drukowana A5
55
Solarne Serce

Bezpłatny fragment - Solarne Serce


Objętość:
319 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8221-746-9

Książkę tę dedykuję:

wszystkim tym, dzięki którym jestem, kim jestem,

oraz

prawdziwym poszukiwaczom prawdy.

Prolog

(Czas i miejsce nieznane)

Blik!


Co się dzieje?

Dziwacznie… ale w sumie ciekawie… To coś… to…

To mi coś przypomina…

(obudź się!)

Nie wiem, gdzie jestem… nie wiem, o co chodzi… ale…

To uczucie…

Tak… To jest takie delikatne… takie lekkie, takie przyjemne…

To jest jak… jak…

Nie umiem tego nazwać… nazwać? Ale dlaczego?

Tego się nie nazywa… To po prostu jest…

I jest takie cudowne… I czuję… odczuwam… całym sobą…

(obudź się!)

To idzie ode mnie… To idzie do mnie… To jest wszędzie…

To… ja… To JA!

I sam nie wiem, gdzie początek… a gdzie koniec…

To nie ma znaczenia… To jest wszystkim…

To jest wszędzie… Ja tym jestem…

Coś cudownego…

Teraz już wszystko pamiętam…

Teraz już wszystko wiem… teraz… Tak…

Jest tylko jedno teraz…

Bez początku i bez końca… po prostu TERAZ! Ale zaraz…

(obudź się!)


Co takiego…?

Co się dzieje…? Co to za zmiana…?

O nie… czuję, że ucieka…

Niee… oddala się… urywa się… rozpada… o nie…

Zapominam… chcę to z powrotem… Co się dzieje?

Nie rozumiem nic…? Całość?… Części?…

O co chodzi!???


Nie wiem, co się dokładnie dzieje… ale… coś mi każe…

A może to ja sam… Tak… to jest to…

Odczuwam tę wibrację… odczuwam tę esencję…

Jest przede mną, która jest też we mnie…

Wiem… tak, wiem… muszę… a raczej chcę…

Zrobię to… Zrobimy to razem… ale teraz to moja kolej…

I czuję energię… radiację…

Zalążek tego, czym byłem i kim jestem…

Przyzwalam sobie… przyzwalam sobie… Tak… chcę tego… Właśnie TERAZ!


Kompresja…


„podróż zaczęła się teraz”


Blik!

Rozdział 1. „Będzie się działo!”

(Bliska przyszłość)


— O rany… to był popaprany sen — rzekł sam do siebie Aleks, siadając na brzegu swojego drewnianego łóżka. Oddychał głęboko z zamkniętymi oczami i opuszczoną głową.

— Co za noc… ja pierdolę… — Nie pił wczoraj alkoholu, a stan, w którym się teraz znajdował, w niczym nie przypominał ziemskiego kaca. Wirowanie w głowie, które stopniowo zwalniało swój uporządkowany bieg, zamieniało się w ponowną ostrość umysłu i zmysłów. Lekko zdrętwiałe ciało zmierzało do pełnego relaksu i odprężenia. Elektroniczny budzik postawiony przy łóżku wskazywał 4:13 w nocy. Niebieskie cyfry raziły swoim blaskiem, dając do zrozumienia, że jest o wiele za wcześnie na zaplanowaną pobudkę. Westchnął głęboko i opadł ponownie na łóżko. — Ostro — powiedział do siebie, wpatrując się w głuchą, sufitową pustkę.

