Zda(e)rzenie
„Przypadek jest pseudonimem Boga,
kiedy nie chce się podpisać.”
Anatole France
Posiadanie trójki dzieci nigdy nie było ich planem. Przychodziły na świat w odstępach dwóch i pół roku, i choć zaskakiwały, to za każdym razem budziły szczęście. Z czasem codzienność wypełniły śmiech, wspólne rytuały, podróże i drobne doświadczenia, które budują rodzinne życie. Od narodzin pierwszej córki — Ali — minęło jedenaście lat. Czas ten upłynął w spokoju, lecz aktywnie.
Wszyscy dużo czasu spędzają razem, we własnym gronie, w tym podczas licznych wspólnych podróży. Dzieci zaprawione są w poznawaniu z rodzicami nowych miejsc. Poza wakacjami organizowanymi przez biuro podróży, odbyli też trzy duże wyprawy własnym samochodem. Zwiedzili między innymi — kolejno rok po roku — Hiszpanię, Maroko oraz Portugalię. Wybierali miejsca, w których dzieci będą miały dużo zabawy, lecz również takie, gdzie wszyscy będą mogli poznać nowe zabytki oraz interesujące miejsca przyrodnicze.
Jest wrzesień 2016 roku. Dzieci rozpoczęły nowy rok szkolny. Ala rozpoczęła naukę już w piątej klasie i wkracza w wiek, w którym zacznie stawać się kobietą. Powoli to przeczuwa. Ola z kolei przeszła do klasy trzeciej, czyli ostatniej z pierwszego etapu szkoły podstawowej. Jej głowa jest pełna pomysłów, za którymi trudno rodzicom nadążyć. Jan natomiast zakończył wiek przedszkolny, co oznacza, że razem ze swoimi „kumplami” znalazł się już w klasie zerowej, czyli bardziej dorosłej. W domu jest dużo emocji i energii wynikających z nowo rozpoczynających się przygód.
Minione wakacje wszyscy spędzili w Wietnamie, odwiedzając rodzinę jednego z dziadków. Z kraju tego pochodzi tata Moniki (mamy całej trójki). Odwiedziny jego rodzinnych stron stanowiły wielką przygodę zarówno sentymentalną, jak i podróżniczą. Nowy klimat, nowe obrazy, zapachy, smaki dań oraz nowi członkowie rodziny. Nowe spojrzenie dzieci na obraz swojego świata.
Końcówka września pachnie już zbliżającą się jesienią. Niebo jest gęsto pokryte ciemnymi chmurami i intensywnie deszczowe. Ostatni weekend miesiąca rodzina spędza wśród bliskich, w mieście, z którego pochodzi ojciec. Gdy dobiegło końca ostatnie spotkanie wsiedli do samochodu i ruszyli w drogę powrotną do domu. Mieszkają w znacznym oddaleniu i czeka ich jeszcze ponad godzina jazdy.
Wieczór jest deszczowy. Na drogach panuje duży ruch. Blisko domu, bo na obwodnicy miasteczka, obok którego mieszkają, nieustannie suną ciężarówki. Jazdę utrudnia drobna mżawka oraz ostre światła TIR-ów jadących z przeciwnego kierunku. Powietrze jest wilgotne, a asfalt połyskuje w świetle reflektorów.
Jest już blisko celu. Do końca brakuje niewiele drogi. Przed nimi został ostatni zakręt, za którym wąska, wiejska dróżka prowadzi prosto do ich domu. Dzieci zmęczone całodniowymi atrakcjami śpią w swoich fotelikach. Są przyzwyczajone do podróży i nie patrzą na niewygody. Ulica w tym miejscu skręca delikatnym łukiem w lewo, a tuż za nim jest skręt do ich domu. Znają ten fragment trasy niemal na pamięć.
W pewnej chwili, spomiędzy ciężarówek jadących z przeciwka, wyjeżdża samochód osobowy. Wszystko wydarza się w krótkiej chwili…
Dochodzi do czołowego zderzenia, którego trójka dzieci nie przeżywa. Giną jedenastoletnia Ala, dziewięcioletnia Ola oraz sześcioletni Jaś.
Świat się zatrzymał…
Po zatrzymaniu się świata
Cisza, która krzyczy…
Matka pamięta jedynie nagły błysk oślepiających świateł. Ojciec nie pamięta samego wypadku wcale. W jego mózgu wystąpiły krwiaki, które wpłynęły na pamięć i funkcjonowanie. Ciało również miało wiele uszkodzeń, w tym mocne złamania kości kończyn. Przez dwa tygodnie utrzymywany był w śpiączce farmakologicznej, by lekarze w szpitalu mogli wykonać wszystkie wymagane zabiegi. Po tych dniach został wybudzony.
Jak zachowuje się umysł po wybudzeniu? Czy przebiega to podobnie do tego, jak wstawanie człowieka rano po nocnym śnie? Okazało się, że tak to się nie odbywa. Mózg wybudzał się powoli. W pierwszych dniach ojciec przekonany był, że chodzi do szkoły średniej i mieszka w domu rodziców, tak, jak faktycznie miało to miejsce w tamtych latach. Nie poznawał żadnej osoby, która go obecnie odwiedzała, a z którą poznał się po ukończeniu szkoły średniej. Nie wiedział też, że ma żonę oraz że miał dzieci.
W następnych dwóch dniach umysł był przekonany, że jest na studiach i mieszka w Łodzi, w której je kończył. Podczas odwiedzin poznawał już kolegę z tego okresu. Nadal nie poznawał jednak osób poznanych w późniejszych latach. Gdy brat pokazywał mu fotografię żony, nie wiedział kim ona jest.
