E-book
13.65
drukowana A5
41.35
Służba Bezpieczeństwa (SB)

Bezpłatny fragment - Służba Bezpieczeństwa (SB)

Raport o służbie specjalnej PRL


Objętość:
199 str.
ISBN:
978-83-8126-121-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.35

Krótki rys historyczny Służby Bezpieczeństwa

W okresie funkcjonowania PRL-u w latach 1944—1989 bezpieka była zbrojnym ramieniem partii rządzącej — PZPR, jej tarczą i mieczem. Aleksander Ścios dokonując genealogii organów bezpieczeństwa PRL sformułował cztery fundamentalne wnioski: ,,(…)1.Organy te powstały na terytorium obcego mocarstwa, jako agendy sowieckich służb spajanych, utworzone na polecenie władz ZSRR planujących podbój i okupację ziem II Rzeczypospolitej. 2.Od chwili powstania były one kierowane przez oficerów Armii Czerwonej i przez cały okres działalności na ziemiach polskich poddane ścisłej kontroli okupanta. 3. W tworzeniu i zarządzaniu tymi formacjami brali udział obywatele polscy zwerbowani przez służby ZSRR, zaś praca w tych organach była aktem kolaboracji i działania w interesie okupanta. 4. W nienaruszonej formule (zmiany dotyczyły nazw i modyfikacji struktur) organy te przetrwały do 1989 roku i zostały przemianowane na służby specjalne III RP, a ich funkcjonariusze uznani za,,oficerów wywiadu i kontrwywiadu” wolnego państwa. (…)”Wiedza na temat funkcjonowania służby specjalnej kierowanej przez komunistów do czasu powołania do istnienia Instytutu Pamięci Narodowej była zastrzeżona dla nielicznych. Począwszy od 2000 roku historycy i prokuratorzy powoli odsłaniają obraz funkcjonowania specsłużby. Wiedza ta pozwala co do zasady odkrywać liczne przypadki zdrady, zakłamania, szantażu, ludzkich tragedii, z nielicznymi wyjątkami bohaterskich postaw ludzi, którzy wprawdzie nie dali się złamać Służbie Bezpieczeństwa, ale okupili to ceną degradacji zdrowia fizycznego i psychicznego. Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, a później Służba Bezpieczeństwa, były orężem walki politycznej i pełniły niechlubną rolę policji politycznej. Po II wojnie światowej budowa modelu polskich cywilnych służb specjalnych odbyła się w oparciu o wzorce zaczerpnięte z ZSRR. Proces wykuwania bezpieczniackich kadr rozpoczął się od przeszkolenia grupy złożonej z około 200 szczególnie zaufanych komunistów w specjalnym ośrodku szkoleniowym NKWD w Kujbyszewie pod Moskwą. Resort Bezpieczeństwa Publicznego został powołany do istnienia dekretem Krajowej Rady Narodowej z dnia 21 lipca 1944 roku statuującym Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego.Z dniem 1 sierpnia 1944 roku,,kujbyszewiacy” zainstalowali się w Lublinie. Funkcjonariusze bezpieczeństwa publicznego zajęli nadrzędną pozycję wobec milicji w strukturze aparatu siłowego. W początkowym okresie najważniejszym ogniwem w resorcie bezpieczeństwa publicznego był znajdujący się pod kierownictwem generała Romana Romkowskiego kontrwywiad. Powstanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej stało się asumptem do zastąpienia Resortu Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego — MBP. Przekształceniu temu towarzyszył gwałtowny rozwój kadrowy. Komunistyczne państwo nie szczędziło środków na,,inwestowanie” w walkę z przeciwnikami politycznymi. Więcej uzyskiwało z budżetu