Po prostu leżał i tylko wspomnienia ze snu gdzieś nieomylnie krążyły, odpływając z każdą sekundą aż do całkowitego zapomnienia. Zabawne, ale nie śnił tak intensywnie od czasów studiów, kiedy to wypuszczał się z grupką znajomych na biwak, głęboko w lasy, nocował pod gołym niebem, przy blasku gwiazd i żarze przygasającego ogniska. Dziwaczny sen zanikł całkowicie, a umysł zapełnił się wspomnieniem młodzieńczych szalonych wypraw z kumplami. Nazywali to „dzikimi łowami”. Łącznie w czwórkę stanowili zgraną paczkę przyjaciół i w słoneczne dni lata udawali się w dziewicze lasy, znajdujące się w pobliżu małych wiosek i miejscowości. Rozbijali namioty, rozpalali ogień, pili alkohol strumieniami do ostatniej kropli, gotowali tanie jedzenie, śmiali się do łez i chodzili na łowy, które były dla nich już pewnego rodzaju rytuałem. A polegał on na tym, że gdy już wszystko było gotowe, a słońce powoli chyliło się ku zachodowi, z chmielowymi nastrojami wyruszali na nowy teren. Tam, w miejscowych barach, sklepach, kawiarniach, dyskotekach i parkach, w każdym możliwie realnym miejscu, rozdzielając się lub w grupie, szukali sarenek, które spędzą z nimi wieczór. Każdy miał znaleźć coś dla siebie lub chociaż cokolwiek, ale jak to bywa na łowach, czasami wracali sami. Wtedy nadal szaleli całą noc, opowiadając kawały, śpiewając i świetnie się bawiąc. Gdy jednak znalazły się jakieś sarenki, zwykle zabawa była kilka razy ciekawsza. Aleks, chociaż uchodził za najbardziej odpowiedzialnego i zrównoważonego, nie należał do grona superpodrywaczy. To prawda, bywał duszą towarzystwa, potrafił zaskakiwać, ale tylko raz zdarzyła się mu naprawdę miła noc, którą zapamiętał na zawsze.

To była mała, kilkutysięczna miejscowość. Byli już na łonie natury kilka nocy i nadszedł kolejny dzień „dzikich łowów”. Udali się więc na polowanie. Dokładnie pamiętał, jak bez pomysłu, bez ochoty na cokolwiek, rozstał się z kolegami i przysiadł w parku na ławce. Wiedział, że po prostu przesiedzi tam i wróci samotnie. Nie miał siły ani chodzić, ani świrować do kogokolwiek. Siedział na ławce skąpany w strumieniach delikatnego, ciepłego słońca z przymkniętymi oczami, w pełni się relaksując i odprężając. Wciągnął głęboko czyste powietrze i na potwierdzenie błogiego stanu głośno powiedział do siebie: „cudownie”. Właśnie wtedy usłyszał od niej: „prawda, że wspaniale?”. Wybity z tego powolnego rytmu i rozkojarzony zobaczył na ławce naprzeciwko siebie śliczną blondynkę. I mimo że widzieli się pierwszy raz, rozmawiali ze sobą, jakby znali się całe życie. Justyna, która była miejscową dziewczyną, dała się zaprosić na ognisko. Aleks czuł się jak król wieczoru — jako jedyny złapał śliczną blondynkę. Co więcej, Justyna przyprowadziła ze sobą trzy koleżanki, co oznaczało noc pełną wrażeń. W istocie tak było. Bawili się wspólnie do późnej nocy, w końcu zostawili resztę grupy i sami poszli na spacer po lesie. To właśnie na pobliskim wzniesieniu, które królowało nad okolicą, widział spadające meteoryty, przecinające sklepienie jak strzała, to właśnie tam pierwszy raz całował się z dziewczyną tak mocno rozpalony namiętnością. Bez dwóch zdań była to romantyczna i magiczna noc, choć zupełnie nieplanowana.

