E-book
20
Solarne Serce

Bezpłatny fragment - Solarne Serce


Objętość:
319 str.
ISBN:
978-83-8245-108-5

Książkę tę dedykuję:

wszystkim tym, dzięki którym jestem, kim jestem,

oraz

prawdziwym poszukiwaczom prawdy.

Prolog

(Czas i miejsce nieznane)


Blik!


Co się dzieje?

Dziwacznie… ale w sumie ciekawie… To coś… to…

To mi coś przypomina…


(obudź się!)

Nie wiem, gdzie jestem… nie wiem, o co chodzi… ale…

To uczucie…

Tak… To jest takie delikatne… takie lekkie, takie przyjemne…

To jest jak… jak…

Nie umiem tego nazwać… nazwać? Ale dlaczego?

Tego się nie nazywa… To po prostu jest…

I jest takie cudowne… I czuję… odczuwam… całym sobą…


(obudź się!)


To idzie ode mnie… To idzie do mnie… To jest wszędzie…

To… ja… To JA!

I sam nie wiem, gdzie początek… a gdzie koniec…

To nie ma znaczenia… To jest wszystkim…

To jest wszędzie… Ja tym jestem…

Coś cudownego…

Teraz już wszystko pamiętam…

Teraz już wszystko wiem… teraz… Tak…

Jest tylko jedno teraz…

Bez początku i bez końca… po prostu TERAZ! Ale zaraz…

(obudź się!)


Co takiego…?

Co się dzieje…? Co to za zmiana…?

O nie… czuję, że ucieka…

Niee… oddala się… urywa się… rozpada… o nie…

Zapominam… chcę to z powrotem… Co się dzieje?

Nie rozumiem nic…? Całość?… Części?…

O co chodzi!?

Nie wiem, co się dokładnie dzieje… ale… coś mi każe…

A może to ja sam… Tak… to jest to…

Odczuwam tę wibrację… odczuwam tę esencję…

Jest przede mną… jest też we mnie…

Wiem… tak, wiem… muszę… a raczej chcę…

Zrobię to… Zrobimy to razem… ale teraz to moja kolej…

I czuję energię… radiację…

Zalążek tego, czym byłem i kim jestem…

Przyzwalam sobie… przyzwalam sobie… Tak… chcę tego…

Właśnie TERAZ!


Kompresja…


„podróż zaczęła się teraz”


Blik!

Rozdział 1. „Będzie się działo!”

(Bliska przyszłość)

— O rany… to był popaprany sen — rzekł sam do siebie Aleks, siadając na brzegu swojego drewnianego łóżka. Oddychał głęboko z zamkniętymi oczami i opuszczoną głową.

— Co za noc… ja pierdolę… — Nie pił wczoraj alkoholu, a stan, w którym się teraz znajdował, w niczym nie przypominał ziemskiego kaca. Wirowanie w głowie, które stopniowo zwalniało swój uporządkowany bieg, zamieniało się w ponowną ostrość umysłu i zmysłów. Lekko zdrętwiałe ciało zmierzało do pełnego relaksu i odprężenia. Elektroniczny budzik postawiony przy łóżku wskazywał 4:13 w nocy. Niebieskie cyfry raziły swoim blaskiem, dając do zrozumienia, że jest o wiele za wcześnie na zaplanowaną pobudkę. Westchnął głęboko i opadł ponownie na łóżko. — Ostro — powiedział do siebie, wpatrując się w głuchą, sufitową pustkę.

Po prostu leżał i tylko wspomnienia ze snu gdzieś nieomylnie krążyły, odpływając z każdą sekundą aż do całkowitego zapomnienia. Zabawne, ale nie śnił tak intensywnie od czasów studiów, kiedy to wypuszczał się z grupką znajomych na biwak, głęboko w lasy, nocował pod gołym niebem, przy blasku gwiazd i żarze przygasającego ogniska. Dziwaczny sen zanikł całkowicie, a umysł zapełnił się wspomnieniem młodzieńczych szalonych wypraw z kumplami. Nazywali to „dzikimi łowami”. Łącznie w czwórkę stanowili zgraną paczkę przyjaciół i w słoneczne dni lata udawali się w dziewicze lasy, znajdujące się w pobliżu małych wiosek i miejscowości. Rozbijali namioty, rozpalali ogień, pili alkohol strumieniami do ostatniej kropli, gotowali tanie jedzenie, śmiali się do łez i chodzili na łowy, które były dla nich już pewnego rodzaju rytuałem. A polegał on na tym, że gdy już wszystko było gotowe, a słońce powoli chyliło się ku zachodowi, z chmielowymi nastrojami wyruszali na nowy teren. Tam, w miejscowych barach, sklepach, kawiarniach, dyskotekach i parkach, w każdym możliwie realnym miejscu, rozdzielając się lub w grupie, szukali sarenek, które spędzą z nimi wieczór. Każdy miał znaleźć coś dla siebie lub chociaż cokolwiek, ale jak to bywa na łowach, czasami wracali sami. Wtedy nadal szaleli całą noc, opowiadając kawały, śpiewając i świetnie się bawiąc. Gdy jednak znalazły się jakieś sarenki, zwykle zabawa była kilka razy ciekawsza. Aleks, chociaż uchodził za najbardziej odpowiedzialnego i zrównoważonego, nie należał do grona superpodrywaczy. To prawda, bywał duszą towarzystwa, potrafił zaskakiwać, ale tylko raz zdarzyła się mu naprawdę miła noc, którą zapamiętał na zawsze.

To była mała, kilkutysięczna miejscowość. Byli już na łonie natury kilka nocy i nadszedł kolejny dzień „dzikich łowów”. Udali się więc na polowanie. Dokładnie pamiętał, jak bez pomysłu, bez ochoty na cokolwiek, rozstał się z kolegami i przysiadł w parku na ławce. Wiedział, że po prostu przesiedzi tam i wróci samotnie. Nie miał siły ani chodzić, ani świrować do kogokolwiek. Siedział na ławce skąpany w strumieniach delikatnego, ciepłego słońca z przymkniętymi oczami, w pełni się relaksując i odprężając. Wciągnął głęboko czyste powietrze i na potwierdzenie błogiego stanu głośno powiedział do siebie: „cudownie”. Właśnie wtedy usłyszał od niej: „prawda, że wspaniale?”. Wybity z tego powolnego rytmu i rozkojarzony zobaczył na ławce naprzeciwko siebie śliczną blondynkę. I mimo że widzieli się pierwszy raz, rozmawiali ze sobą, jakby znali się całe życie. Justyna, która była miejscową dziewczyną, dała się zaprosić na ognisko. Aleks czuł się jak król wieczoru — jako jedyny złapał śliczną blondynkę. Co więcej, Justyna przyprowadziła ze sobą trzy koleżanki, co oznaczało noc pełną wrażeń. W istocie tak było. Bawili się wspólnie do późnej nocy, w końcu zostawili resztę grupy i sami poszli na spacer po lesie. To właśnie na pobliskim wzniesieniu, które królowało nad okolicą, widział spadające meteoryty, przecinające sklepienie jak strzała, to właśnie tam pierwszy raz całował się z dziewczyną tak mocno rozpalony namiętnością. Bez dwóch zdań była to romantyczna i magiczna noc, choć zupełnie nieplanowana.

Kiedy wrócili do kampusu, koledzy już porozchodzili się z dziewczynami do swoich przedsionków w namiocie. Chociaż instynkt samozachowawczy Aleksa chciałby próbować tworzyć nowe życie, przysiągł sobie i Justynie, że nie będzie naciskał i nie zrobi niczego bez jej zgody. Jakaś część chciała, ale inna dawała wyraz zrozumienia, zachowania tej magicznej chwili. Spali więc przy sobie, wtuleni w siebie. Jeszcze raz ucałowała go i podziękowała za wszystko. Wtedy to, gdy tak leżał i patrzył w gwiazdy, śnił o podróżach, o galaktykach, śnił i sam nie wiedział, czy śni, czy to wszystko prawda. Czas zwyczajnie się zatrzymał, aż do wschodu słońca, kiedy to do kampusu wparował leśniczy z psami łowieckimi. Oj, tak… Wprowadził trochę zamieszania, tym bardziej że okazał się ojcem Justyny. Mówią, że takie rzeczy przytrafiają się jedynie w filmach, ale to wszystko było realne. On nie był zły, on był po prostu tak rozwścieczony, że myśleli, ze zaraz poleci mu piana z ust, jak wściekłej bestii, bez opamiętania. Jego dwa dorodne dobermany, zaciekawione resztkami jedzenia z nocnej libacji, wyglądały przy nim jak malutkie, urocze i przyjazne stworzonka. Naturalnie nie obyło się bez grzywny, bez kary i bez gróźb. Teraz to wszystko wydawało się Aleksowi znowu takie zabawne, jak stali półnadzy, przepici, nie mogąc zachować powagi sytuacji, kiedy to wybuchnęli śmiechem, jeszcze bardziej wkurzając leśnika. To był jeden z tych momentów, gdy chcesz utrzymać powagę, a im bardziej tego pragniesz, bo wymaga tego sytuacja, tym bardziej chce ci się śmiać, aż w końcu nie wytrzymujesz. Oj, tak… to maksymalnie rozsierdziło starego leśniczego. Była to jedna z tych nocy, którą wspomina się przy każdym spotkaniu po latach niewidzenia.

He, he… nawet teraz Aleks uśmiechnął się i zaczął śmiać pod nosem sam do siebie. Od tamtego czasu wiedział, że dziwny sen oznacza dla niego jakieś zmiany i nieprzewidywalne wydarzenia. Wprawdzie był już w dobrym nastroju, czuł się wypoczęty i rześki, ale nie chciał, by coś się działo.

— Lepiej niech zostanie, jak jest — powiedział do siebie. — Omijać wszystko i wszystkich z daleka. Żadnych dyskusji. Tak przytaknął — tak ma być! — Zegar swoim elektronicznym głosem zaczął dawać znaki, że jest 4:45. Czas tradycyjnej pobudki. — Okej, jedziemy według planu. — Przeciągnął się, rozprostował ramiona, nogi, wydał z siebie głośny ryk, dając znać ciału, że to poniedziałek. Pierwszy dzień tygodnia rozpoczął się jak zawsze. Czas działać.

***

Ma trzydzieści jeden lat. Mówią, że wygląda młodo, ale czasami czuje się jak staruszek. Sam doskonale wie, że dobry trening od rana dawał mu kilka lat wcześniej dużo więcej siły i energii w ciągu dnia. Cały czas gdzieś w umyśle krążyły ambitne chęci i plany, aby znowu wprowadzić w życie cykliczne ćwiczenia fizyczne, ale sam dokładnie nie wiedział, dlaczego nie wdraża tego w życie. Czy lenistwo? Czy brak motywacji? Czy po prostu wyrósł już z tego? A może jeszcze coś innego powstrzymywało go przed podjęciem jakichkolwiek działań? Na razie był względnie zadowolony, że utrzymuje stałą wagę, bez nadmiaru zapasowego, tłuszczowego budulca. Jak na tradycyjne śniadanie wiedział, że jest nawet… takie mocno naciągnięte… nawet okej. Grzanka z serem i prosty, bananowo-maślankowy koktajl w sumie dawały radę od kilku lat, ale zastanawiał się, jak długo można coś takiego jeść, aby dobrze się trzymać i funkcjonować. W końcu nie był to fast food, ale gdy spojrzał na tosty, niewiele różniły się one od tego rodzaju jedzenia. Kawałek sera niewiadomego pochodzenia, ketchup z dziwnych przecierów, czasami musztarda tak ostra, że działała lepiej niż reklamowane drażetki na drożność zatok. Bywało też masło czekoladowe, ale tak słodkie, że potrzebował wypić dodatkowo cały kubek wody, aby zneutralizować słodycz w ustach. Ale gdy jadł… oj, wszystko było super… wszystko smakowało… wszystko było pyszne… tylko… te dziwne myśli przychodziły, kiedy już zjadł, kiedy już się zasłodził, kiedy skończył swoje przygotowane śniadanie. Wtedy to śledził skład produktów, gapiąc się i nie wiedząc do końca, co oznaczają podane barwniki, konserwanty oraz wszystkie dziwaczne nazwy i cyfry.

I siedziałby pewnie jeszcze długo, analizując i analizując bez szczególnego zrozumienia, gdyby nie dobry przyjaciel Bim Pip. To on potrafił go wprowadzić w hipnotyczny stan zastoju i równocześnie szybko umiał wprowadzać w ruch i działanie. Słuchały go tysiące, a może miliony osób każdego ranka, ale to właśnie Aleks nazwał go Bim Pipem, który był wyrocznią, który był jak głos nadzorcy, który udzielał rad, informował i mówił, jak to jest na drogach lokalnych i krajowych. Zwykle wiadomości o ciągnących się bez końca korkach z trąbieniem samochodów w tle dawały swój niepowtarzalny przydomek prowadzącemu. Bim Pip… tak, jakbyś słyszał cały czas trąbienie samochodu za swoimi plecami. Totalnie popieprzone, ale jego głos rozbrzmiewał w każdym odbiorniku radiowym nastawionym na kanał trzeci. Tak więc dobry towarzysz porannego śniadania wiedział najlepiej, gdzie się udać i jak żyć, aby egzystować miło i przyjemnie. Aleks często zastanawiał się, dlaczego ci wszyscy ludzie stoją w korku, skoro wiedzą, że jest korek. Dlaczego nie wybiorą innej drogi, nie zmienią czegoś, tylko jak frajerzy czekają dzień za dniem, tracąc cenne minuty swojego życia w upierdliwie małych autach, nasłuchując trąbienia i bezustannego gadania Bim Pipa. Jemu za to płacą, a tym, którzy słuchają, puszczają żenadę przebojów z lat osiemdziesiątych, aby się dobrze czuli w swojej codziennej, chaotycznej przeprawie do pracy. Aleks, z prawkiem i autem średniej klasy, miał na tyle blisko miejsce pracy, że chodził do niej pieszo. Poza tym zawsze były obowiązkowe przystanki, które należało odwiedzić. Sklep u Marka, niewielki market spożywczy, był jednym z nich. Choć dziwny sen zapowiadał nieznane, Aleks — mimo wewnętrznego wahania — postanowił nie zmieniać nic i żyć tak jak zwykle, zatem — postój u Marka obowiązkowy. Bim Pip zmęczył się na tyle, że zaserwował starodawną balladę rokową, raczej dla siebie niż dla słuchaczy, żeby ponownie za chwilę gadać jak nakręcony.

— Znikaj, popaprańcu — powiedział półgłosem, podnosząc swojego starego, niezniszczalnego grundiga, i wyłączył zasilanie. Syty i zadowolony przeszedł do dużego lustra w holu swojego mieszkania, aby wprowadzić ostatnie poprawki. Wizerunek musi być nieskazitelny, perfekcyjny, bo tego wymagają w pracy. — Tak, Aleks… — mówił do siebie, patrząc prosto w lustrzane odbicie swoich oczu — …jesteś najlepszy. Jeszcze pokażemy światu, na co nas stać.

Poprawiał swoje krótkie włosy. Grzywka lekko uniesiona, łagodnie i lekko opadająca na czoło, a boki zaczesane do tyłu w taktownym i eleganckim stylu. Żaden włos nie mógł odstawać i miał mieć swoje miejsce. Przy czym całość powinna sprawiać wrażenie naturalnej świeżości, która niestety z bliska i tak wyglądała nieco sztucznie, jakby czegoś brakowało. Dopóki nie widać siwizny, jest okej — pocieszał się w ten sposób. Założył sportową marynarkę i jeszcze raz spojrzał na całość.

— Perfekt — rzekł do siebie.

Choć nie szata zdobi człowieka, Aleks wiedział, że wygląd ma znaczenie w otoczeniu. Ludzie inaczej patrzą, inaczej odbierają, niektórzy biorą go bardziej na serio, ale nigdy nie chciał za bardzo ze strojem przesadzać. Chodziło mu raczej o szacunek do drugiej osoby niż jakieś podniesienie swojego ego i statusu. Z drugiej strony branża, w której pracował, miała pewne wymagania. Luźny dres i kolorowe trampki może by przeszły jednego dnia, ale nie obyłoby się bez spotkania na dywaniku u przełożonego. Typowe ziemskie standardy, zmieniające się trendy, dopasowania… czasami czuł, że gubi się w tym, ale miłe ekspedientki w sklepach odzieżowych już potrafiły najlepiej zadbać, by wyglądał i z klasą, i na czasie. Dokładnie tak jak teraz. Wziął podręczną teczkę, rzucił okiem na mieszkanie, czy aby wszystko w porządku, i opuścił swoje lokum.

***

Zanim udawał się prosto do korporacji, zawsze odwiedzał mały sklep spożywczy, dosłownie minimarket. Do wyboru miał dwie drogi. Jedna, krótsza, prowadziła na wprost przez park, porośnięty dużymi starymi dębami, z licznymi ławkami, starodawnymi latarniami, mnóstwem ptactwa i leśnych stworzeń — od jeży i wiewiórek po kaczki i bociany nad małym stawem, a w okresie letnim z całą paletą różnorodnych owadów. Tych można było znaleźć setki, w tym: chrząszcze, bąki, motyle, mrówki czy przyjaźnie drepczące żuki. Aleks jednak nie zwracał na to uwagi, jego umysł zaprzątnięty był innymi obawami. Dziwne osoby, rozwydrzone, pyskate i nieprzewidywalne nastolatki, psy spuszczone ze smyczy oraz pozostawione śmierdzące miny, które zawsze niespodziewanie znajdą się na drodze, albo spoceni biegacze czy głupie spojrzenia staruchów na ławkach, którzy nie mają nic lepszego do roboty, jak tylko siedzieć i gapić się na innych, jakby pierwszy raz widzieli człowieka albo ducha. Bał się o swój wizerunek, bo przecież szedł do pracy, więc musiał wyglądać perfekcyjnie, dlatego też nigdy, ale to nigdy nie poszedł parkiem. Wybierał drugą, ale dłuższą drogę, naokoło trasy parkowej, chodnikiem wzdłuż zabudowań. Nie przeszkadzały mu dymiące samochody i pikanie sygnalizacji świetlnej. Ważne, że wyglądał dobrze, słyszał stukot obcasów swoich eleganckich butów o betonową nawierzchnię i nie narażał się na niespodzianki w parku. Czasami tylko zdarzało się jakieś zrzeszenie monopolowych przyjaciół, dziwnie spoglądających, ale tutaj to nie miało znaczenia. Tutaj był sobą, bo szedł do pracy, bo był elegancki i nikt nie był w stanie na niego wpływać. Nawet wtedy, gdy pewnego dnia wracał po południu do siebie, a grupka sącząca tani alkohol śmiała się z niego i wołała ochoczo, zapraszając do kręgu na drinka, którego miał najpierw im postawić. Wtedy też czuł się bezpieczny, bo był jak inni karierowicze. Szedł do domu, szedł elegancki po pracy, jak przystało na odpowiedzialnego człowieka. Pomachał tylko na znak odmowy wesołej bandzie zwolenników taniego procentu alkoholowego na skrzyżowaniu ulic, dając im do zrozumienia, że musi zrobić coś znacznie ważniejszego, co spotkało się z jeszcze większą dawką śmiechu z ich strony.

Takie dziwne zdarzenia miały czasami miejsce, ale dzisiaj było naprawdę spokojnie. Swoim jednostajnym krokiem dotarł do sklepu spożywczego „U Marka”. Miał on starodawny wystrój zewnętrzny, z czerwono-białym baldachimem w pasy, który miał sprawiać wrażenie, że wszystko tu było tradycyjnie świeże, dobre i smaczne, ale Aleks miał świadomość, że to po prostu stare rozwiązanie, a nie innowacyjnie zaplanowany wizerunek. Od lat nic się nie zmieniło, ale lubił ten sklepik. Było w nim coś miłego, spokojnego, coś, co sprawiało, że czuł się w nim dobrze. W sumie mógł tutaj znaleźć wszystko, czego potrzebował, a potrzeby Aleksa nie były zbyt wygórowane.

— Cześć, Marek — przywitał się, wchodząc do środka, nie patrząc na sprzedawcę, udając się bezpośrednio w znaną mu alejkę. Tak… coś było w tym miejscu… od razu odczuł ten specyficzny wilgotny chłód i odprężenie na ciele. Bez rozglądania, czy ktoś jest w sklepie, podążał automatycznie prosto długą alejką po stały, codzienny asortyment.

— Cześć, cześć! — odkrzyknął po chwili właściciel, kończąc porządek pod ladą kasową.

Marek, który był prostym, ale dobrym człowiekiem po czterdziestce, mimo że giganty marketowe mocno osłabiły jego budżet, cały czas zachowywał ten miły i naturalny sposób bycia. Każdego traktował z należytym szacunkiem i ludzką otwartością, a czasami po przyjacielsku potrafił zapytać o zdrowie, doradzić, poradzić czy rozweselić sprośnym kawałem. Czasami dorzucił coś za darmo, czasami opuścił cenę i machnął ręką. Prosty, poczciwy Marek, który zawsze był sobą. Lubił sprzedawać w sklepie, który był częścią jego domu. Spędził w nim całe swoje życie, ale jemu to nie przeszkadzało. Kochał ten sklep i nie interesowały go wojaże po świecie. Z Aleksem znali się już długi czas, więc byli na ty, ale z zachowaniem swojej prywatności i przestrzeni. Teraz założył swój staromodny fartuch z haftem niebieskiego i radosnego delfina. Podobno ręczna robota jego żony, ale nikt nigdy tego nie potwierdził. Wyglądał w nim trochę śmiesznie, ale przynajmniej wesoło, tym bardziej że ów delfin uwydatniał się na dość okrągłym i wydętym brzuchu mężczyzny. Marek przysiadł na wysokim, barmańskim krześle, w strugach promieni słońca, wpatrując się w uliczny ruch. Myślami był gdzieś daleko, oczekując na klientów przy kasie.

Aleks w tym czasie szedł prosto przed siebie, nie bacząc na nic wokół. Wiedział, gdzie znajduje się jego rutynowy produkt. Minął półki pełne przekąsek, alkoholi, win, chłodzące lodówki i już stał przed nim. Multicoffe był na swoim miejscu. Dobry, poczciwy automat. Kawa, którą serwował, była niezmienna od kliku lat, kiedy po raz pierwszy jej skosztował. Ten rodzaj automatu to klasyk. Tylko Marek wiedział, jak działa, i jedynie on był jego wyłącznym, autoryzowanym konserwatorem. Aleks podejrzewał wiele razy, że mężczyzna musi coś dodawać w środku do wody, że kawy są takie wyśmienite, nie mógł się im bowiem oprzeć i każdego ranka, przed pracą, wypijał kubeczek dla smaku. To działało jak narkotyk, a slogan „szaleństwo na legalu” napisany na multicoffe potęgował doznania. Marek często tłumaczył to oryginalną konstrukcją, krystaliczną wodą czy odpowiednim mieleniem na bieżąco nasion kawowca. Gdy Aleks wielokrotnie pytał go, dlaczego ta kawa jest taka dobra, ten — zwykle lakonicznie i z tajemniczym uśmiechem — odpowiadał: „smakuje ci? To pij!”. Taki zwyczaj trwał już kilka lat. Prawie zawsze była to czarna kawa bez cukru. Czasami brał osobny kubek z mlekiem, by stworzyć własną mieszankę mleczno-kawową.

