Rozdział I
Wszystko to bzdura. Solipsyzm
Solipsyzm — skrajny pogląd epistemologiczny, według którego istnieje tylko jednostkowy umysł poznający, a cała rzeczywistość zewnętrzna jest jedynie wytworem jego wyobraźni.
.
(Z zapisków magnetofonowych. Głos w słuchawce jest cichy, przerywany trzaskami. Kobieta ma czterdzieści dwa lata, z zawodu jest bibliotekarką. Rozmawiamy w kuchni, przy wyłączonej lodówce, bo jej warkot — jak mówi — „zagłusza to, co prawdziwe”).
— Wszystko zaczęło się w czwartek. Zwykły czwartek, mama smażyła placki z jabłkami. Stałam w progu i nagle poczułam, że to zapach znikąd. Rozumiesz? Patrzyłam na jej ręce, takie stare, z brązowymi plamami od słońca, jak przewracają te placki na patelni. I nagle w mojej głowie zapadła cisza. Taka straszna, mroźna cisza. Pomyślałam: to ja te ręce wymyśliłam. Bo niby skąd mam wiedzieć, że tam, pod tą chustką, w jej głowie, cokolwiek się dzieje? Może ona jest tylko taką lalką, którą mój strach postawił przy kuchni, żeby nie było mi tak potwornie zimno?
Mąż wracał z fabryki. Przynosił chleb, kładł torbę na taborecie. Całował mnie w policzek. A ja dotykałam jego skóry i czułam tylko zimny, gładki ekran. Jak w telewizorze. Mówił do mnie, opowiadał o majstrze, o tym, że podrożał cukier. A ja patrzyłam na jego usta i myślałam: „Mówisz to, bo ja akurat pomyślałam o cukrze. Jesteś moim echem. Moim własnym, cholernym krzykiem, który wraca do mnie jak z pustego lasu”.
Kiedyś rzuciłam w niego szklanką. Rozbiła się na jego czole, krew lała się na dywan. On płakał, pytał: „Ewo, co ty robisz, oszalałaś?”. A ja stałam nad nim i czułam tylko obrzydzenie do samej siebie. Bo wiedziałam, że to ja ten ból napisałam. Że ta krew jest moja, ten płacz jest mój, a on jest tylko kukłą, w którą wbiłam igłę. Rozumiesz, jaka to władza? I jaki to jest potworny, nieludzki ciężar? Nie masz kogo przeprosić. Nie masz przed kim uklęknąć.
Jesteś skazana na samą siebie, zamknięta w tej ciasnej, mięsistej klatce z kości, a wokół ciebie tańczy korowód cieni.
Lekarze dawali mi proszki. Mówili: „To minie, to od przemęczenia, od wojny i niepokoju, od tego wszystkiego”. Brałam te pigułki, patrzyłam na doktora i żal mi go było. Taki ładny pan, z czystymi paznokciami, a przecież nie istnieje. Zniknie, jak tylko zamknę oczy. Wszyscy znikniecie.
Teraz już nie krzyczę. Chodzę do pracy, podaję ludziom książki. Oni biorą kolejne tomy, dziękują, czasem się uśmiechną. Patrzę na ich twarze w kolejce i myślę sobie: „Jakie to niesamowite, jak bogatą mam wyobraźnię. Ilu starców stworzyłam, ile młodych dziewcząt z warkoczami”. Idę ulicą i przepraszam te wszystkie drzewa, te domy, te tramwaje. Przepraszam, że musiały powstać tylko dlatego, że ja boję się nicości.
Słuchasz mnie jeszcze? Czy to tylko ja teraz słyszę, jak bije moje własne serce? Jak mi odpowiada.
Rozdział II
Impulsy w ciemności. Mózg w naczyniu
Mózg w naczyniu (Brain in a vat) — eksperyment myślowy badający sceptycyzm radykalny; pyta, czy jesteśmy w stanie dowieść, że nie jesteśmy pozbawionym ciała mózgiem stymulowanym elektrycznie przez szalonego naukowca.
.
(Głos w słuchawce jest szorstki, przerywany głębokimi oddechami. Mężczyzna ma pięćdziesiąt dwa lata. Przez trzydzieści lat pracował przy konserwacji linii wysokiego napięcia. Rozmawiamy na tarasie sanatorium, w tle słychać szum sosen i daleki warkot kosiarki. On jednak co chwilę dotyka palcami swoich skroni, jakby czegoś tam szukał).
— Wszystko przez te przewody… Zawsze myślałem, że prąd płynie tylko w kablach. A potem człowiek kładzie się wieczorem do łóżka i nagle dociera do niego ta prosta, matematyczna prawda. Przecież to, co ja nazywam „moim życiem”, to nie są te sosny, to nie jest ten zimny kompot w szklance, ani nawet ta kobieta, która trzymała mnie za rękę w szpitalu. To wszystko to tylko impulsy. Małe, elektryczne wyładowania w ciemności.
Lekarz mi mówi: „Pan widzi słońce, bo fotony padają na siatkówkę”. Dobrze, zgadzam się. Ale co to oznacza? Że moje oko to tylko kabel. Przesyła sygnał gdzieś do środka, do tej ciemnej skrzynki. A tam siedzi mój umysł. W absolutnej, wiecznej nocy. Nigdy nie dotknąłem prawdziwego świata. Dotykam tylko sygnałów.
