E-book
13.65
drukowana A5
45.92
Smocza Krew — Dziedzictwo ognia

Bezpłatny fragment - Smocza Krew — Dziedzictwo ognia


Objętość:
322 str.
ISBN:
978-83-8221-140-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 45.92

O autorce


Magdalena Marków, urodzona 01.02.1986 r., w Szczecinie. Od dziecka uwielbia czytać książki, co zaważyło na decyzji o napisaniu własnej. Pasjonatka broni białej oraz kultury japońskich samurajów. W wolnych chwilach chętnie oddaje się swojemu hobby, którym jest rysowanie.

Od 2010 r. szczęśliwa mężatka i mama. Miłośniczka psów i koni.

W 2016 r., nakładem wydawnictwa „Pearlic” ukazała się jej pierwsza powieść — „Smocza Krew — Wybraniec”, która zapoczątkowała serię.

Obecnie wydaje samodzielnie korzystając z platformy wydawniczej „Ridero”. W ten sposób na rynek wydawniczy trafiła kolejna część serii pt: „Smocza Krew” zatytułowana: „Nowy Sprzymierzeniec” (2018r.).

Dla mojej córeczki

ROZDZIAŁ 1

Ciemnogranatowe niebo rozświetlił jasny zygzak błyskawicy. Gdzieś w oddali gruchnął grzmot. To nie wydawał się najlepszy moment na wymykanie się z obozu, ale Drasan już podjął decyzję. Musiał zniknąć ktokolwiek się zorientuje, co zamierza zrobić. Nie uśmiechała mu się ani jazda, ani tym bardziej lot w strugach deszczu. Niestety, nie miał wyboru. Kiedy burza ustanie, straci jedyną szansę na to, by odejść niepostrzeżenie.

Pomimo gęstniejących ciemności bez trudu odszukał swego konia. Przywołał go cichym gwizdem. Ogier przykłusował ku niemu i stanął w pozycji gotów, żeby go dosiąść. Zdawał się też odgadywać myśli swego pana, bo nawet nie drgnął, gdy ten zakładał mu uprząż i ciężkie kawaleryjskie siodło.

— To nasza ostatnia wspólna jazda stary druhu — wyszeptał mężczyzna gładząc konia po smukłej szyi.

Ernil cicho zaparskał i otarł się pyskiem o jego ramię. Drasan chwycił za wodzę i poprowadził wierzchowca pomiędzy drzewa.

Kolejny grzmot wstrząsnął ziemią. Burza znajdowała się już blisko, na grunt nie spadła jeszcze ani jedna kropla deszczu. Drasan przełożył wodzę przez głowę zwierzęcia i już miał się wspiąć na siodło, gdy kolejny błysk ukazał jego oczom beztrosko opartą o jedno z drzew postać.

Velwel uśmiechnął się i ruszył w stronę na poły zaskoczonego, na poły rozbawionego księcia.

— Mogę wiedzieć, dlaczego wymykasz się z obozu i to w tak okropną pogodę? — zapytał brawurowo udając beztroskę.

— Nie — odrzekł Drasan wkładając jedną nogę w strzemię.

Starał się jak mógł nie okazywać irytacji. Wiedział, że ktoś z pewnością zastąpi mu drogę, ale miał cichą nadzieję, że będzie to Alt’ar lub Gaenor. Z nimi mógł obejść się chłodno, zaś Velwela traktował jak brata.

— Jeśli przysłali cię tu tylko po to abyś mnie powstrzymał, to daruj sobie — rzekł starając się, ton głosu nie zdradzał targających nim emocji.

Młodzieniec chwycił za wodze karego ogiera i spojrzał na przyjaciela tak, jak nigdy wcześniej.

— Tak jej nie pomożesz — stwierdził spokojnie. — Jeśli ty się poddasz, nie będzie już nadziei ani dla niej, ani dla nikogo z nas. Czasem trzeba zagłuszyć głos serca Drasanie i pozwolić, przemówić rozsądekowi…

— Rozsądek? — prychnął pół-smok wyrywając mu wodzę i dosiadając konia. — Najlepszym, co teraz mogę dla was zrobić, to dać im to czego chcą.

Velwel zastąpił mu drogę.

