E-book
16.38
drukowana A5
39.51
Śnieżnonifi

Bezpłatny fragment - Śnieżnonifi

Objętość:
155 str.
ISBN:
978-83-8126-234-7
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 39.51

Śnieżnonifi

Kraina Śnieżnonifów rozciąga się wzdłuż i wszerz, sięga daleko ponad wzrok. Według pradawnych legend leży pomiędzy śnieżną koroną a koroną śniegu. Ponoć dawni pradzieje prawili, że droga do niej prowadzi przez trzy pagórki, trzy skute lodem rzeki, trzy wielkie śnieżne zaspy. Potem trzeba przejść trzy kontynenty i przepłynąć trzy zaskakujące głębią oceany. Na sam koniec — przejść samotnie trzy skute lodem morza i trzy szlaki górskie. Jest to tak odległe miejsce, że nie dotrze tu żaden strudzony wędrowiec. Od niepamiętnych czasów skrywa ją zamieć bieli i stale zaciera drogę, malując mroźne pejzaże. Prawie nie świeci tam słońce i niemal nie widać chmur. Czasami w pogodny dzień zza mgły leniwie spozierają szczyty pagórków okryte śnieżnobiałym puchem. Wówczas wyglądają jakoś tak tajemniczo i niezwykle. To część świata poza światem, zagubiona i ukryta przed wzrokiem innych. Miejsce jakby skąpane w płatkach bieli i umalowane niezmywalną, mroźną farbą.

To właśnie jest mój świat. Ja jestem Agra i sam nie wiem dokładnie, ile mam lat, tu nikt tego nie liczy i nie zaprząta sobie tym głowy. W mojej osadzie czas płynie spokojnym, powolnym rytmem. Mieszkam w chacie, do której prowadzi długi, wąski tunel. (Swoją drogą ciekawie to wygląda i jakoś tak tajemniczo). Zawsze gdy opuszczam izbę i wychodzę na mroźne powietrze, zakładam dziwny pancerz, wykonany z pasków surowej skóry i ozdobiony zębami morsa. Moje nogi chronią buty zrobione ze skór fok. Stale też mam przy sobie trójzębną włócznię, bez której nie potrafię się obyć. Tu, w tej krainie trzeba umieć walczyć, inaczej się niechybnie zginie. O wszystko też musimy sami zabiegać i podlegamy całkowicie prawom przyrody. Jesteśmy z nią złączeni nierozerwalną nicią i wtopieni w to tło bieli od niepamiętnych lat. Zawsze też po stokroć dziękujemy naturze za wodę, pożywienie, ubrania, narzędzia, ogień. W tym mroźnym miejscu jak nigdzie indziej tworzymy z nią jedność i musimy umieć zgodnie żyć.

Dziś w naszej osadzie panuje wielkie poruszenie. Nadszedł ten dzień, w którym wyruszę z innymi na moją pierwszą wyprawę. Widzę właśnie jak kobiety przynoszą nam jakieś pakunki z jedzeniem. Po chwili nadchodzi mój Ojciec, cała osada zwie go Przechytry Lis i wszyscy się liczą z jego zdaniem. Ojciec jest wysoki i silny, a jego głowę okrywa burza czarnych włosów. Kiedy patrzy się na niego z boku, wydaje się srogim i niedostępnym człowiekiem. Czasami zdaje mi się, że nigdy nie okazuje uczuć. Teraz też poczyna na mnie wrzeszczeć:

— Rusz się, Agra!

— Gotowy!

— Co!? Nie słyszę!

— Tak, Ojcze! — błyskawicznie odpowiadam.

— Agrra! Do jasnej! Ruszaj się! Czekam!

— Tak, Ojcze — powtarzam bezmyślnie jak wyuczoną regułkę.

Zaraz też przed naszą chatą zbierają się wszyscy kamraci z osady. Poznaję ich i w myślach przywołuje znane imiona: Czerwony Kimro, Silny Kiro, Cienki i Zjadły.

Widzę, że każdy z nich ma przygotowane drewniane sanie i lada moment będziemy ruszać w drogę. Teraz właśnie stoją w jakimś dziwnym kręgu wyraźnie poruszeni. Czerwony Kimro uśmiecha się pod nosem i zabawnie podwija wąs. Silny Kiro opasał się jakimiś skórami i grzebie coś przy butach. Cienki jak zwykle dokazuje ze Zjadłym. Teraz próbują się siłować i chyba zaraz dojdzie do bójki. Wyglądają naprawdę zabawnie. Cienki pochwycił Zjadłego wpół i pcha wprost na śnieg. Zjadły widać, że się broni i obrzuca go tym białym puchem. Po chwili chyba zauważają, że się im przyglądam, bo wstają, otrzepują ze śniegu i znów robią się poważni. W tym momencie kieruję wzrok wysoko w górę i widzę, że nadciąga wielka czarna chmura. Zaraz też zaczyna intensywnie sypać śnieg, coraz to mocniej i mocniej, i całkowicie sobą okrywać nasz świat. Jakoś tak sam zaczynam być niespokojny i coraz bardziej mnie to martwi. Dodatkowo drażni mnie turkot wokół. To jakby muzyka, ale złożona z dziwnych, niespójnych dźwięków. Wyraźnie słychać jakby tętent ziemi i miarowe dudnienia bębnów. Wszystko to okrasza szum wiatru i mocne uderzenia śniegu, które wystukują biały rytm. Żywo zakrywam uszy rękoma, bo nie mogę już znieść tych odgłosów rozlegających się dookoła i wprawiających mnie w zły nastrój.

