E-book
6.95
drukowana A5
29.01
Sny o Ninie

Bezpłatny fragment - Sny o Ninie


5
Objętość:
155 str.
ISBN:
978-83-8155-836-5
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 29.01

„Czy znasz strach zasypiania? Ciało ogarnia przerażenie, gdyż ziemia się rozstępuje i zaczyna się sen”.

Fryderyk Nietzsche

Prolog

Artur wszedł do mieszkania, po dłuższej chwili mocowania się z kluczami. Chłopak zachwiał się i oparł o szafę w przedpokoju. Zamknął za sobą drzwi, nie martwiąc się o zamki. Chciał, żeby go znaleźli. Nadal przytrzymując się gładkiego drewna zdjął buty, niemal upadając przy tym trzy razy, po czym powiesił przemoczoną, skórzaną kurtkę na oparciu krzesła w kuchni. Za oknami, naznaczonymi kroplami deszczu, szalała wichura. W radiu, które grało na imprezie, z której wyszedł pospiesznie, równie wyuczonym, co wymuszonym tonem spiker oznajmił, że nad Łodzią przechodził orkan. Artur podczas pijackiego spaceru z Widzewa na Śródmieście nawet nie zauważył szalejącego wiatru, który łamał drzewa i zrywał trakcje tramwajowe. W jego głowie panował o wiele większy zamęt.

Ona nie żyła. Od trzech miesięcy. Jej obecność ograniczała się do cmentarza wspomnień, z którego, jak w dniu Sądu Ostatecznego, wstawały po kolei szkielety wizji przeszłości, oblekające się nieznośnie wyraźnymi ciałami snów. Pijany młodzieniec myślał o Jej ciemnozłotych włosach, które porudziały od zaschniętej krwi, jak jesienne liście, kiedy zadziwiająco pewnie bazgrał ołówkiem na samoprzylepnej kartce. Wyłuskiwał z pamięci szczegóły Jej zielonych tęczówek. Artur wiedział dobrze, co chce zrobić i jakimś cudem, nie rozmyślił się. Być może była to zasługa alkoholu? Ponurej pogody za oknem? Może po prostu zrozumiał, że tak trzeba i nie ma innego wyboru. Jednak było to niemożliwe. Nawet pijany do stopnia zataczania się i bełkotu, chłopak nadal wierzył w to, że nie wierzył w nic. Dla Artura nie było Boga ani przeznaczenia. Życie powstało przez przypadek, jest rządzone przez przypadek, a ten z kolei nie ma przyczyny, więc nie jest niczemu winien. Ona także zginęła przez przypadek. Wszystkie ich wspólne decyzje, splecione takimi, a nie innymi okolicznościami ślepego losu prowadziły do Jej śmierci. Powinno mieć to dobre strony, bo Artur nie czuł się odpowiedzialny za tę tragedię i nie winił za nią nikogo. Umarła w wypadku, zdarzeniu losowym, który nie ma żadnego znaczenia, bo nic nie ma znaczenia ani celu. Jej śmierć miała jednak, w jakiś niewytłumaczalny sposób, znaczenie. Zmieniła wszystko. I tamten właśnie przypadek, doprowadził do tego przypadku. Wszystko wpływa na nasze decyzje. Wszystkie wydarzenia i okoliczności. Wszystko, z czym się stykamy, zmienia nas nieodwracalnie. Bez wyjątku.

Młodzieniec wysunął najwyższą szufladę ładnej, zdobionej szafki i pogrzebał w niej chwilę. W końcu, obok stetoskopu, pęsety i imadła, znalazł niewielką, srebrną folijkę. Z niewzruszoną miną i delikatnym uśmiechem pod nią, Artur przeszedł do łazienki i zapalił światło. Chłopak usiadł ciężko na czarno — białych płytkach, jakby wrócił z wyczerpującej podróży lub po bardzo długim dniu pracy. Etacie, trwającym całe życie. Pijany młody człowiek podwinął lewy rękaw granatowego swetra, po czym wyjął z folijki jednorazowy skalpel i przycisnął ostrze do nadgarstka. Nie zwracał uwagi na wibrujący telefon. Przeciął skórę wzdłuż naczyń. Następnie tkankę podskórną. Z rany zaczęła lać się krew przyjemnie ciepłą strużką najpiękniejszej czerwieni, jaką Artur widział w swoim życiu. Ciecz nie trysnęła, więc tętnica pozostała nietknięta, jednak rozmiar kałuży, która zaczynała już obejmować jego lewe udo, zadowoliła mężczyznę, który odłożył ostrze i ze zwiewnym, bladym uśmiechem, oparł się o wannę. Czerwony kwiat na posadzce łazienki rozkwitał coraz szerzej, kiedy Artur osunął się na bok, wpadając twarzą we własną krew.