Po kolejnych kilku dniach mózg wybudził się w większym stopniu i poznawał już na zdjęciu swoją żonę. Po miesiącu od wypadku mogli się spotkać. Ona na wózku, on leżący na łóżku w szpitalu. Trzymali się za dłonie i… płakali.
Matka przez cały okres do tego dnia była w pełni świadoma tego, co się wydarzyło. Spędziła w szpitalu dwa tygodnie, poddając się koniecznym zabiegom chirurgicznym. Jej ciało, podobnie jak męża, doświadczyło wielu złamań i pęknięć kości. Operacje też były konieczne. Do tego świadomie odczuwała szok po utracie wszystkich swoich dzieci. Była dzielna, mając pełną świadomość tragedii, która się wydarzyła.
Po hospitalizacji wróciła do domu. Nie mogła chodzić, lecz nie była sama. W domu razem z nią wciąż byli ludzie. Rodzice, rodzeństwo, przyjaciele. Przygotowywali obiady, siadali obok, byli obecni. Siedząc przy stole, siłą rzeczy, rozmawiali także o zwyczajnych sprawach. Musieli. Ktoś przecież robił zakupy, ktoś inny poprawiał poduszki na kanapie, a ktoś inny wracał ze szpitala z wieściami o stanie męża. Ta krzątanina była zadziwiająca, bo uzmysławiała, że świat się nie zatrzymał, że biegnie dalej.
Rodzina i przyjaciele byli na miejscu i pomagali matce w funkcjonowaniu. Zajęli się również organizacją pogrzebu dzieci. Odbył się on bez obecności ojca, który w tych właśnie dniach znajdował się jeszcze w stanie śpiączki farmakologicznej. Matka była tam sama, lecz nie osamotniona. Towarzyszyli jej rodzice, rodzeństwo oraz przyjaciele. Uroczystość ta była nierealna, jak ze złego snu. Potęgowała szok. Wydawało się niemożliwe, że w tych trzech niedużych trumnach leżą Ala, Ola i Jaś.
Po dwóch miesiącach od wypadku przywieziono ze szpitala ojca. Nie mógł chodzić, a nawet wstawać z łóżka. Pomoc była niezbędna. W domu zamieszkali z nimi ich rodzice i rodzeństwo, a każdego dnia przychodzili jeszcze przyjaciele. Wszyscy pomagali im wrócić do samodzielnego funkcjonowania.
Przyszedł dzień, gdy obydwoje mogli wstać z łóżka, chodzić po domu i wykonywać niezbędne czynności. Po wielu operacjach, kilku miesiącach hospitalizacji i opiece ze strony bliskich znaleźli się w końcu w domu sami. Rodzina i przyjaciele wrócili do siebie.
Pustka
Wtedy po raz pierwszy naprawdę usłyszeliśmy ciszę. Po raz pierwszy też, razem, zanosiliśmy się od płaczu. Wszystko wydawało się nierzeczywiste. To był już inny świat i inny dom. Zalegała w nim cisza, której wcześniej nigdy tutaj nie doświadczyliśmy.
Cisza nie była zwyczajna, była głucha, ciężka i przytłaczająca. Wypełniała każdy pokój, stała na schodach w korytarzu, czekała za drzwiami dziecięcych pokoi. Nie było tupotania biegnących nóg dzieci, śmiechu dobiegającego z ich pokoju, sporu o zabawkę ani wołania: „Mamo”, „Tato”. Zniknęły dźwięki, które przez lata tworzyły atmosferę domu, a bez nich… stał się on obcym miejscem.
Wieczorami, które zawsze spędzaliśmy wspólnie z dziećmi, pustka i bezsens były najbardziej dojmujące. Trudne były również poranki. Kiedyś dom budził się do życia zamieszaniem, teraz dzień zaczynał się bezruchem. Żaden głos nie rozpraszał ciszy, nikt nie spieszył się do szkoły, nikt nie miał pytań, nikt nie przychodził się przytulić. Byliśmy tylko my i poczucie pustki. Bolesna świadomość, że świat nadal istnieje, jakby nic się nie wydarzyło. Czy poza opiekowaniem się dziećmi ma on jeszcze jakikolwiek inny sens?
Wypadek został spowodowany przez jakąś kobietę. Nigdy jej nie poznaliśmy, nawet jej nie widzieliśmy. Baliśmy się tego spotkania, więc zrobiliśmy wszystko, by do niego nie doszło. Obawialiśmy się nienawiści i pragnienia zemsty, uczuć, które mogłyby obudzić się w nas z nieznaną dla nas siłą. Najbardziej bałem się ich ja, ojciec. Bałem się, że do końca życia będę musiał radzić sobie z poczuciem krzywdy i podświadomym pragnieniem odwetu. W żonie jest większa mądrość, chęć zemsty nie zdominowałaby jej tęsknoty za dziećmi. Jak byłoby ze mną? Nie wiem. Miałem obawy. Dlatego pozostawiliśmy sprawczynię poza naszym światem, bez twarzy i bez głosu.
Dzięki zorganizowaniu procesu sądowego w taki sposób, że nie doszło do naszego z nią spotkania, nie nosimy w sobie obrazu osoby, która tamtego dnia zakończyła nasze życie. Było w nas przeczucie, że tak negatywne emocje mogą być dla nas zbyt ciężkie i mogą skierować umysły w destrukcyjnym kierunku. Baliśmy się konsekwencji. Nie wiedzieliśmy o czym umysły w takim stanie mogą myśleć.