— Jesteś pewien, że to jedyne czego chcą?! — zapytał już nieco ostrzejszym tonem.

Drasan trącił ogiera piętą w bok z zamiarem wyminięcia go, jego uwagę przyciągnęła para rubinowych oczu za plecami młodzieńca.

— Przyprowadziłeś go tu — wysyczał przez zaciśnięte zęby, gdy spomiędzy krzaków jeżyn wynurzył się kolejno łeb, a następnie tulów olbrzymiego wilkołaka.

Alt’ar wspiął się na tylne łapy, a z jego gardła wydobył się głuchy warkot. Para błyszczących rubinowo oczu niebezpiecznie się zwęziła.

Drasan zeskoczył z konia, po jego ciele z wolna zaczęły pełzać płomienie, oczy z ludzkich zmieniły się w gadzie.

— Jeśli chcesz rzucić mi wyzwanie, Książę Wilkołaków, to musisz bardziej się postarać — rzucił z krzywym uśmiechem.

Wilkołak obnażył kły, a głuchy pomruk, dobywający się z jego gardła przemienił się w donośny warkot. W odpowiedzi na to w dłoni pół-smoka zaczęła się formować niewielka kula ognia. I wtedy pomiędzy nich wkroczył Velwel.

— Jeśli już musisz szukać winnego, to jestem nim wyłącznie ja — powiedział osłaniając wilkołaka własnym ciałem. — To ja sprowadziłem tu Alt’ara. Pomyślałem, że tylko on może ci przemówić do rozsądku — dodał postępując o krok naprzód i stając tak blisko pół-smoka, iż bijący od niego żar nieprzyjemnie parzył mu skórę. — Jeżeli już musisz kogoś zabić, niech to będę ja.

Drasan cofnął się nie spuszczając z niego wzroku, tymczasem młody zabójca ciągnął dalej:

— To już nie jest wyłącznie twoja walka. Wszyscy w tym siedzimy. Nie ma już znaczenia, co postanowisz, bo i tak mamy przed sobą jedną alternatywę — śmierć. Jesteś naszym przywódcą, zamiast robić z siebie męczennika pomyśl, jak pokonać Dhalię i Bal’zara. Jeśli tego nie zrobisz Aurelia i tak umrze, bo dla czarownicy jej życie jest bez znaczenia, podobnie jak nasze. Poddając się postąpisz jak tchórz, pozwolisz jej wygrać walkowerem. Czy tego właśnie uczyli cię mistrz Ashkan i Gaenor? Zastanów się, pomyśl, ile szkód wyrządzisz myśląc wyłącznie o sobie.

Alt’ar przestał warczeć, opadł na cztery łapy i zaczął się wyczekująco wpatrywać w Drasana. jego również ciekawiło co na to odpowie.

Pół-smok westchnął ciężko. Velwel miał rację. Poddając się postąpi jak egoista, ale nie miał wyjścia. Jeśli tego nie zrobi, zgotuje żonie los gorszy od śmierci. Nawet nie chciał zastanawiać się nad tym, co jej zrobi Dhalia tylko po to, żeby zadać mu ból. Nie potrafił sobie wyobrazić, co się stamie, gdy ją straci. Musiał zrobić, co w jego mocy aby ją ocalić, nawet kosztem tego, o co przysięgał walczyć.

— Już zdecydowałem — rzekł, ponownie podchodząc do swego konia. Wspiął się na siodło odwrócił się, i spojrzał na obu zabójców. Obnażone zęby Alt’ara nie pozostawiały wątpliwości co do jego zdania na ten temat. O wiele gorsza od reakcji przywódcy gildii okazała się mina Velwela — świadczyła o tym, że młody zabójca jest głęboko zawiedziony.

Drasan dosiadł konia unikając jego wzroku i już miał zamiar odjechać, ale się zawahał. Wiele razy analizował swój plan tak, by nie pozostawić w nim najmniejszej luki. Nie mógł mieć całkowitej pewności, że wszystko pójdzie gładko. Jeśli Bal’zar nie zgodzi się na wymianę, pozostanie tylko skorzystać z tego, co ukrył w bucie. Niestety, tu również musiał zdać się na uśmiech losu, bowiem wszystko zależało od kaprysu Bal’zara. Wiedział jedno — nie pozwoli się zmienić w bezwolną machinę do siania zniszczenia.

