Jurna Maryna
Wstęp
Przedstawienie kukiełkowe przeznaczone dla widzów dorosłych, osadzone w realiach dziewiętnastowiecznej polskiej wsi. Fabuła koncentruje się na komicznych perypetiach miłosnych Maryny, atrakcyjnej i pełnej temperamentu wieśniaczki, która staje się obiektem zalotów licznych mężczyzn z okolicy. Sztuka eksploruje tematy zazdrości, pożądania i obyczajowej hipokryzji w humorystycznym, farsowym stylu, z elementami subtelnej erotyki. Całość rozgrywa się na scenie teatru lalek, gdzie kukiełki o przesadzonych kształtach i ekspresyjnych gestach podkreślają komizm sytuacji. Czas trwania: około 60—90 minut. Muzyka tła: ludowe melodie polskie z epoki, grane na akordeonie lub skrzypcach.
Lista Postaci
— Maryna: Kukiełka o bujnych kształtach, w tradycyjnym stroju wieśniaczym (spódnica, chusta, obfity dekolt). Pełna wdzięku, zalotna i temperamentna.
— Maciej: Mąż Maryny, kukiełka o surowym wyglądzie, z widłami lub narzędziem rolniczym. Zazdrosny i porywczy, ale nieporadny.
— Jan: Młody wieśniak, przystojny zalotnik, kukiełka w koszuli i spodniach, z kwiatami w ręku.
— Piotr: Dojrzały wieśniak, sprytny i rubaszny, kukiełka z butelką wódki.
— Stanisław: Starszy wieśniak, bogaty gospodarz, kukiełka w bogatszym stroju, z sakiewką.
— Proboszcz: Kukiełka w sutannie, z krzyżem, hipokryta o łakomym spojrzeniu.
— Sąsiedzi: Dwie-trzy kukiełki epizodyczne (mężczyzna i kobieta), pełniące rolę chóru komentującego wydarzenia.
Uwagi Reżyserskie
— Ruchy kukiełek powinny być przesadzone: zalotne kołysanie bioder Maryny, zazdrosne machanie widłami Macieja, rubaszne gesty zalotników.
— Elementy dla dorosłych: Sugestywne westchnienia, aluzje do cielesności (np. „rozgrzać nie tylko serce”), ale bez wulgarności — komizm oparty na sytuacji.
— Scenografia: Proste, malowane tła, zmieniające się szybko między scenami dla dynamiki. Oświetlenie: ciepłe, wiejskie światło, z cieniem dla scen intymnych.
Akt I: Zaloty w cieniu chałupy
Scena 1: Wnętrze chałupy Maryny i Macieja
(Scena rozgrywa się we wnętrzu skromnej, wiejskiej chałupy z XIX-wiecznej Polski. Tło stanowi malowany pejzaż: drewniane ściany z belkami, piec gliniany w rogu, stół nakryty obrusem, okno z widokiem na pola i komin dymiący leniwie. Światło poranne wpada przez okno, oświetlając kukiełki w ciepłym, złotym blasku. Muzyka tła: delikatna, ludowa melodia na skrzypcach, sugerująca sielankę, lecz z nutą figlarności. Maryna, kukiełka o bujnych kształtach, ubrana w tradycyjną spódnicę, chustę na głowie i bluzkę z obfitym dekoltem, krząta się przy piecu, mieszając w garnku drewnianą łyżką. Jej ruchy są płynne i zalotne, z lekkim kołysaniem bioder. Maciej, kukiełka o surowym wyglądzie, z brodą i w prostym stroju rolniczym, pakuje narzędzia do worka — widły, sierp i kosę. Jego gesty są energiczne i nerwowe, podkreślające zazdrość.)
Maciej (z groźnym gestem, machając widłami w powietrzu, jakby odpędzał niewidzialnych rywali, głos głęboki i surowy, lecz z nutą komicznej przesady): Maryno, pilnuj się dziś w tej chałupie jak oka w głowie! Ci wieśniacy z okolicy kręcą się wokół ciebie jak muchy wokół świeżego miodu — a ja wiem, że miód ten jest słodszy niż u innych! Jeśli któryś podejdzie za blisko, rozłupię mu czaszkę tymi widłami, a resztę rozsypię po polu jako nawóz!
Maryna (z zalotnym uśmiechem, powoli poprawiając dekolt bluzki, co podkreśla jej kobiece kształty; odwraca się do Macieja z udawaną niewinnością, głos melodyjny i figlarny, z lekkim śmiechem na końcu): Ach, Macieju, mój drogi mężu, cóż ty wygadujesz takie okropności? Ja jestem wierna jak ta nasza stara krowa do obory — stoi tam spokojnie i nie patrzy na inne byki! Idź do pola, zajmij się pracą, a ja tu posprzątam i ugotuję coś pysznego. Przecież wiesz, że moje serce bije tylko dla ciebie… no, przynajmniej w większości przypadków.
(Maciej patrzy na nią podejrzliwie, kręcąc głową. Podnosi worek z narzędziami, ale zatrzymuje się w drzwiach, obracając się jeszcze raz. Kukiełka Macieja unosi widły groźnie, lecz komicznie, jakby celował w powietrze. Maryna odprowadza go wzrokiem, wachlując się chustą, co dodaje scenie lekkości i podtekstu.)
Maciej (z westchnieniem, ale wciąż z gniewnym tonem, wskazując widłami na okno): Wierzę ci, Maryno, ale oczy moje widzą, co się dzieje! Jan z sąsiedztwa patrzy na ciebie jak wilk na jagnię, Piotr przynosi wódkę częściej niż deszcz pada, a nawet ten bogaty Stanisław kręci się z sakiewką, jakby chciał kupić nie tylko ziemię! Pamiętaj, jestem zazdrosny jak diabeł o duszę — wrócę przed zmierzchem i sprawdzę, czy wszystko w porządku!
Maryna (podchodząc bliżej, kładąc dłoń na jego ramieniu z udawaną czułością, lecz jej oczy błyszczą figlarnie; głos słodki, lecz z nutą ironii): Oj, Macieju, ty mój strażniku! Wilki i jagnięta? Ja jestem lwica, nie jagnię! A ci panowie? To tylko sąsiedzi, co przychodzą po radę lub pożyczyć sól. Idź już, bo słońce wschodzi, a praca nie czeka. Obiecuję, że chałupa będzie czysta jak twoja sumienie po spowiedzi.
(Maciej kiwa głową, wciąż nieufny, ale wychodzi przez drzwi. Kukiełka Macieja znika za sceną, słychać oddalające się kroki i trzask drzwi. Maryna stoi chwilę nieruchomo, po czym wzdycha głęboko, jej kukiełka unosi piersi w geście tęsknoty i ulgi. Podchodzi do okna, wyglądając na pola, a jej ruchy stają się bardziej swobodne i zalotne. Muzyka tła cichnie, przechodząc w ciszę przerywaną ptasim świergotem — efekt dźwiękowy.)
Maryna (do siebie, z figlarnym mrugnięciem do publiczności, głos konspiracyjny i pełen humoru, jakby dzieliła się sekretem; obraca się twarzą do widowni, poprawiając włosy): Wierna? No, może nie do końca… Maciej myśli, że jestem jak ta krowa — spokojna i posłuszna. Ale co mąż ma wiedzieć, to jego strata! Życie na wsi jest nudne jak suchy chleb, a ja lubię dodać do niego trochę miodu… lub wódki, jeśli Piotr przyniesie. Ach, ciekawe, kto dziś zapuka do drzwi pierwszy? Jan z kwiatami czy może proboszcz z „błogosławieństwem”?
