go przed tym.

— Tutaj mieszkam. Dziękuję. Do następnego razu — odezwała się, próbując ukryć zmieszanie.

Zaczęli spotykać się regularnie. Na początku jako znajomi. Nie było mowy o wspólnym chodzeniu, chociaż po cichu obydwoje na to liczyli. Paweł długo przygotowywał ją do poznania rodziny. Widziała walkę, jaką toczył, kiedy odpowiadał na pytania o najbliższych. Jolanta szybko odkryła kolejne pozytywne cechy, nie zdając sobie sprawy, że rodzi się w niej nieznane wcześniej uczucie. Paweł był spokojnym mężczyzną, jakby z innej epoki, i to była chyba najlepsza zaleta, jaką dostrzegała. Nie wyglądał na modela, był niski i otyły. Wąs na pyzatej i zaczerwienionej twarzy wyglądał śmiesznie, jednak Jolanta nie widziała w nim niedoskonałości. Dla niej był ideałem.

— Mam tylko mamę i bardzo ją kocham. Z rodzeństwa siostrę. — Nerwowość odpowiedzi wzbudziła w niej uzasadnione podejrzenia.

— Odwiedzacie się? — zapytała, starając się nadać pytaniu obojętny ton.

— Z siostrą? Nigdy. — Jego odpowiedź wprawiła ją w zdumienie. — Tak jest lepiej dla wszystkich.

Jolanta czuła, że te pytania sprawiają mu ból, więc nie zadawała kolejnych. Jakiś czas później, dowiedziała się o romansie nieżyjącego ojca Pawła z kobietą, której nigdy nie poznał.

— Siostrę widziałem raz w życiu, na pogrzebie ojca. Nie podeszła, nie złożyła kondolencji, ale nie oczekiwaliśmy tego z matką. Rozpoznałem ją bez trudu. Miała jego oczy i usta, zadziorny nos. Wpatrywała się w nas czekając, aż zrobimy pierwszy krok. Może, gdybym wówczas podszedł, to dzisiaj byłoby inaczej? Nie miałem siły. Mama też. Nie czułem wtedy bólu po stracie ojca, raczej nienawiść i pogardę za to, że ją zdradził. Jak mógł? Była jego żoną. Wyglądali na szczęśliwe małżeństwo.

Nie miała pojęcia, co powiedzieć.

— Czasami pozory mylą…

Paweł wynajmował kawalerkę w dzielnicy Praga. Po roku znajomości stwierdził, że już czas, aby Jolanta poznała jego matkę. Zgodziła się, bez większego przekonania, że to dobry pomysł. Zrobiła to dla niego, nie wspomniała o obawach. Wyjechali pierwszym autobusem w sobotni poranek upalnego lata. Podróż do wioski, z przesiadką, zajęła ponad dwie godziny. W końcu stanęli przed walącą się chałupą, z której wyszła otyła niewysoka kobieta. Nie takiego widoku spodziewała się Jolanta.

— W końcu jesteście. Zupa dawno wystygła — odezwała się matka Pawła, wycierając mokre ręce w mocno przybrudzoną podomkę. — Nie stójcie tak, wchodźcie do środka.

Nie było „Dzień dobry”, „Miło was widzieć” ani nic w stylu: „Więc to jest twoja narzeczona?”. Kobieta zachowywała się tak, jakby wyszli na spacer i wrócili punktualnie na posiłek. Jolancie spodobał się taki obrót sprawy. Wchodząc do domu, dziewczyna potknęła się o przedmioty porozrzucane w ciemnej sieni. Pokój sprawiał wrażenie chlewu. Wzrok powoli przyzwyczajał się do panującego półmroku. Po pomieszczeniu, w którym stały dwa łóżka, a na nich wypchane puchem pierzyny, walały się różne przedmioty. Na kolorowych przykryciach sterczały stare lalki. Jolanta zauważyła, że jedna jest łysa i bez oka. Powietrze było gęste, pełne mieszających się zapachów, jedzenia i wilgoci, od których robiło się niedobrze.

— Siadajcie, dzieci. Częstujcie się. Czym chata bogata. W końcu cię, dziecko, poznam. Aleś mizerna. Nie karmią was w tej Warszawie? — Kobieta dotknęła jej żebra, a Jolanta wzdrygnęła się na niespodziewany dotyk.

