E-book
12.31
drukowana A5
106.17
Smocza krew

Bezpłatny fragment - Smocza krew

Wybraniec


3.8
Objętość:
1104 str.
ISBN:
978-83-8126-064-0
E-book
za 12.31
drukowana A5
za 106.17

Dla mojego męża za to, że służył mi radą i wsparciem zawsze, gdy tego potrzebowałam.

I za to, że nie pozwolił mi zrezygnować z marzeń.

Rozdział 1

Drasan ocknął się, gwałtownie otwierając oczy. Nie pierwszy raz śnił mu się już ten sam koszmar. Łagodnie wyplątał się z objęć śpiącej u jego boku dziewczyny. Nie wiedział jakim cudem wzięła się w jego komnatach. Mgliście przypominał sobie ucztę urodzinową, na którą jego przybrana matka zaprosiła wszystkie niezamężne panny. Ich ojcowie prześcigali się w przechwałkach, jakimiż to były świetnymi kandydatkami na przyszłe małżonki. Na swoje nieszczęście — był jedynym pretendentem do tronu Sheardon, przez co na każdym kroku wdzięczyły się do niego setki, lepiej lub gorzej urodzonych panien. Niektóre dałyby wszystko aby tylko znaleźć się w jego alkowie. Inne zaś marzyły o tym, by zaciągnąć go przed ołtarz i zmusić, przed obliczem kapłana, do wyznania dozgonnej miłości. Problem polegał na tym, że Drasan nie miał zamiaru się żenić. Niestety, jego matka — Waya, naciskała na niego coraz bardziej. Gdy skończył dwadzieścia jeden lat zaczynał odczuwać to coraz dotkliwiej. Im mocniej nalegała, tym on bardziej się jej sprzeciwiał.

Książę usiadł na brzegu łoża i spojrzał na widoczny za oknem księżyc w pełni. W taką noc nigdy nie mógł spać spokojnie. Wstał i sięgnął po ubranie, starając się robić jak najmniej hałasu. Niestety nie zdołał tego uczynić dostatecznie cicho.

— Dokąd idziesz? — Kruczowłosa piękność usiadła na łóżku, patrząc na niego z wyraźnym wyrzutem.

Drasan spojrzał na nią, nie przestając wiązać nagolenników. Zdążył się ubrać w połowie, nim dziewczyna spostrzegła jego nieobecność w łożu. Właśnie wkładał przez głowę kolczugę, gdy jednak zdecydowała się wstać. Zrobiła to dość nieporadnie usiłując zakryć to, czego nie zasłaniała półprzezroczysta halka.

— Drasanie? — Wpatrywała się weń rozszerzonymi ze zdziwienia, jasnozielonymi oczami.

Była nawet ładna, o ile ktoś lubił tak wątłe panienki o bladej skórze.

— Wychodzę — rzucił, wkładając skórzany kaftan. Nie zamierzał się jej tłumaczyć.

Po chwili, wreszcie sobie przypomniał kim jest owa niewiasta stojąca półnago w jego sypialni. Nazywała się Milenna Van Graven, a jedynym pragnieniem jej ojca, barona Hervarda Van Gravena było jak najlepiej wydać za mąż, przynajmniej jedną, z pięciu córek. Na uczcie, rzecz jasna, popłynęły całe rzeki najlepszych trunków jakie znajdowały się w królewskich piwnicach. Podano tyle wybornego jadła, że uginały się pod nim stoły, więc większość biesiadników szybko wylądowała na podłodze wśród psów i wszędzie walających się resztek. Jedynie wyjątek stanowiły damy, które bezskutecznie próbowały zwrócić uwagę następcy tronu, a to odważnymi dekoltami, a to wytwornymi fryzurami. Tak się jednak złożyło, że tej nocy młodzieniec miał zupełnie inne plany.

Spojrzał na dziewczynę i posłał jej jeden z tych swoich najpiękniejszych uśmiechów jakimi zwykł obdarzać te, które przygodnie znalazły się w jego łożu. Poprawił pas z mieczem tak, by znajdował się dokładnie ponad lewym barkiem.