W tej chwili Czerwony Kimro, odziany w długą, grubą skórę zwierza, zwraca się do mnie:

— To twoja pierwsza wyprawa, Agra! Doczekałeś się! — Właśnie zmierzwił moje włosy i poklepał po plecach.

„Denerwujący jak zwykle” — pomyślałem.

Raptem też podeszła do mnie reszta. Teraz śmieją się i krzyczą:

— Agra! Agra! Zobaczymy, jaki będziesz hardy tam na lodowcu!

W tym czasie podbiegł do mnie Silny Kiro i poklepał po plecach, jakbym był jego jakąś nierozumną zabawką.

— Mam go dość — szepnąłem wyraźnie zdenerwowany.

Niespodziewanie Czerwony Kimro złapał mnie wpół i raptownie podrzucił w górę.

— Ha, ha! — wrzasnął — patrzcie, Agra lata! Widzicie?

— Widzicie, widzicie, głupek! — zdążyłem krzyknąć.

W tym momencie jak nie fuknie Żółta na Zawsze:

— Kimro! Ty zbóju! Jużeś ci się do reszty w tej durnej głowie pomieszało? Zostaw go w spokoju! A już!

— Ha, ha — zaśmiał się głośno w odpowiedzi i podał mi rękę, bym wstał. Zaraz też z troską w głosie się zapytał: — Nic ci nie jest? Wszystko gra?

— Jak zawsze! — odparłem i szybko otrzepałem się ze śniegu.

Wnet wysoko zadarłem głowę i wbiłem wzrok w niebo, które było pogrążone w smutnej szarości i nią wypełniało ten czas. Wiatr nabierał swoją wielką dłonią tony puchu i unosił wysoko w przestworza. Tam też jakby ogromnym pędzlem malował śnieżne góry i dopełniał je bielą. Ponownie spojrzałem w niebo i zmrużyłem oczy. Przez chwilę zdało mi się, że obłoki jakoś dziwnie na mnie zerkają i co jakiś czas obsypują swoimi mroźnymi pocałunkami. Teraz wyraźnie posmutniałem i począłem się zastanawiać:

— A co będzie, jak nie wrócimy? Co wtedy? — cicho szeptałem.

Znienacka znów zerwał się ten silny wiatr i począł wygwizdywać jakąś smętną, nieznaną nikomu pieśń.

Nagle podeszła do mnie Mały Koliberek i drżącą ręką coś ofiarowała.

— Masz, to ode mnie! — rzekła. — A rychło załóż na szyję. Pamiętaj, uchronią przed złem! — Zaraz też westchnęła: — O, Przodkowie! Chrońcie! Chrońcie! — Naraz schyliła się jakby do ukłonu, podała rękę na pożegnanie i powolnym krokiem poczęła się oddalać. Raptem zrobiło mi się jakoś dziwnie i nieswojo.

— Co to ma znaczyć? — pytałem siebie w myślach. — Klucze? Po co mi one? Do czego? No i jeszcze nie jeden, a trzy?

Zaraz też sam siebie próbowałem jakoś uspokoić:

— Agra! chłopie! Weź się w garść! Co też teraz da myślenie o tym?

Bystro pogładziłem się po twarzy, zawiesiłem klucze na szyi i przykryłem futrzanym pledem, by nikt nie zauważył.

Śnieg coraz to intensywniej okrywał tę krainę i pomału tworzył nad nią jakiś mgławy koc utkany z gwiazd.

Nagle ogarnięty tajemniczym, dziwnym doznaniem Szaman począł krzyczeć:

— Rozpalić ogień! O, Przodkowie! Musimy teraz, w tym momencie, w tej jednej jedynej minucie zaklętej w kręgu czasu, rozpalić wielki ogień!

Wnet też począł biegać w kółko i nosić najbardziej suche z suchych drewna. Po chwili wszyscy uwijali się jak w mrowisku.

— Przynieś no, Agra, jeszcze wiązkę! — krzyknął Ojciec.

Czym prędzej pobiegłem po te zdrewniałe badyle do najodleglejszej z chat, zwanej izbą ciepła. Tam też mieliśmy duże składowisko drewna. Gwałtownie pochwyciłem parę cienkich patyków i począłem biec ile sił w nogach.

— Mam! — wołałem już z oddali.

— Dawaj! — wrzasnął Ojciec, jak zwykle oschle.

Podałem mu pospiesznie i odsunąłem się na bok.