Od tamtego dnia nie mam spokoju. Chodzę po tym sanatorium i widzę te białe ściany, te czyste łóżka, te pielęgniarki w fartuchach. I wie pani, co widzę naprawdę? Stalowy stół. Jakiś sterylny pokój, w którym nie ma okien. I szklane naczynie, wielki słój wypełniony przezroczystym, ciepłym płynem odżywczym. Pływam w nim. Moje ciało dawno zgniło albo nigdy go nie było. Zostały tylko te nitki, setki cienkich, miedzianych drucików wetkniętych prosto w moją korę mózgową. A na drugim końcu siedzi jakiś technik. Może mu się nudzi? Może to jego praca? Przełącza wtyczki w pulpicie. Klika coś na klawiaturze i puszcza mi impuls: „teraz idziesz leśną ścieżką, teraz czujesz zapach igliwia, teraz rozmawiasz z dziennikarką”.
Najgorsze jest to, że nie da się z tego obudzić. Jak mam otworzyć oczy, skoro nie wiem, czy w ogóle mam powieki? Czasem dotykam swojej twarzy, mocno, aż do krwi, ale ten ból to przecież też może być tylko idealnie zaprogramowany prąd. Cyfra w komputerze. Kiedy proszę ich, żeby mnie puścili, śmieją się. Mówią, że to choroba, że to syndrom wypalenia. A ja patrzę na te ich strzykawki i myślę: wstrzykujecie mi lekarstwo czy po prostu dolewacie świeżego płynu do mojego słoja, żeby aparatura się nie przegrzała?
Wszyscy żyjemy w takim złudzeniu, tylko ja miałem nieszczęście to zrozumieć. Jesteśmy zamknięci w sobie, podłączeni do wielkiej, obcej maszyny, która karmi nas kłamstwem o świecie. I nie ma żadnego wyjścia, bo każdy krok, który robię, żeby uciec, jest tylko kolejną linijką kodu w czyimś komputerze.
Słyszy pani ten szum? To nie wiatr w drzewach. To aparatura chłodząca. Ona pracuje bez przerwy.
Rozdział III
Widzę szwy. Hipoteza symulacji
Hipoteza symulacji — teoria filozoficzno-technologiczna, spopularyzowana przez Nicka Bostroma, zakładająca, że nasza rzeczywistość jest zaawansowaną, cyfrową symulacją stworzoną przez wyższą cywilizację.
.
(Z nagrań magnetofonowych. Mężczyzna ma dwadzieścia osiem lat. Przed zwolnieniem lekarskim pracował jako starszy analityk danych w zagranicznym banku. Siedzimy w kawiarni w centrum handlowym. Wokół nas panuje ciągły ruch, migają neony sklepowe, z głośników płynie mechaniczna muzyka. On nie zamawia nic do picia. Cały czas obserwuje ludzi przesuwających palcami po ekranach smartfonów).
— Wszystko tkwi w liczbach. Jeśli spędzasz przed monitorem po czternaście godzin na dobę, zaczynasz dostrzegać matrycę. Najpierw widzisz ją w zachowaniach klientów — te same pętle decyzyjne, te same algorytmy zakupowe. A potem wracasz tramwajem do domu, patrzysz na zmęczone twarze pasażerów i nagle zdajesz sobie sprawę z czegoś oczywistego. To nie są ludzie. To są optymalnie zaprogramowane jednostki.
Przez całe lata wmawiano nam, że świat jest chaotyczny, brudny i skomplikowany. To kłamstwo dla mas. Świat jest aż nazbyt idealny. Przyjrzała się pani kiedyś strukturze liścia? Albo temu, jak idealnie załamuje się światło na karoserii samochodu? To nie jest natura. To jest renderowanie. Bardzo zaawansowane, czyste renderowanie graficzne, pochłaniające niewyobrażalną ilość mocy obliczeniowej.
Pamiętam dzień, w którym to do mnie dotarło. Siedziałem w parku, na ławce. Nagle zza chmur wyszło słońce i na chodnik spadł cień rozłożystego dębu. Zacząłem mu się przyglądać. Każdy listek, każdy najmniejszy cień ruchomej gałązki był tak ostry, tak perfekcyjnie matematycznie wyliczony, że aż rozbolały mnie oczy. Żaden przypadek nie tworzy takiej geometrii. Pomyślałem wtedy: „Ktoś nad tym siedział. Jakaś potężna, nieludzka inteligencja napisała ten silnik graficzny”.
Od tamtej pory widzę szwy. Czasem, kiedy miasto gwałtownie przyspiesza — powiedzmy w piątek po południu, gdy tysiące samochodów rusza na weekend — rzeczywistość zaczyna lekko migotać, jak klatka po klatce. Pojawiają się powtórzenia. Widzisz trzy identyczne, czerwone Hondy stojące w jednym korku, a kierowcy mają dokładnie te same grymasy twarzy. To nie jest zbieg okoliczności. To serwer nie nadąża z generowaniem unikalnych tekstur dla tak dużej liczby obiektów, więc kopiuje gotowe zasoby.
Moja dziewczyna płakała, kiedy spakowałem walizkę. Pytała, dlaczego odchodzę, co się stało z naszą miłością. A ja patrzyłem na jej łzy i czułem tylko potworny chłód. Bo wiedziałam, że jej płacz to tylko podprogram. Skrypt uruchamiany w reakcji na porzucenie partnera. Emocje to zwykłe linijki kodu, instrukcje warunkowe: jeśli X odchodzi, uruchom procedurę smutku, aktywuj kanaliki łzowe.