— Milenno Van Graven, dziękuje ci za mile spędzony wieczór — ukłonił się teatralnie nie przestając się szczerzyć i zaczął się cofać w kierunku drzwi.

Dziewczyna stała jak skamieniała. Najwidoczniej miała nadzieję na coś więcej niż jedna noc spędzona w książęcej sypialni. Zignorował jednak niemy wyrzut w jej oczach, które zapewne za chwilę wypełnią się łzami, po czym wyszedł na korytarz. Gdy tylko udało mu się zamknąć za sobą drzwi z ciemnego kąta dobiegł go znajomy, melodyjny głos:

— Znów wymykasz się nocą? — z cienia wyłonił się wysoki i szczupły Mistrz Ashkan.

Drasan zamarł. Jego ręka nadal spoczywała na klamce. Wyglądał niczym włamywacz przyłapany na gorącym uczynku.

Korytarz był wąski z jednym tylko oknem wychodzącym wprost na pogrążone we śnie miasto. Drasan odwrócił się tak, że znalazł się twarzą w twarz ze swoim mentorem.

— Nie muszę ci się tłumaczyć, Mistrzu — odrzekł, starając się mówić pewnym siebie tonem, choć w ustach mu zaschło i nie był pewien czy to wypite na uczcie wino, czy też coś całkiem innego.

— Oczywiście, że nie — mężczyzna stanął naprzeciwko okna, plecami do Drasana tak, iż blask księżyca padał wprost na jego przystojną twarz, czyniąc ją upiornie bladą. — Jesteś następcą tronu i wszyscy w tym zamku muszą być posłuszni twoim rozkazom. Z jednym wyjątkiem — odwrócił się tak szybko, że Drasan nawet nie zdołał sięgnąć po miecz, kiedy to Ashkan dzierżył już swój, a jego zwieńczenie dotykało piersi księcia — jesteś moim najlepszym uczniem, ale nadal przewyższam cię umiejętnościami i samodyscypliną. Nigdy o tym nie zapominaj.

Młodzieniec odsunął ostrze, patrząc na Mistrza wyzywającym wzrokiem.

— Nie jestem już dzieckiem — warknął, czując w palcach uderzenie gorąca, jak zawsze, gdy ogarniał go gniew.

— Więc przestań się zachowywać jak rozkapryszony smarkacz — stwierdził spokojnie Ashkan, chowając miecz. — Na północy płoną wsie, a ty wymykasz się na nocne przejażdżki i ostentacyjnie drwisz sobie z każdego niebezpieczeństwa. Uważaj tylko, by ono nie zadrwiło z ciebie. — To powiedziawszy odszedł, wtapiając się w mrok opustoszałego korytarza.

Drasan z trudem uspokoił nerwy. To nie był pierwszy raz, gdy przy swoim mistrzu czuł się jak gołowąs, a przecież miał już dwadzieścia jeden lat. Mógł wychodzić, gdzie chce i kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Służba tylko czekała na jedno skinienie, a mimo to, nadal czuł te jedyne w swoim rodzaju zmieszanie, kiedy tylko przychodziło mu stanąć z nim oko w oko. Było to o tyle dziwne, że znał go od dziecka.

Spojrzał w stare lustro, które sam rozkazał wynieść na korytarz, by mieć więcej miejsca w komnacie. Tak, jak się spodziewał, ujrzał średniego wzrostu młodzika o prostych, czarnych, sięgających ramion włosach, pociągłej twarzy o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych. Wzdłuż linii szczęki nosił modną w ostatnich czasach, starannie przystrzyżoną brodę. Nic nadzwyczajnego. Wyjątek stanowiły jedynie oczy. Duże, o dziwnej, rzadko spotykanej oliwkowozielonej barwie, obramowane kurtyną gęstych, czarnych rzęs, co dodawało mu uroku i sprawiało, że żadna przedstawicielka płci pięknej nie potrafiła się oprzeć jego spojrzeniu. Codzienne ćwiczenia walki wręcz i strzelania z łuku wyrzeźbiły jego sylwetkę tak, że składa się wyłącznie z samych mięśni, bez grama tłuszczu. Jednak głównym powodem dla którego następca tronu Sheardon lekceważył każde niebezpieczeństwo był jego butny charakter i nieposkromiona żądza przygód.

