E-book
23.63
drukowana A5
49.98
ŚnięTY

Bezpłatny fragment - ŚnięTY


Objętość:
103 str.
ISBN:
978-83-8455-514-9
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 49.98

Prolog: Droga cienia

„Zdrowy psychicznie człowiek to po prostu ktoś, kto lęka się spuścić ze smyczy wewnętrzne demony.” Michael R. Fletcher, „Bez odkupienia”

Słabe światło świtu wkradało się przez brudne okno, rzucając długie cienie na niewielki pokój, w którym Limak leżał niespokojnie na zużytym materacu. W jego głowie wirowały chaotyczne myśli i wspomnienia. Jak to się stało, że znalazł się tutaj, sam w tym odludnym miejscu, a jego niegdyś tętniące szczęściem życie stało się zaledwie cieniem dawnego? Limak przerzucił nogi przez krawędź łóżka, krzywiąc się, gdy jego stopy uderzyły o zimną, twardą podłogę. Gdy wstał, ogarnęły go zawroty głowy i oparł się o ścianę, a serce waliło mu jak oszalałe. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł — wszystko, co wiedział, to przytłaczające poczucie samotności i rosnąca desperacja, by uciec od ponurej rzeczywistości, która dla niego oznaczała egzystencję.

Zmuszając się do wzięcia głębokiego oddechu, Limak podszedł do małego stolika przy oknie. Stała na nim pęknięta szklanka z mętną wodą i czerstwy kawałek chleba — skromny prowiant, ale jedyne pożywienie, jakie miał. Podniósł chleb, odłamał mały kawałek i żuł powoli, delektując się każdym kęsem. Gdy jadł, jego wzrok przyciągnęły wysokie, szare budowle, które wznosiły się w oddali, przypominając o niegdyś tętniącym życiem mieście, które teraz wydawało się pustą skorupą.

Gdzie byli wszyscy? Co się stało, że to miejsce jest tak opuszczone i niszczeje? Limak nie mógł pozbyć się wrażenia, że jest obserwowany, że jakaś niewidzialna istota czai się w cieniu. Kiedy odwrócił się, by przeskanować pomieszczenie, nie zobaczył nic poza skąpym umeblowaniem i gasnącym światłem. Potrząsając głową, Limak próbował odsunąć na bok paranoję, która go prześladowała. Musiał skupić się na znalezieniu wyjścia z tego koszmaru, zanim całkowicie go pochłonie. Gdy słońce rzuciło na pokój niesamowitą, bursztynową poświatę, poczucie bycia obserwowanym powróciło, bardziej namacalne niż kiedykolwiek. Serce Limaka przyspieszyło i nie mógł przestać się zastanawiać, czy ma siłę stawić czoła temu, co go czeka. Droga naprzód była owiana niepewnością, ale Limak wiedział, że musi iść dalej, aby rozwikłać tajemnice, które doprowadziły go do tego samotnego czuwania. W cieniu opustoszałej egzystencji wyczuł nikły przebłysk czegoś więcej — szansę na odzyskanie życia, które kiedyś znał, a być może na odkrycie prawdy, która była przed nim ukrywana przez cały czas. Umysł Limaka pochłonął wir myśli i wspomnień, z których każde było bardziej chaotyczne i niepokojące od poprzedniego. Jakim cudem znalazł się w tym beznadziejnym miejscu, a jego niegdyś tętniące życiem życie stało się zaledwie cieniem dawnego? Gdy słabe światło wkradło się przez brudne okno, rzucając długie cienie na rzadki pokój, poruszył się niespokojnie na zużytym materacu, nie mogąc znaleźć spokoju ani ukojenia.

