E-book
15.75
drukowana A5
Kolorowa
57.24
Słoik pełen uczuć

Bezpłatny fragment - Słoik pełen uczuć


Objętość:
100 str.
ISBN:
978-83-8467-138-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
Kolorowa
za 57.24

Prolog: Zanim zacznie się opowieść

„Kim naprawdę jestem?”


Łucja nigdy nie wypowiedziała tego pytania na głos. Być może nie potrafiła jeszcze ubrać go w słowa. A jednak czasami, tuż przed zaśnięciem, budziło się w niej ciche przeczucie — delikatne jak muśnięcie wiatru i ulotne jak blask księżyca przesuwający się po ścianie. Dziewczynka otwierała wtedy oczy, siadała na łóżku i spoglądała przez okno. Gałęzie starej brzozy kołysały się spokojnie, a gwiazdy migotały tak, jakby skrywały jakąś niezwykłą tajemnicę.

Łucja nie umiała jeszcze nazwać tego, co budziło się w jej sercu. Coś jednak podpowiadało jej, że świat kryje w sobie znacznie więcej, niż można dostrzec na pierwszy rzut oka — i że pewnego dnia odkryje nie tylko jego tajemnice, lecz także prawdę o samej sobie.

Wieś, w której szeptały brzozy

Gdy Łucja miała siedem lat, przeprowadziła się z tatą, starszą siostrą Asią i małym braciszkiem Krzysiem na wieś. Mama nie mogła wtedy zamieszkać razem z nimi. Chorowała i potrzebowała szczególnej opieki. Łucja nie rozumiała jeszcze wszystkich spraw dorosłych. Wiedziała tylko, że bardzo za mamą tęskni.

Tata dużo pracował, dlatego to właśnie babcia zajmowała w życiu Łucji szczególne miejsce. Przy niej dziewczynka czuła się zauważona, kochana i bezpieczna. Dla innych dzieci przeprowadzka na wieś byłaby po prostu zmianą domu, podwórka, sąsiadów i drogi do szkoły.

Dla Łucji oznaczała jednak coś znacznie głębszego. Miała wrażenie, że ktoś uchylił przed nią drzwi do świata, który od dawna do niej szeptał — tylko wcześniej nie potrafiła zrozumieć jego szeptu.

Zapach wsi był zupełnie inny niż miejskie powietrze. Poranki pachniały chłodną rosą, żyzną ziemią i świeżym mlekiem. Przez całe lato wiatr niósł ze sobą słodką nutę schnącego siana i nagrzanych słońcem zbóż. Jesienią wokół tańczyła woń opadłych liści, dymu z kominów i dojrzałych jabłek. Zimą zaś świat spowijały lodowaty mróz, zapach sosnowego drewna i wielka, baśniowa cisza.

Dziewczynka uważała, że świat dorosłych jest na co dzień zbyt głośny — pełen pośpiechu, rozmów, obowiązków, zakupów, rachunków i ciężkich westchnień. Jej własny świat był zupełnie inny: wolniejszy, cichszy i przepełniony uważnością.

Łucja zatrzymywała się przy rzeczach, które dla innych pozostawały niewidoczne — zachwycała ją pojedyncza kropla rosy na źdźble trawy, zagubione ptasie piórko czy mały chrząszcz szukający swojej ścieżki.

— Łucja, chodźże! — wołała często Asia, jej starsza siostra.

— Co tak wypatrujesz?

— Niczego konkretnego — odpowiadała dziewczynka.

— A na co patrzysz?

Łucja rozejrzała się wokół i odpowiedziała z całą powagą:

— Na wszystko.

Asia uśmiechała się wtedy i kręciła głową.

— Naprawdę jesteś dziwna.

Mówiła to jednak bez cienia złości, jedynie z lekkim zdziwieniem, jakby sama nie wiedziała, czy ta „dziwność” to wada, czy może jakiś ukryty, piękny skarb.

Łucja była drobną, jasnowłosą dziewczynką o zielonych oczach, w których nieustannie migotała iskra ciekawości. Kochała przyrodę i zwierzęta.

W ich towarzystwie odnajdywała spokój. Zwierzęta rozumiały ją bez słów i nie oczekiwały, że będzie głośniejsza, szybsza czy mniej uważna.

W nowym domu pracy nie brakowało. Było tam mnóstwo obowiązków, ale też cała gama uczuć — nie zawsze łatwych i nie zawsze zrozumiałych dla małej dziewczynki. Czasem dorośli po prostu nie zauważali, co dzieje się w jej wrażliwym sercu.