Wymykanie się na nocne eskapady było jego specjalnością odkąd skończył trzynaście lat i Waya podarowała mu na urodziny pierwszego konia. Siwego ogiera, Gwenoga. Rumak zginął stając w obronie piętnastoletniego Drasana, gdy ten nieopatrznie wyzwał na pojedynek przywódcę lokalnej bandy rzezimieszków, nazywającego samego siebie szumnie Szczurem. Zbój, rzecz jasna, nie zamierzał walczyć uczciwie. Jedynie fakt, że wystrzelona z ukrycia zdradziecka strzała trafiła konia zamiast młodzieńca ocalił mu wówczas życie. Obecnie zaś książę posiadał przepięknego ogiera imieniem Ernil, o sierści czarnej niczym skrzydła kruka, który był podarunkiem dla królowej od elfów mieszkających w dolinie Michandrell.

W chwili, kiedy Ernil trafił do stajni Sheardon, Drasan miał siedemnaście lat. Powierzono mu okiełznanie półdzikiego konia. Z czasem księciu udało się pozyskać zaufanie młodego ogiera i od tamtej pory koń pozwalał się dosiąść tylko jemu. Od owej chwili upłynęło sporo czasu, jednak młodzieniec nie zamieniłby karosza na żadnego innego, choćby pochodził z najlepszych stadnin Antui czy Earden.

Drasan znał wszystkie tajne przejścia i wiedział, że najłatwiej i najszybciej dostanie się do stajni wąskim korytarzem, z którego zwykle korzystała służba. Prowadziło do kuchni, a stamtąd wiodły schody do stajni.

Zgodnie z jego przypuszczeniami, czekał tam na niego osiodłany Ernil, stojący spokojnie w boksie i patrzący na swego pana wielkimi, ciemnymi oczami. Drasan poklepał przyjaciela po szyi. W rogu boksu stał również długi łuk i kołczan ze strzałami, jeden z prezentów od mistrza Ashkana. Złapał za niego i przewiesił sobie przez ramie, podobnie uczynił z kołczanem. Następnie chwycił za wodze i już zamierzał wyjść ze stajni, gdy za plecami usłyszał znajomy głos:

— Wybierasz się dokądś, Wasza Wysokość?

Był to Yarred, królewski gwardzista, który niedawno został mianowany kapitanem.

Drasan uśmiechnął się pod nosem. Ponieważ znali się niemal od dziecka, wiedział dokładnie, że może się spodziewać reprymendy od starszego o dziesięć lat, przyjaciela. W przeciwieństwie do młodego księcia, Yarred nie grzeszył urodą. Najbardziej rzucała się w oczy jego bladość potem dopiero wątła sylwetka. Miał wiecznie rozczochraną strzechę jasnych jak słoma włosów, twarz usianą czerwonymi krostami, a na orlim nosie mnóstwo piegów. Duże, niebieskie oczy jak u dziecka i szczęki pokryte rzadkim, szczeciniastym zarostem zdawały się przeczyć powadze jego wieku. Nie przeszkadzało mu to jednak w byciu jednym z najlepszych przyjaciół młodego następcy tronu.

Książę odwrócił się do niego z szerokim uśmiechem, który jednak szybko zgasł na widok miny przyjaciela. Doskonale znał to spojrzenie.

— Witaj, Yarredzie — powitał go ostrożnie. — Gratuluję awansu. Doszły mnie słuchy, że zostałeś mianowany kapitanem królewskiej gwardii.

— Daruj sobie komplementy — w oczach świeżo mianowanego kapitana na moment pojawiły się wesołe iskierki dobitnie świadczące, że jest dumny ze swojej nowej funkcji. — Wreszcie ktoś docenił moje zasługi. To wszystko — dodał, wypinając pierś i ostentacyjnie strzepując jakiś niewidzialny pyłek ze swojego, nowego czerwonego kubraka.