Z tą myślą wbił pięty w boki Ernila i ruszył naprzód. Kiedy mijał dwóch towarzyszy broni zdążył pochwycić pełne niedowierzania spojrzenie Velwela. Starając się zagłuszyć wyrzuty sumienia pospieszył wierzchowca i pogalopował przez deszcz szybko znikając im z oczu.


* * *

Mara otwarła szeroko oczy i usiadła na swoim posłaniu. Jako królowej przydzielono jej osobny namiot, i ten — jak wszystkie pozostałe — wykonano z surowego płótna. Po cichu, byle nie obudzić śpiącej obok służącej wstała i na cienką nocną koszulę zarzuciła lekki płaszcz. Odsunęła zasłaniające wejście płótno i spojrzała na noszący ślady niedawnej nawałnicy obóz. Burza pozostawiła po sobie wielkie kałuże i kilka przewróconych namiotów.

Królowa wycofała się do wnętrza, usiadła na posłaniu. Sięgnęła po buty i wciągnęła je na bose stopy. Już po paru krokach musiała stwierdzić, że wychodzenie w takim stroju okazało się kiepskim pomysłem. Pomimo narzuconego na ramiona płaszcza, jej ciało w mgnieniu oka pokryła gęsia skórka. Mimo to brnęła dalej. To, co ją obudziło nie wyglądało na zwykły sen, czuła, że wydarzyło się coś złego.

Odnalezienie namiotu zwykle zajmowanego przez Drasana zajęło jej więcej czasu, niż się spodziewała, nim tam dotarła przemarzła do szpiku kości. Przez dziurę w dachu sączyła się wąska stróżka dymu, ale z wewnątrz nie dobiegał najlżejszy dźwięk. Mara przystanęła o krok od wejścia, jej ciałem wstrząsnął nagły dreszcz. Prawie się nie wzdrygnęła, gdy w jej nozdrza uderzył zapach mokrej psiej sierści. Wilkołak wyłonił się z mgły tak nagle, że nie zdążyła nawet wziąć oddechu do krzyku. Krocząc na tylnych łapach bestia minęła ją, nie wydawszy żadnego dźwięku i zniknęła gdzieś pomiędzy namiotami. Podobnie jak większość ludzi i ona nie mogła się przyzwyczaić do obecności kudłatych sprzymierzeńców. Za każdym razem, gdy któryś znalazł się w pobliżu paraliżował ją lęk.

Odczekała kilka uderzeń serca, upewniła się, że wilkołak odszedł odgarnęła płócienną zasłonę i zajrzała do wnętrza namiotu. Jak się spodziewała wewnątrz nie zastała nikogo. Cofnęła się pospiesznie, omal nie zderzając się z kimś, kto stał tuż za jej plecami. Obejrzała się za siebie i z ulgą wypuściła powietrze. Miała przed sobą Velwela. Coś w jego postawie sprawiło, że poczuła lęk, sprawdziły się jej najgorsze obawy:

— Odszedł… — wyszeptała patrząc w oczy młodzieńca.

Pokiwał głową, nadal zbyt wstrząśnięty, żeby wydusić z siebie jedno słowo.

Mara poczuła, że robi się jej słabo, musiała się przytrzymać ramienia Velwela, nie upaść. Do tej pory ufała w to, że Drasan wie, co robi. Nie to, że wierzyła ślepo w jego idee. Mimo to tak długo, jak znajdował się pośród nich ludzie mieli nadzieję. Jego odejście podburzy morale Wyzwoleńców. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, iż stanowił dla nich symbol. Symbol nadziei.

— Wymknął się w nocy… — powiedziała bardziej do siebie, niż do niego. — …wiedział, że będziemy chcieli go powstrzymać…

— To nie tak… — wychrypiał nagle Velwel odwracając wzrok tak, by nie patrzeć królowej w oczy. — …ja mogłem go powstrzymać. Poszedłem za nim w nadziei, że zdołam odwołać się do jego rozsądku… — Westchnął ciężko — Od kilku dni zdawał się jakiś nieswój. Sprawiał wrażenie nieobecnego duchem. Zupełnie jakby coś planował. Poszedłem do Alt’ara i zameldowałem mu o swoich spostrzeżeniach, a on kazał mi go śledzić. Najwyraźniej się spodziewał, że Drasan cały czas główkuje, jak wyciągnąć Neilę z Washmorth. Ale on planował coś innego… — podrapał się po łysinie i uśmiechnął z wyraźnym przymusem. — …idąc za nim tej nocy nie mogłem nie zauważyć, iż nie zabrał żadnej broni. Ci którzy go znają wiedzą, że on nigdy nie rozstaje się z mieczem. Ma go przy sobie nawet wtedy, kiedy śpi.