(Maryna śmieje się cicho, kukiełka wiruje lekko w tańcu, wracając do krzątania się przy piecu. Scena kończy się fade-outem światła, sugerującym upływ czasu. Przejście do następnej sceny następuje płynnie, z narastającą ludową melodią, budującą napięcie i humor.)
Scena 2: Podwórze przed chałupą
(Scena przenosi się na podwórze przed chałupą, gdzie tło stanowi malowany pejzaż wiejski: zielone pola ciągnące się w dal, kilka drzew owocowych, płot z wikliny i ścieżka prowadząca do wsi. Słońce świeci jasno, rzucając ciepłe cienie, co podkreśla sielankową, lecz pełną podtekstów atmosferę. Muzyka tła: żywa, ludowa melodia na akordeonie lub skrzypcach, z rytmicznym tańcem, budująca napięcie i humor. Maryna wychodzi z chałupy, niosąc kosz z praniem, jej kukiełka kołysze biodrami w zalotnym rytmie, podkreślając kobiece kształty. Nagle pojawia się Jan, młody wieśniak — kukiełka w luźnej koszuli, spodniach i kapeluszu, trzymająca bukiet polnych kwiatów. Jan podchodzi skradając się komicznie, jakby unikał niewidzialnych pułapek, co dodaje scenie elementu farsy. Kukiełki zaczynają tańczyć lekko w rytm melodii, wirując wokół siebie, zanim zaczną dialog.)
Jan (klękając przed Maryną z przesadnym gestem, tuląc bukiet kwiatów do piersi jak skarb; głos młody i entuzjastyczny, z nutą psotnego humoru, podkreślający komiczną naiwność): Piękna Maryno, twoje oczy błyszczą jak gwiazdy na letnim niebie, a twoje usta są słodsze niż miód z ula! Przyszedłem z tymi kwiatami, zerwanymi o świcie, by skraść choć chwilę twego cennego czasu… i może, jeśli los będzie łaskawy, coś więcej — na przykład uśmiech, który rozjaśni mój dzień, albo sekret, który rozgrzeje noc!
Maryna (śmiech kukiełkowy, melodyjny i zalotny, wachlując się chustą z udawaną skromnością; jej kukiełka odstawia kosz i kręci się lekko, jakby w tańcu, co buduje zainteresowanie i podkreśla figlarność; głos ciepły, z ironicznym podtekstem): Janie, ty niepoprawny psotniku! Maciej dopiero co wyszedł na pole, a ty już tu jesteś jak lis w kurniku. Kwiaty są piękne i świeże, to prawda — pachną jak wiosna po deszczu. Ale co by powiedział mój mąż, widząc cię klęczącego tu z takim bukietem? Chyba że… cóż, może wejdź do środka na chwilę, pokażę ci, jak wdzięczna potrafię być za taki gest. W końcu, kto by odmówił polnym kwiatom?
(Jan wstaje szybko, z komicznym entuzjazmem, podając bukiet Marynie. Ona wącha kwiaty z przesadnym westchnieniem, po czym oboje kierują się do drzwi chałupy, ich kukiełki poruszają się w zsynchronizowanym tańcu, podkreślającym chemię i humor. Wchodzą do środka, kukiełki znikają za drzwiami. Muzyka cichnie stopniowo, przechodząc w ciszę przerywaną efektami dźwiękowymi: śmiechami, westchnieniami i szelestem, sugerującmi intymne perypetie bez wulgarności, lecz z subtelnym erotycznym podtekstem. Po chwili, z boku sceny, pojawiają się Sąsiedzi — dwie lub trzy kukiełki epizodyczne: starszy mężczyzna w kapeluszu i kobieta w chustce, pełniący rolę chóru. Stoją z boku, kiwając głowami i gestykulując komicznie, jakby plotkowali za plecami bohaterów.)
Sąsiedzi (chórem, z rytmicznym kiwaniem głowami i machaniem rękami, głosy unisono, lecz z nutą rubasznego humoru i ironii, budzące ciekawość co do dalszych wydarzeń; ich kukiełki poruszają się w unisonie, podkreślając zbiorowy komentarz): Oj, Maryna, Maryna, jurna jak wiosenna łąka pełna kwiecia! Jan to szczęściarz, z kwiatami w garści i sercem w oczach, ale Maciej wróci z pola jak burza i będzie awantura na całą wieś! Co to będzie, gdy widły polecą w powietrze? Ach, te zaloty — słodsze niż miód, ale kłujące jak pszczoły!
(Sąsiedzi śmieją się cicho, ich kukiełki wirują w krótkim tańcu, po czym chowają się za płotem, sugerując dyskrecję. Muzyka tła wraca delikatnie, budując napięcie do następnej sceny. Scena kończy się fade-outem światła na podwórzu, z ostatnimi echem śmiechów z chałupy, co zachęca widza do antycypacji dalszych perypetii.)
Scena 3: Chałupa
(Scena powraca do wnętrza chałupy, z tym samym malowanym tłem: drewniane ściany, piec i stół. Światło jest nieco przyciemnione, sugerując upływ czasu od poprzedniej sceny, lecz wciąż ciepłe i intymne. Muzyka tła: wolniejsza, rubaszna melodia ludowa na akordeonie, z nutą figlarności, budująca atmosferę tajemnicy i humoru. Maryna wychodzi z bocznego pomieszczenia, rozczochrana — jej kukiełka ma potargane włosy pod chustą, bluzka lekko przekrzywiona, co podkreśla komiczną nieporadność po poprzednim spotkaniu. Poprawia się szybko, z zalotnym uśmiechem, gdy słyszy pukanie do drzwi. Piotr, dojrzały wieśniak — kukiełka o rubasznym wyglądzie, z wąsem, w luźnej koszuli i z butelką wódki w dłoni — puka energicznie, jego ruchy przesadzone i pełne wigoru, jakby tańczył w miejscu. Maryna otwiera drzwi, a kukiełki spotykają się w progu, wirując lekko w rytm melodii.)
Piotr (z rubasznym śmiechem, głębokim i wesołym, podając butelkę wódki z przesadnym ukłonem, jakby ofiarowywał skarb; głos pełen humoru, z nutą psotnej ironii, budzącej ciekawość co do jego intencji): Maryno, kochana, przyniosłem ci ten magiczny eliksir na samotność w tej pustej chałupie! Jedno pociągnięcie z tej butelki i zapomnisz o wszelkiej nudzie — rozgrzeje cię lepiej niż piec w zimie, a Maciej na polu nawet nie zauważy, że świat wiruje szybciej! No, weź łyk, zobaczysz, jak życie nabiera smaku… i może trochę rumieńców na tych pięknych policzkach.
Maryna (biorąc butelkę z figlarnym uśmiechem, pijąc mały łyk z przesadnym westchnieniem zadowolenia; jej kukiełka kręci głową, jakby eliksir naprawdę działał cuda, a głos melodyjny, z dowcipnym podtekstem, zachęcającym do dalszego rozwoju sceny): Piotrku, ty stary lisie, zawsze wiesz, jak rozgrzać nie tylko serce, ale i… resztę! Ten twój eliksir to prawdziwy cud — smakuje jak zakazany owoc z sadu proboszcza. Chodź no do środka, sprawdzimy razem, czy naprawdę działa na samotność, czy może tylko na wyobraźnię. W końcu, co to za eliksir, jeśli nie podzieli się nim z kimś, kto doceni jego moc?
