E-book
32.76
Słuchajcie siebie

Bezpłatny fragment - Słuchajcie siebie


Objętość:
215 str.
ISBN:
978-83-8126-150-0

Wstęp

Ta książka pokazuje, że świat przed każdym z was stoi otworem. Przede mną także. Wszyscy go kształtujecie według wiedzy, jaką posiadacie oraz ciekawości, która popycha was naprzód do poznawania go. Jedni w swoim życiu kroki stawiają świadomie, inni nie. Nie zmienia to faktu, że także go tworzą. Robią to swoją myślą, wykonaną czynnością lub jej brakiem, bo to także jest kształtowanie własnej rzeczywistości.

Napisałem ją, aby ci co po nią sięgną, utwierdzili się w tym, bo na pewno wiedzą, że można podnosić się, przechodząc próby i testy w dniach swego życia.

Książka jest zbiorem moich przeżyć, w których brałem udział na własne życzenie. Sam przez cały czas wybierałem drogi, dokładnie je selekcjonując. Jeśli nagle pojawiało się przede mną utrudnienie, to ja decydowałem, w jaki sposób mam sobie z nim poradzić.

Wiem, że po każdym przejściu jestem pełniejszy. Doświadczałem ich, jakbym zbierał z różnych miejsc rozsypane kawałki siebie.

To, co przeczytacie na kolejnych stronach, jest kolejnym — bo przecież nie pierwszym i nie ostatnim przykładem, a zarazem dowodem na to — że należy walczyć o siebie i o swoje marzenia. Jest świadectwem niezłomnej wiary w siebie, chęci do życia, a zarazem do jego tworzenia.

Jest potwierdzeniem, że nie warto rezygnować z własnych wizji w życiu, odwiedzając w nim wyznaczone przez siebie miejsca, zawierając znajomości lub rezygnować z niektórych zwłaszcza z tych, które nie służą. Cały czas słuchając przy tym swojego wewnętrznego głosu.

Od września 1999 roku pracuję w branży ubezpieczeń na życie. W niej zetknąłem się z określeniem mojej osoby: skoczek-komandos.

Jeden z kolejnych dyrektorów naszego oddziału nazwał mnie tak, przyglądając się mojej historii zawodowej.

„Komandos” dlatego, że wylądowałem w Warszawie, przeprowadzając się z Bydgoszczy. Pracowałem na terenie miasta, z którego nie pochodzę. Poruszałem się po nieznanym mi świecie. Zacząłem dzwonić do obcych sobie ludzi, sukcesywnie poznawałem ich i budowałem z nimi relacje. W branży ubezpieczeń na życie, założenie jest proste: „Rozmawiaj o ubezpieczeniach z tymi, których znasz. Później, w miarę możliwości, proś o polecenia, abyś mógł spotkać się z ich znajomymi”.

Moje działania były odmienne od wszystkich znanych mi osób z branży. W Warszawie znałem cztery osoby, do których mogłem udać się, aby rozmawiać o ewentualnym ich ubezpieczeniu. Dlatego chciałem i musiałem włożyć zdecydowanie więcej czasu i wysiłku w poznawanie nowych ludzi.

Podstawowym elementem wchodzącym w skład mojego warsztatu, była bardzo wysoka jakość mojej pracy. Klienci po miesiącu lub kwartale lawinowo nie rezygnowali z podpisanych ze mną umów.

Kolejna sprawa to duża sprzedaż. Nie mam na myśli super miesiąca, kwartału czy świetnego jednego roku. Podpisywałem umowy z klientami ciągle — na nieprzerwanie wysokim poziomie. Przez ponad dziesięć lat — rok po roku.

Jeden z dyrektorów regionalnych stworzył swoje kryterium, według którego przyjmował ludzi do pracy. Było nim m.in. kilkuletnie zamieszkanie w Warszawie. Przyszłym kandydatom miało to ułatwić łatwiejsze poruszanie się po tym specyficznym rynku. Powiedział, że gdybym składał do niego CV, odrzuciłby je. Ach, te umysłowe analizy i biznesowo-korporacyjne założenia.

W tej książce przytoczę, przez co przeszedłem w jedynym miejscu w Polsce, o bardzo swoistej energii. Warszawa jest zlepkiem kultur i zachowań ludzi, którzy każdego dnia i każdej nocy tworzą to miasto. Na małej powierzchni mamy skumulowane przywiezione ze sobą sposoby na radzenie sobie z życiem. Z łatwością spotyka się odmienne widzenie otaczającej nas rzeczywistości, którą codziennie sami kreujemy. Budują ją wszyscy jej mieszkańcy, ludzie osiedlający się z całej Polski oraz wielu krajów świata.