— Mamo, możesz przestać? — Twarz Pawła okryła się pąsem. Wstydził się zachowania matki.

— Co znowu powiedziałam? Nie pyskuj. Widzisz? Tak go wychowałam? Nie. To miasto go zmieniło. A to był taki dobry chłopak. A jaki przystojny kiedyś.

Matka Pawła mówiła ciągle, nie dopuszczając gości do głosu. Przerwy robiła tylko na kolejne kęsy podczas obiadu. Jolanta po godzinie miała dosyć jej ględzenia i nawet przez moment zrozumiała, dlaczego zmarły mąż zdradzał kobietę. Odetchnęła z ulgą, kiedy nadszedł czas powrotu do Warszawy. Na szczęście za gospodynią stał duży, stary zegar z kukułką.

— Mamo, zbieramy się. Dzisiaj sobota, przegapimy ostatni autobus do Warszawy. — Paweł zerwał się pierwszy, odsuwając krzesło Jolanty i pomagając jej wstać od stołu.

— Dziękuję pani za miłe przyjęcie. Było naprawdę sympatycznie. — Dziewczyna wyciągnęła dłoń na pożegnanie.

— Poczekajcie! — Kobieta poderwała się z trudem z krzesła, poprawiając wychodzące spod chusty przetłuszczone słomiane włosy. Guzy na jej dłoniach zdradzały artretyzm.

— Masz, kochanie, jajka od kur. Zdrowe, bo wiejskie. Odwiedzajcie mnie częściej. Ja tutaj taka samotna. Tworzycie piękną parę. A kiedy ślub? — Pytanie, puszczone niczym pocisk, rykoszetem szukało ujścia z dusznego i ciemnego pomieszczenia. Jolanta zapragnęła pooddychać świeżym powietrzem.

— Mamo, dosyć tego. To tylko koleżanka. Nie ma mowy o ślubie — powiedział Paweł. — Na razie o tym nie rozmawialiśmy… — poprawił się zdenerwowany.

— Sama widzisz, dziecko. Mam dobrego syna, ale mądrością nie grzeszy. Tak tylko pytam. Bo jakby co, muszę jaja zbierać, a sery i wędliny? Samo się nie zrobi.

W końcu wyszli na zewnątrz. Jolanta głęboko chłonęła świeże powietrze. Trawa wydawała się teraz bardziej zielona i soczysta.

— Przepraszam za matkę — odezwał się Paweł. — Jest trochę… — Jolanta widziała, że jest mu wstyd.

— Obcesowa? — roześmiała się, powoli odzyskując równowagę.

— To chyba dobre słowo — odrzekł po namyśle.

— Naprawdę, nie ma powodu do przeprosin. Nic się nie stało.

Jolanta była zdziwiona wylewnością kobiety, ale również faktem, że Paweł nie powiedział matce wcześniej, że są tylko znajomymi. Liczył na coś więcej?

— Jolu, mogę o coś zapytać? Ale nie gniewaj się, proszę — wyszeptał. — Nie potrafię dalej żyć w niepewności. Nie chcę w niej trwać.

— Brzmi poważnie. Pytaj. — Powietrze wokoło stawało się gęstsze.

— Czy zostaniesz moją narzeczoną? — W oczekiwanych od dawna słowach nie było romantyzmu.

Jolanta spojrzała na młodzieńca, po raz pierwszy, z zupełnie innej perspektywy. Patrzyła na okrągłą twarz, wylewający się brzuch i czuła, że przegrywa. Nie zobaczyła w nim zwykłego kolegi, ale o wiele atrakcyjniejszego mężczyznę niż rok temu. W jednym momencie zniknęły niedoskonałości, które ostatnio zaczęły jej przeszkadzać. Nie potrafiła odmówić.

— Czy to znaczy, że chcesz być ze mną na poważnie? — udała nieświadomą oczekiwań względem jej osoby.

— Chcę tego, bardzo — wybełkotał niewyraźnie.

— Zgadzam się — odezwała się w połowie drogi na przystanek.