Kiedy wrócili do kampusu, koledzy już porozchodzili się z dziewczynami do swoich przedsionków w namiocie. Chociaż instynkt samozachowawczy Aleksa chciałby próbować tworzyć nowe życie, przysiągł sobie i Justynie, że nie będzie naciskał i nie zrobi niczego bez jej zgody. Jakaś część chciała, ale inna dawała wyraz zrozumienia, zachowania tej magicznej chwili. Spali więc przy sobie, wtuleni w siebie. Jeszcze raz ucałowała go i podziękowała za wszystko. Wtedy to, gdy tak leżał i patrzył w gwiazdy, śnił o podróżach, o galaktykach, śnił i sam nie wiedział, czy śni, czy to wszystko prawda. Czas zwyczajnie się zatrzymał, aż do wschodu słońca, kiedy to do kampusu wparował leśniczy z psami łowieckimi. Oj, tak… Wprowadził trochę zamieszania, tym bardziej że okazał się ojcem Justyny. Mówią, że takie rzeczy przytrafiają się jedynie w filmach, ale to wszystko było realne. On nie był zły, on był po prostu tak rozwścieczony, że myśleli, ze zaraz poleci mu piana z ust, jak wściekłej bestii, bez opamiętania. Jego dwa dorodne dobermany, zaciekawione resztkami jedzenia z nocnej libacji, wyglądały przy nim jak malutkie, urocze i przyjazne stworzonka. Naturalnie nie obyło się bez grzywny, bez kary i bez gróźb. Teraz to wszystko wydawało się Aleksowi znowu takie zabawne, jak stali półnadzy, przepici, nie mogąc zachować powagi sytuacji, kiedy to wybuchnęli śmiechem, jeszcze bardziej wkurzając leśnika. To był jeden z tych momentów, gdy chcesz utrzymać powagę, a im bardziej tego pragniesz, bo wymaga tego sytuacja, tym bardziej chce ci się śmiać, aż w końcu nie wytrzymujesz. Oj, tak… to maksymalnie rozsierdziło starego leśniczego. Była to jedna z tych nocy, którą wspomina się przy każdym spotkaniu po latach niewidzenia.

He, he… nawet teraz Aleks uśmiechnął się i zaczął śmiać pod nosem sam do siebie. Od tamtego czasu wiedział, że dziwny sen oznacza dla niego jakieś zmiany i nieprzewidywalne wydarzenia. Wprawdzie był już w dobrym nastroju, czuł się wypoczęty i rześki, ale nie chciał, by coś się działo.

— Lepiej niech zostanie, jak jest — powiedział do siebie. — Omijać wszystko i wszystkich z daleka. Żadnych dyskusji. Tak przytaknął — tak ma być! — Zegar swoim elektronicznym głosem zaczął dawać znaki, że jest 4:45. Czas tradycyjnej pobudki. — Okej, jedziemy według planu. — Przeciągnął się, rozprostował ramiona, nogi, wydał z siebie głośny ryk, dając znać ciału, że to poniedziałek. Pierwszy dzień tygodnia rozpoczął się jak zawsze. Czas działać.

***

Ma trzydzieści jeden lat. Mówią, że wygląda młodo, ale czasami czuje się jak staruszek. Sam doskonale wie, że dobry trening od rana dawał mu kilka lat wcześniej dużo więcej siły i energii w ciągu dnia. Cały czas gdzieś w umyśle krążyły ambitne chęci i plany, aby znowu wprowadzić w życie cykliczne ćwiczenia fizyczne, ale sam dokładnie nie wiedział, dlaczego nie wdraża tego w życie. Czy lenistwo? Czy brak motywacji? Czy po prostu wyrósł już z tego? A może jeszcze coś innego powstrzymywało go przed podjęciem jakichkolwiek działań? Na razie był względnie zadowolony, że utrzymuje stałą wagę, bez nadmiaru zapasowego, tłuszczowego budulca. Jak na tradycyjne śniadanie wiedział, że jest nawet… takie mocno naciągnięte… nawet okej. Grzanka z serem i prosty, bananowo-maślankowy koktajl w sumie dawały radę od kilku lat, ale zastanawiał się, jak długo można coś takiego jeść, aby dobrze się trzymać i funkcjonować. W końcu nie był to fast food, ale gdy spojrzał na tosty, niewiele różniły się one od tego rodzaju jedzenia. Kawałek sera niewiadomego pochodzenia, ketchup z dziwnych przecierów, czasami musztarda tak ostra, że działała lepiej niż reklamowane drażetki na drożność zatok. Bywało też masło czekoladowe, ale tak słodkie, że potrzebował wypić dodatkowo cały kubek wody, aby zneutralizować słodycz w ustach. Ale gdy jadł… oj, wszystko było super… wszystko smakowało… wszystko było pyszne… tylko… te dziwne myśli przychodziły, kiedy już zjadł, kiedy już się zasłodził, kiedy skończył swoje przygotowane śniadanie. Wtedy to śledził skład produktów, gapiąc się i nie wiedząc do końca, co oznaczają podane barwniki, konserwanty oraz wszystkie dziwaczne nazwy i cyfry.