Na moją wyboistą drogę zawodową, nałożyły się przejścia i nagłe tąpnięcia w życiu osobistym. Na fundamentach starego siebie, budowałem swoje nowe JA. Te wydarzenia nie zabiły mnie, a jedynie wzmocniły.

Przede mną z hukiem otwierały się drzwi do nowych miejsc, a powstałe sytuacje raz delikatnie zapraszały mnie do wzięcia udziału w kolejnych odsłonach mego życia, a innym razem same mnie wpychały, abym w nowo powstałych warunkach zaczął się realizować.

Mogłoby też tak się zdarzyć, że gdybym wiedział, co mnie w nich czeka, sam z własnej woli tam bym nie wszedł. Na tym właśnie polega tajemnica naszego życia — że co jakiś czas odkrywa przed nami coś nowego, detal po detalu. Sączy dla nas informacje.

Przez to, że jest w nim ciągły ruch, odsłania przede mną mnóstwo świetnych okazji, przydatnych dla mojego rozwoju. A przy okazji poznaję wspaniałych ludzi. Teraz świadomie korzystam z bogactw, jakie mi oferuje. Czerpię tyle, ile sił mi wystarcza.

Dwie potężne, wzburzone fale oceaniczne będące życiem osobistym i życiem zawodowym, zjawiły się przede mną, zalewając mnie z dwóch stron wielką wodą. Z czasem w lodowatych i wzburzonych jej prądach nauczyłem się dobrze pływać, a jej niska temperatura zahartowała mnie. Poznałem jej podpowierzchniowe prądy. Wiedziałem, kiedy i jaki przybiorą kierunek. Wskakiwałem na stworzone grzbiety fal pewnie i z lekkością unosiłem się na nich.

Opisuję moją podróż z samym sobą. Budowanie relacji z najbliższą mi osobą, z którą spędzam najwięcej czasu. Jestem z nią przez wszystkie mijające doby, składające się na pełne lata mego życia. Cały czas przypatruję się jej i wsłuchuję się w bicie jej serca. To przez te obserwacje odnajdywałem drogę do swego wnętrza, tak aby każdego dnia i każdej nocy, żyć w zgodzie i pełnej akceptacji siebie. Przebywam z najlepszym moim przyjacielem, którego szanuję, cenię i kocham. Uśmiecham się do niego, do nikogo innego, jak do Irka Gralika, słuchając siebie.

Z całego serca bardzo dziękuję, kto sięgnie po tę książkę. Na pewno lepiej będę się czuł, jeśli po jej przeczytaniu lub w trakcie lektury stwierdzicie, że warto wokół swego życia pochodzić i zadbać o nie — czyli o siebie. Lżej się żyje, gdy po ulicach chodzą uśmiechnięci ludzie!

Czytając książkę lub nie, sami potwierdzicie, że tylko siebie słuchacie. To jest bardzo ważne. Może ktoś z waszych znajomych czy bliskich wspomnieć wam o niej podsuwając ją pod nos — ale także będą i tacy, którzy zdecydowanie będą ją odradzać, mówiąc, że to szmira. W ostateczności wy sami rozstrzygniecie czy zapoznacie się z jej treścią, czy ją odrzucicie. Najważniejsze, aby było to zgodne z wami. I o to was z głębi serca proszę. A także i z góry dziękuję. Słuchajcie siebie!

Ostatecznie to wy jesteście decydentem dla siebie. Nikt więcej. Jeśli jednak pozwalacie innym za siebie dokonywać wyborów, to i tak wcześniej wy sami musieliście wyrazić na to zgodę.

Na tych stronach opisuję to, co przeżyłem od 1998 roku do dnia dzisiejszego.

Zapraszam was w podróż.


Ireneusz Gralik

Wymienione w książce osoby są prawdziwe. U niektórych z nich zmieniłem imiona, ponieważ nie mam z nimi kontaktu, a inne nie odpowiedziały mi, gdy zwróciłem się do nich z prośbą o udzielenie zgody na użycie ich prawdziwych imion i nazwisk. Jeśli otrzymałem pozwolenie, użyłem autentycznych.

Pomocne dzieciństwo, kim jest Renek?

Nigdy nie bawiłem się pod blokiem. Mama prosiła mnie o to, ale jej prośby nie przynosiły rezultatu. Za każdym razem była na mnie zła, gdy musiała wołać mnie z okna, bo nie widziała mnie przy nim. Z kolegami bawiliśmy się na tyłach naszego osiedla przy jednostce wojskowej, na tzw. „Torholu”, czyli boisku, na którym graliśmy mecze piłki nożnej lub wymyślaliśmy mnóstwo innych atrakcji. Często także przechodziliśmy przez płot oddzielający nasze osiedle od jednostek wojskowych i ćwiczyliśmy na drabinkach i drążkach. Po obejrzeniu „Wejścia Smoka”, kilkoro z nas się rozciągało. Mistrz Bruce Lee królował.