A my myśleliśmy wyłącznie o tym, jak stąd odejść. Czy odczuwaliśmy lęk przed myślami o samobójstwie? Absolutnie nie, bo odejście z tego świata było dla nas jedynym słusznym działaniem. Nawet dokładnie je zaplanowaliśmy. Baliśmy się wyłącznie odczuwania pragnienia zemsty na sprawczyni wypadku. Odejście wydawało się prostsze i bezpieczniejsze niż dalsze życie.
Poczucie pustki i nierealności potęgowane było również przez postawę otoczenia. Nikt przy nas nie wspominał naszych dzieci, tak, jakby one nigdy nie istniały. Każdy opowiadał coś o sobie. Rozmowy toczyły się wyłącznie o bieżących sprawach. Czas mijał, a o dzieciach nikt nic nie mówił. Prawdopodobnie wszyscy obawiali się poruszyć przy nas ich tematu, by nie powodować łez. Efekt był dla nas druzgocący. Odnosiliśmy wrażenie, że dla nikogo nasze dzieci nie były ważne! Wszyscy mówili wyłącznie o sobie i swoich sprawach. Żałoba, owszem, oznacza tęsknotę i płacz, ale również wspominanie. Poprosiliśmy najbliższych, by razem z nami wspominali fajne, zabawne i radosne chwile spędzone razem z dziećmi.
Ból
Po śmierci dzieci człowiek budzi się rano i żałuje, że się obudził. Ból po ich utracie nie przypomina zwykłego smutku. Jest jak pęknięcie samej struktury świata. Nic się w nim nie zgadza. Wszystko nadal istnieje — drzewa, domy, ludzie, miasta, poranki — lecz nic nie zgadza się już z dawnym obrazem porządku. Jakby wszechświat był sztuczny, nieprawdziwy, jakby został wymyślony, odarty z realizmu i sensu. Przecież jedyne, co jest prawdziwe i posiada sens to miłość i to zwłaszcza do dzieci. Słowa te prawdziwie oddają ówczesne samopoczucie i perspektywę, nie ma w nich grama przesady.
W kulturze pełnej pośpiechu ludzie często próbują łagodzić cudzy ból słowami: „czas leczy rany”, „musisz być silny”, „życie toczy się dalej”. I choć są one prawdziwe, to serce po takiej stracie nie potrzebuje takich porad. Potrzebuje żałoby, wspominania, zainteresowania tym, co się odczuwa oraz tym, co się myśli. Potrzebuje głównie pomocy w zrozumieniu sensu.
Być może najtrudniejszą lekcją było odkrycie, że cierpienie nie jest wyłącznie wrogiem. Nie dlatego, że jest dobre. Śmierć dziecka nigdy nie jest dobra. Ale dlatego, że ból staje się miejscem, w którym nadal żyje więź z nimi. Rodziła się obawa, że zaprzestanie odczuwania silnego cierpienia jest jak zdrada swoich dzieci. Jakby poradzenie sobie z funkcjonowaniem było zapomnieniem i ich drugą śmiercią.
Z biegiem lat coś jednak się zmienia. Nie miłość, nie pamięć, nie tęsknota, lecz sposób odczuwania bólu. Na początku jest wyłącznie on, pochłania wszystko, jest olbrzymim ciężarem. Później jest stałą obecnością, lecz pozwalającą już oddychać i coś robić. Człowiek nie wraca do dawnego siebie, bo tamten człowiek umarł razem ze swoimi dziećmi. Powstaje ktoś o innym spojrzeniu. Ktoś, kto rozumie, że każde spotkanie może być ostatnim. Ktoś, kto odruchowo częściej przytula bliskich. Ktoś, kto nie lekceważy już prostych chwil — gdy razem siedzimy, razem jemy, razem idziemy, gdzieś jedziemy, gdy coś do mnie mówisz. Przecież mogłoby tego nie być, a całe szczęście jest.
Życie z takim bólem wymaga uczenia się, by nie zamykać się na świat i dalsze funkcjonowanie. Jest to trudne, bo oznacza otwarcie się na dalsze istnienie, którego wcale nie chcesz. Życie po stracie dziecka nie polega na „powrocie do normalności”. Normalnie nigdy już nie będzie. Doświadczyliśmy śmierci. Poczuliśmy ją i wiemy, że istnieje naprawdę. Gdy człowiek doświadczył śmierci, nigdy już nie poczuje beztroski. Życie po stracie dziecka polega raczej na odnajdywaniu poczucia sensu, gdy nie ma ich obecności.
Ich obecność — tego brakuje najbardziej.
Samobójstwo, nazywane w tym momencie przez nas już tylko „odejściem”, postrzegane było jako jedyne sensowne działanie. Bo po co żyć dalej, kiedy nie ma naszych dzieci, sensu naszego istnienia? Dla siebie? To było dla nas za mało. Doświadczyliśmy już troski o małe, żywe, bezbronne istoty, polegające na nas w pełni. Dzięki temu, że byliśmy z żoną razem, nie oddaliśmy się histerii, mogliśmy planować odejście bez pośpiechu.
Pojawiała się w nas chwilami myśl, czy może żyć dalej bez dzieciaków, jednak zdecydowanie nie czuliśmy takiej chęci. Pustki po dzieciach nie da się niczym wypełnić. Wizja spędzenia kilkudziesięciu lat bez nich była nie do zniesienia. Czy potrafisz wyobrazić sobie czterdzieści kolejnych lat bez swoich dzieci? Myślę, że samo wyobrażenie sobie tego jest porażające.