Paweł nieśmiało wsunął rękę w jej dłoń, delikatnie pieszcząc opuszki palców. Milczeli. To był ich pierwszy kontakt, a jej pierwszy z mężczyzną. Sprawiał jej wiele radości, czuła, jak wyzwala się w niej kobieta. Tego popołudnia pozwoliła odprowadzić się do domu i nadstawiła nieśmiało policzek. Paweł ledwo go musnął. Rozmawiali mało, nie chcąc psuć nastroju. Pozwoliła się odprowadzić pod drzwi, a ostatecznie spontanicznie poprosiła, aby wszedł. Przedstawiła go pani Eugenii, która bacznie mu się przyglądała. Wypili herbatę, rozmawiając na luźne tematy. Gdy narzeczony opuścił kamienicę, Jolanta spytała:

— Co pani sądzi? Tylko szczerze, pani Eugenio. Pani jest niczym mama, potrzebuję pani opinii.

— Więc to dla niego tak się stroisz? — Skóra na twarzy gospodyni napięła się, odsłaniając sieci krzyżujących się zmarszczek.

Jolanta od jakiegoś czasu zamieniła czarne stroje na odważne, pastelowe kolory. Robiła to nieświadomie, przy okazji zmieniając uczesanie i dbając o wizerunek.

— Wypiękniałaś, dziecko. Miłość ci służy. A co do chłopca? Wydaje się rozsądnym młodzieńcem. Nie wygląda na takiego, co ma dziewczynę w każdym porcie. Nie znam przyszłości. Nie jestem wróżką.

— Co ma pani na myśli? — zapytała zaskoczona.

— Szczerze mówiąc, urodziwy to on może nie jest, ale to zaleta. Będziesz pewniejsza jego wierności, dziecko. Ma stałą pracę, nie pije i nie pali. Co mogę powiedzieć? Ostateczną decyzję podejmiesz sama.

— Boję się, pani Eugenio. Chcę mieć dobrego męża. A co będzie, kiedy okaże się inny po ślubie?

— Kochana, wszystkie się boimy. A potem żałujemy, że nie zrobiłyśmy tego, co nam dyktowało serce. Musimy podejmować ryzykowne decyzje.

— Pani jest taka mądra… — Jolanta dotknęła dłoni staruszki.

— To przychodzi z wiekiem i nazywa się doświadczeniem. Teraz przepraszam, kiepsko się czuję. Muszę się położyć. — Staruszka niezdarnie podniosła się z fotela.

Kobiety miały codzienny rytuał. Wstawały wcześnie, aby wspólnie wypić herbatę i powitać dzień. Każdego poranka na stole czekały dwie filiżanki w różyczki, a przy stole siedziała gospodyni. W poniedziałek Jolanta otworzyła oczy i odniosła wrażenie, że coś się wydarzyło. Była mocno podenerwowana. Nie myliła się. Tego poranka, na okrągłym stoliku nakrytym serwetą, nie było dwóch filiżanek. Zapukała do sypialni starszej pani. Brak odpowiedzi. Nerwowo nacisnęła klamkę. Eugenia leżała na wznak z otwartymi oczami. Patrzyła w sufit. Zmarszczki gdzieś zniknęły, a kolor skóry zlał się z materiałem, którym była przykryta. Atak serca był nagły, ale można go było przewidzieć. Niestety starsza pani nie uznawała lekarzy. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Jolanta czuła, że straciła najbliższą osobę.

Wkrótce po tym smutnym wydarzeniu Jolantę odwiedził syn zmarłej, który nigdy wcześniej nie bywał u chorej matki. W jego oczach jawiła się nieukrywana złośliwość. Zapowiedział lokatorce, że będzie płaciła dwukrotnie większy czynsz albo musi się wyprowadzić. Dostała dwa tygodnie na podjęcie decyzji. Nie wiedziała, co robić. Nie miała takich pieniędzy. Niechętnie opowiedziała o swoim problemie narzeczonemu.