Dobrze, że już dawno temu wymyślono systemy powiadomień. Kiedyś komunikowano się za pomocą dymu lub światła, ale w moim wypadku koleżanki i koledzy opracowali system głosowy, krzycząc jeden drugiemu:

— Podaj dalej, bo mama Renka woła do domu.

Szczególna przesyłka trafiała do mnie, a ja niechętnie przerywałem zabawę i biegiem zbliżałem się do naszego bloku, aby słyszeć dudniące, przeciągłe „Reeeneeek!” Dlaczego Renek, a nie Irek?

Każdy z najbliższej rodziny zwraca się tak do mnie. Babcia, ciocie, wujkowie, kuzynostwo, wszyscy z podstawówki oraz z osiedla Ikara w Bydgoszczy, na którym mieszkałem od 6 do 20 roku życia. Miałem mieć na imię Remigiusz, ale po moim urodzeniu odbyły się tak huczne imprezy „pojawieniowo-synowo-błogosławienne”, że mojemu tacie imiona w urzędzie się pomyliły. Wiedział, że miało być coś z końcówką na „…usz”. No i udało się — zamiast Remigiusza, stałem się Ireneuszem. Nastąpiła szybka transformacja.

Dlatego też Renek bywał wszędzie, ale nie przed blokiem. Tu nic się nie działo, jak w znanym polskim filmie. Bywałem we wszystkich zakamarkach naszego osiedla. Ciekawość świata brała górę nad rozsądkiem i słuchaniem mamy. Odwiedzałem pobliskie, a także i dalsze osiedla. Przekraczałem zakazywane przez moją rodzicielkę ulice, zwłaszcza te z dużym natężeniem ruchu. Z chłopakami lubiliśmy zapuszczać się na tereny opuszczonych bunkrów w pobliskich lasach. Kiedyś ten teren był otwarty, każdy mógł tam wejść. Teraz wszystko jest zagrodzone. Najbardziej lubiłem wchodzić na dach najwyższego z nich. Stając tam, znajdowałem się powyżej czubków drzew iglastych tworzących podmiejski las. W oczach chłopca to było nie byle jakie wydarzenie. Długo potrafiłem tam przebywać. W ciszy i spokoju przyglądałem się wszystkiemu dookoła.

Biłem się prawie z każdym, zwłaszcza jeśli ktoś chciał mnie sobie podporządkować. Najczęściej z chłopakami z mojej podstawówki nr 12 przy ulicy Kcyńskiej. Oni nie byli z naszego osiedla, ale między innymi mieszkali na ulicy Strzeleckiej i Pięknej. Zawsze chodzili w grupach. Teraz mogę powiedzieć, że byli zaniedbani i odtrąceni przez swoich rodziców. Zasady ulicy kształtowały ich od małego. Nie zazdroszczę im, nie mieli łatwego dzieciństwa. W ich życiu agresja była codziennością.

Z racji mojego wzrostu, bo w ósmej klasie szkoły podstawowej miałem już 178 cm, byłem często wyzywany na pojedynki. Nie rozumiałem tego. Ja nikogo nie zaczepiałem. Do głowy mi nie przychodziło, by fikać do silniejszych i wyższych, ale rozumiem, że tym chłopakom byłem potrzebny do potwierdzenia faktu, że byli bardzo dzielni. Dlatego pomagałem im w budowaniu własnej wartości, choć dla niektórych źle to się kończyło. Dla mnie raczej rzadko.

Już od małego chłopca zauważałem, że niektórzy moi koledzy przy zabawach na osiedlu mówili, że czegoś, nie da się zrobić. Odkładali to na później lub w ogóle nie powracali do zaplanowanych spraw. Zatrzymywali się na nich i nic dalej z nimi nie robili. To były ich pierwsze życiowe wyhamowania i wycofania się. Zostawali w miejscach, jakie sobie wyznaczyli. Wówczas nie analizowałem podejmowanych przez nich decyzji, ale teraz wiem, że nieruchomieli, stając twarzą w twarz ze swoimi negatywnymi wyobrażeniami i wewnętrznymi obawami, jakie wytworzyli w swoich głowach. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że już od młodzieńczych lat każdy z nas rozpoczynał ustawianie swych granic, a one były zgodne z tym, w co każdy z nas wierzył. Z upływającym czasem przybywało ich, były budowane w wielu miejscach. Ci, którzy zatrzymywali się wcześniej niż inni, nie mieli okazji skosztować tego, co kryło się za postawionym przez siebie wysokim murem. Bali się go przeskoczyć.