Sen, jeśli w ogóle można było nazwać snem ten ciąg urywanych obrazów i niepokojących wizji, nie przyniósł mu odpoczynku. Wręcz przeciwnie. Pozostawił po sobie ciężar, który teraz spoczywał na jego piersi niczym kamień. Limak otworzył oczy i przez chwilę leżał nieruchomo, wsłuchując się w ciszę. Z każdym dniem wydawała się ona coraz bardziej nienaturalna. Nie była już zwykłym brakiem dźwięku. Miała własny ciężar, własną obecność. Czasami odnosił wrażenie, że cisza obserwuje go równie uważnie jak on ją. Powoli uniósł się na łokciach i spojrzał w stronę okna. Za brudną szybą rozciągał się ten sam krajobraz, który widział każdego ranka. Betonowe bryły budynków tkwiły nieruchomo pod bladym niebem, a ich puste okna przypominały martwe oczodoły wpatrujące się w niego z oddali. Nie dostrzegał żadnego ruchu. Żadnego dymu unoszącego się z kominów. Żadnego światła. Niczego, co świadczyłoby o obecności drugiego człowieka. Świat wyglądał tak, jakby został nagle opuszczony przez wszystkich mieszkańców, a on jeden nie otrzymał wiadomości o końcu.

Próbował przypomnieć sobie moment, w którym wszystko się zmieniło, lecz jego pamięć przypominała roztrzaskaną szybę. Niektóre fragmenty pozostawały ostre i wyraźne, inne zaś rozpadały się pod dotykiem świadomości. Pamiętał śmiech. Pamiętał ciepło czyjejś dłoni. Pamiętał zapach mokrej ziemi po letnim deszczu. Nie potrafił jednak powiedzieć, kiedy miało to miejsce ani do kogo należały te wspomnienia. Im mocniej próbował je uchwycić, tym szybciej wymykały mu się z rąk. Wstał z materaca i podszedł do okna. Przez chwilę przyglądał się własnemu odbiciu. Twarz, która spoglądała na niego z szyby, wydawała się starsza, niż ją pamiętał. Podkrążone oczy, zapadnięte policzki i nieogolony zarost sprawiały, że wyglądał bardziej jak cień człowieka niż człowiek. Przesunął dłonią po twarzy i westchnął ciężko. Coraz częściej zastanawiał się, czy rzeczywiście jest tutaj sam. Nie dlatego, że słyszał głosy albo widział postacie czające się w mroku. Było coś znacznie gorszego. Od czasu do czasu odnosił wrażenie, że ktoś patrzy na niego jego własnymi oczami. Jakby gdzieś głęboko pod warstwami myśli istniała druga obecność, cierpliwa i milcząca, czekająca na odpowiedni moment.

Potrząsnął głową, próbując odpędzić od siebie tę myśl. Ostatnio podobne rozważania pojawiały się coraz częściej. Samotność potrafiła płatać człowiekowi okrutne figle. Tak przynajmniej próbował sobie tłumaczyć uczucie, które nie opuszczało go nawet na chwilę. Uczucie, że czegoś zapomniał. Nie drobnego szczegółu ani odległego wspomnienia. Czegoś ogromnego. Czegoś, co kiedyś stanowiło centrum jego życia. Czasami budził się z przekonaniem, że zna odpowiedź. Wydawało mu się wtedy, że wystarczy wyciągnąć rękę, a prawda znajdzie się na wyciągnięcie palców. Jednak po kilku sekundach wszystko znów rozpływało się we mgle. Jego uwagę przyciągnął nagły błysk za oknem. Zmrużył oczy i spojrzał w stronę jednego z odległych budynków. Przez krótką chwilę był niemal pewien, że w jednym z okien dostrzegł ruch. Serce przyspieszyło. Zbliżył twarz do szyby i wytężył wzrok. Nic. Okna pozostawały martwe i puste. A jednak mógłby przysiąc, że coś tam było. Ktoś tam był.

Nie wiedział jeszcze, że za kilka godzin po raz pierwszy od bardzo dawna opuści swój pokój. Nie wiedział również, że decyzja ta uruchomi ciąg wydarzeń, który zmusi go do zakwestionowania wszystkiego, co uważał za prawdę. Stał jedynie przy oknie, obserwując martwe miasto i próbując przekonać samego siebie, że w oddali nie patrzyły na niego czyjeś oczy. Jednak gdzieś głęboko w środku przeczuwał już, że dzień, który właśnie się rozpoczynał, będzie inny od wszystkich poprzednich. I po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuł coś więcej niż strach. Poczuł niepokój człowieka stojącego na progu odpowiedzi, której od dawna nie chciał poznać.