(Oboje wchodzą głębiej do chałupy, kukiełki znikają za symboliczną zasłoną lub drzwiami wewnętrznymi. Muzyka cichnie, zastąpiona efektami dźwiękowymi: rubasznymi śmiechami, westchnieniami i brzękiem butelki, sugerującmi wesołe, intymne perypetie w stylu farsy, z subtelnym erotycznym humorem. Po chwili, z boku sceny, pojawiają się Sąsiedzi — te same kukiełki epizodyczne, chowające się za oknem lub płotem, gestykulujące konspiracyjnie i kiwające głowami, jakby podglądali wydarzenia.)
Sąsiedzi (chórem, z rytmicznym kiwaniem głowami i machaniem rękami, głosy unisono, lecz pełne rubasznego humoru i ironii, pobudzające zainteresowanie nadchodzącą awanturą; ich kukiełki tańczą lekko w miejscu, podkreślając zbiorowy komentarz): Oj, Maryna, Maryna, jurna jak rzeka w czasie powodzi! Piotr z wódką to mistrz eliksirów, rozgrzewa wszystko, co napotka, ale Maciej wróci z widłami i będzie burza większa niż po gromie! Co to będzie, gdy butelki potłuką się o podłogę? Ach, te zaloty — mocne jak gorzałka, ale zostawiają kaca na całą wieś!
(Sąsiedzi chowają się z powrotem, śmiejąc się cicho. Muzyka tła wraca delikatnie, narastając, by zbudować napięcie do końca aktu. Scena kończy się fade-outem światła wewnątrz chałupy, z ostatnimi echem westchnień, zachęcając widza do antycypacji dalszych intryg.)
Akt II: Intrygi i pokusy
Scena 1: Kościół wiejski
(Scena przenosi się do wnętrza wiejskiego kościoła z XIX-wiecznej Polski, z malowanym tłem przedstawiającym proste drewniane ławki, ołtarz z krzyżem, witraże w oknach rzucające kolorowe cienie i ambonę w centralnym punkcie. Światło jest stonowane, imitujące blask świec, co nadaje atmosferze pozór pobożności, lecz z nutą tajemniczości. Muzyka tła: cicha, organowa melodia religijna, stopniowo przechodząca w figlarne nuty ludowe, budująca kontrast między świętością a pokusą. Proboszcz, kukiełka w czarnej sutannie z białym kołnierzykiem i krzyżem na piersi, stoi na ambonie, gestykulując z fałszywą powagą, lecz jego wzrok błądzi po pustym kościele, jakby szukał grzeszników. Nagle wchodzi Maryna — jej kukiełka kołysze biodrami w zalotnym rytmie, podkreślając kobiece kształty pod tradycyjnym strojem; niesie modlitewnik, ale jej ruchy są pełne wdzięku i prowokacji, kontrastując z otoczeniem. Proboszcz zauważa ją natychmiast, schodząc z ambony z przesadną pobożnością, jego kukiełka potyka się lekko dla komicznego efektu.)
Proboszcz (schodząc z ambony z fałszywą pobożnością, składając dłonie w modlitwie, lecz jego oczy błyszczą łakomie; głos głęboki i kaznodziejski, z nutą rubasznego humoru, budzącego ciekawość co do jego prawdziwych intencji): Dziecko moje, Maryno, wchodzące do tej świątyni jak anioł… choć widzę w tobie duszę pełną grzesznych pokus, które kuszą nawet świętych! Twoje kroki brzmią jak szept diabła w uchu, a ja, jako pasterz tej trzody, muszę cię uratować. Przyjdź do plebanii na spowiedź… prywatną, gdzie nikt nie przeszkodzi nam w walce z tymi demonami. W końcu, grzechy trzeba wyznać w ciszy, by nie zgorszyć owieczek!
Maryna (z udawaną skromnością, klękając lekko przed ołtarzem, lecz zalotnie poprawiając chustę na dekolcie; jej kukiełka kręci się delikatnie, jakby w tańcu modlitewnym, głos słodki i figlarny, z ironicznym podtekstem, pobudzającym zainteresowanie nadchodzącą intrygą): Ojcze proboszczu, wasza świątobliwość, moje grzechy są liczne jak gwiazdy na niebie — i równie kuszące! Ale jak mam się spowiadać, gdy sama myśl o pokusach rozgrzewa serce? Może pomodlimy się razem w tej plebanii, by wybłagać przebaczenie… lub przynajmniej sprawdzić, czy modlitwa naprawdę działa cuda? W końcu, co to za spowiedź bez odrobiny pokuty, która zadowoli i duszę, i… inne części?
(Proboszcz kiwa głową z przesadną aprobatą, podając Marynie ramię; ich kukiełki poruszają się w zsynchronizowanym, komicznym tańcu, przechodząc do bocznego wyjścia symbolizującego plebanię. Znikają za symboliczną zasłoną lub drzwiami. Muzyka organowa cichnie, zastąpiona efektami dźwiękowymi: modlitewnymi westchnieniami „Ojcze nasz…", przechodzącymi stopniowo w rubaszne śmiechy i szepty, sugerującmi hipokryzję i intymne perypetie w stylu farsy, z subtelnym humorem erotycznym. Po chwili, z boku sceny, pojawiają się Sąsiedzi — kukiełki epizodyczne, chowające się za ławką kościelną, szepczące konspiracyjnie i gestykulujące z przesadą, jakby plotkowali podczas mszy.)
Sąsiedzi (chórem, z rytmicznym kiwaniem głowami i machaniem rękami, głosy unisono, pełne ironii i rubasznego humoru, wzbudzającego ciekawość co do konsekwencji tych „modlitw”; ich kukiełki wirują lekko w miejscu, podkreślając zbiorowy komentarz): Proboszcz święty? Ha, święty w sutannie, a diabeł w oczach i spodniach! Maryna go owinie wokół palca jak różaniec wokół szyi. Co to będzie, gdy Maciej dowie się o tej „spowiedzi”? Awantura w kościele większa niż na jarmarku! Ach, te pokusy — słodsze niż hostia, ale gryzą jak sumienie po grzechu!
(Sąsiedzi chowają się z powrotem, śmiejąc się cicho. Muzyka tła wraca delikatnie, narastając w figlarne nuty, by zbudować napięcie do następnej sceny. Scena kończy się fade-outem światła w kościele, z ostatnimi echem westchnień z plebanii, zachęcając widza do antycypacji dalszych intryg.)
Scena 2: Pole
(Scena rozgrywa się na otwartym polu uprawnym, z malowanym tłem ukazującym złociste kłosy zboża, odległy las, wiejską drogę i horyzont z dymiącymi kominami chałup. Słońce stoi wysoko, światło jest jasne i gorące, podkreślające trud pracy i kontrast z intrygami. Muzyka tła: spokojna, powolna melodia ludowa na skrzypcach, imitująca żniwa, lecz z lekkim niepokojem w tonacji. Maciej, kukiełka o surowym wyglądzie, w koszuli z podwiniętymi rękawami, pracuje sierpem — jego ruchy są energiczne, ale coraz bardziej nerwowe. Co chwilę przerywa, ociera czoło, rozgląda się podejrzliwie. W tle pojawiają się Sąsiedzi — dwie kukiełki epizodyczne: starszy mężczyzna z kosą i kobieta z motyką — niby pracują, ale głównie plotkują, zbliżając się stopniowo do Macieja, by rzucać kąśliwe uwagi. Ich gesty są przesadzone, pełne komicznego udawania niewinności.)