— Do czego zmierzasz? — zapytała Mara nie dbając o to, że głos jej drży.

— Mam wrażenie, że on nie jedzie tam, żeby ją odbić — rzekł głosem wypranym z wszelkich emocji. — Zaproponuje wymianę. Jeśli Bal’zar na to przystanie, w co wątpię, to Aurelia odzyska wolność, zaś Drasan…

Nie dokończył, nie musiał. Mara aż nadto dobrze wiedziała, co miał na myśli. Kiedy uprowadzono jego żonę, Drasan zmienił się nie do poznania. Niemal przestał się odzywać, snuł się po obozie zwykle pogrążony we własnych myślach. Decyzja, którą podjął „dla dobra ogółu”, zatruwała jego serce niczym jad. Nie potrafił sobie wybaczyć tego, że pozostawił swoją ukochaną w rękach wrogów. W dodatku zarówno Alt’ar, jak i Gaenor nie spuszczali z niego wzroku, zapewne się spodziewali, że zrobi coś nieprawdopodobnie głupiego. No i okazało się, iż mieli po temu podstawy, bowiem książę postanowił oddać się w ręce Dhalii.

— A co na to Alt’ar? — zapytała, starając się zachowywać panowanie nad głosem.

Velwel spojrzał na nią ze smutnym uśmiechem.

— A jak myślisz? — odpowiedział pytaniem na pytanie. — Jest wściekły. To cud, że nie rzucił się Drasanowi do gardła.

Mara tylko pokiwała głową. Wszyscy znali stosunek przywódcy Gildii do Drasana. Trudno nie zauważyć, iż nie darzą się szczególną sympatią. Wszystkim odpowiadało to, że okazują sobie chłodny szacunek.

— Jeszcze nie jest za późno — powiedziała, prostując się, nagle coś sobie uświadomiła. — Jeśli ruszył konno zdołam go jeszcze dopędzić — dodała.

— Ale Wasza Wysokość… — wychrypiał Velwel otwierając szeroko oczy.

— Bez tytułów, jeśli ja nie zdołam go odwieść od tego szaleństwa to już nikt, rozumiesz?

Velwel pokiwał głową zbyt wstrząśnięty zmianą, jaka zaszła w tej z pozoru kruchej kobiecie.

Minąwszy go Mara powróciła do swego namiotu. Służąca nadal spała, a założenie sukni trwałoby zbyt dużo czasu, królowa bez zastanowienia chwyciła za prostą tunikę i wciągnęła ją na nocną koszulę. Poszukiwanie odpowiednich spodni zajęło jej kilka chwil, w końcu znalazła to, czego szukała — proste płócienne nogawice, takie jakie zwykli nosić żołnierze i długie do kolan buty z grubej skóry. Ubrawszy ten, nie rzucający się w oczy strój, związała włosy na karku i wyszła.

W obozie dopiero zaczynało się budzić życie. Kilku żołdaków pochylało się nad niewielkim ogniskiem ogrzewając zdrętwiałe z zimna ręce, dopiero skończyli swoją wartę. Mara nie miała czasu na szukanie kogoś, kto osiodła i przyprowadzi jej wierzchowca. Minąwszy ognisko skręciła w stronę drzew, gdzie sklecono prowizoryczny padok dla koni. Bez trudu odszukała swoją białą klacz i zagwizdała cicho. Luna uniosła łeb i zastrzygła uszami. Nawet tu, w zielonym półmroku, zachwycała niezwykłą urodą. Klacz podbiegła ku niej lekkim truchtem i po przyjacielsku trąciła pyskiem. Królowa chwyciła pierwsze z brzegu siodło — okazało się ciężkie, z pewnością należało do jakiegoś antuańskiego kawalerzysty. Osiodławszy konia, chwyciła za uzdę i pociągnęła ku drzewom nieświadoma tego, że wybiera tę samą ścieżkę którą odjechał Drasan. Prowadziła nieco na lewo od obozu, tam gdzie przed wzrokiem ciekawskich ukrywały ją gęsto obsypane listowiem buki. Wspięła się na siodło, Luna nie czekając na zachętę ruszyła naprzód kłusem. Wyjechawszy na otwartą przestrzeń Mara popędziła klacz.