W sobotni wieczór nieoczekiwanie zadzwonił domofon. Jolanta nie spodziewała się nikogo, ale podniosła słuchawkę, gotowa usłyszeć szorstki głos nowego właściciela kamienicy. Zdziwiło ją, że odezwał się Paweł. Pozwoliła mu wejść, ale już przez domofon zaznaczyła, że wizyta nie może się przedłużyć. Czuła zmęczenie. Potrzebowała odpoczynku w samotności. Został jednak na dłużej. W drzwiach wyciągnął dłoń z bukietem róż, w milczeniu przekroczył próg i klęknął. Jolanta patrzyła, jak mężczyzna bierze jej dłoń, całuje i pyta:

— Jolu, czy uszczęśliwisz mnie i zostaniesz moją żoną, na dobre i na złe?

***

Po południu dom błyszczał. Kicia była nakarmiona, a Jolanta miała czas dla siebie. Spojrzała na zegar. Dochodziła szesnasta. Wzięła do ręki telefon. Trzy nieodebrane połączenia? Pierwsze od syna, drugie od męża. Kolejne połączenie, to nieznany numer — kierunkowy wskazywał na Warszawę. Skupiła się na telefonach do rodziny, wybrała numer syna. Odebrał po drugim sygnale.

— Halo, mama? — W tle usłyszała mieszające się dźwięki i megafon zapowiadający odjazdy pociągów.

— Witaj, syneczku. Dzwoniłeś? Coś się stało? — zaniepokoiła się nie na żarty.

— Nie, mamo, nic się nie stało, ale dawno nie dzwoniłem i byłem ciekawy, co tam u ciebie. Więc? Co słychać? Tylko, mamusiu, szczerze. Jak Szymon?

— Przecież wiesz, że jest w porządku. Gdyby było inaczej, byłbyś pierwszą osobą, która by się o tym dowiedziała.

— Jak bieganie? Nie poddałaś się jeszcze? — Konrad doskonale znał jej słomiany zapał.

— W porządku. Dzisiaj pobiłam rekord o ponad dziewięćdziesiąt sekund. To przecież dużo — opowiadała, oparłszy się o ścianę.

— Wyszedłem na spacer, mam trochę wolnego. Jestem w okolicach dworca, bo czekam na kogoś. I właśnie wpadłem na pewien pomysł.

— Mam się bać zapytać? — Kobieta wolną ręką nalewała wodę mineralną do szklanki.

— Nie. To naprawdę nic strasznego. Pomyślałem, że byłoby fajnie, gdybyś przyjechała. Będę miał dużą niespodziankę.

Usłyszała w aparacie przerywany dźwięk. Zerknęła na wyświetlacz komórki. Pojawił się na nim numer stacjonarny ze strefy warszawskiej. Nie miała go w spisie kontaktów.

— Kochanie, przepraszam, ale ktoś do mnie dzwoni. Muszę odebrać.

— Pewnie jakiś Don Juan — odezwał się uszczypliwie. Matka znała go i wiedziała, że to nie do końca jest żart.

— Dziecko, nawet tak nie żartuj — skarciła syna. — Nie tak cię wychowałam.

— Pa, mamo — usłyszała głos, który wydawał się smutny.

Nie podzielała poczucia humoru syna, które było dla niej niezrozumiałe. Martwiło ją, że jej jedynak patrzy na innych z pewną wyższością i od jakiegoś czasu nie angażuje się już w pomoc w wolontariacie. Nie miała pojęcia, skąd takie zmiany. Zaczął wypowiadać się ironicznie o tych, którym jeszcze niedawno pomagał. Podejrzewała, że wpadł w złe towarzystwo, ale nie miała na to dowodów.

Jolanta z ociąganiem odebrała nieznane połączenie. Była zdziwiona, gdyż jej numer był zastrzeżony. Miała nadzieję, że telefonuje stęskniony mąż z magazynu albo hurtowni.

— Halo? — odezwała się, pozwalając sobie na nutę zalotności w głosie.

— Dzień dobry. Czy rozmawiam z panią Jolantą Kaletą? — Nie był to nikt z jej znajomych.

Zamarła. Od lat nie używała nazwiska po pierwszym mężu. Dziennikarz? Zbyt mało napsuli jej krwi? O co chodzi tym razem?

— Proszę pana, nie wiem kim pan jest, ale nie nazywam się Kaleta i jeżeli będzie mnie pan nękał telefonami, zadzwonię na policję. — Jej głos stał się drżący. Nie potrafiła kłamać.

— Pani nie rozumie. Ja nie je… — Nie dała mu skończyć. Wyłączyła telefon i rzuciła go na sofę.