Żyjemy wewnątrz gigantycznego procesora. Jesteśmy tylko danymi, które ktoś przepycha przez system, żeby sprawdzić, jak zachowa się ta cywilizacja w obliczu kryzysu czy wojny. Jesteśmy eksperymentem statystycznym. I najstraszniejsze jest to, że nie da się z tej symulacji wylogować. Śmierć wewnątrz programu to prawdopodobnie tylko usunięcie uszkodzonego pliku z twardego dysku.
Widzi pani tego chłopaka przy sąsiednim stoliku? Od dwudziestu minut miesza tę samą kawę. Dokładnie ten sam ruch dłoni, co trzydzieści sekund. Pętla się zawiesiła, a nikt z obsługi technicznej nawet tego nie zauważył.
Rozdział IV
W ich oczach nie ma nikogo. Filozoficzne zombie
Filozoficzne zombie (P-zombie) — eksperyment myślowy w filozofii umysłu; hipotetyczna istota, która fizycznie i behawioralnie niczym nie różni się od człowieka, lecz jest całkowicie pozbawiona świadomości i wewnętrznych subiektywnych odczuć.
.
(Z zapisków magnetofonowych. Kobieta ma pięćdziesiąt sześć lat, przez całe życie pracowała jako pielęgniarka na oddziale noworodkowym. Rozmawiamy w parku, z dala od blokowisk. Przez całą rozmowę nie spuszcza wzroku z przechodzącego obok mężczyzny, który pcha wózek dziecięcy).
— Przez moje ręce przeszły tysiące dzieci. Wiesz, jak to jest na porodówce? Krzyki, płacz, krew, a potem ten pierwszy oddech. Każde z tych małych ciałek miało w sobie to coś… tę iskrę, którą czujesz na skórze, kiedy bierzesz je na ręce. Żywy człowiek ma swoją wagę, ma w sobie jakieś ciepło, które nie pochodzi z termoforu.
A potem, dziesięć lat temu, wróciłam do domu. Mój mąż, Janek, siedział w fotelu i oglądał wiadomości. Zwykły wieczór. Podszedł do mnie, wziął ode mnie torbę z zakupami, zapytał, jak było w pracy. Uśmiechnął się. I w tym jednym ułamku sekundy, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, poczułam, że zamarzam.
W jego oczach nie było nikogo.
Rozumiesz mnie? To nie był paraliż, to nie była depresja ani złość. On robił wszystko idealnie. Mówił swoim-moim ukochanym, głębokim głosem, całował mnie w policzek, pamiętał o rocznicach, potrafił nawet zapłakać na pogrzebie mojej matki. Ale pod tym wszystkim była pustka. Jakbyś otworzyła piękną, drewnianą szafę, a tam nie było nawet ściany, tylko czarny, bezdenny otwór.
Zaczęłam ich obserwować. Moje dzieci, sąsiadów, lekarzy w szpitalu. Oni wszyscy są tacy sami. Cudownie skonstruowane automaty. Maszyny z mięsa, kości i wyuczonych gestów. Kiedy z nimi rozmawiasz, ich mózgi przetwarzają informacje, dobierają odpowiednie słowa z bazy danych, uruchamiają mięśnie twarzy, żeby udać współczucie albo radość. Ale w środku panuje absolutna, głęboka noc. Tam nikogo nie ma w domu. Oni nie czują bólu, oni tylko krzyczą, bo tak zostali zaprojektowani. Nie mają żadnego wewnętrznego świata, żadnych myśli, których nie dałoby się zapisać w podręczniku biologii.
Najstraszniejsze są poranki. Budzę się, Janek leży obok mnie, oddycha miarowo, jego klatka piersiowa się podnosi i opuszcza. Patrzę na niego i wiem, że gdybym teraz wbiła mu nóż w serce, nie skrzywdziłabym żadnej żywej istoty. Zniszczyłabym tylko lalkę. Bardzo drogą, bardzo skomplikowaną lalkę, która potrafi doskonale naśladować cierpienie.
Żyję wśród trupów, które udają życie. Chodzę do pracy, pielęgnuję te małe ciałka w inkubatorach i co chwilę dotykam ich ciepłej skóry, błagając w duchu: „Proszę, niech tam ktoś będzie. Chociaż ty jeden bądź prawdziwy”. Ale one tylko otwierają te swoje małe, puste oczka i patrzą na mnie jak ryby przez szybę akwarium.
Jestem jedynym człowiekiem na tej planecie, który naprawdę ma duszę. Cała reszta to tylko tło. Idealna, bezwzględna dekoracja, stworzona po to, żeby ta samotność bolała jeszcze bardziej.
Rozdział V
Co tutaj stoi? Statek Tezeusza
Statek Tezeusza — paradoks ontologiczny dotyczący tożsamości obiektu; pyta, czy przedmiot, w którym na przestrzeni czasu wymieniono wszystkie elementy składowe na nowe, pozostaje tym samym przedmiotem.
.
(Z zapisków magnetofonowych. Mężczyzna ma czterdzieści cztery lata. Przez dwie dekady prowadził zakład renowacji antyków na Dolnym Śląsku. Rozmawiamy w jego nowym, pustym mieszkaniu — nie ma tu ani jednego drewnianego przedmiotu, wszystko zrobiono z taniego, jednolitego plastiku i metalu).