Nieprzekraczanie granicy strachu było u każdego z nich pieczołowicie pielęgnowane i chronione. Niektórzy koledzy konsekwentnie przez lata je konserwowali. Są mistrzami w pilnowaniu siebie. Chodzą po wydeptanej i utwardzonej ścieżce jak po sznurku. W jednym kierunku od dwudziestu lub więcej lat. Nie zdają sobie sprawy, że są rekordzistami w wytrwałości. Z kolei inni poszli o wiele dalej i często odwiedzają zakłady karne. Każdy idzie i zatrzymuje się w miejscach jakie uznaje za stosowne, bo takich chce doświadczać lub nie dopuszcza do siebie informacji, że są inne sposoby na życie.

Wiele razy od kolegów lub najbliższej rodziny słyszałem:

• Nie rób tego;

• Nie opłaca się;

• Nie jedź tam;

• Nie dzwoń do nich;

• Nie rozmawiaj z nimi;

• Pozostań na miejscu itd.

Jeśli stosujecie w swoim życiu tych kilka wyżej wymienionych zwrotów lub innych, które rozpoczynają się od „nie”, to po niedługim czasie będziecie poruszali się po bardzo ograniczonym terenie. Sami w nim się umiejscawiacie. W głowach będziecie mieli zakodowane:

• Nie przekraczaj;

• Nie wychodź poza teren, jaki znasz;

• Nie myśl o czymś nowym itd.

Każdy poprzez własne działanie i podejmowane decyzje kształtuje swoje życie. Osobiście uważam, że ci, którzy nazbyt często wypowiadają słowo „nie” lub przeważa u nich myślenie w tych kategoriach, w dłuższej perspektywie czasu hamują swój rozwój, zarazem blokując potencjał, jaki w nich drzemie. Oczywiście mają do tego prawo. Nikt nie może zmusić lub zabronić im używania słów „tak”, „nie” lub namówić ich do podejmowania lub niepodejmowania jakichkolwiek decyzji. Wszyscy mamy prawo do wolnego wyboru. Częste wyhamowania są ucieczkami przed własnym życiem i próbami wymigania się od brania odpowiedzialności za nie. Większość ludzi stosuje w życiu uniki i dokłada wielu starań, aby nie stawiać w nim kroków, mówiąc, że w tym zatrzymuje ich wrodzona ostrożność. Oczywiście, że u każdego jest ona potrzebna, ale nadgorliwie pielęgnowana przytwierdza ich do miejsc, z których nie mogą zbyt szybko się wydostać. Przesadzona potwierdza o posiadaniu wielu wewnętrznych obaw.

W dzieciństwie mniej się kontrolowaliście i blokowaliście. Niekiedy z łezką w oku przypominacie sobie, o tym wesołym i psotnym urwisie jakim dawno temu byliście. Obecnie mówicie, że nie posiadacie w sobie radości. A kto kazał wam wyzbyć się jej lub totalnie stłamsić na samym dnie własnej osobowości? Czy nie chcielibyście przywrócić w sobie choć odrobiny dawnej energii słodkiego dziecka, jakim byliście? Jak sądzicie, czy po podjęciu tej decyzji będziecie czuli się lepiej, czy gorzej? Rozsiewaliście aurę szczęścia i rozdawaliście innym uśmiechy. Możecie to przywrócić, ale tylko gdy zezwolicie sobie na ten ruch.

Jeśli w skupieniu myślicie o czymś i w efekcie tego procesu słone kropelki spływają po waszych policzkach, oznacza to, że brakuje wam właśnie tego, dokąd myślami pobiegliście. Możecie po to sięgnąć, nie bójcie i nie wstydźcie. Istnieje jednak i inna opcja. Wasze ponowne wycofanie się i wybranie znanej wam dobrze (od lat) drogi. Na niej dusicie w zarodku sygnały tego, co was wzywa i za czym, przyznajcie szczerze, w głębi serca bardzo tęsknicie. Poprzez łzy wzruszeń podejmują one próby dotarcia do zamkniętej części waszego wnętrza. Przypominają wam o istnieniu niechcianej i omijanej do tej pory, ale na szczęście niemożliwej do zabicia integralnej części was samych. Nie jeden raz chcieliście pozbyć się niewygodnych i nieprzetrawionych emocji. Prawda, przyzwyczailiście się do życia bez nich, wyrzucając je daleko poza siebie. Jednak zdajecie sobie sprawę, że nie oddychacie pełną piersią. W samotności myślicie i wśród znajomych głośno deklarujecie, że to, co was boli, nie jest wam do szczęścia potrzebne. Tyle tylko, że to co boli, oznacza, że jest nieprzerobione. Nie poznając tego, tym samym stajecie się emocjonalnymi inwalidami. Przez lata kulejecie. Dla pocieszenia mówicie sobie, że wszystko jest w porządku, bo tak wam pasuje. Odsuwane od siebie nieprzerobione tematy nie kopią was i nie gryzą. Sami sobie sprawiacie ból.