W poczuciu tragedii umysł planował odejście zaskakująco trzeźwo i racjonalnie. Kierowaliśmy się pozostawieniem po sobie porządku. Spłaciliśmy wszystkie zobowiązania finansowe wobec banków. Tak, jak nie chcieliśmy, by po naszym odejściu rodzina była zmuszona do radzenia sobie z naszymi zobowiązaniami bankowymi i urzędowymi, tak nie chcieliśmy również, by po odejściu nasze ciała zostały przez nich znalezione. To musiałoby być dla nich straszne. Dlatego na dokonanie tego aktu wybraliśmy najdalszy zakątek świata. Miała nim być wyspa w południowej części Oceanu Spokojnego. Na tyle daleko, by nie ściągać stamtąd ciał.
Czy faktycznie dokonalibyśmy tego? Teraz już tego nie wiemy.
W tym czasie pracowaliśmy zawodowo i ku zaskoczeniu otoczenia, realizowaliśmy zadania sprawnie i dobrze. Byliśmy blisko domknięcia przygotowań do odejścia, gdy dowiedzieliśmy się, że… w drodze do nas jest dziecko. Szła do nas Maja.
Szczęście, jednak wymieszane z zaskoczeniem i troską. Świat na który przychodzi nie jest już tym samym miejscem, na które zapraszaliśmy jej rodzeństwo, czyli Alę, Olę i Jasia. Teraz widzimy go nie jako oazę, gdzie szczęście jest na wyciągnięcie ręki, a raczej jako miejsce nieprzewidywalne, a przez to niebezpieczne.
Jak ją wychowywać, by nie obarczyć jej naszą traumą i nie narzucać naszego rozczarowania i rozżalenia? A poza tym, jak ona będzie chowała się sama, bez rodzeństwa? Nie wychowywaliśmy do tej pory jedynaczki, tylko trójkę radosnych dzieciaków.
Pojawienie się kolejnego dziecka i zapowiedź jego przyjścia na świat zmieniło wszystko. O odejściu nie było już mowy. Teraz musimy żyć i oddać się opiekowaniu nową istotą.
Czy wszystko wróciło na dawne tory? Nie, i chyba nigdy już nie wróci. Nigdy już nie wróci się do tej samej postawy co kiedyś. Dawne życie się skończyło, a zaczęło nowe, drugie. Podobne, lecz jednak inne. Umysł nadal szuka sensu w tym wszystkim co się wydarzyło. Został wyraźnie skaleczony.
Depresja
Po śmierci dzieci rodzice zazwyczaj przez długi czas odczuwają szok, wynikający z zaskoczenia oraz niezaspokojonej, olbrzymiej tęsknoty za obecnością swoich pociech. W naszym przypadku stan szoku trwał około czterech lat.
Szok objawia się trudnością w skupieniu na wybranym temacie, chaosem w głowie i odrętwieniem. Jakby umysł próbował chronić się przed obciążeniem, które może być dla niego zbyt silne. Z tego okresu niewiele się pamięta. Osoby w takim stanie sprawiają wrażenie wycofanych, spokojnych i nienaturalnie cichych. Niektórzy wykonują codzienne czynności w sposób automatyczny, tak jakby działali bez świadomości tego, co robią. Inna osoba może godzinami siedzieć i patrzeć przed siebie, sprawiając wrażenie bezmyślności. Osoba w szoku może patrzeć na ludzi, słuchać ich słów i jednocześnie mieć poczucie, że wszystko dzieje się gdzieś obok, jakby było nierealne. My też tego doświadczaliśmy. Świat wydawał się nierzeczywisty, jakbyśmy byli obok.
Szok objawia się także fizycznie. Ciało reaguje tak, jakby znalazło się w stanie zagrożenia. W niczym nieuzasadnionych momentach pojawia się przyspieszone bicie serca, pobudzenie lub z kolei osłabienie albo wręcz całkowity brak sił. Człowiek może przestać odczuwać głód i pragnienie, ponieważ organizm koncentruje się wyłącznie na przetrwaniu psychicznego wstrząsu. Niektórzy nie potrafią spać, inni mogą spać przez całe dnie, jakby ich organizmy uciekały przed rzeczywistością. Brak snu dotknął Monikę, mnie możliwość i chęć ciągłego spania.
Bardzo charakterystyczne jest również zachwianie czasu. Mimo upływu lat, a nie dni, człowiek cały czas ma wrażenie, że wypadek był przed miesiącem lub góra rokiem. Posiada poczucie, że czas stanął. Świat też powinien stanąć razem z nim, lecz pędzi nadal. Samochody jeżdżą ulicami, ludzie rozmawiają, sklepy są otwarte. Bezlitosne jest to zderzenie własnej katastrofy z obojętnym działaniem świata.
Na początku często pojawiają się gwałtowne fale emocji. Rozpacz miesza się z niedowierzaniem, gniewem, bezsilnością. Wraca się myślami do ostatnich chwil przed wypadkiem, próbując znaleźć moment, w którym wszystko mogło potoczyć się inaczej. Wiemy, że wystarczyło odjechać z ostatniego miejsca spotkania trzydzieści sekund wcześniej lub później, by dzieci żyły dalej. Ta przypadkowość jest nieznośna, porażająca, budząca poczucie własnej marności oraz całkowitego braku znaczenia.
Około ośmiu miesięcy po wypadku doszliśmy z żoną do wniosku, że sami, siłą woli czy świadomą pracą nad myśleniem, nie poradzimy sobie z odczuwanymi emocjami i stanem naszych umysłów. Skorzystaliśmy z pomocy lekarza, który zdiagnozował depresję i wsparł nas medycznie.