— Drewno ma swoją pamięć. Tak mnie uczył ojciec. Widzisz słoje, widzisz ślady po kornikach, sęki — to jest życiorys mebla. Przez dwadzieścia lat potrafiłem dotknąć blatu starej komody i wiedzieć o niej wszystko. A potem przynieśli mi ten sekretarzyk. Koniec dziewiętnastego wieku, piękna mahoniowa robota, ale w opłakanym stanie.
Zacząłem nad nim pracować. Najpierw poszła dolna szuflada, była całkiem zgniła. Dorobiłem nową, z tego samego gatunku mahoniu, idealnie dociętą, postarzoną bejcą. Potem trzeba było wymienić lewą ściankę, bo zjadły ją kołatki. Potem blat, bo ktoś kiedyś postawił na nim gorący garnek i wypalił dziurę do żywego drewna. Pracować nad nim to była czysta przyjemność. Trwało to ponad rok.
I nagle, któregoś wtorku, stałem nad nim z pędzlem i politurą. Spojrzałem na listę napraw. Wymieniłem nogi. Wymieniłem okucia. Wymieniłem plecy, boki, szuflady, blat. Wszystko. W warsztacie, w kącie, leżała sterta starego próchna — to, co z niego wyciągnąłem. A przede mną stał piękny, lśniący, pachnący woskiem mebel.
Wtedy w mojej głowie coś pękło. Usiadłem na taborecie i zacząłem się trząść. Pomyślałem: „Co ja właściwie zrobiłem? Co tutaj stoi?”. Ten sekretarzyk przede mną nie miał w sobie ani jednego centymetra sześciennego drewna, które wyrosło w dziewiętnastym wieku. Ani jednego gwoździa, który wbił tamten dawny rzemieślnik. To była zupełnie nowa rzecz. Ale z drugiej strony — przecież nie stworzyłem go od zera. Zmieniałem go kawałek po kawałku, powoli, zachowując ten sam kształt, te same wymiary.
Wziąłem tamte stare, pogniłe deski z kąta, te odpadki, i ułożyłem je na podłodze obok tego nowego sekretarzyka. I poczułem taki strach, jakiego nie życzę nikomu. Bo jeśli tamte zgniłe deski to był tamten dawny sekretarzyk, to czym był ten lśniący mebel stojący obok? A jeśli to ten nowy był prawdziwy, to w którym momencie tamten stary przestał istnieć? Przy pierwszej szufladzie? Przy piątej? Przy blacie?
Od tamtego dnia nie potrafię spojrzeć na człowieka. Idę ulicą, patrzę na moją żonę i myślę o tym, co mówili mi na biologii. Że nasze komórki wymieniają się co siedem lat. Że skóra, krew, kości — wszystko umiera i rodzi się na nowo. Moja żona, z którą brałem ślub piętnaście lat temu, nie ma w sobie ani jednego atomu tamtej dziewczyny z kościoła. Tamta dziewczyna zniknęła, została starta jak stary lakier. To kim jest ta kobieta, która teraz śpi obok mnie? Nowym człowiekiem, którego dostałem w kawałkach?
Zamknąłem warsztat. Rozdałem narzędzia. Nie mogłem już na to patrzeć. Wszystko wokół nas płynie, wszystko się wymienia, a my tylko oszukujemy się, że istnieje jakaś stałość. Jesteśmy jak te stare meble — naprawiani w biegu, łatani nowymi tkankami, nowymi wspomnieniami, aż w końcu nie zostaje z nas nic z oryginału. Jesteśmy tylko pustym kształtem, który udaje, że ma jakąś przeszłość.
Rozdział VI
Pułapka na siedemdziesiątej stronie. Paradoks kłamcy
Paradoks kłamcy (Dylemat Epimenidesa) — paradoks logiczny wynikający z autoreferencji; powstaje przy analizie zdania „To zdanie jest fałszywe” — jeśli jest ono prawdziwe, to jest fałszywe, a jeśli jest fałszywe, to jest prawdziwe.
.
(Z zapisków magnetofonowych. Mężczyzna ma trzydzieści jeden lat, z wykształcenia jest matematykiem, przed przejściem na rentę zdrowotną pracował jako redaktor w wydawnictwie naukowym. Rozmawiamy w parku miejskim. Mężczyzna trzyma w dłoniach gruby, czarny notes, w którym ołówkiem zapisuje rzędy cyfr i symboli).
— Większość ludzi uważa, że słowa są bezpieczne. Że język to po prostu narzędzie do kupowania chleba albo mówienia komuś „dobranoc”. Ja też tak myślałem. Do czasu, aż zacząłem redagować podręcznik do logiki formalnej. Tam, na siedemdziesiątej stronie, natknąłem się na jedno, proste zdanie. Brzmiało tak: „To zdanie, które teraz czytasz, jest fałszywe”.