Chłodne i przesycone wilgocią powietrze szybko uświadomiło jej brak płaszcza. Tak się spieszyła, że zapomniała go na siebie włożyć.

Spomiędzy zwału ciemnoszarych chmur nie przebijał się nawet jeden promień słońca. Dojechawszy do granicy Shardon, dziewczyna zwolniła. W tym miejscu nurt rzeka zdawała się wyjątkowo rwąca i przeprawa okazała się niebezpieczna, jeśli nie posiadało się skrzydeł. Wiedząc, że Drasan pokonał ja konno nie wahała się. Oczywiście, mogła pojechać wzdłuż brzegu i znaleźć bezpieczniejsze miejsce, ale zajęłoby to zbyt dużo czasu. Rada nie rada, trąciła piętami boki klaczy i wjechała w spieniony nurt. Prędko pożałowała decyzji, ledwie woda sięgnęła ponad brzuch zwierzęcia, prąd zaczął je znosić w dół rzeki.

Marze nie pozostało nic poza rozpaczliwym młóceniem wody rękami i nogami. Ostatnim wysiłkiem udało się jej uchwycić jedną ze zwisających tuż nad wodą gałęzi. Złapała się jej kurczowo, nadal walcząc z wartkim nurtem. Usłyszała przeraźliwy kwik, a chwilę później zobaczyła znikający pod wodą koński łeb. Dzielna klacz nie mogła się równać z siłą żywiołu.

Chwilę później ktoś złapał ją za poły przemoczonej tuniki i wyciągnął na brzeg. Ostatnim, co zapamiętała, nim straciła przytomność okazała się para oliwkowozielonych oczu.


Zbudziło ją ciepło ogniska oraz zapach pieczonej strawy. Otwarła oczy i spojrzała na siedzącego po drugiej stronie ognia wybawiciela, który jak gdyby nigdy nic ostrzył długie tyczki i nawlekał na nie kawałki mięsa.

Okazał się nim Drasan. Wiedziała to pomimo tego, iż rysy jego twarzy skrywał cień kaptura. Dla pewności rzuciła okiem pomiędzy porastające brzeg rzeki drzewa i odetchnęła z ulgą, gdy dostrzegła uwiązanego tam karego ogiera.

Mara już otwarała usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko je zamknęła, Sheardończyk nie wyglądał na szczególnie skorego do rozmowy. Zamiast tego usiadła bliżej ognia i wyciągnęła nogi w jego stronę. Po jej ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Dłuższą chwilę bezwiednie wpatrywała się w pełzające po gałęziach płomienie, zastanawiając się nad tym, co teraz będzie. Nie ulegało wątpliwości, że pół-smok ocalił jej życie. Straciła konia i jeśli nie zechce z nią wrócić do obozu pozostanie całkiem sama pośrodku pustkowia.

— Po co za mną jechałaś? — głos Drasana był ochrypły i obcy, ale jeszcze gorszy okazał się widok ponurej determinacji na jego twarzy. Nie ukrywał jej już w cieniu kaptura i w jasnym świetle ogniska uwidoczniła się każda bruzda na jego przedwcześnie postarzałej twarzy.

Nie mogąc tego znieść kobieta odwróciła wzrok. Milczała jakiś czas, ważąc słowa, które chciała wypowiedzieć. Nie chciała, żeby ją źle zrozumiał. Zaczerpnęła powietrza i powiedziała, starając się brzmieć godnie, tak jak przystało królowej.

— Żeby cię odwieść od tego szaleństwa.

— Nikt ani nic nie jest już w stanie zmienić mojej decyzji — odrzekł twardo, wstał i odszedł w stronę drzew. Wrócił po chwili z naręczem suchych gałęzi i zaczął je dorzucać do ognia, a ten buchnął w górę strzelając snopem iskier. Nadal nie wyrzekłszy ani słowa wręczył jej kawałek pieczeni i na powrót zajął miejsce po drugiej stronie ogniska.

