Przedmowa
Są takie książki, które zaczynają się od niepokoju. Nie od huku, nie od zbrodni pokazanej w pierwszym akapicie, nie od łatwego efektu grozy, lecz od drobnego przesunięcia w codzienności. Ktoś wraca z pracy. Ktoś nastawia wodę. Ktoś kroi warzywa. Ktoś siada do stołu. I właśnie wtedy, w tej zwyczajności, która powinna koić, pojawia się rysa. To z niej rodzi się prawdziwy lęk. Nie z potworów, nie z ciemnych piwnic, nie z taniej sensacji, lecz z odkrycia, że najbliższa przestrzeń człowieka — dom, kuchnia, małżeństwo, codzienny rytuał — może stać się sceną precyzyjnie zaplanowanego okrucieństwa.
Smakosz jest właśnie taką książką.
To powieść, która działa na kilku poziomach jednocześnie i na każdym z nich działa mocno. Jako kryminał jest konsekwentna, metodyczna i gęsta od napięcia. Jako historia psychologiczna jest przejmująca, bo pokazuje nie tylko przemoc, ale także mechanizmy zaprzeczenia, zależności, przyzwyczajenia i rozpadu zaufania. Jako opowieść obyczajowa pozostaje głęboko osadzona w polskiej codzienności — tej prowincjonalnej, znajomej, pozornie przewidywalnej. Wreszcie jako książka z pogranicza botaniki i literatury faktu stanowi rzecz rzadką: udowadnia, że wiedza o roślinach może być nie tylko piękna, ale i śmiertelnie fascynująca.
Największą siłą tej powieści jest jej wiarygodność. Autor nie buduje grozy na nadmiarze. Przeciwnie — buduje ją z obserwacji. Z tonu rozmowy małżeńskiej. Z zapachu obiadu. Z drobiazgów, które dla większości ludzi pozostają neutralne: liścia, korzenia, nasiona, naparu. To literatura, która doskonale rozumie, że prawdziwy horror nie potrzebuje nadprzyrodzoności. Wystarczy człowiek obdarzony cierpliwością, inteligencją i chłodem. Wystarczy człowiek, który wie, jak długo czeka się na efekt i jak łatwo pomylić troskę z kontrolą.
Ta książka robi również coś znacznie trudniejszego niż samo opowiedzenie historii zbrodni. Ona pokazuje społeczne tło zła. Nie jako abstrakcyjną dekorację, ale jako gęstą tkankę codziennych relacji: sąsiedzkich przekonań, szpitalnych procedur, małomiasteczkowych przyzwyczajeń, rodzinnych odruchów, zawodowej rutyny. Głogów nie jest tu tylko miejscem akcji. Jest pełnoprawnym organizmem społecznym, z jego językiem, rytmem pracy, krajobrazem i milczącym przyzwoleniem na to, by długo nie zadawać trudnych pytań. To bardzo ważne, bo Smakosz nie opowiada jedynie o jednostkowym potworze. Opowiada również o tym, jak długo potrafimy wierzyć w porządek tam, gdzie od dawna działa chaos.
Warto podkreślić także walor dokumentacyjny tej powieści. Autor z wielką dyscypliną i wyczuciem korzysta z wiedzy botanicznej oraz toksykologicznej, nie popadając przy tym ani w dydaktyzm, ani w suchy wykład. Rośliny w tej książce nie są egzotycznym dodatkiem. Każda ma własny ciężar, historię, charakter i biologiczną logikę. Opisy ich działania nie służą wyłącznie budowaniu sensacji. Ujawniają coś znacznie ciekawszego — jak cienka jest granica między ludową wiedzą, farmakologią, przesądem i zbrodnią. Jak natura, która przez stulecia była źródłem leczenia, może stać się narzędziem przemocy w rękach kogoś, kto zamienia ciekawość w obsesję.
Psychologicznie Smakosz jest książką wyjątkowo dojrzałą. Nie oferuje prostych odpowiedzi, a jednak ani przez chwilę nie traci moralnej jasności. Pokazuje, jak działa sprawca, ale nie po to, by go usprawiedliwiać. Pokazuje, jak działa ofiara, ale nie po to, by ją idealizować. Pokazuje też profesjonalistów — lekarzy, śledczych — nie jako herosów bez skazy, lecz ludzi uwikłanych w procedury, zmęczenie, wątpliwości i odpowiedzialność. To właśnie ten realizm nadaje opowieści siłę. Czytelnik nie dostaje gotowej legendy o złu i dobru. Dostaje ludzi, których decyzje ważą, ranią, kosztują i mają konsekwencje.
Szczególne uznanie należy się także językowi. Ta książka jest napisana z wyczuciem rytmu mowy codziennej, z uchem wyostrzonym na polski dialog, na jego skróty, zawahania, przemilczenia i drobne nieszczerości. Dzięki temu opowieść brzmi naturalnie, a jednocześnie nie traci literackiej energii. To ważne, bo w książce, w której znaczna część napięcia rodzi się między jednym zdaniem a drugim, język musi być precyzyjny. I tutaj jest. Precyzyjny jak ręka chirurga. Albo — co w tym przypadku zabrzmi jeszcze trafniej — jak ręka kogoś, kto dobrze wie, ile trzeba dodać, by nie zabić od razu.
Nie mam wątpliwości, że Smakosz znajdzie czytelników zarówno wśród miłośników mocnych kryminałów, jak i tych, którzy szukają literatury mądrze korzystającej z wiedzy o człowieku i świecie. To powieść, którą czyta się z rosnącym napięciem, ale także z coraz większym podziwem dla konstrukcji, researchu i psychologicznej prawdy. Rzadko trafia się książka, która umie być jednocześnie tak konkretna i tak wieloznaczna. Tak lokalna i tak uniwersalna. Tak cielesna i tak intelektualna.
Bo ostatecznie nie jest to tylko opowieść o truciznach. To opowieść o władzy. O kontroli. O tym, jak łatwo pomylić opiekę z dominacją, troskę z zawłaszczeniem, codzienny rytuał z przemocą. To także opowieść o patrzeniu — kto patrzy, kto nie widzi, kto nie chce widzieć, a kto widzi za dużo i dlatego nie może już wrócić do dawnego spokoju.
Smakosz zostaje z czytelnikiem na długo. Zostaje w pamięci obrazem kuchni, która przestała być bezpieczna. Zostaje pytaniem o to, ile zła może zmieścić się w zwyczajnym geście podania herbaty. Zostaje wiedzą, że najstraszniejsze historie nie dzieją się w miejscach odległych i obcych, lecz tam, gdzie człowiek najbardziej chciałby czuć się u siebie.
To książka mocna, potrzebna i znakomicie skomponowana. Książka, która nie tylko opowiada historię, ale również odsłania mechanizm. A literatura, która potrafi odsłonić mechanizm zła bez utraty napięcia, bez utraty empatii i bez utraty literackiej klasy, zasługuje na uwagę szczególną.
Oddaję ją Państwu z pełnym przekonaniem, że jest to jedna z tych powieści, które czyta się szybko, ale pamięta długo. I że po jej lekturze trudno będzie spojrzeć na domową kuchnię, bukiet kwiatów czy filiżankę herbaty z dawną beztroską.
Rozdział 1: Zupa dnia
Głogów cuchnął miedzią. Nie zawsze i nie wszędzie, ale w te bezchmurne jesienne dni, kiedy wiatr ciągnął od strony huty, miasto owijał niewidzialny szal metalicznego smrodu, który osiadał na językach i wżerał się w pranie rozwieszone na balkonach. Ludzie stąd przywykli do tego zapachu, tak jak przywykli do hałdy, do pomarańczowych stużek dymu nad kominem kombinatu i do trzęsień ziemi wywołanych robotami strzelniczymi w podziemiach kopalni Rudna. Głogów był miastem, które swoje najlepsze lata miało albo za sobą, albo jeszcze przed sobą, w zależności od tego, kogo się zapytało. Starzy górnicy mówili, że kiedyś było lepiej. Młodzi, że nigdzie indziej nie ma takich zarobków na czysto. Prawda, jak zwykle, gnieździła się gdzieś pomiędzy, w szczelinach między blokami z wielkiej płyty na osiedlu Kopernika, w zakamarkach kamienic przy rynku, w zamkniętych na cztery spusty domach jednorodzinnych na obrzeżach, za których progiem kryło się życie, o którym sąsiedzi wiedzieli mniej, niż im się wydawało.
Dom Wiesława i Barbary Komosów stał przy ulicy Działkowej, trzeci od końca, po lewej stronie. Był to dom parterowy z użytkowym poddaszem, z beżowym tynkiem, który w kilku miejscach zaczynał odpadać, z brązową bramą garażową i z ogródkiem, który od strony ulicy wyglądał jak wszystkie ogródki w tej okolicy — trochę trawnika, trochę rabat z różami, trochę zaniedbania. Od strony podwórka było inaczej, ale o tym za chwilę.
Wiesław Komosa miał czterdzieści pięć lat, metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, szerokie ramiona nadbudowane dwudziestoletnim stażem pracy pod ziemią i twarz, która wyglądałaby na dobroduszną, gdyby nie oczy. Oczy Wiesława były koloru brudnego miodu, osadzone głęboko pod ciężkimi powiekami, i miały w sobie coś, co trudno było nazwać inaczej niż cierpliwością. Nie cierpliwością zmęczonego człowieka ani cierpliwością świętego. Raczej cierpliwością kogoś, kto wie, że czas pracuje na jego korzyść, i kto nigdy, przenigdy się nie spieszy.
Barbara Komosa, z domu Piątkowska, miała te same czterdzieści pięć lat, ale wyglądała na więcej. Nie dlatego, że zaniedbywała się — wręcz przeciwnie, w każdy piątek jechała do fryzjerki na osiedle Hutnik, a w łazience trzymała więcej kremów niż niejedna dwudziestolatka. Wyglądała na więcej, bo życie zostawiło na niej ślady, których żaden krem nie mógł wymazać. Miała podkrążone oczy nawet po ośmiu godzinach snu, bladą cerę, która przyjmowała odcień pergaminu, i ręce, które drżały, kiedy była zmęczona. Lekarze mówili, że to nerwy. Że to wiek. Że to klimat. Że to wszystko naraz.
Był wtorek, dwunasty października, a Wiesław właśnie wracał ze zmiany.
Zjechał z szybu o czternastej trzydzieści, przebrał się w łaźni, potrącił ramieniem Mietka Walczaka, jak zwykle, i nie odezwał się do nikogo w autokarze zakładowym, jak zwykle. W przebieralni pachniało wilgocią, potem i dezodorantem w aerozolu. Pod prysznicem Wiesław stał dłużej niż inni. Lubił gorącą wodę. Lubił czuć, jak zmywa z siebie sól kamienną, pył miedziowy i zapach podziemi, który był inny niż zapach czegokolwiek na powierzchni — słodkawy, mineralny, starożytny.
Autokar wysadził go przy pętli na osiedlu Kopernika o piętnastej dwadzieścia. Stamtąd miał jedenaście minut piechotą do domu. Szedł zawsze tą samą drogą — przez parking przy Biedronce, wzdłuż żywopłotu z ligustru, skręcał w Działkową i już. Plecak przewieszony przez lewe ramię, w plecaku menażka, termos i mały słoik, owinięty ściereczką, żeby nie zabrzęczał.
O słoiku za chwilę.
Kiedy przekroczył próg domu, w przedpokoju było ciemno. Zdjął buty, ustawił je równo na półce — lewą z lewej, prawą z prawej, zawsze w ten sam sposób — i zawołał.
— Basiu? Jestem.
Odpowiedź przyszła z głębi domu, stłumiona, jakby filtrowana przez kilka zamkniętych drzwi.
— W sypialni jestem. Migrenę mam.
Wiesław powiesił kurtkę na wieszaku, trzecim haczyku od lewej, tym z drewnianą gałką, i ruszył korytarzem. Zajrzał do sypialni. Barbara leżała na łóżku przykryta kocem w kratę, z poduszką pod karkiem i z zamkniętymi oczami. Zasłony były zaciągnięte. Na szafce nocnej stała szklanka z wodą i opakowanie ibuprofenu.
— Od kiedy?
— Od południa. Zaczęło się w sklepie, przy kiszonych ogórkach. Nagle mi tak ścisnęło skronie, że myślałam, że zemdleję.
— I co, wzięłaś coś?
— Dwa ibupromy. Nic nie pomogło.
Wiesław stanął w progu, oparty ramieniem o framugę. Przez chwilę patrzył na żonę. Ktoś, kto by go obserwował — ale nikt go nie obserwował — zauważyłby, że w tym spojrzeniu nie było ani troski, ani obojętności. Było coś, co najlepiej opisać jako kalkulację.
— To ci obiad zrobię — powiedział wreszcie. — Rosół. Na migreny najlepszy rosół.
Barbara otworzyła jedno oko.
— Nie musisz, Wiesiu. Jest chleb, jest ser, jakoś przeżyję.
— E tam, chleb z serem. To nie jest jedzenie. Leż, odpoczywaj, ja się wszystkim zajmę.
Uśmiechnął się. Uśmiech Wiesława Komosy był jak lampa z czujnikiem ruchu — zapalał się dokładnie wtedy, kiedy ktoś patrzył, i gasł natychmiast, kiedy odwracał wzrok. Barbara zamknęła oczy i mruknęła coś, co mogło być podziękowaniem, a mogło być rezygnacją.
Wiesław poszedł do kuchni.
Kuchnia Komosów była królestwem Wiesława, chociaż oficjalnie należała do Barbary. To Barbara kupowała garnki, dobierała zasłonki, wieszała na ścianie obrazek z Matką Boską Częstochowską i kalendarz z Sanktuarium w Lourdes, przywieziony z zeszłorocznej pielgrzymki. Ale to Wiesław gotował. Od zawsze, od początku małżeństwa, od pierwszego wspólnego obiadu w mieszkaniu na Hutnika, które wynajmowali, zanim kupili dom. Barbara gotowała jak jej matka — solidnie, prosto, bez wodotrysków. Ziemniaki, mięso, surówka, kompot. Wiesław gotował inaczej. Z pasją, z wyobraźnią, z czymś, co znajomi nazywali artyzmem kulinarnym, a co w rzeczywistości było czymś zupełnie innym. Czymś, czego znajomi nie potrafiliby nazwać, nawet gdyby znali prawdę.
Otworzył lodówkę. Barbara zrobiła zakupy — jak co wtorek. Na półkach leżały: kurczak cały, oprawiony, w reklamówce z Biedronki, pęczek pietruszki, marchewki, seler, por, trzy cebule, pęczek koperku. Na dole, w szufladzie, jajka i masło. Wiesław pokiwał głową z aprobatą. Barbara wiedziała, co kupować. Dwadzieścia dwa lata małżeństwa to dwadzieścia dwa lata szkolenia.
Wyjął kurczaka, opłukał go pod zimną wodą, rozłożył na desce do krojenia. Obok postawił garnek — duży, dziesięciolitrowy, z grubym dnem. Napuścił wody. Włożył kurczaka, posolił, dodał ziele angielskie, liść laurowy, dwa ziarna pieprzu. Zapalił gaz. Potem zabrał się za włoszczyznę. Marchewkę obrał, pietruszkę obrał, seler przekroił na ćwiartki, pora pokroił w krążki. Robił to powoli, metodycznie, z precyzją człowieka, który przywykł do pracy w ciasnych wyrobiskach, gdzie każdy ruch musi być przemyślany, bo inaczej skończysz z oberwaniem stropu na głowie.
Kiedy woda zaczęła się gotować, Wiesław ściągnął szumowiny, zmniejszył ogień i przykrył garnek pokrywką. Potem odczekał dwie minuty, stojąc nieruchomo przy kuchence, z rękami założonymi na piersi. Słuchał bulgotania. Lubił ten dźwięk. Bulgotanie zupy było jak puls — miarowe, przewidywalne, uspokajające.
Potem sięgnął do plecaka.
Słoik był niewielki, może dwieście mililitrów objętości, z białą nakrętką. W środku znajdowała się gęsta, brunatna ciecz o zapachu, który trudno było jednoznacznie określić. Był w nim jakiś ziemisty posmak, coś gorzko-słodkiego, coś, co przypominało zapach mokrych liści pod koniec listopada. Wiesław odkręcił nakrętkę, wziął łyżeczkę — tę małą, srebrną, z kwiatkiem na rączce, którą Barbara dostała w prezencie komunijnym kilkadziesiąt lat temu — i odmierzył dokładnie pół łyżeczki brunatnej cieczy. Ani więcej, ani mniej. Przechylił łyżeczkę nad garnkiem. Ciecz spłynęła leniwie, rozpuściła się w bulgoczącym rosole i zniknęła.
Wiesław zakręcił słoik, schował go do plecaka, plecak zaniósł do piwnicy. Wrócił do kuchni, umył łyżeczkę, wytarł ją ściereczką i odłożył do szuflady. Potem dodał do rosołu włoszczyznę i zaczął kroić makaron.
W całym tym procesie nie było ani jednego zbędnego ruchu. Wszystko trwało może trzy minuty. Trzy minuty, które wyglądały jak tysiąc innych trzech minut w tysiącu innych polskich kuchni, gdzie mężczyźni w średnim wieku gotują obiad dla swoich żon.
Tylko że w słoiku nie było żadnego ziółka poprawiającego trawienie. W słoiku był wyciąg z korzenia tojadu mocnego.
Tojad mocny, Aconitum firmum, rośnie w Sudetach i Karpatach na wilgotnych łąkach górskich i w zaroślach nad potokami, na wysokościach od czterystu do ponad tysiąca pięciuset metrów nad poziomem morza. Jest rośliną wieloletnią, dorastającą do metra wysokości, o łodydze wzniesionej, często rozgałęzionej w górnej części. Liście ma dłoniasto klapowane, głęboko wcięte, o klinowatych odcinkach, ciemnozielone od góry, jaśniejsze od spodu. Ale to nie liście czynią tojad wyjątkowym.
Kwiaty tojadu mocnego są hełmowate, ciemnofioletowe lub niebieskie, zebrane w gęste grona na szczycie łodygi. Wyglądają jak miniaturowe hełmy rycerskie, a ich piękno jest rodzaju zwodniczego — przyciągają wzrok, zachęcają do dotknięcia, obiecują coś, czego nie zamierzają dać. Pod tym względem tojad jest rośliną w pewnym sensie uczciwą — ostrzega kolorem, kształtem, całą swoją odmiennością. Mówi: jestem niebezpieczny. Problem w tym, że ludzie rzadko słuchają ostrzeżeń natury.
Korzeń tojadu mocnego jest bulwiasty, ciemnobrązowy, o kształcie przypominającym małą rzepę. To w korzeniu koncentruje się śmierć. Substancją czynną jest akonityna — diterpenowy alkaloid, jedna z najsilniejszych trucizn roślinnych znanych człowiekowi. Dawka śmiertelna dla dorosłego człowieka wynosi od trzech do sześciu miligramów, co oznacza, że kilka gramów korzenia wystarczy, aby zabić. Akonityna działa błyskawicznie i bezlitośnie. Wnika w kanały sodowe komórek nerwowych i mięśniowych, blokując je w pozycji otwartej, co prowadzi do niekontrolowanej depolaryzacji, a w konsekwencji do paraliżu mięśni i zaburzeń rytmu serca. Najpierw pojawia się mrowienie — warg, języka, opuszków palców. Potem drętwienie, jakby ktoś naciągał na ciało rękawiczkę z lodu. Potem nudności, wymioty, spadek ciśnienia. A potem serce zaczyna bić nieregularnie, coraz wolniej, aż w końcu staje.
Wiesław Komosa wiedział o tym wszystkim.
Wiedział, bo czytał. Czytał dużo i uważnie, chociaż nikt w kopalni by tego po nim nie powiedział. W szatni miał opinię milczka, typa, który robi swoje i nie zawraca głowy. W domu miał opinię dobrego męża, który gotuje i nie pije. A w piwnicy, w szafce za regałem z przetworami, miał trzynaście książek o roślinach trujących, zeszyt w kratkę z notatkami pisanymi drobnym, równym pismem, i sześć słoików z wyciągami, z których każdy nosił na etykiecie łacińską nazwę i datę sporządzenia.
Na korzeń tojadu natrafił trzy lata temu, podczas wycieczki w Karkonosze, którą organizował związek zawodowy kopalni. Barbara została w domu, bo bolały ją kolana. Wiesław poszedł z grupą na Śnieżkę, ale na połowie trasy odłączył się od towarzystwa, twierdząc, że musi odpocząć. Zszedł z głównego szlaku, usiadł na kamieniu nad potokiem i wtedy go zobaczył. Rósł na skraju zarośli, przy samej wodzie, wyniosły i dumny, z gronami fioletowych hełmów kołyszących się na wietrze. Wiesław patrzył na niego długo. Potem wyciągnął z plecaka scyzoryk, odkopał bulwę i włożył ją do woreczka strunowego.
Tego wieczoru, w schronisku, wygooglował łacińską nazwę na telefonie.
Od tamtej pory minęły trzy lata nauki.
O osiemnastej piętnaście Wiesław zapukał w uchylone drzwi sypialni.
— Basiu. Rosół gotowy. Przyjdziesz do kuchni czy ci przyniosę?