Tak więc Aleks wybrał program „Czarna kawa” i rozpoczęła się magiczna procedura. Najpierw coś głucho od środka huknęło, po czym pojawił się kubeczek. Słychać było stłumione dźwięki, które prawdopodobnie oznaczały mielenie porcji ziaren kawy, oraz ciche bulgotanie. Ta krótka chwila nadawała całemu zdarzeniu dużo większej rangi podniecenia i pożądania, tak jak systematycznie budowane jest napięcie w najlepszych hollywoodzkich filmach. W końcu z metalowego gwintu wypłynął ciemny klarowny płyn, kończąc swój bieg w ozdobnym kubku z różnymi hasłami od spodu. Od razu dało się wyczuć unoszący się w powietrzu zapach i aromat świeżego napoju — dokładnie tak, jak lubił. Jak zwykle posmakował łyczek, by sprawdzić, czy wszystko jest, jak należy. Oczywiście i tym razem było bez zastrzeżeń, a multicoffe spisał się na medal, jak najlepszy barista. Podniósł kubek, by zerknąć na dobre słowo na „dzień dobry”. Przeczytał w myślach napis, który głosił: „wszystko gra, szefunio!!!”, i pewnie uśmiechnął się pod nosem.

— A… co będę sobie żałował. — Odruchowo, bez namysłu, wcisnął program „Białe mleko”. Marek mówił, że podobno czysto kozie, ale znając Marka, pewnie połowa w tym prawdy, a więcej żartu. Bo niby skąd wytrzasnąłby kozę? Wziął drugi kubeczek i podążył do kasy, aby uregulować należności.

— Uuu, dzisiaj, widzę, zaszalałeś, kawa i mleko — rzekł przy kasie Marek do Aleksa. — Co ci wywróżył multicoffe?

— Powiedział mi, że „wszystko gra, szefunio!!!” — zacytował śmiesznym, bajkowym tonem, jakby mały brzdąc zdawał raport nadzorcy z dobrze wykonanej pracy, czekając na pochwałę.

— He, he, znaczy będzie dobry dzień. A na drugim?

— A widzisz, o mleku zapomniałem. Zobaczmy… — Podniósł wysoko kubek z mlekiem, pod kątem, aby dobrze padało światło, i przeczytał na głos, bardzo powoli, słowo po słowie — „będzie się działo!”. Widzisz, Marek, będzie się działo! — powtórzył głośno niemal półeuforycznym okrzykiem i w tym momencie kubek wypadł mu z dłoni. Próbował ratować go drugą ręką, ale z takim refleksem to tylko w szachy można grywać. — Ja pierdolę — przeklął pod nosem, sprawdzając, czy ubrudził ubranie. — Przepraszam, ale nie miałem tego zamiaru robić. — Rozlane mleko było wszędzie wokół, na ladzie, podłodze i trochę na porannej gazecie.

— I mleczka nie będzie… — dodała z żartobliwym sarkazmem, po czym cicho chichotała młoda kobieta przyglądająca się całemu zdarzeniu z pewnej odległości.

Aleks, który był już mocno podminowany całą sytuacją, nie zwracając uwagi, kto mówi, już miał puścić ostry tekst do kobiety, nacechowany obraźliwie wulgarnym komentarzem, po którym każdy bulwersuje się i z niesmakiem odchodzi, kiedy to spojrzał w jej stronę i na moment zdębiał. Wyglądała inaczej niż większość kobiet spotykanych na ulicy. Długie kasztanowe włosy spięte w koński ogon, szczupła i wysportowana figura, bardzo miły i naturalny wyraz twarzy. Sam strój dodawał jej sporo oryginalności: cienka skórzana lub skóropodobna kurtka koloru dębowego, ze zwisającymi frędzlami przy rękawach, w stylu damskiej marynarki, à la indiańskiej, pod którą widniała czerwona koszula w kratę. Niebieska spódniczka przed kolano i stylowe kowbojki za kostkę, a na głowie, pod kolor, brązowy kapelusz, również w stylu Teksas. Trzymała kosz wypełniony warzywami. Lekko się kołysała i przyjaźnie uśmiechała. Było w niej coś odmiennego niż w kobietach, które zwykł spotykać na ulicy i w pracy. I chociaż widział ją pierwszy raz, czuł, że jest inna niż te wszystkie wypucowane laleczki, których ego rozsadza na wszystkie strony, które myślą, że każdy facet będzie za nimi biegał i ślinił się jak tępy i przygłupi pies. Z takimi to już miał ostre starcia, ale teraz nie był w stanie nic złego odpowiedzieć. Po prostu głęboko westchnął i rozejrzał się wokoło.

— Zawsze jeszcze zostaje mleko pod nosem — dodała nieznajoma, uśmiechając się i chichocząc.

— Zapewniam panienkę, że niejedna chciałaby tego mleczka posmakować — odpowiedział Aleks z opanowanym tonem w stylu Jamesa Bonda, po czym instynktownie przetarł usta.

— Zapewne… domyślam się, że tak jest. Ale ja nie piję mleka, bo jest niezdrowe — oznajmiła i puściła oczko do sprzedawcy, którego ta sytuacja również zaczęła bawić.

— Zdania są podzielone. — Spojrzał na Marka. — Daj mi coś, to ogarnę bałagan.

— Idź do pracy, żebyś był na czas. Ja się tym zajmę, a rozliczymy się później — odrzekł Marek. — Panią przepraszam, tylko posprzątam i już obsługuję przy kasie.

— Spokojnie, przejdę po sklepie i zobaczę, czy nie potrzebuję jeszcze czegoś. A panu mleczarzowi życzę udanego dnia. — Spojrzała na Aleksa i odeszła.

— Dziękuję, na pewno taki będzie. Ważne, że pani się dobrze bawiła.

Obejrzała się jeszcze raz i zniknęła za rogiem półki z nabiałem.

— Przepraszam cię za ten bałagan. Idę, ale jak będę wracał z pracy, to wpadnę i wszystko ureguluję.

— Jasna sprawa, bez obaw — odpowiedział Marek i podał kawę Aleksowi.

— Dzięki wielkie, ale już nie czuję takiej potrzeby picia.

— Ej, zapomniałeś… „wszystko gra, szefunio” — przytoczył tekst z kubka z podobną intonacją jak wcześniej Aleks. — Do zobaczenia później.

— Jop… do później — uśmiechnął się. Wziął łyk nieco wystygniętej już kawy i wyszedł ze sklepu.

***

Pracował w średniej wielkości korporacji finansowej, która miała dobre rokowania na przyszłość. Po ostatnich wydarzeniach na globalnych rynkach, wahających fluktuacjach, kryzysach i przede wszystkim zmianach walutowych na świecie, którym towarzyszył chwilowy chaos, przyszedł czas na odbudowę i wiosnę w tej branży. Co prawda sektor finansowy nigdy już nie odzyskał takiej mocy oddziaływania na ludzi jak przed zmianami walutowymi, ale i tak wywierał pewien, określony wpływ, głównie jako pośrednik w transakcjach wymiany dóbr, usług i potrzeb.

Firma, w której pracował Aleks, zajmowała się szeroko rozumianym monitoringiem rynku, próbując określić zmiany i możliwości, dokładnie tak, jak sejsmograf stara się wyłapać najmniejsze wstrząsy Ziemi, żeby jak najszybciej ostrzec ludność przed możliwymi zagrożeniami. Również wtedy, kilka lat wcześniej, gdy sytuacja wydawała się stabilna, pewna grupa pracowników przewidziała możliwość załamania sytuacji, obserwując działania liderów bankowych, giełdowych graczy czy zmian ekonomiczno-prawnych w państwach. W tamtym czasie Aleks był jednym z młodszych pracowników, który miał w tym swój udział. Już wtedy wykazał się bystrością umysłu, zaobserwował dziwne transfery międzybankowe, wzajemne pożyczki, a obliczana płynność finansowa odbiegała od własnych wyliczeń. Jednak nikt z otoczenia nie chciał słuchać prognoz i przypuszczeń. Media dawały ludziom iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, serwując informacje o romansach polityków i sportowców, jakby to było najważniejsze. Nikt nie chciał słuchać o zmianach, kryzysach, dziwnych fluktuacjach i możliwościach, bo przecież wszystko wyglądało dobrze. Tak było do pamiętnego dnia, kiedy nagle wyszła jedna znana osoba ze świata finansów i poinformowała publicznie o sytuacji, która nastała. Stały schemat — nie jesteś w stanie utrzymać dłużej tajemnicy, która przecieka przez palce, więc tworzysz pewną historię i oświadczasz ją światu. Mała firma nabrała wtedy dużego rozgłosu i zaufania publicznego, ponieważ jako jedna z nielicznych mówiła dużo szybciej o faktycznie bieżącej sytuacji. Z czasem rozrosła się do rangi większej korporacji, z której zdaniem bardzo się liczono w kręgach biznesowych, tym bardziej że w firmie dbano o jak najlepszy i profesjonalny personel. Aleks w ciągu kilku lat awansował do rangi menedżera analiz i płynności. Zajmował się wyliczaniem rentowności, płynności finansowej, analizami ekonomicznymi i tym podobnymi sprawami. Sprawiało mu to sporo radości, tym bardziej że miał swoje biuro, nie musiał z nikim go dzielić, nikogo słuchać, tylko robił to, co do niego należało. A robił to dobrze. Dawał sobie czas, na spokojnie wszystko brał pod uwagę i dokładnie badał każdą liczbę i schemat. Dla niego liczby były jak drogowskazy. Określone sekwencje liczb, kombinacje, zależności były jak klucze, które dawały zupełnie inny obraz rzeczywistości. Wierzył, że liczby są uniwersalnym językiem wszechświata i można wyczytać z nich dużo więcej, niż się wydawało. Posługiwał się nimi również poza pracą. Gdy widział swoją ulubioną liczbę, na przykład na zegarku lub na numerze rejestracyjnym jadącego przed nim samochodu, wiedział, że jest na właściwej drodze. Choć sam nie wierzył w przesądy, liczbom nadawał dużą moc, szanował je i zawsze brał je pod uwagę. Taki już był i właśnie dzięki liczbom, które badał w korporacji, żył sobie spokojnie i bez obaw. Czasami praca bywała monotonna, dlatego rozmyślał o innej przyszłości, ale na razie nie zamierzał niczego zmieniać. Co więcej, sam opracował szereg nowych rozwiązań matematycznych, które testował bez rozgłosu, aby w określonym i sprawdzonym czasie zaprezentować je światu. Teraz przekroczył próg oszklonego, wysokiego budynku, zakończonego schodkową piramidą, na której powiewało firmowe godło. Widniał tam sokół, w którego oku odbijał się prosty celownik, jak krzyż w kole. Taka miała być korporacja — bystra, przewidywalna, wszechobecna, wolna, stawiająca sobie i ludziom najwyższe wytyczone cele, z zachowaniem osobistej przestrzeni, moralności, etyki, sięgając gór i szczytów niemożliwego.

— Cześć, John — powiedział do ochroniarza w portierni i przyłożył swoją dłoń do czytnika, po czym przeszedł przez barierkę do dużego holu.

— Cześć, młody — odrzekł grubym głosem barczysty mężczyzna, który miał dbać o bezpieczeństwo przed wtargnięciem do budynku niepowołanych osób.

Teraz szedł przez hol, który był swoistego rodzaju miejscem odpoczynku i relaksu dla większości pracowników. Tę dużą przestrzeń wypełniały palmy, pod którymi postawiono eleganckie fotele, kanapy i stoliki między ogromnymi, marmurowymi kolumnami. Przy nich zaś każdy mógł zrobić sobie przerwę i się zrelaksować. W innym miejscu umieszczono oczko wodne z roślinnością morską, gdzie pływały ryby ozdobne. Znajdowało się tam również wyjście przed tył budynku, aby dotlenić się na świeżym powietrzu w towarzystwie kilku kotów, które zadomowiły się w tej okolicy i stały się przyjaciółmi korporacji. Aleks rzadko bywał w tym przestronnym holu, ponieważ miał swoje biuro, w którym czuł się doskonale, i to mu wystarczało. Doszedł do dużej windy, której drzwi przyozdobione drewnianymi, w złocistym kolorze emblematami dawały poczucie, że wchodzi się w inną przestrzeń. Wybrał numer wysiadkowy. Wpatrując się w swoje lustrzane odbicie i czując subtelną zmianę ciśnienia w uszach, dotarł na dwudzieste drugie piętro, gdzie mieściło się jego biuro. Najpierw podszedł do kącika sekretarki, by sprawdzić pocztę i korespondencję.

— Dzień dobry, Anno, masz coś dla mnie? — zapytał.

— Witam, panie Aleksandrze. Dzisiaj pusto, ale szef chciał z panem rozmawiać. Podobno coś pilnego.

— Ech, nie wiesz, o co może chodzić?

 Niestety nie mam pojęcia, ale pan Jakobs był bardzo poważny, więc pewnie to naprawdę coś ważnego.

— W porządku, dziękuję ci bardzo. Zaraz do niego pójdę.

Szedł w kierunku swojego biura, kiedy nagle dogonił go Kris, menadżer tego samego szczebla, zajmujący się sprawami administracyjno-prawnymi.

— Wow, co to za mina bez wyrazu od rana? — odezwał się na dzień dobry.

— Cześć, Kris. A widzisz… bo rozlałem w sklepie mleko do kawy, może dlatego…

— Pijesz mleko? Daj spokój, to niezdrowe.

— Dzięki, już to dzisiaj gdzieś słyszałem, zapamiętam sobie na przyszłość rzekł i wykrzywił usta.

— Daj spokój… bo zostanie ci tak na starość.

— He, he, przecież wiesz, że ja się nie zestarzeję — odpowiedział Aleks z wyraźnie lepszym nastawieniem. — Big Ben chce mnie widzieć. Nie wiesz, o co chodzi?

— Naprawdę? Nic mi nie wiadomo.

— Anna powiedziała mi, że był poważny i miał do mnie coś ważnego.

— Jeżeli Big Ben jest poważny, to faktycznie musi być coś poważnego. Trzymaj się więc twardo.

— Jasna sprawa. Zawsze i wszędzie. — Złożył dłoń w pięść i zetknął ją z pięścią Krisa na znak mocy i możliwości przełamania wszelkich barier. — Do zobaczenia później.

Wszedł do swojego pomieszczenia, położył na eleganckim stole teczkę, usiadł w dużym i wygodnym fotelu i zaczął myśleć: czego ode mnie chce Big Ben? Hm…

Big Ben, czyli Benedykt Jakobs, był dyrektorem, któremu podlegał Aleks. Jego przydomek przybył nie wiadomo skąd, ale był oczywisty. Big Ben… po prostu duży Ben, ponieważ należał do grona dużych, tłustych, grubych i niskich facetów, którzy myślą, że poprzez swój wizerunek nabierają powagi, wielkości i lubią dużo zjeść. Zasadniczo chciał sprawiać wrażenie poważniejszego, niż był w rzeczywistości, dlatego często nosiło to znamiona kabaretu. Oczywiście nikt nie śmiał zaśmiać mu się prosto w oczy, każdy musiał się z nim liczyć, bo w końcu był przełożonym. W oczach innych Benedykt Jakobs nie robił wiele w firmie, ale w swoim własnym mniemaniu odwalał kawał dobrej roboty. Uważał, że trzyma w ryzach personel, tak aby funkcjonował optymalnie, pamiętając o misji, wizji i kulturze firmy. Jeżeli wielki Ben był poważny, oznaczało to jednoznacznie coś ważnego i dużo większego od niego.

— Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko iść i sprawdzić, o co chodzi. Okej, Aleks, to idziemy… — powiedział do siebie.

Wstał i udał się piętro wyżej, bezpośrednio do przełożonego.

***

Gdy stanął w kilkumetrowym korytarzu prowadzącym wprost do biura Big Bena, od razu uderzyła go zmiana w aranżacji wnętrza. Ostatnim razem, gdy szedł do przełożonego, aby usłyszeć dobre nowiny o podwyżce, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Teraz korytarz, długi na dziesięć metrów i szeroki na dobre trzy metry, przeszedł totalną metamorfozę. Ściany koloru turkusowej wody oceanicznej były przyozdobione różnorodnymi portretami historycznych bohaterów, odkrywców czy muzyków z różnych epok i okresów, oprawionymi w ozdobne ramy. Znalazło się miejsce dla Einsteina i Tesli, Napoleona, Jana III Sobieskiego, a nawet dla Chopina i Mozarta. Rubinowy marmur, po którym szedł właśnie Aleks, dodawał powagi kroczeniu wśród dostojnie obserwujących twarzy. Aleks zastanawiał się, kto wybierał kandydatów na te zaszczytne miejsca oraz kiedy miały miejsce prace remontowe. Nic nie wiedział i niczego nie zauważył, a korytarz był solidnie i przemyślanie zaaranżowany architektonicznie. Nagle zatrzymał się w połowie drogi przy obrazie Leonarda da Vinci. „Człowiek witruwiański” — głosił napis poniżej. Człowiek wpisany w okrąg i jednocześnie w kwadrat. Kiedy zmrużył oczy, coś bardzo głęboko ukrytego w podświadomości Aleksa chciało wypłynąć na wierzch, coś, co przypominało, coś pamiętało… tylko o czym…? Dając za wygraną enigmatycznej rycinie, skoncentrował się na zadaniu spotkania z przełożonym. Dotarł do końca korytarza i stanął przed szklanymi drzwiami zaopatrzonymi w prawdziwy bajer aranżacji wnętrz. Widział już coś takiego kilka razy w życiu i zawsze robiło to na nim wrażenie. Na szkło była naniesiona mikroskopijnych rozmiarów krzemowa siatka, która sterowana odpowiednimi mikrochipami kontrolowała wyświetlany wzór, reagujący na dotyk oraz dźwięk. Właśnie w tym momencie widniała świetlista gwiazda, niczym wprost wyjęta ze starego kalejdoskopu. Nie widział nikogo za szybą, ale był w pełni przekonany, że osoby w środku już go obserwowały. Nie widział ani klamki, ani czytnika, więc już wyciągał dłoń, by dotknąć szklanego przejścia, ale w tym momencie elektroniczna gwiazda rozbiła się na drobne tysięczne części, a drzwi rozsunęły się prosto przed Aleksem.

— Zapraszamy do środka. Jest pan doskonale na czas — rzekł Benedykt Jakobs, siedząc na wprost otwartego wejścia, za swoim wielkim biurkiem. Z powagą i skupieniem spoglądał na pracownika. Aleks zrobił kilka kroków do przodu, zatrzymując się dokładnie na środku biura.

— Dzień dobry, sekretarka przekazała mi, że chciał pan ze mną rozmawiać — powiedział po taktownej, kilkusekundowej ciszy.

— Tak, to prawda — westchnął głęboko. Wstał z miejsca i kontynuował: — To jest pan Lei z Hongkongu — mówiąc to, wskazał na stojącego w tyle przy drzwiach elegancko ubranego, postawnego mężczyznę o wyraźnych orientalnych rysach. Dopiero teraz Aleks zobaczył faceta, który zeskanował go wzrokiem od głowy do nóg i bez emocji patrzył w oczy. Facet stał nieruchomo, dlatego Aleks, żeby zachować szacunek, kulturalnie skinął głową w geście powitania, co spotkało się z nieco odczuwalnym wymuszonym odwzajemnieniem. — Pan Lei jest reprezentantem dużej korporacji, która szykuje się do ekspansji europejskiej. Słyszał dużo przychylnych opinii na nasz temat i dlatego jest dzisiaj tutaj osobiście z poważnym zleceniem — kontynuował przełożony.

— Rozumiem, co to za branża? — zapytał Aleks.

— Niestety nie mogę ci powiedzieć zbyt dużo na ten temat, ponieważ warunki, na jakich pan Lei chce współpracować, mają status całkowicie poufnych.

— Zaraz… nie jest to sprzeczne z naszym regulaminem? Jak mam to rozumieć i co miałbym zrobić?

— Spokojnie, to jest wyjątkowa sytuacja i nie ukrywam, że duża szansa dla naszej działalności. Twoje zadanie będzie polegało tylko i wyłącznie na sporządzeniu pełnej analizy pod kątem inwestorskim. Dostaniesz wszystkie potrzebne dane, ale… są pewne ale…

— Tak…? Mianowicie…?

— Będziesz pracował sam i masz tydzień na wykonanie zadania.

— Tydzień? Jeżeli to duża korporacja, będę potrzebował co najmniej trzech, czterech tygodni, aby sobie z tym sam poradzić. Wiesz, szefie, że w takich sprawach potrzeba skupienia, czasu, żeby wszystko było perfekcyjnie wykonane.

— To prawda, wiem… ale tym razem nie ma czasu. Pan Lei zaproponował duże pieniądze za szybką realizację i jak powiedziałem wcześniej, jest to duża szansa również dla naszej firmy. Ty jesteś najlepszy w te klocki, dlatego rozmawiam z tobą. Jest jeszcze jedno ale… — Big Ben odwrócił się plecami do Aleksa. Patrząc przez okno, kontynuował: ten raport, ta analiza… musi być dobra, cholernie dobra. — Na kilka sekund zapadła cisza. Następnie podszedł do pracownika. Rozumiesz, Aleks…? Masz tydzień, żeby przynieść świetny raport inwestorski, jaki każdy chciałby oglądać. Wierzę, że jesteś najlepszy i dasz radę to zrobić.

— Czy mam jakieś pole manewru? — Spojrzał na tajemniczego pana Lei, który tylko przysłuchiwał się z boku, po czym przeniósł wzrok na Big Bena.

— Niestety nie. Albo przyjmujemy zlecenie, dajesz z siebie wszystko i za tydzień cieszymy się wspólnie… albo pan Lei odchodzi od nas z niczym, a ty odchodzisz z niczym z firmy.

— To są jakieś żarty? To znowu przypomina sytuację sprzed ostatnich zmian walutowych.

— Nie, Aleks, nigdy nie byłem bardziej poważny. Takie są teraz czasy, takie biznesy. Nie chcę odchodzić od polityki i kultury firmy, ale powiem ci, że nie mamy wyjścia. Wiem, że jesteś najlepszy i jesteś w stanie to zrobić. Ufam ci i wierzę w ciebie, a to jest szansa dla nas wszystkich.