Przykład? Proszę. Odrzucana wcześniej i usilnie blokowana miłość po latach ponownie puka, a wręcz dobija się do waszych drzwi. Robi to z coraz większą determinacją i siłą, ale jeszcze świadomie kontrolujecie ją i nie dopuszczacie jej do głosu. Zrozumcie wreszcie, że miłość jest integralną częścią was i waszego istnienia. Dlaczego siebie odrzucacie? Nie doświadczając jej, nie poznacie nowych przestrzeni życiowych. Tam jeszcze nie byliście. Dziś świetnie radzicie sobie bez energii miłości, dlatego, że płaszczyzna życia, po której od dłuższego czasu się poruszacie, nie wymaga i nie oczekuje tego od was. Jeśli otworzycie się na miłość, przyjdzie do was nowy wspaniały czas. Do tej pory nie wiedzieliście, że taki istnieje i że w taki sposób także można żyć. Spojrzycie na życie głębiej, z szerszej perspektywy. Będziecie odkrywać to, czego do tej pory nie byliście w stanie zauważyć, ponieważ nie pozwalaliście sobie na to.

Zezwólcie sobie na zaakceptowanie i zaprzyjaźnienie się z tłamszoną i uciszaną częścią siebie, jakakolwiek by ona była. Każdy dobrze wie, co u niego jest zaniedbane. Doradcy są zbędni.

Miłość jest najczęściej zasypywaną emocją w naszym życiu. Ale na bok odsuwane są jeszcze i inne komponenty naszego istnienia. Wymienię kilka z nich: dobroć, tolerancja, wybaczanie, akceptacja, zrozumienie itd.

Dlaczego odrzucacie te bardzo ważne składniki siebie? Dla jakiej idei lub dla kogo tak się męczycie? Dla sąsiadów tak żyjecie, czy może dla członków waszej rodziny? Jeśli dla tych drugich, to czy w końcu kiedyś będą z was zadowoleni? Pytaliście ich, co musicie zrobić, aby rzeczywiście tak było? Jeszcze nie? Może już przyszedł czas na to? Sami podejmijcie decyzje.

Dla podtrzymania u was strachu, budują sztuczne systemy kontroli, a przez to utrzymują pozory panowania nad wami. Moglibyście to wszystko zauważyć, gdybyście mieli wyżej podniesioną głowę, ale wy wybieracie ciągłe wpatrywanie się w poplątane sznurówki w waszych butach. To nic twórczego nie wnosi do waszego życia. Kiedy podejmiecie decyzję o podniesieniu głowy? Kiedy zaczniecie żyć własnym życiem? Czy przyjdzie taki czas, że przestaniecie spełniać cudze zachcianki?


Zawsze szedłem swoim kursem, słuchając siebie. Wiele razy miałem trudniej od tych, którzy nie wychylali się z odgórnie narzuconych im ram. Co chwila przypominano im o tym, że mogli poruszać się tylko do granic, jakie im wskazano. Ja z kolei wychodziłem poza te ograniczenia. Nie widziałem podstaw, aby nie iść dalej. Moje myślenie i zachowanie było zbyt rozległe i nie wpasowywało się w ograniczone pojęcia skryte w słowie „grzeczny”. Chciano, abym na poszczególnych etapach swego życia stale chodził z tym powrozem u szyi, ale na szczęście nie dawałem się zbyt często łapać w te zastawiane na mnie sidła. Nie wpakowano mnie w sztuczny i sztywny plastikowy pokrowiec. Zatem nie byłem grzecznym:

• Dzieckiem;

• Uczniem;

• Chłopakiem;

• Kolegą;

• Mężczyzną;

• Synem itd.