Rozdział 1

Nie słyszał dźwięku otwieranych drzwi. Dopiero siarczyste „kurwa mać” wyrwało Artura z odrętwienia. Głos należał do Łukasza — sąsiada z mieszkania obok, a zarazem przyjaciela niedoszłego samobójcy oraz, zrządzeniem losu, ratownika medycznego. Kiedy silne ręce potrząsnęły leżącym Arturem ten skulił się, rozmazując krew na płytkach i brudząc nią ubranie. Nie chciał wracać. Ciemność już prawie ogarnęła jego umysł swoimi miękkimi, wyczekującymi ramionami. Przebudzenie przyniosło jedynie ból i perspektywę dalszego cierpienia.

— Pozwól mi odejść. — Zapłakał drżący chłopak. — Proszę, pozwól mi odejść.

— Nie mogę. — Odparł Łukasz, rozrywając opakowanie z bandażem i biorąc się za opatrywanie rozciętego nadgarstka.

Artur nie walczył. Nie miał sił unieść choćby dłoni, a co dopiero szarpać się z silnym ratownikiem. Młodzieniec domyślił się, że jego znajomi, zaniepokojeni nagłym wyjściem i brakiem odpowiedzi na telefony oraz SMS-y, powiadomili sąsiada, aby sprawdził czy wszystko w porządku.

— Halo? Potrzebna karetka do osoby po próbie samobójczej. — Łukasz mówił do słuchawki telefonu komórkowego zdyszanym, rozedrganym głosem. — Na podłodze jest około litra krwi, opatrzyłem ranę. Tak, jestem pewien. Poszkodowany miał na klatce piersiowej kartkę: „Kochani Rodzice, to nie Wasza wina. Kocham Was bardzo, Artur.”

Półprzytomny młodzieniec dalej drżał, ale już nie od płaczu. Zaakceptował fakt, że ta próba była nieudana. Nie żałował jej. Chociażby dlatego, że w tamtej chwili nie czuł absolutnie nic, oprócz kłucia w rozciętej ręce. Ból ten był znośny i w pewien sposób również oddalał myśli Artura od zabarwionej czerwienią rzeczywistości dookoła niego. Łukasz usiadł na kafelkach obok przyjaciela i położył rękę na jego ramieniu.

— Słyszysz mnie?

— Tak. — Odpowiedział słabo Artur.

— Coś ty zrobił… — Ratownik westchnął ciężko.

Chłopak nie odezwał się. Co mógł odpowiedzieć? Że zrobił dokładnie to, czego chciał? Że nie zgadzał się, aby jego życiem i śmiercią kierowały wydarzenia niezależne od niego? Że od trzech miesięcy, bardziej niż kiedykolwiek, jego życie zamieniło się w powolną agonię, powodowaną własnymi obserwacjami, których nie sposób było zignorować? Że od koszmarnych dni uciekał w jeszcze bardziej koszmarne sny, które co noc były inne, ale zawsze dotyczyły tylko Jej? Pewnie mógł, a nawet powinien to powiedzieć, ale nie miał siły ani ochoty. Krew na podłodze jeszcze nie wystygła i w tej ciepłej kałuży Artur czuł się, w niewytłumaczalny, masochistyczny sposób dobrze. W końcu, z korytarza dobiegł odgłos windy i do mieszkania weszło dwóch ratowników, którzy niewzruszeni całą scen podnieśli zakrwawioną postać, zmienili jej opatrunek na nadgarstku i zaciągnęli do karetki pogotowia. W błyskach kogutów i wyjących syrenach nie było nic dramatycznego ani romantycznego. Sygnały te były jedynie przygnębiającym zwiastunem niechcianego ocalenia.

Światła na izbie przyjęć szpitala drażniły oczy Artura. Chłopak siedział na leżance, czekając aż dwóch chirurgów, którzy pełnili tej nocy dyżur skończą wypełniać kartę informacyjną i zdecydują się go zszyć.

— On studiuje u nas. Postarajcie się nie robić z tego afery. — Powiedział cicho jeden z ratowników, na co lekarze przytaknęli zmęczonymi głowami.

— No dobra, cerujemy. — Poinformował wreszcie chirurg, po czym razem ze swoim kolegą zabrali Artura do pokoju zabiegowego. — Pokaż, co tam żeś zmajstrował.

Lekarz odwinął bandaż. Skrzep przykleił materiał do rany, a przy jego zrywaniu chłopak odruchowo zadrżał.

— No nieźle. Dwa i pół centymetra, cięcie wzdłuż torów… Porusz palcami. Dobra, ścięgna są całe, tętnica też. Zestaw do szycia poproszę. — Perorował chirurg, zakładając jałowe rękawiczki.

— Znieczulenie? — Zapytał asystujący.