— Ale ty? — pokręcił głową w sposób, w jaki zawsze to robił, gdy bezskutecznie próbował wybić coś przyjacielowi z głowy. — Drasanie znów cichcem wymykasz się z zamku. Nie pora na twoje nocne eskapady. Ostatnimi czasy słyszy się złe wieści z północy, o czarnych rycerzach. Podobno widziano ich niedaleko stąd, tuż przy granicy. Wypada bym ci towarzyszył, wiesz, tak dla większego bezpieczeństwa.

Książę roześmiał się serdecznie.

— Przecież w walce biję cię na głowę — odrzekł, z trudem zdobywając się na powagę. — Poza tym, chcę się tylko trochę rozejrzeć i obiecuje trzymać się z daleka od granicy — dodał po chwili.

Yarred nie był w nastroju do żartów, a na jego twarzy malowała się wyraźna troska.

— To nie jest odpowiednia pora na brawurę, Drasanie — powiedział z powagą

— Zaczynasz zrzędzić jak Mistrz Ashkan — zirytował się młodzieniec. — Dobrze wiesz, że nie noszę broni dla ozdoby. W całym królestwie nie ma nikogo, kto by mi dorównał zarówno w fechtunku, jak i walce wręcz.

Jego przyjaciel nie porzucił jednak tonu cierpliwej przestrogi.

— Powinienem jechać z tobą… tak dla pewności, że…

Nie, Yarredzie! — przerwał mu książę ostrym tonem. — Być może to ostatnia noc mojej wolności i naprawdę nie potrzebuje niańki — wyprostował się nagle wypinając pierś, a jego spojrzenie stwardniało. — Nie chcę ci przypominać kim jestem — warknął. — Zejdź mi z drogi!

Tak, jak się spodziewał, Yarred zesztywniał, a w jego oczach pojawiło się niedowierzanie, a następnie szczery żal. Nie mógł jednak zignorować rozkazu przyszłego króla i posłusznie odsunął się na bok.

— Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość — odrzekł, wykonując sztywny ukłon.

Drasan minął go nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem.

Ledwie wyszedł na dziedziniec, wskoczył się na siodło i pogalopował w kierunku bramy. Na widok księcia, pilnujący jej strażnicy zaczęli otwierać podwójne, okute spiżem wrota. Wbił pięty w boki wierzchowca i cwałem ruszył przez uśpione miasto, kierując się wprost do północnej bramy. Tam również rozpoczęła się gorączkowa bieganina, bo żaden z żołdaków nie chciał się narazić na gniew następcy tronu. Poczęli więc ściągać wielką stalową sztabę, która blokowała skrzydła wrót. Dojeżdżając do niej, książę zwolnił nieco, by dać im czas na otwarcie wysokich i ciężkich odrzwi. Po czym spiął konia i jak strzała pomknął w kierunku widniejącej na horyzoncie Wilczej Puszczy.

Nie był to zwykły las. W cieniu drzew tak wysokich, że ich wierzchołki zdawały się sięgać nieba, kryła się magia tak potężna, że nikt nie odważał się samotnie zapuszczać w te dzikie ostępy. Nawet w słoneczny dzień panował tam półmrok. Puszczę zamieszkiwały wilki. Setki, a może nawet tysiące tych stworzeń, dwukrotnie większych od normalnych. Przemykających niczym cienie i budzących lęk nawet wśród najdzielniejszych myśliwych. Drasan nie bał się ani samej zielonej twierdzy, ani strzegących jej bestii. Bo niby czego miał się bać? On, umiejący ustrzelić jelenia z odległości dwustu kroków, trafiając bezbłędnie w serce?

Na ścianach jego komnaty wisiały myśliwskie trofea. Polowanie było jego ulubioną rozrywką, a ponieważ strzelał z łuku nie gorzej od elfa, zawsze udawało mu się ubić dokładnie taką zdobycz, jaką sobie upatrzył.

Galopując wzdłuż brzegu ogromnego jeziora, którego nieruchoma tafla odbijała blask księżyca ujrzał majaczące w oddali mury miasta. Górujący ponad nim zamek, jaśniał białą fasadą. Za każdym razem, kiedy na niego patrzał miał dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę był tam tylko gościem. W głębi duszy przeczuwał, że wkrótce przyjdzie mu na zawsze opuścić to miejsce.