— Ech… dobrze… podejmę się tego, ale tylko przez wzgląd na naszą długą znajomość. Jednak nie daję gwarancji, że zdążę. Postaram się.

— Cieszę się bardzo i dziękuję ci. Będziesz pracował w domu. Nie przychodź do pracy przed zakończeniem projektu. Pan Lei ma w walizce wszystkie potrzebne dane i dokumenty. Zabierasz się do tego od zaraz. Wszystko jasne?

— Nic nie jest do końca jasne, ale wiem, co mam robić.

— I oto chodzi — uśmiechnął się Ben. I pamiętaj… raport ma być dobry, bardzo dobry, a będziemy za tydzień śmiać się i świętować przy dobrym martini.

— Tak, pamiętam, ale bądź pewny, że i ja będę pamiętał o tym świętowaniu i martini. — Uścisnęli sobie dłonie i uśmiechnęli się.

— Mister Aleks — odezwał się pierwszy raz tajemniczy pan Lei po angielsku, ale z wyraźnym akcentem obcokrajowca — to dla pana. — Podał mu skórzaną walizkę. — To wszystko.

— Thank you.

— Powodzenia, Aleks — rzekł Big Ben. — Pamiętaj, że właśnie piszesz swoją własną historię.

— Okej. To działam.

Wyszedł z biura, czując się jak agent tajnej misji, z walizką pełną cennych danych, która wibrowała swoją tajemniczością i rangą operacyjną. Teraz tylko te dane trzeba było odpowiednio posegregować, poukładać i za pomocą odpowiednich kluczy liczbowych zaprezentować.

— Eee, prościzna — rzekł do siebie. — Niech lepiej szykują to martini. — Zadowolony i optymistycznie naładowany wszedł do windy.

***

(Tej samej nocy na prywatnej wyspie Morza Śródziemnego, poza granicami wodnymi Grecji)


Dwaj mężczyźni podążali kamienną ścieżką porośniętą wokół egzotyczną roślinnością, typową dla obszarów równikowych. Pochodnie rozstawione po bokach, w odległości kilku metrów od siebie, oświetlały ścieżkę, kierując w określoną stronę. Bezchmurne niebo, pełny księżyc, bezwietrzna aura i głucha cisza dawały odczuć tajemniczą noc. Nawet cykady i chrząszcze zamilkły, tak bardzo aktywne o tej porze roku.

— Mam nadzieję, że uświadamia sobie pan, że to prawdziwy honor dostąpić takiego zaszczytu — powiedział jeden do drugiego, z powagą i bez emocji, ubrany w elegancki surdut, przepasany srebrną szarfą przez ramię. Swoim dostojnym zachowaniem, chodem, tonem głosu sprawiał wrażenie wysokiej rangi kamerdynera.

— Tak, wiem o tym. Zaszedłem tak daleko i jestem gotowy na wszystko — odpowiedział drugi, dużo większy mężczyzna idący w luźnej koszuli, lekko wyblakłych dżinsach i ciężkich traperach.

— To dobrze, bo będzie miał pan nie lada zadania do wykonania.

— Poradzę sobie ze wszystkim. Byłem na wojnie, tarzałem się w błocie i krwi. Widziałem sporo i znam życie.

— Zapewniam pana, panie Johnson, że staje pan przed zupełnie nowym wyzwaniem. To prawda, ma pan świetne referencje, zniszczył pan innych konkurentów, ale jeszcze raz zapewniam pana, że to dopiero początek.

— Jestem pewny i gotowy. Niczego się nie boję.

— Słusznie. I tak już nie ma pan wyjścia. To rada pana wybrała.

Szli w milczeniu jeszcze przez chwilę, aż dotarli do centralnej części wyspy, gdzie znajdowała się cylindryczna budowla ze skały. Powstała ona na planie koła i nie miała dachu, po prostu wyglądała jak komin. Kamienie porośnięte mchem, porostami i dziką roślinnością wskazywały, że budowla stoi już dobrych kilka wieków. Duże, drewniane, solidne, a teraz zamknięte drzwi, jak ze średniowiecznego zamku, stanowiły wrota do wnętrza.

— Jesteśmy na miejscu. Zanim wejdziemy, muszę pana poinstruować. Od momentu wejścia żadnych pytań, żadnego odzywania, po prostu proszę wykonywać, co powiemy, i stanąć, gdzie pokażemy. Żadnej dyskusji. Od teraz to rada ustala, co i jak, ale to prawdziwe wyróżnienie.

— Dobrze.

— A teraz, panie Johnson, proszę się rozebrać do naga.

— Słucham? To jakiś żart?

— Czy ja wyglądam na komika? Proszę się rozebrać i proszę zrozumieć, że tutaj obowiązują zasady, które mają swoją długą historię. Pan ma być oficjalnie przyjęty do grona, a to jest część, nazwijmy to… inicjacji. Tylko nieliczni tego dostępują, proszę o tym pamiętać.

— Dobrze… skoro taki zwyczaj… — przytaknął na potwierdzenie i zaczął zdejmować z siebie rzeczy. Dopiero teraz było widać, jak duży i jak dobrze zbudowany jest to mężczyzna. Kilka blizn na ciele, najprawdopodobniej po nożu, wskazywało, że faktycznie miał za sobą wiele potyczek. Krótko mówiąc, kawał barczystego faceta.

— Niech się pan cieszy, że nie kazałem ścinać włosów i tej kitki z tyłu. Proszę być spokojnym. Nikt pana nie wydyma. Całość to rutynowa część dla każdego nowo przyjętego. Każdy przez to przechodził. To zaszczyt być jednym z garstki wybranych. Więc… zapraszam i koniec rozmów.

Pan Johnson, twardy Irlandczyk z pochodzenia, z małym niepokojem w oczach przytaknął, po czym nie wiedząc, co go czeka, otworzył potężne drzwi, które zaraz po wejściu zatrzasnęły się za wchodzącymi.

W środku czekała już rada w pełnym składzie — jedenaście osób odzianych w długie czarne szaty ozdobione złotymi emblematami, z kapturami na głowach. Na twarzy każdego widniała biała, prosta maska, jedynie z małymi poziomymi otworami na oczy, usta i nos. Całkowicie tuszowała osobność, dlatego nie sposób było zidentyfikować, kto znajduje się pod przykryciem. Wszyscy stali w milczeniu, boso, na ziemi, trzymając w dłoniach zapalone pochodnie w określonej konfiguracji. Trzy osoby z lewej strony, trzy osoby z prawej strony i pięć osób dokładnie na wprost wejścia, ale wszyscy zwróceni w stronę centrum pomieszczenia, gdzie pod czarnym jedwabistym suknem było coś ukryte. Mężczyzna w szarfie poprowadził i ustawił Johnsona jako jedynego od czwartej strony przed tajemniczym przedmiotem na środku. Teraz to dopiero opanował go wewnętrzny strach, tak mocny, że aż paraliżował jego ciało. I tylko bił się sam na sam z setkami myśli, co to za miejsce, co to za ludzie, co on tutaj robi, co, do chuja, się tutaj dzieje i gdzie oraz jak najszybciej spierdalać, byle daleko. Centralna zakapturzona postać, stojąca w pięcioosobowym rzędzie, spojrzała na księżyc, który górował na nieboskłonie, bijąc srebrno-purpurową poświatą prosto do wnętrza budynku. Następnie osoba ta spojrzała na pomocnika w szarfie, dając do zrozumienia, że już czas rozpoczynać. Mężczyzna odszedł od Johnsona, po czym wrócił po chwili, trzymając kryształową tacę, na której stał kryształowy kielich w całości wypełniony krwistą, czerwoną substancją, obok zaś leżała, niewiadomego pochodzenia, mała, drobna rzecz, jakby suchy grzyb, egzotyczny orzech lub równie dobrze wysuszona owadzia larwa.

— Połknij i wypij do dna — zwrócił się do Johnsona.

Nagi facet, pomimo wewnętrznego strachu, odrzucając myśli o tym, co to jest, mechanicznie sięgnął po drobinę, połknął i wypił lodowatą czerwoną substancję z kielicha, chcąc już mieć tę część za sobą. Pił tak szybko i łapczywie, wlewając napój prosto do gardła, że resztki ściekały mu kącikami ust po twarzy i ciele. Nie wycierając się, stanął wyprostowany na znak, że skończył, i oddał kielich. Natychmiast odczuł subtelną zmianę w głowie, która uciszyła jego wewnętrzne przestraszone głosy, zapełniając miejsce stopniowo nasilającymi się pulsacyjne synchronicznymi dźwiękami. Tak szybko i tak nagle. Pierwszy raz w życiu doświadczał czegoś takiego, a było to takie inne niż wszystkie możliwe substancje, z którymi miał styczność w wojsku. Teraz to pomocnik w szarfie podszedł do centrum i zdjął czarny jedwab, zabierając go ze sobą, aby nie przeszkadzał w dalszej części. Oczom Johnsona ukazała się wkopana w ziemię prosta, prostokątna, długa na dwa metry metalowa skrzynia. Była jak trumna, tyle że prawdopodobnie miedziana, pokryta przez wiekową, zieloną patynę. Naokoło niej znajdowały się wyżłobione geometryczne kształty i jakieś symbole wykute w kamieniu, które widział pierwszy raz na oczy. Nie miał pojęcia, co oznaczają. Im dłużej patrzył na to, co widział przed sobą, i im bardziej pisk w głowie się nasilał, tym mocniej wszystko zaczynało dziwacznie wokół wibrować. Zakapturzone postacie po bokach niknęły jak we mgle, a teraz widział już tylko miedzianą skrzynię, którą otaczały trójwymiarowe geometrie i kolory. Tak… kolory i wzory, których jeszcze przed chwilą nie było, a teraz są. I tylko słyszał głos w głowie, zapraszający go do środka. Mówił do niego jak matka, kiedy miał siedem lat i biegał na deszczu: „Johni, chodź do środka… wracaj do środka…”. W hipnotycznym transie nagi mężczyzna wszedł i położył się we wnętrzu metalowej trumny. Czuł taki silny pisk w głowie, że już nie mógł tego znieść, ale ten kobiecy głos był taki przyjemny, miły, taki uspokajający, że chciał za nim podążać. Czuł, jakby się rozpływał… jakby ściany trumny przesyłały energię elektryczną do jego ciała, w którym wydawały się niknąć zmysły i odczucia. A teraz syczenie… przeraźliwe syczenie… to wąż… skąd się wziął… pełza na nim. Nie… zaraz… to coś wchodzi w niego, wchodzi w jego ciało… to ściska i rozbija… to boli, to… koniec.

Johnson stracił kontakt z tą rzeczywistością, a pomocnik w szarfie zamknął miedzianą trumnę, po czym rada zaczęła recytować określoną sekwencję słów starosumeryjskiego tekstu przy całkowitej pełni księżyca. Trwało to zaledwie chwilę, ale to, co dla jednych jest ulotnym momentem, dla innych może ciągnąć się w nieskończoność, na tym bowiem polega czasoprzestrzenna iluzja. Górujący księżyc podążył dalej pozornym ruchem na sklepieniu niebieskim, a miedzianą trumnę otworzył od środka leżący w niej Johnson. Wyszedł i stanął na wprost rady, trzymając mocno w lewej dłoni czarną kobrę za paszczę. Chwycił drugą ręką i kręcił tak mocno, aż oderwał jej cześć, rzucając martwą istotę na ziemię. Podszedł pomocnik i podał mu duży kryształowy miecz, który nagi mężczyzna chwycił oburącz. Podniósł wysoko i z całej siły uderzył o kamień, rozbijając go na setki drobnych części. Pan Johnson przestał istnieć, a jego miejsce zajęła zupełnie inna istota — bez strachu, bez emocji, z zimnym i groźnym spojrzeniem zabójcy.

— Od tej chwili jesteś synem księżyca i przyjmujesz imię Moonson — zabrała po raz pierwszy głos zakapturzona postać stojąca wprost przed nagim osiłkiem. — Pokaż dłoń.

Mężczyzna w szarfie podszedł z rozpalonym do czerwoności żeliwem, po czym przystawił je do skóry Moonsona, zostawiając odcisk księżyca w pełni. Nagi osiłek nie pokazał nawet oznak jakiegokolwiek bólu.

— Udasz się do naszych przyjaciół w Ameryce Środkowej. Tam jeszcze bardziej wzmocnią cię fizycznie, byś podołał zadaniom. Ruszaj!

Moonson skinął głową, akceptując rozkaz, i bez słowa sprzeciwu ruszył w stronę wyjścia.

Rozdział 2. Rozpoznanie

— Halo, słucham, Sofia przy telefonie.

— Witaj, moja droga, jak się masz? — odezwał się męski, ciepły i spokojny głos w słuchawce.

— Cześć, Albert, miło, że dzwonisz. Wiesz… sama nie wiem, co mam już o tym wszystkim myśleć.

— Co chcesz dokładnie powiedzieć?

— Ech… zrozum… nie wiem, czy to wszystko prawda, czy to się uda. Zobacz, dzisiaj jest już ósmy września. Zostało kilka dni — mówiąc to, wpatrywała się w ścienny kalendarz rozłożony na stole.

— Posłuchaj mnie przez chwilę. To prawda, masz dużo racji, ale zauważ, że jeszcze miesiąc temu nie mieliśmy żadnych perspektyw, niczego nie wiedzieliśmy, byliśmy w kropce, jak przez te wszystkie długie lata. Dopiero teraz znaleźliśmy drogę, dlatego że właśnie teraz wszystko zaczyna przyspieszać. To jest ten czas i to jest nasza możliwość. Ja wierzę, że jesteśmy już tylko o krok, mały krok, który dużo zmieni.

— Chciałabym mieć tyle wiary co ty, ale nie wiem, czy stać mnie na to.

— Sophie, jeżeli ty nie dasz rady, to nikt sobie z tym nie poradzi. Pamiętaj, kim jesteś, pamiętaj, co ucieleśniasz. Każdy z nas ma obawy. Ja już jestem stary, ale ty, moja droga, jesteś młoda i silna. Wszystko się uda, zobaczysz.

— Dobrze, miejmy nadzieję. Po prostu chciałabym mieć to za sobą. Dosyć iluzji, kłamstw, dosyć tej głupiej gry.

— Ja też, ale właśnie to sprawia, że ciągle chcę żyć, wierzę bowiem, że dzięki temu, co robię, nadejdzie ten czas. Chcę tego doczekać i cieszyć się z mojego udziału.

— Ty to zawsze jesteś taki optymistycznie opanowany, pewny i masz na wszystko odpowiedź. Cieszę się, że byłeś zawsze przy mnie.

— Taka moja rola, a ty, moja droga, nie znasz swojej siły.

— Chyba tylko ty w to wierzysz. Markins ma inne zdanie. Uważa, że wszystko opóźniam i jestem zbędna.

— Szanuję jego zdanie, ale to ja znam ciebie od dziecka. Jesteś pod moją opieką i on nie ma nic do powiedzenia w tej kwestii. Przestań słuchać tego, co mówi, bo nie zna się na wszystkim i już nieraz okazało się, że się myli. Sophie, jesteś naprawdę wspaniałą i silną kobietą. Po prostu to poczuj.

— Szkoda, że nie jesteś obok mnie. Uściskałabym cię i nie puściła — zaczęła dużo radośniej mówić przez telefon.

— Ha, ha, jak się spotkamy, to sam się rzucę pierwszy na ciebie. A teraz posłuchaj. Trzymamy się nadal planu. Powiedziano mi, że nasz ptaszek będzie za chwilę przy parku. Musisz nawiązać kontakt. Musisz się z nim spotkać.

— Dobrze, ale jakoś tego nie widzę. On przecież jest w całkowitym uśpieniu, nic nie wie.

— Nie oceniajmy książki po okładce. Każdy ma kawałek układanki. Jeśli nie pamięta, to przypomnij mu, naucz go, ale przede wszystkim zdobądź zaufanie i przyprowadź do nas. Faktycznie, jest on i dla mnie zagadką, ale tylko czas pokaże, czy mieliśmy rację.

— Yhy, zrobię, co w mojej mocy, ale nie wiem, czy dam radę.

— Oj! Zapewniam cię, że nikt nie oprze się twojemu urokowi. Sophie, jesteś piękna i to promieniuje od ciebie. On sam pójdzie za tobą jak na smyczy. Pora kończyć, dochodzi szesnasta. Musisz ruszać, bo zaraz będzie w pobliżu.

— Dobrze, w takim razie według planu. Do usłyszenia i dziękuję za telefon. Podniosłeś mnie na duchu. Trzymaj się, Albercie.

— Powodzenia, moja mała księżniczko.

— Rozłączaj się już i przestań słodzić. Pa.

— Ha, ha, ha, do usłyszenia.

Odłożyła słuchawkę na swoje miejsce, ale cały czas jeszcze spoglądała na rozłożony kalendarz. Chciała czuć, że faktycznie wszystko idzie zgodnie z planem, dobrze jednak wiedziała, że jest więcej niewiadomych niż pewnych. Pocieszyła się tylko myślą, że zawsze kiedy miała wrażenie kompletnej porażki, życie układało się w nieprzewidziany i to najwspanialszy sposób. Chciała, aby tym razem stało się podobnie. Dosyć analizowania — rzekła do siebie. — Idziemy, bo nasz ptaszek nam odleci.


Tego dnia ciepłe i przyjemne popołudnie nastrajało swoją sielankową aurą niemal każdego spacerowicza. Delikatne podmuchy wiatru otulały każdą napotkaną na swojej drodze przeszkodę z największą ostrożnością, aby tylko zapewnić maksymalną przyjemność czucia i ogólnego dobrostanu. Nawet ruch uliczny wydawał się zanikać, a drażniące hałasy miejskiej drogówki zamilkły. Aleks wracał właśnie z siedziby firmy, a czuł się tak, jakby cały świat legł u jego stóp, on zaś jak prawdziwy bóg kontrolował wszystko wokół. Był w niesamowicie dobrym nastroju. Ostatnie dni były po prostu niezwykłe.

W poniedziałek rano dostał teczkę z danymi do opracowania raportu inwestycyjnego. Tak jak Big Ben rozkazał, poszedł od razu do domu i podekscytowany rozpoczął czytanie liczb. Przez kolejne godziny pracował całkowicie pochłonięty, dosłownie jak robot. Nie czuł dnia, upływających minut, nie czuł głodu ani zmęczenia. Pisał, analizował, we dnie i w nocy. Nie myślał o niczym innym, był totalnie skupiony na działaniu. Świat wokoło nie istniał. To, co zwykle zajmowało mu trzy tygodnie, zrobił w trzy dni. Czuł się jak mistrz w swoim fachu. Miał tydzień, a on dał radę zaledwie w trzy dni. Liczby, wykresy, wszystko szło bez problemów, analiza była oczywista. Czuł, że odwalił kawał dobrej roboty, a raport jest po prostu idealny — i to przed czasem, dokładnie tak, jak chcieli. Wyciągnął telefon starszej generacji i wybrał numer przełożonego.

— Słucham, Aleks, o co chodzi? — powiedział bardzo bezpośrednio Benedykt Jakobs w słuchawce telefonu.

— Jak to, o co chodzi? Dzwoni do ciebie twój najlepszy pracownik z niespodzianką.

— A ty co taki wesoły w głosie i słowach? Piłeś coś, przecież miałeś sporządzić raport, a ty…

— Daj spokój — przerwał mu — przecież wiesz, że jestem odpowiedzialny. Pić to ja będę, ale to martini, które mi obiecałeś. A teraz powiedz, czy twardo stoisz na ziemi, żebyś nie upadł.

— Bez obaw, do rzeczy. O co chodzi?

— Więc… informuję cię… że… — ciągnął bardzo powoli słowo po słowie, budując poniosły nastrój i napięcie. — Twój… najlepszy… pracownik…

— Do konkretów. Mów, o co chodzi, inaczej się rozłączam.

— Oj! Ależ jesteś nabuzowany. Dobra, to słuchaj i nie padnij z wrażenia. Masz gotowy raport w walizce u siebie w biurze. I co ty na to?

— Żartujesz sobie? Nie wierzę.

— To zadzwoń do sekretarki. Przecież nie byłeś dzisiaj w firmie, a ja nie wiedziałem o tym. Wierzyłem, że cię zastanę.

— Masz rację. Aleks, jeżeli to prawda, to faktycznie jesteś geniuszem i najlepszy w te klocki. He, he… — Nastrój wyraźnie poprawił się Big Benowi. — Wiedziałem, że dasz radę, ale w trzy dni… ooo, faktycznie jestem pod wrażeniem.

— I kto jest najlepszy… kto jest najlepszy? Powtórz, bo nie usłyszałem.

— Dobra, dobra, dosyć spoufalania. Słyszałeś doskonale.

— He, he… Bardzo dobrze mi się pracowało, kto wie, może powinienem pracować w domu zamiast w biurze.

— Już na razie nie wymyślaj. I jak… wszystko dobrze wyszło? Tak, jak chcieliśmy, tak?

— Oczywiście, wszystko dopracowane co do grosza. Po prostu perfekcyjny raport. Zostawiłem całość u ciebie w biurze. Sekretarka wie, że tylko do rąk własnych i jeżeli ktoś będzie chciał wejść do biura prócz ciebie pierwszego, ma dzwonić po ochronę i zamknąć cały budynek.

— Doskonale, wiedziałem, że mogę na tobie polegać. Doba robota jeszcze raz. Spisałeś się, to prawda. Możesz odpocząć przez tydzień na mój koszt. Zrób sobie wakacje, znajdź jakąś kobietę, spędź miło czas. Zasłużyłeś na to.

— Ulalaaa, nie poznaję cię szefie. W sumie masz rację, przyda mi się trochę odpoczynku po nieprzespanych nocach.

— Otóż to. Dzięki za informację i jestem naprawdę pod wrażeniem.

— Drobnostka, po prostu pracuję z najlepszymi — śmiał się do słuchawki.

— To widzimy się za tydzień w środę. A na razie udanego wypoczynku i do zobaczenia. Jesteśmy w kontakcie.

— Ma się rozumieć. Do zobaczenia, szefie.

Rozłączył się. Na zegarku dochodziła 16:00. Miał cały tydzień przed sobą. W sumie nawet do końca nie wiedział, co zrobi z tym czasem, ale o tym będzie myślał później. Teraz po drodze wszedł do Marka i nie zamierzał ograniczać siebie co do budżetu. Postanowił, że weźmie to, na co ma ochotę, i na tym poprzestał.

