E-book
6.83
drukowana A5
41.27
Słodkie, słone, gorzkie

Bezpłatny fragment - Słodkie, słone, gorzkie

Objętość:
239 str.
ISBN:
978-83-8155-868-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 41.27

Mamie

I. Narodziny

Urodziłem się w pewien deszczowy, wiosenny poranek roku Pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego. Moim ojcem został wówczas, o czym zapewne nie wiedział do końca swoich dni, niejaki Wincenty Prugalec. O matce, nic mi nie było wiadomo. Mówię: został, bo w moim konkretnie przypadku poczęcie i narodziny były w zasadzie jednym i tym samym.

Nie unoście brwi ze zdziwieniem — zaraz wszystko wyjaśnię. Zresztą, nie tylko wyjaśnię, ale też opowiem, jak to się stało, że przyszedłem na ten piękny, dziwny, ale i zarazem straszny świat… i co się potem wydarzyło.


***


Wincenty siedział na niskim, drewnianym krzesełku i starannie zawiązywał sznurówki butów. Pętelki musiały być ułożone równiutko po obu stronach trzewika. Nie mogły być ani za długie, ani, nie daj Boże, zbyt krótkie i nierówne. Długie końcówki ciągnęłyby się po ziemi i Wincenty mógłby na nie nadepnąć! Jeszcze raz ocenił surowym okiem stan obu butów. Stwierdził po chwili, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, co skwitował cichym mruknięciem aprobaty:

— No…

Odwrócił się i spojrzał na małego chłopczyka, stojącego tuż za nim, nieco z boku. W oczach mężczyzny można było wyczytać dumne słowa:

— Widzisz mały, jak powinny wyglądać buty porządnego i uczciwego człowieka? Podziwiasz ten błysk skóry i idealnie ułożone sznurówki? Tak właśnie powinno być! Dokładnie tak, mój synu. Porządek i dokładność!


Zresztą nie tylko oczy mówiły chłopcu o tym, co jest najważniejsze w życiu szanowanego człowieka. Prugalec powtarzał swoje, czasem nazbyt dziwne zasady i reguły życiowe żonie i dziecku bardzo często, może nawet zbyt często. Czasem jest tak, że od nadmiaru czegoś, co dobre, robi się nam niedobrze i można zwymiotować.

Wincenty tak tego jednak nie traktował i nie zauważał, że nauki o byciu porządnym człowiekiem wychodzą bliskim bokiem. Kładł im cierpliwie do głów od lat i w kółko, jak je sam określał, złote myśli i motta życiowe, niczym mantry hinduskich mnichów.

Dzieciak, w wieku mniej więcej sześciu albo siedmiu lat, wytrzymał wzrok ojca. Patrzył ufnie w jego oczy, trzymając w rękach mocno wyświechtaną teczkę Wincentego. Tuż za nim trwała w milczeniu młoda kobieta, opierając dłonie na ramionach dziecka.

Prugalec wstał z ryczki.

Przeciągnął palcami po kantach spodni, a potem naciągnął szelki, wkładając kciuki pod szeroką gumę. Sprawdził, czy klamerki dobrze się trzymają spodni. Na koniec pociągnął w dół rękawy białej bawełnianej koszuli i włożył podaną mu przez żonę kapotę. Wreszcie, dokładnie wyuczonym ruchem dłoni, przygładził pociągnięte brylantyną włosy.

Ten rytuał odbywał się każdego poranka, kiedy Wincenty szedł do pracy.

Po „ulizaniu” włosów, żona podawała mężowi czapkę z daszkiem, a syn oddawał trzymaną w rękach teczkę, która nieodmiennie wypełniona była dwoma rzeczami: śniadaniem zawiniętym w natłuszczony papier oraz butelką po piwie wypełnioną mocno posłodzoną herbatą.

W drodze do pracy do teczki trafiał jeszcze jeden przedmiot — gazeta poranna w postaci „Głosu Pomorskiego”.


Tak wyekwipowany Wincenty całował żonę w czoło, czochrał po głowie syna i wychodził z mieszkania mówiąc:

— Z Bogiem, kochani! Wrócę, jak zawsze.

Żona Aniela i synek Wojciech podbiegali wówczas do okna w kuchni i patrzyli, jak mąż i ojciec maszerował dziarskim krokiem w stronę fabryki. Nigdy się nie zdarzyło, aby ten odwrócił się i im pomachał, mimo że wiedział doskonale o nosach przyklejonych do szyby. Po drodze dołączali do niego inni robotnicy, po czym, już w sporej grupie, znikali wszyscy za rogiem kuźni, skąd, mimo wczesnej pory, dochodził już hałas bijących o kowadła młotów.


Owego deszczowego poranka, Wincenty Prugalec szedł dziarskim krokiem do pracy w fabryce „Herzfeld i Victorius — Odlewnia Żeliwa, Emaliernia i Zakłady Mechaniczne w Grudziądzu”, niezmiennie, jak co dzień, od wielu lat.

Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie podejrzewał, iż tego właśnie dnia ponownie zostanie ojcem, a jego życie stanie na głowie!


Kiedy zawyły fabryczne syreny, Wincenty siedział już przy swoim stanowisku pracy obserwując, jak najpierw powoli, a potem coraz szybciej ruszają koła napędowe maszyn. Pasy transmisyjne nabierały prędkości. Przełączył sprzęgło. Koła ukochanej szlifierki taśmowej zaczęły się obracać z wielką prędkością. Podniósł i wziął w ręce pierwszy z odlewów, które miał oczyścić z nadmiaru żeliwa. Położył metal na pulpicie, a potem delikatnie przystawił do pędzącego pasa ciernego.