Dojechawszy do pierwszych drzew, ściągnął wodzę. Las zdawał się żyć własnym życiem. Wiatr szumiał w koronach wiekowych sosen i dębów, które kołysały konarami, wygrywając dziwnie posępną melodię. Przez te dzikie ostępy prowadziła tylko jedna droga, która z czasem tak zarosła, że zmieniła się w wąską ścieżkę, którą mógł jechać tylko pojedynczy jeździec. Drasan znał ją doskonale, nie raz wybierał się tędy na polowania. Mimo to, poczuł dziwny niepokój. Ernil też to wyczuł, bo zaparskał i zagrzebał kopytem w lekko wilgotnej ziemi. Książę pochylił się i poklepał wierzchowca po szyi.

— Spokojnie staruszku — wyszeptał. — Dla nas dwóch ten pradawny las nie ma żadnych tajemnic.

Ernil jednak położył uszy po sobie i zarżał. Jakby w odpowiedzi na jego niepokój gdzieś w głębi puszczy zabrzmiało wilcze wycie. Koń cofnął się, a książę wbił oczy w mrok zalegający między splątanymi konarami starając się dojrzeć błysk bursztynowych ślepi, ale nic takiego nie dostrzegł. Delikatnie trącił boki wierzchowca, ale ten po raz pierwszy zignorował polecenie swego pana i ponownie się cofnął.

— To tylko wilki — stwierdził Drasan, bardziej do siebie niż przerażonego towarzysza, ale również starając się nie myśleć o wielkich bestiach, które czaiły się gdzieś w mroku, gotowe rozszarpać każdego śmiałka, który zapuści się w głąb leśnej głuszy.

Wreszcie udało mu się nakłonić Ernila do wkroczenia na wąską drogę. Ledwie znaleźli się między drzewami, otoczył ich aksamitny mrok, tak gęsty, że młody mężczyzna z ogromnym trudem odszukał ścieżkę wijącą się pomiędzy grubymi pniami. Koń spokojnie wybierał drogę pomiędzy plątaniną korzeni. Młodzieniec pochylił się w siodle tak, by przypadkiem nie zawadzić głową o nisko zwieszające się gałęzie. Co jakiś czas przez mroczny baldachim przebijała się pojedyncza lanca księżycowego blasku, ale poza tym wszędzie panował mrok i cisza. W końcu udało mu się przedrzeć pomiędzy wyjątkowo gęstymi krzakami dzikich malin. Znalazł się na polanie skopanej w blasku miesiąca.

Ernil raptownie stanął, po raz drugi tej nocy, odmawiając posłuszeństwa. Zniecierpliwiony takim zachowaniem książę, raz po raz trącał jego boki piętami, ale uparty ogier ani myślał ruszyć dalej. Dawał mu wyraźne znaki, że coś tu jest nie w porządku. Drasan rozejrzał się. Polana wyglądała całkiem zwyczajnie, było tutaj cicho i spokojnie.

Zbyt spokojnie…

Mężczyzna zaklął zdając sobie sprawę, że jest już za późno. Za swoimi plecami wyczuł lekkie drganie powietrza. Magia! Musiał nieświadomie przejść przez barierę. W mroku, tuż przed nim zaczęli się wyłaniać zbrojni. Zanim zdążył choćby pomyśleć o ucieczce, był już otoczony.

— Imponujące — powiedział swobodnym tonem, uśmiechając się lekko. Miał nadzieję, że jego pewność siebie zbije z tropu bandę najemnych zbirów i ujawni ich herszta.

— Nie jesteś trochę zbyt hardy, jak na kogoś, kto właśnie wjechał w zasadzkę?

Ten głos. Pamiętał, że już gdzieś go słyszał.

Zza jego pleców wyjechała kobieta, o łęk siodła opierała kuszę z bełtem wycelowanym prosto w jego serce. Gdyby nie męski strój, mogłaby uchodzić za piękność. Proste kasztanowe włosy sięgały jej do połowy pleców, twarz o nieco ostrych i drapieżnych rysach, dowodziła, że wywodzi się z północy. Czarne niczym węgle oczy dodatkowo uwydatniały ten fakt. Dosiadała wielkiego bojowego ogiera i zdawało się, że to ona dowodzi tą zgrają.