***

Tymczasem Sofia szybkim i stanowczym krokiem szła przez park, rozglądając się wokoło w poszukiwaniu określonej osoby. Mijała grupę bawiących się dzieci, parę młodych zakochanych na ławce oraz kilka osób na spacerze z psami, ale tym razem chodziło o konkretną osobę, konkretny cel. Zaczęła czuć się coraz bardziej zaniepokojona. Albert powiedział, że około 16:00 w okolicy parku, a zegar już teraz wskazywał 16:12, ona tymczasem nie wiedziała, gdzie ani jak szukać. Nie widziała nawet, jak zacząć rozmowę, gdyby go zobaczyła i znalazła. Stanęła w miejscu, aby jeszcze raz się rozejrzeć.

— Co ja mam teraz zrobić? — zaczęła mówić do siebie. — To wszystko jest zbyt szalone, żeby było prawdziwe.

W jej umyśle zaczęły kłębić się coraz to nowe ciemne myśli. Już zaczynała układać tekst rozmowy z Albertem, że go nie znalazła. Chciała nakrzyczeć na innych, że musieli się pomylić, że wystawili ją na to, by stała jak kretynka na środku parku, szukając osoby, o której nic nie wie, a ona jak naiwna i głupiutka dziewczynka wykonuje rozkazy innych, jak dziewczynka na posyłki. Nagle zdenerwowała się jeszcze bardziej, kiedy zorientowała się, że zostawiła telefon w mieszkaniu. Poczuła się bezradna. Odpuszczając poszukiwania w parku, zaczęła iść w stronę sklepu, który był już ostatnią możliwością. Wejdzie do Marka i kupi mrożone truskawki — tak postanowiła. Następnie wróci do siebie, rozpali kominek, otuli się kocem, będzie płakać, bo znowu nawaliła, i zje truskawki, aby sobie ulżyć. Po tym wszystkim zadzwoni i poinformuje, że mimo poszukiwań nikogo nie znalazła. Przynajmniej miała teraz plan na kolejne godziny. Już dochodziła do sklepu, kiedy nagle przed jej oczami otworzyły się drzwi, a ze sklepu wyszedł właśnie ON. Zobaczył Sophie i stanął ze zdziwieniem na twarzy, ale ona szła dalej. Była tak blisko celu, a nie wiedziała, jak działać, nie wiedziała, co powiedzieć i jak nawiązać kontakt. Nie zwalniając ani nie przyspieszając, podeszła do mężczyzny stojącego obok drzwi wejściowych do sklepu. Teraz to on uśmiechał się łagodnie i przyjacielsko, a ona czuła się spięta i zmieszana.

— Może trochę mleczka? — odezwał się z sarkazmem mężczyzna.

Spojrzała kątem oka, po czym krótko i stanowczo rzuciła:

— Głupi żart. — Weszła do sklepu. Teraz to już była pewna, że spaprała całą sytuację, a miała taką okazję. Czuła się przygnębiona i smutna. Zauważył to nawet poczciwy i dobry Marek.

— Dzień dobry panience. A co to za wyraz twarzy? Coś się stało? — zapytał.

Te słowa wybiły ją z umysłowej melancholii i stagnacji.

— Jestem dzisiaj trochę zmęczona — powiedziała. — Wszystko układa się inaczej, niż bym chciała.

— Wiem, o co chodzi. Moja żona zawsze mnie klepie, kiedy za dużo myślę i analizuję. Czasami warto lecieć, jak to mówią… płynąć z prądem zdarzeń. A teraz wiem, co pomoże… specjalnie dla pani sprowadziłem — mówiąc to, wskazał orzechy nerkowca. — Sto gramów i optymizm wróci w pełni, zapewniam.

— Ahaa… witaminy na poprawę nastroju. Może i racja. Dobrze, proszę pół kilograma, a ja jeszcze idę po truskawki.

— Jak sobie panienka życzy, już nakładam.

Poszła zamyślona do działu z mrożonkami. Próbowała wymyślić nowe rozwiązania sytuacji, w której się znalazła, ale nie potrafiła się skoncentrować. Czuła się przygnębiona, a cała wiedza o tym, jak żyć, jak funkcjonować, uleciała. Jej wewnętrzny duch jakby zamilkł. Wzięła to, po co przyszła, i podeszła do Marka.

— Gdzie to słońce, które zawsze tak radośnie świeciło uśmiechem? — zapytał właściciel sklepu.

— Orzeszki i truskawki, tego mi trzeba i tyle — uśmiechnęła się.

— Tak dużo lepiej. Płynąć z nurtem, być sobą i będzie dobrze.

— Dziękuję, ale to nie zawsze takie łatwe.

— Racja, dlatego mam na to swój sposób. Opowiadam dobre kawały i serwuję najlepsze żarciki.

— W takim razie proszę próbować.

— Dobrze… więc… pewien drogowiec chciał być dżentelmenem i zaprosił żonę do walca…

Sofia myślała, myślała, a kiedy zrozumiała, nie wytrzymała i eksplodowała śmiechem, a Marek śmiał się razem z nią. Czasami najprostszy żart potrafił ją rozbawić do łez. Po kilku sekundach opanowała się i skomentowała:

— Och, to faktycznie zabawne. Znam podobny… znalazł facet korek i go zatkało.

— Ha, ha… dokładnie… Panienka, widzę, że też ma poczucie humoru.

— Tak, czasami tak bywa… w każdym razie dziękuję, teraz już mi lepiej.

— Cała przyjemność po mojej stronie. Zapraszam zawsze, w te radosne dni i te mniej też. Zawsze do usług. Do widzenia.

Wzięła zakupy i wyszła ze sklepu. Zamknęła za sobą drzwi, a przed nią stał ON. Zrobiła wielkie oczy i zaniemówiła.

— Przepraszam, pomyślałem, że tekst na wejściu nie był zbyt przyzwoity i poważny. Po prostu chciałem przeprosić. Nie chciałem nikogo obrazić, tym bardziej pani — odezwał się Aleks.

— Jestem pod wrażeniem — zdołała wykrztusić z siebie.

— Chyba powinienem inaczej zacząć naszą znajomość. Aleksander Sunway — mówiąc to, wyciągnął rękę przed siebie. Sofia spojrzała, uśmiechnęła się i chwyciła ją w geście przywitania.

— Miło mi — powiedziała.

— I z wzajemnością… a pani to…

— To kobieta, która lubi truskawki, orzechy i trochę tajemniczości wokół siebie.

— Aha, rozumiem… — Aleks skrzywił się, jakby smakował najkwaśniejszej cytryny świata.

Zachichotała pod nosem i uśmiechnęła się.

— Jestem Sofia Silverstar, ale proszę mówić mi tak jak przyjaciele, po prostu Sophie. Podała jeszcze raz dłoń w geście przywitania. Panie Aleksandrze, pana nazwisko jest nietutejsze, prawda?

— Wystarczy Aleks i na pewno bez „pan”. Moje nazwisko? To prawda, nie jest polskie, ale to trochę dłuższa opowieść na inny wieczór.

— Będę pamiętać. To jak? Po dżentelmeńsku odprowadzi mnie pan?… Przepraszam… odprowadzisz mnie, Aleks?

— Yyy — zdziwił się — zależy gdzie… chociaż jestem dżentelmenem w każdym możliwym calu, to na drugą stronę miasta pieszo raczej się nie odważę…

— Spokojnie… to tylko dwie przecznice dalej. Prosto przez park i zaraz jesteśmy. Oj, jestem zawiedziona, że mężczyzn cały czas trzeba prosić o wszystko.

— He! He! Tylko bez stereotypów. To będzie prawdziwa przyjemność, tylko że przez park?

— Czy to jakiś problem?

— Nie, nieee — powiedział drżącym głosem Aleks. — Pomyślałem, że wzdłuż jezdni, chodnikiem będzie lepiej.

— Że jak? Idziemy prosto przez park. Krócej, przyjemniej, nie widać ruchu ulicznego… idziemy. — Ruszyła, a za nią poszedł Aleks.

***

Gdy tylko przekroczyli jezdnię, a dwa stare dęby na wejściu otworzyły naturalną przestrzeń wokół, Aleks, który pierwszy raz w życiu miał iść parkową ścieżką, próbując się rozluźnić, zaczął zagadywać.

— Słyszałem śmiechy za drzwiami przed sklepem. Tak wesoło było w środku?

— A było… Właściciel znokautował mnie dowcipem — odpowiedziała.

— Aha… cały Marek… lubi sprośne żarciki, ale facet jest zawsze miły i zna granice.

— Ten akurat był z serii całkiem przyzwoitych, tych krótkich, które od razu zwalają z nóg swoim podwójnym znaczeniem. Sprośne to może tylko panu opowiada… hm? Jak to jest?

— Bo ja wiem… — wzruszył ramionami. — Pewnie zależy to od okoliczności.

— To słuchaj, co mi powiedział, bo wydajesz się spięty.

— Aż tak to widać… ech… — westchnął głęboko.

— Opowiedział mi, że jest pewien facet, który pracuje przy robotach drogowych… uwaga… ten drogowiec chciał być dżentelmenem i zaprosił żonę do walca — powiedziała, po czym zaczęła się śmiać. Aleks, również pobudzony, bardziej tym zniewalającym chichotaniem niż samym z lekka tandetnym żartem, jak zarażony jej śmiechem, dołączył do niej, nie mogąc powstrzymać się.

— Dobre… całkiem dobre… swoją drogą muszę powiedzieć, że masz miły dla ucha kobiecy śmiech, a nie taki koński.

— Ha, ha, ha — zaśmiała się. — A dziękuję… to miłe.

— Nie mam w zwyczaju prawić komplementów innym, ale to akurat szczera prawda. To słuchaj tego kawału, który również Marek mi zaserwował, ale nie mów mu, że zdradzałem jego żarciki.

— Dobrze, słucham.

— Dlaczego kobiety lubią podpaski ze skrzydełkami? Bo nawet w te trudne dni lubią mieć namiastkę ptaka między nogami. Ten opowiedział mi, kiedy klientka przede mną kupowała podpaski.

— O nieee, okropne… ale nawet śmieszne. Rozumiem, to ta seria dowcipów w rodzaju „nic tak zębów nie wybiela jak mineta co niedziela” — dodała z przekąsem, dołączając do zabawy słownej.

Po chwili rozmawiali przyjaźnie, obgadując za plecami sklep, w którym się poznali, po czym dotarli do samego centrum parku, gdzie łączyły się i krzyżowały ścieżki na linii północ–południe i wschód–zachód. Na środku stała mała fontanna w kształcie konika morskiego, gdzie woda pryskała prosto z otworu gębowo-skrzelowego podwodnego zwierzaka, prawdopodobnie powiększonego przynajmniej ze sto razy w stosunku do realnych rozmiarów stworzenia. W odległości kilku metrów stały rozstawione wokoło ławki, ulubione miejsce zakochanej młodzieży i staruszków, którzy czuli tutaj spokój, odcinający od zmieniających się trendów i świata. Aleks zatrzymał się przy fontannie, rozglądając się wokół.

— O co chodzi? — zapytała Sophie.

— Nic, nic… po prostu jestem tutaj pierwszy raz… i podoba mi się. Podoba mi się tutaj — rzekł Aleks. — Nigdy nie spodziewałem się, że może być tutaj tak miło, spokojnie, po prostu urokliwie. I to jest dziwne.

— Dziwne? W jakim sensie?

— Ech… może to głupio zabrzmi, ale nigdy nie szedłem parkiem. Wydawał mi się złowrogi. Gdzieś w głębi bałem się wejść w jakieś psie odchody, a tutaj czysto i ładnie, aż dziw bierze. Jedni ludzie przyjaźnie się uśmiechają, inni nawet nie zwracają uwagi. Jest po prostu inaczej… i ta woda tutaj, na środku… ten szum drzew, śpiew ptaków, który mnie uspokoił…

— To jeszcze powiem, że wieczorem ta fontanna zmienia kolory i to dopiero jest widowisko…

— Będę musiał to zobaczyć. Dobrze, chodźmy dalej, ale od dzisiaj zawsze będę chodził do sklepu i do pracy przez park.

Sofia już chciała powiedzieć mu, że jest jak typowy mieszczuch z wielkiego miasta, który nie wie, co to piękno natury, nie zna lepszych sposobów relaksu, jak kino, dyskoteka i telewizja, ale ugryzła się w język. Musiała pamiętać, o co tak naprawdę chodzi, i nie mogła go zrazić do siebie. Przynajmniej nie teraz. Jeszcze nie teraz, chociaż jak na pierwszy raz wydawał się i tak całkiem sympatycznym facetem, pomijając niezbyt trafnie dobrane żarty i dowcipy z podtekstem.

— Ja czasami biegam po tym parku, ale trasa jest trochę dłuższa, tak z pięć, sześć kilometrów, tyle mi wystarcza i jest dla mnie optymalna — stwierdziła.

— Ty to chyba mocno dbasz o siebie. Szczupła, zgrabna figura, w sklepie widziałem kosz z warzywami i owocami.

— To prawda, ale dla mnie to taki sposób życia. Dla mnie to standard. Jedni piją kawę, chociaż nie zdają sobie sprawy, jak to na nich działa, a inni piją sok jabłkowy, jak ja. Tak się wychowałam i dobrze mi z tym. Czuję się młodo, zawsze zdrowa, bo nigdy nie byłam u lekarza. Przynajmniej nie pamiętam, kiedy byłam. Opowiadam się za stwierdzeniem, że jesteś tym, co jesz. To wielka prawda.

— Wow… jesteś dietetyczką?

— Żartujesz sobie, oj, nie. Ich uczą, jak liczyć kalorie, a ja mam inne podejście. Dla mnie liczą się witaminy, minerały, enzymy, homeostaza organizmu i ekologiczna, naturalna żywność. Oj, to długi temat…

— Tak, widzę, że pewnie mówisz i znasz się na tym.

— Troszkę tak. — Mrugnęła do niego jednym okiem.

— To co teraz kupiłaś, jeśli wolno zapytać?

— Tylko truskawki i orzechy nerkowca. Na poprawę nastroju.

— Aha… nerkowca… w sumie nie wiem, o czym mowa… — przyznał cicho.

— Masz, posmakuj. — Otworzyła torbę, a Aleks nieśmiało wziął garść orzechów.

— Aha, to te wykręcone. — Wrzucił kilka do ust, po czym dokładnie przemielił i połknął. — Całkiem dobrze smakują.

— To słuchaj tego. Te orzechy są o tyle wspaniałe, że mają w sobie dużo witamin z grupy B oraz aktywują hormony szczęścia. Zawierają naturalnie występujący tryptofan, taki aminokwas, który jest prekursorem wytwarzania serotoniny w mózgu oraz w jelitach przez określone bakterie. Jak zjesz kilka takich garści, wróci ci naturalny, dobry nastrój. To jest organiczne, ale również, dla przykładu, syntetyczna witamina B3 — niacyna może działać z podobnym efektem. Kwas nikotynowy, bo taka jest jej inna nazwa, otwiera włośniaczki, jest lepszy transport tlenu do komórek, lepsza cyrkulacja krwi, wspomaga trawienie białek i jeszcze pewnie ma wiele innych zastosowań. W każdym razie zdrowa i dobra. Masz depresję, to jedz nerkowca lub zastosuj suplementację witaminą B3 z tryptofanem.

— Faktycznie się na tym znasz! Imponujesz mi.

— Teraz też będziesz o tym pamiętał. Tak to działa.

— To prawda. B3 i nerkowce na smutki i żale — powiedział żywo podniesionym głosem. — Już czuję, że ta garstka działa. — Sofia tylko się zaśmiała. — O co chodzi… coś śmiesznego powiedziałem?

— A nic… nieważne. Będziemy się żegnać, bo już powoli dochodzimy do mnie. Park się kończy i zaraz za jezdnią Słoneczne Osiedle. Zobacz, jak się wkomponowuje w twoje nazwisko.

— Fakt… widać nic nie dzieje się bez przypadku. To nowe osiedle, więc jesteś tutaj od niedawna?

— To prawda… — odparła trochę zamyślona Sofia. — Jestem tutaj nowa. A ty gdzie mieszkasz?

— W sumie też blisko, z dwieście pięćdziesiąt metrów dalej. Widzisz ten wielki neon na budynku po prawej stronie? To ja w tym budynku, tylko z widokiem na park.

— Cudnie. Słuchaj, Aleks, dziękuję za odprowadzenie. Było mi naprawdę miło, bo jestem tutaj od niedawna i jeszcze trochę czuję się obco w tym mieście.

— Przynajmniej trafiasz na najlepsze okazy od samego początku — zażartował.

— Dobra, dobra, bez spoufalania. Taki jesteś dobry? To jutro to sprawdzimy. Na którą godzinę masz do pracy?

— W sumie aż do środy mam urlop za wzorowe wyniki dla firmy.

— To wspaniale, w takim razie o siódmej trzydzieści przy fontannie. Sprawdzimy, jak pracują twoje płuca i jak z kondycją.

— O cholerka… — Wiedział, że z kondycją nie jest najlepiej, ale nie chciał odmówić tak naturalnie ślicznej, wesołej i przyjacielsko poznanej kobiecie. — Dobra, będę w gotowości. Zdziwisz się jeszcze, chociaż nie jadam orzechów i sałaty.

— Ha, ha, ha, jesteś zabawny. W takim razie do jutra.

— Jakiś kontakt może? — zapytał Aleks.

— Nie mam przy sobie telefonu, druga sprawa… przecież znam cię od niespełna godziny. O siódmej trzydzieści jutro w parku, to i tak więcej, niż potrzeba.

— W porządku, w takim razie spokojnej nocy i do jutra.

— Dziękuję. Miło było poznać. Do jutra.

Aleks, podekscytowany, poszedł w kierunku swojego mieszkania. Był zadowolony. Po prostu udany dzień. Najpierw analiza w pracy dostarczona elegancko na czas, dostał urlop i teraz ta seksowna i miła panienka. Już ma plan na jutro. Już wie, że będzie ciekawie, tylko niepokoił się, czy dorówna jej krokiem, skoro ona taka naturalnie zdrowa i wysportowana kobieta. Pocieszył się myślą, że gdyby w życiu zrobił coś innego, mógłby jej nigdy nie spotkać. Jest, jak jest, i jest dobrze — tak myślał i nie chciał już wiele analizować, bo analizy miał już na dzisiaj dosyć. Sofia tymczasem w równie dobrym stanie wróciła do swojego lokum. Nie chciała już z nikim rozmawiać, dlatego tylko napisała wiadomość do Alberta, która brzmiała:


Jest dobrze. Ptaszek połknął przynętę.

***

Tymczasem Moonson dotarł do Meksyku. Przyleciał prywatnym odrzutowcem sponsorowanym oczywiście przez radę, w której miał już teraz swój udział. Został dostarczony na prywatne lotnisko z dala od cywilizacji, zbudowane w pobliżu łańcucha górskiego Kordylierów, o nazwie Sierra Madre Zachodnia. Stąd następnie miał zostać zabrany czekającym na niego podstawionym czarnym, luksusowym pojazdem nieznanej mu marki, prawdopodobnie wyprodukowanym na specjalne zamówienie. Po prostu takich w obiegu się nie spotyka. Było to połączenie samochodu terenowego z możliwościami aut bojowo-wojskowych, ale z zachowaniem najwyższej klasy standardów wygody i elegancji. Elektronika i system sterowania był Moonsonowi obce i tylko kierowca wiedział, co i jak funkcjonuje, choć wszystko wskazywało na to, że auto samo wie, jak i gdzie jechać. I chociaż oznaczenia i wygląd zewnętrzny mogłyby sugerować, że jest to auto rządowe, komponenty i technologia zastosowane w budowie i wykończeniu były całkowicie nieznane opinii publicznej. Gdy wysiadł z odrzutowca, dwójka elegancko ubranych mężczyzn już czekała przy aucie. Nie musieli się przedstawiać ani mówić, kim są. Moonson wiedział doskonale, że przybyli tutaj po niego. Tak więc grzecznie jeden z nich powiedział: „zapraszamy” i wskazał miejsce w samochodzie. Gdy ruszyli, wjeżdżając na wyboistą, kamienną drogę, kierując się w stronę gór, jeden z mężczyzn, lustrujący gościa od samego początku, odezwał się pierwszy:

— I jak? Zmieniło się coś?

— Nie rozumiem — odpowiedział osiłek.

— Długo cię tutaj nie było, dlatego pytam.

— Nic nie pamiętam.

— Jeszcze ci pamięć nie wróciła? Bez obaw, wkrótce w pełni sobie przypomnisz, co i jak.

Po chwili milczenia kontynuował:

— W takim razie prześpij się, skoro jeszcze nie jesteś w stu procentach sobą.

— To zbędne.

Mężczyzna wcisnął jeden przycisk, po czym pojawił się holograficzny mały pulpit. Wprowadził określone koordynaty i ustawienia. Szybko zamknął aplikację i ekran. Po raz kolejny spojrzał prosto w oczy Moonsonowi, po czym rzekł: „przecież mówiłem, śpij”, a wielki Irlandczyk zasnął jak dotknięty czarodziejską różdżką, odpływając świadomością w nieznane. Po raz pierwszy odezwał się pilot auta, do kolegi obok:

— Jego kompilacja nie zakończyła się w pełni.

— Tak, ale czasami tak bywa. Kwestia godzin. W sekcji już go dobrze nastroją.

Rozdział 3. „Kim jesteś?”

Aleks już od wczesnego rana, mocno podekscytowany zapowiadającym się ciekawym dniem, cały czas miał w głowie umówioną godzinę, do tego stopnia, że standardowe poranne nawyki przestały istnieć. Nie włączył pieprzenia w radiu Bib Pipa, ale zamiast tego wyciągnął nabytą przed laty starą płytę z muzyką klasyczną.

— Pokaż, na co cię stać, Vivaldi — odezwał się, po czym w głośnikach odezwały się harmonijne pociągnięcia smyczków na skrzypcach.