Barbara usiadła na łóżku. Migrena trochę zelżała, ale nie odeszła całkiem — tłukła się gdzieś za lewym okiem, jak gość, który nie chce wyjść z imprezy.
— Przyjdę. Muszę się ruszyć, bo mi nogi zdrętwiały.
W kuchni pachniało rosołem — tym zapachem, który w polskich domach znaczy tyle co bezpieczeństwo, niedziela, normalność. Wiesław nakrył do stołu: dwa głębokie talerze, łyżki, chleb pokrojony w grube kromki, masło w maselniczce. Nalał zupy z wazą na dwa talerze. Na wierzchu pływały kółka tłuszczu, obok kawałki marchewki i gałązka koperku. Wyglądało to ładnie. Wyglądało to jak z fotografii w czasopiśmie kulinarnym.
Barbara usiadła przy stole, złożyła ręce do krótkiej modlitwy — robiła to zawsze, przed każdym posiłkiem, nawet przed kanapką — i wzięła łyżkę.
— Pachnie pięknie — powiedziała.
— Dodałem trochę ziółek — odparł Wiesław, siadając naprzeciwko. — Na trawienie.
— Jakich ziółek?
— Takich z działki. Korzennych. Babcia mnie nauczyła.
Barbara wzruszyła ramionami i zanurzyła łyżkę w rosole. Zjadła jeden talerz. Wiesław zjadł dwa. Potem Wiesław umył naczynia, a Barbara usiadła w salonie przed telewizorem, przykryta kocem, z nogami na pufie.
O dziewiętnastej trzydzieści leciał odcinek Komisarza Aleksa. Barbara lubiła ten serial. Wiesław udawał, że lubi.
O dwudziestej Barbara powiedziała, że ją dziwnie mrowi.
— Mrowi? — Wiesław odłożył gazetę. — Gdzie mrowi?
— W wargach. I w palcach. Jakby mi nogi zasnęły, ale w rękach.
— Może od tej migreny. Albo od tabletek. Ibuprofen potrafi takie rzeczy robić.
— Może — Barbara pokiwała głową. — A takie dziwne to jest. Jakbym lizała baterię.
— Baterię?
— No takie mrowienie. Metaliczne. Jak byłam mała, to lizaliśmy z Grażyną baterie od latarki. Taki sam smak.
Wiesław uśmiechnął się.
— To się połóż. Pewnie przejdzie do rana.
Ale nie przeszło.
O dwudziestej pierwszej trzydzieści Barbara zwymiotowała. Raz, gwałtownie, nie zdążywszy dobiec do łazienki. Rosół i makaron wylądowały na dywanie w korytarzu, na tym beżowym dywanie, który kupili cztery lata temu w Agatce i którego Barbara pilnowała jak oka w głowie. Wiesław usłyszał odgłos z kuchni, gdzie zmywał blat po kolacji, i przyszedł.
— Basiu, co jest?
Barbara klęczała przy ścianie, jedną ręką opierając się o szafkę na buty, drugą trzymając się za brzuch. Była blada — nie zwyczajnie blada, nie tak jak rano, kiedy nie nałożyła podkładu — ale blada w sposób, który wyglądał, jakby ktoś odkręcił jej korek i wypuścił krew. Wargi miała sine.
— Niedobrze mi — wyszeptała. — Wiesiu, strasznie mi niedobrze.
— Pewnie ci się coś odbiło. Zdarza się. Chodź do łazienki.
Podniósł ją — nie z trudnością, bo Barbara ważyła sześćdziesiąt kilo, a Wiesław nosił pod ziemią cięższe rzeczy — i zaprowadził do łazienki. Posadził ją przy sedesie. Barbara zwymiotowała jeszcze dwa razy. Za trzecim razem wymioty były suche, dławiące, bolesne.
— Wiesiu — powiedziała, a jej głos brzmiał tak, jakby dochodził z dna studni. — Mnie te palce nie czują. W ogóle nie czuję palców.
— Jak to nie czujesz?
— Nie czuję. Ani w rękach, ani w nogach. Jakby mnie ktoś znieczulił. I to idzie w górę.
Wiesław przykucnął przy żonie. Położył jej dłoń na czole. Czoło było zimne i mokre.
— Może pogotowie wezwać?
— Nie, nie, po co. Pewnie minie.
— Basiu, ty jesteś biała jak ściana. Dzwonię.
Wiesław wstał, poszedł po telefon i wybrał numer. Pogotowie ratunkowe, dyspozytornia w Głogowie.
— Dzień dobry, to znaczy dobry wieczór. Komosa, Wiesław Komosa, ulica Działkowa siedem. Żona mi źle. Wymiotuje, drętwienie rąk i nóg, jest bardzo blada. Tak. Czterdzieści pięć lat. Nie, bez chorób przewlekłych. Znaczy, miewa takie problemy z żołądkiem, ale to… Tak. Dziękuję. Czekamy.
Odłożył telefon. Wrócił do łazienki. Barbara siedziała na podłodze, oparta plecami o wannę. Oczy miała przymknięte.
— Jadą — powiedział Wiesław.
— Wiesiu — Barbara otworzyła oczy. — Dziwnie mi serce bije. Takie… nieregularne.
— Spokojnie. Zaraz przyjadą. Na pewno to nic groźnego.
Wiesław usiadł obok żony na podłodze, objął ją ramieniem. Trzymał ją tak, kiedy karetka jechała przez miasto, kiedy ratownicy wchodzili po schodkach, kiedy zakładali Barbarze tlenową maskę i pulsoksymetr i kiedy mówili do siebie tym ściszonym, profesjonalnym tonem, który nic dobrego nie wróżył.
— Saturacja dziewięćdziesiąt dwa — powiedział jeden z ratowników, młody chłopak o zmęczonych oczach. — Tętno nieregularne. Ciśnienie osiemdziesiąt na pięćdziesiąt.
— Co jej jest? — zapytał Wiesław. Głos miał spokojny, pełen kontrolowanego niepokoju. Dokładnie taki, jaki powinien mieć mąż, którego żona zemdlała po kolacji.
— Na razie trudno powiedzieć. Zabieramy do szpitala.
— Jadę z wami.
— Oczywiście.
Wiesław wziął z wieszaka kurtkę, tę Barbary też, i wsiadł do karetki. Trzymał żonę za rękę — za tę rękę, która nie czuła dotyku — przez całą drogę do szpitala przy Kościuszki. Barbara miała zamknięte oczy i oddychała płytko, szybko, jak ptak schwytany w dłonie.
W karetce cuchnęło środkiem dezynfekującym i plastikową tapicerką. Było ciasno. Wiesław patrzył przez okno na migające niebieskie światło, które odbijało się od fasad bloków, od zaparkowanych samochodów, od szyby sklepu monopolowego na rogu. Myślał o tym, czy nie przesadził z dawką. Pół łyżeczki to było mniej, niż podawali w literaturze jako dawkę minimalnie toksyczną, ale Barbara ważyła sześćdziesiąt kilo i miała delikatny żołądek. Może trzeba było dać ćwierć łyżeczki. Może trzeba było rozłożyć na dwa posiłki.
Następnym razem będzie wiedział więcej.
Szpitalny oddział ratunkowy w Głogowie o dwudziestej drugiej we wtorek nie był miejscem spokojnym. Na korytarzu siedział pijany mężczyzna z rozciętą brwią, kobieta z dzieckiem, które kaszlało tak, jakby chciało wykasłać płuca, i starszy pan w piżamie, który najwyraźniej przyszedł sam, bo nie mógł spać. Za drzwiami z napisem TRIAGE słychać było szybkie kroki, trzaskanie szuflad i charakterystyczny dźwięk aparatu do mierzenia ciśnienia — szum, który narastał i opadał jak oddech jakiegoś mechanicznego zwierzęcia.
Barbarę wniesiono na noszach przez boczne drzwi. Trafiła od razu do sali zabiegowej. Wiesław został na korytarzu — pielęgniarka poprosiła go, żeby poczekał, i wskazała plastikowe krzesło pod ścianą, obok automatu z kawą.
Doktor Katarzyna Mojka miała tego wieczoru dyżur. Trzydzieści cztery lata, internistka z dodatkową specjalizacją z toksykologii klinicznej, absolwentka Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, od trzech lat pracowała w głogowskim szpitalu i od trzech lat zastanawiała się, czy to był dobry wybór. Głogów nie był Wrocławiem. Przypadki, które tu trafiały, były najczęściej banalne — zatrucia alkoholem, przedawkowania leków na ciśnienie, sporadyczne ukąszenia żmij, których populacja wokół stawów hodowlanych w okolicy rosła z roku na rok. Katarzyna była za dobra na ten szpital i wiedziała o tym, chociaż starała się o tym nie myśleć, bo myślenie w tych kategoriach prowadziło do rozgoryczenia, a rozgoryczenie prowadziło do rezygnacji, a rezygnacja prowadziła donikąd.
Kiedy ratownicy przywieźli Barbarę Komosę, Katarzyna właśnie kończyła pisać wypis dla pacjenta z zapaleniem wyrostka — odesłanego na chirurgię — i piła trzecią kawę. Wzięła kartę pacjentki, przeczytała notatki ratowników i podeszła do noszy.
— Pani Barbaro? Słyszy mnie pani?
Barbara otworzyła oczy. Źrenice miała normalnej wielkości, ale spojrzenie było mętne, nieobecne.
— Słyszę — wyszeptała.
— Jestem doktor Mojka. Proszę mi powiedzieć, co pani czuje.
— Wszystko mnie mrowi. Wargi, język, ręce, nogi. I serce mi dziwnie bije.
— Od kiedy?
— Od mniej więcej dwóch godzin. Najpierw mrowiło, potem wymiotowałam, a potem zaczęło się z sercem.
Katarzyna spojrzała na monitor. Puls nieregularny, sto dziesięć uderzeń na minutę, ale z licznymi ekstrasystoliami. Ciśnienie osiemdziesiąt pięć na pięćdziesiąt pięć. Saturacja po podaniu tlenu — dziewięćdziesiąt cztery procent.
— Co pani dzisiaj jadła?
— Rosół. Na obiad. Znaczy na kolację. Mąż ugotował.
— Tylko rosół?
— I chleb z masłem. I rano kawę z mlekiem i kanapkę z serem.
— Żadnych grzybów? Żadnych ziół, naparów?
— Nie… znaczy, Wiesiek dodał jakieś ziółka do rosołu. Mówił, że na trawienie. Ale on zawsze dodaje.
Katarzyna odnotowała to w myślach, ale nic nie powiedziała. Na tym etapie to mogło być wszystko — zatrucie pokarmowe, reakcja alergiczna, epizod kardiologiczny. Albo nic z tych rzeczy.
— Podłączcie EKG dwunasto-odprowadzeniowe — poleciła pielęgniarce. — I krew na morfologię, elektrolity, troponinę, próby wątrobowe, kreatyninę. I gazometria.
Wynik EKG przyszedł po pięciu minutach. Katarzyna popatrzyła na zapis i zmrużyła oczy.
— Pani Barbaro, ma pani zaburzenia rytmu serca. Widzę tu coś, co wygląda na częstoskurcz komorowy z elementami dwukierunkowego VT. To jest poważne.
Barbara nie zrozumiała połowy tego zdania. Zrozumiała słowo poważne.
— Czy ja umieram?
— Nie umiera pani. Ale muszę panią ustabilizować. Proszę się nie ruszać.
Katarzyna podała atropinę dożylnie — pół miligrama, potem kolejne pół miligrama. Jednocześnie zarządziła wlew z siarczanu magnezu i płynoterapię. Patrzyła na monitor. Serce Barbary szalało jak zwierzę w klatce — raz przyspieszało, raz zwalniało, raz wyskakiwało z regularnego rytmu, raz wracało. Katarzyna widziała takie zapisy u pacjentów po przedawkowaniu digoksyny albo po zatruciu muchomorem sromotnikowym, ale Barbara nie brała digoksyny i nie jadła grzybów.
Po dwudziestu minutach serce uspokoiło się — nie do końca, ale na tyle, że Katarzyna mogła odetchnąć. Puls dziewięćdziesiąt, miarowy, z rzadkimi pobudzeniami dodatkowymi. Ciśnienie wzrosło do stu na sześćdziesiąt pięć. Barbara przestała wymiotować.
— Pani doktor — odezwała się Barbara szeptem. — Mnie nic nie czuję w ustach. Całe usta są jak drewniane.
— To mrowienie nadal trwa?
— Trwa. Ale teraz jest jak drętwienie. Jakby dentystyczne znieczulenie, ale wszędzie.
Katarzyna podeszła do niej bliżej. Delikatnie dotknęła dłoni Barbary.
— Czuje pani mój dotyk?
— Ledwo. Jakby przez grubą rękawiczkę.
Katarzyna zanotowała: parestezje uogólnione, zaburzenia czucia, zaburzenia rytmu serca, nudności, wymioty, hipotensja. Obraz kliniczny nie pasował do żadnego prostego zatrucia pokarmowego. Wyglądał raczej jak… Katarzyna zawahała się. Wyglądał raczej jak zatrucie alkaloidem działającym na kanały sodowe.
Ale to przecież absurd, pomyślała. To jest Głogów, a nie pododdział toksykologii klinicznej we Wrocławiu. Ta kobieta zjadła rosół, nie strychnine.
— Zostawimy panią na obserwacji do rana — powiedziała. — Będziemy monitorować serce. Jeśli cokolwiek się zmieni, proszę natychmiast wcisnąć dzwonek.
Barbara pokiwała głową. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie przeszedł przez bardzo ciemny tunel i zobaczył na końcu światło, ale jeszcze nie jest pewien, czy to światło dzienne, czy pociąg jadący z naprzeciwka.
Na korytarzu czekał Wiesław. Kiedy Katarzyna wyszła z sali zabiegowej, wstał z plastikowego krzesła jak sprężyna. Kubek z kawą z automatu, jeszcze pełny, stał na podłodze obok.
— Pani doktor, jak moja żona?
— Stabilnie. Ma zaburzenia rytmu serca i objawy neurologiczne — drętwienie, mrowienie. Zostawiamy ją na noc na obserwacji.
— Ale co jej jest? To od tego rosołu?
— Na razie trudno powiedzieć. Czekamy na wyniki badań krwi. Proszę mi powiedzieć, czy pańska żona brała dzisiaj jakieś leki oprócz ibuprofenu?
— Nie. Tylko ibuprofen na migrenę. Dwa.
— Żadnych suplementów? Ziół? Naparów?
— Nie. Ja jej dodaję czasem do zupy takie ziółka. Na trawienie. Ale to jest zwykła mieszanka, wie pani, z działki. Babcia mnie nauczyła. Lubczyk, macierzanka, trochę korzeni.
— Jakich korzeni?
— Takich… no, korzeni. Nie znam dokładnych nazw, ja to po wyglądzie zbieram, nie po nazwach. Babcia pokazywała, co jest co. Wiem, że to brzmi staroświecko, ale te ziółka naprawdę pomagają na trawienie. Barbara zawsze mówi, że po moim rosole jest jej lżej.
Katarzyna patrzyła na Wiesława. Miał szczerą twarz, zmęczone oczy, brudne jeszcze paznokcie — nie do końca domyte po zmianie w kopalni — i ton głosu pełen autentycznej (lub bardzo dobrze udawanej) troski.
— Dobrze. Gdyby pan mógł przynieść jutro próbkę tych ziół, to byłoby pomocne.
— Oczywiście. Rano przyniosę.
— Pan może zostać jeszcze na chwilę. Ale żona potrzebuje spokoju.
— Rozumiem. Mogę ją tylko zobaczyć?
— Krótko.
Wiesław wszedł do sali. Barbara leżała na szpitalnym łóżku, podłączona do monitora, z wenflonem w lewej dłoni i tlenową kaniulą pod nosem. Wyglądała jak ktoś, kto się postarzał o dziesięć lat w ciągu jednego wieczoru.
Wiesław pochylił się nad nią i pocałował ją w czoło.
— Basieńko. Wszystko będzie dobrze. Jutro rano przyjdę, przyniosę ci koszulę nocną i szczoteczkę do zębów.
— Wiesiu — Barbara złapała go za rękę — a kwiatki podlejesz? Te na parapecie w kuchni?
— Podleję, podleję. Nie martw się niczym. Odpocznij.
— Rosół był dobry — powiedziała cicho. — Jak zawsze.
Wiesław uśmiechnął się.
— Cieszę się. Dla ciebie wszystko.
Wyszedł ze szpitala o dwudziestej trzeciej czterdzieści. Na parkingu przed SOR-em stało kilka samochodów, w tym karetka z włączonym silnikiem. Powietrze było chłodne, pachniało jesienią i lekko — ledwo wyczuwalnie — miedzią. Wiesław zapiął kurtkę, wsadził ręce do kieszeni i ruszył w stronę domu. Szedł szybko, zdecydowanie. Oddychał głęboko.
W połowie drogi, na pustym chodniku obok parku Słowiańskiego, stanął. Wyciągnął z kieszeni telefon i otworzył notatnik. Wpisał:
Aconitum firmum. Wyciąg korzeniowy, etanolowy 70%. Dawka: 0,5 łyżeczki (ok. 2 ml) do 8 litrów rosołu. Objawy po ok. 2—2,5 godz.: parestezje perioralne, parestezje kończyn, nudności, wymioty, zaburzenia rytmu serca (VT?), hipotensja. Dawka subtoksyczna — zbyt mała, żeby zamknąć sprawę. Pacjentka żyje. Zwiększyć o 30% przy następnym podejściu? Albo zmienić alkaloid. Sprawdzić cykutoksynę. Na rynku są selery.
Zapisał. Zamknął notatnik. Schował telefon.
Potem poszedł do domu, podlał kwiatki na parapecie w kuchni, wyczyścił garnek po rosole i poszedł spać. Zasnął w cztery minuty.
Następnego ranka, o siódmej, był już w szpitalu. Przyniósł Barbarze koszulę nocną, szczoteczkę do zębów, różaniec i bukiet kwiatów — astry, fioletowe i białe, kupione w kwiaciarni na rynku.
Pielęgniarki mówiły potem, że rzadko się widzi tak troskliwego męża.
Katarzyna Mojka skończyła dyżur o ósmej rano, ale nie poszła do domu. Została w gabinecie lekarskim, z kubkiem kawy i wynikami badań Barbary Komosy. Morfologia — bez odchyleń. Elektrolity — potas lekko obniżony, prawdopodobnie od wymiotów. Troponina — podwyższona, ale nieznacznie, co mogło wynikać z tachyarytmii. Próby wątrobowe — norma. Kreatynina — norma. Gazometria — lekka kwasica metaboliczna.
Nic tu nie pasowało do prostego zatrucia pokarmowego. Bakteryjna infekcja żołądkowo-jelitowa nie daje zaburzeń rytmu serca typu VT ani parestezji. Wirusowa — tym bardziej. Alergia pokarmowa mogłaby dać część z tych objawów, ale nie taki obraz EKG.
Katarzyna otworzyła przeglądarkę na komputerze i wpisała: mrowienie warg, zaburzenia rytmu serca, wymioty, parestezje, hipotensja.
Pierwszym wynikiem, jaki wyświetlił się na ekranie, było: Zatrucie akonitiną.
Katarzyna przeczytała artykuł. Przeczytała drugi. Przeczytała trzeci. Potem oparła się o krzesło i przez długą chwilę patrzyła na ścianę naprzeciwko, na której wisiał plakat z kampanii szczepień przeciwko grypie i zdjęcie ordynatora z konferencji w Łodzi.
Niemożliwe, pomyślała. To jest Głogów, nie Netflix.
Ale objawy pasowały. Pasowały niemal idealnie.
Wstała, podeszła do okna i otworzyła je. Z zewnątrz wpadło zimne październikowe powietrze, a razem z nim — lekki, metaliczny zapach huty.
Katarzyna zamknęła okno, usiadła z powrotem przy biurku i zaczęła pisać notatkę. Na górze kartki napisała:
Komosa Barbara, lat 45. Podejrzenie zatrucia?
Pod spodem postawiła znak zapytania. Duży, wyraźny, napisany tak mocno, że długopis przebił papier na drugą stronę.
Potem schowała kartkę do szuflady, dopił kawę i poszła do domu. Na klatce schodowej minęła się z ordynatorem, doktorem Jabłońskim, który zapytał o noc.
— Spokojna — odpowiedziała Katarzyna. — Jedno dziwne zatrucie pokarmowe.
— Pokarmowe?
— Chyba. Jeszcze nie wiem.
Ordynator kiwnął głową i poszedł dalej. Katarzyna wyszła na parking, wsiadła do swojego srebrnego Opla Corsy i przez chwilę siedziała za kierownicą bez ruchu.
Mrowienie warg. Drętwienie rąk. Częstoskurcz komorowy dwukierunkowy. Ziółka na trawienie.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i pojechała do domu, na osiedle Hutnik, do kawalerki na trzecim piętrze, gdzie czekał na nią kot o imieniu Stetoskop i pościel, której od dwóch dni nie zdążyła zmienić.
Zasnęła dopiero po godzinie.
Śniły jej się fioletowe kwiaty w kształcie hełmów.