państwa już tylko wojsko. Trzonem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego był Urząd Bezpieczeństwa Publicznego — UB. W roku 1944 było zaledwie 2,5 funkcjonariuszy tego organu, by już po dziewięciu latach w 1953 roku zasilić swe szeregi do liczby 33.000 bezpieczniaków. Na szczeblu centralnym funkcjonował minister wraz z gabinetem, przewodzący departamentom, zawiadywanym przez dyrektorów i ich zastępców. Dalej departamenty dzieliły się na wydziały (pod kierownictwem naczelników) oraz sekcje. Strukturę tą odwzorowano na szczeblu regionalnym (Wojewódzkie Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego, Powiatowe Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego, Gminne Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego). Na szczególnie złą sławę zasłużyły sobie dwa departamenty: Departament X oraz Departament Śledczy. Pierwsza jednostka została utworzona u schyłku 1951 roku. Na jej czele stanął płk Anatol Fejgin, którego zastępował ppłk Józef Światło. Zadaniem Departamentu X było sprawowanie ochrony wobec partii komunistycznej w ramach kontrwywiadu wewnętrznego PZPR, przeciwdziałanie penetracji przez wrogie służby wywiadowcze. Departament Śledczy powstał już w roku 1947. Przewodził mu płk Józef Różański i jego zastępca ppłk Adam Humer. Departament śledczy zasłynął z okrutnych metod śledczych stosowanych podczas przesłuchań więźniów politycznych. Jan Łożański — kurier z Sanoka tak wspominał swoje zetknięcie z bezpieką:,,(…)Ponieważ w ciągu 24 godzin nie wyraziłem zgody na współpracę z pułkownikiem Różańskim, następnego dnia około godziny 14 kazano mi się z tej celi zabrać i zawieziono mnie na ulicę Rakowiecką do X Pawilonu więzienia, które już posiadało swoją,,sławę”. Kiedy mnie tam wprowadzono, wiedziałem co mnie czeka. Kiedy kilkukrotnie odmówiłem podania kontaktów asystujący przy przesłuchaniach drab zaszedł mnie od tyłu i znienacka uderzył mnie w twarz tak mocno, że spadłem z taboretu. Kiedy się podniosłem, on znowu zamachnął się, ale zrobiłem typowy bokserski unik. Rozwścieczyło go to. Kazał mi stanąć i bardzo mocno uderzył w tył głowy. Padając na ścianę rozbiłem sobie nos, tak że polała się krew. Poczułem się jak na ringu. Później kazano mi przez długi czas robić przysiady. Gdy i to mnie nie złamało kazano mi chodzić, unosząc wysoko kolana do góry. Było to niby proste, ale po tysiącu takich,,ćwiczeń” nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Chodziłem i przewracałem się. Wiele następnych dni było podobnych. Niejednokrotnie na przesłuchania zabierano mnie w nocy. Oprócz bicia stosowano także bardziej wymyślne tortury. Kazano mi niejednokrotnie stać 24 godziny przy otwartym oknie nago, a przecież była zima i panował silny mróz. Często,,zapraszano” na tzw. konia,,Andersa”. Wówczas z kpinami szydzono że generał Anders przysłał mi konia. Polegało to na siadaniu na nodze odwróconego taboretu. Jednocześnie ręce należało trzymać wyciągnięte przed siebie. Podczas tej tortury odczuwałem niesamowity ból. Mój organizm choć młody, silny i wysportowany, czasami nie wytrzymywał. Wówczas traciłem przytomność. Dopiero chluśnięcie wodą w twarz przywracało mi ją. Nawet moi oprawcy doceniali moją oporność mówiąc, że trafiła się im oporna sztuka. (…)”.