Wydawało mu się, że muzyka grała prawie tak samo dobrze jak wtedy, gdy będąc dzieckiem, został zabrany przez rodziców po raz pierwszy do filharmonii. I już myślał, że nawet poleci mu łza, dokładnie tak samo jak dwadzieścia dwa lata temu, kiedy dosłownie popłakał się z zachwytu. Szarpał wtedy mamę i wyszlochał tylko „to jest piękne” swoim zapłakanym głosem. Ona wtedy otarła mu twarz i wyczyściła nochal ze smarków. I pamiętał, jakby przed minutą powiedziała do niego: „widzisz, synku, bo ta muzyka porusza duszę, a wtedy całe twoje ciało wibruje, czując piękno i zachwyt. Tego nie da się wyrazić słowami. To trzeba czuć”. Miała w pełni rację. Nawet teraz Aleks czuł, że jest zsynchronizowany z tym, co słyszy w głośnikach. I już dawno temu zrozumiał, jak muzyka klasyczna zrodziła w nim tę naturalną otwartość na ludzi, ten spokój, zrównoważenie, opanowanie, które budziły szacunek wśród kolegów szkolnych, a kompozycja wrażliwości z nutą romantyzmu przyciągała nieświadomie jak magnes koleżanki. Na pierwszy rzut oka nikt nie był w stanie powiedzieć tego o Aleksie, ale przy bliższym poznaniu wychodziła jego prawdziwa natura. I nieraz usłyszał od kumpli po zajęciach: „ty to masz jaja ze stali”, kiedy to tylko on jeden miał na tyle odwagi, aby wstawić się za przyjaciółmi w czasie zajęć z największą szkolną kosą. Tylko on miał na tyle wewnętrznej siły, by powiedzieć nauczycielce, że się myli, że jest inaczej, że uważa inaczej, i obstawać przy swoim. Wszyscy rockmani, klasowi chuligani, nawet ci z ostrym i ciętym językiem siedzieli cicho jak myszy, a Aleks potrafił, jak prawdziwy przywódca i obrońca, stanąć po stronie prawdy. Bo udzielał się tylko wtedy, gdy widział naginanie zasad. Nieważne, czy rozmawiał z rodzicami, nauczycielami, klerem, czy obcymi na ulicy, bo wtedy rządziły nim wyższe ideały — prawo, szacunek i sprawiedliwość. On jeden czuł, że w dużym stopniu to muzyka zahartowała ten zespół prawych cech, tak jakby zakotwiczyły się w jego ciele wszystkie historie klasyków renesansowych pisane nie słowami, lecz wibracją muzyki.

Tymczasem w odtwarzaczu kończyło się Lato z serii „Czterech pór roku” Vivaldiego, ustępując miejsca Jesieni. Aby czuć się silnym i przede wszystkim lekkim, postanowił, że zje owsiankę, tak samo jak w dzieciństwie, z jedną różnicą. Ostatnio tyle się nasłuchał o mleku, o jego szkodliwości, że zmieszał płatki owsiane bezpośrednio z wodą. Dodał trochę rodzynek i żurawiny, dużą łyżkę miodu oraz pokrojonego na małe kawałki banana. Całość okazała się tak bardzo smaczna, że prawdopodobnie zjadłby jeszcze raz tyle, ale przystopował, aby nie przesadzać. W końcu idzie biegać, więc warto być lekkim jak piłka.

Teraz założył swój pomarańczowo-szary dres, przygotowany wczorajszego wieczoru. Gdy tak stał przed lustrem, poczuł się trochę nieswojo. Zawsze chodził w marynarkach i nosił się w biznesowym stylu, a tutaj nagle dres sprzed kilku lat. Zaczął sprawdzać, jak będzie wyglądał w biegu, dlatego wykonał prowizoryczny szybki sprint w miejscu. Po chwili zaczął wymachiwać rękoma, robić przysiady i skłony. Było dobrze. Ubiór w niczym nie przeszkadzał, nie był opięty ani sztywny. Żadna profesjonalna odzież. Ważne, że była wygodna i pasowała do okazji. I tak zawsze trwał w przekonaniu, że jeżeli chcesz być mistrzem, nie można w pierwszej kolejności przykładać znaczenia do wyposażenia, lecz do umiejętności. Dlatego też jednemu artyście wystarczy tylko węgiel i kawałek papieru, a inny potrzebuje wymyślnej aparatury. Wtedy rodzi się pytanie, który z nich jest prawdziwym artystą? To podobnie jak z budowaniem domu, ponieważ najlepiej zacząć od fundamentów, a nie od dachu. Znalazł swój mały bidon z dawnych czasów, kiedy to intensywnie i systematycznie ćwiczył na siłowni. Jeszcze raz dobrze go umył, opłukał, wyparzył, a następnie nalał wody. Teraz założył specjalny sportowy pas na biodra. Stanowiło to połączenie małej saszetki, aby można było zabrać tak drobne przedmioty jak klucze czy telefon, oraz przegrody do włożenia bidonu z płynem. Wziął przygotowaną wodę i włożył w wyznaczone miejsce na pasie. Co prawda tylko trzysta mililitrów, ale w przypadku biegacza czasami kilka łyków może decydować o wszystkim. Jeszcze raz kilkukrotnie obejrzał się z każdej strony, po czym stwierdził, że jest świetnie.

Była już 7:00. Postanowił, że teraz wyjdzie i poczeka na miejscu. Stwierdził, że lepiej będzie, gdy pojawi się pierwszy. Posiedzi sobie przy fontannie, zrelaksuje się i pozostanie w gotowości. Sam był ciekawy, jak u niego z formą, ale czuł, że stać go jeszcze na bardzo dużo. Tak więc wziął tylko klucze i niesiony nowymi doświadczeniami wyszedł na umówione spotkanie.

***

Gdy tak szedł powoli w stronę parku, dopadły go myśli o tym, jak żył dotychczas. Tylko praca i dom, dom i praca. Bardzo mało było miejsca na nowe, oryginalne pomysły, mało miejsca na przyjemności. Czasami włączył sobie dobry film akcji, ale im więcej ich oglądał, tym bardziej każdy wyglądał coraz głupiej, dlatego i ta forma rozrywki w pewnym momencie zniknęła z jego życia. Przychodził z pracy i miał jeszcze tyle czasu, by poświęcić go na doskonalenie, na poznawanie, na nowe doświadczenia. Tymczasem przychodził i spał. Przychodził i słuchał pieprzenia w radiu. Przychodził i czekał, aż przyjdzie pora kolacji. Teraz właśnie, gdy tak rozmyślał, zauważył, jak wiele czasu stracił i w jakiej żyje bierności. Idzie do parku pobiegać, ale dlaczego nie wpadł na to sam wcześniej? Nawet rzadko kto odwiedzał go w mieszkaniu, ponieważ przeważnie nikogo nie zapraszał. Ostatnia dobra impreza zorganizowana przez Aleksa miała miejsce z pięć lat temu, kiedy obchodził swoje urodziny. Przyszli jego przyjaciele z czasów szkolnych, chociaż nie było łatwo ich namówić, a raczej ich żon, które tym razem miały zostać same. Po prostu chcieli pograć sami w pokera, oczywiście dla rozrywki, ale zawsze pojawiał się motyw, że trzeba było dać do puli coś wartościowego w zastaw. Przeważnie pieniądze. Wtedy gra stawała się dużo bardziej ciekawa i emocjonująca. Stawki niby małe, ale sprawiały dużo radości.

Imprezy okolicznościowe w pracy nie do końca się liczyły. Chodził na nie, bo wypadało i przeważnie odbywały się raz do roku. Ludzie, z którymi pracował, wydawali się w porządku, ale i tak wiedział, że po pracy się zmieniają. Dla przykładu, Kris, menadżer tego samego szczebla, w pracy czuł się jak Apollo, ponieważ w firmie zarządzał dużym zespołem pracowników. Lubił, aby go słuchano i podziwiano. Aleks doskonale widział, że gra kogoś innego, niż jest w rzeczywistości. Przekonał się o tym, kiedy pewnego dnia wracali razem po pracy. Wtedy Kris był zupełnie innym człowiekiem. Bardziej przystopowanym. Nie pajacował jak w pracy. Stawał się bardziej ludzki — i to było całkiem miłe. Podobne sytuacje obserwował u niektórych innych pracowników. Zwyczajnie nie byli sobą w pracy, a przecież powinno dziać się inaczej. Gdy była impreza firmowa, przychodził, ale trzymał doskonały dystans wokół siebie. Kobiety z pracy, które próbowały go podrywać i flirtować z nim, wydawały mu się takie proste i banalne. Niby urocze, ładne, zadbane, niektóre nowo zatrudnione, młodziutkie i atrakcyjne. Niejeden by od razu chciał z takimi się pobawić na osobności w łóżku. Aleks przeważnie też czuł na początku takie rozpalenie zmysłów i namiętności, ale wystarczyło trochę dłużej popatrzeć, porozmawiać i stawały się w jego oczach takie sztuczne. Po prostu wiedział, że to nie to. Mógłby się z jakąś panienką umówić, zaciągnąć ją do łóżka, ale co dalej? On jeden wiedział, że czułby się dziwnie, bo grała w nim ta iskra sentymentalnego romantyzmu, która chciała kochać naturalnie całym sobą. Czasami myślał, że jest za dobry i za bardzo wymagający. Innym razem nawiedzały go myśli, że powinien wziąć i zaciągnąć co jakiś czas laleczkę do siebie, bawić się z nią na całego i tak systematycznie zmieniać, ale wewnętrznie nie mógł tego przeforsować. To nie było w jego stylu, albo była to tajemnicza umysłowa blokada, zakorzeniona głęboko, której nie mógł dostrzec i przełamać. Zawsze brzydził się gwałtami, nadużyciami, przemocą seksualną, nie podobało mu się, że tyle dzieci rodzonych jest tak bezmyślnie i bez odpowiedzialności ze strony ich rodziców. A nie chciał być taki jak oni. Te wszystkie stereotypy typu maczo, silny i bezwzględny mężczyzna nie interesowały go, chociaż z drugiej strony testosteron też trzeba było jakoś rozładowywać. I właśnie teraz zapragnął, aby tym razem było tak, jak należy.

Ta dziewczyna ze sklepu, ona coś w sobie ma, co mu się podoba. Śliczna, wygląda na bystrą, trochę tajemnicza. Już zaczynał sobie wyobrażać różne życiowe scenariusze, ale się opamiętał. Postanowił, że nie będzie miał żadnych oczekiwań, bo wiadomo, jak jest z oczekiwaniami — przeważnie zawsze inaczej. On ma szczere intencje i niech idzie to swoim torem. Nie będzie wyobrażał sobie, jak wygląda nago ani jaka jest w łóżku. Nie będzie naciskał, jeżeli ona chciałaby tylko zachować status tymczasowej koleżki. Będzie sobą i zobaczy, jak to dalej się potoczy. W sumie i tak był jej wdzięczny, ponieważ dzięki niej pierwszy raz w życiu przeszedł przez park. Teraz wydało mu się takie głupkowate i ograniczone własne zachowanie, zawężone wcześniej myślenie. Już jest inaczej, jest oryginalnie, idzie pobiegać, choć nie robił tego od lat. Czuł, że coś się w nim zmienia, i chciał, aby to nadal się rozwijało, cokolwiek to miało znaczyć.

***

Podszedł pod fontannę. Był przed czasem, więc miał chwilę, aby się odprężyć i zrelaksować ciało. Szum spływającej wody z nozdrzy figury konika morskiego przyjemnie uspokajał i wprowadzał w łagodny stan. Stojąc przed fontanną, nie mógł się oprzeć. Ławki wokoło były prawie puste, tylko jedna staruszka, ale wyglądała, jakby przysypiała, z zamkniętymi oczyma. Dobrze, że głęboko oddychała, bo pomyślałby, że to kobieta trup na ławce. Właśnie takie zniekształcenie rzeczywistości potrafi zakotwiczyć hollywoodzkie filmy. To kolejny dobry powód, dla którego przestał je oglądać. W końcu odważył się i włożył rękę do wody przed sobą. Była lodowata. Wyciągnął dłoń. Poczuł, jak jego receptory skórne dostają informację, zmieniając cyrkulację krwi i naczyń krwionośnych.

— Można śmiało pić — usłyszał za sobą.

Odwrócił się i zobaczył, że staruszka spoglądała wprost na niego.

— Słucham? — odezwał się do niej zdezorientowany.

— Ta woda z fontanny, można ją śmiało pić. Jest czysta — powtórzyła.

— Naprawdę? — zainteresował się. — Skąd pani wie?

— Oj, mam osiemdziesiąt pięć lat, codziennie biorę trochę łyków i zobacz, jak się trzymam — uśmiechnęła się ze starczą mądrością bijącą jej z oczu. — To inne źródło niż miejska woda i ma swoją historię.

— Brzmi ciekawie. — Po raz kolejny opanowany ekscytacją nieznanego świata przysiadł obok kobiety. — Proszę mi o tym opowiedzieć, jeżeli to nie tajemnica.

— Żadna tajemnica dla kogoś, kto potrafi docenić naturę. Chce pan naprawdę posłuchać?

— Oczywiście, że tak, czekam na przyjaciółkę, ale mam jeszcze trochę czasu. Lubię prawdziwe, opowiadane historie zamiast tych uczonych oficjalnie w szkołach.

— To dobrze o panu świadczy. W takim razie niech pan słucha. Woda z tej fontanny jest naprawdę czysta, ponieważ pochodzi z głębinowego źródła, które jest starsze niż ja sama. Już za czasów mojej prababki była tutaj studnia. Ludzie wierzyli, że to ujście wody pochodzi od serca Ziemi. Niektórzy twierdzili, że to święta i lecznicza woda. Miasto było dużo mniejsze, dużo mniej ludzi mieszkało i tylko w kilku rodzinach zachowała się ta tradycja i historia. Mówiło się, że jeżeli pijesz przynajmniej kilka łyków dziennie, siła planety Ziemi jest w tobie. W latach sześćdziesiątych chciano starą studnię usunąć i zamurować. Rozumie pan, przestawała pasować do nowoczesnego, postępowego otoczenia. Wspólnie z przyjaciółmi przeforsowaliśmy nasze stanowisko i nie pozwoliliśmy tego zrobić. Mój syn, który był w radzie miasta, przekonał innych i w miejsce studni postawiono fontannę. Moja najmłodsza córka jest geologiem i dokonała wielu pomiarów. Badała ten obszar i wodę w sposób typowo naukowy. Niech pan słucha dalej. Okazało się, że studnia jest bardzo głęboka, dużo bardziej niż te tradycyjne. Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, na jakiej głębokości znajduje się podziemny potok. Możliwe, że jest kilka strumieni i się krzyżują. Z jej badań wynikało, że ta woda jest magnetyzowana. Przechodzi przez skały, piaski, kamienie. Rozumie pan, naturalna woda magnetyczna. Są w niej zawarte minerały i pierwiastki śladowe. Nie wszystko dobrze powtórzę, ale ta woda jest elektryczna. Córka dokładnie mówi… aha, już wiem… córa dokładnie mówi, że ma wysoki potencjał elektryczny albo coś w tym rodzaju. Ja już nie wiem dokładnie, co to oznacza, ale to nie koniec. Co więcej, okazało się, że jest niewiarygodnie czysta. Żadnych bakterii, pleśni, grzybów. Jest kilka rzeczy, które do dzisiaj nie zostały do końca wyjaśnione. Co prawda zamontowano pompę, aby ten konik morski działał, ale co ciekawe, przez tyle stuleci poziom wody się nie obniżył. Tak, jakby było to niewyczerpane źródło. Moja córka do dzisiaj mówi, że to jest inna woda niż w kranie, i ma rację. Kiedyś ludzie szanowali to miejsce, a teraz uczy się dzieci, aby nie pić wody, bo jest szkodliwa.

— Aktualnie ktoś ją bada?

— Mój wnuk sprawdza co roku. Bierze próbkę do laboratorium. Sprawdza, czy nie ma w niej szkodliwego robactwa. I nigdy nic nie znalazł. Z dwadzieścia pięć lat temu zbudowano tutaj ten niewielki daszek, aby deszcze nie mieszały się z wodą.

— To naprawdę ciekawe. I pani pije tę wodę?

— Piję codziennie. Cała moja rodzina, która się porozjeżdżała po świecie. Przyjeżdżają w odwiedziny, to biorą baniaki i codziennie kilka łyków obowiązkowo. Wie pan, to zupełnie inna woda, nie to, co w naszych kranach, gdzie sam chlor i szkodliwy fluor.

— Jasna cholera za przeproszeniem. Mieć pod ręką takie cuda i nie wiedzieć — skwitował Aleks.

— To prawda… nikt z nas nie choruje, ja czuję się z dwadzieścia lat młodziej. Drogi panie… to samo zdrowie. Niech pan posmakuje. Śmiało.

Podszedł niepewnie pod fontannę. Spojrzał. Faktycznie wyglądała na czystą. Nie była mętna, nie było syfu pływającego na powierzchni. Zanurzył dłonie, złożył je oburącz, tworząc półmisek, i delikatnie wyjął nabraną wodę. Wziął kilka łyków. Poczuł, że jest lodowato-krystaliczna. Była doskonale dobra i smaczna. Taka dobra, że wziął kolejne łyki. Mokrymi rękoma zwilżył sobie jeszcze twarz. Czuł się odświeżony i naładowany energią. Odwrócił się do staruszki.

— Absolutnie niesamowite. Jaka smaczna, jaka dobra woda. W niczym nie przypomina tego, co piłem cały czas w domu. Nawet butelkowe sklepówki, niby ze źródeł, ale nie ma porównania. — Po czym w myślach i tak postanowił, że sam sprawdzi, na własny rachunek, czystość wody, jak przystało na małego sceptyka, czyli dawać wiarę, ale nie do końca wszystkim i wszystkiemu.

— Cieszę się. Widzisz… mówiłam ci. Podejdź jeszcze do mnie. — Aleks usiadł znowu obok staruszki, a ta spojrzała mu głęboko w oczy. — Posłuchaj. Obiecaj mi… — zaczęła mówić. — Tak długo, jak tutaj będziesz, jak długo będziesz mógł, tak długo będziesz dbał i nie pozwolisz, aby zamknęli źródło. Znasz historię i dziel się nią, ale z prawymi ludźmi. Jeżeli masz ochotę, pij wodę codziennie, ale pamiętaj o szacunku i o tym, od kogo ją masz.

— Tak będzie — przytaknął. — Obiecuję, że zawsze z szacunkiem będę pił wodę i będę dbał o to miejsce najlepiej, jak potrafię.

— Pięknie — uśmiechnęła się staruszka i uścisnęła jego ręce. — Dziękuję ci.

— Pozwoli pani, że nabiorę wody do bidonu.

— Śmiało, młodzieńcze.

Wstał. Wyjął bidon i podszedł pod rosnące małe drzewa, aby całość wylać. Opróżnił pojemnik. Nagle na wprost, w odległości pięćdziesięciu metrów, zobaczył Sophie. Pomachała do niego. Aleks odmachał i migowym gestem zakomunikował, aby jeszcze sekundę zaczekała. W odpowiedzi dała znać kciukiem, że jest okej i wróciła do swoich ćwiczeń gimnastyczno-rozciągających. Tymczasem Aleks podszedł do fontanny. Nabrał cały bidon wody. Odwrócił się w stronę staruszki na ławce. Podniósł pojemnik z wodą, po czym powiedział głośno, pewnie i wyraźnie:

— Dziękuję dobrej pani — mówiąc to w stronę kobiety, delikatnie skinął głową, okazując wielki szacunek i elegancję. Następnie kontynuował: — Dziękuję Matce Ziemi. — Wziął łyczek wody, a resztę schował za pasem. Na odchodne jeszcze dodał: — Dziękuję za wszystko i mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce.

Na to kobieta pożegnała go przyjaznym uśmiechem z przytaknięciem głowy. Pobiegł dalej na spotkanie.

***

— Cześć, jak się masz? — mówiąc to, Aleks stanął przed Sophie.

— Dzięki, wspaniale. Zdążyłam się porozciągać i pogimnastykować — mówiła dalej z lekkim, przyjaznym sarkazmem. — Już się zastanawiałam, czy przypadkiem nie umówiłeś się z kimś innym.

— Ha, ha, ha — zaśmiał się. — Mówisz o tej staruszce? Daj spokój, poznałem ją przed chwilką. Jak ci opowiem, czego się dowiedziałem, to sama będziesz w szoku.

— Żartuję przecież. Widziałam cię od samego początku. Jestem już od siódmej i przyglądałam się z daleka. To jak, gotowy do biegu? Czy chcesz się trochę rozruszać na miejscu?

— Nie trzeba. Już wystarczająco długo na mnie czekałaś. To chodźmy. Będziesz przewodniczką.

— W takim razie ruszajmy i opowiadaj, co to za historia z tą panią.

Zaczęli powoli biec blisko siebie. Sophie miała już wyznaczoną trasę, która prowadziła przez boczne i mniej uczęszczane ścieżki. W ten sposób było spokojniej i mniejsze rozkojarzenie z zewnątrz. Biegła naprawdę lekko i widać było, że nie męczy się, a jogging sprawia jej sporo radości. Co więcej, cały czas w oczach Aleksa wyglądała naprawdę atrakcyjnie, świeżo i naturalnie. Opięty strój sportowy podkreślał jej zgrabną figurę, a opaska na głowie zabezpieczała przed roztrzepanymi włosami, które tym razem spięła z tyłu w koński ogon. Opowiedział jej przygodę sprzed chwili, o wodzie z fontanny, którą zaczął nazywać magicznym źródłem, tak dla podkreślenia jej niesamowitych walorów. Dużo mówił, co sprawiało, że popijał co chwilę kilka łyków. Sofia nie chciała, ale obiecała, że posmakuje bezpośrednio z ujścia. Po kilku kilometrach postanowiła, że będą już szli i spokojnie spacerowali powoli do wyjścia. Nie chciała, aby Aleks całkowicie opadł z sił, bez przygotowania i systematycznego treningu. Chciała z nim rozmawiać, aby dowiedzieć się maksymalnie dużo o jego osobie, zamiast słuchać głośnego i ciężkiego dyszenia.

— Uff, czuję, że moje płuca są przefiltrowane za wszystkie ostatnie lata. Dobrze, że nie palę, bo byłaby ze mną tragedia.

— Nie jest tak źle — pocieszyła Aleksa. — Jak na długą przerwę to i tak całkiem dobrze. Zamiast skupiać się na tym, że było trudno, zobacz, jak dużo tlenu dałeś organizmowi. Mięśnie rozruszane, a krążenie i układ limfatyczny pobudzone.

— To fakt, jestem zmęczony, ale czuję się dobrze. Nawet bardzo dobrze. — Dopił do końca wodę z bidonu.

— Ostatnio mówiłeś, że masz tydzień wolnego. Czym dokładnie się zajmujesz? — zaczęła zagadywać Sophie.

— Zajmuję się liczbami. Pracuję w instytucji finansowej.

— O nieeee, mam nadzieję, że to nie giełda.

— Spokojnie, bez obaw. To właśnie ja dbam o to, aby nikt nie wywindował nam kolejnych takich numerów z walutami jak w poprzednich latach. Dokładnie jestem analitykiem finansowym. Sporządzam raporty inwestorskie, badam płynności i rentowności, wyłapuję, jak coś mi nie pasuje i nie gra. Na pewno widziałaś ten wysoki budynek ze schodkową piramidą, flaga z orłem.

— Aha, wiem, gdzie to jest. Widziałam.

— Więc właśnie to moja miejscówka. W budynku mieści się dużo biur, różnych działów. Jest też sporo małych podmiotów pod jednym dachem. Ja mam swój pokój, gdzie spokojnie zajmuję się formułami i liczbami. Dla mnie liczby to kody i tylko ja wiem, jak je czytać. — Gdy to mówił, zaczął się śmiać pod nosem.