Maciej (machając sierpem z większą siłą niż potrzeba, głos burkliwy, pełen narastającej irytacji; kukiełka zatrzymuje się, opiera na kosie i patrzy w stronę wsi): Coś mi tu nie gra… Zbyt cicho w chałupie, zbyt długo Maryna sama. Zawsze jak wychodzę, to wracam, a tam albo kwiaty na stole, albo zapach wódki w powietrzu. A dziś rano patrzyła na mnie tak, jakby już wiedziała, że wrócę później…
(Sąsiedzi podchodzą bliżej, udając, że koszą lub motykują, lecz ich kukiełki nachylają się konspiracyjnie w stronę Macieja.)
Sąsiad (mężczyzna) (z udawaną troską, lecz z szerokim, złośliwym uśmiechem; głos rubaszny, przeciągany dla efektu komicznego): Ej, Macieju, coś ty taki markotny? Zboże rośnie, słońce grzeje, a ty siekasz jak wilk, co zgubił owcę. Co cię gryzie, bracie?
Maciej (odwracając się gwałtownie, z sierpem w dłoni; głos groźny, ale z nutą niepewności): Nic mnie nie gryzie… jeszcze. Ale oczy mam otwarte. Widziałem, jak Jan wczoraj kręcił się koło mojej chałupy z tymi swoimi kwiatkami. A Piotr? Co dzień nowa butelka, jakby chciał utopić moją żonę w gorzałce!
Sąsiadka (kobieta) (z chichotem, wachlując się chustą; jej kukiełka kręci biodrami na niby, naśladując Marynę): Oj, Macieju, Macieju… Maryna to nie krowa, co sama stoi w oborze. Jak kwiat — przyciąga pszczoły. A pszczół u nas pełno. Wczoraj widziałam, jak Stanisław z sakiewką szedł w stronę waszej zagrody. Mówił, że pożyczyć mąkę… ale sakiewka mu brzęczała głośniej niż mąka.
Maciej (zaciskając pięść na sierpie, kukiełka prostuje się groźnie; głos rośnie w gniewie, lecz z komiczną bezradnością): Stanisław? Ten stary cap z workiem srebra? Myśli, że za monety kupi moją żonę jak cielę na targu? A proboszcz? Słyszałem, że Maryna chodziła do spowiedzi… w środku tygodnia! Co tam można spowiadać w środku tygodnia?!
Sąsiad (mężczyzna) (z udawanym zdziwieniem, unosząc ręce; głos pełen fałszywej niewinności, ale z błyskiem w oku): No cóż… grzechy bywają różne. Jedne trzeba wyznawać szybko, zanim ostygną. A proboszcz… on ma rękę do dusz… i nie tylko do dusz, jak gadają.
Sąsiadka (kobieta) (nachylając się bliżej, szeptem, lecz na tyle głośno, by Maciej usłyszał; kukiełka gestykuluje konspiracyjnie): Wczoraj po południu widziałam, jak Maryna wracała z plebanii. Policzki miała jak jabłka, a chusta przekrzywiona. Modlitwa musiała być gorąca… bardzo gorąca.
Maciej (rzucając sierp na ziemię z hukiem; kukiełka miota się w miejscu, chwytając się za głowę): Dość! Dość tego! Muszę sprawdzić, co się tam dzieje, zanim cała wieś będzie mi się śmiać za plecami! Jeśli znajdę tam choć jednego z tych łajdaków… widły pójdą w ruch, a potem kościelny dzwon będzie bił na alarm!
(Maciej podnosi sierp i widły, które leżały obok, i rusza energicznie w stronę wsi. Jego kukiełka maszeruje zamaszyście, z gniewnym wyrazem twarzy. Sąsiedzi zostają na polu, wymieniając spojrzenia.)
Sąsiedzi (chórem, z rytmicznym kiwaniem głowami i cichym śmiechem; głosy unisono, pełne złośliwej radości): Oj, Maciej idzie jak burza na żniwa!
Zobaczymy, kogo zastanie w chałupie — kwiaty, wódkę, złoto czy sutannę!
Maryna jurna, a mąż zazdrosny — będzie ogień na całą wieś!
(Muzyka tła narasta, przechodząc w szybszy, dramatyczny rytm ludowy. Maciej znika za krawędzią sceny, kierując się w stronę chałupy. Sąsiedzi chowają się za kłosami, śmiejąc się i gestykulując. Scena kończy się fade-outem światła na polu, z ostatnim dźwiękiem dzwoniących monet i westchnień w tle, budującym napięcie przed kolejną sceną.)
Scena 3: Chałupa
(Scena powraca do wnętrza chałupy Maryny i Macieja, z malowanym tłem przedstawiającym znajome drewniane ściany, piec i stół, teraz oświetlone popołudniowym światłem wpadającym przez okno, co nadaje atmosferze ciepła i tajemnicy. Muzyka tła: lekka, melodyjna ludowa pieśń na fujarce, z nutą chciwości i figlarności, budująca napięcie intrygi. Maryna, kukiełka o bujnych kształtach, siedzi przy stole, poprawiając chustę i nucąc pod nosem, gdy słyszy pukanie do drzwi. Stanisław, starszy wieśniak i bogaty gospodarz — kukiełka w bogatszym stroju, z kapeluszem i sakiewką pełną monet wiszącą u pasa — wchodzi z przesadną pewnością siebie, rozsypując kilka monet na podłogę dla efektu. Jego ruchy są powolne i ostentacyjne, podkreślające status. Maryna wstaje z zainteresowaniem, jej kukiełka kołysze biodrami, witając go z zalotnym uśmiechem. W tle, za oknem lub drzwiami, czai się Maciej — jego kukiełka ukryta, podglądająca scenę z komiczną dyskrecją, dodającą elementu napięcia i humoru.)
Stanisław (rozrzucając monety po podłodze z głośnym brzękiem, gestykulując szeroko sakiewką; głos głęboki, pełen fałszywej hojności, z nutą rubasznego humoru, wzbudzającego ciekawość co do jego prawdziwych zamiarów): Maryno, perło tej ubogiej wsi, za twoje wdzięki i te kuszące kształty zapłacę hojnie — oto złoto, które sypie się jak deszcz na suszę! Pozwól mi być twym mecenasem… cielesnym, bo cóż warte jest bogactwo, jeśli nie dzieli się nim z kimś, kto rozgrzeje duszę i sakiewkę jednocześnie? Weź te monety i zobacz, jak moja hojność może zmienić zwykły dzień w złotą przygodę!
Maryna (zbierając monety z podłogi z figlarnym śmiechem, kukiełka wiruje lekko, jakby tańczyła z nimi; głos melodyjny i zalotny, z ironicznym podtekstem, pobudzającym zainteresowanie nadchodzącymi perypetiami): Stanisławie, ty bogaczu o złotym sercu… i sakiewce! Twoja hojność jest kusząca jak jabłko w raju — słodka i pełna pokus. Wejdź no głębiej do chałupy, pokażę ci, co naprawdę warte jest twego złota. W końcu, monety to tylko metal, ale wdzięki? One potrafią stopić nawet najtwardszy kruszec… i może coś więcej!