Wydaje się, że to zwykła igraszka, prawda? Taki językowy żart. Usiadłem w fotelu, wziąłem ołówek i pomyślałem: „Dobrze, rozbierzmy to matematycznie”. Załóżmy na moment, że to zdanie mówi prawdę. Ale jeśli mówi prawdę, to treść, którą niesie, musi być faktem. A jaka jest jego treść? Że jest fałszywe. Czyli jeśli jest prawdziwe, to automatycznie staje się fałszywe. Dobrze, pomyślałem, spocony już trochę, spróbujmy od drugiej strony. Załóżmy, że to zdanie kłamie, czyli jest fałszywe. Skoro stwierdzenie „jestem fałszywe” jest fałszem, to znaczy, że zdanie musi być prawdziwe.
I w tym momencie w mojej głowie zatrzasnęła się pułapka.
Siedziałem w tym pokoju przez czternaście godzin, patrząc na tę jedną linijkę tekstu. Czułem, jakby mój mózg potknął się na prostej drodze i zaczął spadać w nieskończoną, czarną dziurę. To nie był problem filozoficzny. To była awaria systemu operacyjnego w mojej głowie. Rozumiesz? Nasza cała cywilizacja, sądy, fizyka, mosty, komputery — wszystko opiera się na tym, że coś albo jest prawdą, albo fałszem. Jedynka albo zero. Tak budujemy świat. A tutaj, w samym środku naszej mowy, tkwi mały, złośliwy nowotwór. Zdanie, które jest prawdziwe tylko wtedy, gdy jest fałszywe, i fałszywe tylko wtedy, gdy jest prawdziwe. Język pogryzł własny ogon i zwariował.
Moja matka płakała, kiedy przestałem się do niej odzywać. Przychodziła, stawiała zupę na stole, pytała: „Synku, powiedz cokolwiek, odezwij się”. A ja milczałem. Bo jak miałem otworzyć usta? Jaka jest gwarancja, że kolejne zdanie, które wypowiem, nie zapętli rzeczywistości? Zacząłem widzieć te pętle wszędzie. Kiedy sędzia w telewizji mówi: „Skazuję pana, bo złamał pan prawo”, ja myślę: a kto dał prawo temu prawu? Inne prawo. A tamtemu? Jeszcze inne. To jest nieskończony regres, oszustwo logiki. Wszystko, co mówimy, wisi w powietrzu. Język to nie jest twardy grunt. To jest pajęczyna rozpięta nad otchłanią, a my udajemy, że chodzimy po betonie.
Teraz piszę tylko w tym notesie. Używam wyłącznie czystych symboli matematycznych, ale i tam, głęboko w równaniach, czuję ten sam chłód. Boję się, że pewnego dnia wszechświat zrozumie ten paradoks i po prostu zniknie, wymaże się sam z siebie, jak błąd w programie komputerowym, który napotkał dzielenie przez zero.
Słyszysz, jak szumią te liście na wietrze? One nie mówią prawdy ani fałszu. One po prostu są. Tylko my, ludzie, przynieśliśmy na ten świat słowa, a razem ze słowami — to potworne, bezdenne kłamstwo, z którego nie ma ucieczki.
Rozdział VII
Fabryka dobra. Potwór użyteczności
Potwór użyteczności (Utility Monster) — eksperyment myślowy Roberta Nozicka wymierzony w utylitaryzm; zakłada istnienie istoty, która przetwarza zasoby na własną przyjemność miliony razy efektywniej niż inni, co w czystej logice utylitarnej nakazywałoby poświęcenie dobra reszty ludzkości na jej rzecz.
.
(Z zapisów magnetofonowych. Moja rozmówczyni ma sześćdziesiąt jeden lat. Przez ponad trzy dekady pracowała jako urzędniczka w Ministerstwie Polityki Społecznej i Planowania Narodowego, w wydziale zajmującym się alokacją zasobów kryzysowych i funduszami rzadkich leków. Siedzimy w jej kuchni na warszawskim Mokotowie. Jest wczesne popołudnie, ale zasłony są zaciągnięte, przez co w pokoju panuje półmrok. Kobieta co chwilę poprawia na stole rząd idealnie równo poukładanych lekarstw, notesów i długopisów, jakby próbowała zaprowadzić matematyczny ład w otaczającej nas przestrzeni).
— Ludzie myślą, że biurokracja to papier, pieczątki, nudne tabelki w Excelu. Tak im się wydaje, bo tak jest bezpieczniej dla ich własnego świętego spokoju. Ale papier to tylko zasłona. Za każdym dokumentem, za każdym ułamkiem procenta w ministerialnym rozporządzeniu kryje się czyjeś ciało. Czyjś ból, czyjś oddech, czyjeś prawo do tego, żeby pożyć jeszcze rok, miesiąc albo chociaż tydzień. W naszym wydziale nie operowaliśmy słowami takimi jak „człowiek” czy „życie”. Używaliśmy pojęcia „jednostka dobrostanu” albo „wskaźnik satysfakcji życiowej”. Musieliśmy tak robić. Gdybyśmy zaczęli widzieć w tych cyfrach konkretne twarze, oczy tych wszystkich matek, które pisały do nas podania o dofinansowanie terapii genowych dla swoich dzieci, nikt z nas nie przepracowałby tam nawet jednego tygodnia. Zwariowalibyśmy. Logika urzędu musi być czysta, chłodna, bezwzględna. Liczy się tylko jedno: wygenerować jak największą sumę szczęścia dla jak największej liczby obywateli za jak najmniejsze pieniądze. Zwykła, matematyczna moralność. Utylitaryzm w czystej postaci.