Miasto bez ludzi

„Najstraszniejszą rzeczą jest całkowita akceptacja samego siebie.” — Carl Gustav Jung, „Memories, Dreams, Reflections” (1962)

Poranek ciągnął się leniwie, jakby sam czas nie był pewien, czy powinien płynąć dalej. Limak jeszcze przez kilka minut stał przy oknie, obserwując nieruchome sylwetki budynków rozciągających się aż po granicę horyzontu. Nie dostrzegał żadnego ruchu. Żadnego dymu unoszącego się z kominów. Żadnej postaci przemykającej pomiędzy blokami. Miasto przypominało olbrzymi pomnik wystawiony na cześć czegoś, co dawno już umarło. Gdyby nie wiatr poruszający od czasu do czasu porzuconymi reklamami i fragmentami papieru zalegającymi na ulicach, można by odnieść wrażenie, że cały świat zatrzymał się w miejscu.

Przez długi czas przekonywał samego siebie, że nie ma sensu wychodzić. Przecież robił to już wcześniej. Kilka razy schodził na niższe piętra budynku. Kilka razy próbował znaleźć odpowiedzi. Za każdym razem wracał jednak z niczym, coraz bardziej zmęczony i coraz bardziej przekonany, że odpowiedzi nie istnieją. Tym razem było inaczej. Nie potrafił wyjaśnić dlaczego. Być może chodziło o tamto spojrzenie dostrzeżone w jednym z odległych okien. Być może o sen, którego nie pamiętał, lecz którego niepokój nadal odczuwał pod skórą. A może po prostu doszedł do punktu, w którym samotność stała się bardziej przerażająca od nieznanego.

Założył starą kurtkę wiszącą na oparciu krzesła. Materiał był sztywny od brudu i czasu. Chwilę później stanął przed drzwiami pokoju. Przez moment patrzył na klamkę, jakby widział ją po raz pierwszy. Zwykły kawałek metalu. A jednak od wielu miesięcy stanowił granicę jego świata. Po jednej stronie znajdowało się wszystko, co znał. Po drugiej wszystko, czego się obawiał.

Uśmiechnął się gorzko.

Jeszcze niedawno uważał się za człowieka rozsądnego.

Teraz bał się otworzyć drzwi.

Powoli nacisnął klamkę.

Stare zawiasy jęknęły przeciągle.

Dźwięk odbił się echem od ścian korytarza.

Limak wstrzymał oddech.

Nic.

Żadnej reakcji.

Żadnego ruchu.

Tylko cisza.

Wyszedł na korytarz.

Powietrze było chłodniejsze niż w pokoju. Pachniało kurzem, wilgocią i czymś jeszcze. Czymś trudnym do określenia. Zapachem opuszczenia. Kiedyś ludzie zostawiali tutaj buty pod drzwiami. Dzieci biegały po schodach. Sąsiedzi rozmawiali przez uchylone wejścia do mieszkań. Teraz korytarz przypominał tunel prowadzący przez wnętrze martwego organizmu.

Powoli ruszył w stronę schodów.

Każdy krok wydawał się nienaturalnie głośny.

Piętro niżej minął mieszkanie z wyrwanymi drzwiami. Nie pamiętał, żeby wcześniej tam zaglądał. Zawahał się, po czym wszedł do środka. W mieszkaniu panował półmrok. Na podłodze leżały rozbite talerze. W salonie stała kanapa pokryta grubą warstwą kurzu. Na ścianie wisiał rodzinny portret przedstawiający kobietę, mężczyznę i małą dziewczynkę o jasnych włosach. Wszyscy uśmiechali się do obiektywu tak, jakby przyszłość miała przynieść im wyłącznie dobre rzeczy.

Limak długo patrzył na zdjęcie.

Nie znał tych ludzi.

A mimo to poczuł ukłucie smutku.

Ostrożnie odwrócił fotografię.

Na odwrocie widniała data.

Nie mógł sobie przypomnieć, który obecnie jest rok.

Ta myśl przestraszyła go bardziej niż chciał przyznać.

Odłożył zdjęcie i opuścił mieszkanie.

Schodząc kolejne piętra, coraz wyraźniej czuł narastające napięcie. Nie wynikało ono z obecności zagrożenia. Wręcz przeciwnie. Wynikało z jego całkowitego braku. Budynek był zbyt pusty. Zbyt cichy. Zbyt martwy. Człowiek został stworzony do życia wśród innych ludzi. Nawet najgorszy wróg dawał poczucie, że świat nadal funkcjonuje. Tutaj nie było nikogo.