I siedziałby pewnie jeszcze długo, analizując i analizując bez szczególnego zrozumienia, gdyby nie dobry przyjaciel Bim Pip. To on potrafił go wprowadzić w hipnotyczny stan zastoju i równocześnie szybko umiał wprowadzać w ruch i działanie. Słuchały go tysiące, a może miliony osób każdego ranka, ale to właśnie Aleks nazwał go Bim Pipem, który był wyrocznią, który był jak głos nadzorcy, który udzielał rad, informował i mówił, jak to jest na drogach lokalnych i krajowych. Zwykle wiadomości o ciągnących się bez końca korkach z trąbieniem samochodów w tle dawały swój niepowtarzalny przydomek prowadzącemu. Bim Pip… tak, jakbyś słyszał cały czas trąbienie samochodu za swoimi plecami. Totalnie popieprzone, ale jego głos rozbrzmiewał w każdym odbiorniku radiowym nastawionym na kanał trzeci. Tak więc dobry towarzysz porannego śniadania wiedział najlepiej, gdzie się udać i jak żyć, aby egzystować miło i przyjemnie. Aleks często zastanawiał się, dlaczego ci wszyscy ludzie stoją w korku, skoro wiedzą, że jest korek. Dlaczego nie wybiorą innej drogi, nie zmienią czegoś, tylko jak frajerzy czekają dzień za dniem, tracąc cenne minuty swojego życia w upierdliwie małych autach, nasłuchując trąbienia i bezustannego gadania Bim Pipa. Jemu za to płacą, a tym, którzy słuchają, puszczają żenadę przebojów z lat osiemdziesiątych, aby się dobrze czuli w swojej codziennej, chaotycznej przeprawie do pracy. Aleks, z prawkiem i autem średniej klasy, miał na tyle blisko miejsce pracy, że chodził do niej pieszo. Poza tym zawsze były obowiązkowe przystanki, które należało odwiedzić. Sklep u Marka, niewielki market spożywczy, był jednym z nich. Choć dziwny sen zapowiadał nieznane, Aleks — mimo wewnętrznego wahania — postanowił nie zmieniać nic i żyć tak jak zwykle, zatem — postój u Marka obowiązkowy. Bim Pip zmęczył się na tyle, że zaserwował starodawną balladę rokową, raczej dla siebie niż dla słuchaczy, żeby ponownie za chwilę gadać jak nakręcony.

— Znikaj, popaprańcu — powiedział półgłosem, podnosząc swojego starego, niezniszczalnego grundiga, i wyłączył zasilanie. Syty i zadowolony przeszedł do dużego lustra w holu swojego mieszkania, aby wprowadzić ostatnie poprawki. Wizerunek musi być nieskazitelny, perfekcyjny, bo tego wymagają w pracy. — Tak, Aleks… — mówił do siebie, patrząc prosto w lustrzane odbicie swoich oczu — …jesteś najlepszy. Jeszcze pokażemy światu, na co nas stać.