Kiedy więc świat wokół stawał się zbyt głośny, Łucja wędrowała przez łąkę w stronę swojej kryjówki. Nie była to chatka z desek ani szałas z koców. Jej kryjówka znajdowała się w niewielkim zagajniku, między kilkoma młodymi brzozami, w wysokiej trawie. Tam, patrząc w bezkresne niebo i słuchając śpiewu ptaków, odnajdywała ciszę i spokój.

Wszystko stawało się proste i prawdziwe. Siedząc na miękkiej ziemi, godzinami obserwowała małych mieszkańców łąki. Patrzyła na mrówki dźwigające ciężary większe od nich samych, na ślimaka niespiesznie sunącego po źdźble trawy czy na nieszczęsnego żuka, który przewrócił się na plecy i bezradnie machał nóżkami.

— Ojej, przewróciłeś się! — szepnęła, wyciągając dłoń.

— Chodź, postawię cię z powrotem na nóżki. Plecami daleko nie zajdziesz.


Gospodarstwo było pełne życia: były tam kury, krowy, pies, a od czasu do czasu także kozy i owce. Wiosną w pachnącej słomą stodole pojawiły się małe kocięta — miękkie, mruczące kuleczki. Łucja postanowiła pomóc w opiece nad nimi. Każdego dnia przynosiła kociej mamie jedzenie i świeżą wodę, a potem siadała obok, delikatnie głaskała puszyste futerka maluchów, rozmawiała z nimi i śpiewała im ciche kołysanki do snu.

Pewnego dnia do gospodarstwa przyjechał pan Michał — kolega taty i weterynarz, który często leczył ich zwierzęta.

Tym razem wezwano go do chorej krowy. Łucja, bawiąc się z kotkami, co jakiś czas uważnie obserwowała, jak pan Michał bada krowę, osłuchuje ją i delikatnie głaszcze po głowie.

— Kiedy dorosnę, zostanę weterynarzem, tak jak pan — odezwała się niezwykle poważnie.

— Naprawdę, Łucjo? — zapytał pan Michał.

— Tak. Bo weterynarz zna język zwierząt.

— Wiem, jak bardzo kochasz wszystkie zwierzęta, ale musisz wiedzieć, że to bardzo trudny zawód — odpowiedział z łagodnym uśmiechem.

— Ale ktoś musi z nimi rozmawiać — odparła Łucja z niezłomną pewnością.

— W takim razie zrobiłaś już pierwszy krok — powiedział pan Michał, chowając stetoskop do torby i spoglądając na kocię w jej dłoniach.

— Dobry weterynarz musi być przede wszystkim cierpliwy i delikatny. A ty właśnie taka jesteś.

Wieczorem, gdy niebo nad wsią zalało się głębokim granatem, a nad dachami rozbłysły już małe gwiazdy, Łucja siedziała na parapecie. Ogarnęło ją dziwne, ciepłe przeczucie, że wkrótce wydarzy się coś niezwykłego. Nie przypuszczała jednak, że cała ta magia może zacząć się od kogoś tak małego jak biedronka…

Biedronka ze złotej ścieżki

Łucja nigdy się nie spieszyła.

— Łucja! — zawołała jej przyjaciółka Marysia, przestępując z nogi na nogę.

— Chodź szybciej, bo się spóźnimy!

— Za chwilkę! On jeszcze nie zdążył przejść na drugą stronę!

— Kto?

— Ślimak!

Marysia podeszła bliżej, skrzyżowała ręce na piersiach i ciężko westchnęła:

— Czy ty naprawdę musisz zatrzymywać się przy każdym ślimaku i każdym źdźble trawy?

Łucja spojrzała na nią poważnie.

— Bo on też się spieszy. Tylko po ślimaczemu.

Marysia nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc przewróciła tylko oczami, ale posłusznie czekała.

Przyjaciółka była niemal zupełnym przeciwieństwem Łucji. Poruszała się szybko, mówiła szybko i najchętniej wszędzie docierałaby biegiem. Była silna, zwinna i wysportowana. Bez trudu wspinała się na drzewa, przeskakiwała przez rowy i potrafiła długo jechać na rowerze bez trzymania kierownicy. Tego wszystkiego nauczyli ją starsi bracia, za którymi od najmłodszych lat próbowała nadążyć.

Zawsze nosiła ładne, kolorowe ubrania, które nawet po całym dniu zabawy wyglądały na niej jakoś schludnie.