Rozdział 2: Sałatka z niespodzianką
Dwa tygodnie po nocnym pobycie na SOR-ze Barbara Komosa czuła się lepiej. Nie dobrze — dobrze to się nie czuła od lat — ale lepiej. Mrowienie w wargach ustąpiło po trzech dniach, drętwienie palców po pięciu. Serce biło równo, przynajmniej na tyle równo, na ile serce czterdziestopięcioletniej kobiety z nadwagą i skłonnością do nerwic może bić. Wypisali ją ze szpitala po dwóch dobach obserwacji z diagnozą, która brzmiała jak zdanie z podręcznika do niczego: zatrucie pokarmowe o nieustalonej etiologii. Dostała zalecenie kontroli u kardiologa za miesiąc, ulotkę o diecie lekkostrawnej i receptę na preparat potasu.
Wróciła do domu, do swoich kwiatów na parapecie, do Komisarza Aleksa w telewizji, do mszy świętej w kościele NMP w każdą niedzielę i do Wiesława, który czekał na nią z obiadem, jak zawsze, jak przez ostatnie dwadzieścia dwa lata, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.
Bo dla Wiesława — przynajmniej na zewnątrz — rzeczywiście nic się nie wydarzyło. Żona zachorowała, żonę wyleczyli, żona wróciła. Takie rzeczy się zdarzają. Zwłaszcza gdy ma się słaby żołądek, co Barbara niewątpliwie miała.
W kopalni nikt o niczym nie wiedział, bo Wiesław nikomu nie powiedział. Nie dlatego, że się wstydził albo bał — po prostu nie lubił rozmawiać. Nigdy nie lubił. W szatni przed zjazdem siedział na swojej ławce, czwartej od okna, zakładał kombinezon, kask i lampę czołową, i milczał. Czasami Mietek Walczak, kombajnista z trzydziestoletnim stażem i brzuchem jak beczka po piwie, próbował go zagadać.
— Komosa, widziałeś mecz wczoraj?
— Nie oglądam.
— No to ci powiem, Miedź przegrała trzy zero z jakimś gównem z trzeciej ligi. Trzy zero! Wyobrażasz sobie?
— Nie wyobrażam.
Mietek kręcił głową i mówił do kolegów, że Komosa to taki jest, że jak go rozkręcisz, to dwanaście słów powie, a jak nie rozkręcisz, to dwa. Górnicy znali Wiesława od lat i dawno przestali się dziwić. Jedni go szanowali za solidną robotę — Wiesław nigdy nie spóźnił się na zjazd, nigdy nie wziął lewego chorobowego, nigdy nie pracował wolniej niż powinien. Drudzy go nie lubili za tę właśnie cechę — za to, że był jak maszyna, jak dobrze naoliwiony mechanizm, który nigdy się nie zacina i przez to przypomina innym, że oni się zacinają codziennie.
Sztygar Zdzisław Piotrowski, bezpośredni przełożony Wiesława, mówił o nim tak: porządny chłop, ale zimny jak chodnik na poziomie tysiąc. I dodawał, że z takim to dobrze w przodku, bo się nie zdenerwuje, ale na piwo to z nim lepiej nie iść, bo przy nim nawet piwo jakoś nie smakuje.
Wiesław o tych opiniach wiedział. Nie obchodziły go. Obchodziło go coś innego.
W piwnicy, w szafce za regałem z przetworami, stał zeszyt w kratkę. Na trzeciej stronie, pod notatkami o tojadzie, Wiesław dopisał kolejny wpis. Datowany na dwudziesty szósty października, trzy dni po powrocie Barbary ze szpitala. Litery były drobne, równe, niemal drukowane:
Aconitum firmum — próba pierwsza. Wynik: subtoksyczny. Dawka niewystarczająca do osiągnięcia celu. Pacjentka hospitalizowana 2 doby, pełne wyleczenie. Wnioski: 1) akonityna w niskich dawkach daje objawy głównie neurologiczne i kardiologiczne, ale nie prowadzi do niewydolności wielonarządowej; 2) konieczna zmiana strategii — inna substancja, inny mechanizm działania; 3) następna próba: Cicuta virosa. Korzeń pozyskany 18.10 z rowu melioracyjnego przy drodze do Żukowic. Suszony 8 dni, ekstrakcja etanolowa. Kluczowe: morfologiczne podobieństwo korzenia do selera naciowego.
Pod spodem Wiesław narysował dwa szkice — jeden przedstawiał korzeń selera w przekroju, drugi korzeń szaleju. Przy korzeniu szaleju zaznaczył strzałkami komory wewnętrzne i dopisał: charakterystyczne puste przestrzenie w kłączu — cecha odróżniająca od selera. Nie mylić przy przygotowaniu.
Potem zamknął zeszyt, schował go za słoikami z ogórkami i poszedł na górę ugotować żonie kolację.
Sobota, trzydziesty października. Dzień jak każdy inny, a jednocześnie dzień jak żaden inny, chociaż Barbara Komosa nie mogła tego wiedzieć, kiedy o ósmej rano wstawała z łóżka, wsuwała nogi w kapcie w kratę i szła do kuchni nastawić czajnik.
Za oknem Głogów budził się powoli. Jesień wchodziła w tę fazę, kiedy drzewa już straciły większość liści, ale jeszcze nie wyglądały na całkiem martwe — na gałęziach tu i ówdzie wisiały pojedyncze, rdzawe liście, które trzepotały na wietrze jak chorągiewki na opuszczonym placu zabaw. Niebo było szare, jednolite, bez jednego pęknięcia, przez które mogłoby się przecisnąć słońce. Typowy dolnośląski październik.
Barbara piła kawę przy stole kuchennym, patrzyła przez okno na ogródek i myślała o liście zakupów. Sobota to był dzień dużych zakupów — Biedronka, warzywniak na rynku, czasami mięsny przy Sikorskiego, jeśli Wiesław chciał czegoś specjalnego. Wiesław spał jeszcze. W soboty nie miał zmiany, więc pozwalał sobie leżeć do dziewiątej, czasem do dziesiątej. Leżał na plecach, nieruchomo, z rękami wzdłuż ciała, i oddychał tak cicho, że gdyby nie delikatne unoszenie się klatki piersiowej, można by pomyśleć, że nie żyje. Barbara od lat dziwiła się, jak ktoś może tak spać — bez ruchu, bez przekręcania się, bez mruczenia, bez szarpania kołdry. Ona sama spała niespokojnie, budziła się po trzy razy w nocy, chodziła do łazienki, piła wodę, wracała, budziła się znowu. Wiesław kładł się, zamykał oczy i otwierał je rano. Jak wyłącznik.
O dziewiątej Barbara wyszła z domu. Przed wyjściem zajrzała do sypialni.
— Wiesiu, idę na zakupy. Potrzebujesz czegoś?
Wiesław otworzył oczy natychmiast, jakby wcale nie spał, jakby tylko czekał na ten dźwięk.
— Weź seler. Duży, naciowy, najlepiej z warzywniaka na rynku. I pietruszki pęczek.
— Seler mam na liście. A po co ci tyle pietruszki?
— Zrobię dzisiaj sałatkę. Taką nową, z przepisu. Z selerem, pietruszką, jabłkiem i orzechami. Wyśmienita rzecz.
— Kolejna twoja sałatka zdrowotna?
— A co, nie lubisz?
— Lubię, lubię. Po prostu ostatnio mam wrażenie, że eksperymentujesz za dużo. Po tym rosole trafiłam do szpitala, pamiętasz?
— Basiu, to nie miało nic wspólnego z rosołem. Lekarze powiedzieli — zatrucie pokarmowe. Mogłaś złapać bakterię gdziekolwiek. W autobusie, w sklepie, z klamki.
— Z klamki się nie zatruwa żołądka.
— Jak to nie? Dotkniesz klamki, potem czegoś w ustach, i proszę. W telewizji mówili.
Barbara pokręciła głową, ale nie ciągnęła tematu. Nie miała na to siły. Od szpitala była zmęczona ciągle, permanentnie, jakby ktoś odkręcił w niej zawór i powoli wypuszczał energię, pół litra dziennie. Lekarze mówili, że to normalne po przebytym zatruciu, że organizm potrzebuje czasu, żeby się zregenerować, że powinna dużo pić, dużo odpoczywać i unikać stresu.
Unikać stresu. Barbara zastanawiała się czasem, czy lekarze wiedzą, co mówią. Jak unikać stresu, kiedy się ma czterdzieści pięć lat, słabe zdrowie, męża milczka i dom, w którym telewizor jest jedynym rozmówcą przez większą część dnia?
Poszła na zakupy. Biedronka najpierw, potem warzywniak.
Na rynku, przy straganie pani Heleny, kupiła seler naciowy — duży, zielony, chrupiący — dwie pęczki pietruszki, kilogram marchewki, jabłka szare renety i główkę kapusty. Zapłaciła dwadzieścia osiem złotych. Pani Helena, jak zawsze, zapytała o zdrowie.
— Pani Barbarko, co tam słychać? Dawno pani nie widziałam.
— W szpitalu byłam, pani Helenko. Zatrucie jakieś.
— Jezu kochany, a co się stało?
— Sami nie wiedzą. Zjadłam coś niedobrego i mnie tak skręciło, że karetka przyjechała.
— Matko Przenajświętsza. A mąż co?
— Mąż się martwił. Strasznie się martwił. Cały czas przy mnie siedział w szpitalu.
— No tak, Wiesław to porządny chłop. Każda by chciała takiego. Gotuje pani, sprząta pewnie też…
— Sprząta nie sprząta, ale gotuje to fakt.
— O, niech pani ceni. Mój Kazik to by jajecznicy nie potrafił.
Barbara uśmiechnęła się tym uśmiechem, który nosił się jak za duży płaszcz — niby pasował, ale coś w nim nie siedziało, coś się wymykało, coś nie do końca przylegało do ciała. Wróciła do domu z trzema siatkami i ułożyła zakupy w lodówce.
Wiesław czekał na nią w kuchni. Był już ubrany — dżinsy, flanelowa koszula w zielono-czarną kratę, skarpetki bez butów. Pił herbatę stojąc przy oknie, patrząc na ogród.
— Kupiłaś seler?
— Kupiłam, jest w lodówce.
— Dobry?
— Normalny. Z warzywniaka, od pani Heleny. Jaki ma być?
— Dobry seler to taki, który chrupie. Który ma jędrne łodygi i zielone liście. Który pachnie intensywnie. Nie taki zwiędły, obwisły, jak te z Biedronki.
— No to taki kupiłam. Chrupiący.
Wiesław kiwnął głową. Postawił kubek w zlewie — zawsze w tym samym miejscu, po lewej stronie, z uchem skierowanym na godzinę trzecią — i otworzył lodówkę. Wyjął seler, obejrzał go, powąchał, odłożył na blat.
— Piękny — powiedział. — Idealny do sałatki.
Barbara usiadła przy stole i otworzyła gazetę — Tygodnik Głogowski, darmowy, brany ze skrzynki na listy co czwartek. Czytała o tym, że miasto planuje remont fontanny na rynku, że w KGHM będą podwyżki, że w lesie koło Żukowic znaleziono dzikie wysypisko śmieci.
Wiesław tymczasem gotował. Albo raczej — Wiesław tymczasem przygotowywał.
Sałatka Wiesława Komosy była dziełem sztuki. Przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz — z perspektywy Barbary, która siedziała przy stole i co jakiś czas zerkała znad gazety na męża przy blacie kuchennym. Wiesław kroił seler w cienkie paseczki, z precyzją jubilera, z równomiernym stukaniem noża o drewnianą deskę. Do selera dodawał plasterki jabłka, posiekane orzechy włoskie, kilka listków pietruszki. Skropił to oliwą, wycisnął pół cytryny, dodał szczyptę soli morskiej i świeżo mielonego pieprzu.
Potem się odwrócił.
— Basiu, wezmę coś z piwnicy. Zaraz wracam.
— Co bierzesz?
— Taki dodatek. Korzonki na trawienie. Pamiętasz, mówiłem ci, że babcia mnie nauczyła. Ten korzonek jest z działki, suszony specjalnie. Fantastycznie działa na perystaltykę.
— Na co?
— Na ruszanie jelit. Na trawienie.
— A, no dobrze.
Wiesław zszedł do piwnicy. Piwnicy nie lubił nikt oprócz niego. Barbara nie schodziła tam od trzech lat — odkąd na schodach zobaczyła pająka tak dużego, że pomyślała, iż przybiegł z ogrodu zoologicznego. Wiesław pająka zabił, ale Barbara nie zmieniła zdania. Piwnica była domeną Wiesława, jego królestwem pod królestwem, miejscem, gdzie trzymał przetwory, narzędzia, stary rower i — za regałem z ogórkami — szafkę, w której stały słoiki.
Słoik z etykietką Cicuta virosa stał na drugiej półce od góry, między Aconitum firmum (prawie pustym) a Atropa belladonna (jeszcze nietkniętym). Wiesław wziął słoik, odkręcił nakrętkę, wyjął z niego kawałek suszonego kłącza — brązowy, pomarszczony, wielkości kciuka. Obejrzał go pod światło żarówki. Wciągnął zapach. Pachniał jak seler, ale intensywniej — bardziej ziemisty, bardziej gorzki, z nutą czegoś, co trudno było nazwać inaczej niż ostrzeżeniem.
Wrócił do kuchni. Barbara czytała gazetę. Wiesław stanął przy blacie plecami do żony, wziął nóż i pokroił kłącze szaleju w bardzo drobną kostkę. Drobniejszą niż seler, ale w sałatce, wśród orzechów i jabłka, różnica była niezauważalna. Zmieszał wszystko razem, polał jeszcze odrobiną oliwy i nałożył na dwa talerze.
— Obiad gotowy — oznajmił, stawiając talerze na stole. — Sałatka witaminowa z orzechami.
— Ładnie wygląda — powiedziała Barbara, odkładając gazetę.
— A smakuje jeszcze lepiej.
Barbara wzięła widelec. Wiesław usiadł naprzeciwko. Patrzył, jak żona nabiera pierwszy kęs — seler, kawałek jabłka, okruch orzecha — i wkłada do ust. Żuła powoli, z namysłem, jak ktoś, kto ocenia danie w konkursie kulinarnym.
— Dobre — powiedziała. — Trochę gorzkie, ale dobre.
— To od korzenia. Ten korzeń ma lekko gorzki posmak, ale właśnie ta goryczka pobudza trawienie. Stare babcine mądrości.
— Twoja babcia wiedziała swoje.
— Wiedziała.
Zjedli w milczeniu. Barbara zjadła cały talerz. Wiesław zjadł pół swojego — tę połowę, w której nie było kłącza szaleju, bo Wiesław nakładał sałatkę uważnie, ze świadomością, które kawałki są na którym talerzu. Potem umył naczynia, a Barbara poszła do salonu obejrzeć teleturniej.
Było wpół do pierwszej po południu. Dzień jak każdy inny.
Jeszcze.
Szalej jadowity, Cicuta virosa, jest jedną z najbardziej niebezpiecznych roślin rosnących na terenie Polski. Spotkać go można nad brzegami stawów, jezior i wolno płynących rzek, w rowach melioracyjnych, na podmokłych łąkach i torfowiskach. W okolicach Głogowa, gdzie Odra i jej dopływy tworzą sieć kanałów, rowów i starorzeczy, szalej czuje się jak w domu. Rośnie cicho, niepozornie, wśród trzcin i sitowia, i wygląda tak niewinnie, że większość ludzi przechodzi obok niego, nie poświęcając mu drugiego spojrzenia.
A powinni.
Szalej jest rośliną wieloletnią, dorastającą do stu pięćdziesięciu centymetrów wysokości. Ma łodygę pustą w środku, drobno prążkowaną, rozgałęzioną w górnej części. Liście są podwójnie lub potrójnie pierzaste, o lancetowatych odcinkach z ostro piłkowanymi brzegami. Kwiaty — drobne, białe, zebrane w baldachy — przypominają kwiaty marchwi, pietruszki albo kopru. To podobieństwo jest zabójcze. Dosłownie.
Bo to nie kwiaty, nie liście ani łodyga czynią szalej śmiertelnym. Śmierć mieszka w kłączu.
Kłącze szaleju jadowitego jest grube, mięsiste, białe lub żółtawe na przekroju. I ma jedną cechę, która odróżnia je od kłączy wszystkich innych roślin baldaszkowatych — jest komorowe. Kiedy się je przekroi wzdłuż, widać wyraźnie pustą przestrzeń wewnętrzną, podzieloną poprzecznymi przegrodami na kilka komór, jak miniaturowy blok mieszkalny widziany w przekroju. Z tych komór, po nacięciu, sączy się żółtawy sok o intensywnym, nieco selerowym zapachu. Ten zapach jest pułapką. Ten zapach mówi: jestem jadalna. Jestem korzeniem. Jestem czymś, co znasz.
Substancją trującą zawartą w kłączu szaleju jest cykutoksyna — poliacetylenowy alkohol, który atakuje ośrodkowy układ nerwowy z brutalną skutecznością. Cykutoksyna jest antagonistą receptorów GABA-ergicznych — głównych receptorów hamujących w mózgu. Kiedy GABA przestaje działać, mózg traci hamulce. Neurony zaczynają strzelać chaotycznie, bez kontroli, jak fajerwerki odpalane jednocześnie w zamkniętym pomieszczeniu. Efektem są drgawki — gwałtowne, uogólnione, toniczno-kloniczne — które mogą trwać minuty lub godziny i które, jeśli się ich nie przerwie, prowadzą do śmierci przez niewydolność oddechową, rabdomiolizę lub obrzęk mózgu.
Dawka śmiertelna cykutoksyny dla dorosłego człowieka wynosi około pięćdziesięciu miligramów. W jednym kłączu szaleju jest tej substancji wielokrotnie więcej.
Wiesław Komosa wiedział to wszystko. Wiedział, bo przeczytał o tym w trzech różnych książkach, na czterech różnych stronach internetowych i w jednym artykule naukowym, który znalazł w bazie PubMed, używając komputera w głogowskiej bibliotece miejskiej. Do biblioteki chodził we wtorki, kiedy Barbara była u fryzjerki. Siadał przy komputerze numer cztery, tym w rogu, przy oknie, z którego nie było widać ekranu od strony biurka bibliotekarki, i czytał. Czytał o roślinach jak inni mężczyźni czytają o samochodach albo o piłce nożnej — z pasją, z głodem szczegółów, z fascynacją, która nie miała w sobie nic z naukowego chłodu, a wszystko z obsesji.
Korzeń szaleju wykopał osiemnastego października, w sobotnie popołudnie, kiedy powiedział Barbarze, że idzie na spacer nad Odrę. Nie skłamał — rzeczywiście poszedł nad Odrę. Tylko że nie spacerował. Szedł wzdłuż rowu melioracyjnego przy drodze do Żukowic, systematycznie przeczesując wzrokiem zarośla na brzegu, aż znalazł to, czego szukał. Szalej rósł w kępie po trzy egzemplarze, między pałką szerokolistną a pokrzywami. Liście już więdły — koniec października — ale kłącze było w pełni sił. Wiesław włożył gumowe rękawice, wyciągnął roślinę z gruntu i odciął kłącze nożem. Przekroił je na pół, żeby sprawdzić strukturę komorową. Była wyraźna jak na ilustracji w podręczniku. Włożył kłącze do woreczka strunowego, ściągnął rękawice, umył ręce w rowie i wrócił do domu.
Suszył kłącze osiem dni na strychu, w miejscu, dokąd Barbara nie wchodziła — za skrzynką z ozdobami choinkowymi, na gazecie rozłożonej na belce stropowej. Potem pokroił je i zalał etanolem siedemdziesięcioprocentowym. Czekał kolejne pięć dni. Odcedził. Przelał do słoika. Podpisał.
Cierpliwość. Metoda. Systematyczność.
Jak w kopalni.
Barbara Komosa zaczęła się źle czuć o czternastej dwadzieścia. Wiedziała to dokładnie, bo akurat spojrzała na zegar nad telewizorem, kiedy po raz pierwszy poczuła skurcz w brzuchu. Nie taki zwykły skurcz, jaki ma się po obfitym obiedzie — raczej taki, jakby ktoś zacisnął dłoń na jej wnętrznościach i zaczął powoli przekręcać.
Wstała z kanapy. Przeszła do łazienki. Pomyślała, że musi skorzystać z toalety, ale kiedy usiadła na sedesie, nic się nie stało. Skurcz minął. Barbara odetchnęła, wstała, umyła ręce i wróciła do salonu.
O czternastej trzydzieści pięć skurcz wrócił. Tym razem silniejszy — tak silny, że Barbara złapała się za blat kuchenny, bo akurat szła po szklankę wody, i pochyliła się wpół.
— Wiesiu — zawołała.
Wiesław siedział w piwnicy. Robił coś przy swoim warsztacie — albo przynajmniej robił dźwięki, które brzmiały jak robienie czegoś przy warsztacie. Po chwili usłyszała jego kroki na schodach.
— Co jest?
— Brzuch mnie łapie. Strasznie. Znowu się zaczyna.
— Może to od owoców? Jadłaś rano te śliwki?
— Dwie śliwki jadłam. Od dwóch śliwek się nie choruje.
— Moja mama mówiła, że od śliwek zawsze kręci. Szczególnie jesiennych.
— Wiesiu, to nie są śliwki. Mnie naprawdę boli.
Wiesław podszedł do żony. Położył jej rękę na ramieniu. Gest był mechaniczny, wyuczony, jak podanie ręki obcemu człowiekowi na spotkaniu biznesowym.