Poprawiał swoje krótkie włosy. Grzywka lekko uniesiona, łagodnie i lekko opadająca na czoło, a boki zaczesane do tyłu w taktownym i eleganckim stylu. Żaden włos nie mógł odstawać i miał mieć swoje miejsce. Przy czym całość powinna sprawiać wrażenie naturalnej świeżości, która niestety z bliska i tak wyglądała nieco sztucznie, jakby czegoś brakowało. Dopóki nie widać siwizny, jest okej — pocieszał się w ten sposób. Założył sportową marynarkę i jeszcze raz spojrzał na całość.

— Perfekt — rzekł do siebie.

Choć nie szata zdobi człowieka, Aleks wiedział, że wygląd ma znaczenie w otoczeniu. Ludzie inaczej patrzą, inaczej odbierają, niektórzy biorą go bardziej na serio, ale nigdy nie chciał za bardzo ze strojem przesadzać. Chodziło mu raczej o szacunek do drugiej osoby niż jakieś podniesienie swojego ego i statusu. Z drugiej strony branża, w której pracował, miała pewne wymagania. Luźny dres i kolorowe trampki może by przeszły jednego dnia, ale nie obyłoby się bez spotkania na dywaniku u przełożonego. Typowe ziemskie standardy, zmieniające się trendy, dopasowania… czasami czuł, że gubi się w tym, ale miłe ekspedientki w sklepach odzieżowych już potrafiły najlepiej zadbać, by wyglądał i z klasą, i na czasie. Dokładnie tak jak teraz. Wziął podręczną teczkę, rzucił okiem na mieszkanie, czy aby wszystko w porządku, i opuścił swoje lokum.

***

Zanim udawał się prosto do korporacji, zawsze odwiedzał mały sklep spożywczy, dosłownie minimarket. Do wyboru miał dwie drogi. Jedna, krótsza, prowadziła na wprost przez park, porośnięty dużymi starymi dębami, z licznymi ławkami, starodawnymi latarniami, mnóstwem ptactwa i leśnych stworzeń — od jeży i wiewiórek po kaczki i bociany nad małym stawem, a w okresie letnim z całą paletą różnorodnych owadów. Tych można było znaleźć setki, w tym: chrząszcze, bąki, motyle, mrówki czy przyjaźnie drepczące żuki. Aleks jednak nie zwracał na to uwagi, jego umysł zaprzątnięty był innymi obawami. Dziwne osoby, rozwydrzone, pyskate i nieprzewidywalne nastolatki, psy spuszczone ze smyczy oraz pozostawione śmierdzące miny, które zawsze niespodziewanie znajdą się na drodze, albo spoceni biegacze czy głupie spojrzenia staruchów na ławkach, którzy nie mają nic lepszego do roboty, jak tylko siedzieć i gapić się na innych, jakby pierwszy raz widzieli człowieka albo ducha. Bał się o swój wizerunek, bo przecież szedł do pracy, więc musiał wyglądać perfekcyjnie, dlatego też nigdy, ale to nigdy nie poszedł parkiem. Wybierał drugą, ale dłuższą drogę, naokoło trasy parkowej, chodnikiem wzdłuż zabudowań. Nie przeszkadzały mu dymiące samochody i pikanie sygnalizacji świetlnej. Ważne, że wyglądał dobrze, słyszał stukot obcasów swoich eleganckich butów o betonową nawierzchnię i nie narażał się na niespodzianki w parku. Czasami tylko zdarzało się jakieś zrzeszenie monopolowych przyjaciół, dziwnie spoglądających, ale tutaj to nie miało znaczenia. Tutaj był sobą, bo szedł do pracy, bo był elegancki i nikt nie był w stanie na niego wpływać. Nawet wtedy, gdy pewnego dnia wracał po południu do siebie, a grupka sącząca tani alkohol śmiała się z niego i wołała ochoczo, zapraszając do kręgu na drinka, którego miał najpierw im postawić. Wtedy też czuł się bezpieczny, bo był jak inni karierowicze. Szedł do domu, szedł elegancki po pracy, jak przystało na odpowiedzialnego człowieka. Pomachał tylko na znak odmowy wesołej bandzie zwolenników taniego procentu alkoholowego na skrzyżowaniu ulic, dając im do zrozumienia, że musi zrobić coś znacznie ważniejszego, co spotkało się z jeszcze większą dawką śmiechu z ich strony.