Mara spojrzała tępo na trzymany w dłoniach kawałek mięsa, a potem na Drasana, który już łapczywie pożerał swoją zupełnie surową porcję. Nie pozostało jej nic innego, jak również zająć się jedzeniem.

Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło, za bardzo pochłonięte przeżuwaniem, żeby prowadzić rozmowę. Dziewczyna ukradkiem obserwowała Drasana. Każdy, nawet najdrobniejszy jego ruch zdradzał napięcie, mimo że bardzo starał się nad sobą panować.

Skończywszy jeść oboje wyrzucili dokładnie ogryzione kości do ognia.

— Dziękuję za ratunek — bąknęła Mara, desperacko próbując przerwać milczenie.

Drasan nie odpowiedział. Wpatrywał się w pełzające leniwie płomienie. Zdradzało go drżenie spoczywających na kolanach rąk. Jakby sam sobie narzucał opanowanie, choć wewnątrz targały nim sprzeczne emocje.

— Niepotrzebnie za mną jechałaś — rzekł nieobecnym głosem. — Nie mogę zostawić cię samej, weź mego konia i wracaj do obozu. Tu nie jest dla ciebie bezpiecznie.

— Tak samo jak dla ciebie — stwierdziła, hardo unosząc głowę i po raz pierwszy odważając się spojrzeć mu w oczy. — Pomyśl przez chwilę. Czy gdyby Dhalia chciała dopaść ciebie, rozpętywałaby tę wojnę? Drasanie, ty jesteś środkiem do tego celu, a nie celem samym w sobie. Ona chce mieć ciebie po to, by zdobyć jeszcze większą władzę, niż ta, którą już posiada. Przejrzyj na oczy, ta wiedźma tobą manipuluje.

— Dość! — wykrzyknął Drasan, zrywając się ze swego miejsca, jego ciało w mgnieniu oka pokryły czerwone płomienie. — Już postanowiłem i ani ty, ani nikt inny mnie od tego nie odwiedzie!

Teraz naprawdę przypominał szaleńca, każdy rys jego twarzy promieniował długo skrywanym bólem.

— Ona nie prosiła o to, bym wciągnął ją w tę walkę! — krzyknął głosem przepełnionym cierpieniem. — Chciała odejść, ale ja jej na to nie pozwoliłem! Zgotowałem jej los, którego nie życzyłbym najgorszemu wrogowi! Los gorszy niż śmierć!

Mara poczuła mimowolny dreszcz, nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie, przepełniało go szaleństwo i ból. Nie było wątpliwości, że jedyne czego sobie teraz życzy, to by pozostawiono go w spokoju. Podjął decyzję, a ta mogła zaważyć na losie wszystkich. Coś w jego postawie mówiło jej, że nie ło to dla niego łatwe, musiał stoczyć walkę sam ze sobą.

— Przemyśl to jeszcze — rzekła nie dbając o to, że jej głos przybrał błagalny ton. — Dhalia nie wypuści Aurelii. Nawet jeśli oddasz się w jej ręce pozostawi ją sobie jako zabezpieczenie.

Pokręcił głową i usiadł, z jego ciała zniknęły płomienie, wydawał się teraz mniejszy.

— Muszę spróbować — powiedział lekko ochrypłym głosem. — Jestem jej to winien.

Mara spuściła głowę. Z tego w jaki sposób to mówił wywnioskowała, że czuje się winny tego co się stało z Aurelią. Wiedziała, iż nie zdoła go odwieść od zamiaru. Łączyła go z nią zbyt silna więź. Na tyle silna, że czuł się gotów oddać za nią życie.

— Więc to koniec? Tak po prostu oddasz się w ich ręce? — zapytała.

Nie odpowiedział, bruzdy na jego czole nieco się pogłębiły, co świadczyło o tym, że się nad czymś zastanawia.

— Czas na mnie — rzekł wreszcie wstając.

Mara również wstała. Gdy mu się przyglądała nagle ją olśniło.

— Ty się wahasz — wypaliła nagle.