Tego dnia miała jasne spodenki, bluzkę w drobne kwiatki i dwa wysoko związane kucyki, podskakujące przy każdym niecierpliwym ruchu.

Łucja lubiła patrzeć, jak Marysia biega. Wydawało jej się wtedy, że przyjaciółka ma w nogach ukryte małe sprężyny.

Następnego dnia Łucja wracała do domu sama. Słońce wisiało już nisko nad horyzontem, malując trawy na złoty kolor. Ciepły, letni wiatr niósł ze sobą zapach rozgrzanych ziół. Dziewczynka szła powoli, czubkiem bucika przesuwając drobne kamyczki na drodze.

Łucja już miała zrobić kolejny krok, gdy coś maleńkiego poruszyło się tuż obok jej bucika. Pochyliła się i dostrzegła w drobnym pyle czerwoną kropkę.

Była tak mała, że jeszcze chwila, a dziewczynka mogłaby ją niechcący nadepnąć.

— Ojej… ty tutaj? — szepnęła.

To była drobniutka biedronka. Mozolnie wspinała się na mały kamyk, który dla jej nóżek był niczym potężna góra. Jej ruchy były powolne i pełne zmęczenia. Łucja ostrożnie zbliżyła dłoń.

— Poczekaj. Pomogę ci… Tak, właśnie tak.

Biedronka powoli weszła na wyciągnięty palec. Była tak lekka, jakby spleciono ją z samego powietrza.

— Proszę bardzo… Jesteś już bezpieczna — powiedziała dziewczynka z uśmiechem.

Ostrożnie przeniosła ją na większy kamień. Biedronka rozłożyła delikatnie skrzydełka i nagle rozbłysła. Łucja wstrzymała oddech. Światło nie przypominało ostrego blasku lampy. Było ciepłe i złociste — jakby w czerwonym pancerzyku uwięziono małą gwiazdę.

— Dziękuję — usłyszała cichy głos.

Łucja zamrugała i gwałtownie rozejrzała się wokół. Droga była pusta. Wciąż zaskoczona, ponownie spojrzała na małą istotkę siedzącą na kamieniu.

— Ty… mówisz?

— Tak, lecz nie wszyscy potrafią mnie usłyszeć — odpowiedziała spokojnie biedronka. — Ty jednak potrafisz.

— Ja? — Łucja aż otworzyła usta. — Ale… jak to możliwe?

— Ponieważ naprawdę słuchasz.

Biedronka poruszyła czułkami. Wokół niej zaczęły pojawiać się drobne, świetliste ogniki. Unosiły się w powietrzu niczym iskierki. Niektóre świeciły jasno i spokojnie, inne ledwie się jarzyły, a jeszcze inne przygasały i znów rozbłyskiwały. Łucja patrzyła na nie z szeroko otwartymi oczami.

— Co to jest?

— Uczucia — odparła biedronka.

— Ludzie często je gubią. Zostawiają je po drodze i nawet o tym nie wiedzą. Czasem nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są im potrzebne.

Jedna ze świetlnych iskierek przeleciała tuż przed nosem dziewczynki. Była ciepła, ale drżała lekko, jakby się czegoś bała.

— I co one teraz robią? — zapytała szeptem Łucja.

— Czekają.

— Na co?

— Aż ktoś je zauważy i się nimi zaopiekuje.

W tej samej chwili na jej otwartej dłoni spoczął mały, chłodny słoiczek. Przypominał odrobinę świtu zamkniętą w przejrzystym szkle. Wewnątrz delikatnie tańczył złoty blask.

— To dla mnie? — zapytała zachwycona Łucja.

— Możesz je dostrzegać — odpowiedziała biedronka — i pomagać tym, którzy noszą je w swoim sercu.

— Ale dlaczego ja?

Biedronka uniosła się lekko na skrzydłach.

— Bo naprawdę potrafisz czuć.

Zapadła głęboka cisza. Słychać było tylko szum wiatru w trawach, cichy śpiew ptaków i bicie serca dziewczynki. Czas zdawał się stać w miejscu.

— Pamiętaj — szepnęła na pożegnanie biedronka. — Najważniejsze rzeczy są bardzo małe.

Po tych słowach zatoczyła w powietrzu małe kółko i zniknęła wśród promieni zachodzącego słońca.

Na drodze została tylko Łucja ze słoikiem i migoczącymi światełkami.

Dziewczynka usiadła na miękkiej trawie. Trzymała słoik i patrzyła, jak małe iskierki powoli do niego spływają.