Pamiętam rok dwa tysiące czternasty. To był trudny rok, budżet się nie domykał, a z prowincji przychodziły coraz gorsze raporty. Siedzieliśmy w pokoju konferencyjnym, na stole stygła kawa, a przed nami leżał gruby, oprawiony w niebieską skórę raport medyczny. Przyszedł z instytutu badawczego na południu kraju. Na początku myśleliśmy, że to pomyłka. Jakiś żart lekarzy albo błąd w aparaturze diagnostycznej. Ale pieczątki były prawdziwe. Podpisy profesorów również.
Raport dotyczył jednego pacjenta. Chłopca.
Nazwijmy go Adam, chociaż w dokumentach miał tylko numer ewidencyjny. To nie był zwykły chory. Jego układ nerwowy… lekarze opisywali to jako unikalną, genetyczną anomalię, mutację receptorów i struktur mózgowych, która nigdy wcześniej nie została odnotowana w historii medycyny. Chodziło o zdolność odczuwania. Przeciętny człowiek ma swój limit — limit radości, limit ekstazy, limit ulgi. Nasze mózgi są małe, ograniczone, nasycają się szybko jak małe gąbki. Kiedy zjesz coś dobrego, kiedy ktoś cię przytuli, kiedy dostaniesz podwyżkę — czujesz przyjemność, ale ona ma swój sufit. Wyżej nie podskoczysz, bo biochemia na to nie pozwala.
Z Adamem było inaczej. Jego mózg nie miał sufitu. Jego zdolność do absorbowania i przetwarzania bodźców pozytywnych była… nielimitowana. Posiadał potencjał odczuwania satysfakcji, szczęścia i ekstazy miliony razy silniej niż jakikolwiek inny człowiek na tej planecie. Jedna sekunda jego radości ważyła w ogólnym bilansie kosmicznym więcej niż całe życie małego miasteczka. Lekarze przeprowadzili testy. Podali mu zwykłą, glukozową kroplówkę o smaku truskawkowym. Wskaźniki na aparaturze pomiarowej, która badała poziom endorfin i aktywność ośrodka przyjemności, dosłownie oszalały. Skala się skończyła. Czujniki się popaliły. Ten chłopak, czując smak tej truskawki, doświadczył takiej dawki czystego, absolutnego szczęścia, jakiej całe polskie społeczeństwo nie wygenerowało od czasów zakończenia wojny. Rozumiesz to? Jeden człowiek, który był w stanie odczuwać za miliardy. Wielka, nienasycona czarna dziura na szczęście. Gąbka rozmiaru oceanu.
(Kobieta milknie na dłuższą chwilę. Wstaje, podchodzi do okna, przez chwilę przygląda się podwórku, po czym wraca na miejsce. Jej dłonie lekko drżą, gdy bierze do ręki ołówek).
— Na początku to była tylko naukowa ciekawostka. Ale logiki nie da się oszukać. Logika ministerialna ma swoje żelazne zasady. Jeśli naszym zadaniem — zadaniem państwa, rządu, systemu moralnego — jest sprawienie, by na świecie było jak najwięcej szczęścia, a jak najmniej cierpienia, to pojawienie się Adama zmieniło wszystko. Wszystkie dotychczasowe podręczniki do etyki stały się bezużyteczną makulaturą.
Zaczęło się od małych rzeczy. Departament medyczny zauważył, że jeśli przesuniemy środki z programu rehabilitacji dzieci z porażeniem mózgowym na zakup specjalistycznych stymulatorów sensorycznych dla Adama, to ogólny wskaźnik narodowego dobrostanu gwałtownie wzrośnie. Zwykła matematyka. Odbierasz dziesięciu tysiącom niepełnosprawnych dzieci darmowe wózki inwalidzkie. One oczywiście cierpią, ich standard życia spada o kilka punktów procentowych. Ale te same pieniądze inwestujesz w aparaturę dla Adama, która pozwala mu odczuwać zapach rzadkich orchidei albo dotyk najdelikatniejszego jedwabiu. I Adam, dzięki tej aparaturze, generuje miliard punktów szczęścia. W ogólnym rozrachunku cierpienie tych dzieciaków zostaje całkowicie zatarte, zneutralizowane, zalane tą gigantyczną falą ekstazy, którą ten jeden chłopak produkuje w swoim sterylnym pokoju. Suma szczęścia na świecie rośnie. Cel systemu został osiągnięty.
Pamiętam, jak podpisywałam tamto pierwsze rozporządzenie. Moje pióro zawisło nad papierem. Koleżanka z biurka obok, starsza kobieta, która wychowała trójkę dzieci, spojrzała na mnie i powiedziała: „Wanda, nie myśl o tym. Komputer wyliczył, że to jest najbardziej efektywne. Przecież chcemy, żeby świat był lepszy, prawda? Liczy się globalny wynik”. I podpisałam. Zamknęliśmy trzy szpitale powiatowe na ścianie wschodniej. Przeznaczyliśmy te miliony na sprowadzenie z Japonii systemu bezpośredniej stymulacji elektromagnetycznej mózgu dla Adama.
Potem poszło lawinowo. System stał się potworem, który rósł z każdym miesiącem. Adam potrzebował coraz więcej, bo jego mózg, choć nienasycony, wymagał coraz bardziej skomplikowanych bodźców, by utrzymywać ten stan najwyższej formy. Wydzieliliśmy dla niego cały instytut pod Warszawą. Teren otoczono drutem kolczastym, postawiono straże. Nikt nie mógł tam wejść poza kadrą naukową i wybranymi urzędnikami. Stał się naszym narodowym skarbem. Naszą fabryką dobra.