Depresja jest zaburzeniem pracy mózgu. Wygląda na to, że zaburzeniu ulega zaopatrywanie go w neuroprzekaźniki, takie jak serotonina, dopamina i noradrenalina. Stan depresyjny nie jest zwykłym smutkiem ani chwilowym załamaniem nastroju. Smutek ten narasta i trwa. Tworzy emocje, a dokładnie poczucie bezsensu i lęki. To stan, w którym świat traci barwy, a rzeczy, które kiedyś były naturalnym źródłem radości, przestają w jakimkolwiek stopniu sprawiać frajdę.
Depresję nazywam właśnie chorobą emocji. W jej stanie człowiek odczuwa jej bardzo silne negatywne odcienie, całkowicie nieadekwatne do sytuacji. Są to lęki, obawy, poczucie, że człowiek zapomniał o czymś, co powinien wykonać, poczucie, że zawodzi innych ludzi, że ich rozczarowuje. Racjonalnie sprawdza wszystkie swoje sprawy i upewnia się, że są one w dobrym stanie i nikt na nic nie czeka. To jednak dla emocji nie ma znaczenia, bo organizm truje się prawdziwym lękiem. Po wielu tygodniach i miesiącach człowiekowi nie chce się żyć.
Depresja jest stanem bolesnym. Jak żyć dalej, gdy całe ciało krzyczy emocjami poczucia braku sensu, niechęci do życia? Jak prowadzić z ludźmi rozmowy, gdy wszystkie poruszane przez nich tematy wydają się trywialne i niemające znaczenia? Dla rodziców, którzy stracili potomstwo, jest ona szczególnie bolesna. Nie pozwala w spokoju opłakiwać ukochanych przez siebie dzieci, bo organizm przez cały czas myśli wyłącznie o odejściu. Były one dla nas nie tylko ukochanymi osobami, najbliższymi przyjaciółmi, lecz także sensem każdego dnia, powodem wysiłku, działania, źródłem planów i wyobrażeń przyszłości. Po ich śmierci świat traci kierunek. Rzeczywistość traci swoją dawną strukturę. Dom staje się cichy w sposób nienaturalny. Przedmioty przypominają o nieobecności i wzbudzają żal. Dni mijają, lecz człowiek nie potrafi odnaleźć w nich celu. Depresja w takiej sytuacji sprzyja zapomnieniu się w poczuciu tragedii.
Myśl ratunkowa
Kiedy umiera dziecko, człowiekowi rozpada się wyobrażenie świata i jego własna przyszłość. Śmiech, który miał jeszcze brzmieć w domu, małe dłonie, które miały być jeszcze trzymane i które miały dorosnąć, wizja pomagania im w wieku nastoletnim i starszym. W takich chwilach myślenie o czymkolwiek innym wydaje się niemal zdradą. Ale głębsze zastanawianie się nad sensem, wartościami, nad organizacją i działaniem świata, pojawiały się mimo woli. Pewnego dnia, być może w wyniku przesilenia żalu, pojawiła się myśl: „Dlaczego wyłącznie płaczemy nad tym, że dzieci odeszły, a nie cieszymy się tym, że w ogóle z nami były?”.
Postawiliśmy sobie wtedy pytanie: „Gdyby można było cofnąć czas i gdyby jeszcze przed narodzinami Ali, naszego pierwszego dziecka, ktoś powiedział nam, że będziemy mieli troje wspaniałych dzieci, lecz po jedenastu latach wszystkie zginą w wypadku, to czy chcielibyśmy, by z nami były?”. Odpowiedź była jednoznaczna: oczywiście, że tak. „Skoro tak, to dlaczego tak bardzo płaczemy, zamiast cieszyć się, że mogliśmy z nimi być?”.
Dzięki temu pytaniu nasze spojrzenie zostało skierowane ku innym emocjom, ku wdzięczności. Lecz nie za śmierć, nigdy za śmierć, lecz ku wdzięczności za samo istnienie tych chwil, które były. Za śmiech dzieci, za zapach ich włosów, za wspólne zabawy, rozmowy, za obecność. Za możliwość doświadczenia miłości matczynej i ojcowskiej.
Cieszenie się nie jest łatwe, gdy ciało płacze i umiera z tęsknoty oraz żalu. Myśl ta jednak wskazała nam kierunek. Pilnowaliśmy już od tego momentu własnego myślenia, by skupiać swoją uwagę na chwilach szczęśliwych i przywoływać w pamięci ich obrazy. To praca niełatwa, lecz po czasie przynosi drobne efekty, w postaci poprawiającego się nastroju. Wdzięczność w takim cierpieniu nie jest beztroską radością i takiego efektu nawet nie oczekiwaliśmy. Jest bólem, lecz jednocześnie docenieniem, że miało się możliwość doświadczenia miłości tak silnej.
Pytania
„Ważne jest, aby nie przestawać pytać.”
Albert Einstein
Wypadek postawił pytania. Zmusił do dookreślenia porządku świata. Coś się w nim nie zgadza. Czy śmierć niewinnych dzieci, bez jakiejkolwiek przyczyny, jest zjawiskiem normalnym, wpisanym w jego strukturę? Czy w tej sytuacji ich życie miało jakiś głębszy sens? Czy życie człowieka w ogóle ma jakiś głębszy sens, skoro może tak przypadkowo zostać zakończone? Czy jest tak, jak wskazują religie, że sensem jest późniejsze życie wieczne? A może życie człowieka jest jednak wyłącznie wynikiem przypadku, czyli spotkania się kiedyś dwóch komórek i jako takie nie posiada specjalnej wartości czy sensu? Może nie ma w nim nic głębszego? Lecz jak traktować fakt, że wizja „życia wiecznego” jest przedstawiana praktycznie przez wszystkie religie? Czy wynika to tylko z marzenia ludzkości o tym, by jej życie nigdy się nie skończyło?