— Wygląda na znieczulonego. — Zaśmiał się operator. — Wytrzyma.

Szycie rany nie należało do przyjemnych doznań. Każde ukłucie igły i przeciąganie nici przez otwory przyprawiały Artura o grymasy bólu. Proces ten można byłoby porównać do ludzkiego życia, jako całości. Każda nasza decyzja miała swoje konsekwencje, które należało przecierpieć z godnością lub bez niej, aby w końcu przeszłość mogła się zabliźnić i ustąpić lepszej przyszłości. Powstałe w nas przez lata szramy nie szpecą lecz przypominają nam o błędach i wyciągniętych z nich lekcjach, układając się w niepowtarzalną historię, z której nikt nie ma prawa nas rozliczać oprócz nas samych. — Pierdolenie. — Skarcił się w myślach skrzywiony młodzieniec.

— No dobra, zrobione. — Oświadczył chirurg. — Poczekaj na krześle przy wejściu, chłopaki zabiorą cię do psychiatryka obok.

— Ale… Ja studiuję na Umedzie… Nie mogę iść do psychiatry. — Bąknął Artur.

— Skoro tutaj studiujesz, w dodatku na wydziale lekarskim, powinieneś wiedzieć, że takie są protokoły w przypadku samookaleczenia. Lekarz chwilę z tobą pogada i pójdziesz do domu. — Chłopak nie spierał się. Znał biurokrację Funduszu Zdrowia, równie znienawidzoną przez lekarzy, co konieczną. Ogarnęła go rezygnacja. I bezsilność. Artur nienawidził bezsilności nawet bardziej niż życia.

— Był już pan kiedyś w szpitalu psychiatrycznym? — Zapytała lekarka w szpitalu psychiatrycznym wyraźnie niezadowolona z faktu, że musi rozmawiać z podpitym studentem użalającym się nad sobą w środku nocy. Dochodziła godzina trzecia.

— Tylko na zajęciach, na trzecim i czwartym roku.

— Dlaczego jest pan ironiczny? — Odparła kobieta coraz bardziej zirytowana całą sytuacją.

— Nie jestem ironiczny. — Powiedział Artur lekko zdziwionym głosem.

— Owszem, jest pan.

— Przepraszam. — Młodzieniec nie czuł wewnętrznej potrzeby tłumaczenia temu babsztylowi czym jest ironia.

— Proszę współpracować. My również chcemy mieć to już za sobą. — Powiedziała druga lekarka dużo cieplejszym tonem. — Rozumiem, że nie leczył się pan psychiatrycznie?

— Nie.

— Czy to pierwsze pana samookaleczenie?

— Pierwsze i mam nadzieję, że ostatnie. — Powiedział Artur przyjmując potulną postawę. Wiedział, co należy odpowiadać, aby jak najszybciej go stąd wypuścili. W całym beznadziejnym świecie znajdował w tamtej chwili jedno miejsce, w którym mógł poczuć się nieco mniej źle — swoje łóżko, na którym być może znowu znajdzie Jej włos, który zaplecie na gumce do włosów i schowa do szafki.

— Planował pan próbę samobójczą? — Kontynuowała Miła Pani Doktor, podczas gdy Jędzowata Pani Doktor Z Syndromem Niedopchnięcia skrobała coś zawzięcie na karcie obserwacyjnej.

— Nie planowałem. To był impuls.

— Czy uważa pan, że alkohol pełnił jakąś rolę w tym wydarzeniu?

— Na pewno. Trzeźwy nigdy bym czegoś takiego nie zrobił, naprawdę. — Dukał Artur starając się błądzić wzrokiem po blacie biurka pomiędzy papierami i pudełkiem spinaczy sprawiając wrażenie zawstydzonego.

— Czy ma pan w tej chwili myśli samobójcze?

— Nie… Nie, nie mam. Absolutnie nie. Właśnie w tej chwili bardzo chce mi się żyć. Chcę coś zrobić z tą… Sytuacją. Mój znajomy wspominał kiedyś o psychoterapeutce, jutro… To znaczy dzisiaj rano do niej zadzwonię i umówię się na wizytę. — Kłamał jak z nut chłopak. — Pani doktor… Ja chcę kontynuować studia. Czy uczelnia musi wiedzieć o tym… Wypadku? Czy będę mógł dalej się uczyć? — Lekarki spojrzały po sobie starając się porozumieć bez użycia słów, co wyraźnie im nie wychodziło. Jak to bywa u kobiet. W końcu Jędzowata Pani Doktor napisała coś jeszcze na karcie, a Miła Pani Doktor uśmiechnęła się delikatnie.

— Teraz jest pan pacjentem, nie studentem. Nawet nie tyle pacjentem, co… Poszkodowanym. Obowiązuje nas ochrona danych osobowych, więc uniwersytet nie otrzyma żadnych informacji o tym incydencie.