Jedna z nich drżała ze strachu szczególnie mocno. Łucja rozłożyła palce i delikatnie pogłaskała gładkie szkło.

— Już dobrze… Nie bój się — szepnęła.

I choć sama nie wiedziała, jak to się stało, światełko w środku uspokoiło się i rozbłysło ciepłym, łagodnym blaskiem.

Tajemnica zmęczonych pszczół

Tego ranka Łucja przyszła po Marysię znacznie wcześniej niż zwykle. Dom przyjaciółki znajdował się niedaleko. Otaczało go duże podwórko i drewniany płot. Już od bramy słychać było muczenie krów, gdakanie kur i rozmowy starszych braci krzątających się przy gospodarstwie.

W środku pachniało ciepłym mlekiem, drewnem i czymś niezwykle apetycznym, co skwierczało właśnie na patelni. W sypialniach na wysokich łóżkach leżały ogromne, miękkie pierzyny. Łucja pomyślała, że można by zapaść się w nie aż po sam czubek nosa i przespać całą zimę jak niedźwiedź. Jej przyjaciółka miała własny, duży pokój. Pod oknem stało szerokie łóżko przykryte kolorową narzutą, a przy ścianie szafa pełna sukienek, bluzek i sportowych spodenek. Na półkach leżały książki, pudełka ze wstążkami oraz kilka drobiazgów, które odbierała starszym braciom, gdy próbowali jej dokuczać. Nad biurkiem wisiały medale zdobyte podczas szkolnych zawodów.

— Ten dostałam za bieganie — powiedziała, wskazując złoty krążek. — A tamten za skok w dal.

— Masz ich bardzo dużo — zauważyła Łucja.

— Bo lubię wygrywać — odpowiedziała dziewczynka, ale zaraz dodała: — Chociaż mama mówi, że najważniejsze jest nie poddawać się, nawet kiedy się nie wygra.

W tej chwili z kuchni dobiegł głos jej mamy:

— Dziewczynki, chodźcie, bo wystygnie!

Na stole czekały rumiane kromki chleba, które gospodyni najpierw zamoczyła w jajku, a potem usmażyła na patelni.

— Co to jest? — zapytała Łucja, przyglądając się im z zaciekawieniem.

— Nigdy nie jadłaś chleba w jajku? — zdziwiła się przyjaciółka.

Łucja pokręciła głową. Pierwszy kęs był ciepły, miękki w środku i lekko chrupiący na brzegach. Jadła powoli, próbując zapamiętać ten nowy smak. U Marysi w domu często pojawiały się też inne pyszności: puszyste racuchy z jabłkami, pajdy świeżego chleba z domowym masłem i konfiturami oraz ziemniaki ze zsiadłym mlekiem. Wiele z tych potraw poznała właśnie tutaj.

— U was wszystko smakuje inaczej — powiedziała.

— Lepiej czy gorzej? — zapytała Marysia z pełnymi ustami.

— Lepiej, niż się spodziewałam.

Marysia roześmiała się tak głośno, że aż kury za oknem odpowiedziały jej oburzonym gdakaniem.

Dopiero po śniadaniu dziewczynki pobiegły na łąkę. Marysia oczywiście pierwsza, a Łucja kilka kroków za nią, zatrzymując się co chwilę przy kwiatach, kamykach i owadach. Na łące było znacznie mniej kwiatów niż kiedyś. Przynajmniej tak zawsze powtarzała babcia Danusia. Łucja nie pamiętała dawnych czasów, ale zdarzało się jej widzieć miejsca, które wydawały się niepokojąco puste. Jednak tego dnia wszystko wokół promieniało pięknem. Słońce stało wysoko na niebie, trawa była przyjemnie ciepła, a wiatr muskał ją tak delikatnie, jakby głaskał ją po policzku. Po chwili obie leżały wśród zieleni. Uplotły gęste wianki z polnych kwiatów i założyły je na głowy, śmiejąc się w głos niczym księżniczki z dawnej baśni.

— Zobacz, jaki mój jest krzywy! — śmiała się Marysia, poprawiając opadający chaber.

— A mój zaraz się rozpadnie! — odparła Łucja, trzymając wianek oburącz.

— Bo zrobiłaś go zbyt luźno!

— Kwiaty po prostu nie lubią być mocno ściskane.

Marysia parsknęła śmiechem:

— Nawet kwiatków w wianku ci żal!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
Kolorowa
za 57.24