Drasan sapnął zirytowany. Dopiero teraz w pełni zdawał sobie sprawę z błędu jaki popełnił ignorując instynkt swojego wierzchowca. Wpakował się w kłopoty, tylko nie wiedział jeszcze, jakiego rodzaju.

— Kim jesteś? — zapytał, starając się, by jego głos zabrzmiał władczo. — I co robisz na moich ziemiach?

To było bezsensowne pytanie, dranie wyglądali na zawodowców. Otoczyli go w mgnieniu oka i mieli w swoich szeregach maga. Bariera wokół polany sprawiała, że nawet gdyby zaczął krzyczeć i tak nikt by go nie usłyszał.

Kobieta, która w zamyśleniu bawiła się kosmykiem włosów, uśmiechnęła się do niego zaczepnie unosząc górną wargę.

— Daruj sobie gierki. Nikt nie wie gdzie jesteś i zanim się zorientują co się stało, będziemy już daleko stąd — stwierdziła, uśmiechając się lekko. — Jeśli jednak tak bardzo zależy ci na wzajemnej prezentacji to chętnie zdradzę ci moje miano. Nazywam się Ulrica, a wynajął mnie niejaki Boris — dodała jakby po krótkim namyśle.

Ulrica? Boris? Żadne z tych imion nic mu nie mówiło. Jednak zarówno jej głos, jak i rysy twarzy zdawały mu się skądś znajome. Czyżby to była owa tajemnicza wojowniczka, z którą rozmawiał zeszłej zimy? Ta sama która, na jego nieszczęście, stała się świadkiem zajścia w karczmie, kiedy pewien gbur tak go rozsierdził, że stracił nad sobą panowanie? Nie pamiętał wiele z tej nocy, poza dojmującym gniewem i uderzeniem gorąca. Musiał użyć magii niezależnie od swojej woli, bo po jego przeciwniku została jedynie kupka popiołu, pośrodku kręgu wypalonego w drewnianej podłodze. Sytuacje jak zwykle ocalił Mistrz Ashkan, wyprowadzając go stamtąd jednocześnie płacąc świadkom zajścia za milczenie. Ale owa kobieta o zmysłowym głosie zdążyła zniknąć.

— Więc to ty? — bardziej stwierdził niż zapytał. — I co teraz? Zażądasz za mnie okupu? — spytał, ściągając brwi.

— Kuszące… ale nie. Mój zleceniodawca ma nieco inne plany. I nie sil się na zbytnią skromność, książę. Dobrze wiem kim — a raczej czym — jesteś.

— Dość tego zwodzenia i dziwnych pokrętnych odpowiedzi. Powiedz wreszcie, kto cię przysłał, to może załatwię ci szybką, bezbolesną śmierć — warknął Drasan.

Starał się grać na zwłokę i równocześnie dowiedzieć się jak najwięcej o swoim przeciwniku.

— To ciekawe, że właśnie o to pytasz — kobieta uśmiechnęła się ukazując rząd małych nienaturalnie równych zębów. — Trzeba przyznać, że Wilczyca z Shardon nieźle się namęczyła, chcąc ci zapewnić jak najlepszą ochronę. Bardzo długo tuszowała każdy twój wybryk, tak iż nikt do końca nie wiedział kim jesteś tak naprawdę.

— Dość tych gierek! Kto cię wynajął?! — krzyknął. Czuł, że traci nad sobą panowanie.

— Po co te nerwy? — Ulrica wyraźnie dobrze bawiła się jego kosztem. — Chcesz wiedzieć kto jest moim zleceniodawcą? Proszę bardzo. Nie obce ci zapewne jest imię: Gaenor — przerwała na chwilę i z zaciekawieniem przyglądała się zaskoczeniu, malującemu się na twarzy młodzieńca.

— A więc to on przysłał do mnie swojego zbira, a ten zlecił mi bym cię schwytała. Obiecał sowitą zapłatę w szczerym złocie — kontynuowała, nie przestając się szyderczo uśmiechać. — Oczywiście, nie zjawił się tu osobiście tylko wysłał czarownicę. To ona dyktuje warunki.