W dwutysięcznym osiemnastym roku nastąpił kryzys energetyczny i żywnościowy. Trzeba było wprowadzić ograniczenia. W ministerstwie nie było już dyskusji. Byliśmy jak hazardziści, którzy postawili wszystko na jedną kartę. Skoro mieliśmy tę jedną, unikalną istotę, która potrafiła zamienić każdy zasób w niewyobrażalną ilość czystego dobra, karmienie i dbanie o kogokolwiek innego stało się marnotrawstwem. Nieekonomicznym błędem moralnym. Po co dawać chleb robotnikom w fabryce, skoro ten sam chleb, zamieniony na wykwintne danie dla Adama, da milion razy więcej satysfakcji? Po co ogrzewać mieszkania emerytów w zimie? Niech marzną, niech umierają, ich drobne, zgorzkniałe życia i tak nie produkują nic prócz narzekania. Prąd został przekierowany do instytutu, żeby zasilić gigantyczne klimatyzatory, superkomputery i systemy podtrzymywania życia, które dbały o to, by Adam nie dostał nawet lekkiego kataru. Każdy jego fałszywy krok, każde obniżenie nastroju było narodową katastrofą, stratą miliardów jednostek dobrostanu, której nie dało się niczym zawetować.
(Kobieta wstaje, podchodzi do małej szafki ściennej i wyjmuje z niej starą, pożółkłą fotografię. Przedstawia ona nowoczesny, betonowy budynek otoczony lasem. Na dachu widać potężne instalacje wentylacyjne).
— Pojechałam tam raz. Tylko raz, w lipcu. Chciałam go zobaczyć. Chciałam sprawdzić, dla kogo podpisywałam te wszystkie wyroki śmierci na programy socjalne, na szpitale, na domy dziecka. Chciałam dotknąć tego żywego Boga, którego sami stworzyliśmy z paragrafów i teorii etycznych.
Wprowadzili mnie do śluzy. Musiałam ubrać sterylny kombinezon, przejść przez trzy komory odkażające. Wewnątrz panowała idealna cisza, przerywana tylko cichym, hydraulicznym sykiem maszyn. Weszłam do centralnej sali. Spodziewałam się zobaczyć… nie wiem, pięknego młodzieńca, promieniującego jakimś wewnętrznym światłem. Istotę nadludzką.
A zobaczyłam potwora.
Wielkie, białe łóżko medyczne, a na nim coś, co ledwo przypominało człowieka. Adam był potwornie otyły, jego ciało było zniekształcone, przerośnięte, bo każdy jego posiłek musiał być skondensowaną bombą kaloryczną i smakową. Skórę miał przezroczystą, pozbawioną pigmentu, bo nigdy nie widział naturalnego światła. Z jego czaszki sterczały setki grubych, czarnych kabli, które wiązkami szły pod sufit, do wielkich szaf serwerowych. Cała jego twarz była wykrzywiona w permanentnym, nienaturalnym, makabrycznym skurczu. To miał być uśmiech. Ale to nie był ludzki uśmiech. To był grymas tak potężnej, tak niewyobrażalnej ekstazy, że aż bolały od samego patrzenia na to kości. Jego oczy były otwarte, ale gałki oczne uciekały pod powieki, widać było tylko białka. Drżał. Całe to wielkie, białe ciało drżało w rytm impulsów elektrycznych, które bez przerwy bombardowały jego mózg.
Obok łóżka stali technicy. Młodzi ludzie w białych fartuchach, z tabletami w rękach. Rozmawiali szeptem, zmieniali parametry na ekranach. Jeden z nich spojrzał na mnie i powiedział z dumą: „Właśnie puściliśmy mu symulację symfonii idealnej połączoną z chemicznym ekwiwalentem pierwszej miłości. Proszę spojrzeć na wykresy. Jesteśmy na poziomie dziesięciu miliardów jednostek. W tej chwili ten chłopak przeżywa coś, co usprawiedliwia istnienie całego tego pieprzonego wszechświata”.
A ja stałam tam, w tym zimnym pokoju, słuchałam pomruków serwerów i czułam, jak robi mi się niedobrze. Bo przypomniałam sobie podanie, które odrzuciłam poprzedniego dnia. Podanie od kobiety z małej wsi pod Suwałkami. Błagała o trzysta złotych miesięcznie na leki przeciwbólowe dla swojego umierającego na raka męża. Napisałam jej na urzędowym blankiecie: „Brak środków. Odmowa ze względu na priorytetyzację wydatków narodowych”. Tamten człowiek wył z bólu w jakiejś drewnianej chałupie, bez pomocy, bez godności. A wszystko po to, żeby ten obrzydliwy, podłączony do kabli kadłubek tutaj, na tym łóżku, mógł poczuć zapach truskawki jeszcze mocniej. Żeby jego cyfrowy wykres szczęścia poszedł o milimetr w górę.
Wróciłam do Warszawy i złożyłam wypowiedzenie. Kolega z departamentu patrzył na mnie jak na wariatkę. Mówił: „Wanda, ty nie masz serca? Ty nie chcesz dobra ludzkości? Przecież jeśli zamkniemy ten projekt, ogólna ilość szczęścia na świecie spadnie do zera. Zalejemy planetę powszechną przeciętnością i drobnymi cierpieniami. Adam jest naszą jedyną szansą na moralne zbawienie”.