Zaraz też Szaman począł gwałtownie pocierać suchy badyl o badyl i najpierw roztlił małą iskierkę, a z niej po chwili powstał ogromny, potężny i przerażający ogień.

— Chodźcie bliżej! Tu! — krzyknął. — Stańcie wokół, ale nie chwytajcie się za ręce. Niech to będzie niedomknięty czas i otwarte miejsce powrotu. Teraz, o, Przodkowie! — krzyknął. — Wszyscy spuśćcie głowy, połóżcie prawą dłoń na sercu i na moment zamknijcie oczy. Raz… dwa… trzy… koniec! — krzyknął. Obrócił się trzy razy w prawą stronę i szybkim krokiem oddalił od ogniska. Jeszcze z daleka dobiegały nas jego wrzaski: — Wrócicie! Teraz wrócicie! — Wyglądało to właśnie tak, jakby oddalając się rozpływał w śnieżnej mgle.

— To dopiero! — westchnąłem.

W tym momencie odezwał się Ojciec:

— Agra! zbieraj się, zaraz ruszamy!

Pośpiesznie począłem układać sobie wszystko w logiczną całość. Zdaję sobie sprawę, że za chwilę opuścimy osadę. Wiem też, że czeka nas ciężka praca. Musimy szukać materiału na broń. Trzeba będzie z trudem wydobywać kawałki meteorytów, żeby potem wykuć z nich harpun.

Nerwowo przyglądam się Ojcu. Właśnie szeroko uchylił stare, drewniane drzwi i wchodzi do chaty. Słyszę, jak głośno mówi: — Pora na nas, Admir! — Teraz robi mi się coraz bardziej smutno. Z wnętrza izby dobiega ciche łkanie, a moje serce rozrywa niemy ból. Wiem, że mama nie chce, byśmy opuszczali osadę. Zresztą słyszałem, jak Ojciec powtarzał, że jest brzemienna, a ja lada moment zostanę starszym bratem. Właśnie niechcący słyszę, jak mama szepcze, że się boi. Nagle widzę, jak Ojciec ją przytulił i przed nią klęknął. Uniósł ręce w górę i począł wzywać jakieś najbardziej odległe dusze przodków, wydając przy tym niezrozumiałe, dzikie okrzyki i błagając o opiekę. Po chwili widzę, że gwałtownie wstaje. Teraz jeszcze raz przytulił mamę, rzucił sucho: — Żegnaj, Admir. — I nie oglądając się, wyszedł z chaty. Ja jeszcze przez moment widziałem oczami wyobraźni jej piękną twarz i długie czarne włosy. Jednak nagle niczym grom usłyszałem wrzask Ojca:

— Agra! Bierz sanie! Ty jedne! Ja drugie!

— Biorę, już biorę! — szepczę.

— Zaraz mnie coś trafi! — syczy Ojciec.

— Czy ty myślisz? Agra! — niemiłosiernie wrzeszczy. — Jak, do jasnej, złapałeś te sanie! Ile razy ci pokazywałem!

— Masz robić i myśleć tak jak ja! Zrozumiałeś?

— Tak — odpowiadam mu prawie przez łzy.

Popycham przed siebie te sanie, a są one okropnie ciężkie i już bolą mnie ręce. W duszy jednak wiem, że muszę wytrwać. Moje nogi raz po raz zakopują się w śniegu, co chwilę też się schylam, żeby wypchać je z zaspy. Ciężko mi i już jestem zmęczony. Właśnie po policzkach płyną mi łzy, czuję jak słone krople napływają mi do ust. Ukradkiem wycieram je rękawem, tak aby nikt tego nie zauważył. Zdaję sobie sprawę, że gdyby tak się stało, Ojciec zapewne zostawiłby mnie tu i nigdy nie pozwoliłby wrócić. Powtarzam sobie w myślach, że muszę być dzielny, że nie wiem też, ile ta wyprawa potrwa i kiedy znów wrócę do domu.

Osada

W śnieżnej krainie zostały same kobiety i jeden mężczyzna — Szaman. Jego zadaniem jest czuwać nad wszystkim, przeganiać zło i opiekować się osadą. W tym momencie z jednej z chat dobiega przerażający wrzask, tak mocny, że aż mrozi krew w żyłach. To Admir — właśnie zaczęła rodzić. Wokół niej zebrały się baby i coś szepczą. Admir jest cała w jakiś dziwnych konwulsjach, leży w rogu chaty na paru pledach i zwija z bólu. Raz po raz łapie za brzuch i przygryza wargi. Widać wyraźnie, że ma gorączkę, a kobiety próbują jej jakoś pomóc. Zaraz też poczynają kiwać głowami i odprawiać tajemnicze rytuały.

Pierwsza (Błękitny Obłok) obchodzi mieszkanie, plując w każdy róg i wymawiając słowa:

— Bsza, bsza, SZA!

Opluwa przy tym każdy kąt!

Druga (Czerwony Jastrząb) chwyciła Admir za rękę i ugryzła! Tłumaczy, że wypędziła złego ducha.

Trzecia (Obis Złota) zaczęła Admir obcinać jej piękne, długie, czarne włosy — by dziecko nie oplątało się sznurem.