(Oboje zbliżają się do siebie, kukiełki poruszają się w zsynchronizowanym, komicznym tańcu, z brzękiem monet i zalotnymi gestami. Znikają za symboliczną zasłoną lub w głębi chałupy. Muzyka cichnie, zastąpiona efektami dźwiękowymi: rubasznymi śmiechami, westchnieniami i dalszym brzękiem monet, sugerującmi chciwe, intymne zaloty w stylu farsy, z subtelnym humorem erotycznym. Maciej, czający się za sceną, wychyla głowę coraz bardziej, jego kukiełka wyraża zazdrość przez przesadzone gesty — machanie widłami w powietrzu i ciche pomrukiwanie. Po chwili, z boku sceny, pojawiają się Sąsiedzi — kukiełki epizodyczne, chowające się za oknem, szepczące i gestykulujące z przesadą, dodając warstwę zbiorowego komentarza.)
Sąsiedzi (chórem, z rytmicznym kiwaniem głowami i machaniem rękami, głosy unisono, pełne ironii i rubasznego humoru, wzbudzającego ciekawość co do reakcji Macieja; ich kukiełki tańczą lekko w miejscu, podkreślając plotkarski ton): Stanisław z sakiewką, Maryna z uśmiechem — złoto sypie się jak groch na ścianę! Ale Maciej czai się jak lis w norze, widły w dłoni, zazdrość w oku. Co to będzie, gdy monety przestaną brzęczeć, a widły polecą? Ach, te zaloty — błyszczące jak złoto, ale kłujące jak ciernie w sakiewce!
(Maciej, nie mogąc wytrzymać, wychodzi z ukrycia lekko, ale scenę przerywa fade-out światła wewnątrz chałupy, z ostatnimi echem brzęku monet i westchnień. Muzyka tła narasta delikatnie, przechodząc w napięty rytm, budując antycypację kulminacji aktu. Maciej pozostaje w cieniu, gotowy do interwencji w kolejnej scenie.)
Akt III: Kulminacja i rozwiązanie
Scena 1: Chałupa
(Scena rozgrywa się we wnętrzu chałupy Maryny i Macieja, lecz teraz przestrzeń wydaje się ciasna i pełna napięcia. Tło pozostaje znajome — piec, stół, drewniane ściany — ale światło jest jaśniejsze, popołudniowe, wpadające przez okno i drzwi, co podkreśla chaos nadchodzącej konfrontacji. Muzyka tła: szybka, nerwowa melodia ludowa na akordeonie, z przyspieszonym tempem, imitująca galopowanie wydarzeń. Drzwi chałupy są szeroko otwarte. Na środku sceny stoi Maryna, otoczona przez czterech zalotników: Jana z resztkami bukietu, Piotra z niedopitą butelką, Stanisława z sakiewką w dłoni i Proboszcza, który próbuje wyglądać godnie, lecz nerwowo poprawia sutannę. Kukiełki tłoczą się, popychają, gestykulują przesadnie — powstaje komiczny ścisk, w którym każdy chce być najbliżej Maryny. Maryna stoi pośrodku, z figlarnym uśmiechem, jakby dyrygowała tym całym zamieszaniem.)
Jan (unosząc resztki zwiędłych kwiatów, próbując przepchnąć się do przodu; głos młody, lekko spanikowany, ale wciąż romantyczny): Maryno, jestem pierwszy! Ja tu stałem od rana z sercem i kwiatami — reszta to intruzi!
Piotr (machając butelką, rozlewając kilka kropel; głos rubaszny, lekko ochrypły): Pierwszy? A ja przyniosłem eliksir, który rozgrzewa lepiej niż twoje westchnienia! Bez wódki to tylko puste gadanie, Janek!
Stanisław (potrząsając sakiewką, monety brzęczą głośno; głos pewny siebie, z nutą pogardy dla reszty): Eliksir? Kwiatki? Panowie, tu trzeba solidnego argumentu! Złoto mówi głośniej niż wasze westchnienia i gorzałka razem wzięte. Maryno, spójrz — oto prawdziwa wartość!
Proboszcz (próbując zachować powagę, unosząc krzyż, lecz głos drży lekko; stara się brzmieć duchowo, ale wychodzi komicznie): Bracia, opamiętajcie się! To dom Bożego stworzenia! Maryno, przyjdźmy do rozumu… ja przyniosłem przebaczenie grzechów i… eee… specjalne błogosławieństwo. Tylko dla ciebie. Prywatne.
Maryna (wirując powoli między nimi, z zalotnym śmiechem; kukiełka kołysze biodrami, ręce rozłożone jakby obejmowała wszystkich naraz; głos melodyjny, pełen figlarnej ironii): Panowie, panowie, nie kłóćcie się jak koguty o jedną kokoszkę! Dla każdego znajdzie się chwila… Janek dostanie buziak za kwiatki, Piotr kieliszek wdzięczności, Stanisław garść pieszczot za złoto, a ojciec proboszcz… cóż, dla niego zostanie najdłuższa modlitwa wieczorna. Wszyscy jesteście tacy mili, gdy się bijecie o moją uwagę!
(Zalotnicy zaczynają się przepychać mocniej — Piotr niechcący wylewa wódkę na sutannę Proboszcza, Stanisław upuszcza sakiewkę, monety rozsypują się po podłodze, Jan próbuje podnieść kwiaty, które ktoś zdeptał. Chaos osiąga szczyt. Nagle w progu pojawia się Maciej — kukiełka z widłami uniesionymi wysoko, oczy płoną zazdrością. Wszyscy zamierają w komicznych pozach: Jan z jednym kwiatem w zębach, Piotr z butelką przy ustach, Stanisław na kolanach zbierający monety, Proboszcz z mokrą sutanną i krzyżem w górze.)
Maciej (rycząc, głos grzmiący, pełen gniewu i komicznej przesady; wchodzi zamaszyście, widły błyszczą w świetle): CO TU SIĘ, DO DIABŁA, DZIEJE?! Maryno, ty niewierna pokuszo! A wy… wy stado capów w ludzkiej skórze! Jan z zwiędłym badylem, Piotr z gorzałką, Stanisław z sakiewką i… i TY, PASTORZE?! W MOJEJ CHAŁUPIE?! Z KRZYŻEM I MOKRĄ SUTANNĄ?!
Proboszcz (próbując wstać godnie, lecz ślizga się na monetach; głos piskliwy): Macieju… to… to tylko duchowa opieka! Spowiedź… przedłużona… dla dobra duszy!
Piotr (odstawiając butelkę, cofając się): Spokojnie, Maciej… to tylko kieliszek… dwa… trzy…
Stanisław (wciąż na kolanach, zgarniając monety): Ja tylko… pożyczyć chciałem… mąkę…
Jan (z kwiatkiem w dłoni, cofając się ku ścianie): Ja… ja tylko chciałem… oddać serce…
Maryna (podchodząc powoli do Macieja, z niewinnym uśmiechem; głos słodki, uspokajający, lecz z błyskiem w oku): Macieju, mój drogi, zazdrosny strażniku… to tylko żarty. Przyszli po radę… miłosną. Pożyczyć trochę ciepła w chłodny dzień. Nic więcej. Widzisz? Nawet proboszcz tu jest — to musi być niewinne!
Maciej (patrząc na nią, potem na zalotników; widły powoli opadają; głos wciąż groźny, ale z nutą wahania): Niewinne? Z wódką, złotem, kwiatami i sutanną w mojej chałupie? Maryno… albo jesteś najsprytniejszą kobietą w powiecie, albo ja jestem największym głupcem pod słońcem.