Niejedna osoba posiada przeczucie, mówiące że w organizacji świata jest coś głębszego i że posiada ono jakiś sens. Nawet jeżeli nie potrafi tego nazwać, to odczuwa przekonanie, że „coś” głębszego w życiu musi być. Też tak mam i to od najmłodszych lat. Posiadanie tego typu przekonania nie świadczy oczywiście o tym, że „coś” jest, raczej stawia wyłącznie pytania wewnątrz człowieka i budzi w nim zastanowienie. Od zawsze pragnąłem zidentyfikować, czym może być owo „coś”, a po odejściu dzieci ta potrzeba wzrosła. Czy to Bóg osobowy czy po prostu jakaś siła? Jak działająca? Czym się kierująca? O co w niej chodzi? Rozszyfrowanie sposobu jej funkcjonowania pozwoliłoby prawidłowo zrozumieć nagłą śmierć wszystkich naszych dzieci. Pisma święte — Biblia, Tanach, Tora, Śruti — przedstawiają obrazy Absolutu, lecz żadne z tych pism nie daje jasnego wyjaśnienia bezsensownej śmierci dzieci w wypadku samochodowym.
Religia, w której nas wychowano, ukazuje Absolut w postaci Boga, jako bytu zewnętrznego, kierującego całym stworzeniem. Kościół uczy o sposobie jego myślenia i zasadach, jakimi się kieruje. Jaki cel w związku z tym mógł mieć Bóg, by w jakimś przypadkowym zdarzeniu uśmiercić trójkę niewinnych dzieci? Czy było to coś w rodzaju „kary”? Lecz dla kogo? Dla nas, rodziców? Dla kobiety — sprawczyni? Dla dzieci?
Jeśli miała to być kara za jakieś grzechy kobiety, która spowodowała wypadek, to dlaczego zabrał nasze dzieci, skoro ona miała swoje? Czy odebranie jej własnych dzieci nie byłoby dla niej większą karą?
Tezę, że mogła być to kara dla rodziców lub tej kobiety, ludzka logika może jeszcze obronić. Lecz kary dla dzieci, których krótkie życie nie powodowało przecież żadnego wyraźnego zła, umysł nie potrafi obronić, zrozumieć i zaakceptować.
Trudno dodatkowo uznać za sprawiedliwe ukaranie jednych osób poprzez odebranie życia innym. Jeśli dzieci miałyby umrzeć po to, by rodzice lub ktoś inny otrzymał nauczkę, rodzi się szereg pytań. W czym zawiniły same dzieci, że ktoś inny nie spodobał się Bogu? Co z ich życiem, autonomią, prawem do istnienia i sprawiedliwością wobec nich? Czy można pozbawić kogoś życia, aby przekazać określoną lekcję komuś innemu? Czy możliwe jest, by zamysłem Boga było stworzenie trzech istnień, których głównym celem życia będzie wcześniejsza śmierć, jako wymierzenie komuś kary? Czy byłoby to sprawiedliwe wobec tych istnień? Czy ich życie mogło być dla Niego mniej warte, skoro dał im życie, którego z góry nie będą mogli dożyć do starości? Czy o takim Bogu można byłoby mówić, że jest „miłością”?
Taki obraz Boga trudno jest pogodzić z ideą Jego sprawiedliwości i miłości. Bóg, który uśmierca niewinne dzieci, aby dać coś do zrozumienia dorosłym, jawiłby się raczej jako okrutny i bezlitosny niż sprawiedliwy i kochający. Tego rodzaju działanie nie mieści się w ludzkim poczuciu przyzwoitości i etyki, a tym bardziej trudno byłoby przypisać je istocie uznawanej za najwyższe dobro. Taka perspektywa nie daje się pogodzić z pojęciem sprawiedliwości. Czy życie dzieci mogło mieć mniejszą wartość, skoro — choć zostało im dane — z góry nie miało szansy dopełnić się w naturalnej starości? Powstała tu poważna sprzeczność. Z jednej strony religia przedstawia Boga jako sprawiedliwego i pełnego miłości, z drugiej zaś interpretacja wydarzeń prowadzi do obrazu Boga niesprawiedliwego. Na pierwsze pytania nie znaleźliśmy satysfakcjonujących odpowiedzi. Coraz wyraźniej dostrzegaliśmy pęknięcia w obrazie Boga i ustanowionego przez Niego porządku świata. Pustka się pogłębiała. Nie posiadaliśmy obrazu świata, który dawałby nam poczucie porządku.
Nie dawał nam jeszcze spokoju obraz „Boga kochającego”. Religia chrześcijańska, w której zostaliśmy wychowani, mówi, że Bóg kocha każdego człowieka i każdą żywą istotę. Kiedy jednak kobieta, wjeżdżając w nasze auto, doprowadziła do śmierci dzieci, rodzi się pytanie, czy w tej historii Bóg naprawdę kochał wszystkich jej uczestników? Czy w tym śmiertelnym zdarzeniu była gdzieś Jego miłość? Gdzie? W czym ona się przejawiała? Czy była wykazana wobec dzieci, które straciły życie? Czy może wobec nas, rodziców, którzy utracili wszystko, co było dla nas najcenniejsze? A może wobec kobiety, która spowodowała wypadek i od tej chwili musi żyć z jego konsekwencjami?