Książę poczuł jak krew odpływa mu z twarzy. Nie potrafił uwierzyć w słowa, które właśnie usłyszał. Gaenor chciał go dorwać? Ostatni żywy dowód na to, że w Lineland kiedyś były smoki. Przecież to niedorzeczne. Czego mógłby od niego chcieć ten zadufany w sobie gad?

— Tak trudno ci w to uwierzyć? Przecież chciałeś znać prawdę — szydziła dalej. — Musisz mieć coś, czego Gaenor pożąda. Najwyraźniej jest w stanie zapłacić za to każdą cenę. Wystarczyło wykorzystać twoją naiwność, twoją głupią dumę i pychę. Nie należało wystawiać na widok publiczny tego, co potrafisz. W karczmach nie brakuje ciekawskich oczu i uszu, a ich posiadacze potrafią sprzedać tę informację każdemu, kto sypnie nieco złotem.

Drasan nie wierzył jej. To nie mogła być prawda! Jego dar był utrzymywany w ścisłej tajemnicy. Nikt poza Wayą i Ashkanem nie znał tego sekretu. Ci, którzy przypadkiem się dowiedzieli, byli przekupywani lub — wyłącznie w sytuacji, gdy nie dało się ich kupić — likwidowani. Zresztą ta moc, nie podlegała jego woli i nie potrafił jej kontrolować. Pojawiała się jedynie w momencie silnego gniewu, bądź strachu. Nigdy też nie pamiętał, co właściwie zrobił. Zazwyczaj budził się we własnej komnacie dzień po incydencie, a nad sobą widział na poły zatroskaną, na poły zagniewaną twarz Ashkana i bladą, ale zaciętą twarz królowej. Nigdy nie wyjawiali mu szczegółów tego, co się dzieje, gdy nagle zamienia się w coś w rodzaju „żywej pochodni”.

Spojrzał w twarz najemniczki. Uśmiechała się w sposób, który niezbyt mu się spodobał. Wyglądała na zadowoloną i pewną swego. Mimowolnie poczuł złość na samego siebie. Mógł to przewidzieć. Jego talent sprawiał więcej problemów niż by tego chciał. Negocjacje z bandą zbirów, która miała za zadanie go pojmać, nie wydawała się sensownym wyjściem. Zwłaszcza, że nie wyglądali na skorych do rozmów. Pozostawała walka w pojedynkę i to z przeważającą liczbą przeciwników.

Ulrica najwyraźniej znudziła się tą zabawą. Jej oczy zabłysły złowieszczo, gdy powiedziała, akcentując każde słowo:

— Widzisz, miło mi się z tobą gawędzi, ale czas ucieka. Z tego, co słyszałam, jesteś bardzo utalentowanym szermierzem, ale nic ci po twoich umiejętnościach.Ci tam — wskazała brodą — to zawodowcy. Najlepsi w swoim fachu, więc takie wypieszczone książątko nie ma z nimi szans. — uśmiechnęła się, po raz kolejny prezentując idealnie białe zęby. — Lepiej więc, jeśli poddasz się bez walki, bo jeśli nie, to trochę przefasonujemy ci tę ładną buźkę nim ostatecznie odeślemy do Rosher.

Te słowa odezwały się echem w umyśle Drasana. Podjął już decyzję. Nie było odwrotu. Wiedział, że nie uniknie walki z bandą najemników. Spojrzał prosto w czarne oczy kobiety, splunął na ziemię, i jakby dla podkreślenia tego pogardliwego gestu, wyszarpnął miecz z pochwy znajdującej się na plecach.

Ulrica uśmiechnęła się, ale był to uśmiech zimny, pozbawiony emocji.

— Jak sobie życzysz — powiedziała, lekko kłaniając się w jego stronę, po czym zawróciła konia i odjechała w stronę swoich ludzi, którzy w milczeniu czekali na rozkazy.