Nie było moim celem burzenie świata tym, którzy myśleli, że posiadają zmonopolizowaną wiedzę na sposoby przeżywania i doświadczania życia, sądząc, że są jedyne i na pewno odpowiadają każdemu na świecie. Od małego chłopca, po prostu słuchałem siebie. Kontrolerzy obezwładniali kogo tylko mogli, słynnym pytaniem-paralizatorem: „Czy byłeś grzeczny?”. Zadając je, wprowadzali do życia dzieci coś obcego, z czym do tej pory jeszcze się nie zetknęły. Dorośli nie rozmawiali ze swoimi pociechami i nie próbowali ich zrozumieć. Nie pytali, dlaczego myślą i zachowują się inaczej niż oni. Paralizatory wychodziły z ich ust w momentach, gdy nie mieli za dużo swemu potomstwu do powiedzenia. Zabijały u wesoło podskakujących szkrabów ich otwarte i twórcze myślenie. Duzi poważni, zapomnieli, że będąc w tym samym wieku co one, dokładnie tak samo podskakiwali i uśmiechali się do wszystkiego i wszystkich.

Ja nigdy nie mogłem potwierdzić im, że na pewno byłem grzeczny. Nie wiedziałem, jakimi prawami rządzi się to słowo klucz w życiu wiedzących. Uchwyciłem jedynie to, że na każdym kroku musiałem ich się słuchać. Nic więcej. To było nudne i nie rozwijało mnie. Widziałem, gdy sami jedno mówili, a inaczej postępowali. Jak mogłem być posłuszny takim osobom? Nie chciałem im dać pełnej władzy nade mną. Gdy zaczynałem ich pytać: „Dlaczego miałbym być grzeczny i co mi to daje?”, gubili się, udzielając mi zdawkowych odpowiedzi. Czasem z ich ust padały proste i niezbyt rozbudowane: „bo ja ci każę” lub „bo tak”. Potwierdzali, że dobrze robiłem, gdy przez większość czasu słuchałem siebie.

Słowo „grzeczny” odbierałem po swojemu. Było dla mnie jak brudna i skażona woda w jeziorze. Tępiło pomysłowość, lekkość umysłów i serc uśmiechniętych bąbli. Obezwładniało i hamowało je, przy podejmowaniu pierwszych dziecięcych życiowych decyzji. Kojarzyło mi się z nauczaniem nabierania przez nich powietrza do młodych płuc, ale tylko do 1/3 ich pojemności. A to nie wystarczało biegającym i ćwierkającym maluchom na swobodne oddychanie. One w swej aktywności potrzebowały więcej tlenu, a nie dostarczały wystarczającej ilości dla swego organizmu. Nie zostały poinformowane i nie zdawały sobie sprawy z tego, że miały dostęp do większych dawek świeżego powietrza. Nawet do głowy im nie przychodziło, że istniała szersza przestrzeń i swobodnie mogły się po niej poruszać. Była tuż obok, poza wydawanymi i narzucanymi instrukcjami. Nie zadawały zbędnych pytań, bo powiedziano im, że nie wypada. Przecież musiały być grzeczne, dlatego też były posłuszne dorosłym. Te z nich, które w pełni słuchały swych opiekunów, nie mogły radośnie bawić się w to, co zechciały. Nie zaglądały w zakamarki, jakie przyciągały ich uwagę, nie wchodziły na drzewa i trzepaki na podwórku. Nie biegały za motylami, nie uśmiechały się do każdego, nie głaskały kotków i piesków, nie malowały kredkami po ścianach w swoim pokoju oraz kredą na sąsiednich blokach itd. Każde z nich miało narzucone odmienne obostrzenia i zakazy, ponieważ kto inny się nimi opiekował. Dorośli na swoim poziomie i przez siebie filtrowali to, w co dzieci mogły się bawić, a w co absolutnie nie. Jeśli przez swą niewiedzę przekraczały zakazane granice (wytyczone rzecz jasna przez dorosłych), to sankcje ich nie omijały lub musiały odbywać „bardzo poważne rozmowy”. Maluchy przez lata gasły w oczach, w całości ufając opiekunom. Myślały: „Starsi są mądrzejsi i na pewno wiedzą, co dla nas robią. Jak nie wolno to nie wolno”. Dla potwierdzenia obranej i jedynej słusznej drogi w rozwoju dzieci, co chwila z ust opiekunów padały słowa: „Wszystko co robię, robię tylko z myślą o was, dla waszego dobra i bezpieczeństwa”.