— Może się połóż. Zrobię ci herbatę z mięty.
— Nie chcę herbaty. Chcę, żeby przestało boleć.
Ale nie przestało.
O piętnastej Barbara zwymiotowała — gwałtownie, z całego ciała, tak że musiała się przytrzymać framugi drzwi łazienkowych, żeby nie upaść. Wymioty były obfite, wodniste, z kawałkami niestrawionej sałatki. Potem były następne. I następne. Barbara klęczała przy sedesie, z włosami przyklejonymi do spoconego czoła, i myślała, że to znowu to samo, co dwa tygodnie temu, że znowu ją skręca, że znowu kończy na podłodze.
Ale to nie było to samo.
O piętnastej piętnaście zaczęły się drgawki.
Pierwsza drgawka przyszła bez ostrzeżenia — jak grom z jasnego nieba, jak nagły trzask pękającej szyby. Barbara stała w korytarzu, oparta o ścianę, próbowała dojść do sypialni, i nagle jej ciało przestało do niej należeć. Nogi się ugięły, ręce zesztywniały, głowa odskoczyła do tyłu, i Barbara runęła na podłogę jak marionetka, której ktoś przeciął sznurki. Ale to nie był bezwładny upadek — po upadku ciało Barbary zaczęło się trząść. Drgało, wstrząsało się, łuki i skurcze przechodziły przez nią falami, jak prąd elektryczny przez mokry drut. Szczęki zacisnęły się z taką siłą, że Barbara poczuła, jak pęka jej szkliwo na lewym dolnym trójce. Z kącika ust wypłynęła piana — biała, gęsta, jak piana z gaśnicy.
Wiesław stał w drzwiach kuchni i patrzył.
Przez trzy sekundy — a może przez pięć, a może przez dziesięć, czas w takich momentach jest z gumy — stał i patrzył. Potem podszedł, ukląkł przy żonie, chwycił ją za ramiona i zawołał jej imię. Odegrał to dobrze. Głos miał drżący, ale nie histeryczny. Spanikowany, ale zdolny do działania. Dokładnie taki, jaki powinien mieć mąż, który widzi żonę w drgawkach na podłodze i nie wie, co się dzieje.
Sięgnął po telefon. Wybrał numer alarmowy.
— Pogotowie. Moja żona ma drgawki. Leży na podłodze i się trzęsie, ma pianę z ust. Komosa, Działkowa siedem. Tak. Nie, nie jest epileptyczka. Nie wiem, co się stało. Proszę szybko. Proszę bardzo szybko.
Drgawki trwały cztery minuty. Potem ustąpiły, ale Barbara nie odzyskała przytomności — leżała na boku, z oczyma zamkniętymi, z pianą na brodzie i z oddechem tak płytkim, że Wiesław musiał przyłożyć ucho do jej ust, żeby upewnić się, że oddycha.
Karetka przyjechała w jedenaście minut.
Ratownicy — tym razem inna ekipa niż dwa tygodnie temu, starszy mężczyzna z siwymi wąsami i młoda kobieta o zmęczonych oczach — wbiegli do domu, przyklęknęli przy Barbarze, sprawdzili czynności życiowe. Ciśnienie sześćdziesiąt na czterdzieści. Puls sto dwadzieścia. Saturacja osiemdziesiąt osiem procent. Źrenice wąskie, reagujące na światło.
— Drgawki ustąpiły? — zapytał starszy ratownik.
— Przed chwilą — odpowiedział Wiesław. — Może pięć minut temu. Trwały ze cztery minuty.
— Pierwsza miała drgawki czy już wcześniej?
— Pierwsza w życiu. Nigdy wcześniej. Ale dwa tygodnie temu miała dziwne zatrucie, była w szpitalu. Na SOR-ze.
— Na czym leczona?
— Nie wiem. Na jakimś… na zatruciu pokarmowym. Lekarze mówili, że nie wiedzą, co to dokładnie było.
Młoda ratowniczka założyła Barbarze kaniulę donosową z tlenem, starszy ratownik przygotował wenflon.
— Pięć miligramów diazepamu dożylnie — powiedział do koleżanki. — Na wypadek, gdyby drgawki wróciły.
Barbara leżała na podłodze korytarza, na tym samym beżowym dywanie, na który dwa tygodnie temu zwymiotowała rosół. Dwa plamy — stara i nowa — nakładały się na siebie jak warstwy geologiczne, jak zapis historii, której nikt jeszcze nie umiał odczytać.
Wiesław stał z boku, z rękami w kieszeniach dżinsów, i patrzył, jak ratownicy pakują jego żonę na nosze. Twarz miał białą, napiętą, z zaciśniętymi szczękami. Ktoś, kto by go widział — a widziała go sąsiadka Halina, która wyjrzała przez okno, kiedy usłyszała syrenę — powiedziałby, że to twarz człowieka w szoku. I miałby rację. Tylko że szok Wiesława nie dotyczył stanu zdrowia Barbary. Dotyczył czegoś innego.
Za dużo, pomyślał Wiesław. Drgawki. Widoczne. Dramatyczne. Trudne do wyjaśnienia. Następnym razem trzeba coś cichszego. Coś, co wygląda jak choroba, nie jak napad.
Wsiadł do karetki. Znowu trzymał Barbarę za rękę.
Doktor Katarzyna Mojka nie miała tego dnia dyżuru. Była w domu, na osiedlu Hutnik, w kawalerce na trzecim piętrze, i robiła to, co robiła w każdą wolną sobotę — prała, odkurzała, próbowała czytać książkę, rezygnowała, przeglądała telefon, próbowała znowu czytać, znowu rezygnowała. Kot Stetoskop leżał na parapecie i patrzył na nią z wyrazem twarzy, który u kota mógł oznaczać pogardę, obojętność lub głód — trudno było powiedzieć.
Telefon zadzwonił o szesnastej.
— Katarzyna, tu Magda z SOR-u. Słuchaj, mamy tu coś dziwnego. Kobieta, czterdzieści pięć lat, drgawki uogólnione, utrata przytomności, wymioty. Nazwisko Komosa.
Katarzyna odłożyła książkę.
— Komosa? Barbara Komosa?
— Tak. Ta sama, co dwa tygodnie temu. Pamiętasz? Ta z mrowieniem i arytmią.
— Pamiętam. Jadę.
— Nie musisz, to nie twój dyżur. Radosz jest na izbie, ogarnia.
— Jadę.
Katarzyna rozłączyła się, wrzuciła Stetoskopowi podwójną porcję karmy do miski, włożyła kurtkę i zbiegła po schodach. Opel Corsa zapalił za trzecim razem — jak zwykle — i Katarzyna pojechała do szpitala, łamiąc na drodze dwa ograniczenia prędkości i jedno pierwszeństwo przejazdu.
Na SOR-ze było jak zawsze w sobotnie popołudnie — kontrolowany chaos. Doktor Radosz, rezydent z trzeciego roku, stał przy łóżku Barbary z miną człowieka, który widzi coś po raz pierwszy w życiu i nie jest pewien, czy mu się to podoba.
— Katarzyna, dobrze że jesteś. Ona miała drgawki tonioczno-kloniczne, cztery minuty, z utratą przytomności. Diazepam w karetce — pięć miligramów, drgawki ustąpiły. Ale wygląda na to, że się zbiera na kolejne.
— Skąd wiesz?
— Patrz na ręce.
Katarzyna spojrzała. Ręce Barbary drżały — nie jak przy zimnie, nie jak przy nerwach — drobnym, szybkim, fascykulacyjnym drżeniem, które wyglądało jak wewnętrzne trzęsienie ziemi tuż przed głównym wstrząsem.
— Daj kolejne pięć diazepamu. I przygotuj dwadzieścia lorazepamu na wypadek, gdyby nie odpowiedziała.
— Fenobarbital?
— Jeszcze nie. Najpierw zobaczmy, co daje diazepam.
Katarzyna podeszła do łóżka. Barbara miała oczy przymknięte, ale nie spała — wargi poruszały się bezgłośnie, jakby się modliła albo próbowała coś powiedzieć.
— Pani Barbaro? To ja, doktor Mojka. Pamięta mnie pani?
Barbara otworzyła oczy. Rozpoznanie trwało kilka sekund.
— Pamiętam — wychrypiała. — Pani mnie ostatnio leczyła. Od tego mrowienia.
— Tak. Proszę mi powiedzieć, co się stało.
— Sałatkę zjadłam. Mąż zrobił sałatkę z selera i jabłek. Potem mnie skręciło. Potem drgawki. Nie pamiętam dalej.
— Kiedy jadła pani sałatkę?
— Koło dwunastej. Może wpół do pierwszej.
— Trzy godziny temu. Co jeszcze pani dzisiaj jadła?
— Rano kawę i kanapkę. Dwie śliwki. Nic więcej.
— Żadnych leków, ziół, suplementów?
— Nie. Tylko mąż dodał do sałatki jakiś korzeń. Na trawienie. Zawsze dodaje.
Katarzyna zanotowała to w karcie. Potem spojrzała na monitor. Wyniki laboratoryjne jeszcze nie przyszły, ale EKG było w normie — żadnych zaburzeń rytmu jak ostatnio. Za to EEG, które zdążył podłączyć rezydent, pokazywało napadowe wyładowania o wysokiej amplitudzie. Mózg Barbary Komosy wyglądał jak stadion, na którym ktoś włączył wszystkie reflektory jednocześnie.
— Radosz, robimy pełną toksykologię. Krew, mocz. Dodaj surowicę na acylokarnityny i profil metaboliczny. I zadzwoń po neurologa.
— Myślisz, że to padaczka?
— Nie. Nie myślę, że to padaczka. Myślę, że ta kobieta jest truta.
Radosz spojrzał na Katarzynę. Potem na Barbarę. Potem znowu na Katarzynę.
— Truta? W sensie — ktoś ją truje? Celowo?
— Nie wiem, czy celowo. Ale coś ją truje. Dwa tygodnie temu akonitynopodobny zespół objawów, dzisiaj napady drgawkowe. To nie jest przypadek, Radosz. To jest wzorzec.
— Ale to może być coś innego. Epilepsja. Guz mózgu. Choroba metaboliczna.
— Może. Dlatego robimy badania. Wszystkie, jakie mamy. I chcę zobaczyć resztki tej sałatki. Jeśli zostały.
Katarzyna wyszła na korytarz. Wiesław siedział na tym samym plastikowym krześle co dwa tygodnie temu, przy tym samym automacie z kawą. Kubek stał na podłodze, pełny, nienaruszony.
— Panie Wiesławie.
— Pani doktor. Jak ona?
— Stabilizujemy ją. Miała poważne drgawki. Proszę mi powiedzieć — została w domu jakaś sałatka? Ta, którą pan dzisiaj zrobił?
— Chyba… chyba tak. Na kuchni powinien stać talerz z resztkami. Nie zdążyłem posprzątać.
— Proszę tego nie ruszać. Proszę niczego w kuchni nie ruszać.
— Ale dlaczego?
— Musimy zbadać, co mogło wywołać drgawki. To standardowa procedura przy podejrzeniu zatrucia.
— Zatrucia? Ale czym ona miałaby się zatruć? Sałatka była ze świeżych warzyw, z warzywniaka na rynku. Ja sam ją przygotowywałem.
— Właśnie dlatego musimy to sprawdzić. Mówił pan, że dodał do sałatki jakiś korzeń. Może pan mi powiedzieć, jaki to korzeń?
— Taki… na trawienie. Korzeniak, babcia tak go nazywała. Rośnie na łąkach, koło wody. Taki biały korzeń, pachnie trochę jak seler.
— Ma pan jeszcze ten korzeń?
— Może w piwnicy jest. Muszę sprawdzić.
— Proszę nie sprawdzać. Proszę na razie wracać do domu i czekać. Może być konieczne, że ktoś przyjedzie pobrać próbki.
— Próbki? Pani doktor, ja nie rozumiem. To jest zwykły korzeń z łąki. Sto razy go używałem. Nigdy nic się nie stało.
Katarzyna patrzyła na Wiesława. W jego oczach — w tych oczach koloru brudnego miodu, osadzonych głęboko pod ciężkimi powiekami — nie było ani strachu, ani zaskoczenia. Był w nich spokój. Rodzaj spokoju, który u normalnego człowieka, którego żona właśnie dostała drgawek na podłodze, byłby nienormalny. Ale Katarzyna nie wiedziała jeszcze, że to jest nienormalne. Miała dopiero to odkryć.
— Dobrze — powiedziała. — Proszę iść do domu. Zadzwonimy, jak będą wyniki.
Wiesław kiwnął głową, wstał, wziął kurtkę z oparcia krzesła.
— Pani doktor — powiedział, stojąc już w drzwiach — proszę ją dobrze leczyć. Ona jest wszystkim, co mam.
Potem wyszedł.
Katarzyna stała na korytarzu i patrzyła za nim, jak idzie do wyjścia — spokojnym, równym krokiem, bez pośpiechu, bez oglądania się. Miała wrażenie, że coś jest nie tak. Nie potrafiła jeszcze nazwać tego wrażenia, ale czuła je fizycznie, jak zmianę ciśnienia atmosferycznego tuż przed burzą, jak drobny dreszcz na karku, który mówi: uważaj.
Wróciła na salę do Barbary. Drgawki nie powróciły — diazepam zrobił swoje. Barbara spała, oddychając miarowo, z kroplówką w żyle i monitorem nad głową. Na ekranie serce biło równo, jak metronom, jakby nic się nie stało.
Katarzyna usiadła przy biurku dyżurnym, wyciągnęła z szuflady swoją prywatną notatkę — tę samą kartkę, na której dwa tygodnie temu napisała: Komosa Barbara, lat 45. Podejrzenie zatrucia? — i dopisała poniżej:
30.10. Drugie zdarzenie. Drgawki uogólnione toniczno-kloniczne, czas trwania ~4 min, z utratą przytomności. Poprzedzone wymiotami i bólami brzucha. Kontekst: spożycie sałatki z selerem + niezidentyfikowany korzeń dodany przez męża. Poprzedni epizod (12.10): parestezje, zaburzenia rytmu serca — po rosole z dodanymi „ziółkami”. Dwa epizody w dwóch tygodniach. Dwa posiłki przygotowane przez męża. Dwa razy „ziółka na trawienie”. Przypadek?
Pod spodem Katarzyna napisała dwa słowa, podkreślając je dwukrotnie:
Raczej nie.
Potem zadzwoniła do prof. Marka Zaręby z Katedry Toksykologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Profesora znała z czasów studiów — prowadził jej zajęcia na czwartym roku i zapamiętała go jako człowieka, który potrafił mówić o truciznach z takim entuzjazmem, jakby mówił o ulubionych daniach w restauracji.
Telefon zadzwonił sześć razy, zanim Zaręba odebrał.
— Zaręba, słucham.
— Profesorze, tu Katarzyna Mojka, głogowski szpital. Pamiętam mnie pan z zajęć, czwarty rok, toksykologia kliniczna.
— Mojka, Mojka… tak, pamiętam. Pani od pytań, których nikt nie zadawał. Co mogę pomóc?
— Mam pacjentkę, czterdzieści pięć lat, dwa epizody w ciągu dwóch tygodni. Pierwszy — mrowienie warg i kończyn, zaburzenia rytmu serca, dwukierunkowy VT, hipotensja. Drugi — dziś — drgawki toniczno-kloniczne uogólnione z utratą przytomności. Oba razy po posiłkach przygotowanych przez męża, z dodatkiem niezidentyfikowanych korzeni roślinnych.
Na linii zapadła cisza. Trwała pięć sekund. Dla prof. Zaręby pięć sekund ciszy było jak pięć minut krzyku u innego człowieka.
— Dwukierunkowy VT za pierwszym razem, mówi pani? A drgawki za drugim?
— Tak.
— To są dwa różne mechanizmy toksykologiczne. Pierwszy wygląda na blokadę kanałów sodowych. Akonityna albo pokrewne. Drugi wygląda na antagonizm GABA. Cykutoksyna. Szalej.
— Też tak pomyślałam.
— Jeśli to prawda, to ta kobieta dostaje za każdym razem inną truciznę. Pani doktor, to nie jest przypadkowe zatrucie. Przypadkowe zatrucia nie zmieniają mechanizmu działania co dwa tygodnie.
— Wiem.
— Jak się czuje pacjentka?
— Stabilnie po diazepamie. Drgawki nie wracają.
— Dobrze. Proszę zabezpieczyć krew i mocz na specjalistyczną analizę. I niech pani spróbuje zdobyć resztki tego jedzenia. Jeśli w tej sałatce jest cykutoksyna, to wykryjemy ją chromatograficznie.
— Będę próbować. Profesorze, jest jeszcze jedna rzecz.
— Tak?
— Mąż. Za każdym razem to on gotuje. Za każdym razem dodaje „ziółka na trawienie”. I za każdym razem ma taką… spokojną twarz. Zbyt spokojną.
Znowu cisza. Krótsza, trzy sekundy.
— Pani doktor, to, co mi pani opisuje, brzmi jak systematyczne trucie. I jeśli tak jest, to pani pacjentka jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie od choroby. Od męża.
— Wiem.
— Więc niech pani zrobi to, co powinna. Niech pani zadzwoni na policję.
Katarzyna odłożyła telefon. Patrzyła na kartkę ze swoimi notatkami. Na słowa raczej nie, podkreślone dwukrotnie. Potem sięgnęła po telefon jeszcze raz, ale zamiast numeru policji wybrała numer ordynatora, doktora Jabłońskiego. Musiała z kimś porozmawiać, zanim postawi krok, którego nie da się cofnąć.
Jabłoński odebrał po trzech dzwonkach. W tle słychać było telewizor — mecz, sądząc po okrzykach komentatora.
— Jabłoński.
— Panie doktorze, tu Mojka. Przepraszam, że w sobotę, ale mamy sytuację. Barbara Komosa, ta pacjentka sprzed dwóch tygodni z arytmią i parestezjami. Dzisiaj drgawki toniczno-kloniczne. Konsultowałam z profesorem Zaręba z Wrocławia. On uważa, że to może być celowe trucie.
Cisza. Ale inna niż cisza Zaręby. Cisza Jabłońskiego była ciężka, niechętna, pełna tego rodzaju oporu, który pojawia się u ludzi, kiedy ktoś mówi im coś, czego nie chcą usłyszeć.
— Celowe trucie? Mojka, to jest poważne oskarżenie. Ma pani dowody?
— Mam dwa epizody w dwóch tygodniach. Dwa różne mechanizmy toksykologiczne. Dwa razy posiłek przygotowany przez tę samą osobę. I niezidentyfikowane ziołowe dodatki.
— To mogą być przypadki. Ta kobieta była w Lourdes, we Francji. Może stamtąd coś przywiozła — jakąś pasożytniczą chorobę, coś wątrobowego. Pili nieprzegotowaną wodę, wie pani, jak to na pielgrzymkach bywa. Uszkodzenie wątroby może dawać i arytmie, i drgawki, i wymioty.
— Panie doktorze, dwukierunkowy VT i drgawki toniczno-kloniczne nie wynikają z uszkodzenia wątroby.
— Mogą, jeśli encefalopatia wątrobowa…
— To nie jest encefalopatia wątrobowa. Próby wątrobowe za pierwszym razem były w normie.
— To może być coś innego. Nie wiemy jeszcze.
— Właśnie dlatego chcę zrobić pełną toksykologię. I może… może powinniśmy rozważyć zgłoszenie na policję.
— Na policję? Na jakiej podstawie? Na podstawie podejrzenia? Mojka, jeśli się pani myli, to my mamy proces, ten mężczyzna ma proces, szpital ma problem. Nie można oskarżać człowieka o trucie żony, bo dwa razy miała zatrucie pokarmowe.
Katarzyna zacisnęła szczękę.
— Panie doktorze, jeśli ja mam rację i nic nie zrobimy, to ta kobieta umrze.
— A jeśli pani nie ma racji, to niszczymy życie niewinnemu człowiekowi. Proszę zrobić badania. Proszę poczekać na wyniki. Proszę nie dzwonić na policję, dopóki nie mamy twardych danych. To jest szpital, nie komisariat.
Jabłoński się rozłączył. Katarzyna siedziała z telefonem w ręku i słuchała ciszy. Potem wstała, podeszła do łóżka Barbary i przez długą chwilę patrzyła na śpiącą kobietę. Na jej bladą twarz, na cienkie usta, z których godzinę temu wydobywała się piana, na ręce z siniakami po wenflonach — starymi i nowymi — na różaniec, który ktoś — Wiesław? — owinął wokół jej nadgarstka.
Katarzyna wyciągnęła kartkę z notatkami, skreśliła znak zapytania i napisała zamiast niego wykrzyknik.
Komosa Barbara, lat 45. Podejrzenie zatrucia!
Potem schowała kartkę, nie do szuflady tym razem, ale do wewnętrznej kieszeni kurtki. Kieszeni, którą zapinała na zamek.
Wiesław Komosa wrócił do domu o siedemnastej. Wszedł do kuchni. Na blacie stał talerz z resztkami sałatki — może trzy łyżki, trochę orzechów, kawałek jabłka, kilka paseczków selera.
I kilka paseczków czegoś, co nie było selerem.