— Dziękuję… Bardzo dziękuję. — Odpowiedział przekonująco Artur starając się wzruszyć. Nie był jednak zdolny do takich uniesień.

— Myślę, że to już wszystko. Proszę tylko tu podpisać. — Miła Pani Doktor podsunęła mu kartkę z opisem wywiadu lekarskiego. Artur wziął długopis i oparł lewą rękę na blacie krzywiąc się przy tym teatralnie. Nawet Jędzowata Pani Doktor zmiękła na widok skruszonego studenta żałującego swojej głupiej decyzji niezdarnie bazgrzącego swoje nazwisko.

— Dziękuję bardzo. Czy mogę iść do domu? — Zapytał uprzejmie chłopak.

— Na korytarzu czeka na pana kolega. On pana odwiezie. — Odparła Miła Pani Doktor. — Wszystkiego dobrego.

— Dziękuję bardzo. Do widzenia i dobrej nocy. — Powiedział Artur wychodząc do czekającego na niego Łukasza, który zabrał go do stojącej przed szpitalem taksówki. Ratownik nie zadawał zbędnych pytań. Oddał przyjacielowi klucze do mieszkania zastrzegając, że drzwi mają zostać otwarte przynajmniej tej nocy. Artur zgodził się, podziękował szczerze za wysiłek i pomoc Łukasza, który nie mógł rozumieć, że skazał go na kolejną koszmarną noc i nieokreśloną liczbę równie nieznośnych dni.

Rozdział 2

Weekend upłynął Arturowi dość monotonnie. Leżał w łóżku, oglądał filmy i palił papierosy w ogromnych, nawet jak na niego, ilościach. Pierwszego dnia po pamiętnej nocy Łukasz przyszedł zmienić mu opatrunek, potem chłopak zmieniał je już sam. Nadgarstek bolał jak wściekły przy każdym ruchu, jakby chcąc skarcić sprawcę za objaw słabości i głupoty. Młodzieniec miał jednak inny pogląd na doskwierającą ranę, a właściwie, nie miał żadnego. Szczypanie odciągało od Niej myśli, więc było mile widziane. Rodzice Artura uwierzyli w przekazaną przez telefon zmyśloną historyjkę, że chłopak poślizgnął się na płytkach w kuchni, rozbił trzymaną szklankę i zaciął się mocno jednym z ostrych odłamków. Nie mieli zbyt wiele do powiedzenia odnośnie wypadku. Zmartwili się jedynie, aby przez uraz nie narobił sobie zaległości w szkole. Postawa ta była u nich normalna w swojej nienormalności i młodzieniec wcale o niej nie myślał. Postanowił, że tę samą wersję wydarzeń przedstawi swoim znajomym z grupy dziekańskiej. Wszyscy mieli własne problemy i nie mogło ich zbyt wiele obchodzić, co Artur robił sam w gustownie urządzonym mieszkaniu. Z pewnością jeszcze mniej obchodziły ich problemy umysłowe kolegi.

— To nie problemy… — Powiedział do siebie oparty o balustradę balkonu wypuszczając dym z ust, który zaczynał drapać gardło dziennym nadmiarem. — Ludzie inteligentni mają większą skłonność do okresowej niestabilności. Są też bardziej podatni na choroby psychiczne. Efekt uboczny wielkości. Każdy dar ma swoje brzemię. — Perorował zarozumiale Artur. Obserwował przy tym szare nikotynowe kłęby lecące w górę na spotkanie ze swoimi smogowymi, wielkimi braćmi, którzy zasnuwali łódzkie niebo nie chcąc dopuścić promieni słonecznych, które oświetliłyby głupotę stojącego na balkonie bufona.

Zgodnie z przewidywaniami Artura członkowie jego grupy bez najmniejszych wątpliwości łyknęli jego kłamstwa odnośnie bandaża na nadgarstku. Rozmowa o jego wypadku zajęła dokładnie trzy minuty, po czym wszyscy zgodnie przeszli do codziennych, dużo bardziej istotnych spraw — obgadywania kolegów i koleżanek z roku oraz opowiadania niesmacznych żartów, których epicentrum znajdowało się w absurdach i ludzkich genitaliach.

— Ten cukrzyk z pierwszej grupy ma dziewczynę. — Rzucił jeden z chłopaków.

— No słyszałem! Widziałem jak chodzi z tą swoją sraką. Wyglądają razem jak para cyrkowych głupków. — Zaśmiał się inny.

— A niech sobie z nią chodzi. Póki ma stopy! — Wypalił kolejny wzbudzając salwy śmiechu wśród stojących w okręgu osób.