Takie dziwne zdarzenia miały czasami miejsce, ale dzisiaj było naprawdę spokojnie. Swoim jednostajnym krokiem dotarł do sklepu spożywczego „U Marka”. Miał on starodawny wystrój zewnętrzny, z czerwono-białym baldachimem w pasy, który miał sprawiać wrażenie, że wszystko tu było tradycyjnie świeże, dobre i smaczne, ale Aleks miał świadomość, że to po prostu stare rozwiązanie, a nie innowacyjnie zaplanowany wizerunek. Od lat nic się nie zmieniło, ale lubił ten sklepik. Było w nim coś miłego, spokojnego, coś, co sprawiało, że czuł się w nim dobrze. W sumie mógł tutaj znaleźć wszystko, czego potrzebował, a potrzeby Aleksa nie były zbyt wygórowane.

— Cześć, Marek — przywitał się, wchodząc do środka, nie patrząc na sprzedawcę, udając się bezpośrednio w znaną mu alejkę. Tak… coś było w tym miejscu… od razu odczuł ten specyficzny wilgotny chłód i odprężenie na ciele. Bez rozglądania, czy ktoś jest w sklepie, podążał automatycznie prosto długą alejką po stały, codzienny asortyment.

— Cześć, cześć! — odkrzyknął po chwili właściciel, kończąc porządek pod ladą kasową.

Marek, który był prostym, ale dobrym człowiekiem po czterdziestce, mimo że giganty marketowe mocno osłabiły jego budżet, cały czas zachowywał ten miły i naturalny sposób bycia. Każdego traktował z należytym szacunkiem i ludzką otwartością, a czasami po przyjacielsku potrafił zapytać o zdrowie, doradzić, poradzić czy rozweselić sprośnym kawałem. Czasami dorzucił coś za darmo, czasami opuścił cenę i machnął ręką. Prosty, poczciwy Marek, który zawsze był sobą. Lubił sprzedawać w sklepie, który był częścią jego domu. Spędził w nim całe swoje życie, ale jemu to nie przeszkadzało. Kochał ten sklep i nie interesowały go wojaże po świecie. Z Aleksem znali się już długi czas, więc byli na ty, ale z zachowaniem swojej prywatności i przestrzeni. Teraz założył swój staromodny fartuch z haftem niebieskiego i radosnego delfina. Podobno ręczna robota jego żony, ale nikt nigdy tego nie potwierdził. Wyglądał w nim trochę śmiesznie, ale przynajmniej wesoło, tym bardziej że ów delfin uwydatniał się na dość okrągłym i wydętym brzuchu mężczyzny. Marek przysiadł na wysokim, barmańskim krześle, w strugach promieni słońca, wpatrując się w uliczny ruch. Myślami był gdzieś daleko, oczekując na klientów przy kasie.

Aleks w tym czasie szedł prosto przed siebie, nie bacząc na nic wokół. Wiedział, gdzie znajduje się jego rutynowy produkt. Minął półki pełne przekąsek, alkoholi, win, chłodzące lodówki i już stał przed nim. Multicoffe był na swoim miejscu. Dobry, poczciwy automat. Kawa, którą serwował, była niezmienna od kliku lat, kiedy po raz pierwszy jej skosztował. Ten rodzaj automatu to klasyk. Tylko Marek wiedział, jak działa, i jedynie on był jego wyłącznym, autoryzowanym konserwatorem. Aleks podejrzewał wiele razy, że mężczyzna musi coś dodawać w środku do wody, że kawy są takie wyśmienite, nie mógł się im bowiem oprzeć i każdego ranka, przed pracą, wypijał kubeczek dla smaku. To działało jak narkotyk, a slogan „szaleństwo na legalu” napisany na multicoffe potęgował doznania. Marek często tłumaczył to oryginalną konstrukcją, krystaliczną wodą czy odpowiednim mieleniem na bieżąco nasion kawowca. Gdy Aleks wielokrotnie pytał go, dlaczego ta kawa jest taka dobra, ten — zwykle lakonicznie i z tajemniczym uśmiechem — odpowiadał: „smakuje ci? To pij!”. Taki zwyczaj trwał już kilka lat. Prawie zawsze była to czarna kawa bez cukru. Czasami brał osobny kubek z mlekiem, by stworzyć własną mieszankę mleczno-kawową.