Wiesław wziął talerz, zeskrobał resztki do woreczka foliowego, woreczek wyrzucił do śmietnika na zewnątrz, pod wiatą. Nie do tego domowego — do tego osiedlowego, dużego, do którego wrzucali wszyscy z ulicy. Potem wrócił, umył talerz, umył blat, umył deskę do krojenia, umył nóż. Przetarł powierzchnie płynem do dezynfekcji. Wyniósł kosz z łazienki, w którym były ślady wymiotów Barbary. Wyrzucił ten kosz do tego samego śmietnika. Potem poszedł do piwnicy, wyjął z szafki słoik z napisem Cicuta virosa i wyrzucił jego zawartość do sedesu. Spłukał trzy razy. Słoik umył, wysuszył i odstawił na miejsce. Pusty.
O dwudziestej zadzwonił do szpitala zapytać o żonę.
Pielęgniarka powiedziała, że pani Komosa śpi spokojnie, że drgawki nie wróciły i że stan jest stabilny.
— Dziękuję — powiedział Wiesław. — Proszę jej przekazać, że rano przyjadę. I że kwiaty na parapecie podlane.
Odłożył telefon. Usiadł w kuchni, przy pustym stole, w pustym domu. Cisza była gęsta jak wata. Wiesław otworzył notatnik w telefonie i wpisał:
Cicuta virosa. Kłącze suszone, drobno krojone, dodane bezpośrednio do sałatki z selerem (kamuflaż smakowy — skuteczny, pacjentka nie rozpoznała). Dawka: ok. 3 g kłącza suszonego. Czas do objawów: ~2 godz. Objawy: wymioty, drgawki uogólnione toniczno-kloniczne, utrata przytomności. Interwencja: pogotowie, diazepam. Pacjentka żyje. Wniosek: dawka subtoksyczna lub pacjentka oporniejsza niż zakładano. Uwaga: resztki jedzenia usunięte. Kuchnia zdezynfekowana. Brak śladów. Lekarka (Mojka) podejrzliwa — pytała o korzeń, żądała próbek. Zachować ostrożność. Następna próba: zmiana wektora. Nie korzeń, nie zioła. Coś, co nie kojarzy się z kuchnią. Sprawdzić: Atropa belladonna — owoce. Sezon jagodowy się kończy, ale można zamrozić.
Zapisał. Zamknął notatnik. Włożył telefon do kieszeni.
Potem poszedł do łazienki, wziął prysznic — długi, gorący, taki sam jak po pracy w kopalni — wytarł się, włożył piżamę i położył się do łóżka. Leżał na plecach, z rękami wzdłuż ciała, nieruchomo, z otwartymi oczami. Patrzył w sufit.
Myślał o Barbarze. Nie o tym, jak się czuje — to go nie obchodziło — ale o tym, jak długo jeszcze będzie musiał się starać. Ile prób. Ile korzonków, ile wyciągów, ile sałatek i rosołów. Ile wizyt w szpitalu, ile rozmów z lekarzami, ile razy będzie musiał udawać troskliwego męża z drżącym głosem i kubkiem kawy z automatu w ręku. Ile jeszcze razy będzie musiał ją trzymać za rękę w karetce, czując pod palcami puls, który powinien — w jego planie — być coraz słabszy, a który za każdym razem wracał do normy, uparty, twardy, nieugięty jak sama Barbara.
To był problem. Barbara nie chciała umrzeć. Jej ciało, wyniszczone latami stresu, bezsenności i kiepskiej diety, okazywało się zaskakująco oporne. Jak skała w kopalni, która wygląda na kruchą, ale kiedy wbijesz w nią świder, okazuje się twarda jak diabeł.
Trzeba będzie zmienić podejście, pomyślał Wiesław. Nie dawka jest problemem. Problemem jest powtarzalność. Ta lekarka — Mojka — zaczyna kojarzyć fakty. Pyta za dużo. Patrzy za uważnie. Jeśli połączy jedno z drugim, to on — Wiesław — będzie miał kłopoty. A Wiesław nie lubił kłopotów. Lubił porządek. Lubił kontrolę. Lubił wiedzieć, co będzie za godzinę, za dzień, za tydzień. Lubił być jedynym człowiekiem w pokoju, który zna cały plan.
Zasnął o dwudziestej trzeciej. Spał, jak zwykle, spokojnie.
Na parapecie w kuchni stały kwiatki. Podlane.
W szpitalu, trzy kilometry dalej, Katarzyna Mojka nie spała. Siedziała w dyżurce, chociaż nie miała dyżuru, i przeglądała wyniki badań Barbary. Morfologia — tym razem leukocytoza, dwanaście tysięcy, pewnie reaktywna po drgawkach. CK — podwyższone, trzysta dwadzieścia jednostek, wynik spodziewany po napadzie toniczno-klonicznym, mięśnie się niszczą podczas drgawek. Elektrolity — potas znowu niski, sód w normie. Próby wątrobowe — i tu Katarzyna zamarła.
ALT — sto dwadzieścia. Norma do czterdziestu.
AST — sto piętnaście. Norma do czterdziestu.
Dwa tygodnie temu próby wątrobowe były prawidłowe. Teraz były trzykrotnie przekroczone. Coś niszczyło wątrobę Barbary Komosy. Coś, co nie było tam dwa tygodnie temu, a teraz było.
Albo coś, co było za pierwszym razem w dawce zbyt małej, żeby uszkodzić wątrobę, a za drugim razem w dawce wystarczającej. Albo coś innego. Dwa różne środki. Dwa różne ataki. Dwa różne mechanizmy.
Katarzyna sięgnęła po telefon. Chciała zadzwonić do Zaręby jeszcze raz, ale spojrzała na zegarek — dwudziesta trzecia czterdzieści. Za późno. Zaręba miał żonę, dzieci, życie poza szpitalne.
Zamiast tego wstała i poszła na salę do Barbary. Kobieta spała. Oddech miarowy. Monitor pokazywał puls siedemdziesiąt dwa, ciśnienie sto dziesięć na siedemdziesiąt, saturację dziewięćdziesiąt osiem procent. Na nadgarstku różaniec, na szafce nocnej — kubek z niedopitą herbatą, którą dała jej pielęgniarka.
Katarzyna usiadła na brzegu łóżka. Przez długą chwilę patrzyła na twarz Barbary — na zamknięte oczy, na delikatne zmarszczki wokół ust, na bladą skórę, na której tu i ówdzie widać było żyłki jak na starym porcelanowym talerzu. Ta kobieta wyglądała jak ktoś, kto od dawna przegrywa walkę, ale nie wie, z kim walczy. Nie wie nawet, że walczy.
— Kto ci to robi? — szepnęła Katarzyna.
Ale znała odpowiedź. Wiedziała ją od momentu, kiedy Barbara po raz drugi wjechała na SOR po posiłku przygotowanym przez męża. Wiedziała ją od momentu, kiedy zobaczyła tę spokojną twarz na korytarzu, te brudne paznokcie, ten uśmiech, który zapalał się i gasł jak lampa z czujnikiem ruchu.
Tylko że wiedzieć to nie to samo, co udowodnić.
I udowodnić to nie to samo, co zapobiec.
Katarzyna wstała, wyszła z sali i zamknęła za sobą drzwi. Na korytarzu było cicho, ciemno, pachnęło szpitalnym detergentem i resztkami kolacji z kuchenki oddziałowej. Gdzieś daleko, za kilkoma ścianami, ktoś kaszlał monotonnie, jak zepsuty silnik.
Katarzyna wróciła do dyżurki, usiadła przy biurku, wyciągnęła kartkę z wewnętrznej kieszeni kurtki i dopisała ostatnie zdanie na ten dzień:
Muszę porozmawiać z kimś, kto nie jest lekarzem. Muszę porozmawiać z policją. Jabłoński się myli. Czekanie na twarde dane może ją zabić.
Ale nie zadzwoniła. Jeszcze nie. Schowała kartkę, wyłączyła lampkę na biurku, oparła głowę na rękach i zamknęła oczy.
Zasnęła o pierwszej w nocy, z głową na blacie biurka, z kurtką zsuniętą z ramion, z telefonem ściśniętym w dłoni.
Śniły jej się komory. Puste, białe przestrzenie, oddzielone przegrodami, jak wnętrze korzenia rośliny, której nazwy nie umiała sobie przypomnieć. W komorach ktoś płakał. Cichym, stłumionym szlochem, jakby za ścianą, jakby pod wodą.
Kiedy się obudziła o szóstej rano, na policzku miała odcisk klawiatury komputera, a w głowie jedno słowo, powtarzane jak mantra, jak ostrzeżenie, jak modlitwa:
Wzorzec.
Rozdział 3: Kompot z jagód
Listopad przyszedł do Głogowa mokry i brudny, niosąc ze sobą krótkie dni, długie wieczory i rodzaj smutku, który osiadał na mieście jak sadza na kominie huty. Drzewa na osiedlu Kopernika stały nagie, ich czarne gałęzie rysowały się na tle nieba jak popękane żyły na skroni starca. Chodniki pokrywały się warstwą gnijących liści, po których ludzie ślizgali się w drodze do pracy i z powrotem, klnąc pod nosem na jesień, na miasto i na życie, które tutaj, w cieniu kombinatu, toczyło się wolniej niż gdziekolwiek indziej, a jednocześnie jakoś przyspieszało w tych momentach, kiedy człowiek chciał, żeby zwolniło.
Barbara Komosa wróciła ze szpitala po trzech dniach. Tym razem diagnoza brzmiała inaczej niż poprzednio — neurolog napisał w wypisie napad drgawkowy o niejasnej etiologii, zalecił konsultację epileptologiczną we Wrocławiu i przepisał lewetiracetam, lek przeciwpadaczkowy, na wypadek gdyby drgawki się powtórzyły. Barbara wzięła receptę, wykupiła leki w aptece przy Kościuszki i postawiła pudełko na szafce nocnej, obok ibuprofenu, preparatu potasu i obrazka Matki Boskiej z Lourdes.
Na szafce robiło się ciasno.
Konsultacja epileptologiczna we Wrocławiu była wyznaczona na grudzień. Do grudnia było daleko. Barbara postanowiła nie myśleć o grudniu, nie myśleć o drgawkach, nie myśleć o niczym, co mogłoby zburzyć kruchy porządek, który odbudowywała dzień po dniu, szklanka herbaty po szklance herbaty, odcinek serialu po odcinku serialu. Chciała normalności. Potrzebowała normalności jak tlenu, jak wody, jak snu, którego ciągle miała za mało.
Wiesław pomagał. Wiesław zawsze pomagał. Przynosił jej herbatę do łóżka rano, przed wyjściem na zmianę. Zostawiał na kuchennym stole kartkę z napisem: Obiad w lodówce, podgrzej na małym gazie, 3 minuty. Dzwonił z pracy w przerwie śniadaniowej, co Barbara uważała za dowód miłości, a co w rzeczywistości było dowodem czegoś zupełnie innego.
W kopalni życie toczyło się swoim rytmem. Zjazd, wydobycie, wyjazd, łaźnia, autokar. Wiesław pracował na drugim poziomie wydobywczym kopalni Rudna, w oddziale G-23, gdzie temperatura powietrza dochodziła do trzydziestu czterech stopni, a wilgotność do dziewięćdziesięciu procent. Warunki, w których normalni ludzie tracili przytomność po dwudziestu minutach, górnicy z KGHM wytrzymywali sześć godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, przez dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat. To robiło z nich albo twardzieli, albo wraków. Wiesław nie był ani jednym, ani drugim. Wiesław był czymś trzecim — czymś, czego nikt w kopalni nie potrafił nazwać, ale co wszyscy wyczuwali jak zmianę temperatury w chodniku, kiedy gdzieś przed tobą zaczyna sączyć się woda.
Mietek Walczak, jak co rano, próbował go zagadać w szatni.
— Komosa, co z Barbarą? Słyszałem, że znowu w szpitalu leżała.
— Kto ci powiedział?
— Halina, sąsiadka twoja. Mojej żonie powiedziała na bazarku. Że karetka przyjechała i Barbarę zabrali.
— Miała drgawki. Jest lepiej.
— Drgawki? Matko, a od czego?
— Nie wiedzą. Badają.
— To może ją do Wrocławia wyślij, do jakiegoś profesora. Tu w Głogowie to wiesz, szpital jest jaki jest. Moja teściowa tam leżała z biodrem, to się gorzej wypisała niż wpisała.
— Będziemy we Wrocławiu w grudniu.
— No to dobrze. Trzymaj się, Wiesiek.
Wiesław skinął głową i wrócił do ubierania kombinezonu. Mietek pokręcił głową i powiedział do kolegi obok, półgłosem, ale nie na tyle cicho, żeby Wiesław nie usłyszał: ten to ma cierpliwość jak skała, własna żona mu choruje, a on nawet głosu nie podniesie. I sztygar Zdzisław, stojący trzy szafki dalej, dodał: bo to jest taki, co wszystko trzyma w środku. Takim to trzeba uważać, bo jak im puści, to pękają jak rura pod ciśnieniem.
Ale Wiesławowi nic nie puszczało. Wiesław nie był rurą pod ciśnieniem. Wiesław był rurą, przez którą nic nie przepływało — ani ciepło, ani zimno, ani woda, ani powietrze. Był rurą zamurowaną od obu stron.
— —
Pomysł z jagodami przyszedł mu w piątek, szóstego listopada, kiedy wracał z pracy i przechodził obok Biedronki. Na plakacie w witrynie ktoś reklamował mrożone owoce leśne — jagody, maliny, jeżyny — w dwukilogramowych torbach po dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Wiesław stanął przed plakatem i patrzył na niego przez może piętnaście sekund. Piętnaście sekund wystarczyło.
Mrożone jagody. Kompot z jagód. I kilka owoców, które wyglądają dokładnie jak jagody, ale jagodami nie są.
Pokrzyk wilcza jagoda. Atropa belladonna.
Wiesław wiedział, gdzie rośnie pokrzyk. Widział go w sierpniu, kiedy szedł na grzyby do lasu za Żukowicami — dużo krzak o szerokich, matowych liściach, z dzwonkowatymi, brunatno-purpurowymi kwiatami i z owocami, które wyglądały jak czarne, lśniące czereśnie osadzone w zielonym kielichu. W sierpniu owoce były w pełni dojrzałe. Teraz, w listopadzie, krzak zapewne już stracił liście, ale Wiesław nie potrzebował świeżych owoców. W zamrażarce w piwnicy, w woreczku strunowym podpisanym kodem B.S. — nie Belladonna, co byłoby zbyt oczywiste, ale co Wiesław rozszyfrowywał jako „borówki specjalne” — leżało pół kilograma owoców pokrzyku, zebranych w sierpniu i zamrożonych tego samego dnia.
Pół kilograma to dużo. Kilka owoców wystarczyłoby. Ale Wiesław lubił mieć zapas. W kopalni uczyli, że zapas materiału to podstawa bezpieczeństwa. Pod ziemią nigdy nie wiesz, co się wydarzy, więc bierzesz więcej niż potrzebujesz. Na powierzchni — tak samo.
W sobotę rano Barbara wstała wcześniej niż zwykle. Była w niezłym humorze — w nocy spała sześć godzin bez przerwy, co w jej przypadku graniczyło z cudem. Zrobiła sobie kawę, usiadła przy stole, popatrzyła przez okno na ogródek. Za szybą szarzało jesienne niebo, ale między chmurami tu i ówdzie przeciskały się wąskie smugi światła, jakby ktoś na górze uchylał drzwi i zaraz je zamykał.
Wiesław wszedł do kuchni o ósmej. Miał na sobie szary dres i klapki, włosy zmierzwione po śnie. Wyglądał zwyczajnie. Wyglądał jak czterdzieści pięć milionów innych mężczyzn na świecie, którzy w sobotni poranek wchodzą do kuchni i pytają żonę, co na śniadanie.
— Kawy mi zrobisz? — zapytał.
— W czajniku jest gorąca woda. Kawa w szafce, jak zawsze.
— Dzięki. Słuchaj, Basiu, myślałem, żeby dzisiaj zrobić kompot.
— Kompot?
— Z jagód. Mrożonych. Mam w zamrażarce torbę tych z Biedronki i trochę takich swoich, z lasu. Zbierałem w sierpniu, pamiętasz? Jak chodziłem na grzyby za Żukowice.
— Pamiętam. Ale jagody z lasu to nie to samo co jagody ze sklepu. Mogą być brudne, mogą być…
— Basiu, umyłem je i zamroziłem tego samego dnia. Czyste jak łza. I smak mają nieporównywalny. Te ze sklepu to plastik, a te leśne — prawdziwy smak. Babcia mówiła, że kompot z leśnych jagód to najzdrowsza rzecz na świecie. Na żołądek, na nerwy, na wszystko.
— Twoja babcia miała na wszystko remedium.
— Bo mądrą kobietą była. Jak ty.
Barbara uśmiechnęła się. Kiedy Wiesław mówił jej komplement — co zdarzało się rzadko, może raz na miesiąc, może raz na dwa — uśmiechała się tym samym uśmiechem, jakim uśmiechała się dwadzieścia dwa lata temu, kiedy ją poprosił o rękę w parku Słowiańskim, na ławce pod kasztanem, z pierścionkiem kupionym za połowę pierwszej górniczej wypłaty. Tamten uśmiech był jak otwarte okno w ciemnym pokoju. Dzisiejszy był jak to samo okno, tyle że z mniejszą szybą i z większą ilością brudu na parapecie.
— No to rób ten kompot — powiedziała.
— —
Pokrzyk wilcza jagoda, Atropa belladonna, jest rośliną, która od tysięcy lat fascynuje i przeraża w równym stopniu. Jej nazwa łacińska pochodzi od Atropos — jednej z trzech Mojr w mitologii greckiej, tej, która przecinała nić ludzkiego życia. Piękna pani, belladonna — bo włoskie kobiety w renesansie wkraplały sobie sok z pokrzyku do oczu, żeby rozszerzyć źrenice i wyglądać atrakcyjniej. Piękno i śmierć w jednym opakowaniu.
Pokrzyk jest rośliną wieloletnią z rodziny psiankowatych, spokrewnioną z pomidorem, kartoflem i tytoniem. Dorasta do stu pięćdziesięciu centymetrów wysokości. Ma łodygę grubą, rozgałęzioną, pokrytą delikatnym, lepkim owłosieniem. Liście są duże, jajowate, matowozielone, o nieprzyjemnym zapachu — kto raz powąchał liść pokrzyku, nigdy nie zapomni tej mdłej, lekko słodkawej woni, która kojarzy się z czymś starym, czymś gnijącym, czymś, co powinno zostać pod ziemią. Kwiaty są dzwonkowate, brunatno-fioletowe, niepozorne, ukryte w kątach liści jak sekrety ukryte w kątach pokoju.
Ale to owoce czynią pokrzyk niebezpiecznym dla nieprzygotowanego oka. Owoce pokrzyku to kuliste jagody wielkości czereśni, początkowo zielone, potem czarne, lśniące, osadzone w trwałym, pięciodziałkowym kielichu. Wyglądają apetycznie. Wyglądają jak jagody albo jak czarne czereśnie. Smakują — według tych nielicznych, którzy przeżyli próbowanie — słodkawo, lekko cierpko, nie odpychająco. To jest pułapka natury tak doskonała, że co roku w Polsce kilkadziesiąt osób — głównie dzieci — trafia do szpitala po zjedzeniu owoców pokrzyku znalezionych w lesie, na skraju ścieżki, na polanie, w miejscach, gdzie pokrzyk rośnie cicho i cierpliwie, czekając.
Substancje trujące zawarte w pokrzyku to alkaloidy tropanowe. Trzy główne: atropina, skopolamina i hioscyjamina. Działają one jako antagoniści receptorów muskarynowych — receptorów, przez które acetylocholina steruje pracą gruczołów, mięśni gładkich, serca i mózgu. Kiedy atropina blokuje te receptory, ciało traci kontrolę nad funkcjami, które normalnie działają automatycznie, bez udziału woli. Źrenice się rozszerzają — bo mięsień zwieracz tęczówki przestaje się kurczyć. Ślina wysycha — bo gruczoły ślinowe milkną. Serce przyspiesza — bo nerw błędny traci hamulec. Skóra robi się gorąca i sucha — bo gruczoły potowe wyłączają się jak żarówki w domu, w którym ktoś wyciągnął główny bezpiecznik. A mózg — mózg wpada w chaos.
Bo atropina i skopolamina przenikają przez barierę krew-mózg. I kiedy tam dotrą, odcinają acetylocholinę od jej receptorów w korze mózgowej, w hipokampie, w jądrach podstawy. Efektem są halucynacje — żywe, realistyczne, przerażające. Nie takie jak po LSD, gdzie człowiek wie, że halucynuje. Takie, gdzie człowiek jest absolutnie przekonany, że to, co widzi, jest prawdziwe. Rozmawia z ludźmi, których nie ma. Widzi zwierzęta, które nie istnieją. Ucieka przed czymś, czego nikt inny nie widzi. Lekarze nazywają to zespołem antycholinergicznym. Podręczniki mnemotechnicznie opisują go tak: gorący jak zając, suchy jak pieprz, czerwony jak burak, ślepy jak kret, szalony jak kapelusznik.
Dawka toksyczna dla dorosłego człowieka to dwa do pięciu owoców. Dawka śmiertelna — dziesięć do dwudziestu. Dzieci umierały po trzech.
Wiesław Komosa zamierzał użyć siedmiu.