Gdy w końcu dotarł do drzwi wejściowych, zatrzymał się.

Po drugiej stronie znajdowało się miasto.

Prawdziwe.

Ogromne.

Nieznane.

Poczuł nagle dziwne ukłucie w żołądku.

Przypomniał sobie własne dzieciństwo. Dzień, w którym po raz pierwszy samodzielnie opuścił rodzinny dom i ruszył w stronę szkoły. Wtedy również się bał. Jednak tamten strach miał w sobie coś ekscytującego.

Ten był inny.

Ten przypominał ostrzeżenie.

Przez krótką chwilę rozważał powrót do pokoju.

Mógł zamknąć drzwi.

Położyć się na materacu.

Udawać, że nic się nie wydarzyło.

Udawać, że nie dostrzegł spojrzenia w odległym oknie.

Udawać, że nie czuje, jak coś powoli budzi się pod powierzchnią jego wspomnień.

Wiedział jednak, że byłoby już za późno.

Położył dłoń na klamce prowadzącej na zewnątrz.

I nacisnął ją.


Drzwi otworzyły się z oporem, jakby przez długi czas nikt ich nie używał. Zawiasy zapiszczały przeciągle, a chłodne powietrze natychmiast uderzyło Limaka w twarz. Przez chwilę stał nieruchomo na progu, mrużąc oczy przed bladym światłem poranka. Miał wrażenie, że opuszcza nie tylko budynek, ale również bezpieczne granice własnego szaleństwa. Dopóki pozostawał zamknięty w swoim pokoju, świat był mały i zrozumiały. Ograniczał się do kilku ścian, okna i nieustannego oczekiwania. Teraz wszystko miało się zmienić.

Powoli zszedł po kilku betonowych stopniach prowadzących na chodnik. Pod podeszwami zaskrzypiał piasek zmieszany z odłamkami szkła. Rozejrzał się wokół. Ulica ciągnęła się w obu kierunkach, pusta i nieruchoma. Samochody stały tam, gdzie pozostawili je właściciele. Niektóre miały otwarte drzwi. Inne rozbite szyby. Jeden z nich zatrzymał się niemal na środku skrzyżowania, jakby kierowca wysiadł z niego nagle i nigdy już nie wrócił. W oddali wiatr przesuwał po asfalcie gazetę, która od czasu do czasu podrywała się na kilka centymetrów, by po chwili opaść z powrotem na ziemię.

Limak ruszył przed siebie. Każdy krok budził w nim coraz większe poczucie nierealności. Przez wiele miesięcy obserwował miasto z góry, lecz dopiero teraz dostrzegał szczegóły. Reklamy zwisające z budynków były wyblakłe od deszczu i słońca. W witrynach sklepów zalegał kurz. Na balkonach wisiały ubrania, które dawno powinny zostać zdjęte przez właścicieli. W jednym miejscu zauważył dziecięcą hulajnogę przewróconą na bok. Stała tam tak długo, że wokół jej kół wyrosły kępy chwastów.

Nie rozumiał tego.

Gdyby wydarzyła się katastrofa, powinny pozostać ślady paniki. Zniszczenia. Chaos. Tymczasem wszystko wyglądało tak, jakby ludzie po prostu wyszli i już nie wrócili.

Minął przystanek autobusowy. Na ławce leżała torba podróżna. Podszedł bliżej i ostrożnie ją otworzył. W środku znajdowały się ubrania, butelka wody i niewielki notes. Przez chwilę przeglądał jego strony, ale większość zapisów była nieczytelna. Atrament rozmazał się pod wpływem wilgoci. Jedynie na jednej kartce zachowało się kilka słów.

„Jeśli wrócę przed zmrokiem…”

Na tym zdanie się urywało.

Limak przez chwilę wpatrywał się w zapisane słowa. Czuł dziwne ukłucie niepokoju. Nie dlatego, że były tajemnicze. Bardziej dlatego, że ktoś je napisał. Ktoś siedział tutaj, trzymał ten sam notes i miał jakieś plany na wieczór. Istniał. A potem zniknął.