A może jednak nie jest On kochający? Może nie kochał dzieci, skoro pozwolił im umrzeć? Może nie kochał nas, rodziców, skoro odebrał nam wszystkie dzieci? A może nie kochał tej kobiety, która spowodowała wypadek? Jeżeli kogokolwiek z nas nie kochał, to obraz „Boga kochającego” przedstawiany w religii nie może być prawidłowy. Jeśli choć jedna z osób dotkniętych tą tragedią została wyłączona z Bożej miłości, wówczas obraz Boga kochającego wszystkich bez wyjątku nie daje się utrzymać. W ten sposób zachwianiu ulega kolejny fundament religijnego obrazu Boga. Podobnie jak wcześniej zostało zakwestionowane przekonanie o Jego sprawiedliwości, tak teraz można poddać w wątpliwość przekonanie o Jego bezwarunkowej miłości do każdego człowieka.
Załóżmy jednak, że w tej tragedii Bóg kochał wszystkich jej uczestników. Trudno jest wtedy zrozumieć, jak ta miłość może współistnieć z wydarzeniem, które przyniosło tak ogromne cierpienie. Ukazywałoby to, że człowiek nie rozumie, czym w istocie jest Jego miłość. Bo jak ją rozumieć? Po ludzku się nie da. Bo jak rozumieć miłość do dzieci, gdy odbiera się im życie? Jak zrozumieć miłość do rodziców, gdy odbiera się im wszystkie ich dzieci? I jak rozumieć miłość Boga wobec sprawczyni, skoro dopuścił do wydarzenia się tej tragedii, a ją pozostawił z ciężarem winy i świadomością uśmiercenia trojga młodych istnień?
Ludzie głęboko wierzący mówią, że Bóg obdarzył człowieka wolną wolą i kobieta ta właśnie z niej skorzystała. Podjęła decyzję o wyprzedzaniu w danym miejscu i musi ponieść tego konsekwencje. Jeżeli tak, to skoro jej decyzja doprowadziła do śmierci trojga dzieci, to prawdopodobnie spotka ją kara wiecznego potępienia. I tu pojawia się kolejna wątpliwość.
Przecież ta kobieta nie chciała nikogo zabić. Nie działała z premedytacją, nie planowała niczyjej śmierci, nie kierowała się złą wolą. Nie dokonała wyboru i nie podjęła świadomej decyzji o zabiciu czyichś dzieci. Wykazała się jedynie brakiem rozwagi, rozsądku, może mądrości i rozpoczęła manewr wyprzedzania w miejscu, gdzie był on dozwolony, lecz nie był bezpieczny. Czy za taki moment braku rozwagi Bóg miałby skazać człowieka na wieczne potępienie, nawet za śmierć trojga dzieci? Trudno w to uwierzyć. To była tylko chwila nierozwagi. Nawet my, ludzie, w tym my rodzice dzieci, które zginęły, patrzymy na tę kobietę ze współczuciem i czujemy, że chwilowy błąd, choć tragiczny w skutkach, nie powinien oznaczać wiecznej kary.
Jeśli jednak przyjąć, że Bóg nie ukarałby jej w sposób ostateczny, pojawia się kolejna wątpliwość. Jeżeli za uśmiercenie trojga dzieci Bóg nie wymierzyłby kary, to czy życie człowieka ma dla niego wartość? Czy śmierć dzieci mogła nie mieć dla Niego znaczenia? Czy ich życie mogło nie być dla Niego ważne? Skoro dał im życie, można przypuszczać, że wiązał z nimi jakiś zamysł. Sprawczyni wypadku przerwała w związku z tym trzy ludzkie historie, które dopiero miały się wydarzyć, czyli tym samym zniweczyła jakiś zamysł Boga. Czy możliwe jest, aby człowiek, działając w ramach własnych decyzji i błędów, mógł realnie sprzeciwić się Bożym planom i je unieważnić? Czy ludzka wolność może w takiej sytuacji wejść w konflikt z domniemanym boskim zamiarem?
Osoby głęboko wierzące tłumaczą niekiedy takie zdarzenia wpływem szatana, który miałby kierować działaniem sprawczyni. Ale jak to z kolei rozumieć? Jeśli Bóg kocha wszystkich uczestników zdarzenia i ma wobec nich określone plany, to czy istnieje jednocześnie siła zdolna te plany niweczyć? Tu rodzi się logiczne napięcie. W takim ujęciu Bóg nie jest w pełni wszechmocny, skoro Jego zamierzenia mogą zostać skutecznie udaremnione. Podważa to kolejny z podstawowych dogmatów wiary. Co więcej, jeśli zakłada się, że Bóg posiada konkretne plany wobec ludzi, które mogą zostać zniweczone przez działanie szatana lub człowieka, to pojawia się również problem Jego wszechwiedzy. Gdyby bowiem Bóg był wszechwiedzący, musiałby wiedzieć, że dane zamierzenia nie zostaną zrealizowane, a więc trudno byłoby mówić o posiadaniu przez Niego realnych planów wobec konkretnych wydarzeń i osób.
Próba odpowiedzi na powyższe pytania prowadzi do jednego wniosku: religijny obraz Boga nie jest spójny. Przedstawia on wizję Siły stwórczej, nadaje jej określone cechy, jednak w wielu miejscach zdaje się przeczyć sam sobie. Bóg ukazywany jest jako kochający, a jednocześnie uśmierca małe, niewinne dzieci. Nazywany jest sprawiedliwym, lecz odbiera życie dzieciom, które nic jeszcze złego nie miały okazji zrobić. Określany jest mianem „wszechmocnego”, lecz szatan może zmienić jego zamierzenia. Mówi się o Nim, że jest wszystkowiedzący, lecz to też niemożliwe, bo skoro szatan może ingerować w jego plany, to Bóg nie może wiedzieć, czy uda mu się je zrealizować.