Tak więc Aleks wybrał program „Czarna kawa” i rozpoczęła się magiczna procedura. Najpierw coś głucho od środka huknęło, po czym pojawił się kubeczek. Słychać było stłumione dźwięki, które prawdopodobnie oznaczały mielenie porcji ziaren kawy, oraz ciche bulgotanie. Ta krótka chwila nadawała całemu zdarzeniu dużo większej rangi podniecenia i pożądania, tak jak systematycznie budowane jest napięcie w najlepszych hollywoodzkich filmach. W końcu z metalowego gwintu wypłynął ciemny klarowny płyn, kończąc swój bieg w ozdobnym kubku z różnymi hasłami od spodu. Od razu dało się wyczuć unoszący się w powietrzu zapach i aromat świeżego napoju — dokładnie tak, jak lubił. Jak zwykle posmakował łyczek, by sprawdzić, czy wszystko jest, jak należy. Oczywiście i tym razem było bez zastrzeżeń, a multicoffe spisał się na medal, jak najlepszy barista. Podniósł kubek, by zerknąć na dobre słowo na „dzień dobry”. Przeczytał w myślach napis, który głosił: „wszystko gra, szefunio!!!”, i pewnie uśmiechnął się pod nosem.

— A… co będę sobie żałował. — Odruchowo, bez namysłu, wcisnął program „Białe mleko”. Marek mówił, że podobno czysto kozie, ale znając Marka, pewnie połowa w tym prawdy, a więcej żartu. Bo niby skąd wytrzasnąłby kozę? Wziął drugi kubeczek i podążył do kasy, aby uregulować należności.

— Uuu, dzisiaj, widzę, zaszalałeś, kawa i mleko — rzekł przy kasie Marek do Aleksa. — Co ci wywróżył multicoffe?

— Powiedział mi, że „wszystko gra, szefunio!!!” — zacytował śmiesznym, bajkowym tonem, jakby mały brzdąc zdawał raport nadzorcy z dobrze wykonanej pracy, czekając na pochwałę.

— He, he, znaczy będzie dobry dzień. A na drugim?

— A widzisz, o mleku zapomniałem. Zobaczmy… — Podniósł wysoko kubek z mlekiem, pod kątem, aby dobrze padało światło, i przeczytał na głos, bardzo powoli, słowo po słowie — „będzie się działo!”. Widzisz, Marek, będzie się działo! — powtórzył głośno niemal półeuforycznym okrzykiem i w tym momencie kubek wypadł mu z dłoni. Próbował ratować go drugą ręką, ale z takim refleksem to tylko w szachy można grywać. — Ja pierdolę — przeklął pod nosem, sprawdzając, czy ubrudził ubranie. — Przepraszam, ale nie miałem tego zamiaru robić. — Rozlane mleko było wszędzie wokół, na ladzie, podłodze i trochę na porannej gazecie.

— I mleczka nie będzie… — dodała z żartobliwym sarkazmem, po czym cicho chichotała młoda kobieta przyglądająca się całemu zdarzeniu z pewnej odległości.