Nasuwały się pytania, skąd ten człowiek miał jej numer i czego chciał. Nagle zamarła. Może coś się stało Szymonowi? Trzęsącymi się dłońmi wybrała ostatni numer. Po dwóch sygnałach ktoś odebrał. Poznała głos mężczyzny, który słyszała minutę wcześniej.

— Mówi Kaleta. Jolanta Kaleta, to znaczy nazywałam się tak po pierwszym mężu. Ktoś chwilę temu telefonował z tego numeru. — Przełknęła ślinę.

— Zgadza się. Niech się pani nie rozłącza. Mam pewne wiadomości…

— Coś z Szymonem?! — wykrzyczała do słuchawki.

— Słucham? — Mężczyzna był zaskoczony jej pytaniem.

— Pytam o męża. Co z nim? Miał wypadek?

— Jak się nazywa pani mąż? — usłyszała pytanie.

— Szymon Radosny. Jest…

— Chwileczkę. Przepraszam na moment… — Mężczyzna przerwał i Jolanta usłyszała, że rozmawia z jakąś osobą. Nie rozróżniała słów. Po chwili dotarł do niej jeszcze inny głos. Ogarniały ją coraz gorsze przeczucia. — Już jestem. Przepraszam, że musiała pani czekać. Jest tam pani? Halo? — Według jej odczuć mężczyzna nie należał do najcierpliwszych.

— Tak. Jestem. — Jolanta czuła, że pot oblepia jej ciało.

— Powiedziała pani, że Szymon Radosny to pani mąż. Potwierdza to pani? Więc chyba zaszła pomyłka. Poszukujemy Jolanty Kalety.

— To ja. Po prostu od lat nie używam tego nazwiska. O co chodzi?

— Może pani usiąść? To naprawdę ważne.

— Mogę, ale może mógłby się pan w końcu przedstawić? — denerwowała się coraz bardziej.

— Przepraszam, ale rozłączyła się pani i nie pozwoliła dokończyć. Nazywam się Robert Lewicki. Dzwonię z agencji detektywistycznej Lewicki i Partnerzy. Czy coś mówi pani ta nazwa?

— Państwa firma szukała mojego zmarłego męża. Ale to było lata temu.

— Który nazywał się…?

— Czego pan chce? Tamten temat uważam za zamknięty. Dlaczego pan dzwoni?

— Proszę spróbować się uspokoić i mnie wysłuchać. Oddychać głęboko. Jest prawdopodobne, że pani mąż żyje i ma się dobrze.

— Co pan powiedział? — Jolanta prawie upuściła telefon.

— To nie jest pewne. Pani Jolanto, czy jest pani w stanie przyjechać do Warszawy? Myślę, że to nie jest rozmowa na telefon. Sama pani rozumie. Pracujemy od poniedziałku do piątku…

— Tak, przyjadę. Adres znam. Do widzenia — rozłączyła się

Całkowicie rozbita, siedziała w kuchni na wysokim taborecie, wpatrując się w panoramiczne okno. Za szybą gałązki sosny doskonale komponowały się z tujami. Jak to możliwe? A może to dowcip? Ktoś miał wypaczone poczucie humoru. Musiała to sprawdzić. Przeszła do salonu, usadowiła się na sofie i otworzyła laptopa. Wpisała w wyszukiwarkę nazwę agencji detektywistycznej, z której usług w przeszłości korzystała. Wprawdzie nadal przechowywała rachunki sprzed lat z nazwą i adresem firmy, ale przecież zawsze mogli zmienić siedzibę i numer. Adres wyświetlił się błyskawicznie. Porównała numer telefonu. Ten sam. Więc, to nie jest głupi dowcip. Niestety, to nie była dobra wiadomość. Zaparzyła mocną sypaną kawę bez śmietanki. Siła przyzwyczajenia. Na większość ludzi kawa działa pobudzająco, na nią odwrotnie. Nie zwracała uwagi, że brzeg gorącego kubka, parzył zaciśnięte na nim palce.