Jeśli więc założenie, że Bóg kocha wszystkich ludzi i jest wobec nich sprawiedliwy zawodzi w tak fundamentalnych kwestiach, trudno bez zastrzeżeń uznać za prawdziwy cały obraz, który kreśli religia. Nawet gdyby kiedyś okazało się, że Bóg rzeczywiście jest istotą kochającą i sprawiedliwą, to z pewnością są to przymioty rozumiane według nieznanych nam kryteriów. Rodzi się zatem pytanie, dlaczego w ogóle przypisuje mu się takie cechy, skoro nie odpowiadają one ich ludzkiemu rozumieniu?
W konsekwencji także wizja życia po śmierci, budowana na tych samych założeniach, też raczej nie jest prawdziwa. Skąd założenie, że człowiek po śmierci nadal istnieje, skoro ludzkość nie odnotowała dotąd żadnych przesłanek, które by to potwierdzały?
Co więcej, wizja życia wiecznego zakładałaby, że ludzka świadomość potrafi przetrwać śmierć. Jednakże w ramach nauk empirycznych (np. biologia, neurobiologia, medycyna) traktuje się ją jednoznacznie jako funkcję pracy mózgu. Wygląda na to, że świadomość jest jego wytworem i podlega tym samym prawom, co wszystkie jego funkcje, a te gasną wraz z ciałem. Gdy mózg przestaje działać, ustaje też aktywność związana ze świadomością. Nie ma wiarygodnych, powtarzalnych eksperymentów czy choćby obserwacji, które wykazałyby, że świadomość istnieje niezależnie od ciała po śmierci. W tym świetle słowa, że „kiedyś jeszcze spotkacie swoje dzieci w innym świecie”, brzmią jak obietnica trudna do zrealizowania. Istnieją owszem relacje osób w stanie śmierci klinicznej, jednakże pacjenci ci nie byli biologicznie martwi w sensie definitywnym. Ich mózgi wciąż działały, choć w skrajnych warunkach, takich jak niedotlenienie. Badacze tłumaczą je raczej procesami zachodzącymi w mózgu w warunkach skrajnych, a nie jako dowód „życia po śmierci”.
Zdarza się zresztą, że funkcje mózgu zanikają jeszcze za życia. Pamięć słabnie wraz z uszkodzeniem neuronów, charakter potrafi zmienić się po urazie, a człowiek, który utraci fragment mózgu, może przestać rozpoznawać twarze, gubić słowa, utracić zdolność odczuwania muzyki czy panowania nad emocjami. Moje otoczenie osobiście doświadczyło chwilowego u mnie zaniku pamięci.
A gdyby mój mózg nie powrócił w pełni do dawnej sprawności, gdyby moja świadomość rzeczywistości i samego siebie uległa zmianie, czy wciąż byłbym tą samą osobą? Czy byłbym tym samym Tomaszem Krawczykiem, gdybym inaczej reagował, co innego by mnie śmieszyło, co innego bym pamiętał, miałbym inny od obecnego zakres wiedzy i rozumienia oraz miałbym odmienną skłonność do czynienia dobra i zła? A jeśli nie, to która wersja mojej świadomości przeszłaby do życia wiecznego?
Im dłużej rozważaliśmy wszystkie te pytania, tym bardziej oddalała się od nas możliwość zrozumienia sytuacji i świata. Jeśli miała to być miłość, to była tak odległa od ludzkiego pojmowania, że przestawaliśmy dostrzegać jej sens. A jeśli nie potrafiliśmy odnaleźć jej ani w losie dzieci, ani rodziców, ani sprawczyni tragedii, to coraz trudniej było nam utrzymać przekonanie, że wydarzenie to można pogodzić z obrazem Boga rysowanym przez religie.
Skoro rysowane przez nie obrazy nie mogą być prawdziwe, a jednocześnie czuje się istnienie „czegoś” głębszego, pozostaje pytanie: czym jest owa Siła, która wszystko tworzy? W jaki sposób działa i czym się kieruje, skoro pozwala na tak „bezsensowną” śmierć trzech niewinnych istnień? W efekcie, czy życie ma jakikolwiek sens? Jeżeli tak, to jaki? Jaki może być sens istnienia w ogóle?
Rozważania
Gdzieś coś niesamowitego czeka,
by zostać poznane.
Carl Sagan
W niniejszym rozdziale spróbuję rozpoznać strukturę istnienia w stopniu, na jaki pozwala obecny stan wiedzy. Oprę swoje rozważania na ustaleniach, które można uznać za najbardziej prawdopodobne. Mam nadzieję, że analiza ta pozwoli choć trochę zrozumieć, czy ze struktury rzeczywistości wyłania się sens samego istnienia.
Pytanie o sens życia oraz sposób funkcjonowania świata trapi wielu ludzi, nie tylko nas. Od najdawniejszych czasów człowiek patrzy w niebo oraz w misterium działania wszelkich organizmów i odczuwa coś, co nie jest łatwe do nazwania. Nie chodzi wyłącznie o zachwyt. Widzi określony porządek oraz idealną synchronizację i synergię. Jest to raczej poczucie, że rzeczywistość jest czymś więcej niż tylko przypadkowym zbiorem materii. Że pod powierzchnią świata istnieje ukryty porządek, być może wielka świadomość albo niewidzialna jedność, której człowiek jest częścią. To przeczucie artykułowane było niemal w każdej epoce i kulturze.