Czwarta (Żółta na Zawsze) wyje do nieba, wierząc, że jako wilczyca zabierze ból.

Piąta (Mały Koliberek) pognała po Szamana.

On od zawsze stanowił zagadkę, dokładnie nikt nie wiedział, od kiedy jest z nimi i skąd pochodzi. Legenda głosi, że to dusza z dusz zmarłych przodków. Szaman wszedł do chaty i począł się rozglądać. Teraz obejrzał Admir i dotknął jej brzucha.

— Twardy — gadał sam do siebie.

Zaraz też z jego ust wypłynęły słowa:

— Widzę coś — szepnął. — Niestety! Nic nie mogę pomóc!

Z nagła do tej biednej, umęczonej bólem kobiety jak przez mgłę dotarły słowa Szamana.

— Nie — krzyknęła Admir. — Błagam! Nie! Ulżyj mi w cierpieniu! Pomóż! Ratuj moje dziecko! Błagam!

Szaman obojętnie popatrzył na nią i wydusił z siebie:

— Ubrać ją i zaciągnąć na sanie!

Zaraz też kobiety obecne w chacie pospiesznie poczęły ją odziewać. Założyły jej długą, ciepłą, śnieżną suknię i okryły pledem.

— Widzicie — mówiły do siebie — ona jest w jakiejś dziwnej maliźnie, majaczy, nie wie co się z nią dzieje i gdzie jest. Co chwilę też traci przytomność. Musimy zrobić to, co każe Szaman. Jeśli tego nie uczynimy niechybnie ześlemy na nas nieszczęście.

Nagle Obis zdawała się powątpiewać w słowa Szamana.

— A może by go tak nie słuchać? — dumała.

W tym momencie spojrzała na twarz Admir i raptem z jej oczu cicho, jak najciszej popłynęły łzy. Spływały wolno po jej policzkach i żłobiły ogromną wyrwę w jej sercu. Płynęły tak cicho i spokojnie, jakby obawiały się zbudzić Admir i wyzwolić znów ból.

W tej chwili Żółta na Zawsze i Błękitny Obłok chwyciły kobietę i z wyraźnym trudem zaciągnęły na sanie. Wiatr ucichł i wokół nich zapanowała złowroga cisza. Biel śniegu poczęła oblepiać włosy Admir i przyozdabiać je mroźnym srebrem. Teraz zdyszana podbiegła ku niej Mały Koliberek i poczęła coś szeptać. Wyglądało to tak, jakby chciała ubłagać los i ofiarować siebie w zamian za nią

— Moja kochana! Moja Admir, bądź dzielna! — szeptała.

Ze smutkiem gładziła jej długie, czarne włosy i obdzielała ją pocałunkami.

— Tak mi smutno Admir! Tak bardzo! — mówiła przez łzy. Nagle wzniosła wysoko w górę ręce i zawołała: — O, wy Starcy ze Starców, zlitujcie się nad nią! Zabierzcie ból i otoczcie ochroną! O, wy! Potężni z Potężnych! Spójrzcie na nią! Jest taka blada i cierpiąca. Weźcie jej te męki! Wyzwólcie z objęć cierpienia!

W tym momencie usłyszała wrzask Szamana:

— Musimy iść! Raz, dwa — pchajcie te sanie!

Widać, że kobiety nie mają wyjścia i przepełnione żalem ciągną je po śniegu na szczyt góry. Pchają te wielkie, ciężkie sanie gdzieś w nieznany im świat. Jest im daleki, gdyż dotąd nigdy nie wychodziły poza obręb swojej osady. Raptem słychać, jak trą butami o śnieżną ziemię. Pod ich nogami głośno skrzypi śnieg i wraz z wiatrem przygrywa jakąś grobową kołysankę.

— Jeszcze trochę! Żwawo, baby! — pokrzykuje raz po raz Szaman.

— Czego nie jadły dziś, że powolne! — zagaduje drwiąco.

— Prędzej! Bo ciemno się robi!

One spowalniają i widać, że tracą siły. Robi się coraz zimniej i zimniej. Nie dają już rady, powoli jedna po drugiej przystają i z trudem nabiera powietrza w piersi. Widać, że ledwo ciągną nogę za nogą. Nadal jednak słyszą nawoływanie:

— No baby! Pchać! Pchać!

Jedna z nich upadła.

— O, Przodkowie! — krzyknęła Obis Złota. — To przecie Czerwony Jastrząb! Zlitujże się, człowieku!

Zaraz też wszystkie jednym głosem wrzasnęły:

— Wracajmy! Wysłałeś nas tu chyba na rychłą śmierć!

Szaman jednak był nieugięty. Zaraz też odparł:

— O, co to, to nie! Albo będziecie słuchać, albo zostaniecie tu na zawsze!

— Na zawsze! Na zawsze! — szepnęła Żółta na Zawsze, a w duchu dodała: „W głowie temu staremu się do reszty poprzewracało”.