— Interesujące. Wyobraź sobie, że już spotkałam ludzi, którzy myśleli podobnie jak ty.

— Ooo, a więc nie jestem jedyny w tej materii. A co powiesz o sobie? Kim tak naprawdę jesteś?

— Cóż jestem antropologiem kulturowym oraz lingwistką. Znam kilka języków, ale to wynika pośrednio z rozległego obszaru zainteresowań i miejsc, które odwiedziłam.

— Brzmi ciekawie. Nie pochodzisz z Polski?

— Zdziwisz się, ponieważ urodziłam się w Polsce. Mój ojciec miał zagraniczne korzenie, ale szybko odszedł i byłam wychowywana przez moją mamę. Na szczęście miała grono oddanych przyjaciół, którzy byli przy nas w najtrudniejszych chwilach. Wyjechaliśmy na jakiś czas do Skandynawii. Była też Irlandia, Boliwia, Argentyna, Kanada Północna i przez chwilę Meksyk. Często się przemieszczaliśmy i dużo się uczyłam od miejscowej ludności, ale językiem ojczystym posługiwałam się na bieżąco.

— Teraz rozumiem, dlaczego tak płynnie mówisz po polsku. Jestem pod wrażeniem. Musiałaś niejedno widzieć i przeżyć wiele przygód. Tyle miejsc, tyle doświadczeń.

— To prawda, ale wierz mi, że czasami to męczące. I im dłużej to trwało, im szybciej sytuacja wymagała zmiany miejsca, tym człowiek bywał często samotny, ponieważ znajdował się po raz kolejny w nowym miejscu, bez znajomych i bliskich osób.

— I żadna bratnia dusza nie znalazła się w międzyczasie? — zapytał bardzo ostrożnie.

— Niestety nie. Widzisz, nie każdy jest zdolny do prowadzenia takiego trybu życia jak ja. Nie każdy ma na tyle odwagi i siły. Druga sprawa, że mam swoje zasady, swoje przekonania, swoje nawyki i nie każdy się nadaje. Wiesz… chodzi o to, że wielu było wspaniałych osób wokół mnie. Ale nie byli prawdziwi w tym, co mówili, byli sztuczni. Nie mogłabym żyć na przykład z palaczem fajek lub codziennym mięsożercą, skoro sama jestem nastawiona na zdrowe podejście z przewagą wegetarianizmu. Powiem ci, że wierzę w wielką miłość, a to mi się jeszcze nie przytrafiło.

— Tak, rozumiem. Więc co cię sprowadziło z powrotem do Polski i dlaczego akurat tutaj? W sumie to geograficzne prawie centrum kraju?

— Nie wiem do końca. Może intuicja. Może chciałam, jako antropolog, odwiedzić i poczuć trochę mocniej mój rodzinny kraj. Odwiedzić dawne miejsca. Odwiedzić i poczuć miejsca, w których historia pisała swoje dzieje, te chwalebne i te okrutne. Chciałam znowu poczuć lasy i naturę, gdzie przyszłam na świat, poczuć polskie góry, doliny, wody i jeziora. Wiesz, mimo że zakwaterowanie mam w pobliżu, to nie wyobrażam sobie, żeby cały czas przebywać w mieście. Wsiadam w samochód i jadę za miasto, chociaż na chwilę co jakiś czas.

— Tak, zauważyłem, że jesteś inna niż większość znanych mi kobiet. Oczywiście inna w sensie stricte pozytywnym. To niesamowite, co mówisz, a jak słucham tego po raz kolejny, zaczyna dobijać mnie obraz, jak ja dotychczas żyłem — westchnął głęboko. — Ech, szkoda gadać.

— Oj, przecież każdy ma swoją życiową podróż. Inna sprawa… zawsze możesz zacząć żyć tak, jak chcesz. Tylko ty o tym decydujesz, prawda?

— Święta prawda. Nie chcę ci schlebiać, ale już sporo zmieniłem i to właśnie dzięki tobie.

— Na pewno nie. Ja do niczego nikogo nie namawiam. Sam musiałeś wprowadzić zmiany, a ja najwyżej byłam… yyy… katalizatorem…?

— Może być — zaśmiał się — katalizator zmian.

— Zobacz, jaki piękny! — krzyknęła nagle w uniesieniu, wskazując palcem siedzącego przy fontannie mężczyznę, obok którego leżał pies. — Podejdziemy? Ależ mi się podoba. Chodźmy.

Mężczyzna w wieku około czterdziestu siedmiu lat, ubrany w wytarty skórzany płaszcz, trzymał smycz, do której przypięty był młody owczarek niemiecki długowłosy. „Sprzedam psa, tylko 500 zł” — głosił napis na kartonowej tabliczce, leżącej w pobliżu.

— Dzień dobry — zaczęła mówić Sophie, kiedy zbliżyli się do właściciela. — Ma pan pięknego psa. Owczarki to moja ukryta miłość.

— Dziękuję bardzo. To suczka na sprzedaż.

— Ooo, dziewczynka. Ile ma miesięcy?

— Dokładnie cztery miesiące minęły wczoraj. Proszę spojrzeć, jakie ma silne łapy, uszy sterczą na baczność. Jest zdrowa i ładna. Można pogłaskać, tylko nie po uszach i łbie.

Sofia zaczęła głaskać psa pod mordką, sprawdziła łapy, sierść miękka i puszysta.

— To pana pies? — odezwał się Aleks.

— Tak, to mój pies i generalnie ostatni na sprzedaż. Było w miocie jedenaście szczeniąt i ona mi została ostatnia. Nie są państwo zainteresowani?

— Pies to odpowiedzialność i takie sprawy trzeba przemyśleć. Taka decyzja podjęta w pośpiechu nie wchodzi w grę. Dobrze mówię, Sophie?

— Niestety tak, ale ja bym ją wzięła, bo jest urocza i to bystre spojrzenie. Ma pan hodowlę, tak?

— To zamiłowanie do psów. Już trzeci raz z rzędu postanowiliśmy skrzyżować nasze dwa psy. Została nam teraz tylko ona. Powiem państwu, że miała zostać z nami, ale niestety za jakiś czas się przeprowadzamy i weźmiemy tylko rodziców tego owczarka. Wszystko jest. Papier, dokumenty weterynaryjne. Żadnych problemów z chodzeniem, brak dysplazji kości, ciężar ciała ładnie rozłożony bez obciążania kończyn przednich i stawów. Ogon długi i elegancko opuszczony, a psina chodzi jak modelka na wybiegu. Druga sprawa, że owczarki to psy niewiarygodnie szybko uczące się i mądre, ale wymagają odpowiedzialnego właściciela, dobrego wychowania i ułożenia od samego początku.

— Tak, rozumiemy doskonale. I chce pan pięćset złotych za takiego psa?

— Wyglądacie na porządnych ludzi, więc mógłbym zejść z ceny. Faktycznie inne psy sprzedawałem nawet za więcej. Tę sunię oddam nawet za półdarmo, ale tylko w dobre i odpowiedzialne ręce. Zależy mi, aby właściciele byli na odpowiednim poziomie i żeby psa dobrze wychowali, z drugiej strony sytuacja zmusiła mnie, aby psa sprzedać.

— Co pan zrobi, jeśli nikt nie kupi psa, a pan będzie musiał wyjechać? — zapytał Aleks.

— Cóż… nie wiem. Nie myślałem o tym. Liczę, że ktoś weźmie psisko, bo jest piękna. W przypadku wcześniejszych psów też nie było problemu ze sprzedażą.

— Muszę przemyśleć sprawę, może się zdecyduję — powiedziała Sophie. — Ale dzisiaj na pewno nie.

— Droga pani, jeżeli nikogo nie znajdę, będę tutaj dopiero za tydzień. Mieszkam kawałek stąd, więc nie przyjeżdżam codziennie, a mam trochę pracy do zrobienia.

— Rozumiemy. W takim razie życzymy powodzenia, bo widać, że kocha pan zwierzęta i o nie dba. Na pewno trafi w najlepsze ręce.

— Dziękuję i chciałbym, aby to były tak samo dobre ręce jak pani.

— Ja również dziękuję, to miłe. Do widzenia, cześć, psino.

Pogłaskali psa na odchodne, a owczarek usiadł na baczność i żegnał ich wzrokiem. Teraz na spokojnie podeszli do fontanny, gdzie napełnili bidon, a Sophie skosztowała wybornego cudu natury, orzeźwiającego lepiej niż jakikolwiek inny znany jej napój. Poszli w kierunku bramy wyjściowej.


Gdy tak szli powoli, rozmawiali jeszcze o psie, którego widzieli przed chwilą. Sophie, której bardzo się spodobał, wiedziała, że w tym czasie jest to absolutnie niemożliwe, aby zająć się zwierzęciem. Nie teraz, w tak ważnym dla niej momencie. Miała do wykonania ważne zadanie. Nie mogła się spieszyć, aby niczego nie popsuć, ale jednocześnie wiedziała, że czas ją nagli, ponieważ kulminacja coraz bliżej. Jej podróże po świecie mogłyby przeszkadzać w wychowywaniu psa. Co prawda uwielbia spacery, więc miałaby towarzyszkę i jednocześnie ochronę, ale to odpowiedzialność na kilkanaście lat. Przez chwilę w milczeniu szła zamyślona, jak by to było, gdyby już wszystko się zakończyło sukcesem? Jak wtedy by żyła? Gdzie by była? Z kim by była? Aleks w tym czasie opowiadał zabawną historię kolegi szkolnego sprzed lat, który bał się psów i prawdopodobnie każdy pies to wyczuwał, ponieważ nawet najmniejszy i najgrzeczniejszy piesek szczekał zaciekle na niego. Mówił, jak to niektórzy jego znajomi mają utarte schematy myślowe, zgodnie z którą pies może żyć tylko na krótkim łańcuchu, przy budzie. Zupełnie tak, jakby zatrzymali się na innym etapie bez zrozumienia, że zwierzęta też potrafią odczuwać i mogą potrzebować większej wolności.

Byli już przed bramą wyjściową, kiedy w oddali za sobą usłyszeli szczekanie psa. Krótkie dwa szczeknięcia ze słyszalnym szczenięcym tonem. Stanęli i odwrócili się instynktownie w stronę dźwięku, jednocześnie wiedząc, że to zwierzak przy fontannie daje o sobie znać.

— To będzie piękna i mądra psina — powiedział Aleks, ale Sofia wyglądała na smutną i przybitą. — Zobaczysz, jeżeli nie ten pies, to będzie w innym czasie dużo lepszy. — Próbował ją pocieszać, na co zareagowała delikatnym uśmiechem.

— Masz rację, chodźmy dalej.

Aleks zdążył zrobić jeden krok do przodu, po czym uderzając o wystający z ziemi kamień, runął twardo na ziemię. Poleciał do przodu dokładnie jak małe dziecko, które biegnie radośnie nauczone ledwo chodzenia, niewiedzące, że siła grawitacji działa cały czas i potrafi przyciągnąć, jeżeli podstawowe umiejętności nie zostały w pełni przyswojone przez młode ciało. W ostatniej chwili wyciągnął przed siebie ręce, amortyzując upadek.

— Jesteś cały? — zapytała i pomogła mu się podnieść.

— Wygląda na to, że tak, ale boli mnie noga. Mocno poleciałem do przodu.

Dresowe spodnie na prawej nogawce były rozdarte i brudne od ziemi. Sophie podwinęła ubranie, odsłaniając niewielkie skaleczenie i ranę w okolicy stawu kolanowego.

— Do wesela się zagoi — skwitowała — ale wypada umyć i odkazić. — A następnie dodała: — Oj, oj, Aleks… zupełnie jak dziecko.

— Czy to oznacza, że jeszcze nie dorosłem? — zażartował.

— Jak poznam cię lepiej, to będę wiedziała, czy jesteś na etapie przedszkola, czy zerówki. Możesz ruszać nogą i chodzić?

— Tak, bez problemu. Czuję delikatny ból w kolanie, ale nie przeszkadza tak bardzo.

— Z takim łupnięciem pewnie będzie zbite. Chodźmy do mnie. Odkażę, oczyszczę i przyłoży się lód.

— Przestań, nie będę robił problemów. Aż tak daleko nie mam.

— Właśnie widzę, jak kulejesz. Do mnie mamy trzydzieści metrów, a do ciebie z trzysta trzydzieści. Tutaj potrzeba dobrej kobiecej ręki. Bez gadania.

— Dobrze, ale wierz mi, że poradziłbym sobie.

— Wiem, wiem. Wy, faceci, zawsze sobie radzicie ze wszystkim sami. Szczególnie z rodzeniem dzieci.

— Ha, ha, ha, zostawię to bez komentarza.

— I bardzo dobrze.

Ruszyli powoli według ustalonego planu do mieszkania Sophie.

***

Wynajmowała niższej klasy niewielki apartament na nowym osiedlu, dokładnie na Słonecznym Osiedlu. Ostatni poziom w trzypiętrowym budynku, gdzie tylko dach dzielił ją od błękitnego nieba. Wnętrze niezwykle funkcjonalne i optycznie przestrzenne. Aneks kuchenny połączony był z wielkim salonem, dzięki czemu zyskiwało się dużo miejsca. Wystarczyłoby przesunąć kanapę i ławę, a już będzie pod dostatkiem przestrzeni, aby uczyć się tańczyć najbardziej wymagających rytmów i walców. Musiała być przestrzeń, tak, jak lubiła Sofia. Dużo przestrzeni, aby czuć się wolną. Prócz tego jeszcze osobna sypialnia i po królewsku urządzona łazienka, dzięki której relaksacyjna kąpiel przy świecach z dodatkiem olejków eterycznych stawała się prawdziwie głębokim odświeżeniem ciała i umysłu. Odpowiednia konstrukcja i duże okna zapewniały dostęp naturalnego światła niemal przez cały dzień, potwierdzając w pełni autentyczność osiedlowej nazwy. W salonie pod ścianą stały jeszcze duże nierozpakowane pudła z rzeczami i przedmiotami Sophie. Niemniej jednak apartament był doskonale urządzony i nie potrzebował żadnego wkładu ze strony najmującego.

Gdy weszli, Aleks dokładnie obejrzał wnętrze, które mu się naprawdę spodobało. Skwitował całość jednym hasłem, po prostu „przytulne gniazdko”. Usiadł w wygodnym fotelu, a Sofia zajęła się jego nogą. Oczyściła i odkaziła małą ranę wodą utlenioną. Następnie przyłożyła plaster nasączony mieszanką ziołową z dodatkiem jonów srebra, dzięki czemu bolące pulsowanie w nodze natychmiast ustało, a zniszczony naskórek poczuł ulgę. Był to specjalny medykament, który nabyła w Argentynie. W różnych częściach świata istnieją określone sposoby radzenia sobie z ludzkim zdrowiem. Stara ludowa wiedza pozwala przysposobić w praktyce skuteczność przewyższającą często nowoczesną biochemię. Teraz miała okazję zademonstrować przed obcą osobą to, czego się nauczyła i jak to faktycznie działa.

— Wow, chciałbym mieć taką opiekę dwadzieścia cztery godziny na dobę — powiedział Aleks z zadowoleniem. — Dziękuję za pomoc.

— Nie ma sprawy. Widzisz, sam byś sobie tak nie poradził.

— To prawda. Jeszcze trochę i zacznę wierzyć w każde twoje słowo. Ciekawe, co te zaradne rączki jeszcze potrafią?

— Potrafią być delikatne i opiekuńcze, ale potrafią też przyłożyć i obronić się. Oj, nie chciałbyś się teraz przekonać. Dobra, Aleks. Ja idę wziąć szybki prysznic. Mogę cię zostawić samego?

— Jasne, że tak. Możesz mi zaufać.

— W takim razie rozgość się. Masz ochotę, to napij się czegoś, zjedź coś. Alkoholu tutaj nie znajdziesz, ale jest w czym innym wybierać. W każdym razie nie krępuj się. Za chwilę będę z powrotem.

— Dziękuję i przyjemności pod wodą.

Poszła wziąć prysznic, zostawiając Aleksa samego, stwierdził więc, że musiał zrobić dobre wrażenie i tak po prostu mu zaufała. Ból nogi całkowicie zniknął, dlatego zaczął chodzić po salonie, jeszcze raz dokładnie oglądając każdy zakamarek. Miał taki nawyk. Lubił zajrzeć tam, gdzie przeważnie się nie patrzy lub nie zagląda, będąc u kogoś. Następnie podszedł do okien, aby sprawdzić, jaki z tej perspektywy ma widok na świat. Co prawda tylko kilka zielonych drzew i mały plac zabaw dla dzieci, ale na plus, że żadnych samochodów ani chuliganów. Ostatecznie, wiedziony głodem i instynktem samozachowawczym, zawędrował do części kuchennej. Może nie wypada, ale otworzył lodówkę. Owoce, warzywa, słoiki z jakimiś pewnie jarzynami, kilka butelek z nieznajomo wyglądającymi płynami. Zasadniczo niestandardowe wyposażenie. Mało nabiału, zero produktów mięsnych. Wyjął jedną butelkę z krwistoczerwoną substancją. Czuł, że może to być dobra nalewka wiśniowo-malinowa. Odkręcił. Faktycznie pachniało trochę alkoholem. Postanowił, że sobie łyknie, aby jeszcze bardziej się odprężyć, i posmakuje z ciekawości, ale tylko minimalnie, żeby nie widziała, że pił alkohol. W końcu powiedziała „rozgość się, zjedź coś, napij się”. Znalazł w szafce szklankę i nalał sobie trochę płynu. Posmakował. W połowie cierpkie i kwaśne, w połowie przebijała się miodowa słodycz. Alkoholu jakby brakowało. Nalał sobie jeszcze pół szklanki i szybko odłożył butelkę do lodówki. Smaczne. Pewnie zdrowe, bo Sofia taka babeczka ukierunkowana na ekologiczne i superodżywianie. Na blacie kuchennym były postawione różne słoje wypełnione orzechami, migdałami i bakaliami. Niektóre widział pierwszy raz, całkowicie nieznane mu z koloru, zapachu i nazwy. Wygląda na to, że przywiezione z amazońskich puszczy i górskich dolin — żartował sobie w myślach. Wiedział, że to nie bardzo wypada, ale zaczął brać i smakować po kolei to, co było w każdym słoju. Gospodyni jeszcze nie wróciła, więc nawet nie zauważy, że ubyło kilka orzeszków. Może nie do końca wypada, ale się skusił. Przecież mówiła do niego „rozgość się, zjedz coś, napij się”. W ten sposób zajadał się pożywieniem, które pierwszy raz widział i pierwszy raz smakował. Jedne twarde i słonawe. Inne gorzkie i miękkie. Jeszcze inne jak suszone grzyby i warzywa. Nie wiedział, co je, ale ważne, że dobre, oryginalne i zdrowe. Nalał sobie na koniec wody z wielkiego, postawionego w pobliżu baniaka. Teraz czuł, że jest szczęśliwy. Najedzony i zadowolony. Kto wie, może zaraz przyjdzie nasza szatynka owinięta ręcznikiem, po czym powie do niego, że ma niespodziankę i prezent. Następnie figlarnym spojrzeniem zrzuci z siebie okrycie i pokaże, jakie ma zwinne rączki. Zaraz… co to za myśli? — zaczął analizować. Przecież jest w gościnie. Pomogła mu. To prawda, ale może pomogła dlatego, że potrzebuje męskiego towarzystwa. Tak, ona potrzebuje prawdziwego faceta. Jeździła po świecie, żyła z Murzynami, Indianami, więc musi mieć różne zboczenia seksualne. Dawno już nikt nie dał jej popalić i nie zajął się nią, jak należy. Po to go wzięła. Dlatego powiedziała „napij się, zjedz coś”. Ale zaraz… co jest grane? Już długo nie wychodzi. Co ona robi? A może nie jest tą, za którą się podaje? Wyjdzie zaraz z biczem w dłoni. Zabawi się i okaleczy go. Weźmie, co chce, i go zostawi… może nawet w częściach… w pojemniku na śmieci… albo wyrzuci gdzieś do jeziora. Przecież nikt nie będzie za nim tęsknił. Wszystko jej wyśpiewał. Wie, że nikt nie zapyta z pracy, bo tam ludzie patrzą tylko na swój zad i mają innych głęboko w dupie. To jest chore. W co on się wpakował? Kim ona jest? Może to nie jest kobieta, może to jest…

— Stop — powiedział do siebie Aleks. — Co to za myśli? Co się dzieje?

Zaczął sobie uświadamiać, że coś jest nie tak. Żołądek ma duży jak napompowany azotem. Dziwnie się czuje. Zaczyna go wszystko wokoło przytłaczać. Umysł, umysł, ciągle gada w jego głowie. Idzie do salonu. Idzie, ale chwiejnym krokiem. Trudno się oddycha. Oddychać, oddychać, trzeba pamiętać, aby oddychać, bo jak się zapomni, to nie będzie się oddychało i odleci się z tego świata. Czuje ciepło na całym ciele. Serce wali jak gong. Nie wie, czy skakać, czy biegać w miejscu. Pot spływa po skroniach. Podchodzi do lustra. Nic nie mówi, bo nie jest już w stanie. Zdaje mu się, że jego twarz się deformuje. Nie widzi siebie ostro. Nie widzi jak zawsze. Źrenice duże jak czarne monety. Będzie wymiotował. Nie. Powstrzymuje się. Oddychać, oddychać. Położyć się. Już prawie jest na łóżku. Już prawie leży. Słyszy, słyszy, w oddali. To ona. W ręczniku. Spojrzał na nią. Nie rozumie jej. Rusza ustami, ale on jej nie rozumie. Totalny bełkot. Ostatkiem sił wydukał:

— Kim… ty… jesteś…? — Po czym padł nieprzytomny na łóżko.

***

Na drugiej stronie planety człowiek Rady Jedenastu, naznaczony wysłannik księżyca, był już w bazie pod górskim płaskowyżem. Czarny samochód zjechał windą ciśnieniową dobre sto pięćdziesiąt metrów pod ziemię, na poziom ósmy. Moonson, który dostał końską dawkę usypiającą, cały czas był nieprzytomny. Jeden z mężczyzn, którzy go przywieźli, wyjął z bagażnika auta metrowej długości przyrząd komputerowo-technologiczny. Postawił go przed sobą na ziemi, po czym wprowadził określone komendy i ustawił funkcje, na co urządzenie rozłożyło się na ponad dwa metry, a wierzchnia górna strona pokryła się suchą plazmą. Spojrzał na kumpla.

— Dobra, weźmy tego bydlaka — zdecydował.