Aleks, który był już mocno podminowany całą sytuacją, nie zwracając uwagi, kto mówi, już miał puścić ostry tekst do kobiety, nacechowany obraźliwie wulgarnym komentarzem, po którym każdy bulwersuje się i z niesmakiem odchodzi, kiedy to spojrzał w jej stronę i na moment zdębiał. Wyglądała inaczej niż większość kobiet spotykanych na ulicy. Długie kasztanowe włosy spięte w koński ogon, szczupła i wysportowana figura, bardzo miły i naturalny wyraz twarzy. Sam strój dodawał jej sporo oryginalności: cienka skórzana lub skóropodobna kurtka koloru dębowego, ze zwisającymi frędzlami przy rękawach, w stylu damskiej marynarki, à la indiańskiej, pod którą widniała czerwona koszula w kratę. Niebieska spódniczka przed kolano i stylowe kowbojki za kostkę, a na głowie, pod kolor, brązowy kapelusz, również w stylu Teksas. Trzymała kosz wypełniony warzywami. Lekko się kołysała i przyjaźnie uśmiechała. Było w niej coś odmiennego niż w kobietach, które zwykł spotykać na ulicy i w pracy. I chociaż widział ją pierwszy raz, czuł, że jest inna niż te wszystkie wypucowane laleczki, których ego rozsadza na wszystkie strony, które myślą, że każdy facet będzie za nimi biegał i ślinił się jak tępy i przygłupi pies. Z takimi to już miał ostre starcia, ale teraz nie był w stanie nic złego odpowiedzieć. Po prostu głęboko westchnął i rozejrzał się wokoło.

— Zawsze jeszcze zostaje mleko pod nosem — dodała nieznajoma, uśmiechając się i chichocząc.

— Zapewniam panienkę, że niejedna chciałaby tego mleczka posmakować — odpowiedział Aleks z opanowanym tonem w stylu Jamesa Bonda, po czym instynktownie przetarł usta.

— Zapewne… domyślam się, że tak jest. Ale ja nie piję mleka, bo jest niezdrowe — oznajmiła i puściła oczko do sprzedawcy, którego ta sytuacja również zaczęła bawić.

— Zdania są podzielone. — Spojrzał na Marka. — Daj mi coś, to ogarnę bałagan.

— Idź do pracy, żebyś był na czas. Ja się tym zajmę, a rozliczymy się później — odrzekł Marek. — Panią przepraszam, tylko posprzątam i już obsługuję przy kasie.

— Spokojnie, przejdę po sklepie i zobaczę, czy nie potrzebuję jeszcze czegoś. A panu mleczarzowi życzę udanego dnia. — Spojrzała na Aleksa i odeszła.

— Dziękuję, na pewno taki będzie. Ważne, że pani się dobrze bawiła.

Obejrzała się jeszcze raz i zniknęła za rogiem półki z nabiałem.

— Przepraszam cię za ten bałagan. Idę, ale jak będę wracał z pracy, to wpadnę i wszystko ureguluję.

— Jasna sprawa, bez obaw — odpowiedział Marek i podał kawę Aleksowi.

— Dzięki wielkie, ale już nie czuję takiej potrzeby picia.

— Ej, zapomniałeś… „wszystko gra, szefunio” — przytoczył tekst z kubka z podobną intonacją jak wcześniej Aleks. — Do zobaczenia później.

— Jop… do później — uśmiechnął się. Wziął łyk nieco wystygniętej już kawy i wyszedł ze sklepu.

***

Pracował w średniej wielkości korporacji finansowej, która miała dobre rokowania na przyszłość. Po ostatnich wydarzeniach na globalnych rynkach, wahających fluktuacjach, kryzysach i przede wszystkim zmianach walutowych na świecie, którym towarzyszył chwilowy chaos, przyszedł czas na odbudowę i wiosnę w tej branży. Co prawda sektor finansowy nigdy już nie odzyskał takiej mocy oddziaływania na ludzi jak przed zmianami walutowymi, ale i tak wywierał pewien, określony wpływ, głównie jako pośrednik w transakcjach wymiany dóbr, usług i potrzeb.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.