— —
Kompot gotował się na małym ogniu w garnku pięciolitrowym. Wiesław stał przy kuchence i mieszał drewnianą łyżką — tą z wyrytym kwiatkiem na rączce, kupioną na jarmarku w Zielonej Górze pięć lat temu. W garnku bulgotała ciemnofioletowa ciecz, pachnąca jagodami, cukrem i cytryną. Na powierzchni pływały owoce — te z Biedronki, normalnych rozmiarów, zwykłe mrożone jagody, i te inne, większe, okrąglejsze, lśniące inaczej, o skórce grubszej niż jagodowa, o miąższu gęstszym i słodszym.
Siedem owoców pokrzyku wilczej jagody pływało wśród setek owoców jagody pospolitej. Wyglądały prawie tak samo. Prawie — bo były odrobinę większe, odrobinę ciemniejsze, a ktoś, kto by je wyłowił i przekroił, zobaczyłby wewnątrz nie jagodowy fiolet, ale kremowobiałe nasiona, ułożone jak malutkie nerki w miniaturowym organizmie. Ale nikt nie wyławiał owoców z kompotu. Nikt nie kroił jagód na pół. Nikt nie szukał nasion.
Barbara siedziała w salonie i rozmawiała przez telefon z Grażyną, swoją młodszą siostrą. Grażyna mieszkała w Lesznie, pracowała w urzędzie gminy i dzwoniła do Barbary co niedzielę, a czasami w sobotę, kiedy miała wolne. Ich rozmowy były jak rosół — przewidywalne, ciepłe, pozbawione niespodzianek, pełne tych samych składników: zdrowie, pogoda, dzieci Grażyny, kościół, telewizja, plotki z rodziny.
— I co lekarz powiedział? — pytała Grażyna z Leszna.
— Że to mogą być drgawki padaczkowe. Ale muszę jechać do Wrocławia na badania. W grudniu mam termin.
— A może to od tego Lourdes? Pamiętasz, jak piłaś tę wodę ze źródełka? Ja ci mówiłam, żebyś nie piła nieprzegotowanej.
— Grażynka, to jest woda święta. Ludzie ją piją od stu pięćdziesięciu lat i nikt nie umarł.
— No nie umarł, ale mogłaś złapać jakiegoś pasożyta. Albo bakterię. W telewizji mówili, że we Francji jest taka choroba tropikalna od wody, która uszkadza wątrobę. Jak się raz uszkodzi, to potem całe życie problemy.
— Grażyna, ja nie mam choroby tropikalnej.
— A skąd wiesz? Badali ci wątrobę?
— Badali. Trochę podwyższone wyniki, ale lekarz mówił, że to od leków.
— No widzisz. Podwyższone. To znaczy, że wątroba pracuje na pełnych obrotach. Mogłaś złapać coś w Lourdes i teraz to siedzi i ci szkodzi.
Barbara westchnęła. Nie miała siły się kłócić z Grażyną. Grażyna była młodsza o cztery lata, ale zachowywała się jak starsza — zawsze wiedziała lepiej, zawsze miała radę, zawsze miała teorię. Kiedy Barbara powiedziała jej o pierwszym pobycie w szpitalu, Grażyna natychmiast postawiła diagnozę: Lourdes. I od tamtej pory przy każdej rozmowie wracała do Lourdes jak do mantry, jak do jedynego wyjaśnienia, które miało sens w jej uporządkowanym, urzędniczym umyśle.
Z kuchni doleciał głos Wiesława.
— Basiu! Kompot gotowy! Nalewać?
— Nalej, nalej. Zaraz przyjdę. Grażynka, muszę kończyć, Wiesiek kompot zrobił.
— Jagodowy?
— Jagodowy.
— No to pij na zdrowie. I jedź do tego Wrocławia, nie zwlekaj.
— Pojadę, pojadę. Pa, Grażynka. Buziaki.
Barbara odłożyła telefon i poszła do kuchni. Na stole stały dwie szklanki kompotu — ciemnofioletowego, gęstego, pachnącego latem i lasem. Na spodku obok Wiesław położył dwa herbatniki.
— Piękny kolor — powiedziała Barbara, podnosząc szklankę.
— To od tych leśnych jagód. Mają więcej barwnika niż te sklepowe. I więcej smaku.
— Nie za słodki?
— Sam spróbuję. — Wiesław wziął swoją szklankę i upił łyk. — Idealny. Trochę cierpki, ale tak ma być. Leśna jagoda ma prawo być cierpka.
Barbara upiła łyk. Potem drugi. Kompot był ciepły, słodki z lekką nut cierpkości, z kawałkami owoców, które rozpuszczały się na języku jak wspomnienia lata w środku listopada. Smakowało dobrze. Smakowało jak bezpieczeństwo.
Wypiła całą szklankę. Wiesław nalał jej drugą.
— Nie, nie, wystarczy. Dziękuję.
— To może wieczorem. Zostało ze dwa litry. Wstawię do lodówki.
— Dobrze.
Wiesław zabrał szklanki, umył je, wytarł, odstawił. Garnek z kompotem postawił w lodówce. Potem poszedł do piwnicy — coś tam majstrował, albo udawał, że majstruje — a Barbara usiadła przed telewizorem z kocem na kolanach i z kotem sąsiadki Haliny, który wpuścił się do domu przez uchylone drzwi tarasowe i teraz leżał na fotelu obok, mrucząc jak mały silnik.
Kot nazywał się Bonifacy. Był rudy, gruby i miał w oczach wyraz permanentnej wyższości nad wszystkim, co nie było kotem. Barbara lubiła Bonifacego. Był jedynym gościem, który przychodził do niej bez uprzedzenia i nie oczekiwał niczego poza ciepłym miejscem do spania.
O czternastej Barbara zaczęła widzieć dziwne rzeczy.
— —
Najpierw były to drobnostki. Kolory w telewizorze wydały się bardziej intensywne niż zwykle — czerwienie były czerwieńsze, zielenie bardziej zielone, jakby ktoś podkręcił saturację na ekranie. Barbara pomyślała, że to od kompotu — cukier podniósł jej ciśnienie, krew napłynęła do głowy, stąd te żywsze barwy. Logiczne wyjaśnienie. Nic groźnego.
Potem zauważyła, że Bonifacy ma sześć łap. Nie cztery, sześć. Dwie dodatkowe wyrastały mu z boków, tuż za łopatkami, i poruszały się niezależnie od reszty ciała, jakby należały do innego zwierzęcia. Barbara mrugnęła. Bonifacy miał cztery łapy. Normalnie. Mrugnęła znowu. Znowu sześć. Zamknęła oczy na trzy sekundy, otworzyła. Cztery.
— Co jest — mruknęła do siebie.
Wstała z kanapy. Poszła do łazienki umyć twarz zimną wodą. W lustrze nad umywalką zobaczyła swoją twarz — bladą, ale normalną, z podkrążonymi oczami, z włosami spiętymi spinką. Normalną. Tylko że źrenice były ogromne. Nie duże — ogromne. Czarne koła, które zajmowały prawie całą tęczówkę, tak że oczy Barbary wyglądały jak oczy postaci z japońskiej kreskówki, jak dwa ciemne tunele wiodące do wnętrza głowy.
Barbara pochyliła się nad umywalką i spojrzała w lustro z bliska. Źrenice nie reagowały na światło. Zaświeciła sobie latarką z telefonu prosto w oczy — nic. Ani drgnięcie. Czarne, okrągłe, nieruchome.
Serce zaczęło jej bić szybciej. Sto, sto dziesięć, sto dwadzieścia uderzeń na minutę — czuła to w gardle, w skroniach, w nadgarstkach, jakby ktoś wewnątrz niej walił pięściami w ściany. Usta wyschły. Nie trochę — kompletnie. Język leżał w ustach jak kawałek filcu, suchy, szorstki, obcy. Barbara odkręciła kran, nabrała wody w dłonie, wypiła. Nie pomogło. Suchość wróciła natychmiast, jakby woda nie dotarła dalej niż do gardła i wyparowała.
Wróciła do salonu. Bonifacy zniknął — pewnie wyszedł przez taras. Na fotelu, na którym leżał kot, siedziała teraz kobieta. Starsza, siwa, w granatowej sukience w białe grochy, z chustką na głowie i z różańcem w ręku. Barbara znała tę sukienkę. Znała tę chustkę. Znała ten różaniec.
To była jej matka.
Jej matka, która umarła trzy lata temu, w marcu, w szpitalu w Lesznie, na raka trzustki, w wieku siedemdziesięciu dwóch lat. Jej matka, której pogrzeb był w deszczu, na cmentarzu w Górze, i przy której grobie Barbara klęczała co Wszystkich Świętych z chryzantemami i ze łzami, które nigdy nie były wystarczające, żeby zmyć poczucie winy za to, że nie była przy niej w ostatnich godzinach.
Jej matka siedziała na fotelu w salonie, patrzyła na Barbarę i uśmiechała się.
Barbara stanęła w drzwiach. Nogi miała jak z waty. Serce biło tak szybko, że każdy oddech był za krótki, za płytki, za gorący.
— Mama? — wyszeptała.
Matka nie odpowiedziała. Uśmiechała się dalej — tym samym uśmiechem, który Barbara pamiętała z dzieciństwa, z niedzielnych obiadów, z wieczorów, kiedy mama czytała jej bajki przy świetle lampki nocnej. Uśmiechem, który mówił: jestem tu, nie bój się, wszystko będzie dobrze.
— Mamusiu, to ty?
Matka pokiwała głową. Powoli, łagodnie, jak w zwolnionym tempie.
Barbara zrobiła krok do przodu. Potem drugi. Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć matki — jej ramienia, jej twarzy, czegokolwiek, co potwierdziłoby, że to nie sen, nie złudzenie, nie sztuczka zmęczonego mózgu. Palce przeszły przez powietrze. Nie było nic. Żadnego ramienia, żadnej twarzy, żadnej granatowej sukienki w białe grochy. Tylko fotel, poduszka na fotelu i zapach — delikatny, prawie niezauważalny — lawendy. Mama zawsze pachnęła lawendą.
Barbara cofnęła rękę. Matka zniknęła.
Ale za nią, w kącie pokoju, przy regale z książkami, stała czarna postać.
Nie człowiek. Nie zwierzę. Nie cień. Coś, co nie miało twarzy ani kształtu, co było ciemnością gęstszą niż ciemność pokoju, co stało nieruchomo i — Barbara czuła to z przerażającą pewnością — patrzyło na nią. Czymkolwiek patrzyło, bo nie miało oczu. Patrzyło całym sobą, jak dziura w ścianie patrzy na pokój, który za nią jest.
Barbara krzyknęła.
Krzyk był wysoki, cienki, niepodobny do jej głosu — głosu kobiety, która przez czterdzieści pięć lat życia nauczyła się nie krzyczeć, bo krzykiem niczego się nie załatwiało, bo krzyk był oznaką słabości, bo mama mówiła, że porządna kobieta nie podnosi głosu. Ale ten krzyk wyrwał się sam, jak ptak z klatki, jak powietrze ze skały, która pęka pod ciśnieniem.
Wiesław wbiegł po schodach z piwnicy.
— Basiu! Co się stało?!
Barbara stała w środku salonu, z wyciągniętymi przed siebie rękami, z oczami wielkimi jak spodki — i nie dlatego, że się bała, choć bała się okropnie — ale dlatego, że źrenice rozszerzyły się do granic możliwości, zalewając tęczówkę czernią. Patrzyła w kąt pokoju, na regał z książkami, i widziała tam coś, czego Wiesław nie widział.
— Tam ktoś stoi — wyszeptała. — Tam, przy regale. Czarny. Bez twarzy.
Wiesław spojrzał na regał. Nic tam nie było. Książki, wazon z suszonymi kwiatami, ramka ze zdjęciem z ich ślubu.
— Basiu, nikogo tam nie ma.
— Jest! Stoi i patrzy! Nie widzisz go?!
— Nie widzę, bo nikogo nie ma. Chodź, usiądź. Podaj mi rękę.
Barbara cofnęła się. Plecy uderzyły o framugę drzwi. Była gorąca — nie ciepła, gorąca — skóra na twarzy i szyi miała kolor dojrzałego buraka, a pot, który powinien ją chłodzić, nie pojawiał się, bo gruczoły potowe nie pracowały, bo coś je wyłączyło, coś odcięło im prąd, coś zabrało ciału jedyną metodę termoregulacji.
— Wiesiu, ja chyba umieram.
— Nie umierasz. Dzwonię po pogotowie.
— Nie dzwoń, nie dzwoń. Tam jest mama. Mama przyszła po mnie. Siedziała na fotelu. W tej sukience w grochy. Widziałam ją.
Wiesław patrzył na żonę. Przez ułamek sekundy — przez jedną dziesiątą sekundy, przez moment tak krótki, że żaden obserwator by go nie wychwycił — w jego oczach pojawił się błysk. Nie strachu. Nie współczucia. Czegoś, co wyglądało jak satysfakcja.
Potem wyciągnął telefon i zadzwonił na pogotowie.
— Pogotowie ratunkowe. Komosa, Działkowa siedem. Żona ma halucynacje, widzi rzeczy, których nie ma. Ma rozszerzone źrenice, jest gorąca, nie poci się. Serce jej szybko bije. Tak. Czterdzieści pięć lat. Tak, to ta sama pacjentka, co dwa razy wcześniej. Proszę przyjechać szybko.
Odłożył telefon. Podszedł do Barbary, wziął ją delikatnie za ramiona — ramiona były gorące i suche jak piasek na plaży w południe — i poprowadził do kanapy. Barbara szła jak we śnie, z oczami utkwionymi w rogu pokoju, gdzie czarna postać stała dalej, nieruchoma, cierpliwa, wieczna.
— On tam jest — powtarzała. — On tam jest. Nie odchodzi.
— Nikt tam nie jest, Basiu. To ci się wydaje. Zaraz przyjedzie karetka.
— A mama? Mama też się wydaje?
— Mama nie żyje, Basiu. Od trzech lat.
— Wiem. Ale ją widziałam. Siedziała na fotelu i uśmiechała się.
Wiesław usiadł obok żony. Objął ją ramieniem. Trzymał ją tak, jak trzymają mężowie, którzy kochają swoje żony i boją się o nie — mocno, blisko, z twarzą przy twarzy. Tylko że Wiesław nie bał się o Barbarę. Wiesław myślał o dawce.
Siedem owoców. Może za dużo na halucynacje, za mało na zgon. A może w sam raz na to, żeby lekarze pomyśleli o chorobie psychicznej. O schizofrenii. O psychozie. O czymkolwiek, co odwróciłoby uwagę od kuchni, od kompotu, od jagód z lasu.
Karetka przyjechała w dziewięć minut. Ci sami ratownicy co ostatnio — starszy z wąsami i młoda z zmęczonymi oczami.
Starszy ratownik wszedł do salonu i od razu zobaczył źrenice Barbary.
— Macie jakieś krople do oczu w domu? Atropinowe?
— Nie — powiedział Wiesław. — Żadnych kropli.
— A co jadła, piła? Jakieś grzyby, rośliny, zioła?
— Kompot z jagód. Leśnych, mrożonych. Ja zrobiłem.
— Jagody leśne? Zbierane gdzie?
— Za Żukowicami. W sierpniu.
Ratownik spojrzał na swoją koleżankę. Ona na niego. W tym spojrzeniu było coś, czego Wiesław nie potrafił odczytać, ale co jego zaalarmowało — drobna, prawie niedostrzegalna zmiana w atmosferze, jak zmiana ciśnienia w wyrobisku, kiedy gdzieś daleko puszcza tama.
— Puls sto trzydzieści. Ciśnienie sto czterdzieści na dziewięćdziesiąt. Temperatura trzydzieści osiem i siedem. Skóra sucha, gorąca, zaczerwieniona. Źrenice rozszerzone, nie reagują na światło — podyktowała ratowniczka do karty.
— Zespół antycholinergiczny — powiedział starszy ratownik, nie do Wiesława, ale do koleżanki, ciszej, choć nie na tyle cicho, żeby Wiesław nie usłyszał. — Trzeba dzwonić na SOR i uprzedzić toksykologię.
Barbarę wniesiono na noszach do karetki. Była przytomna, ale nieobecna — patrzyła w sufit karetki i widziała tam coś, co ją przerażało, bo oddychała szybko, płytko, jak królik w pułapce, i mrucząc powtarzała: on tu jest, on tu jest, nie wpuszczajcie go.
Wiesław wsiadł do karetki. Trzeci raz w ciągu miesiąca. Trzeci raz trzymał żonę za rękę. Trzeci raz jechał przez Głogów z włączonymi sygnałami, mijając te same bloki, te same skrzyżowania, ten sam sklep monopolowy na rogu.
Myślał o tym, że musi wyczyścić garnek po kompocie, zanim ktokolwiek do niego zajrzy.
— —
Doktor Katarzyna Mojka była tego dnia w domu. Nie miała dyżuru. Nie miała planów. Miała kota Stetoskopa na kolanach, kubek herbaty w ręku i książkę — kryminał Remigiusza Mroza, który czytała już trzeci tydzień, bo za każdym razem, kiedy siadała do czytania, zasypiała po dwóch rozdziałach.
Telefon zadzwonił o piętnastej dwanaście.
— Katarzyna, tu Magda. Zgadnij, kto do nas przyjechał.
Katarzyna nie musiała zgadywać.
— Komosa.
— Komosa. Zespół antycholinergiczny. Rozszerzone źrenice, tachykardia, hipertermia, halucynacje. Kompletny obraz. Radosz jest na izbie, ale mówi, że chce ciebie.
— Jadę.
Stetoskop dostał podwójną porcję karmy. Opel Corsa zapalił za drugim razem — poprawa. Katarzyna jechała przez miasto i czuła w żołądku ten sam skurcz, który czuła za każdym razem, kiedy coś się nie zgadzało, kiedy puzzle nie pasowały, kiedy obraz na ekranie tomografu pokazywał coś, czego nie powinno tam być. Tyle że tym razem puzzle pasowały aż za dobrze. Aż za czytelnie.
Pierwszy raz — mrowienie, arytmia, hipotensja. Akonityna.
Drugi raz — drgawki, utrata przytomności. Cykutoksyna.
Trzeci raz — halucynacje, rozszerzone źrenice, tachykardia, hipertermia. Atropina.
Trzy różne trucizny. Trzy różne mechanizmy działania. Trzy razy posiłek od męża.
Katarzyna zaparkowała przed szpitalem krzywo, jednym kołem na trawniku, i wbiegła na SOR.
Barbara leżała na łóżku numer trzy, odgrodzona parawanami od reszty sali. Była czerwona jak burak, sucha jak pieprz i szalona jak kapelusznik — dokładnie tak, jak opisywały podręczniki. Oczy miała otwarte, czarne od rozszerzonych źrenic, i widziała nimi rzeczy, których nikt inny w pokoju nie widział. Rozmawiała z kimś — szeptem, urywanymi zdaniami, w których mieszały się imiona, fragmenty modlitw i słowa, które nie miały sensu.
— Jest tu mama. I ten czarny. Stoi za wami. Nie odwracajcie się. Nie patrzcie na niego. On zabiera. On przyszedł zabrać.
Radosz stał obok z kartą pacjentki i miną człowieka, który drugi raz w życiu widzi coś, czego nie opisywali na studiach.
— Katarzyna, to jest pełny obraz zatrucia alkaloidami tropanowymi. Atropina, skopolamina, hioscyjamina — cokolwiek z tej grupy. Źrenice jak pięciozłotówki, tętno sto czterdzieści, temperatura trzydzieści dziewięć i dwa, skóra sucha jak pergamin, perystaltyka nieobecna, zatrzymanie moczu.
— Fizostygminę mamy?
— Mamy. Zamówiłem z apteki szpitalnej. Ale Jabłoński dzwonił i mówił, żeby nie podawać bez konsultacji toksykologicznej.
— A ja mówię, żeby podać. Jeden miligram dożylnie, powoli, przez pięć minut. Monitoruj EKG. Jeśli tętno spadnie poniżej sześćdziesięciu, przerywamy.
— Jabłoński się wścieknie.
— Jabłoński niech się wścieknie. Ta kobieta ma trzydzieści dziewięć i dwa stopni i tętno sto czterdzieści. Jeśli temperatura pójdzie wyżej, dostanie drgawek gorączkowych i to będzie koniec.
Radosz kiwnął głową i poszedł po fizostygminę. Katarzyna podeszła do łóżka. Położyła dłoń na czole Barbary — gorące, suche, pulsujące. Barbara spojrzała na nią tymi ogromnymi, czarnymi oczami i przez moment zdawała się ją rozpoznawać.
— Pani doktor. Ta od mrowienia.
— Tak, pani Barbaro. To ja. Proszę mi powiedzieć, co się stało.
— Kompot. Jagodowy. Wiesiek zrobił. Z tych leśnych. I potem ja… ja zobaczyłam mamę. Mama umarła trzy lata temu, ale siedziała na fotelu. W sukience w grochy. A potem ten czarny przyszedł. Stoi i patrzy. Nie ma twarzy. Pani go widzi?
— Nie widzę go, pani Barbaro. To, co pani widzi, to halucynacje. To znaczy, że pani mózg widzi rzeczy, których nie ma. To jest objaw zatrucia. Zaraz podamy pani lek, który powinien pomóc.