(Zalotnicy zaczynają się wycofywać tyłem ku drzwiom — komicznie potykając się o monety, butelkę i własne nogi. Proboszcz robi znak krzyża nad sobą i innymi. Muzyka osiąga crescendo, po czym gwałtownie milknie, zostawiając tylko odgłosy ucieczki — tupot, brzęk monet i westchnienia ulgi.)
(Scena kończy się, gdy zalotnicy znikają za drzwiami. Maryna i Maciej zostają sami na środku chałupy, otoczeni rozsypanymi monetami, zwiędłym kwiatem i kałużą wódki. Światło nieco przygasa, przygotowując grunt pod finałową rozmowę.)
Scena 2: Awantura
(Wnętrze chałupy. Chaos osiągnął apogeum. Monety Stanisława wciąż toczą się po podłodze, kałuża wódki Piotra lśni w świetle lampy, zdeptane resztki bukietu Jana leżą w kącie, a sutanna Proboszcza ocieka alkoholem. Kukiełki zalotników stoją w groteskowych, zamrożonych pozach — każdy próbuje wyglądać niewinnie, jednocześnie cofając się w stronę drzwi. Maciej stoi na środku, widły uniesione jak proporzec gniewu. Maryna pozostaje spokojna, z rękami założonymi pod biustem, obserwując zamieszanie z lekkim, figlarnym uśmiechem. Muzyka tła: gwałtowna, przyspieszona melodia ludowa na skrzypcach i bębnach, imitująca bijatykę i galimatias, z nagłymi zgrzytami smyczka dla podkreślenia komicznych momentów.)
Maciej (obracając się powoli, wskazując widłami kolejno na każdego; głos grzmiący, ale z komiczną modulacją gniewu i niedowierzania):
Patrzcie no, co tu mamy!
Jan — rycerz zwiędłego rumianku!
Piotr — rycerz niedopitej butelki!
Stanisław — rycerz rozsypanej sakiewki!
I… i WASZA ŚWIĄTOBLIWOŚĆ — rycerz mokrej sutanny i fałszywej pobożności!
Czy ja śnię, czy naprawdę cała wieś postanowiła urządzić w mojej chałupie jarmark wdzięków mojej żony?!
Proboszcz (próbując wyprostować się godnie, lecz ślizga się na monecie i chwyta stołu; głos piskliwy, spanikowany):
Macieju, synu mój… to nieporozumienie! Ja tu jedynie… eee… prowadziłem egzorcyzmy! Tak! Walka z szatanem pokusy! Maryna jest… bardzo opętana… bardzo gorąco opętana!
Piotr (unosząc ręce w geście kapitulacji, butelka wciąż w dłoni):
Spokojnie, Maciej, spokojnie… ja tylko przyniosłem lekarstwo na… na reumatyzm! Maryna narzekała, że ją w krzyżu łapie… no to ja… no to ja łapałem… to znaczy pomagałem!
Stanisław (klęcząc nadal, zgarniając monety do sakiewki drżącymi rękami):
To tylko biznes, Maciej! Pożyczałem… eee… inwestowałem w… w przyszłość waszej rodziny! Maryna miała być… eee… lokatą! Bardzo dochodową lokatą!
Jan (z jednym ocalałym kwiatkiem w dłoni, cofając się tyłem ku drzwiom):
Ja… ja tylko chciałem… oddać hołd jej urodzie… jak ryba oddaje hołd rzece… to znaczy… jak poeta oddaje hołd muzie… to znaczy… ratujcie mnie!
Maciej (robi krok naprzód, widły drżą w powietrzu; głos nabiera jeszcze większej siły):
Dość tych bajek!
Albo wyjdacie stąd na własnych nogach, albo wyniosę was na widłach jak snopy z pola!
A ty, Maryno… ty mi zaraz powiesz, co tu naprawdę się działo!
Maryna (podchodzi do Macieja powoli, z niewinnym wyrazem twarzy; głos spokojny, melodyjny, z nutą figlarnej ironii):
Macieju… mój drogi, zazdrosny olbrzymie… spójrz na nich.
Jeden z zwiędłym badylem, drugi z pustą butelką, trzeci z pustą sakiewką, a czwarty z mokrą sutanną.
Czy naprawdę myślisz, że mogłabym zamienić ciebie — solidnego chłopa z widłami — na tę bandę nieudaczników?
(Zalotnicy wymieniają spojrzenia. Proboszcz kiwa głową z przesadną energią, jakby chciał potwierdzić te słowa. Piotr kiwa się w rytm kiwania Proboszcza. Stanisław wciąż zbiera monety.)
Maryna (kładzie dłoń na ramieniu Macieja, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu, słyszalnego jednak dla wszystkich):
Oni przyszli… podziwiać.
Ja ich tylko… edukowałam.
Jak bardzo nie dorastają ci do pięt… a nawet do cholewy twoich butów.
Maciej (spogląda na nią, potem na zalotników; widły powoli opadają):
Edukowałaś…
Maryna (mruga figlarnie do publiczności, potem patrzy na Macieja z udawaną powagą):
Tak. Pokazywałam im, czym jest prawdziwy mężczyzna.
I jak bardzo nie są w stanie nim być.
(Zalotnicy zaczynają się wycofywać jeszcze szybciej — komicznie potykając się o progi, monety, butelkę i własne nogi. Proboszcz robi znak krzyża nad uciekającymi, jakby ich egzorcyzmował. Piotr salutuje butelką na pożegnanie. Stanisław wybiega, trzymając sakiewkę przy piersi jak tarczę. Jan rzuca ostatni zwiędły kwiatek w stronę Maryny.)
Jan (już w progu, z desperacją):
Maryno… ja jeszcze wrócę… z nowymi kwiatami!
Piotr (znikając za drzwiami):
I z nową butelką!
Stanisław (z oddali):
I z większą sakiewką!
Proboszcz (ostatni, poprawiając sutannę):
I z… lepszą spowiedzią!
(Drzwi trzaskają. Cisza. Tylko odgłosy oddalającego się tupotu i brzęku monet. Muzyka zwalnia, przechodząc w spokojniejszy, ironiczny motyw. Maciej i Maryna zostają sami pośrodku bałaganu — rozsypane monety, kałuża wódki, zwiędłe płatki.)
Maciej (patrząc na pobojowisko, potem na Marynę; głos już spokojniejszy, choć wciąż z nutą podejrzliwości):
I co teraz, Maryno? Mam posprzątać po twojej… edukacji?
Maryna (uśmiecha się szeroko, podchodzi bliżej i kładzie dłonie na jego piersi):
Nie trzeba, Macieju.
Zostaw to.
Niech wieś ma o czym opowiadać przez najbliższe dziesięć lat.
(Oboje patrzą na siebie. Maciej wzdycha ciężko, ale kącik ust mu drga. Scena powoli przygasa, przechodząc w ostatnią, intymną wymianę spojrzeń przed finałem.)