Zamknął notes i odłożył go na miejsce.

Im dalej szedł, tym bardziej miasto przypominało ogromne muzeum poświęcone nieobecnym ludziom. Każdy przedmiot wydawał się opowiadać urwaną historię. Każda ulica prowadziła do pytań, na które nie było odpowiedzi.

W pewnym momencie zatrzymał się przed sklepem spożywczym. Automatyczne drzwi były otwarte na oścież. Wewnątrz panował półmrok. Wszedł ostrożnie między regały. Większość produktów dawno nadawała się do wyrzucenia, ale nie to przykuło jego uwagę. Na jednym z koszyków leżała świeża kromka chleba.

Świeża.

Nie pokrywała jej pleśń.

Nie była twarda.

Wyglądała tak, jakby ktoś zostawił ją tutaj kilka godzin wcześniej.

Serce Limaka przyspieszyło.

Podniósł kromkę i przyjrzał się jej dokładnie.

To było niemożliwe.

Od wielu miesięcy nie widział żadnego człowieka.

A jednak ten kawałek chleba nie powinien tutaj leżeć.

Powoli odłożył go z powrotem.

Nagle usłyszał dźwięk.

Cichy.

Krótki.

Jak odgłos kroków.

Natychmiast odwrócił się w stronę wejścia.

Nikogo.

Przez kilka sekund trwał bez ruchu, nasłuchując.

Sklep znów pogrążył się w ciszy.

Mimo to Limak nie potrafił pozbyć się wrażenia, że nie jest sam.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł coś, czego wcześniej mu brakowało.

Nadzieję.

Bo jeśli gdzieś w tym martwym mieście znajdował się jeszcze drugi człowiek, oznaczało to, że nie zwariował.

Ale niemal natychmiast pojawiła się druga myśl.

Znacznie gorsza.

A jeśli to nie był człowiek?


Limak przez kilka chwil stał nieruchomo pośrodku sklepu, wsłuchując się w ciszę, która ponownie wypełniła pomieszczenie. Czuł, jak napięcie powoli zaciska się wokół jego karku niczym niewidzialna pętla. Każdy oddech wydawał się głośniejszy od poprzedniego. Każde uderzenie serca odbijało się echem w jego głowie. Próbował przekonać samego siebie, że usłyszany dźwięk był jedynie skutkiem zmęczenia. Może coś spadło. Może wiatr poruszył drzwiami. Może jego własny umysł zaczął płatać mu kolejne figle. Jednak gdzieś głęboko w środku wiedział, że nie był to przypadek.

Powoli ruszył w stronę wejścia. Każdy regał rzucał długie cienie na podłogę. Pomiędzy nimi panował półmrok, który utrudniał dostrzeżenie szczegółów. Przez krótką chwilę wydawało mu się nawet, że za jednym z końców alejek dostrzegł ruch. Zatrzymał się natychmiast. Serce niemal wyskoczyło mu z piersi. Patrzył w tamtym kierunku przez kilka sekund, lecz nic więcej się nie wydarzyło. Gdyby nie świeży chleb znaleziony przed chwilą, uznałby zapewne, że wyobraźnia zaczyna wymykać mu się spod kontroli.

Wyszedł na ulicę i odetchnął głęboko. Powietrze było chłodne i wilgotne. Nad miastem wisiały ciężkie chmury, przez które przedzierały się blade promienie słońca. Świat wyglądał tak, jakby ktoś pozbawił go wszystkich kolorów. Pozostały jedynie odcienie szarości i brązu. Nawet niebo wydawało się zmęczone.

Ruszył dalej. Nie miał konkretnego celu. Po prostu szedł. Im bardziej oddalał się od swojego budynku, tym mocniej docierało do niego, jak ogromne jest miasto. Przez wiele miesięcy zamknął je w ramach widoku z okna. Teraz odkrywał jego prawdziwe rozmiary. Kolejne ulice rozchodziły się na wszystkie strony niczym żyły martwego organizmu. Każda mogła prowadzić do odpowiedzi. Każda mogła prowadzić donikąd.