Wspólnie wyjęli z samochodu stupiętnastokilogramowego Moonsona z taką łatwością, jakby ważył zaledwie pięćdziesiąt kilogramów, i położyli go na rozłożonym stole. Jeden z nich wcisnął dwa przyciski, po czym całość, na zasadzie magnetyzmu antygrawitacyjnego, uniosła się na wysokość ponad jednego metra, a nad ciałem osiłka i po bokach urządzenia pojawiły się holograficzne zapisy rejestrujące pracę jego serca, wzorce fal mózgowych i podstawowe dane fizjologiczne.

— Daj, poprowadzę go — wyrzekł jeden, po czym chwycił dwie rączki tuż za głową leżącego na łóżku mężczyzny.

Ruszyli przed siebie, a elektroniczne nosze płynęły bezdźwięcznie, bardzo delikatnie i bez wysiłku pchane do przodu. Otwierały się przed nimi kolejne bramy i zabezpieczenia. Przechodzili przez tunel plazmatycznego światła, który miał na celu odkażenie i dezynfekcję wszystkiego, co mogliby przynieść ze sobą z powierzchni. Nawet stare blizny Irlandczyka zaczęły zanikać, a skóra wyraźnie nabrała świeżego i zdrowego wyrazu. W końcu znaleźli się w obszernej przestrzeni, która była głównym epicentrum i skrzyżowaniem na tym poziomie. Blisko kilometr kwadratowy podziemnego obszaru. Od tego miejsca rozchodziły się drogi na wszystkie strony świata, udając się do określonych miejsc, laboratoriów, sal sterowniczych i kontrolnych, treningowych i innych. Na środku oraz w różnych miejscach rosły drzewa i ozdobne krzewy, nadając sterylnym warunkom ziemski powab, z tą różnicą, że cała widoczna roślinność była technologią holograficzną. Nie do odróżnienia od prawdziwej natury, ponieważ miały one swoją gęstość, twardość, ale to cały czas technologiczny gadżet, których tutaj, pod ziemią, było pełno. Przechodziło kilku naukowców w białych fartuchach oraz personel wojskowy. W otaczającej przestrzeni było cicho i spokojnie, a całość tak zabezpieczona, że żadna mysz, owad czy nawet wirus nie wejdzie bez uprzedzenia. Wszystko wydawało się idealnie ułożone i uporządkowane.

Zaraz po wejściu do przybyłych podeszła trójka osób. Dwie kobiety ubrane w dobrze dopasowane szare uniformy stanowiły personel pomocniczo-medyczny, natomiast mężczyzna, który z nimi przyszedł, był dowodzącym na tym poziomie. Siwe włosy, elegancko przystrzyżony zarost i mina bez wyrazu sugerowały, że ma dobre czterdzieści pięć lat na karku, ale tutaj, pod ziemią, wszystkie obowiązujące kanony z powierzchni całkowicie zanikały. W swoim granatowym, eleganckim surducie z rzędem ozdobnych guzików przypominał bardziej przerysowanego kapitana Nemo z mitycznej łodzi podwodnej niż wojskowego, dlatego też przydomek Nemo zakorzenił się w niektórych kręgach podziemia.

— Przywieźliśmy go tak, jak pan chciał. — Dowodzący podszedł i sprawdził symbol księżyca na dłoni leżącego mężczyzny, a jego człowiek kontynuował: — Uśpiłem go, ponieważ nie był jeszcze sobą. Nic nie pamiętał. Nie był kompletny.

— Dobrze — odezwał się bardzo spokojnym tonem — widzę, że wybrali sobie dużego faceta, ale bez nas i tak byłby nikim. Zabierzcie go na implementację. Od razu zaczynajcie.

— Mamy go uśpić na dłużej w razie, gdyby się obudził? — zapytała jedna z kobiet.

— Nie trzeba. Tylko całkowity paraliż. Świadomość może mieć. Najwyżej trochę pocierpi. Może szybciej będzie zintegrowany, ale dla niego lepiej, żeby spał.

— Standardowa procedura i podstawowe wyposażenie?

— Tak. Zobaczymy, jak sobie poradzi na tle innych w takim ciele. — Po chwili dodał: — Dajcie mi znać, jak obudzi się i będzie po wszystkim — oświadczył przełożony i poszedł w swoją stronę, a kobiety zabrały leżącego Moonsona ze sobą.

Rozdział 4. Czarna materia

Rada Jedenastu. Nieformalna i nieoficjalna grupa istot ludzkich dzieląca wspólnie wyznawane przekonania, poglądy z wyznaczonymi sobie celami, sięgającymi czasów wczesnosumeryjskich albo i wcześniejszych. Od tysięcy lat w swojej pierwotnej formie oddająca cześć Księżycowi, ich przewodnikowi, bóstwu i ojcu. Wiedzieli, że nie pochodzi z tego układu słonecznego, tak samo jak ich wewnętrzne duchy. On dawał im siłę, on dawał im władzę, on dawał im potęgę, ponieważ byli z nim jednym umysłem. Posiadali bogactwa tej planety niemal na wyłączność, według ustalonych przez nich samych sztucznych praw, akceptowanych przez masy ludności. Byli w stanie kontrolować główne gałęzie przemysłu, media, polityków, celebrytów. Mieli dostęp tam, gdzie nie wolno wchodzić, a nawet pytać czy myśleć. Działali w wielu miejscach na planecie. Mieli szerokie grono oddanych im ludzi, którzy dla pieniędzy zrobiliby wszystko. Ich jednak nie interesowały złote monety. Wspólnie mieli ich tak dużo, że mogliby wykupić kilka krajów, ale nie zachodziła taka potrzeba. Tutaj stawka była dużo wyższa niż wszystkie bogactwa razem wzięte. Chciwość, władza, pieniądze to tylko narzędzia do osiągnięcia tego, co jest mozolnie przygotowywane w ciągu tak długiego czasu. Przed tysiącami lat nie podołali zadaniu. Gdy już byli tak blisko, nastąpił rozpad, chaos, dezintegracja, której nikt z nich nie był w stanie przewidzieć. Zignorowali tę kobiecą energię, która okazała się silniejsza, niż sobie wyobrażali. Stanęła w obronie swoich planetarnych dzieci, gdy już miało nastąpić całkowite przejęcie. Wtedy to utworzyli podwaliny i odrodzili się na nowo jako jedenastka. Przysięgli sobie, że znajdą sposób, znajdą rozwiązanie, chociaż trwałoby to całe tysiąclecia. Od tamtego czasu dużo się nauczyli. Utworzyli struktury. Sztuczne systemy przekonań, wiary, religii, które serwowali innym. Stworzyli całą sieć hierarchii, ale oni byli na szczycie. Inni wykonywali tylko rozkazy, naiwnie realizowali zadania, wierząc w to, co robią, zaślepieni syntetycznymi obietnicami. Jedni zaślepieni byli pozorną władzą, jeszcze inni pieniędzmi lub sławą, a takich było najłatwiej kontrolować. Teraz znajdowali się w punkcie obiecującym i zapowiadającym wielkie zwycięstwo, ale nic nie jest pewne, dopóki się nie zrealizuje. Mieli przyjaciół z dostępem do technologii, tej nowoczesnej, jak i starożytnej, całkowicie obcej publicznej arenie.

Dla nich jednak najważniejszy był księżyc. Był silniejszy niż kiedykolwiek. Miał większy wpływ niż kiedykolwiek. A oni to czuli i to manifestowało się w nich samych, ponieważ stanowili jego odbicie. Jasna strona, którą widzą oczy. Ciemna strona, która jest w środku ich istoty. Właśnie teraz mroczna rodzina wspólnie spotkała się w jednej z pałacowo-zamkowych posiadłości w północnej Anglii, aby skupić energię na własnych celach. Nawet w tym momencie, gdy siedzieli przy okrągłym stole, mieli na sobie ceremonialne szaty i maski. Białe maski, które symbolizowały odbicie księżyca, które łączyły ich we wspólnej intencji, bez rozpraszania zewnętrznego. I chociaż znali się doskonale, był to dla nich święty obyczaj, ponieważ księżyc łączył ich razem w jeden umysł. W tym telepatycznym transie przemawiał do rady jej główny przedstawiciel, pomimo że każdy posiadał jednakowe przywileje i uprawnienia do decydowania lub bezpośredniej łączności z ich bogiem. Zaczął mówić powoli do reszty zebranych:

— Wiecie doskonale, w jakim jesteśmy momencie. Wszystko wskazuje na to, że znajdujemy się blisko znalezienia klucza, który otworzy nam drzwi do nowych możliwości. A wtedy będziemy mogli przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę tak, jak tego będziemy chcieli. Tak, jak sobie życzy nasz ojciec i matka, górujący nad nami. Nasi nieświadomi i mimowolni przyjaciele, prości i naiwni ludzie, wyznaczyli już kilka możliwych punktów, gdzie jest nasz skarb. A im bliżej dnia równonocy, tym więcej i dokładniej wiemy, gdzie się udać. Już teraz moglibyśmy obstawić wszystkie miejsca, ale jeszcze zaczekamy. Nauczyliśmy się cierpliwości, aby iść według planu, dlatego i tym razem poczekamy. Nie popełnimy błędów z przeszłości. Będziemy obserwować, a kiedy nadejdzie czas, weźmiemy, co nasze, co do nas należy. Nasz syn Moonson jest wzmacniany. Uda się tam, gdzie powiemy. Uda się i przyniesie, co do nas przynależy. Roześlemy naszych wysłanników po całym globie. Bez śladu, bez pytań, jak zawsze.

Choć tym razem ojciec nasz, który zawsze wskazuje drogę, będzie nieobecny, my zwieńczymy dzieło. Pamiętajcie, że przeklęty nów księżyca nie osłabi nas. Nic nie jest w stanie nas powstrzymać. Nikt nie jest w stanie nas zatrzymać. Świat i tak leży już u naszych stóp. My, księżycowe dzieci, jesteśmy oficjalnie gotowi. Czujemy moc, jakiej nigdy nie mieliśmy. Tysiące razy odradzaliśmy się na nowo w ciałach, aby dokonać przejęcia. Zmienimy historię całej planety. Utworzymy nową rasę, nasz nowy Babilon. I nawet ona ani on, ci, którzy przeszkadzali nam tyle razy, nie będą mogli nic zrobić. Tym razem są za słabi. Podzieleni. Odseparowani. Bez siły. A my jesteśmy wygranymi. Bracia i siostry, czas żniw nadchodzi. Księżycu, nasza bogini, nasz ojcze i matko, to jest twój czas żniw!

***

Ciemno, wszędzie jest ciemno. Bardzo głęboka ciemność. Czy to tak zawsze się kończy? A przecież mam cały czas świadomość. Gdzie właściwie jestem i co to za stan? Niby obcy, ale jednak znajomy. Już tu byłem? Stąd pochodzę? Zaraz… ale skąd przybyłem? Co z miejscem, z którego przybyłem? Żyłem jako człowiek na Ziemi. Aleks, tak mnie nazywano. Aleksander to ja, chociaż teraz nie jestem pewny niczego. Wszystko to było tylko chwilową przygodą? Eee, nie wierzę w to. Muszę wracać i się dowiedzieć. Muszę wracać i przypomnieć sobie. Muszę wracać, tak. To nie jest miejsce, w którym mi się podoba. Chcę wrócić, bo jeszcze czegoś nie zrobiłem.

— Nie wrócisz, nie wrócisz — usłyszał głosy wokoło.

— Jak to nie wrócę? To nie jest mój dom. Nie podoba mi się tutaj.

— To jest twoje miejsce. To jest twoje miejsce. Razem z nami.

— Co to za miejsce i kim jesteście? W tej ciemności nie widzę nikogo, tylko was słyszę. Hej, gdzie się oddalacie? Wracajcie do mnie. Hej, kim jesteście? Pomóżcie mi. Proszę was. Nie zostawiajcie mnie samego. Chcę iść z wami, kimkolwiek jesteście. Idę z wami!

Nagle poczuł ruch i wszystko wokół sprawiało wrażenie przesuwania i nakładania się na siebie. Po prostu jakby ktoś wyjął taśmę filmową z projektora, jednym szybkim ruchem prześledził od pierwszej do ostatniej klatki, po czym umieścił nową szpulę taśmy z zupełnie innym motywem i scenariuszem. Czuł się jak bohater nowego filmu, gdzie on jeden pozostaje w centrum, a wszystko wokoło stanowi nową scenografię i miejsce planu akcji.

Jest na ziemi. Ma grunt pod nogami. Cały czas jest ciemno, a widoczność sięga maksymalnie sto metrów w dal. Atmosfera szarobura. Brak słońca, brak błękitu, ale na szczęście jest grunt, który się rozciąga w każdym kierunku, bez końca. Ciemna, czarna ziemia. I usłyszał w oddali głosy, które musiały być niedaleko. Może ktoś wyjaśni, gdzie jest i co to za miejsce? Tak, nie ma innego pomysłu. Idzie, idzie przed siebie. Nie czuje strachu, nie czuje obaw, niczego już nie analizuje, tylko idzie przed siebie. Wszystko wygląda tak samo i nic się nie zmienia. Czarna ziemia i mglista ciemność. Ale zaraz… jest ktoś w oddali. Widzi postać odwróconą tyłem, lekko przygarbioną. Jest coraz bliżej. Teraz wszystkiego się dowie. Tyle przeszedł i nareszcie ktoś żywy stanął na jego drodze. Wspaniale. Czuje się pewniej, bo już wie, że nie jest sam. Jest coraz bliżej i już widzi, że to mężczyzna, a sądząc po podartych ciemnych spodniach i równie zniszczonej ciemnej bluzie, to młody chłopak. Gdy był już stosunkowo blisko, zaczął wołać do postaci:

— Halo, hej… przepraszam… możesz mi pomóc?

Jednak postać nie zareagowała. Może jest oszołomiony tak samo jak ja — myślał w sobie. Podszedł przodem, bardzo ostrożnie, do chłopaka, z zachowaniem dwumetrowej odległości. W końcu nie wiedział, kto to jest.

— Dzień dobry… nie wiesz, co to za miejsce? — odezwał się, ale postać przed nim nawet nie drgnęła. Próbował kontynuować: — Zgubiłem się. Halo, słyszysz mnie? Wszystko w porządku? Może coś ci jest? — W końcu krzyknął: — Człowieku, żyjesz? — Po raz kolejny bez efektu.

Zbliżył się do chłopaka i delikatnie dotknął go palcem na wysokości piersi. Zaczął oglądać postać, bo wydawała się nieruchoma jak manekin. Ostrożnie podniósł jego rękę — była brudna, cera niemal blada jak ściana, skóra chropowata, jakby wysuszona. Sam nie wiedział, czy w tych żyłach płynie życie, o ile miał wewnątrz naczynia krwionośne. Nie widział oczu, na które spuszczone były powieki. Wyglądał, jakby spał. Ostatnia próba. Uszczypnął mocno zmumifikowanego młodzieńca w rękę, ale również bez rezultatu. Postanowił, że nie dotknie już więcej. Może to jakaś choroba, która sprawiła, że tak wygląda. W każdym razie lepiej nie ryzykować. Zaczął iść dalej przed siebie.

Gdy tak szedł, rozmyślał, co mogło przytrafić się temu napotkanemu człowiekowi. Może faktycznie był to dobrej jakości manekin. Równie wiarygodne figury woskowe można spotkać w muzeum angielskim, gdzie Elvis i królowa Anglii wyglądają jak żywi, a są w pełni syntetyczni. Szedł naprzód. W miarę jak posuwał się do przodu, wokół zaczęło pojawiać się i przybywać coraz więcej postaci. Różnili się między sobą płcią, wzrostem, ubiorem, ale wszyscy unieruchomieni jak skały. Nie zaprzątał sobie nimi głowy. Aleks zdążył się przekonać, że nie pogada sobie z nimi. Nagle w oddali zauważył, że ktoś się rusza.

— Jest nadzieja — powiedział do siebie, po czym zaczął biec w tym kierunku, wołając już z daleka.

Była to kobieta. Długie, zlepione, tłuste i zniszczone ciemne włosy. Ubrana skąpo, niczym prostytutka, z odsłoniętym, chudym jak deska bladym ciałem. Gdy był już blisko, zwolnił, bo czuł, że znowu coś nie gra. Mówił do niej, ale ona również zachowywała się jak wcześniejsi napotkani ludzie. Jedyna różnica była taka, że ta kobieta się ruszała. Wyglądała, jakby tańczyła. Jakby była pogrążona w hipnotycznym transie. W ogóle nie reagowała na otoczenie i Aleksa. Zostawił ją i szedł dalej. Wiedział, że podąża w dobrym kierunku, ponieważ tych trupio wyschniętych ludzi było coraz więcej. Zaczęły się pojawiać nawet grupy stojące w kole, ruszające się miejscowo w transie. Szukał czegoś innego. Czegoś, co odróżniałoby się od otoczenia. Kierował się przed siebie. W ten sposób wierzył, że dojdzie do konkretnego punktu, a idąc raz w prawo, raz w lewo, istniało prawdopodobieństwo, że będzie krążył i błądził.

Oczywiście miał rację. Na horyzoncie zaczął dostrzegać wysokie kształty. Im bliżej, tym bardziej zaczęły rysować się wysokie skały i łańcuch górski. Teraz to był punkt zaczepienia. Zmierzał w dobrym kierunku. Szedł swoim tempem, nie przyspieszał i nie biegł bez opamiętania, a góry rosły z każdym jego krokiem. Gdy dotarł pod wzgórze, okazało się, że to dosłownie górska ściana. Nie wiedział, jaka jest wysoka, ponieważ zanikała w czarnej jak smoła mgle. Nie wiedział, jak daleko rozciąga się w prawym i lewym kierunku. Skała czarna jak turmalin i czarniejsza niż węgiel kopalny. Po chwili wahania zdobył się na odwagę, aby dotknąć ściany. Dziwna lodowata struktura. Nie czuć wypukłości, a całość jakby pokryta śliską mazią. Ohyda, więcej tego nie zrobi. Po chwili namysłu postanowił, że pójdzie na wschód, pod warunkiem, że ściana jest na północy. Wiedział, jak iść, ponieważ trupi ludzie wszyscy byli skierowani w jedną stronę. Miał tylko taką poszlakę, więc ruszył wzdłuż skalnej ściany. Nie był do końca w stanie myśleć, co się stało i gdzie jest, bo otoczenie wymagało skupienia na tym, co ma się aktualnie przed nosem. Należało być czujnym na nieznanym terenie. Zacisnął dłonie w pięści. Trzeba być przygotowanym na wszystko. Czas zanikł całkowicie. Tutaj nie ma czasu i wszystko wskazuje, że panują inne, nieznane zasady. Tylko jedna zasada trwała w nim od samego początku. Ufaj sobie i bądź czujnym. W tym skupieniu szedł tak długo, aż doszedł do miejsca, w którym skalna ściana rozchodziła się na dwie części. Wystarczy wyobrazić sobie, jakby ktoś w torcie zrobił idealnie proste cięcie nożem i tym sposobem przeciął cały tort na dwie połówki. Tak też wyglądała skała. Dosłownie przecięta z góry w dół tworzyła pięciometrowe wejście w nieznane. Wejście, ponieważ truposze, mumie, ludzie lub manekiny, jak zwał, tak zwał — wszyscy byli zwróceni w kierunku tego rozstępu skalnego. Aleks wiedział, że została mu tylko jedna droga i jedno realne rozwiązanie: wejść i zobaczyć, co dalej.


Teraz szedł bardzo powoli. Nie miał klaustrofobii, ale idąc między skalnymi ścianami, czuł się naprawdę niepewnie. Nie wiedział, czego się spodziewać. Zupełnie nie wiedział, gdzie jest i dlaczego właśnie tutaj. Pocieszał się myślą, że on jeden jest inny niż wcześniej spotykane istoty. Przynajmniej ma świadomość i jest żywy, jak na obecne standardy otoczenia.

W skalnym tunelu było czuć mrok, taki nieprzyjemny dreszczyk dla ciała. Wyschnięci ludzie co jakiś czas pojawiali się albo całkowicie skostniali, albo delikatnie się poruszający. Wszystkich jednakowo omijał z daleka, na ile mógł sobie pozwolić w pięciometrowej szczelinie. Przydałoby się jakieś narzędzie typu nóż, siekiera lub chociaż potężna gałąź, ale niczego po drodze nie znalazł i kompletnie niczego nie miał przy sobie. Gdyby zaszła taka konieczność, przyłożyłby raz, a porządnie przez głowę takim mumiowatym typom i byłoby po problemie. Niestety miał tylko własne pięści, a przecież nigdy nie należał do ulicznych zawadiaków. Czuł, że zbliża się coraz bardziej do celu. „Witaj w domu” — słyszał szeptane dziecięcym głosem hasła. Wtedy stawał w miejscu, aby się rozejrzeć, ale nikogo nie widział. Mrok i te oślizgłe ściany mieszały się tak mocno, że sam nie wiedział, czy to naprawdę usłyszał, a może to urojenia i umysł nie dawał rady, przestając w tych warunkach pracować jak zawsze. W tym skrajnie psychomrocznym klimacie dotarł ścieżką do punktu, gdzie przestrzeń sprawiała wrażenie owalnej sali. Przynajmniej zrobiło się więcej miejsca. Było w niej trochę istot ludzkich ruszających się w amoku, a niektórzy nawet leżeli, wijąc się na ziemi jak wężowate żmije. Spojrzał na ścianę.

— Co, do chuujjaaa? — powiedział oszołomiony. Nie miał zwyczaju przeklinać ostrą łaciną, ale to, co zobaczył, było straszne i okropne.

Ze ściany wyrastały przerażające, wypukłe twarze, a raczej podobne do ludzkich pyski. Miały rozdziawione usta, jakby chciały ugryźć, ukazując wampirze kły i nienaturalne zębiska. Złość, okrucieństwo, brutalność, barbarzyńskość były wypisane w ich oczach i rysach. Były rozmieszczone nieregularnie tak wysoko, jak był w stanie dosięgnąć wzrokiem. Niemal jak prawdziwe, z tą różnicą, że wyglądały niczym zalane żywcem czarną smołą. Nie ma takiej opcji, aby sprawdzać to z bliska. Teraz dopiero poczuł się przerażony. Czuł wokół prawdziwą ciemność. Prawdziwą negatywność. Negatywność tak czarną i tak głęboką, że przechodziła ona i docierała w najdalsze zakamarki jego wewnętrznej istoty.

— Spierdalam jak najszybciej! — Odwrócił się, by biec do wyjścia, ale nie mógł.