Drasan obserwował ją czujne. Może i była ładna, ale za to nie za mądra. Najemników doliczył się dwudziestu, w większości rosłych mężczyzn. Wyglądali na takich, którzy zarabiają na życie odstraszając samym wyglądem. Tak naprawdę, tylko kilku z nich mogło się z nim mierzyć i jednie na nich musiał uważać. Reszta to jedynie grupa tępych osiłków, niemających pojęcia o prawdziwej walce. A zatem to nie miało go zastraszyć, tylko zająć na jakiś czas.

Widział jak Ulrica unosi rękę w milczeniu dając wynajętym zbirom sygnał do ataku.

Gotowy na wszystko zeskoczył z wierzchowca. Wiedział, że nie ma już szans na ucieczkę, pozostała mu tylko walka. Miecz leżał idealnie w dłoni, a jego ciężar dodawał mu pewności siebie. Najemnicy wyraźnie liczyli na to, że ich przewaga da im pewne zwycięstwo. Nie doceniali go i popełniali tym fatalny w skutkach błąd. Usiłowali go osaczyć niczym wygłodniała wataha wilków. Zbrojni byli w topory, krótkie miecze, zakrzywione szable i noże.

Drasan powoli gotował się do walki tak, jak go uczył Ashkan: starał się oczyścić umysł ze wszelkich myśli, zablokować emocje i skupić się tylko na wrogu. Stopniowo udało mu się wyciszyć i uspokoić, stopił się w jedno z lśniącą klingą miecza. Nie myślał — czuł i wiedział.

Pierwszy z napastników zaatakował z zaskoczenia… albo tak mu się tylko zdawało. Młodzieniec odskoczył w tył i cios zakrzywionej szabli trafił w powietrze. Książę zawirował w piruecie, ciął nisko po nogach. Usłyszał krzyk i poczuł zapach krwi, gdy ostra klinga gładko przecięła ścięgna najemnika. Kolejnego przeciwnika powalił w dwóch ruchach i zaraz przeszedł nad jego trupem, by zmierzyć się z innym. Chłopak wpadł w panikę, był młodszy od niego. Nie miał w tym starciu nawet cienia szans. Zanim zdołał choćby unieść miecz do obrony, mordercza klinga przecięła mu tętnicę z boku szyi. Strumień krwi obryzgał policzek księcia, kiedy obracał się, by stanąć twarzą w twarz z następnym przeciwnikiem. Ten był ogromny, ponad głowę wyższy od niego. Zamachnął się wielgachnym toporem. Książę uskoczył, o włos unikając ostrza. Siła ciosu jednak sprawiła, że najemnik na moment stracił równowagę. To wystarczyło, by wykonać błyskawiczne cięcie przez plecy. Potępieńczy wrzask bólu wyrwał się z piersi rannego. Upadł bez czucia, a młodzieniec ulżył cierpiącemu, wykonując płynny ruch miecza tym sposobem skracając go o głowę.

Drasan wciąż czuł na karku lodowaty powiew śmierci. Musiał skupiać się na każdym, nawet najmniejszym szczególe, by zareagować na ruch przeciwnika, zanim ten go wykona. To był taniec na krawędzi istnienia. Nieraz od tej cienkiej granicy dzielił go jedynie doskonały zmysł równowagi. Jednak gdy padał jeden z nich, reszta zdawała się atakować ze zdwojoną siłą. Byli niczym rozwścieczona sfora mająca w oczach żądzę mordu.

I nagle najemnicy zaczęli się wycofywać, odciągając na bok rannych towarzyszy. Książę zobaczył Ulricę, która jechała w jego kierunku. Korzystając z chwili wytchnienia, starł z twarzy krew i odgarnął mokrą od potu grzywkę.

— Widzę, że cię nie doceniłam. Wnioskuje, że nie poddasz się i nie złożysz broni — stwierdziła z pozornym spokojem. Była bowiem wściekła. Widział to w jej oczach.

Drasan nie odpowiedział. Wytarł ostrze o truchło najemnika. Nie schował go jednak, a lekko opuścił w oczekiwaniu na to, co miało nastąpić. Stał ze spokojem. Jedynie leżące wokół niego trupy świadczyły o stoczonej niedawno walce.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.31
drukowana A5
za 106.17