— Ale mama… mama naprawdę tu była. Pachniała lawendą. Tak samo jak zawsze.
— Wiem, że pani tak czuła. Ale to nie była pani mama. To była trucizna. Coś, co pani zjadła, działa na pani mózg. Musimy to zatrzymać.
Fizostygmina weszła w żyłę powoli, mililitr po mililitrze. Katarzyna stała przy łóżku i patrzyła na monitor. Tętno: sto czterdzieści. Sto trzydzieści pięć. Sto dwadzieścia pięć. Sto piętnaście. Sto dziesięć. Sto. Dziewięćdziesiąt pięć. Źrenice — Katarzyna sprawdzała co minutę latarką — zaczęły reagować. Słabo, leniwie, ale reagowały. Skóra nadal była sucha, ale twarz Barbary zaczęła tracić ten buraczkowy kolor, zaczęła blednąć, wracać do swojej normalnej, pergaminowej bieli.
— Odpowiada na fizostygminę — powiedziała Katarzyna do Radosza. — Pięknie odpowiada.
— To potwierdza zatrucie antycholinergiczne.
— Potwierdza. I wiesz, co jeszcze potwierdza?
— Co?
— Że ktoś podał tej kobiecie alkaloid tropanowy. Dwa tygodnie temu miała drgawki po cykutoksynie. Miesiąc temu — arytmię po akonitynie. Dzisiaj — halucynacje po atropinie. Trzy różne trucizny, Radosz. Trzy różne grupy farmakologiczne. Trzy razy po jedzeniu od męża.
Radosz patrzył na Katarzynę. Był młody, miał dwadzieścia osiem lat, trzeci rok rezydentury, i wciąż wierzył w to, że ludzie generalnie są dobrzy, a zło jest wyjątkiem, nie regułą. Katarzyna miała trzydzieści cztery lata i już w to nie wierzyła.
— Myślisz, że mąż ją truje? Celowo?
— Nie myślę. Wiem. Nie mam jeszcze dowodów toksykologicznych, ale mam obraz kliniczny, który krzyczy. Trzy różne mechanizmy toksyczne w miesiąc. To nie jest pech. To nie jest Lourdes. To nie jest uszkodzenie wątroby. To jest ktoś, kto wie, co robi. Ktoś, kto zmienia truciznę, żeby zmylić diagnostykę. Ktoś, kto ma dostęp do roślin trujących i wiedzę, jak je przygotować.
— I kto gotuje.
— I kto gotuje.
Cisza. Tylko monitor pikał miarowo, odmierzając uderzenia serca Barbary Komosy, które wracały do normy, jedno po drugim, jakby serce postanowiło nie dać za wygraną, nie tym razem, nie dzisiaj.
Katarzyna wyszła na korytarz. Wiesław siedział na tym samym plastikowym krześle, przy tym samym automacie z kawą. Kubek stał na podłodze, pełny, nietknięty. Katarzyna stanęła przed nim.
— Panie Wiesławie.
— Pani doktor. Jak Barbara?
— Stabilizujemy ją. Miała halucynacje i wysoką gorączkę. Prawdopodobnie zatrucie substancją antycholinergiczną.
— Antycholinergiczną? Co to jest?
— Substancja, która blokuje pewne receptory w mózgu. Powoduje rozszerzenie źrenic, przyspieszenie akcji serca, halucynacje. Znajduje się między innymi w niektórych roślinach. Na przykład w pokrzyku wilczej jagodzie.
Katarzyna patrzyła mu prosto w oczy, kiedy wymawiała te słowa. Patrzyła na niego tak, jak patrzy się na pacjenta, u którego podejrzewa się kłamstwo — uważnie, bez mrugania, szukając mikrowyrazu, drgnięcia mięśnia, zmiany koloru skóry, czegokolwiek, co zdradziłoby, że człowiek po drugiej stronie ukrywa coś, czego nie powinien ukrywać.
Wiesław nie drgnął.
— Pokrzyk? Ale skąd? Barbara nie zbiera roślin. Ja zbieram jagody, ale to są normalne jagody, pani doktor. Borówki leśne. Znam je od dziecka.
— Owoce pokrzyku wyglądają podobnie do jagód. Są czarne, lśniące, nieco większe. Łatwo je pomylić.
— No wie pani, ja dwadzieścia lat zbieram jagody i nigdy nie pomyliłem. Ale… ale rozumiem, że to trzeba sprawdzić. Może w tych mrożonkach ze sklepu coś się dostało? Wie pani, jakie to kontrole w tych firmach — żadne. Pakują, co popadnie.
— Zostały w domu resztki tego kompotu?
— Powinny być. W lodówce, w garnku.
— Proszę ich nie ruszać. Ani garnka, ani niczego w kuchni. Poślę kogoś po próbki.
— Oczywiście. Wszystko, co trzeba. Byle Barbara wyzdrowiała.
Katarzyna skinęła głową i odeszła. Na korytarzu, za rogiem, oparła się o ścianę i zamknęła oczy. Serce biło jej szybko — nie tak szybko jak Barbarze, ale szybciej niż powinno bić serce lekarza, który właśnie rozmawiał z pacjentem. Tyle że Wiesław Komosa nie był jej pacjentem. Wiesław Komosa był — Katarzyna była tego coraz bardziej pewna — sprawcą.
Wróciła do dyżurki. Wyciągnęła kartkę z wewnętrznej kieszeni kurtki — tę samą, którą nosiła od tygodni, pełną notatek, podkreśleń i wykrzykników — i dopisała:
6.11. Trzeci epizod. Zespół antycholinergiczny: mydriasis, tachykardia, hipertermia, halucynacje. Odpowiedź na fizostygminę — pozytywna. Potwierdzenie: alkaloid tropanowy (atropina / skopolamina / hioscyjamina). Źródło: kompot z jagód leśnych. Podejrzenie: owoce Atropa belladonna wśród owoców Vaccinium myrtillus. Trzeci różny alkaloid w ciągu miesiąca. Trzeci posiłek od męża. Jabłoński bagatelizuje. Ordynator nie widzi wzorca. Albo nie chce widzieć.
Pod spodem napisała zdanie, które podkreśliła trzy razy, tak mocno, że długopis rozdarł papier:
Nie mogę dłużej czekać.
Potem sięgnęła po telefon. Przez chwilę trzymała go w ręku, patrząc na ekran. Palec zawisł nad kontaktem Jabłońskiego. Potem przesunął się niżej. Do litery K. Do kontaktu podpisanego: KPP Głogów — dyżurny.
Nie nacisnęła. Jeszcze nie. Odłożyła telefon. Wstała, poszła na salę do Barbary. Kobieta spała — fizostygmina zadziałała, halucynacje ustąpiły, temperatura spadła do trzydziestu ośmiu stopni, tętno do dziewięćdziesięciu. Na monitorze wszystko wyglądało dobrze. Wszystko wyglądało jak po burzy, kiedy niebo się przejaśnia i ptaki zaczynają śpiewać, i człowiek myśli, że najgorsze minęło.
Ale Katarzyna wiedziała, że najgorsze nie minęło. Najgorsze dopiero miało nadejść. Bo ten mężczyzna na plastikowym krześle przy automacie z kawą — ten spokojny, uprzejmy mężczyzna z brudnymi paznokciami i uśmiechem, który zapalał się i gasł jak lampa z czujnikiem ruchu — ten mężczyzna wracał teraz do domu, do swojej kuchni, do swojej piwnicy, do swojej szafki za regałem z przetworami.
I Katarzyna wiedziała — z pewnością, która wykraczała poza medycynę, poza toksykologię, poza wszystko, czego nauczyli ją na studiach — że on tam planuje coś następnego. Czwarty składnik. Czwarte ziółko na trawienie. Czwartą próbę.
I że jeśli ona, Katarzyna Mojka, internistka z dodatkową specjalizacją z toksykologii klinicznej, nie zrobi czegoś teraz, natychmiast, dzisiaj — to Barbara Komosa za którymś razem nie wróci z SOR-u.
Wróciła do dyżurki. Wzięła telefon. Tym razem palec nie zawahał się.
Wybrała numer.
— Komenda Powiatowa Policji w Głogowie, dyżurny posterunkowy Nowak, słucham.
— Dzień dobry, tu doktor Katarzyna Mojka z oddziału ratunkowego szpitala w Głogowie. Chciałabym zgłosić podejrzenie popełnienia przestępstwa. Podejrzenie systematycznego trucia.
Cisza na linii. Trzy sekundy. Dłuższe niż zwykle.
— Proszę podać szczegóły, pani doktor.
Katarzyna zamknęła oczy. Wzięła oddech.
I zaczęła mówić.
— —
W domu na Działkowej siedem Wiesław Komosa stał w kuchni i patrzył na garnek z kompotem, który stał w lodówce. Przez minutę się nie ruszał. Potem wyciągnął garnek, przelał kompot do zlewu i odkręcił gorącą wodę. Ciemnofioletowa ciecz popłynęła w odpływ, zabierając ze sobą jagody, okruchy owoców i siedem nasion, których nikt nigdy nie zbadał.
Potem umył garnek. Trzy razy. Mydłem, płynem do naczyń i sodą. Wytarł do sucha.
Garnek wrócił na swoje miejsce w szafce. Kuchnia była czysta. Dom był pusty.
Wiesław zszedł do piwnicy. Otworzył szafkę. Wyjął zeszyt. Na nowej stronie napisał:
Atropa belladonna. 7 owoców mrożonych, w kompocje jagodowym. Czas do objawów: ~2 godz. Obraz: zespół antycholinergiczny — pełny. Halucynacje (rozmowa ze zmarłą matką — ciekawe). Pacjentka żyje. Lekarka Mojka obecna ponownie — trzeci raz. Pytała o pokrzyk. Wie lub podejrzewa. Kompot usunięty. Garnek czysty. Uwaga: Mojka to problem. Zmienić rytm. Wydłużyć przerwy między dawkami. Lub zmienić wektor podania — nie jedzenie. Zastanowić się. Następny preparat: Taxus baccata. Igły. Herbata. Za trzy tygodnie.
Zamknął zeszyt. Schował go za ogórkami. Wrócił na górę.
Usiadł w salonie, w tym samym fotelu, na którym Barbara widziała swoją martwą matkę. Włączył telewizor. Leciał Komisarz Alex. Wiesław oglądał go do końca, bez jednego słowa, bez jednej emocji na twarzy.
Potem poszedł spać. Zasnął w trzy minuty. Spał spokojnie, na plecach, z rękami wzdłuż ciała, jak zawsze.
Na parapecie w kuchni stały kwiatki.
Niepodlane.
Tym razem zapomniał.
Rozdział 4: Herbata z igliwiem
Trzy tygodnie to dużo czasu. Wystarczająco dużo, żeby rany się zagoiły, żeby wspomnienia straciły ostrość, żeby strach zmienił się w niepokój, a niepokój w przeczucie, a przeczucie w coś, co człowiek potrafi odłożyć na półkę i żyć dalej. Barbara Komosa potrzebowała tych trzech tygodni. Potrzebowała ich jak ktoś, kto spadł ze schodów i musi nauczyć się na nowo ufać stopniom — jeden za drugim, powoli, z ręką na poręczy.
Po trzecim pobycie w szpitalu wróciła do domu cichsza niż zwykle. Nie chodziło o to, że nie mówiła — mówiła, jak zawsze, o pogodzie, o cenach w Biedronce, o tym, że sąsiadka Halina znowu puszcza kota Bonifacego na noc i potem się dziwi, że drapie meble. Chodziło o coś innego. O ciszę, która siedziała pod słowami jak woda pod lodem — niewidoczna, ale obecna, i lodowata.
Barbara bała się swojego domu.
Nie potrafiła tego powiedzieć głośno, bo to brzmiałoby absurdalnie. Jak można bać się własnego domu? Domu, w którym mieszka się od piętnastu lat, w którym zna się każdą rysę na ścianie, każdy skrzypienie deski w podłodze, każdy zapach — proszku do prania w suszarce, cebuli smażonej na patelni, lawendowego odświeżacza w łazience? Jak można bać się miejsca, które jest synonimem bezpieczeństwa?
A jednak Barbara się bała.
Bała się kuchni. Bała się salonu, w którego rogu widziała czarną postać bez twarzy. Bała się fotela, na którym siedziała jej martwa matka w sukience w grochy. Bała się zapachu jedzenia, które Wiesław przygotowywał — zapachu, który jeszcze miesiąc temu kojarzył się z miłością, a teraz kojarzył się z czymś, czego nie umiała nazwać. Nie ze strachem. Nie z niebezpieczeństwem. Z czymś bardziej subtelnym. Z wątpliwością.
Czy to możliwe, żeby jedzenie, które gotuje twój mąż od dwudziestu dwóch lat, chciało ci zrobić krzywdę?
Nie. Oczywiście, że nie. To absurd. To chora myśl, wynik trzech pobytów w szpitalu, wynik leków, wynik wyczerpania, wynik tego, co lekarz neurolog nazwał możliwą encefalopatią po powtarzających się epizodach toksycznych. Mózg Barbary był zmęczony. Mózg Barbary tworzył połączenia, których nie powinien tworzyć. Mózg Barbary widział wzorce tam, gdzie były tylko przypadki.
Tak sobie powtarzała. Codziennie. Rano przy kawie, wieczorem przed snem, w nocy, kiedy budziła się o trzeciej i leżała w ciemności, słuchając oddechu Wiesława obok — tego cichego, miarowego, nieludzkiego oddechu, który brzmiał jak praca maszyny, nie jak sen człowieka.
Grażyna dzwoniła co dwa dni.
— Basiu, jedź do Wrocławia. Nie czekaj na grudzień. Prywatnie jedź, zapłać, ile trzeba, ale niech cię ktoś porządnie zbada. To nie jest normalne, żeby trzy razy w miesiąc trafiać na pogotowie.
— Grażynka, mam termin w grudniu. Za dwa tygodnie.
— A jak do grudnia znowu coś się stanie?
— Nic się nie stanie.
— Skąd wiesz? Trzy razy się stało, to czwarty raz też może.
— Nie mów tak. Nie chcę o tym myśleć.
— A ja chcę, żebyś myślała. I wiesz co, Basiu? Może powinnaś powiedzieć Wiesiowi, żeby chwilowo nie gotował. Żebyś sama gotowała. Albo żebyście jedli na mieście. Albo zamawiajcie. Teraz wszystko można zamówić, nawet do Głogowa pewnie dowożą.
— Grażyna, co ty insynuujesz?
— Nic nie insynuuję. Mówię tylko, że trzy razy zachorowałaś po jedzeniu, które on przygotował. Może to przypadek. Pewnie to przypadek. Ale może by tak spróbować jeść co innego przez tydzień, dwa, i zobaczyć, czy się powtórzy?
Barbara milczała przez chwilę. Za oknem wiatr szarpał gałęzie jabłoni w ogródku. Ostatnie liście odrywały się i spadały spiralnie, jak małe, brązowe helikoptery lądujące na mokrym trawniku.
— Wiesiek by się obraził — powiedziała w końcu. — Gotowanie to jego jedyna radość. Po całym dniu w kopalni wraca i gotuje. Gdybym mu powiedziała, żeby przestał, to… nie wiem. Nie wiem, co by zrobił.
— A co ci zrobi? Obrazi się. To niech się obrazi. Lepiej mieć obrażonego męża niż być czwarty raz na pogotowiu.
— Nie rozumiesz, Grażynka. On jest dobry. On się martwi o mnie. Przy każdym pobycie w szpitalu siedział przy mnie, trzymał mnie za rękę, przynosił kwiaty.
— No to pięknie. A w domu gotuje ci rzeczy, po których wymiotujesz, masz drgawki i widzisz duchy.
— To nie od jego gotowania. Lekarze mówią, że to mogą być konsekwencje tej wody z Lourdes. Wątroba. Pasożyty.
— Lekarze mówią. A co mówi ta lekarka, ta młoda, która cię leczyła? Mojka?
— Nic nie mówi. Pytała o szczegóły, o jedzenie, o składniki. Ale nic konkretnego nie powiedziała.
— No właśnie. Pytała o składniki. Basiu, ja nie mówię, że Wiesiek ci coś robi. Boże broń. Ale ja się boję o ciebie. Ty jesteś moja jedyna siostra i ja nie chcę, żeby ci się coś stało.
— Nic mi się nie stanie.
Ale głos Barbary, kiedy to mówiła, brzmiał jak cienki lód nad głęboką wodą. Niby trzymał, ale coś pod spodem trzeszczało.
Wiesław Komosa czekał cierpliwie. Cierpliwość była jego najsilniejszą cechą — silniejszą niż ramiona, silniejszą niż milczenie, silniejszą niż zdolność do planowania. Cierpliwość, którą wyniósł z kopalni, gdzie czas mierzy się nie minutami, ale zmianami, gdzie skała nie ustępuje natychmiast, gdzie musisz wiercić, strzelać, ładować i odwozić, dzień po dniu, metr po metrze, i nigdy nie widzisz końca, bo pod ziemią nie ma horyzontu.
Trzy tygodnie przerwy między trzecią a czwartą próbą. Tak zaplanował. Dość długo, żeby lekarze przestali łączyć zdarzenia. Dość długo, żeby Barbara odzyskała siły. Dość długo, żeby ta Mojka — ta dociekliwa, niepokojąca lekarka z SOR-u — zapomniała albo przynajmniej przestała szukać.
Tylko że Mojka nie zapomniała.
Wiesław o tym nie wiedział. Nie wiedział, że Katarzyna zadzwoniła na policję. Nie wiedział, że w aktach Komendy Powiatowej Policji w Głogowie od trzech tygodni leżał dokument zarejestrowany pod numerem MD-1247/2023, zawierający słowa podejrzenie systematycznego trucia substancjami roślinnymi. Nie wiedział, że dyżurny posterunkowy Nowak przekazał sprawę do wydziału kryminalnego, że sprawa trafiła na biurko zastępcy naczelnika, że zastępca naczelnika przeczytał ją, pokręcił głową, mruknął coś o nadgorliwych lekarzach i odłożył na stos dokumentów, z których każdy czekał na swoją kolej jak pacjent w kolejce do specjalisty.
Sprawa czekała. Policja ma swój rytm. Nie szpitalny — policyjny. Wolniejszy. Biurokratyczny. Obojętny na pośpiech ludzi, którzy dzwonią z informacjami, które mogą być prawdą, a mogą być paranoją.
Wiesław o tym wszystkim nie wiedział. A gdyby wiedział, prawdopodobnie niewiele by to zmieniło. Plan był planem. Następny składnik czekał.
Cis pospolity, Taxus baccata, jest jednym z najstarszych i najdziwniejszych drzew rosnących w Europie. Najstarsze okazy liczą sobie ponad dwa tysiące lat, co oznacza, że kiedy Jezus chodził po Galilei, te drzewa już stały — w cieniu lasów, na zboczach wąwozów, na cmentarzach i w ogrodach klasztornych — i produkowały swoje igły, swoją korę, swoje nasiona, swoją śmierć.
Bo cis jest drzewem śmierci.
Nie dlatego, że sadzono go na cmentarzach — choć sadzono, i to od tysięcy lat, od Celtów przez Rzymian po średniowiecznych mnichów. Nie dlatego, że z cisowego drewna robiono łuki — te łuki, z których Walijczycy strzelali pod Crécy i Azincourt, zabijając tysiące francuskich rycerzy strzałami, które przeszywały zbroję jak nóż masło. Cis jest drzewem śmierci dlatego, że prawie każda jego część jest trująca. Igły, gałęzie, kora, nasiona — wszystko zawiera taksyny. Jedynym elementem cisa, który nie zabija, jest osnówka — ta czerwona, mięsista otoczka nasienia, słodka w smaku, którą ptaki zjadają bez szkody, rozsiewając nasiona w swoich odchodach. Natura stworzyła w cisie idealny mechanizm samoobrony z jednym oknem dla tych, którzy pomagają mu przetrwać.
Taksyna B — główna substancja toksyczna cisa — jest diterpenowym alkaloidem, który atakuje serce. Mechanizm jest prosty i brutalny: taksyna blokuje kanały sodowe i wapniowe w komórkach mięśnia sercowego. Serce, pozbawione zdolności do prawidłowego przewodzenia impulsów elektrycznych, zaczyna bić nieregularnie. Najpierw pojawiają się ekstrasystolie — dodatkowe, chaotyczne skurcze, jak fałszywe nuty w melodii. Potem bradykardia — zwolnienie rytmu, jakby serce próbowało się zatrzymać, ale nie potrafiło. Potem blok przedsionkowo-komorowy — przerwanie komunikacji między górnymi a dolnymi komorami serca, tak że każda część bije we własnym rytmie, bez koordynacji, jak dwóch muzyków grających różne utwory jednocześnie. A potem — jeśli dawka jest wystarczająca — migotanie komór i zatrzymanie krążenia.
Nie ma antidotum na taksyny. Nie istnieje lek, który odwróciłby ich działanie. Jedyne, co można zrobić, to leczyć objawowo — podać atropinę na bradykardię, założyć stymulator czasowy na blok serca, podać katecholaminy na hipotensję — i czekać, aż organizm sam poradzi sobie z trucizną. Lub nie poradzi.
Dawka śmiertelna igieł cisa dla dorosłego człowieka wynosi od pięćdziesięciu do stu gramów. Garść. Jedna duża garść.