Teraz kolejna, zwana Błękitny Obłok odezwała się i cicho szepnęła:

— Długo jeszcze? Miejcie jakiś wzgląd na nas! Jesteśmy przemarznięte do szpiku kości, ściemnia się!

— Racja! — odparła Obis Złota. — Musimy wracać! Tylko co z Admir? — pytała z wyraźną troską w głosie.

W tym momencie Szaman ukląkł! Uniósł ręce w górę i trwał dość długo w tym stanie. Po chwili się odezwał:

— Wracamy!

— Jej już nie pomożemy! Jest na szczycie! Tu już jest bezpieczna! — próbował je uspokoić. Teraz jest wśród dusz Praprzodków! Mówią mi właśnie, że jest szczęśliwa!

Niezwłocznie w oczach Obis Złotej pojawiły się znów małe łzy, które raptownie przywarły do jej powiek niczym dwie najcenniejsze perły.

— Mamy ją tu tak zostawić? — szeptała z żalem w głosie do Szamana.

— No! — wrzasnął. — Nie ociągać się! Wracajmy!

Teraz zrobiło się całkiem cicho, a górę otoczył siwy mrok. Kobiety podeszły do Admir, żeby się pożegnać.

— Ona jest taka piękna — westchnęły. Przemknęło im przez myśl, żeby może jej tu nie zostawiać.

— Sama w tym zimnym, strasznym miejscu! — szepnęła Żółta na Zawsze.

— A jak jednak Szaman się myli? Co wtedy stanie się z Admir? — rozmyślała znów Obis Złota.

Zaraz też powiedziała do niego:

— Szamanie! A co, jeśli nikt jej nie pomoże? Przecie niechybnie tu zamarznie!

— Wiem, co mówię — odparł wyraźnie niewzruszony. — To ten czas! Musimy ją zostawić! Zrozumcie! — wrzasnął.

— O, Przodkowie! — krzyknęły w odpowiedzi kobiety i poczęły lamentować.

Raptem też jęły obdzielać pocałunkami twarz Admir i skrapiać ją morzem łez. Po chwili krzyknęły ile sił w płucach:

— Admir! Bądź szczęśliwa! Bądź szczęśliwa! — I zaraz też pospiesznie się oddaliły.

W tym momencie zerwał się silny wiatr i zaczął osaczać ich ze wszystkich stron.

— Już nie słyszę własnych myśli — szeptała Błękitny Obłok — i coraz trudniej mi iść!

Nagle wyrwała ją z zadumy Obis Złota i wrzasnęła:

— Musimy przyspieszyć kroku! Ino patrzcie w górę! Niebo jakieś dziwne!

— Łatwo jest mówić! — wyraźnie zmęczona odparła Czerwony Jastrząb.

Wtem Szaman się zatrzymał i ukląkł na śniegu. Począł łapczywie nabierać w ręce ten bezmiar bieli i obsypywać nim swoją głowę. Co chwilę też powtarzał słowa:

— Wybaczcie mi! O, Pradzieje! W tej chwili nad jego głową począł huczeć wiatr i chciwie porywać w swoje objęcia śnieżne płatki. Stworzył dziwną koronę z bieli i próbował nią przyozdobić jego siwe włosy. Zaraz też miętolił i tarmosił nim na różne strony. Szaman kołysał się i wydawał z siebie dzikie, nieznane dźwięki. Powtarzał je na okrągło i nie mógł przestać. Znienacka wiatr ucichł i nastała groźna cisza. Szaman wstał i otrzepał się ze śniegu. Natychmiast też krzyknął:

— Ruszajmy! Ściemnia się! O, Przodkowie!

Teraz pogładził się po swojej długiej, siwej brodzie i przyspieszył kroku. Za nim dzielnie maszerowała reszta. Powoli zapadał zmierzch i okrywał czarną mgłą ten biały świat. Oni, nie zważając na to, szli. Mimo ogromnego zmęczenia i bólu duszy rozrywającego ich wnętrza. Niespodziewanie znów zerwał się jakiś złowrogi wiatr i próbował ich zawrócić. Nogi ich raz po raz topiły się w oceanie śniegu i droga do domu stawała się jakaś taka coraz bardziej odległa. Płatki śniegu oblepiały im twarz i zastygały na policzkach. Coraz ostrzejszy mróz podszczypywał ręce i malował na nich różnokolorowe znaki.

— Jeszcze trochę — szepnął Szaman.

— Jeszcze trochę — powtórzył wiatr, otoczył swoją bielą trzy razy i powrócił w stronę biednej Admir.

Szczyt góry

Admir była sama, samiuteńka. Wokół panował niemiłosierny ziąb i robiło się coraz mroźniej. Nagle kobieta się ocknęła i poczęła z uwagą przyglądać wszystkiemu. Otworzyła na chwilę oczy i zaraz ponownie je zamknęła. „Gdzież ja jestem?” — pomyślała. Powoli poczęło do niej docierać, że to nie sen. Zaraz też gorączkowo złapała się za brzuch. W tym momencie maleństwo delikatnie się poruszyło.