Wzięcie pełnego oddechu w swoim jeszcze młodziutkim życiu, byłoby zgodne z ich naturalnym procesem wzrastania. Dotlenione szkraby w pełni by odżyły, zupełnie jak po zażyciu dawki witamin lub długim, spokojnym i regenerującym śnie. Jednak rodzice w często zadawanym im i elektryzującym pytaniu: „Czy nadal jesteście grzeczni?”, podduszali ich. Przez tego wykreowanego i „wydumanego” kontrolera, uczniowie nie mogli nabrać rozpędu do życia. Dzięki systematycznym i długoterminowym pobieraniu nauk od starszych, narzucone ograniczenia trwale odcisnęły piętno w każdej komórce ich organizmu i sposobach myślenia na przyszłość. Wchodząc w swe dorosłe życie, wykonywały coraz mniej ruchów, a jeśli jakieś pojawiały się z ich inicjatywy, to tyko w zawężonych zakresach. Dziś będąc „władcami” swego dorosłego życia, bliżej im do ospałych much ogrzewających się w południowych promieniach słonecznych niż do szybko myślących i świadomych siebie osób, zdolnych podejmować suwerenne życiowe decyzje, równocześnie biorąc za nie, odpowiedzialność. Nie chodzą z wyprostowanymi plecami, nie patrzą ludziom w oczy, nie są świadomi wartości, jakie głęboko w sobie noszą. A szkoda. Od czasów dzieciństwa nie mieli możliwości sięgania po nie, rozwijania ich w sobie, a wydobycie ich na zewnątrz było źle widziane i przeważnie surowo karane przez opiekunów. Nie pozwolono im odkrywać, jakimi są skarbami. Zawsze słuchali rodziców, a ci w większości przypadków blokowali ich „nietypowe i bzdurne zachowania”. Nie są nauczeni rozwiązywania swych obecnych problemów życiowych, a stają przed nimi każdego dnia. Dorośli w swej nadopiekuńczości nigdy nie wspominali, że w życiu w ogóle takie istnieją. Przecież głównym celem miała być ochrona słabego i bezbronnego potomstwa, zwłaszcza przed czającym się zewsząd „złem”! Stali się ludźmi mniej doświadczonymi życiowo, którzy nawet nie wiedzą, że wszystkie utrudnienia można szybciej lub wolniej, ale z pewnością pokonać. Nie potrafią radzić sobie z przeciwnościami, gdy te pojawiają się na ich drodze. Wówczas zaczynają panicznie reagować, jakby w kilka minut mieli samotnie utonąć na środku wzburzonego Atlantyku. Wysyłają rodzicielom sygnały SOS, a ci dość szybko udzielają im wszelkiego wsparcia, opisując i przybliżając czyhające na nich „śmiertelne zagrożenia”. Młodzi po chwili się uspokajają. Dopiero po częstych i licznych interwencjach, trwających na przestrzeni długo ciągnących się miesięcy, dwie umęczone strony zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że rozwiązania i wyjaśnienia trudnych tematów u dorosłych już dzieci, przychodzą do nich z co najmniej kilkunastoletnim opóźnieniem. Obecnie dorosłe już potomstwo, spokojnie zadałoby pytania rodzicom, chcąc dowiedzieć się o sposobach rozwiązań problemów, jakie pojawiają się w ich jeszcze młodym życiu. Po wysłuchaniu i otrzymaniu wyjaśnień, przeszliby nad wszystkim do porządku dziennego, wracając do pozostawionych w piaskownicy zabawek. Teraz są pełnoletnimi członkami społeczeństwa, którzy przez długie lata byli ochraniani przez nadopiekuńczych rodziców. Do tej pory nie mieli okazji zetknąć się z wieloma chwilowymi przeszkodami, a przez to, nie posiadają wiedzy, jak sobie z nimi radzić. Dodatkowo nie ułatwia sprawy ich bujna wyobraźnia, która komplikuje rzeczywistość. W zetknięciu z niepoznanymi aspektami życia, automatycznie kwalifikują je jako bezpośrednie ataki na istnienie „życiowych żółtodziobów”. Wielu z nich na spotkaniach towarzyskich opowiada znajomym krwawe historie, w jakich brali udział, z których ledwo co uszli z życiem. Oni dawno ukończyli 30 lat, a nadal nie wiedzą, co oznaczają obco i dziwnie brzmiące słowa: „wyprowadzić się z domu”.

Nie mogłem pozwolić na to, abym dusił się dla wygodnictwa i na życzenie dorosłych tylko dlatego, że byłem młodszy i mogli mi wszystko kazać. Oni oddychali pełną piersią, a dlaczego ja jako dziecko nie mogłem? Analizowałem ich zachowania i widziałem, że w swych przybranych pozach sami krzyczą do świata, prosząc o natychmiastowe wsparcie. Wiele lat temu także byli kontrolowani przez własnych rodziców. Dobrze się miały powtarzane z pokolenia na pokolenie, sprawdzone schematy. Będąc dziećmi nie akceptowali krat i obostrzeń. Stając się dorosłymi, wchodzili w role rodziców, nadzorując w ten sam sposób swe dzieci. Wymagali od nich tego, co jeszcze niedawno sami odrzucali.