Stanisław Krupa podczas pobytu w słynnym Pawilonie X na ulicy Rakowieckiej w Warszawie poznał dzieje gehenny kolegi — Ziutka ze Lwowa (,,Dzień po dniu, tydzień po tygodniu po stokroć zadawali mi te same mniej więcej pytania: Podaj kontakty organizacyjne na Śląsku. Jak się nazywa dowódca? Co łączyło cię z doktorem H. z Katowic? Kiedy zacząłeś konspirować w Ludowym Wojsku Polskim? Ile razy kontaktowałeś się z generałem S. i co ci zlecał? Ja niezmiennie odpowiadałem: Nie wiem nic o żadnej organizacji na Śląsku. Nie znam doktora H. w Ludowym Wojsku Polskim. Nie konspirowałem. Z generałem S. nigdy nie rozmawiałem… Niezmiennie słyszałem: Nie bądź taki cwaniak i nie rób z nas durniów. Już my ci pomożemy w ujawnieniu prawdy … I pomagali, dzień i noc, całymi miesiącami. Bito mnie pięściami i linijką — po twarzy i po rękach, bito metalowym prętem w nogi pod kolana. Jak mięśnie zdrętwiały i padałem, podnoszono mnie kopniakami. Kopano, gdzie popadło, najchętniej w krocze. Kiedy moi oprawcy stwierdzili, że bicie już na mnie nie działa, sięgali po inny sposób. Wiązano mi ręce oraz nogi i sadzano na haku, w ten sposób, że plecami opierałem się o ścianę, a wyciągnięte, skrępowane nogi opierano o taboret. Boże, cóż to za koszmarna tortura! Cały ciężar ciała spoczywa na centymetrowej grubości końcówce wbitego w ścianę i zagiętego — w pewnej odległości i pod kątem prostym — żelaznego haka. W dodatku sadzają się tak, żebyś opierał się na kości ogonowej. Nawet niewielkie poruszenie powoduje, że hak wbija się w odbytnicę. Ile razy ja przy tej operacji mdlałem… Sadzanie na haku było jednak dla śledczych mocno uciążliwe. Musiało być przecież co najmniej dwóch ludzi, żeby delikwenta posadzić, trzeba było go przytrzymać, aby prosto siedział. Zbyt wiele wysiłku na dłuższą metę. Zastosowano więc stójkę. Przez trzy miesiące, noc w noc, od apelu do pobudki, stawałem nagi na betonowej podłodze w rogu celi. W grudniu, w trzecim kolejnym miesiącu stójki, po kilka razy na noc padałem i mimo coraz obfitszego zlewania zimną wodą coraz dłużej nie byłem w stanie powstać. Wreszcie pewnej nocy nie wstałem. Nie pomogło drugie i trzecie wiadro wody. Podniesiony siłą przez strażnika i ustawiony w rogu celi natychmiast waliłem się na ziemię. Straciłem przytomność. Co ze mną robiono, nie wiem. Oprzytomniałem po paru dniach w szpitalu. Byłem tak krańcowo wyczerpany, że nie rokowano nadziei na utrzymanie mnie przy życiu. Gdyby nie uparty wysiłek doktor Kamińskiej zapewne gryzłbym ziemię gdzieś w bezimiennej mogile.”)