— O Matko! Co teraz! — krzyknęła Admir.

Znów poczuła silny ból, był tak mocny, że o mało nie straciła zmysłów. Wolno też, jakby przez mgłę, dotarło do niej, że jest tu całkiem sama i bezbronna.

— Co ja teraz pocznę! — krzyczała. — Całkiem sama, samiuteńka! — łkała.

Zaraz też skuliła się w kłębek niczym małe dziecko i poczęła szlochać. Wiatr niczym wierny przyjaciel rozwiewał te rzewne dźwięki i unosił, jakby błagając o pomoc.

— Dlaczego? — wołała Admir, załamując ręce. — Pomóżcie mi! Pomóżcie! — nawoływała.

— Nie ma tu nikogo? — pytała z niedowierzaniem w głosie. — Ty! Szamanie! widzę ciebie! Pomóż!

Przez chwilę wydawało jej się, że on stoi obok niej i się w nią wpatruje. Poczęła go wzywać, chciała wstać i jakoś chwycić, ale na nic się to zdało. Wtem zobaczyła Obis Złotą, a obok niej Żółtą na Zawsze.

— O, jak dobrze, że jesteście! — westchnęła. — Nie stójcie tak, pomóżcie! — wrzasnęła.

Nagle one też poczęły się zamazywać. Teraz tak bardzo chciała je pochwycić. Ostatkiem sił zsunęła się z sań, jęła rękami dotykać śniegu i jakby chwytać niewidzialne.

— Stójcie! — wrzasnęła. — Nie zostawiajcie mnie samej! — szlochała.

Gorączkowo chwytając się za brzuch, jęła iść pośród tej śnieżnej zamieci.

— Niee! Nie! — krzyczała. — Pomóżcie mi! To tak boli!

Z dala usłyszała tylko świst wiatru, który unosił w górę dźwięki jej słów. Gwałtownie dotknęła ręką czoła i poczuła, że jest bardzo gorące.

— Jestem chora! — szepnęła. W jakimś dzikim szale jęła gorączkowo biegać wokół sań. Zaraz też znalazła tam mały pakunek. Trzęsącymi rękoma rozerwała go i wyciągnęła z niego skóry, mięso, wodę, nóż. Przemknęło jej przez myśl, że trzeba się ratować. W tym momencie ból niemal rozerwał jej duszę i raz po raz szarpał obolałe ciało.

— Jakże mi teraz być dzielną? Śniegu, ty biały, słyszysz? A ty, wietrze, jak możesz być tak okrutny? Ratujcie! Och, błagam!

Ostatkiem sił, zgięta wpół z bólu szła miotana zamiecią i tarmoszona wiatrem. Raptem jakby wstąpiły w nią nowe siły, zerwał się wiatr i niebo poczęło otwierać swoje podwoje.

Niespodzianie znów zapłakała. Nagle zdało jej się, że gdzieś obok dziecię kwili. Poczęła je uspokajać i próbowała wziąć na ręce.

— Już dobrze, malutka — szeptała. — Już dobrze, nie płacz!

Zaraz też jakby przytuliła je mocno do prawie nagiej piersi.

— Ciii, córeczko — szemrała. — Ciii, mamusia jest przy tobie. Chodź na rączki — wołała!

— Już nie płacz. — Głaskała dziecko po drobnej twarzyczce.


Nagle dziecko rozpłynęło się w siwej mgle, a ona poczuła jakieś ostre szarpnięcie, jakby ktoś dźgnął ją w brzuch. Zemdlała. Śnieg jakoś cicho i poetycko szeptał jej kołysankę i okrywał swoją białą pierzyną. Wokół niej nie było niczego i nikogo. Wyraźnie wiatr przycichł i się uspokoił. Wyglądało to tak, jakby mościł jej jakieś śnieżne posłanie. Delikatnie, lekkim podmuchem odgarniał śnieg z jej skroni i obsypywał tę obolałą twarz jakby milionem śnieżnych pocałunków.

W tym momencie Admir ocknęła się i mocno zaszlochała. Zaraz też ostatkiem sił doczołgała się do wnęki w skale. Zdążyła jeszcze rozłożyć sobie jakiś pled na ziemi i znów zemdlała. Teraz wszystko zgoła wyglądało inaczej. Wokół niej poczęła rozbrzmiewać muzyka, jakieś tysiące tysięcy grało na bębnach, obwieszczając dobrą nowinę. To córka! Admir urodziła córkę!

Wiatr na zewnątrz zagrał jej wesołą melodię, gwiazdy wiwatowały na jej cześć. Tanecznym ruchem spadały jedna po drugiej, aby rozświetlić ten czarny mrok. Tą też ostateczną drogą dusza Admir podążyła w daleką podróż ku światłu. W tej jednej niemej sekundzie złoty rydwan wyniósł ją wprost w objęcia wiecznej miłości. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, nie było już widać cierpienia i bólu. Jedynie uważny ujrzałby małą łezkę błyszczącą w jej oku i przypominającą drogocenną perłę. Nastąpiła teraz całkowita cisza. Po chwili pośród tego śniegu i zamieci rozległ się głośny wrzask i płacz dziecka, to dziewczynka. Mała, malutka, ale z wielką siłą życia. Była lekko okryta pledem i wyglądała jak anioł. Znów zapłakała, próbując tym przywołać kogoś. Na zewnątrz śnieg sypał coraz mocniej i wydawało się, że nigdy nie przestanie…

Wyprawa

— Agra! Rusz się! Robić mu się nie chce! Do jasnej! A jeść to chcesz! Pierwszy do koryta! — wrzeszczał Ojciec.