Scena 3: Finał. Chałupa
(Wnętrze chałupy po burzy. Podłoga usłana monetami, zwiędłymi płatkami kwiatów, pustą butelką i mokrymi śladami po sutannie Proboszcza. Światło wieczorne, ciepłe, wpadające przez okno, łagodzi chaos i nadaje scenie odrobinę intymności. Muzyka tła: spokojna, melancholijna melodia ludowa na skrzypcach, z delikatnym akompaniamentem akordeonu — tonacja majorowa, lecz z lekkim westchnieniem w podkładzie. Zalotnicy zniknęli. Na środku stoją tylko Maciej i Maryna. Maciej opiera widły o ścianę — gest niemal ceremonialny. Maryna poprawia chustę, ale nie spieszy się z porządkiem. Oboje patrzą na pobojowisko, potem na siebie. Cisza trwa kilka sekund, przerywana jedynie odległym szczekaniem psa i śpiewem świerszcza — efekty dźwiękowe.)
Maciej (wzdycha ciężko, przeczesuje dłonią włosy; głos wciąż lekko burkliwy, ale już bez gniewu — raczej zmęczony i zrezygnowany):
No i co, Maryno…
Zostało po nich złoto, wódka i mokre wspomnienia.
A ja stoję tu jak ten chłop, co pilnował stodoły, a ktoś mu kury powyciągał.
Powiedz mi szczerze…
Czy ja naprawdę jestem taki ślepy, czy ty jesteś aż tak sprytna?
Maryna (podchodzi bliżej, powoli, z lekkim uśmiechem; kukiełka kołysze się delikatnie, ręce splecione przed sobą):
Ani jedno, ani drugie, Macieju.
Ty nie jesteś ślepy — po prostu patrzysz na mnie tak mocno, że czasem nie widzisz reszty świata.
A ja… ja po prostu lubię, jak na mnie patrzą.
To nie grzech.
Grzechem byłoby udawać, że mi to nie schlebia.
Maciej (spogląda na nią spod oka, potem na rozsypane monety):
Schlebia ci, powiadasz.
A mnie to wszystko wygląda jak jarmark, na którym sprzedajesz uśmiechy na wagę.
Maryna (z figlarnym błyskiem w oku, zniża głos do konspiracyjnego szeptu):
Sprzedaję? Nie, kochany.
Ja tylko wypożyczam… na bardzo krótki termin.
I zawsze wracam do właściciela.
Do tego jedynego, który ma prawo do całego kompletu.
(Robi krok jeszcze bliżej, kładzie dłoń na jego przedramieniu. Kukiełka Macieja lekko się prostuje.)
Maciej (patrzy na jej dłoń, potem na nią; głos mięknie, choć wciąż brzmi podejrzliwie):
Komplet, powiadasz…
A co z tymi wszystkimi „pożyczkobiorcami”?
Jan z kwiatkami, Piotr z gorzałką, Stanisław ze złotem, a proboszcz… no, z tym już w ogóle nie wiem, jak nazwać.
Maryna (uśmiecha się szerzej, niemal psotnie):
Oni dostali tylko próbki.
Małe łyżki miodu, żeby wiedzieli, jak smakuje.
Ale cały ul… cały ul należy do ciebie, Macieju.
I zawsze będzie należał.
(Cisza. Maciej patrzy na nią długo. W końcu wzdycha — tym razem z ulgą.)
Maciej (odkłada widły całkowicie, siada ciężko na ławie; głos już spokojny, niemal czuły):
Wiesz co, Maryno…
Jakbyś była choć trochę mniej ładna, to może bym miał lżej.
Ale tak… to chyba muszę cię pilnować do usranej śmierci.
Maryna (siada obok niego, opiera głowę na jego ramieniu; głos ciepły, z nutą figlarności):
Pilnuj, pilnuj.
Lubię, jak jesteś zazdrosny.
To znaczy, że ci zależy.
A jak ci zależy… to ja też mogę być grzeczniejsza.
Przynajmniej przez jakiś czas.
Maciej (uśmiecha się po raz pierwszy w całej sztuce — szeroko, szczerze; kukiełka unosi brew w komicznym zdziwieniu):
Przez jakiś czas?
To ile mam czasu, zanim znowu zaczniesz „edukować” sąsiadów?
Maryna (mruga do publiczności, potem patrzy na Macieja z udawaną powagą):
Tydzień.
Może dwa.
Jak będziesz bardzo miły… to nawet trzy.
(Oboje śmieją się cicho. Maciej obejmuje ją ramieniem. Maryna przytula się mocniej. Z boku sceny powoli pojawiają się Sąsiedzi — kukiełki chóru — stają w półkolu, jakby patrzyli przez okno lub szparę w drzwiach.)
Sąsiedzi (chórem, cicho, z ciepłą ironią i pobłażliwym uśmiechem; głosy unisono, rytmiczne, ale już bez złośliwości):
Oj, wieś nasza pełna pokus,
pełna westchnień i westchnień wzruszeń.
Maryna jurna jak wiosenna łąka,
Maciej zazdrosny jak pies przy budzie.
Ale miłość… miłość zwycięży.
Przynajmniej do następnego Jana z kwiatami.
(Sąsiedzi kłaniają się lekko i wycofują. Muzyka narasta — kończy się pełną, radosną kadencją ludowej melodii. Światło powoli przygasa. Maryna i Maciej zostają w półmroku, przytuleni, otoczeni bałaganem, który już nie wydaje się groźny.)
Maryna (ostatni szept, skierowany zarówno do Macieja, jak i do publiczności; z figlarnym mrugnięciem):
Pamiętaj, Macieju…
serce nie sługa.
Ale chałupa… chałupa zawsze będzie nasza.
(Kurtyna opada powoli. Końcowa melodia wybrzmiewa do końca. Cisza.)
Kukiełkowy flirt
O sztuce
„Kukiełkowy flirt” to pełnowymiarowe przedstawienie lalkowe (90 minut) poruszające tematykę miłości, przyjaźni i złożoności relacji międzyludzkich. Sztuka wykorzystuje tradycyjne lalki teatralne (marionetki, lalki przymocowane do patyka) w połączeniu z nowoczesnymi technikami animacji. Humor przeplata się z melancholią, a pozornie prosta forma lalkowa służy do przedstawienia wyrafinowanych emocji.
Postacie (wszystkie animowane jako lalki)
LEON (45 lat) — lalka marionetka, filolog klasyczny, nieśmiały, z nadwagą KARINA (42 lata) — lalka na patyku, architektka, perfekcjonistka MAREK (43 lata) — lalka nitkowa, lekarz, pozornie pewny siebie ANNA (40 lat) — lalka cieniowa przekształcająca się w marionetkę, malarka, niepewna swej wartości
Koncepcje inscenizacyjne:
— Manipulacja jako metafora — w kluczowych momentach widoczne są ręce animatorów
— Transformacje lalek — Anna zmienia się z lalki-cienia w pełną marionetkę gdy odzyskuje pewność siebie
— Przestrzeń sceniczna — obrotowy wielościan przedstawiający cztery różne przestrzenie życiowe bohaterów
— Muzyka na żywo — muzyk grający na beglamie lub thereminie jako „piąta postać”, narrator emocji
Tematy do dyskusji po spektaklu:
— Czy w dorosłych związkach stajemy się lalkami oczekiwań?
— Granice między opieką a kontrolą w relacjach
— Przyjaźń jako siła utrzymująca i rozrywająca związki
— Czy potrzeba „animowania” partnera to wyraz troski czy braku akceptacji?
Uwaga reżyserska: Chociaż forma jest lalkowa, emocje muszą być pełnowymiarowe. Animatorzy powinni stać się „niewidzialni” w kluczowych momentach, pozwalając publiczności zapomnieć, że patrzą na lalki, a nie na żywych aktorów.