Wiesław zamierzał użyć dwóch szczyp w herbacie.
Nie chciał zabić Barbary jedną dawką. Nie tym razem. Nie od razu. Chciał czegoś innego — chciał, żeby serce Barbary zaczęło się psuć. Powoli, stopniowo, jak mechanizm zegara, z którego ktoś wyciąga kolejne trybiki. Chciał, żeby lekarze zobaczyli postępującą kardiomiopatię — chorobę serca, która wygląda na naturalną, na wrodzoną, na nieuniknioną. Chciał, żeby diagnoza brzmiała: kardiomiopatia rozstrzeniowa o niejasnej etiologii. Chciał, żeby Barbara trafiła na kardiologię, nie na toksykologię. Chciał, żeby Mojka szukała trucizn, a znalazła chore serce.
To było eleganckie. Wiesław lubił elegancję.
Cis rósł w ogródku Komosów.
To było tak proste, że aż śmieszne. Sadzony piętnaście lat temu, kiedy się wprowadzili — Barbara chciała żywopłot z tui, ale w szkółce na Sikorskiego tui nie było, więc kupili trzy cisy. Rosły od tamtej pory w rzędzie przy ogrodzeniu od strony sąsiada, ciemnozielone, gęste, przycinane raz w roku przez Wiesława nożycami do żywopłotu. Sąsiad Janusz miał kota, a Wiesław wiedział, że koty są odporne na taksyny — nie wiedział dlaczego, ale przeczytał o tym w internecie, więc przyjął to do wiadomości. Kot Bonifacy przechodził pod cisami codziennie i żył.
Barbara nie miała odporności kota.
W niedzielę, dwudziestego ósmego listopada, Wiesław wstał wcześniej niż żona. Było ciemno — o szóstej rano w listopadzie w Głogowie jest ciemno jak w kopalni, z tą różnicą, że w kopalni ciemność jest stała, a na powierzchni ma końce. Wiesław włożył klapki, zszedł na dół, nastawił czajnik. Potem wyszedł na podwórko.
Mróz ściął trawnik cienką warstwą szronu. Cisy stały pod płotem, nieruchome, ciemne na tle bladego nieba. Wyglądały jak strażnicy — czyjegoś grobu, czyjejś tajemnicy, czyjejś przyszłości. Wiesław podszedł do drugiego od lewej, wyciągnął z kieszeni dresu małe nożyczki — te od paznokci, stalowe, precyzyjne — i odciął kilka gałązek. Małych, cienkich, z krótkimi, płaskimi igłami. Dał im powąchać — pachniały żywicą, zimą i czymś lekko gorzkim, czymś, co przypominało zapach starego drewna w kościele.
Wrócił do kuchni. Czajnik gwizdał. Wiesław wziął deskę do krojenia — nie tę drewnianą, na której kroił warzywa, ale małą, plastikową, białą, którą trzymał w piwnicy i której Barbara nigdy nie widziała — i drobno posiekał igły cisowe. Powstał mały kopczyk ciemnozielonego proszku, pachnącego intensywnie, leśnie, kojąco. Wiesław wziął dwie szczypty — dosłownie tyle, ile zmieści się między kciukiem a palcem wskazującym — i wsypał je do ceramicznego czajniczka, tego w kwiatki, który Barbara dostała od matki i z którego piły herbatę od lat. Potem dosypał zwykłej herbaty — Earl Grey, ulubionej Barbary — zalał wrzątkiem i przykrył pokrywką.
Resztę igieł zmył do zlewu. Deskę plastikową zabrał do piwnicy. Nożyczki umył i odłożył do kosmetyczki w łazience.
O siódmej piętnaście wrócił do sypialni z tacą. Na tacy stały dwa kubki herbaty, talerz z dwoma kromkami chleba z masłem i dżemem truskawkowym oraz mały wazonik z jedną gałązką sosny — nie cisa, sosny — którą zerwał z drzewa przed domem sąsiada.
— Basiu. Śniadanko.
Barbara otworzyła oczy. Przez moment wyglądała jak ktoś, kto nie wie, gdzie jest — oczy błądziły po suficie, po ścianach, po twarzy Wiesława, szukając punktu zaczepienia, szukając czegoś znajomego, szukając czegoś bezpiecznego. Potem się uśmiechnęła. Tym swoim uśmiechem, który był jak za duży płaszcz.
— Wiesiu. Śniadanie do łóżka? Z jakiej okazji?
— Z żadnej. Pomyślałem, że ci będzie miło. Leż, odpoczywaj, ja ci przyniosłem.
Barbara usiadła na łóżku, poprawiła poduszkę pod plecami. Wiesław postawił tacę na jej kolanach. Kubki parowały. Chleb pachniał masłem. Gałązka sosny pachniała lasem.
— Ładnie — powiedziała Barbara, patrząc na tacę. — Jak w sanatorium.
— Lepiej niż w sanatorium. W sanatorium dają ci byle co na plastikowej tacy. U mnie masz porcelanę.
Barbara wzięła kubek. Podniosła go do ust. Herbata była gorąca, aromatyczna, z charakterystycznym smakiem Earl Greya — bergamotka, cytryna, lekka cierpkość — i z czymś jeszcze, czymś, co Barbara zauważyła, ale nie potrafiła zidentyfikować. Smak leśny, żywiczny, lekko gorzki, jak wspomnienie spaceru po lesie.
— Inna herbata?
— Ta sama, Earl Grey. Ale dodałem odrobinę igliwia. Świerkowego. Z lasu. Babcia mówiła, że napar z igieł świerkowych jest bogaty w witaminę C. Na odporność.
— Z igieł?
— Z igieł. Fiński zwyczaj. Tam piją herbatę z igliwia od wieków. Najzdrowsi ludzie w Europie.
— Finowie?
— Finowie. I Szwedzi. I Norwegowie. Wszyscy Skandynawowie.
Barbara wzruszyła ramionami i wypiła herbatę. Połowę kubka jednym ciągiem, resztę powoli, popijając chleb z dżemem. Wiesław pił swoją herbatę — tę z drugiego kubka, z tego samego czajniczka, ale nalaną jako pierwszą, zanim igły cisowe zdążyły oddać swoją truciznę w pełni. Różnica była subtelna — minutę wcześniej, minutę później — ale Wiesław znał się na tym jak nikt. Pierwsza porcja z czajnika miała mniej taksyn. Druga — więcej. Barbara zawsze dostawała drugą.
Zjedli śniadanie w milczeniu. Barbara patrzyła przez okno na ogródek. Cisy stały pod płotem, ciemnozielone, spokojne. Nie wiedziała, że patrzy na źródło tego, co za kilka godzin zacznie niszczyć jej serce. Widziała tylko żywopłot, tylko zimowy ogród, tylko szron na trawie, który topniał w bladym słońcu jak nadzieja w obliczu faktu.
Pierwsze objawy pojawiły się o jedenastej.
Barbara siedziała w kościele NMP na mszy niedzielnej — w trzeciej ławce od ołtarza, po lewej stronie, na swoim stałym miejscu, które zajmowała od piętnastu lat, odkąd przeprowadzili się na Działkową. Proboszcz, ksiądz Tadeusz Wróbel, czytał Ewangelię — fragment z Mateusza, o talentach, o tym, że kto ma, temu będzie dane, a kto nie ma, temu zabiorą i to, co ma. Barbara lubiła tę przypowieść, chociaż nigdy do końca jej nie rozumiała. Co to znaczy, że zabiorą i to, co masz? Co możesz stracić, czego jeszcze nie straciłaś?
Siedziała w ławce i nagle poczuła, że jej serce robi coś dziwnego. Nie bolało — nie tak, jak bolą mięśnie po wysiłku, nie tak, jak boli głowa przy migrenie. Robiło coś, czego nie powinno robić. Jakby potykało się o własne nogi. Jakby biegło, a potem nagle się zatrzymywało, a potem biegło znowu, ale wolniej, jakby zapomniało, jak się biega.
Barbara położyła rękę na piersi. Pod palcami czuła puls — nieregularny, chaotyczny, raz szybki, raz wolny, raz silny, raz ledwo wyczuwalny. Jakby serce grało na instrumencie, którego nie znało, jakby próbowało zagrać melodię, która nagle zmieniła się w kakofonię.
Zrobiło jej się słabo. Nie tak, jak robi się słabo, kiedy wstajesz za szybko z fotela — bardziej fundamentalnie, głębiej, jakby ktoś odkręcił korek w dnie jej ciała i wypuszczał z niej ciśnienie, energię, życie. Świat zaczął się robić szary. Nie ciemny — szary. Jakby ktoś zakręcił kontrast, jakby kolory wyblakły, jakby wszystko — ołtarz, witraże, twarz księdza Tadeusza, świece — pokryło się warstwą popiołu.
— Basiu, dobrze się czujesz? — szepnęła sąsiadka z ławki, pani Zofia, emerytowana nauczycielka z szóstki na Kopernika.
— Słabo mi — wyszeptała Barbara. — Serce mi dziwnie bije.
— Wyjść na powietrze?
— Nie, nie, zaraz przejdzie.
Ale nie przeszło. Puls spadł do czterdziestu uderzeń na minutę. Barbara nie widziała monitora, nie miała pulsoksymetru, ale czuła to — czuła, że serce zwalnia, że każdy kolejny skurcz jest jakby niechętny, jakby mięsień sercowy tracił wolę do pracy, jakby ktoś gdzieś w środku jej ciała trzymał palec na wyłączniku i powoli, milimetr po milimetrze, przesuwał go w pozycję off.
Skóra na dłoniach zrobiła się sina. Usta też. Barbara spojrzała na swoje ręce i zobaczyła paznokcie koloru łupku — ciemnoszare, z fioletowym odcieniem, jak niebo przed burzą. Sinica. Wiedziała, co to jest sinica, bo widziała ją u matki w szpitalu, w ostatnich dniach, kiedy rak zżerał jej trzustkę i płuca nie nadążały z dostarczaniem tlenu. Sinica oznaczała, że serce nie pompuje wystarczająco krwi. Że organy nie dostają tlenu. Że coś jest bardzo, bardzo źle.
— Pani Zofio — powiedziała Barbara, a głos miał daleki, jak z drugiego końca tunelu. — Proszę zadzwonić po pogotowie.
Pani Zofia spojrzała na Barbarę i jej twarz zmieniła wyraz z uprzejmego zaniepokojenia na autentyczny strach. Barbara była szara. Nie blada — szara. Jak ściana. Jak popiół. Jak ktoś, kto odchodzi.
— Boże Przenajświętszy — szepnęła pani Zofia i sięgnęła po telefon.
W kościele zrobiło się zamieszanie. Ksiądz Tadeusz przerwał czytanie Ewangelii. Kilka osób wstało z ławek. Ktoś wołał o wodę. Ktoś inny pytał, czy jest tu lekarz. Barbary nie słyszała tego wszystkiego, bo świat stawał się coraz szarszy, coraz cichszy, coraz dalszy, jakby ktoś przykrywał ją kocem z waty, warstwa po warstwie, izolując ją od dźwięków, od kolorów, od ludzi.
Ostatnią rzeczą, którą zapamiętała, zanim straciła przytomność, był zapach kadzidła. I myśl, absurdalna i niechciana, która pojawiła się znikąd jak bąbel powietrza wynurzający się z dna stawu: herbata smakowała jak las.
Karetka dojechała do kościoła NMP w osiem minut. Ratownicy — tym razem trzecia już ekipa, nowa twarz, młody chłopak z Legnicką na identyfikatorze i starsza kobieta z krótko ściętymi siwymi włosami — weszli bocznym wejściem, z noszami i torbą ratowniczą. Barbara leżała na podłodze między ławkami, z kurtką jakiegoś mężczyzny pod głową i z ręką pani Zofii na czole. Była nieprzytomna. Oddychała, ale płytko, rzadko, z widocznym wysiłkiem.
— Puls? — zapytała starsza ratowniczka, zakładając pulsoksymetr na palec Barbary.
— Trzydzieści sześć. Saturacja osiemdziesiąt trzy. Ciśnienie… siedemdziesiąt na czterdzieści. Nie mierzy się dobrze.
— Matko. EKG, natychmiast.
Zapis EKG wyjechał z aparatu po minucie. Ratowniczka spojrzała na niego i zacisnęła usta. Nawet Wiesław, gdyby tu był — a nie był, bo w niedziele do kościoła nie chodził — nie musiałby być lekarzem, żeby zobaczyć, że ten zapis jest zły. Linie, które powinny być regularne, faliste, uporządkowane, wyglądały jak sejsmogram trzęsienia ziemi. Szerokie, zdeformowane zespoły QRS. Przerwy, w których serce najwyraźniej nie robiło nic — trzy sekundy, cztery sekundy, jak zacinająca się płyta. A potem nagły, szybki ciąg uderzeń, jakby serce próbowało nadrobić zaległości i biło chaotycznie, byle jak, byle cokolwiek.
— Blok AV trzeciego stopnia — powiedziała ratowniczka. — Z rytmem zastępczym trzydzieści pięć na minutę. Musimy ją transportować, ale jeśli przejdzie w asystolię w karetce, to…
— Atropinę.
— Tak, atropinę. Miligram dożylnie. I przygotuj zestaw do stymulacji przezskórnej. Na wszelki wypadek.
Atropina weszła w żyłę. Czekali. Trzydzieści sekund. Minuta. Puls — trzydzieści osiem. Czterdzieści. Czterdzieści dwa. Trochę lepiej, ale nie wystarczająco. Ciśnienie nadal niskie, saturacja nadal niska, Barbara nadal nieprzytomna.
W karetce, w drodze do szpitala, ratowniczka dzwoniła na SOR.
— Mamy kobietę, czterdzieści pięć lat, blok AV trzeciego stopnia, rytm zastępczy trzydzieści pięć do czterdziestu, po atropinie bez znaczącej poprawy. Ciśnienie niestabilne, saturacja osiemdziesiąt trzy na tlenie. Nieprzytomna. Historia — wielokrotne zatrucia pokarmowe w ostatnim miesiącu. Nazwisko Komosa.
Na SOR-ze, po drugiej stronie linii, ktoś — pielęgniarka Magda — upuścił kubek z kawą. Kubek rozbił się na podłodze. Kawa rozlała się jak ciemna, gorzka kałuża. Magda nie podniosła kubka. Podniosła słuchawkę drugiego telefonu i zadzwoniła do Katarzyny Mojki.
Katarzyna przyjechała w dwanaście minut. Nie pamiętała drogi. Nie pamiętała, czy zamknęła drzwi mieszkania. Nie pamiętała, czy Stetoskop miał jedzenie w misce. Pamiętała tylko jedno — dźwięk głosu Magdy w słuchawce, kiedy powiedziała: Komosa, blok AV trzeciego stopnia, i ciszę, która po tym nastąpiła, ciszę, w której Katarzyna usłyszała coś, co brzmiało jak tykanie zegara, ale co w rzeczywistości było biciem jej własnego serca, odmierzającego sekundy do momentu, w którym albo zdąży, albo nie zdąży.
Na OIOM-ie — bo Barbara trafiła prosto na oddział intensywnej terapii, z pominięciem SOR-u — stała przy łóżku anestezjolog, doktor Agnieszka Meller, kobieta o żelaznych nerwach i dłoniach chirurga, która w Głogowskim Szpitalu Powiatowym pracowała od dwunastu lat i widziała rzeczy, po których większość ludzi nie spałaby do końca życia.
— Mojka, dobrze że jesteś — powiedziała Meller, nie odwracając się od monitora. — Blok trzeciego stopnia, nie odpowiada na atropinę. Dałam dwa miligramy, puls czterdzieści. Przygotowuję stymulację przezskórną.
— EKG widziałaś?
— Widziałam. Szerokie QRS, dysocjacja AV. Ale jest coś dziwnego. Patrz na odcinek ST.
Katarzyna podeszła do monitora. Patrzyła na zapis EKG, który biegł po ekranie jak zielona rzeka przez czarną pustynię. Odcinek ST — fragment zapisu między skurczem a rozkurczem komór — był uniesiony. Nie dużo, może dwa milimetry, ale wyraźnie, jednoznacznie.
— Uniesienie ST. W odprowadzeniach dolnych i bocznych. To wygląda jak ostry zespół wieńcowy.
— Myślisz, że to zawał?
— Nie wiem. Troponinę mamy?
— Pobrana, czekamy na wynik.
— A wywiad? Co jadła, co piła?
Meller spojrzała na Katarzynę z wyrazem twarzy, który mówił: chyba żartujesz.
— To jest ta kobieta, co u ciebie była trzy razy? Ta od zatruć?
— Ta sama.
— No to chyba wiesz lepiej ode mnie, co jadła.
Katarzyna podeszła do łóżka. Barbara leżała podłączona do czterech urządzeń — monitora, respiratora (na wypadek gdyby oddech się pogorszył), pompy infuzyjnej z lekami i defibrylatora, który stał obok w trybie czuwania, gotowy do użycia w każdej chwili. Na nadgarstku Barbary wisiał różaniec.
— Kto ją przywiózł? Mąż był z nią?
— Nie. Zasłabła w kościele. Przyjechała karetka. Mąż podobno dzwonił z domu, pytał co z nią.
— Dzwonił z domu — powtórzyła Katarzyna. — Oczywiście, że dzwonił z domu.
— Co masz na myśli?
Katarzyna nie odpowiedziała od razu. Stała przy łóżku i myślała. Myślała o tojadzie i o akonitynie, która blokuje kanały sodowe. Myślała o szaleju i o cykutoksynie, która blokuje GABA. Myślała o pokrzyku i o atropinie, która blokuje receptory muskarynowe. A teraz — teraz patrzyła na serce, które biło trzydzieści osiem razy na minutę, z blokiem trzeciego stopnia, z szerokim QRS i z uniesieniem ST, i myślała o substancji, która blokuje kanały sodowe i wapniowe w kardiomiocytach.
Taksyna.
— Agnieszka — powiedziała cicho. — Czy ta kobieta mogła wypić napar z igieł cisa?
Meller odwróciła się od monitora.
— Cisa? Taxus?
— Tak. Taksyna B daje dokładnie taki obraz. Bradykardia, blok AV, szerokie QRS, uniesienie ST. Hipotensja. Sinica. Całość.
— Ale kto by pił napar z cisa?
— Ktoś, komu powiedziano, że to napar ze świerka.
Cisza. Meller patrzyła na Katarzynę. Katarzyna patrzyła na Barbarę. Barbara leżała z zamkniętymi oczami, z twarzą koloru łupku, z ustami koloru dojrzałej śliwki, i jej serce biło trzydzieści osiem razy na minutę. Trzydzieści siedem. Trzydzieści sześć.
— Stymulacja — powiedziała Meller. — Teraz.
Elektrody stymulujące przyklejone na klatkę piersiową. Aparat włączony. Częstotliwość stymulacji ustawiona na siedemdziesiąt impulsów na minutę. Natężenie prądu zwiększane stopniowo — trzydzieści miliamperów, czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt — aż na ekranie pojawiły się sztuczne zespoły QRS, równe, miarowe, narzucone z zewnątrz. Serce Barbary przestało bić samodzielnie. Biło, bo maszyna kazała mu bić.
— Przechwycenie — powiedziała Meller. — Mamy ją. Ale to jest rozwiązanie tymczasowe. Jeśli to jest taksyna, to musimy czekać, aż się wydalona. A to może trwać dwadzieścia cztery godziny. Albo dłużej.
— Wiem. Nie ma antidotum.
— Nie ma. Katecholaminy na ciśnienie, stymulacja na rytm, płyny dożylne na hemodynamikę. I modlitwa.
Katarzyna podniosła wzrok.
— Jeszcze jedno. Muszę porozmawiać z mężem.
— Dzwonił pięć minut temu. Jedzie do szpitala.
— Niech jedzie.
Katarzyna wyszła z OIOM-u. Na korytarzu stała chwilę, oparta o ścianę, z zamkniętymi oczami. Czuła, jak jej własne serce bije — miarowo, mocno, sto uderzeń na minutę, bo adrenalina nie wybiera między lekarką a pacjentką. W głowie miała jedno zdanie, powtarzane jak mantra, jak modlitwa, jak przekleństwo:
Czwarty raz. Czwarty raz. On ją truje czwarty raz.
Otworzyła oczy. Wyciągnęła telefon. Nie kartkę z wewnętrznej kieszeni, nie notes, nie notatnik na komputerze. Telefon. Wybrała numer. Nie dyżurnego KPP Głogów. Inny numer, ten, który dała jej Magda z SOR-u trzy tygodnie temu, mówiąc: jak będziesz potrzebowała kogoś z kryminalnego, to zadzwoń do Kruka, on jest twardy, ale uczciwy.
Telefon zadzwonił cztery razy.
— Aspirant Kruk, słucham.
— Aspirancie, tu doktor Katarzyna Mojka, szpital w Głogowie. Dzwoniłam trzy tygodnie temu na dyżurny z informacją o podejrzeniu systematycznego trucia. Sprawa została zarejestrowana. Chcę zapytać, czy ktoś się nią zajął.
Cisza. Trzy sekundy. Potem głos — niski, szorstki, z akcentem, który mógł być głogowski albo legnicki, albo po prostu dolnośląski.
— Mojka, mówi pani? Znam pani zgłoszenie. Leży u mnie na biurku. Od trzech tygodni.
— I?