— Agra! Co powiedziałem? Zobaczysz, zbóju! Matka w domu cię nie obroni! Jak tylko wrócę, przetrzepię ci skórę!

— Ojcze, przepraszam, robię ponad siły! Nie daję już rady! — połykając łzy, wyszeptał Agra.

— Głupcze! A co mnie to obchodzi? Ja mam robić? Po co w takim razie jesteś? Tylko gęba do karmienia?

— Przepraszam, Ojcze — mówił drżącym głosem.

W tym momencie Agra wyraźnie sposępniał.

— Przecie staram się jak tylko mogę, moje ręce krwawią z bólu! A tu słyszę stale źle i zawsze źle!

Nagle Ojciec odwrócił głowę w jego kierunku i było wyraźnie widać, że zrobiło mu się go trochę żal.

Starał się jednak ukryć emocje, które targały jego sercem i oschle rzekł:

— No! Głupi Agra! Głupi, ale może coś z ciebie będzie — szepnął i przyjaźnie klepnął go po plecach.

Po chwili było widać jak z jakimś nowym zacięciem wszyscy wrócili do pracy i bardzo chcieli skończyć przed zmierzchem.

Osada

Natomiast w wiosce Szaman zwołał wszystkie kobiety, kazał ponownie nanieść badyli i zapalić wielkie ognisko. Następnie nakazał znów wszystkim stanąć w dziwnym kręgu. Kobiety trwały w bezruchu obok siebie i nic nie mówiły. Szaman począł wtedy wspominać Admir i wypowiadać przeróżne słowa. Wszystko wyglądało tajemniczo. Teraz miał na sobie długą, czerwoną skórę i takąż czapkę z piór. Twarz jego była wymalowana i przypominała mapę z zaznaczonymi punktami. Było na niej pełno białych kropek. Szaman co chwilę popijał dziwny płyn i podskakiwał wokół ogniska. Zaraz też polecił kobietom kucnąć i zasłonić oczy. Teraz ten widok był niezwykły. Szaman wprowadził wszystkich w dziwny trans i począł przywoływać coś lub kogoś. Wołał beznamiętnie:

— Wielcy tego śniegu, śnieżni bracia, przybądźcie!

— Wołam was ja!

— Admir rodzi! Jest w górach!

— O, dusze Przodków, zabiegam!

— O, dusze Przodków, wzywam!

— Niech ucichnie śnieg, rozstąpi się niebo, rozbrzmi głos bębnów!

— Dusze zmarłych, wzywam was!

— Pomóżcie w potrzebie!

Potem znów wypił łyk płynu i upadł jak martwy na ziemię.

Trzy schody nad ziemią — Kraina Starców

Na wzgórzu śnieg coraz mocniej sypał, trudno było już nawet dostać się do wnęki w skale. Z dala dobiegał cichy, miarowy oddech dziecka i ledwie słyszalne kwilenie. Nagle ze środka skał wydobył się dziwny blask, ziemia się zatrzęsła i zrobiło się całkiem ciemno. Z czarnej otchłani poczęły rozbłyskiwać różnokolorowe światła i dało się posłyszeć znów ten stukot bębnów. Z tego mroku i dymu wyszedł starzec z długą, siwą brodą. Za nim, niczym za wodzem, podążali inni. Wyraźnie widać, że nie było tam młodych, lecz sami wiekowi ludzie. Jęli z uwagą przyglądać się temu czemuś. Było to małe, czerwone i płakało. Jeden z nich podszedł do dziecka i pogłaskał. Zaraz też powoli i nieporadnie zbliżyła się reszta. Pierwszy z długą, siwą brodą delikatnie złapał dziecko i uniósł w górę, wysoko nad głowę. Znów rozległy się dźwięki bębnów i cichy miarowy śpiew. Starzec owinął dziecko w pled i poniósł ze sobą.