Po kilkunastu minutach marszu dotarł do niewielkiego placu. Pośrodku znajdowała się wyschnięta fontanna. Woda zniknęła z niej dawno temu, pozostawiając jedynie pęknięte dno pokryte liśćmi i kurzem. Wokół ustawiono ławki. Na jednej z nich siedział człowiek.

Limak zamarł.

Przez chwilę był pewien, że serce przestało mu bić.

Na ławce rzeczywiście ktoś siedział.

Sylwetka pochylona lekko do przodu, nieruchoma, jakby zamyślona.

Limak zrobił krok.

Potem drugi.

Nie odrywał wzroku od postaci.

Nogi zaczęły mu drżeć.

Wszystko w nim krzyczało, by zawrócić.

Jednocześnie jakaś inna część jego umysłu desperacko pragnęła kontaktu z drugim człowiekiem.

Przyspieszył.

Kilka metrów.

Jeszcze kilka.

W końcu dotarł do ławki.

I wtedy zobaczył prawdę.

To nie był człowiek.

To był manekin sklepowy.

Siedział oparty o oparcie ławki, ubrany w wyblakły płaszcz i starą czapkę. Z daleka wyglądał niemal jak żywy.

Limak poczuł falę rozczarowania tak silną, że przez moment musiał oprzeć się o ławkę.

Zaśmiał się cicho.

Sucho.

Nerwowo.

Potem śmiech ucichł równie szybko, jak się pojawił.

Bo dopiero teraz zauważył coś jeszcze.

Na kolanach manekina leżała kartka papieru.

Pożółkła.

Złożona na pół.

Drżącymi palcami podniósł ją i rozłożył.

Znajdowało się na niej tylko jedno zdanie.

Napisane odręcznie.

Starannym, spokojnym pismem.

„Jeżeli to czytasz, znaczy, że wreszcie wyszedłeś.”

Limak poczuł, jak zimno przebiega mu po plecach.

Powoli rozejrzał się wokół.

Plac pozostawał pusty.

Ulice były puste.

Okna budynków były puste.

A jednak po raz pierwszy od bardzo dawna był absolutnie pewien, że ktoś wiedział o jego istnieniu.

I że ten ktoś czekał na niego znacznie dłużej, niż był gotów przyznać.


Przez dłuższą chwilę nie potrafił oderwać wzroku od kartki. Słowa były proste. Nie zawierały groźby, ostrzeżenia ani wyjaśnienia. A jednak wywołały w nim niepokój większy niż wszystko, czego doświadczył od chwili opuszczenia pokoju. „Jeżeli to czytasz, znaczy, że wreszcie wyszedłeś.” Nie „jeżeli ktoś to czyta”. Nie „jeżeli znalazłeś tę wiadomość”. Autor zdania zwracał się bezpośrednio do niego. Jakby wiedział, że to właśnie Limak pewnego dnia usiądzie przy tej ławce. Jakby znał jego decyzję jeszcze zanim sam ją podjął.

Odwrócił kartkę.

Druga strona była pusta.

Przyjrzał się jej pod światło.

Nic.

Żadnych podpisów.

Żadnych wskazówek.

Jedynie to jedno zdanie.

Złożył papier i schował do kieszeni kurtki. Dopiero wtedy zauważył, że jego dłonie lekko drżą. Rozejrzał się jeszcze raz po placu. Wysokie budynki otaczały go ze wszystkich stron. Dziesiątki okien spoglądały na niego niczym martwe oczy. Nagle ogarnęło go irracjonalne pragnienie, by jak najszybciej opuścić to miejsce. Miał wrażenie, że stał się częścią czegoś, czego jeszcze nie rozumiał.

Ruszył przed siebie szybszym krokiem.

Plac pozostał za nim.

Kolejne ulice wyglądały niemal identycznie.

Opuszczone sklepy.

Puste samochody.

Milczące budynki.

Jednak teraz dostrzegał coś jeszcze.

Ślady.

Nie takie, jakich się spodziewał.

Nie były to świeże odciski butów ani ślady opon.

Były subtelniejsze.

W jednym z mieszkań zauważył odsuniętą firankę. W innym uchylone okno. Kilka ulic dalej na balkonie kołysało się krzesło ogrodowe, choć wiatr praktycznie ustał. Wszystkie te rzeczy osobno nie znaczyły nic. Razem tworzyły jednak niepokojący obraz.