W latach 1948—1952 Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zorganizowało bardzo ważną operację przeciwko zbrojnemu podziemiu o kryptonimie,,Cezary”. Stworzona po rozbiciu IV Komendy WiN-u (Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość) prowokacyjna V Komenda WiN stanowiła mistyfikację MBP. Główną rolę w tej prowokacji odegrał Stefan Sieńko — agent o pseudonimie,,Maciej”. W początkowym okresie struktura ta opierała się na czterech rezydentach (Stefan Sieńko, Jarosław Hamiwka, Henryk Wierzchowski oraz,,Roman”).,,Komendantem głównym” został Stanisław Józef Rybicki (agent Żukowski). Zaewidencjonowano około 2000 osób, z których znakomita większość miała się ujawnić dopiero na wypadek wybuchu III wojny światowej. W rzeczywistości działało około kilkuset osób. W trzeciej fazie operacji w latach 1951—1952 dążono do umocnienia i rozbudowy organizacji celem pokazania ich struktur wysłannikom z Zachodu. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zachowało pełną kontrolę nad wykreowaną przez siebie strukturą. Wykorzystywano ją także do sprawdzenia lojalności już zwerbowanej agentury. Mistyfikacja V Komendy WiN posłużyła między innymi do likwidacji legendarnego Żołnierza Wyklętego -,,Huzara”. Dzięki V Komendzie WiN infiltrowano środowiska niepodległościowe, katolickie, Kościół. Pod całkowitą kontrolą znalazły się kontakty z wywiadem państw zachodnich. Operację zakończono w grudniu 1952 roku — ze względów politycznych — na żądanie Kremla. W związku z operacją,,Cezary” represjonowano około 300 osób. Wyniki tej gry operacyjnej posłużyły do zorganizowania wielkiej kampanii propagandowej skierowanej przeciwko niepodległościowej emigracji oraz Stanom Zjednoczonym. Operacja,,Cezary” była zresztą wzorowana na słynnej operacji,,Trust”, w której efekcie zlikwidowano groźnego wroga bolszewików — Borysa Sawinkowa. Całkowicie sterowana przez podwładnych Dzierżyńskiego (szefa Czeki) Monarchistyczna Organizacja w krótkim okresie czasu zaledwie dwóch lat stała się jedynym dostępnym dla Zachodu źródłem informacji wywiadowczych o tym, co się dzieje w Związku Radzieckim. Działania Monarchistycznej Organizacji Centralnej Rosji (MOCR) doprowadziły do takiej sytuacji, że sowieckie służby były finansowane przez antykomunistyczną emigrację, która została przez nie zinfiltrowana oraz dzięki misternym intrygom skłócona, a także rozbita na mniej groźne frakcje. Odpowiednikami operacji,,Cezary” w Europie Środkowo — Wschodniej były operacje: a),,Trassa”,,, Kometa”,,, Zwieno” na wschodniej Ukrainie, b),,Duel”,,, Wenta”,,, Lursen — S”, w republikach nadbałtyckich, c),,C-1” przeciw pozostałościom ukraińskiego podziemia i emigracyjnym strukturom banderowskiej frakcji OUN.