Kraina starców mieściła się między śnieżną powłoką okrywającą ziemię a błękitem zwanym niebo. Prowadziły do niej trzy schody. Każdy z nich przenosił w nowy, inny świat. Właśnie jeden ze starców chwycił dziecko i, tuląc je do siebie, stanął na pierwszym stopniu. W tym momencie znów można było usłyszeć ciche dźwięki bębnów. Za nim wyraźnie skupieni podążali inni. Znów starzec stąpnął na drugi schodek i można było pochwycić śpiew inny niż wszystkie, które powstały do tej pory. To dźwięki ziemi wymieszane z melodią śnieżnej wichury, połączone z łkaniem niewiasty. Gdy przekroczył trzeci schodek rozległ się trzepot skrzydeł kolibra, który pełen szczęścia wyfrunął wprost w górę. Starcy nieśli dziecko, wierząc w jego nadludzką moc i siłę. Już dawni Noridzi, z którymi byli spokrewnieni, prorokowali o tej chwili i byli przekonani, że dziś właśnie się wydarzy. Starcy mieszkali w chacie okrytej strzechą i bez wygód. W izbie był stół i krzesła, a obok okna stało łóżko. W rogu, zaraz za nim, duża miednica i wiadro z wodą. Najważniejszy starzec imieniem Finnim przytulił bezradnie dziecko do siebie. Uniósł je w górę niczym cenne trofeum i krzyknął, jakby chciał odpędzić zło. Jednocześnie w jego głowie roiło się od niespokojnych myśli:

— Co teraz począć? — pytał sam siebie.

Po chwili rzekł do współtowarzyszy:

— Bracia! Trzeba to małe nakarmić, napoić, umyć i ubrać. — Zgadzacie się?

— No tak — odparli gromko.

— To kto ma najdelikatniejsze ręce, by chwycić to małe?

— Farda! — krzyknęli — ty się tym zajmiesz!

— No, trochę się boję! To małe, to delikatne. No, spróbuję.

Farda podszedł do dziecka i łagodnie wziął je na ręce. To małe zaczęło wrzeszczeć wniebogłosy, a Farda zrobił się cały mokry.

— Tej — wyszeptał — ty, to małe, nie drzyj się. Zaraz samo będziesz się myć. — wycedził przez zęby.

W tej chwili dziecko popatrzyło wielkimi, niebieskimi oczami i pierwszy raz się uśmiechnęło — jakby właśnie zrozumiało treść słów.

Farda, gdy to ujrzał, aż krzyknął z radości:

— Widzieliście? To małe mnie lubi! Ha, ha, dobry jestem! Rozśmieszyłem je! Ha, ha — zaśmiał się.

— No — odkrzyknęła reszta.

— Nie przypisuj sobie zasług, Farda! — odpowiedzieli z wyraźnym rozbawieniem.

To małe wesoło poczęło się poruszać i delikatnie uśmiechać. Patrzyło tymi swoimi pięknymi oczami i nie mogło się nadziwić.

Farda nalał wody do miednicy i obmył dziecko, potem nakarmił świeżym, kozim mlekiem i ułożył pomiędzy skórami, na łóżku.

— Co teraz począć? — jął się zastanawiać.

— Jak to co? — odpowiedziała reszta. — Musimy nim się zająć, przecie nie ma nikogo!

— No tak — odparł Farda z widoczną radością. — A jak będziemy wołać na to małe? — drążył temat.

— Sam sobie odpowiedziałeś na pytanie — rzekli gromko starcy.

— Od dziś będzie się zwało: To Małe!

— Całkiem ładnie — wyszeptał Farda.

Farda był średnio rozgarniętym starcem, ale miał dobre serce. Czasem słowa docierały do niego z opóźnieniem i przez to nikt zbytnio się z nim nie liczył. Miał jednak złotą duszę i nigdy by nie odmówił nikomu pomocy.

Raptem poczęło zmierzchać, w Krainie Starców nastała noc, a z nią wszystko usnęło. To Małe jeszcze przez moment cicho kwiliło, jednak po chwili również znalazło się w odległej krainie snu. Teraz oprócz odgłosów chrapania starców i czasem delikatnego mlaskania dziecka nastała całkowita cisza. Wokół chaty wiatr zaczynał cowieczorne swoje arie i kończył dopiero z nadejściem brzasku. Nagle gdzieś w dali dało się słyszeć szum wiatru i jakby cichą kołysankę nuconą przez smutną, zbolałą kobietę.

Wyprawa

W tym samym momencie Agra cicho popłakiwał, tak żeby nikt go nie usłyszał. Szybko chwycił ręką kaptur i naciągnął jeszcze mocniej na głowę. Stale też znów słyszał nad sobą:

— Agra! Co się gapisz, no co? Do roboty!

Jeszcze z dali brzmiało mu w uszach:

— Darmozjad, nic więcej!

Agra coraz to mocniej przygryzał wargę, by nie wybuchnąć płaczem.

— No, Agra! Zrozum! — krzyczał Ojciec. — Im szybciej to skończymy, tym prędzej będziemy w domu. Sam przecie wiesz, Agra, jak tu ciężko żyć! Ja na przykład muszę ciebie wykarmić, matkę! Niedługo urodzi się twój brat lub siostra! Musimy, Agra, być silni! Z tego, co teraz robisz, powstanie przecież duży harpun. Te łupki wykorzystamy do jego budowy! No! Agra! Rozumiesz?

— Tak, Ojcze — cedząc słowa przez zęby, wyszeptał Agra.

Wokół zaczęło zmierzchać. Reszta uwijała się jak tylko mogła, aby urobić tego jak najwięcej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 39.51