— Jesteście okropni! — Oburzyła się któraś z dziewczyn czerwieniąc się jednocześnie od powstrzymywania irytującego chichotu.

Artur uwielbiał swoją grupę. Perwersyjne, wulgarne i rasistowskie żarty były ważnym elementem jego robaczywego życia i śmiał się razem z innymi do rozpuku. Nie czuł się jednak wśród nich… Na miejscu. Zawsze odnosił wrażenie, że w pewien sposób do nich nie pasuje, chociaż nie było ku temu przesłanek. Właściwie zachowywali się, jakby naprawdę go lubili. Młodzieniec nie tłumaczył tego swoją wyższością, bo członkom grupy inteligencji nie można było odmówić. Po prostu czuł się inny. Nie było w tym nawet nic dziwnego, bo Artur nigdzie nie potrafił znaleźć miejsca, w którym wiedziałby, że ma się znajdować. Nigdzie… Tylko obok Niej. Nie jest to przeczucie, które da się z czymkolwiek pomylić — to wrażenie wewnętrznego ciepła i akceptacji, przeświadczenie, że to miejsce należy do niego, zostało mu ofiarowane i nic nie zdoła mu go odebrać. Najbardziej zgubne wrażenie, jakiemu może ulec człowiek w swojej niezmierzonej naiwności.

Zajęcia trwające do południa przebiegły bez większych sensacji. Studenci już przed piątym rokiem zauważyli, że uniwersytet ma ich głęboko w dupie łącznie z asystentami, adiunktami dydaktycznymi, wykładowcami, dziekanem i rektorem, a nawet ministrami edukacji i zdrowia. Podatki opłacały ich naukę, którą kilka lat temu próbowano skrócić do lat pięciu właśnie, jednak pomysł ten okazał się klęską wobec ilości wiedzy, którą należało przyswoić, aby zostać lekarzem, który po ukończeniu studiów mógłby mieć szansę nie zabić wszystkich pacjentów na dyżurze pracując za głodową pensję rezydencką. Drugim czynnikiem skazującym plan ministerstwa na niechybną zagładę było wrodzone studenckie lenistwo i pijaństwo. Tego jednak nikt otwarcie nie przyznawał. Artur jechał tramwajem pogrążony w myślach otoczony przez szary tłum beznadziejnie identycznych ludzi. Chłodne, pozbawione słońca południe jesiennego miasta nie przeszkodziło homogenatowi bzyczących osób w poceniu się jak konie wyścigowe. Otwarte okna pojazdu parowały, co nie umknęło uwadze rozwrzeszczanym gimnazjalistom, którzy zaczęli je ozdabiać wyobrażeniami włochatych penisów. Jakaś pokryta centymetrową warstwą makijażu „kobieta” trajkotała do telefonu komórkowego we wściekle różowym etui opowiadając swojej psiapsiółce o tym, jak ostatniej nocy jej chłopak ruchał ją na kuchennym stoliku.

— Boże, Gaba, jakie to było zajebiste. — Zachwycała się. — Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie grzmocił. Mówię ci myślałam, że mi cipę rozerwie. Normalnie stolik pierdolnął pod nami. No serio ci mówię!

Artur kątem oka dostrzegł, jak podniecona blondyna poprawiła wielkie szkła okularów przeciwsłonecznych. Siniaki pod oczami wyglądały obrzydliwie spod makijażu, jak gnijące śliwki. Student miał serdecznie dość tej podróży. Na domiar złego, usłyszał nad sobą chrząknięcie. Starsza pani w wełnianym swetrze, który pewnie dostała od swojej prababci zanim ta wyruszyła jako akuszerka na bole bitwy u boku Napoleona stała z miną boksera trzymając w rękach dwie wielkie torby z zakupami. Chłopak spojrzał na wolne miejsce obok siebie i bez słowa ustąpił siedziska staruszce oraz jej umęczonym siatkom z włoszczyzną i salcesonem.

— Co za maniery. — Bąknęła kobieta, sadzając swoje otyłe dupsko na plastikowym krzesełku, które ugięło się wyraźnie.

Student miał naprawdę dość. Chciał jak najszybciej dojechać do szpitala. Od nocy swojego „wypadku” nie mógł spać. Tarzał się po łóżku zmieniając pozycje tyle razy, że mógłby spokojnie napisać trzytomowe wydanie Kamasutry dla singli. Krótkie drzemki, w które zapadał wypełniały koszmary tak dotkliwe, że wyrywał się z nich spocony i zdyszany, jedynie gdzieś głęboko w duchu przyznając, że wolałby umrzeć niż znowu zasnąć. — Argument „wolałbym umrzeć” jest chyba w moim wydaniu mało znaczący. — Pomyślał Artur przeciskając się do drzwi tramwaju.