Pierwszoplanową formą walki aparatu bezpieczeństwa z Kościołem były różnorakie formy zastraszeń, działania polegające na stosowaniu przemocy fizycznej oraz psychicznej, a nawet skrytobójstwo, aż po mordy sądowe. W tym zatem kontekście warto wspomnieć o tzw.,,procesie kurii krakowskiej” ze stycznia 1953 roku, w którym zapadły trzy wyroki śmierci oraz wiele innych wieloletnich wyroków więzienia. Aresztowanym duchownym przedstawiono sprokurowany przez bezpiekę zarzut szpiegostwa. Na przełomie lat 40-tych i 50-tych oraz w latach 50 — tych bezpieka w walce z Kościołem posłużyła się księżmi kolaborującymi z komunistami (próba rozbicia Kościoła od wewnątrz) poprzez Komisję Księży przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, którzy zyskali miano,,księży patriotów” lub,,księży postępowych”.

Fundamentami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zachwiały takie ważne wydarzenia z lat 1953—1954 jak: śmierć Józefa Stalina i Ławrientija Berii (sygnał do odwilży) oraz ucieczka na Zachód Józefa Światło, który za pośrednictwem audycji Radia Wolna Europa w ramach cyklu,,Za kulisami bezpieki i partii” odsłonił mechanizmy funkcjonujące na szczytach władzy w państwie komunistycznym. Z dniem 7 grudnia 1954 roku doszło do wydania przez Radę Państwa dekretu,,O naczelnych organach władzy państwowej”, który z dniem 9 grudnia 1954 roku likwidował Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i powoływał zamiast tego organu Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego (podległy Prezydium Rady Ministrów), a także Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. W owym czasie w resorcie nie brakowało sowieckich oficerów pełniących rzekomo funkcje doradcze, ale mających znaczący wpływ na funkcjonowanie aparatu bezpieczeństwa. Jak zrelacjonował po latach Józef Z.:,,(…)KGB miało wydzielony korytarz w naszym budynku przy Rakowieckiej. Najstarszy rangą pracownik był w stopniu generała. Reszta pułkownicy. Codziennie rano dyżurujący oficer radzicki był informowany poza wszelką kolejnością o tym, co się dzieje w kraju. Zwyczajem oficerów radzieckich było przychodzenie na,,herbatkę” do naczelników poszczególnych wydziałów. Rosjanie mogli wchodzić wszędzie, a w korytarz KGB wchodziło się tylko na hasło. Dojście do KGB mieli jedynie wyznaczeni wysocy polscy oficerowie.(…)” Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego funkcjonował do roku 1956.,,Kadry bezpieki oprócz funkcjonariuszy radzieckich zatrudniały wielu obcokrajowców. Dobrym przykładem są tutaj komuniści pochodzenia żydowskiego. Szacuje się, że w samym kierownictwie MBP różnych szczebli było zatrudnionych od 30 % do 37 % Żydów. Był to bardzo duży odsetek, zwłaszcza że Żydzi w Polsce powojennej stanowili zaledwie 1% ludności. Ponadto również Ukraińcy, Białorusini, a nawet Grecy znaleźli się na najwyższych stanowiskach. Odwilż ery gomułkowskiej sprawiła, iż struktury zlikwidowanego Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego zostały włączone do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie na fundamentach Urzędu Bezpieczeństwa uformowała się Służba Bezpieczeństwa. W epoce rządów ekipy Władysława Gomułki doszło do redukcji stanu kadrowego bezpieki nawet o 38 %. Rozpoczęły się także prace nad zmianą wizerunku aparatu bezpieczeństwa, tak by niewykształconych funkcjonariuszy zastąpić ludźmi kompetentnymi, chętnymi do stałego kształcenia w celu podnoszenia kwalifikacji. Brutalny terror i siła miały zostać zastąpione przez podstęp i wysublimowane techniki manipulacyjne. Pozbywano się ze stanowisk kierowniczych osób pochodzenia żydowskiego. Jednocześnie odmładzano kadry. Nowoprzyjętym pracownikom oferowanie zdobycie wyższego wykształcenia w utworzonej w 1972 roku Akademii Straw Wewnętrznych, szkołach oficerskich w Legionowie i Szczytnie. Wraz a nastaniem ery Edwarda Gierka w aparacie bezpieczeństwa postępowała wymiana kadr pamiętających jeszcze czasy powojenne, kiedy najskuteczniejszym narzędziem utrwalania władzy ludowej był słynny pistolet Tokrieva (TT). KC PZPR dążył do utrzymania absolutnej kontroli nad bezpieką.,,(…)Znamienny jest fakt, że służby specjalne PRL nie były wnikliwie kontrolowane przez partię, zgodnie z wolą KZ PZPR. Świadczą o tym liczne afery lat 60-tych i 70-tych, gdzie doskonałym przykładem jest sprawa o kryptonimie Zalew, w której głównym oskarżonym został pułkownik Ryszard Matejewski, były dyrektor kontrwywiadu, potem szef SB i do 1971 roku wiceminister spraw wewnętrznych. Pozostali oskarżeni to między innymi zastępca R. Matejewskiego — kpt. Stanisław Smolnik oraz wicedyrektor Zarządu Kontroli Ruchu Granicznego — pułkownik Henryk Żmijewski. Grupa przestępcza, którą tworzyli działała od końca lat 60-tych, do 1971 roku, kiedy została zdemaskowana. Proceder polegał na pozyskiwaniu w drodze wyłudzeń, kradzieży i morderstw, na Zachodzie (głównie w RFN dewiz, biżuterii, złota, przeznaczonych na działalność bezpieki. Faktycznie większość trafiała do kieszeni członków grupy. Podczas rewizji odebrano 40 mln złotych w dewizach i kilkadziesiąt kilogramów złota.,,Skarb” ten członkowie sitwy zakopali nad zalewem Zegrzyńskim, stąd też kryptonim akcji. (,,,)”.

W raporcie z 1984 roku, pułkownik Mieczysław Szwarz piastujący stanowisko zastępcy naczelnika wydziału niemieckiego w Departamencie I MSW nadmienił, iż:,,Plan sprawy <<Żelazo>> polegał na tym, że bracia Janoszowie otworzyli fikcyjny sklep w Hamburgu, ściągali wyroby ze złota z różnych hurtowni, nie płacąc za nie lub płacąc symboliczne zaliczki. Po zgromadzeniu odpowiedniej ilości towaru mieli go przewieźć do Polski i tu zgodnie z podpisaną umową, połowę złota mieli przekazać Skarbowi Państwa”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.35