Ja niczego innego nie chciałem, jak zwyczajnie poznawać świat. Byłem go ciekaw, interesował mnie taki, jaki mnie otaczał. Właśnie dlatego wychodziłem dalej niż pozostali rówieśnicy. To było silniejsze od otrzymywanych „szlabanów”. Na przykład, gdy przez tydzień nie mogłem wychodzić na podwórko, bo według dorosłej nomenklatury popełniłem „jakiś tam straszny czyn”, to zaraz po tym okresie szybko wracałem do tego, co robiłem przed karą.

Jeśli coś bardzo mnie zainteresowało, to zadawałem dużo pytań. A to nie było lubiane przez większość otaczających mnie niecierpliwych, starszych ode mnie osób. Nic nie mogłem poradzić na to, że byłem do bólu dociekliwy. Oni mieli ze mną kłopot, a ja z nimi. Na zadawane pytania nie otrzymywałem odpowiedzi, a dla mnie, jako malca, a później podrostka było to nader irytujące. Lubiliście być zbywani?

Nieważne w jakim byłem wieku. Chciałem, aby ktoś mnie usłyszał i udzielił odpowiedzi. W pewnym momencie u dorosłych włącza się zasada: „Im mniejsza liczba przeżytych wiosen u kajtka zadającego pytania, tym mniej mu się odpowiada a więcej ignoruje”. Nie do podważenia jest fakt, że wcześniej regularnie pomijane dziecko, kiedyś samo staje się dorosłym. On wszystko dokładnie pamięta. Jeśli w swym dorosłym życiu nie ma siły i determinacji, aby walczyć o siebie, to tylko dlatego, że w młodych latach zaszczepiono w nim trwożliwe wycofywanie się przed życiem. Nadal boi się pytać i odzywać do innych.

„Dojrzali” ciągle w czymś mi utrudniali i coś blokowali. Nie przejmowałem się przyklejoną łatką niegrzecznego dziecka. Na ile mogłem, żyłem zgodnie z tym, jak podpowiadało mi moje serce, nikt inny. Nie brałem przykładów z zatrzymujących się rówieśników. Oni zastygali w miejscach, które poczuli, że są dla nich odpowiednie. Wybierali to, co im wewnętrznie pasowało. To był ich wybór nie mój. To było ich życie nie moje. To było ich miejsce nie moje. Ciesząc się życiem dziecka, podskakiwałem i zmierzałem cały czas przed siebie. Nie wiedziałem, że w tym moim zwykłym stawianiu kroków przekraczałem progi i granice na których inni się zatrzymywali. Widząc przed sobą czekające na mnie rarytasy, w ogóle nie brałem pod uwagę stopowania swego marszu. Coś popychało mnie dalej. Nie wiedziałem, że jest coś takiego jak jakaś blokada, mur czy inne paskudztwo. Moje przestrzenie życiowe nie posiadały żadnych ograniczeń. Dopiero po czasie, przyglądając się kolegom i przysłuchując się ich rozmowom, dowiedziałem się, że oni je mają. Wówczas nie wiedziałem, w jaki sposób wyrastały im tuż przed nosem, niczym mentalny mur. Teraz po latach wiem, że te przeszkody i ściany sami sobie budowali w umysłach. Wszystko co w swoich myślach wytwarzali, było realne w ich świecie. Ja nie miałem takich wyobrażeń i pomysłów. Mój umysł był otwarty; nawet nie wiedziałem, jak się go blokuje. W ogóle nad tym się nie zastanawiałem. Wiedziałem natomiast, że chciałem iść dalej i to było dla mnie najważniejsze. Przede mną wszystko było czyste i przejrzyste. Aż po horyzont.

Jedyne co nas łączyło, to wspólne zaskoczenie. Łapałem ich wzrok, w którym czaiło się pytanie: „Jak ty możesz iść dalej?”. Widzieli, że stawiałem stopy w miejsca, które oni uznali za nieistniejące. Nie mogli dotrzeć do tych miejsc, ponieważ powiedzieli sobie, że ich nie ma. Zdziwieni byli, że nie zginąłem lub nie stała mi się jakaś inna krzywda. Mówili, że tam jest koniec świata, ale zapomnieli dodać, że ich koniec świata, a nie mój. Dlatego zatrzymywali się nad przepaścią, jaką sami sobie wytworzyli, której ja w swoim życiu nie widziałem i nie znalazłem. U mnie teren był płaski i bez uskoków.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.