Chłopak nie spodziewał się wrócić do szpitala psychiatrycznego, a już na pewno nie tak szybko. Nie znał jednak żadnych lekarzy w Łodzi, ojca o receptę poprosić nie mógł, bo to wzbudziłoby niepotrzebne pytania i śledztwa matki. Jedynym ratunkiem był młody asystent, z którym Artur miał zajęcia z psychiatrii. Doktor w dniu zaliczenia przedmiotu powiedział mu, że gdyby czegoś potrzebował, może się z nim kontaktować. Student nie wiedział czy psychiatra wyczuł w nim, w jakiś sobie tylko znany sposób, nutę szaleństwa w jego umyśle, czy był po prostu uprzejmym gościem. Nie zastanawiał się nad tym. Był wykończony i marzył jedynie o jednej nocy bez snów, o ośmiu godzinach nicości, unoszenia się w niebycie pod ciepłą kołdrą. — Kołdrą ciepłą jak krew… — Wszedł więc do budynku, a następnie wdrapał schodami na pierwsze piętro szukając odpowiedniego napisu na drzwiach. Artur starał się nie zwracać uwagi na błąkające się po korytarzach cienie mamroczące pod nosem, wodzące chudymi palcami po ścianach lub wpatrujące się w niego spode łba wypranymi ze świadomości oczami. Napatrzył się na pacjentów podczas zajęć, nasłuchał się przerażających historii tych, którzy byli zdolni rozmawiać. Nie miał ochoty na więcej. Właściwie nie miał cierpliwości na więcej. Chłopak znalazł w końcu odpowiednie drzwi. Zapukał i nacisnął na klamkę.

— Wejdź, siadaj! — Powiedział z wiecznie przyklejonym do twarzy uśmiechem doktor Karcz. — Coś słabo wyglądasz. Co cię sprowadza? Chcesz kawy?

— Dzień dobry panie doktorze. Nie dziękuję. — Odparł Artur kładąc plecak pod ścianą gabinetu i zajmując miejsce naprzeciwko rozmówcy. — Mam mały problem i pomyślałem, że mógłby mi pan pomóc.

— Postaram się. — Uśmiechnął się Karcz. — Mów śmiało!

— Od dłuższego czasu nie mogę spać. Zaczyna być to widoczne, jak pan doktor zauważył, poza tym zaczynam mieć trudności ze skupieniem uwagi. Nie sprzyja to nauce, a sam pan doktor rozumie. Piąty rok, robi się poważnie. Nie chciałbym narobić sobie zaległości. — Karcz odchylił się na chwilę na oparciu fotela bawiąc się przy tym długopisem, który wirował w jego palcach rozmywając się w oczach Artura w niewyraźną pomarańczową smugę.

— Próbowałeś liczyć owce? Pić ciepłe mleko? Nie palić przed snem? — Zapytał pół żartem, pół serio psychiatra.

— Próbowałem już chyba wszystkiego. Nic mi nie pomaga… To zaczyna być naprawdę frustrujące. Poza tym nie poprosiłbym pana doktora o wizytę, gdybym sam mógł sobie z tym poradzić. — Chłopak zasłonił ziewnięcie otwartą dłonią.

— Może melatonina?

— Panie doktorze melatoninę mogę kupić w Rossmanie. Co prawda tam sprzedawcy też noszą fartuchy, ale… — Artur spuścił głowę przełykając swój własny, zgryźliwy żart. — Przepraszam. Po prostu chcę się wyspać. Nie proszę o nic mocnego, żadne benzodiazepiny. — Doktor Karcz spojrzał przenikliwie w oczy studenta. Na szczęście z jego twarzy nie zniknął uśmiech. Lub i nieszczęście, ponieważ młodzieniec nie miał pojęcia, co psychiatra mógł myśleć. Mógł przecież dowiedzieć się o niedawnym „wypadku”. Mógł podejrzewać, że niezrównoważony chłopak szuka innego sposobu na samobójstwo. Oczy lekarza nie wyrażały niczego, jego mimika i gestykulacja również, chociaż spostrzegawczość Artura mogła być przytłumiona przez obezwładniające zmęczenie. Student niemal zadrżał, kiedy Karcz wyciągnął dłoń w kierunku telefonu. Przez moment chciał rzucić się do ucieczki. Wybiec z gabinetu, popędzić do mieszkania nie zważając na tramwaje i taksówki, po drodze wstąpić do monopolowego i upić się w nadziei, że alkohol przyniesie sen. Nie poruszył się jednak. Zdawał sobie sprawę, że wyczerpane ciało mogło odmówić mu posłuszeństwa, nawet napędzane adrenaliną. Ostatkiem sił Artur powstrzymał się przed odetchnięciem z ulgą, kiedy ręka psychiatry minęła telefon i sięgnęła po bloczek recept.