Odwrócił się do niej gwałtownie, w jego oczach pojawił się dziki błysk, świadczący o tym, iż jest gotów do przemiany.

— Nie próbuj zaprzeczać, to drżenie dłoni, ta gwałtowna reakcja, to długie namyślanie się nad odpowiedzią, to wszystko łącznie z pośpiechem świadczy o tym, że wciąż jesteś niezdecydowany, rozdarty!

Uśmiechnął się, a raczej spróbował skrzywić wargi w coś w rodzaju uśmiechu i odrzekł:

— Bystra jesteś, Maro. Niestety już za późno, kończy się nam czas.

— Miałeś nadzieję, że kiedy znajdziesz się na ziemiach Bal’zara, jego żołnierze podejmą za ciebie decyzję. To dlatego tak długo tu zamarudziłeś, na tyle długo, by ocalić mnie przed pewną śmiercią — ciągnęła królowa, ignorując pobrzmiewający w jego głosie sarkazm. — A teraz, kiedy plan nie wypalił, zamierzasz pojechać do Washmorth i pozwolić się pojmać…

— Czas na ciebie — rzekł, ignorując jej wypowiedź i podprowadzając konia. — Jeśli się pospieszysz, zdążysz dotrzeć do obozu przed zachodem słońca. Ernil jest wytrzymałym i szybkim wierzchowcem — z czułością pogładził ogiera po szyi. — Przez wiele lat był mi wiernym druhem. Traktuj go dobrze, a odwdzięczy ci się w dwójnasób. — Jego głos stał się dziwnie wilgotny, zupełnie jakby te słowa nie dotyczyły wierzchowca, lecz kogoś w rodzaju młodszego brata.

Mara stała jak sparaliżowana, gdy wręczał jej wodzę. Zrozumiała, że w ten osobliwy sposób się z nią pożegnał. Po czym odszedł na skraj obozowiska, stanął w płomieniach i nim opadły wzbił się w powietrze. Ernil zarżał cicho, podobnie jak królowa Antui wpatrując się w szybko znikającego w oddali brązowego smoka.


* * *

— Co?! — ryk króla Oddona potoczył się echem i niemal utonął w głuchym warkocie kilku wilkołaków. Władca obrzucił nieco trwożliwym wzrokiem bestie, przyczajone na skraju blasku rzucanego przez rozpalone pośrodku obozu ognisko. — Jak to odszedł?

— Taką podjął decyzję — stwierdził spokojnie Alt’ar, jego oczy podobnie jak oczy jego podwładnych żarzyły się jak rozpalone do czerwoności węgle, ale w przeciwieństwie do nich zachowywał kontrolę nad swoją wilczą naturą. — Postanowił odejść, a my musimy to uszanować — dodał z naciskiem.

— Uszanować? — prychnął z pogardą król Earden. — Ten nieodpowiedzialny smarkacz nazwał mnie tchórzem! — warknął przez zaciśnięte zęby. — A teraz ty… — Obrzucił przywódcę Gildii taksującym spojrzeniem i zawahał się. — …ty i te twoje stado kundli do spółki z drugim gadem zamierzacie dyrygować mną i moimi ludźmi — dokończył rzucając nieco lękliwe spojrzenia na jarzące się w półmroku rubinowe ślepia.

— Wybacz, Wasza Wysokość — odezwał się Gaenor w jego głosie brzmiała zdecydowanie bardziej jadowita pogarda. — Ale nas też nie zachwyciło to, iż nasz książę pobiegł na ratunek damie serca. To bardzo rycerskie z jego strony… — Uśmiechnął się sarkastycznie. — …i zarazem głupie i szalone — dokończył. — Ale jak sam nadmieniłeś…

— Dość — rzucił Alt’ar widząc, jak twarz władcy Earden robi się z purpurowej sina ze złości. — Jeśli nadal będziemy się między sobą spierać, to do niczego nie dojdziemy. Drasana tu nie ma. Nie sądzę, by królowa Antui zdołała mu wybić z głowy szalony plan, więc możemy śmiało wykluczyć go z gry. — Wziął głęboki wdech i dodał: — Ci, którym ciężko jest się z tym pogodzić powiem, że mogą go śmiało uznać za trupa — tu spojrzał na Velwela, ten pospiesznie spuścił wzrok i zrobił coś, czego nie robił od dłuższego czasu — wyjął zza pazuchy piersiówkę i pociągnął z niej tęgi łyk.