***

Przy rozwodzie, rezygnując z orzekania o winie, dostała kilka milionów na konto, dom, nowy samochód i, jak to określała, „święty spokój”. Grażyna była atrakcyjną brunetką o kształtach modelki z okładki „Vogue” i tylko ona, jako jedyna z wąskiego grona znajomych, ośmielała się mówić otwarcie o niewierności Szymona. Oczywiście nie miała ku temu powodów, ale twierdziła tak na podstawie doświadczeń. Zapomniała o licznych zdradach, jakie dawała w pakiecie byłemu mężowi.

— Cześć, Grażynka. Mówi Jola. Jesteś mocno zajęta?

— Cześć. Widzę na wyświetlaczu, że ty, Jolka. Co z tobą? Coś się stało? Masz dziwny głos. — Grażyna zaniepokoiła się stanem przyjaciółki.

— Możesz wpaść na kawę? Chcę z kimś pogadać, a Szymek nie odbiera telefonu — łamał jej się głos.

— Ech, kobieca wiara w ideały. Będę za kwadrans, dobrze? Zaparz mi bez śmietanki. Trochę wystygnie i będzie w sam raz.

— To czekam, kochana.

Grażyna miała zwyczaj, wchodzić do domu bez pukania. Kobiety miały niepisaną zasadę, że jeżeli przyjaciółka ją zaprasza, to furtka i drzwi będą otwarte. Prawie nigdy nie bywała tu w obecności Szymona. Jolanta czuła, że jest między nimi pewien rodzaj napięcia i nie było to, bynajmniej, napięcie o podłożu seksualnym. Nie potrafiła tego określić. Przyjaciółka zawsze czuła się jak u siebie, pozwalała sobie na otwieranie lodówki i wyjadanie smakołyków. Gdy po dwudziestu minutach przyszła, zastała Jolantę w salonie, z nosem w komputerze.

— Jestem, ale upał. Padam z nóg. Cześć, Jolu — przywitała się, muskając policzek przyjaciółki. Ubrała się w koszulkę na ramiączkach i spodenki opinające kształtne uda. Jolanta wyczuła nowe perfumy.

— Ja w sumie również. Klimatyzacja na niewiele się zdaje.

Przyjaciółka, nie czekając na zaproszenie, wyciągnęła się na sofie, prostując nogi. Bez wątpienia była atrakcyjną kobietą. Jolanta skrycie wpatrywała się w jej żółte szpilki i pomalowane paznokcie u stóp.

— Jolka, coś się stało? Przez chwilę myślałam, że ktoś zmarł. Taki miałaś głos, jakby ci połowę rodziny wymordowali. Autentycznie. — Grażyna przyłożyła dłoń do piersi.

— W pewnym sensie to prawda.

— Pieprzysz… Przepraszam. — Grażyna wiedziała, że Jolanta nie toleruje brzydkiego słownictwa. — Co się stało? Mów w końcu — zżerała ją ciekawość. Usiadła, łącząc nogi i garbiąc się.

— Dostałam telefon z agencji, która wieki temu szukała Pawła. Pamiętasz, opowiadałam ci.

— Coś wspominałaś, ale pamiętam jak przez mgłę — odpowiedziała Grażyna i sięgnęła nerwowym gestem po chipsy, leżące w misce na ławie.

— Wyobraź sobie, że zadzwonili z wiadomością, że się odnalazł. Rozumiesz? Paweł podobno odnalazł się cały i zdrowy.

— Jaja sobie robisz? Ile to lat minęło? — Zmieniła pozycję, przekładając wydepilowane nogi i odsuwając miskę daleko od siebie.

— Za wiele. Przecież mam drugiego męża, nowy dom i życie… Grażyna, nie wiem, co robić. Mam mętlik w głowie — rozpłakała się.

— To musi być jakiś przekręt. A co na to Szymuś? — Grażyna wyglądała na mocno zdenerwowaną tym, co usłyszała.

— Szymek ma wyłączony telefon — westchnęła Jolanta. — Jeszcze o niczym nie wie.

— Mnie to jakoś nie dziwi. Nic a nic. Kobieto, kiedy ty w końcu przejrzysz na oczy? Za często ma wyłączony telefon, a przecież klienci dzwonią cały czas. Naprawdę jesteś taka naiwna?

— Sama nie wiem. Powtarza, że to wina sieci. Nie mam powodów, aby mu nie ufać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 38.42