— Wypiszę ci Zolpidem. Działa szybko i ma mało działań niepożądanych. Pamiętaj tylko, że nie wolno go łączyć z alkoholem, jasne? — Powiedział doktor tworząc niewyobrażalne hieroglify na białej kartce.

— Oczywiście, pamiętam co nieco z farmakologii. — Uśmiechnął się szczerze młodzieniec. — Dziękuję panu bardzo.

— Trzymaj. — Karcz wręczył Arturowi receptę. — Wykup w aptece i idź spać. Słodkich snów.

Sen 1

Otworzył oczy. Zobaczył skraj swojego materaca i strzępy kołdry. Pokój był w ruinie. Ściana z oknem, przy której stało biurko przestała istnieć, a wraz z nią część podłogi, ukazując położoną poniżej i na lewo klatkę schodową. Połamane deski pokrywała sadza, a szafka zniknęła. Artur usiadł na łóżku rozglądając się, oszołomiony. Miasto widoczne przez wyrwę w murze również nie wyglądało najlepiej. Dach supermarketu zapadł się, tworząc zbiornik dla deszczu, który lał niemiłosiernie istną ścianą wody. Połamane drzewa i słupy energetyczne opierały się o bloki mieszkalne, dziurawiąc ich ściany i szperając powyginanymi ramionami przez wybite okna. Na ulicach nie widać było absolutnie nikogo, a oprócz łomotu deszczu, nie słychać było żadnego dźwięku. Chłopak wstał i przeszedł do przedpokoju. Całe mieszkanie wyglądało jak po przejściu huraganu lub grupy pijanych kiboli. Rozbite lustra, potłuczone płytki, urwane szafki w kuchni, leżący na zwęglonym dywanie telewizor w salonie. Artur wiedział, że śni. Musiał śnić, bo przecież nie zwariował. Ze zdziwieniem stwierdził, że ten sen wcale nie był zły. Nie przypominał koszmarów, które zwykle go nawiedzały. Upiorny, postapokaliptyczny klimat niesamowitego miasta napełniał spokojem, wyciszał. Chłopak uśmiechnął się i podszedł do niedziałającej lodówki. W środku znalazł miskę soczewicy z ryżem i sosem słodko — kwaśnym. Potrawa była ciepła, nawet gorąca. Młodzieniec, uzbrojony w łyżkę, przeszedł do salonu i położył… Śniadanie? Obiad? Kolację? Posiłek na ławie pokrytej kawałkami szklanej tafli, która kiedyś chroniła drewno blatu przed odparzeniami. Następnie postawił telewizor na komodzie i włączył go. Działał. Jeden kanał, to prawda, ale lepsze to, niż nic. Artur nie lubił jeść w ciszy. Tani film sensacyjny skutecznie umilił mu konsumpcję. Po zjedzeniu, w absurdalnym przypływie zapału, umył nawet naczynia, co zwykle mu się nie zdarzało. Student wszedł do łazienki, zdemolowanej równie dokładnie, jak reszta domostwa. Nie mógł przejrzeć się w rozbitym lustrze, co jedynie dodało uroku temu wyśnionemu światu. Artur umył zęby, uczesał się i spryskał perfumami, po czym postanowił wyjść na spacer. Mimo zatrważającej pogody i przeciągu w mieszkaniu, nie czuł zimna, jednak ubrał skórzaną kurtkę na bluzę z kapturem oraz trampki, delikatnie przykryte przez ciemne jeansy. Chłopak już miał przekręcić klucz w drzwiach, kiedy zauważył, że lustro w zdobnej ramie, na lewo od wejścia, było nietknięte. Mimowolnie cofnął się o krok i przejrzał w nim. Artur wyglądał zupełnie normalnie — niczym niewyróżniający się dwudziestodwulatek. Wtedy, kątem oka, dostrzegł za sobą ruch. Drgnięcie tak zwiewne i nieuchwytne, że wydawało się wstrząsnąć gruzami miasta, które jęknęły trwożnie pękającym tynkiem i spadającymi cegłami. Młodzieniec odwrócił się i spojrzał w stronę salonu. To, co zobaczył, niemal przyprawiło go o zawał. Serce zaczęło walić mu w piersi, kolana ugięły się pod momentalnie przytłaczającym torsem, spocił się na całym ciele, a oczy zaszły mu łzami.

— Nina..? — Chciał krzyknąć, ale z ust zdołał wydusić jedynie łamiący się szept.