Cały odcinek drogi, którą przebył, był zastawiony przez trupio wyschniętych ludzi. Stali murem jeden obok drugiego. Rząd za rzędem. Nie było odwrotu. Złapał się za głowę i kręcąc się dokoła własnej osi, szukał rozwiązania. Po przeciwległej stronie dostrzegł inne wejście. W panice zaczął kierować się w tamtą stronę. Nagle zatrzymał się dokładnie na środku. Dzwoneczki. Dobiegał z tamtej strony delikatny dźwięk dzwoneczków. Dźwięczały miło, uspokajając umysł, ale było coś nie tak. Dźwięczały, wprawiając go w hipnotyczny stan. Zaczęły boleć. Chciały wymusić akceptację miejsca, otoczenia.

— Nie, nie, nie! — zaczął krzyczeć. — Nie będę spał! Nie jak oni! Gdzie jesteście? Pokażcie się albo spierdalajcie ode mnie. Przestańcie dzwonić!

Natężenie dzwonków zmniejszyło się, ale cały czas było delikatnie słyszalne i odczuwalne. Z nieznanego tunelu bardzo powoli wyłoniła się wysoka postać. Mierzyła dobre dwa i pół do trzech metrów wysokości. Była w całości okryta najwyższej jakości suknami, przypominając mityczne postacie różnych ziemskich religii. Zakryta od głowy po stopy. Prawdopodobnie kobieta, sądząc po stylu odzienia. Aleks nie wiedział, czy ona lewituje, czy mu się zdaje. Nie widział stóp, nie widział oczu, nie widział twarzy, tylko same kolorowe nakrycia i metaliczne ozdoby, łańcuszki. Wokół niej szły nastoletnie dzieci i młodziutkie kobiety, które również były ubrane w orientalne sukna, postacie tak samo marne i wysuszone jak spotykane wcześniej na drodze manekiny. Usługiwały jej i były skupione tylko i wyłącznie na tej wysokiej kobiecie. Wszyscy z czarnymi oczyma, wpatrzeni jak w boginię. To było zło, to była negatywność. Czuł ją, przeszywała go na wylot. Nagle z innej strony zauważył białą, stojącą postać łysego i nagiego faceta. Chudy jak tyczka, na jego ciele widać było same czarne księżycowe symbole. Trzymał w dłoni kościany sztylet i bez wyrazu patrzył w oczy Aleksowi.

— Nie zbliżajcie się! — krzyczał. — Nie zbliżajcie się do mnie! Rozumiecie?! Spierdalajcie!

Stały w miejscu, ale miał wrażenie, że były bliżej. W szaleńczym tempie strachu zaczął rozglądać się i szukać wyjścia z tragicznej sytuacji. Szukał broni. Szukał pomocy. Wtem zauważył, że ma wypchaną kieszeń spodni. Zabawne, że przez cały ten czas nie zwrócił na siebie samego żadnej uwagi. Nie przyjrzał się sobie, co miał założone i jak wyglądał. Instynktownie włożył dłoń w kieszeń i wyjął całą jej zawartość. Zdziwił się.

— Bursztyny? Co one tutaj robią? — Jakże pięknie wyglądały w tak ponurym i upiornym miejscu. Lśniły głęboką, wewnętrzną, ognistą barwą. Dokładnie te same, jakie zebrał jako nastolatek nad brzegiem morza w pierwszy dzień lata. To jego słoneczne kamienie. Identyczne. Czuł, że są jak żar w dłoni.

Instynktownie zrobił zamach i z całej siły rzucił pełną garść w białą istotę ze sztyletem, która znajdowała się najbliżej. Niektóre bursztyny trafiły go bezpośrednio, powodując w kontakcie syczenie, jakby ktoś gasił wodą ogień. Nie widział, co dokładnie stało się blademu zabójcy, ale skulony schował się w wydrążonej jamie, jak małe, pokrzywdzone przez los dziecko. Na wprost została jeszcze ta wysoka istota. Bardzo powoli przesuwała się w stronę Aleksa. Wyciągnęła przed siebie prawą dłoń w jego kierunku. Była czarna i cała pokryta szpiczastymi metalowymi ozdobnikami, co nadawało jej iście krogulcze i wiedźmie oblicze. Płynnym ruchem poruszała palcami. Co ona zrobiła? Nie mógł się ruszyć. Był sztywny. Sparaliżowany. Czuł, że opuszczały go siły. Nie wiedział, jak walczyć. To coś przed nim projektowało myśli do jego umysłu. Patrzył na postać i tylko słyszał w głowie: „jesteś w domu”, „to jest twój dom”, „to jest twoje miejsce”, „przestań walczyć ze sobą”. Zamknął oczy. Nie chciał już nic widzieć, skoro tak to miało się skończy. Odciął zewnętrzne bodźce. Tak… teraz czuł, że jest w swojej przestrzeni. Czuł, że jest wolny. I jest przy nim i ona. Ta autentyczna, ta naturalna, ta prawdziwa, ta prawdziwa ONA. Jej ciepło, jej aura. Odczuwał ją. Czuł i rozumiał, co przekazuje: „pamiętaj, kim jesteś. Aleks, pamiętaj, kim jesteś. Nikt nie może cię skrzywdzić!”. Tak… to ona, kochana… wspaniała… Dziękuję ci.

Wtem otworzył oczy. Wysoka postać była już przed nim. Znowu wyczuwał, że istota na wprost projektuje swój pakiet myśli do jego umysłu. „To ja, twoja matka” — i już jest tak blisko. „Dołącz do nas, dlaczego się opierasz?” „Dołącz do nas, do swojej rodziny”.

— Nie — mówił coraz słabiej — pamiętam, kim jestem, pamiętam, kim jestem. Jestem…

— Nie pamiętasz, bo zapominasz. Jesteś w domu. Jesteś u siebie. Tylko to jest ważne. Dom, rodzina. Dom, rodzina.

— Jestem… Sunway… Słońce to ja. — Przymknął oczy i czuje to słoneczne ciepło. Ciepło i ścisk na wysokości mostka klatki piersiowej. To integruje. To przypomina. Daje siłę. Otworzył oczy i patrzył bezpośrednio na stojącą przed nim istotę. Już nie mówił werbalnie, lecz odpowiadał tak samo telepatycznie jak ona. Uśmiechał się życzliwie i wysłał przekaz.

— Masz rację — zaczął z największym spokojem i opanowaniem. — Mam w sobie ciemność. Ale… ale to nie jest mój dom. Nigdy nie był i nigdy nie będzie. To służyło mi w innym celu.

— Milcz! — Istota przed nim zmieniła swoją wibrację. — A teraz oddaj mi siebie i pokłoń się. Zaraz będziesz wolny, pokłoń się tu, gdzie twoja rodzina i twój dom.

— Pamiętam, kim jestem. Pamiętam, skąd przybyłem. Pamiętam i ciebie.

— Jesteś moją częścią, więc dołącz do mnie. Dołącz do rodziny.

— Błąd. Jestem słonecznym dzieckiem, a to nie jest moja kochana Ziemia. To ty zapomniałaś, jakie są reguły gry. To ty zapomniałaś, z kim masz do czynienia. I ani ty, ani nikt inny nie może mi nic zrobić, ponieważ jestem Synem Słońca i Matki Ziemi, a ty podszywasz się pod moją prawdziwą rodzinę.

— Milcz, podła i głupia istoto. Wracaj. Nie możesz odejść. To jest twoje miejsce. To ja jestem twoim bogiem.

— Dziękuję ci za wszystko, bo wiele się nauczyłem. Jestem naprawdę wdzięczny. Trzymaj się. Nic tu po mnie.

— Nie możesz odejść! — Istota próbowała hipnotyzować, ale bezskutecznie. W napaści ściągnęła welon, odsłaniając bezkształtną czarną materię. Kobieta, mężczyzna — bez znaczenia. Chociaż była prawdziwą esencją negatywnej energii, nie potrafiła zatrzymać ducha Aleksa, który delikatnie uniósł się z miejsca na wysokość kilku metrów. Rozbłysk. Światło. Nowa gwiazda zmieniła przestrzeń. Nic już nie będzie takie samo.

***

Irlandczyk Johnson zawsze wierzył, że jest po to, aby pomóc usprawnić świat. Wierzył, że mając ciało wielkie jak dąb, jest w stanie przeforsować swoją prawdę. Przeforsować siłą tam, gdzie piękna mowa i dyplomacja zawodziły. Bo takich jak on potrzebują na świecie. Już od dziecka był wychowywany w spartańskich warunkach, bez miłości, bez opieki, pozostawiony sam sobie, walcząc w drapieżnym świecie o przetrwanie. To go zahartowało. Nie był plastelinowym chłopcem, który mięknie pod wpływem fizycznego bólu, ubóstwa, pogardy społeczeństwa i panujących wokoło niesprzyjających warunków. Walki na noże, bijatyki, zabójstwa — to był standard. Ale zawsze w słusznej sprawie. Tak wierzył. Tak mu mówili.

Wstąpił do wojska, bo chciał zabijać tych, którzy walczą z demokracją. Chciał zabijać przeciwników wolności. Chciał zabijać, bo to lubił. Lubił czuć, że on żyje i góruje nad życiem. Tyle widział, tyle wycierpiał i tyle doświadczył. Jednak to wszystko okazało się dziecinadą w porównaniu z tym, co miało miejsce tamtej nocy na wyspie. Nie był w pełni przygotowany. Wtedy, przy pełni księżyca, rozegrała się pierwsza bitwa, którą przegrał. On, Johnson, Irlandczyk, przegrał po raz pierwszy. To była inna bitwa niż wszystkie dotąd stoczone. Walka nieporównywalna z niczym. Walczył ze sobą, walczył z cieniem. To coś zajęło jego miejsce. To coś było tak silnie mroczne, że po prostu oddalił się i uciekł ze strachu. Nie wiedział, dlaczego tak się stało. Był też ten kobiecy głos, podobny do głosu jego matki. Wzywała go, ale nie znalazł jej. Rozwścieczony, oszukany, pełen gniewu i nienawiści powstał. Miał silną psychikę. Testował różne substancje w wojsku. Powiedział do siebie, że nie pozwoli sobie odejść bez walki. Dlatego próbował kolejne razy. Próbował wrócić do siebie. Próbował stawić opór. Próbował i… na próbach się skończyło. Teraz widział sam siebie, jakim był naiwniakiem. Teraz dostrzegał, że robił zawsze to, co chcieli inni. Wierzył, że tak zmieni świat, co okazało się totalną iluzją i kłamstwem. Manipulowali nim jak małpką. Wykorzystywali, a on wierzył, że jest im potrzebny. Wierzył, że należy do obrońców prawa. Jak wielka była przepaść między jego prawdziwą naturą a tym, co z niego zrobiono. Zrozumiał, że to nie świat trzeba zmienić, ale najpierw siebie samego. Teraz było już za późno. Nie mógł nawet przebić się do swojego ciała. Nie mógł wrócić. Jego miejsce zostało zajęte przez tę czarną materię. Nie mógł, bo po prostu się bał, bo nie wiedział, co zostanie. Bał się konfrontacji sam ze sobą, ze swoją przeszłością. I raz już wydawało mu się, że wrócił, że wygrał, że jest znowu sobą, ale to było złudne, ponieważ ciemność powróciła. Już nie miał siły walczyć. Już miał dosyć. Jego ciało dobrze mu służyło. Żałował, że tak słabo dbał o nie. Żałował, że tak mało dał z siebie radości. Żałował, że był naiwniakiem. I bił się z myślą, czy naprawdę było potrzebne to wszystko, aby zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Dopiero teraz, kiedy był na wyczerpaniu. Niestety nie miał już dłużej siły walczyć. Stracił nadzieję. Stracił siłę woli. A teraz stracił również to, co miał na wyłączność — swoje ciało.

Oddalał się w miejsce, które uważał za najlepsze. Nic go już nie łączyło z fizycznym ciałem prócz doświadczeń i pamięci. Kontakt zanikał. Tracił namiar, tracił lokalizację. Po prostu oddał je, bo wiedział, że przegrał. Nie popełni tego błędu po raz drugi. Oszukany przez system. Oszukany przez innych, którzy podawali się za przyjaciół. Oszukany przez samego siebie. Irlandczyk Johnson to już historia. A teraz… Teraz on… Moonson.

Przyrządy pomiarowe wskazały nagły wzrost energii życiowej w ciele.

— Nareszcie jestem — analizował w głowie. — Ten mięczak odpuścił. Jak śmiał stawiać opór? Co za głupia istota, która nie ma pojęcia, kim jestem. Tak… tak… czuję siłę. Czuję fizyczne ciało. Czuję, jak płynie krew. Czuję bicie serca i powietrze w płucach. Znowu jestem na Ziemi. Znowu wróciłem do ciała. Teraz mogę ponownie karmić się tym, że jestem. Mogę ściągnąć więcej braci i sióstr. Mogę działać. Znowu mam ciało na wyłączność. Pamięć wróciła. Długo mnie nie było, ale teraz znowu odrodziłem się z misją do wykonania. Moja królowa mi zaufała. Tym razem nie będę się oszczędzał.

Otworzył oczy, ale implementacja jeszcze się nie zakończyła. Leżał na dużym metalowym stole, a nad nim wisiało potężnej wielkości kilkutonowe laboratoryjne urządzenie. Był sparaliżowany. Skurwiele dali mu paraliż. Czuł tylko, jak promienie przenikają go na wylot. Czuł ogień na ramieniu. Czuł rozrywanie z wnętrza czaszki. To bolało, ale ból to jego drugie imię. Wiedział, że dali mu implanty, a on już będzie wiedział, jak to wykorzystać. Tak. To wszystko się przyda. Tym razem miał dobre, mocne ciało. Już słyszał więcej dźwięków wokoło. Słyszał, że laleczki za pulpitem sterowniczym mówią, że się obudził. Słyszał, że teraz ma dostać serum krwiste. Poczuł w sobie te atomowe roboty we krwi. Było dobrze… właśnie tak, jak należy. Tutaj trzeba współpracować, a później działać z radą. A na koniec znajdzie tego śmiecia. Znajdzie i doprowadzi przed oblicze królowej. To, co zrobił, było niewybaczalne. Zapłaci, a nawet da więcej. Nikt nie mógł z nimi pogrywać. Nikt. Tutaj był jej wysłannikiem i będzie działać według planu, ale i tak znajdzie tego śmiecia, aż będzie cierpiał.

***

Aleks, jak mogłeś? Jak mogłeś mi to zrobić? — bił się z myślami Benedykt Jakobs w swoim biurze. A wierzyłem, że mogę ci zaufać. Teraz nawet telefonu nie odbierasz. Boisz się przyznać, że spaprałeś. Myślałem, że cię znam, a ty tak mnie oszukałeś. Oszukałeś całą firmę.

Właśnie wszedł Kris, a Big Ben zerknął na podwładnego.

— I jak? Znalazłeś go? — zapytał Krisa, na co ten pokręcił tylko głową z zaciśniętymi ustami. — Gdzie on się podział? Nie rozumiem, przecież znam go doskonale, on nigdy by nie zrobił niczego głupiego.

— Dzwoniłem co jakiś czas i nic. Byłem w jego domu, ale… albo go nie ma… albo nie chce otworzyć i nie daje znaku życia. Pytałem sąsiadów, ale nie widzieli go od kilku dni. Może gdzieś wyjechał?

— Możliwe, ale wziąłby ze sobą telefon i na pewno oddzwonił.

— Chyba że ma powody, żeby nie odbierać.

— Tego się obawiam. Nie będę cię całkiem wtajemniczał Kris, ale Aleks miał sporządzić pewien raport. Zrobił go źle i naraził nas wszystkich. Nie możemy dłużej czekać. Jeżeli chce to tak zakończyć… dobrze. Nie będę poświęcał naszej reputacji i dobra firmy dla niego. Nawet jeżeli kiedyś zrobił wiele dobrego i miał w tym swój udział.

— Co postanawiasz?

— Sprzątnijcie biuro Aleksa i odeślijcie wszystko pocztą na jego adres. On już tutaj nie pracuje.

— Dobrze, chociaż trudno mi w to uwierzyć. Tak nagle? Po tylu latach?

— Mnie też, ale nie pozostawia nam żadnego wyboru. To grubsza sprawa. Idź już.

Big Ben został sam i podpierając swoją tłustą brodę jedną ręką, a drugą trzymając na teczce z raportem, nadal rozmyślał. To było wyzwanie i problem. Pan Lei był bardzo zaniepokojony i groził sądem, ponieważ udostępnił dane. Minęło kilka dni, a raport był całkowicie do dupy. Podczas ostatniej rozmowy Aleks był bardzo podekscytowany i wszystko wskazywało na to, że analiza została zrobiona, jak należy. Teraz nie dawał znaku życia. Nie wiadomo, dlaczego nie odbierał komórki i się nie odzywał. Nigdy niczego takiego nie zrobił i zawsze można było mu zaufać. To wszystko było absolutnie dziwne i pokręcone, a w dodatku tak szybko się działo. Z największym trudem napisał i wysłał do Aleksa ostatnią wiadomość: „Nie przychodź do pracy. Jesteś zwolniony. Nie pisz, nie dzwoń, bo i tak nikt z tobą nie będzie rozmawiał. Firma zawiodła się na tobie. Ja też. Benedykt Jakobs”.

Rozdział 5. Edukacja

Otworzył oczy. Widział nieznajomy sufit nad sobą. Przykryty był ciepłym i przyjemnym dla ciała wełnianym kocem. Powoli siadał na kanapie. Gdzie jest? Nie mógł sobie przypomnieć. Spoglądał na siebie i widział, że był prawie nagi, wyłączając obcisłe slipy. Patrzył w stronę ściany okien, przez które wpadały słoneczne promienie, dając do zrozumienia, że dzień już dawno się rozpoczął. Czuł, że był jeszcze zmęczony, ale jego ciało wydawało mu się takie lekkie i odświeżone. Był w ciemności i nagle obudził się w tym miejscu. I bardzo dobrze pamiętał strach i negatywność. Pamiętał, jakby to było przed chwilą, ten mrok, ten dziwny stan i sen. Tak realistyczny, że mógłby przysiąc, że to wszystko było prawdziwe. Ktoś przebywał w drugim pokoju. Słyszał, że ktoś tam chodzi.

— Haloo — zawołał. — Kto tam jest?

Obserwował drzwi, przez które wyłoniła się ona — Sofia. Już zaczynał zbierać wszystkie części pamięci w jedną całość. Pamiętał spotkanie, fontannę, wspólny jogging zakończony w jej apartamencie. Pamiętał, że zachłannie zajadał się przekąskami w kuchni.

— Aleks! — krzyknęła radośnie, podchodząc i siadając obok niego. — W końcu się obudziłeś.

— Co się stało? Czuję się nieswojo.

— Masz takie prawo. Zauważyłam, że rozgościłeś się w kuchni i pewnie zjadłeś czegoś za dużo, przesadziłeś.

— Ech, niestety masz rację. To pamiętam. Zajadałem się bakaliami i wszystkim po trochu, jak brałaś prysznic. Przepraszam.

— Przypuszczam, że pomieszałeś wszystko razem. Mocne antyoksydanty z utleniaczami, kwaśne z gorzkim, różne białka, garbniki, a kończąc na grzybkach i alkoholu. Przestraszyłeś mnie. Wiedziałam, że nic ci nie będzie, ale trochę się bałam, bo to musiał być duży wstrząs dla organizmu. A zwłaszcza jeżeli nie jesteś przystosowany do tego typu pożywienia.

— Jaki dzisiaj mamy dzień?

— Niedzielę. Spałeś całe dwa dni.

— Żartujesz sobie? Przespałem dwa dni?

— Tak, ale zaopiekowałam się tobą, jak należy. Zobacz na nogę, rana całkowicie zniknęła. Prócz tego miałeś zawsze odpowiedni kompres na czole, aby ulżyć trochę w wysokiej gorączce. Przypuszczam, że możesz czuć się odwodniony — zagadywała Sophie najlepiej, jak potrafiła, aby nie pytał za dużo. Doskonale wiedziała, że w takiej sytuacji powinna zabrać go do szpitala, ale nie mogła tego zrobić. Miała ku temu powody i trzeba było załagodzić sprawę oraz naprowadzić na inny tok myślenia.

— To prawda. Bardzo chce mi się pić. Czemu jestem nagi?

— A miałam pozwolić, żebyś leżał w brudnym dresie? W tym czasie wyprałam i zaszyłam dziurę — mówiąc to, poszła do części kuchennej i przyniosła mu dzbanek z wodą. — Trzymaj szklankę — powiedziała i nalała do pełna. — Twoja ulubiona, prosto z fontanny.

— Dziękuję — wypił od razu całą zawartość — tego mi było trzeba. Jest pyszna. Jeszcze poproszę. — Po chwili kontynuował: — Wiesz, Sophie… mówisz, że spałem dwa dni, nie wiem, czy to normalne, nie wiem, czy to zdrowe, ale ja czuję się teraz taki lekki, taki odświeżony, taki wypoczęty. Nie powinienem być słaby? To chyba niezbyt normalne spać dwa dni?

— Przeszedłeś prawdziwe oczyszczenie ciała i widać było, że poszedłeś naprawdę ostro.

— Nie chcę, żeby to głupio zabrzmiało, ale mam wrażenie, że spadł ze mnie cały ciężar emocjonalny. Czuje się tak lekko i tak dobrze. Teraz, kiedy już wypiłem cały litr wody. Po prostu dobrze się czuję.

— Cieszę się. Nie wybaczyłabym sobie, jakby coś ci się stało. Dobrze, że już po wszystkim, bo z zewnątrz nie wyglądało to kolorowo. Już chciałam podjąć konkretne działania i wezwać karetkę. — Jednocześnie wiedziała, że to niemożliwe. Podejrzewała, co zjadł w jej kuchni i czego się napił. Przesadził z ilością, a ona nie powiedziała prawdy już na wejściu, ponieważ nie mogła.

— Wierz mi, że psychicznie też mną targało — i to bardzo mocno.

— Co masz dokładnie na myśli?

— Ech… to długa opowieść. A mam wrażenie, że wydarzyło się na serio. Dziwny sen. Tak, jakby było to chwilę temu.

— To opowiedz, co pamiętasz — zainteresowała się Sophie.

— Naprawdę? Chcesz usłyszeć?

Ona tylko kiwała głową.

— Więc dobrze, posłuchaj.

Opowiedział jej wszystko, co widział, co czuł, tak, jak potrafił przełożyć to na swój werbalny i ludzki język. Nawet teraz, gdy opowiadał, gdzie był, potrafił odczuć dokładnie tak samo, co przeżywał pogrążony w nieznanych ciemnościach.

— Fascynujące. Naprawdę — rzekła, gdy skończył relacjonować.

— Wierz mi, że mimo wszystko wolę tutaj być i z góry dziękuję za propozycję odwiedzin w tamtych rejonach, ale nie skorzystam. Co za koszmar. A ty co o tym myślisz?

— Hm… w sumie twoja opowieść przypomina doświadczenia szamańskich albo astralnych podróży.

— Co masz dokładnie na myśli? Nie rozumiem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.