Nie dyskutowałam z nim. Spakowałam swoje rzeczy do kartonu i wyszłam. Od tamtej pory nie czytam gazet, nie oglądam telewizji. Żyję tutaj, w tym półmroku. Bo wiem, że ta maszyna wciąż działa. Gdzieś tam, pod ziemią, ten chłopak wciąż leży na swoim łóżku, a setki urzędników i lekarzy dbają o to, by jego potworne, nieskończone szczęście rosło kosztem całego świata. Każda emerytura, która nie została wypłacona, każdy chory, który nie dostał pomocy, każda łza dziecka, które głoduje — wszystko to jest paliwem dla tego jednego, nienasyconego bóstwa. Jesteśmy tylko nawozem. Biomasą, którą system pali w tym wielkim piecu, żeby utrzymać ten jeden, idealny, makabryczny uśmiech na ustach potwora.
Słyszy pani? Znowu syrena na ulicy. Karetka jedzie. Ciekawe, dokąd zmierza? I czy w ogóle dowiezie tego człowieka do szpitala, czy może w szpitalu zabrakło już łóżek, bo wszystko poszło na rachunki za prąd dla instytutu? Niech pani nie patrzy na mnie w ten sposób. Ja nie oszalałam. Ja po prostu potrafię liczyć. I ta matematyka mnie przeraża.
Rozdział VIII
Nie ma wczoraj. Prezentyzm
Prezentyzm — pogląd filozoficzny w ontologii czasu, według którego realnie istnieje wyłącznie teraźniejszość. Przeszłość już nie istnieje, a przyszłość jeszcze nie zaistniała.
.
(Z zapisków magnetofonowych. Kobieta ma trzydzieści sześć lat, z wykształcenia jest architektem krajobrazu. Pięć lat temu przeszła ciężki udar niedokrwienny mózgu, po którym przez cztery miesiące znajdowała się w stanie śpiączki farmakologicznej. Rozmawiamy w sterylnym pokoju hotelowym — poprosiła o to miejsce, ponieważ, jak twierdzi, nie ma ono dla niej żadnej historii. Na stole leży tylko jej zegarek z usuniętą wskazówką sekundową i minutową).
— Kiedy budzisz się w szpitalu po czterech miesiącach niebytu, wszyscy oczekują od ciebie łez. Matka płacze, mąż trzyma cię za rękę, lekarz patrzy z tą swoją profesjonalną troską. Pytają: „Pamiętasz nas, Kasia? Pamiętasz dom? Pamiętasz swoje imię?”. Odpowiadasz, że tak. Bo w twojej głowie są te wszystkie znajome obrazy. Widzisz biały kościółek, w którym brałaś ślub. Widzisz psa, który zdechł, gdy miałaś dwanaście lat. Widzisz stary, dębowy stół w jadalni u rodziców. Masz te wszystkie pliki w pamięci. Są poukładane, podpisane, wyraźne.
Ale potem oni wychodzą z sali, zostajesz sama i dociera do ciebie ta straszna, paraliżująca prawda. Te wspomnienia… one nie mają żadnego fundamentu. Są jak zdjęcia obcych ludzi znalezione na śmietniku, które ktoś wkleił do mojego albumu.
Lekarze nazywają to zaburzeniem afektu pamięciowego. Mówią, że uszkodzeniu uległ jakiś mały płat, który łączy obraz z poczuciem realności. Ale dla mnie to nie jest medycyna. To jest prawda o świecie, z której zdarłam tę grubą, kłamliwą zasłonę. Przeszłość nie istnieje. Nigdy nie istniała. Przeszłość to najwspanialsze i zarazem najpotworniejsze kłamstwo ludzkiego umysłu.
(Kobieta bierze do ręki zegarek, obraca go w palcach, po czym kładzie z powrotem na gładkim blacie).
— Proszę się zastanowić. Gdzie jest teraz wczorajszy dzień? Gdzie jest ta minuta, w której weszła pani do tego pokoju i usiadła na krześle? Nie ma jej. Zniknęła. Został po niej tylko ślad elektryczny w pani mózgu, mała zmiana w synapsach. I pani temu śladowi ufa. Wierzy pani, że skoro w głowie wyświetla się obraz wchodzenia po schodach, to te schody naprawdę tam były, a pani po nich szła. A jeśli ten ślad powstał sekundę temu? Jeśli cały ten świat — z panią, ze mną, z tym hotelem, z całą naszą historią, wojnami, królami i dinozaurami — został stworzony dokładnie w tym ułamku sekundy, w którym ja kończę wypowiadać to słowo?
Mąż zabrał mnie do naszego domu. Chodziłam po pokojach i czułam się jak detektyw na miejscu zbrodni. Pokazywał mi albumy. „Zobacz, Kasia, tu jesteśmy w Hiszpanii, pamiętasz te owoce morza, którymi się zatrułaś?”. Patrzyłam na dziewczynę na zdjęciu. Miała moją twarz, mój uśmiech, mój pieprzyk na szyi. Ale ja jej nie znałam. Ta dziewczyna zginęła. Przepadła. Albo nigdy jej nie było, a aparat fotograficzny i papier zostały wydrukowane od razu z tą całą historią.