Jakby ktoś przechodził tędy niedawno.

Jakby miasto wcale nie było tak martwe, jak próbował sobie wmówić.

Po około godzinie marszu dotarł do głównej alei. Kiedyś musiała być jedną z najważniejszych ulic miasta. Szeroka jezdnia przecinała centrum niczym betonowa rzeka. Po obu stronach ciągnęły się sklepy, restauracje i biurowce. Teraz wszystko tonęło w ciszy. Limak zatrzymał się na środku ulicy i spojrzał w dal.

Wtedy zauważył coś, czego wcześniej nie było.

Na asfalcie, kilkadziesiąt metrów przed nim, leżał plecak.

Zwykły, czarny plecak.

Zmarszczył brwi.

Był pewien, że chwilę wcześniej go tam nie było.

Przyspieszył kroku.

Im bardziej się zbliżał, tym większy niepokój odczuwał. Plecak wyglądał na nowy. Nie był pokryty kurzem. Materiał nie wyblakł od słońca. Wyglądał tak, jakby ktoś odłożył go tam zaledwie kilka minut wcześniej.

Limak przykucnął i ostrożnie rozpiął zamek.

W środku znajdowała się butelka wody.

Latarka.

Kilka konserw.

I niewielki notes.

Serce zaczęło bić szybciej.

Powoli otworzył pierwszą stronę.

Większość kartek była pusta.

Dopiero na samym końcu znajdował się zapis.

Tylko kilka linijek.

Pismo było znajome.

Nie potrafił powiedzieć skąd.

Przesunął wzrokiem po słowach.

„Jeżeli znalazłeś ten plecak, oznacza to, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Nie próbuj wracać. Nie ufaj wspomnieniom. Szczególnie tym związanym z nią.”

Limak poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.

Z nią.

Kim była ona?

Dlaczego ktoś zakładał, że przeczyta te słowa?

I dlaczego nagle miał wrażenie, że odpowiedź znajduje się gdzieś bardzo blisko, tuż za granicą jego pamięci?

W tej samej chwili usłyszał odgłos tłuczonego szkła.

Gdzieś niedaleko.

Po swojej lewej stronie.

Tym razem był pewien.

To nie była wyobraźnia.

W martwym mieście właśnie coś się poruszyło.


Limak odruchowo schował notes do plecaka i wyprostował się. Dźwięk był wyraźny. Nie przypominał odgłosu osuwającego się gruzu ani przypadkowego podmuchu wiatru. Ktoś albo coś rozbiło szybę. Echo odbiło się pomiędzy budynkami i niemal natychmiast zgasło, pozostawiając po sobie jeszcze głębszą ciszę niż wcześniej.

Przez kilka sekund stał nieruchomo, próbując określić kierunek, z którego dobiegł hałas. W końcu ruszył w lewo, między dwa wysokie biurowce. Wąska ulica była pogrążona w cieniu. Im dalej szedł, tym mniej światła docierało pomiędzy ściany budynków. Powietrze stawało się chłodniejsze, a wilgoć osiadała na popękanym asfalcie. Limak nie był już pewien, czy kieruje nim ciekawość, czy coś znacznie bardziej pierwotnego. Przez ostatnie miesiące marzył o odnalezieniu drugiego człowieka. Teraz, gdy pojawiła się możliwość, że nie jest sam, coraz bardziej żałował, że opuścił swój pokój.

Kilkaset metrów dalej zauważył sklep jubilerski. Jedna z witryn była rozbita. Odłamki szkła błyszczały na chodniku niczym rozsypany lód. Zbliżył się ostrożnie. Rozbita szyba wyglądała świeżo. Na niektórych kawałkach nie zdążył jeszcze osiąść kurz. Ktoś musiał zrobić to niedawno.

Limak zajrzał do środka.

Wnętrze sklepu było niemal puste. Gabloty pozostawały otwarte. Niektóre przewrócono na podłogę. Jednak jego uwagę przyciągnęło coś innego. Na jednej z szyb zachował się ślad dłoni.

Nieduży.

Smukły.

Jakby należał do kobiety.

Poczuł nieprzyjemne ukłucie w skroniach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 49.98