Stała przed nim, szczupła i niska. Ciemnozłote włosy opadały jej na ramiona, otulone białym sweterkiem. Cienki, czarny paseczek z okrągłą klamerką przytrzymywał niebieskie jeansy na wąskich biodrach. Drobne stopy miała ubrane w skarpetki z kotkami. Leciutko pyzata twarz uśmiechała się do niego. Wzrok mądrych, zawsze nieco spłoszonych zielonych oczu hipnotyzował i nie dawał możliwości patrzenia na żaden inny element świata z zachwytem, po spojrzeniu w nie choćby jeden raz. Nikt na świecie nie mógł być tak zwyczajny i jednocześnie tak obezwładniająco piękny. Nikogo wcześniej Artur nie potrafił tak kochać. Właściwie, wcześniej chyba po prostu nie kochał. Czyli to jednak był koszmar. Artur od trzech miesięcy widywał Ninę jedynie w koszmarach. Na jawie zdarzało mu się odwracać za kobietami, które ją przypominały. Zdarzało mu się poczuć jej perfumy, przez co szukał jej usilnie w supermarketach i galeriach handlowych. Wyraźnie widywał ją jednak tylko w koszmarach… Ale nie widział jej w nich takiej. Widział ją, jak siedzi w rozbitym samochodzie, jak leży w trumnie lub jak po prostu odchodzi od niego, głucha na jego wołania, które zawsze przeradzały się w potępieńcze, zwierzęce wycie. Teraz stała przed nim, jak dawniej. Patrzyła na niego, jak dawniej. Była, jak dawniej.

— Nina? — Powtórzył młodzieniec, czując jak łzy spływają mu po policzkach. Nie dbał o swoją dumę. Zrobił ku dziewczynie krok. Potem następny.

— Cześć, Arturze. — Powiedziała, a głos ten wypełnił duszę Artura ciepłem, o którego istnieniu już niemal zapomniał. Zawsze mówiła do niego „Arturze”, co u innych ludzi go irytowało, ale Nina potrafiła w pewien magiczny sposób nauczyć go pragnąć tego określenia. Ona cała była magiczna. Chłopak chwycił wyśnioną postać w ramiona, która wtuliła się w niego mocno, chciwie, niemal dziecięco, burząc cały tragizm, fatalny romantyzm i zrezygnowanie młodzieńca. Nina była prawdziwa. Musiała być, bo Artur dobrze wiedział, że tylko dla tego momentu chciał, aby Łukasz go uratował.

— Tęskniłam.

Para leżała, przytulona do siebie, na kanapie. Artur bawił się włosami Niny. Napawał się jej zapachem, kształtem, obecnością, całością jej istnienia. Ona zaś oparła mu głowę na piersi, obejmując go za szyję i słuchała bicia jego serca. Nie rozmawiali. Nie musieli rozmawiać. W tych drobnych gestach, spokojnych oddechach i półprzymkniętych powiekach było wszystko, czego kaleki i ze wszechmiar ubogi język nie byłby w stanie wyrazić, nawet przy wielotygodniowych rozmowach. W pewnym momencie, młodzieniec pomyślał, że mają mało czasu. Sen nie mógł trwać wiecznie. To znaczy mógł, ale ten rodzaj snu był pozbawiony snów. Chłopak nie mógł wiedzieć czy takie nocne spotkanie się kiedyś powtórzy. Zadrżał na tę myśl.

— Co się stało? — Zapytała, unosząc urzekające oczy. — Jestem tutaj. Wszystko już dobrze. — Uśmiechnęła się.

— Wszystko w porządku, Maleństwo. Kocham cię. — Powiedział Artur i pocałował ją delikatnie, jak kwiat o kruchych płatkach. — Zobacz, przestało padać. Chodźmy na spacer. — Zaproponował chłopak.

Po wyjściu z klatki schodowej, młodzieniec bardzo się zdziwił. Nina była nadal jedyną osobą w mieście, łącznie z nim, jednak obraz po niewyjaśnionej katastrofie jakby wyparował. Drzewa wróciły na swoje miejsca, okrywając się zielonymi koronami, dziury w blokach i budynkach wypełniły cegły oraz zaprawa murarska. Murale powróciły na ściany feerią fantastycznych barw. Wszystko było na swoim miejscu. Łącznie z Arturem, który przestał się przejmować wyśnionym światem. Chwycił Ninę za rękę, która szła, jak zwykle, po jego prawej stronie i skierował się do furtki pod wykuszem jednego z bloków. Za nią para skręciła w lewo, w kierunku parku. Słońce świeciło wysoko, susząc powoli wielkie kałuże na chodniku i jezdni.

— Pamiętasz jak miałam wyrywaną ósemkę? — Zapytała Nina.

— Tak. — Uśmiechnął się Artur. — Przyjechałem do ciebie z kwiatami.

— I lodami czekoladowymi.

— Tak, właśnie! Pamiętam, że przykładałem ci zamrożonego kurczaka do policzka.

— Tak było… Prawie odmroziłeś sobie palce, bo jak puszczałeś to mnie bolało.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 29.01