Akt I: Maski
Scena 1: Kawiarnia „Pod zawiasami”
OPIS SCENY: Przesadnie elegancka, nieco pretensjonalna kawiarnia. Stylizowane na secesję meble, ale widać, że to rekonstrukcja. Stół dla czterech osób. W tle półki z dziesiątkami małych, identycznych porcelanowych lalek-ozdób, które obserwują akcję.
POSTACIE: LEON (marionetka, nitki prowadzone z góry), KARINA (lalka na patyku, animowana z dołu), MAREK (lalka nitkowa, ruchoma szczęka), ANNA (delikatna lalka cieniowa/na patyku, ledwo widoczna kolorystycznie). Przy stole siedzą w konfiguracji: Anna obok Marka, Karina obok Leona naprzeciwko nich.
(ŚWIATŁO rozjaśnia się. Dźwięk szczeku filiżanek, stłumionego gwaru. CHWILA MILCZENIA, która staje się CIĄŻĄCA. Wszyscy patrzą w swoje filiżanki. Tylko Marek rozgląda się po lokalu).
LEON (Wyciąga chusteczkę, przeciera nerwowo czoło. Jego nitki delikatnie drgają) A zatem… klimatyzacja działa tu z nadmierną, powiedziałbym, rzymską determinacją. Jak w łaźniach Agryppy. Tylko bez łaźni. I bez Agryppy. (Chichocze sam do siebie, milknie. Karina rzuca mu szybkie spojrzenie).
KARINA Leon. „Determinacja” jest rzeczownikiem abstrakcyjnym. Klimatyzacja może działać „zdeterminowanie”. Albo „nieustępliwie”. (Poprawia idealnie ustawiony już widelec obok swojego talerzyka z nietkniętym sernikiem).
LEON Ach, tak. Zdeterminowanie. Jak legionista na warcie. Przed przeciągiem. (Próbuje jeszcze raz uśmiechnąć się. Marek wyjmuje telefon, zerka na ekran. Jego kciuk szybko porusza się po szkle).
ANNA (Patrząc na Marka, potem na swój deser) Ja… ja chyba wezmę ten placek wiśniowy. Wygląda… wilgotno. (Chce kontynuować). Marek mówił, że wiśnie są dobre na…
MAREK (Podnosząc głowę, nie odrywając wzroku od telefonu) Antyoksydanty. Tak. Bierz, kochanie. Tylko bez tej bitej śmietany. Cukier. (Wsuwa telefon pod udo, by mieć wolne ręce. Bierze dłoń Anny, która leży bezwładnie na stole. Jego ruch jest mechaniczny, wyćwiczony. Jej dłoń nie odpowiada na uścisk).
KARINA (Do Anny, z wysiłkiem uprzejmości) A ty kończysz ten cykl? „Melancholia domowych przedmiotów”? Widziałam zapowiedź w internecie.
ANNA (Ożywiając się na moment) Tak! To seria martwych natur z… z przedmiotami, które mają pamięć. Dziurawy garnek po babci, zepsuty zegarek… (Patrzy na Marka, szukając potwierdzenia).
MAREK (Znów przy telefonie, przewijając) Mhm. Świetny temat. Tylko pamiętaj o światłocieniu. Te twoje ostatnie cienie były… jakby rozmyte. Niemedyczne. (Anna milknie natychmiast. Jej postać wizualnie trochę „blednie”, wtapiając się w tło).
LEON (Próbując ratować sytuację, pochyla się do przodu. Jego nitki plączą się na chwilę, muszą je rozplątać niewidzialne ręce animatora) Słyszałem świetny dowcip! Spotykają się w knajpie trzy części mowy: przymiotnik, przysłówek i zaimek… (Karina podnosi brwi).
KARINA Leon. „W knajpie” to potocznie. Można powiedzieć „w lokalu gastronomicznym”, ewentualnie „w przybytku Dionizosa”, jeśli już koniecznie chcesz się popisać. (Leon otwiera usta, ale nie wydobywa się głos).
MAREK (W końcu odkłada telefon. Jego ruch jest gwałtowny, szczęka lalki klapie) Boże, wybaczcie. Ten Szmidt znowu. Pacjent z atypowym zapaleniem wyrostka, a on mi wysyła memy z kotami w kombinezonach chirurgów. Świat oszalał. (Wzdycha, jakby dźwigając ciężar świata. Bierze łyk espresso. Jego dłoń wciąż trzyma dłoń Anny, która wygląda jak przyklejona).
ANNA (Szeptem, do swojej filiżanki) Mój garnek też był atypowy…
LEON (Niepoddający się, ale już ciszej) No więc… te części mowy. Przymiotnik mówi: „Jestem niebieski, ale dziś czuję się zielono”. Przysłówek na to… (Patrzy na Karinę, która wbija w niego wzrok. Przełyka ślinę). …mówi: „Mów wyraźniej”. A zaimek… zaimek tylko wzrusza ramionami i mówi: „To nie moja sprawa”. (Cisza. Marek zerka na zegarek. Anna uśmiecha się słabo, z politowaniem. Karina wzdycha).
KARINA Leon. To nie jest dowcip. To… meta-językowa ilustracja. I mylisz „zaimek” z „zaimkiem rzeczownym”. W tym kontekście to byłby zaimek rzeczowny. (Można zobaczyć, jak Leon w myślach poddaje się. Jego ramiona opadają, nitki wiotczeją).
MAREK (Do nikogo konkretnego) Ktoś chce drugą kawę? Ja biorę. Bo muszę być przytomny na dyżurze za… (sprawdza zegarek) cztery godziny. (Jego ton sugeruje męczeństwo. Anna cofa rękę, którą on trzymał, by wziąć swoją filiżankę. On nawet tego nie zauważa, już sięga po dzwoniący telefon).
ANNA (Nagle, odważniej, patrząc na Leona) Ja… ja zrozumiałam ten dowcip, Leon. Zaimek… to trochę jak my wszyscy. Zastępujemy coś, o czym nie chcemy mówić wprost. (Patrzy na Marka, który rozmawia przez telefon: „Tak, podaj mi te wyniki, nie, CRP było wysokie…”).
KARINA (Zaskoczona, że Anna się odezwała. Łagodnieje na ułamek sekundy) To… ciekawe spostrzeżenie, Anno. (Patrzy na Leona, który rozpromienił się jak słońce. Przez chwilę wydaje się, że chce go dotknąć, ale jej patykowy mechanizm uniemożliwia taki płynny gest. Jej dłoń tylko drży w locie).
LEON (Do Anny, z wdzięcznością) Dokładnie! Jak „coś”, „ktoś”, „tamto”… Całe życie w niedomówieniu. (Patrzy na Karinę, która znów składa usta w cienką linię, poprawiając idealnie prosty obrus).
MAREK (Kończy rozmowę, wstaje gwałtownie. Jego lalka szarpie za nitki) No, kochani, przepraszam was strasznie, ale musiem lecieć. Ten atypowy wyrostek nie poczeka. („Musiem” wisi w powietrzu. Karina wstrzymuje oddech, walcząc z sobą, by nie poprawić. Anna powoli zbiera swój lekki szal. Jej ruchy są powolne, jakby była z waty).
KARINA (Wstaje sztywno) Oczywiście. Zawód zobowiązuje. (Podaje rękę Markowi — uścisk szybki, rzeczowy. Do Anny kiwa głową z lekkim, sztucznym uśmiechem).