Kilku ocalałych z bitwy członków Gildii Zabójców również pospuszczało oczy. Zdawać by się mogło, że w ten sposób oddają hołd poległemu towarzyszowi broni.

Gaenor nie powiedział nic, co tylko utwierdziło Alt’ara w przekonaniu, iż przynajmniej on zgadza się z jego decyzją.

ROZDZIAŁ 2

Zastał go dokładnie, tam gdzie się spodziewał. Gaenor stał na wzgórzu z którego roztaczał się widok na pole, gdzie rozegrała się pamiętna bitwa. Smok nawet jednym ruchem złożonych na grzbiecie skrzydeł nie zdradził, że wyczuł jego obecność, a z pewnością wiedział kto się zbliża. Alt’ar bez słowa stanął u jego boku. Obaj milczeli dłuższą chwilę.

— Sądzisz, że postąpiłem słusznie? — zapytał cicho zabójca, nadal nie miał pewności co do tego czy Gaenor stanął po jego stronie.

— Czasem trzeba wybrać mniejsze zło — stwierdził ze stoickim spokojem czarny smok, ciągle wpatrując się w pomarańczową kulę słońca powoli znikającą za horyzontem. W jego postawie uwidoczniło się coś, co zaskoczyło Alt’ara — wydawał się zatroskany. Nagle obrócił wielką rogatą głowę i spojrzał zabójcy w oczy. — Drasan jest głupcem — rzekł, tylko z pozoru gniewnym głosem. — ...szlachetnym — dodał po krótkiej chwili namysłu. — ...ale mimo wszystko głupcem.

Alt’ar długo wpatrywał się w żółte oczy nim zdobył się na odpowiedź.

— Żałujesz go… — stwierdził w końcu.

Smok prychnął, z jego nozdrzy uleciał kłąb dymu.

— Nie — odrzekł szybko, westchnął i pochylił głowę. — Tak, ale to już niczego nie zmieni. Na wojnie nie ma miejsca na sentymenty. — Znowu spojrzał na pole bitwy, na którym nadal wznosiły się kopce znaczące miejsce zbiorowych mogił gdzie z braku czasu powrzucano poległych. — Mimo wszystko podziwiam jego odwagę — odwrócił się do Alt’ara — Powiedziałem mu co go czeka, a on zdecydował stawić temu czoła, żeby ratować dziewczynę.

Widok sylwetki jeźdźca wyraźnie odcinającego się na tle zabarwionego purpurą i fioletem nieba zwrócił uwagę ich obu, to doskonalony od lat wzrok Alt’ara sprawił, iż rozpoznał kto ku nim zmierza — osobą dosiadającą rosłego karego ogiera nie był Drasan, tylko Mara. Nie wydawał się tym faktem zaskoczony, spodziewał się, że skoro pół-smok nie posłuchał jego ani Velwela, to i ona nic nie wskóra. Mimo wszystko to, iż dosiadała Ernila stanowiło dość niepokojący fakt.

Królowa zatrzymała karosza u stóp wzgórza, a z jej naglącego spojrzenia obaj z Gaenorem zrozumieli, iż chce z nimi porozmawiać na osobności. Smok jako pierwszy zszedł, a właściwie zeskoczył na dół, zabójca zbiegł tuż za nim. Mara zsunęła się z siodła i podprowadziła konia do najbliższego drzewa. Okręcając uzdę wokół gałęzi nadal nie wyrzekła ani słowa, jej ruchy zdradzały zdenerwowanie. Gdy skończyła gestem zaprosiła ich, bliżej.

— Drasan oszalał — wykrztusiła jednym tchem:

— To żadna nowość — prychnął przywódca Gidii.

Mara potrząsnęła głową.

— Gdybyś go widział, wiedziałbyś co mam na myśli — rzekła siadając na zwalonym pniu. — Pojechałam za nim aż do rzeki. Bez jego pomocy z pewnością bym utonęła. — Wzdrygnęła się gwałtownie, już samo to wspomnienie budziło w niej dreszcz przerażenia. — Uratował mi życie — dodała znacznie ciszej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 45.92