Z metalu posypały się iskry. Zgrabnymi, wyuczonymi ruchami zdejmował niepotrzebne i odstające naddatki metalu. Jego praca była bardzo ważna. Gdyby się pomylił i zbyt mocno przytarł obrabiany materiał, powstałoby wgłębienie i wtedy można było taki produkt wyrzucić. Kiedy zaś zbyt słabo docisnąłby pas i zdarł za mało metalu, na tak zwanej polerce nie mogliby „wykończyć” elementu i ten z powrotem wróciłby do niego. Strata czasu i pieniędzy.


Szlifierze, podobnie jak odlewnicy, byli elitą fabryki. Mieli najlepsze płace i cieszyli się szacunkiem całej załogi. Wincenty Prugalec był najlepszym szlifierzem. Spod jego rąk nigdy nie wyszedł żaden wybrakowany odlew. A tempo, w jakim obrabiał różne przedmioty, było wręcz zdumiewające. No cóż, stosował się w swojej pracy do zasad, które z takim mozołem wpajał rodzinie: wszystko musiało być doskonałe, bo właśnie po tym można było poznać porządnego i uczciwego pracownika — mistrza!


„Wózkowy” przywiózł w skrzyni pod stanowisko Wincentego kolejną partię odlewów do oszlifowania. Ojciec, który nie wiedział jeszcze, że za chwilę nim zostanie, odłączył sprzęgło koła zamachowego szlifierki i zaczął układać w równe stosy przywiezione przedmioty.

W jednym z nich byłem ja. Choć, tak jak Wincenty, sam jeszcze o tym nie wiedziałem, bo jeszcze się nie narodziłem. Ponoć nie wyróżniałem się wówczas niczym szczególnym.

Ot, zwykły żeliwny garnek z dwoma uszami o pojemności pięciu litrów. Nawet pokrywki jeszcze nie miałem.


Prugalec usiadł wygodnie przy maszynie i poprawił gruby, skórzany fartuch zasłaniający i chroniący nogi przed opiłkami metalu. Sięgnął do teczki, z której wyjął butelkę z herbatą. Odbił korek, wypił dwa łyki płynu i przepłukał usta.

Kątem oka dostrzegł, jak do hali szlifierni weszła bocznym wejściem córka majstra. Prześliczna i wesoła jak szczygiełek Weronika Duś. Codziennie o tej porze przynosiła ojcu bańkę z obiadem. Franciszek Duś był chłopem postawnym, wielkim, jak góra, dlatego musiał napełniać swój kałdun nie byle kromkami ze smalcem, lecz porządnym obiadem złożonym z dwóch dań oraz piwa.

Córka poszła w ślady ojca. Wysoka, z krągłymi kształtami i dużymi niebieskimi oczami, w których już niejeden chłopak się utopił. Tyłkiem mogłaby orzechy łupać, dlatego wejście Weroniki do hali nie mogło pozostać niezauważonym. Pracownicy, jedni chyłkiem, a inni ostentacyjnie, obserwowali ponętne kształty majstrówny, szczególną uwagę zwracając oczywiście na owe „falujące, niebieskie oczy”.


Wincenty podniósł jeden z garnków (jak się potem okazało, mnie), położył na warsztacie dnem do dołu i włączył sprzęgło. Pas ścierny napędzany kołem zamachowym rozpędził się do zawrotnej prędkości.

Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, co się wtedy stało. Czy uwagę Prugalca odwróciły podskakujące cycki Weroniki, czy też może wrzask wróbla, który akurat wtedy wpadł przez bramę, uciekając przed goniącą go pustułką. Może sprawcą wszystkiego była źle odłożona na miejsce i przewracająca się wyświechtana teczka ze śniadaniem i butelką?

Jeden niekontrolowany ruch i w mgnieniu oka pas ścierny jak brzytwa przejechał po palcach szlifierza. Dwa z nich wpadły do obrabianego garnka. Reszta, ledwo ledwo, trzymała się i dyndała dziwnie na okaleczonej dłoni. Ostał się jeno kciuk.


Po pierwszych sekundach szoku i niedowierzania do mojego ojca dotarło wreszcie, że jego ukochana szlifierka taśmowa urąbała mu cztery palce u ręki. Do mózgu wdarły się pierwsze spazmy okropnego bólu. Zerwał się z obrotowego krzesełka, wyjąc niczym ranny zwierz. Trzymał okaleczoną rękę drugą dłonią i wymachiwał obiema we wszystkie strony. Krew lała się cienkimi, pulsującymi strumieniami, niczym woda wystrzeliwana z dziecięcych drewnianych sikawek.

Odłączono napęd pasów transmisyjnych.

Wincenty Prugalec dobiegł do głównej bramy hali i tam padł bez czucia, zemdlony.


Dokładnie w tym momencie zdarzyło się właśnie TO!

Dotarło do mnie, że… JESTEM. Istnieję!

Narodziłem się!


Nie wiem, jak to się stało, ale w momencie, kiedy mój ojciec padł zemdlony, w mojej mrocznej jaźni urodziła się świadomość! Zacząłem odczuwać otaczającą mnie rzeczywistość. Z początku w ogóle nie miałem pojęcia, że to jest w ogóle jakiś entourage, a świat który mnie otacza, to moje życiowe środowisko. Nie wiedziałem, czym jestem, kim jestem, dlaczego i po co istnieję.

Teraz już wiem, ale początki były trudne, wierzcie mi…

Nim się obejrzałem, wymyto mnie do czysta, a palce ojca gdzieś zniknęły. Oszlifował mnie inny szlifierz i trafiłem do emalierni. Tam powleczono mnie zieloną emalią z zewnątrz i białą w środku. Dołożono siostrę w postaci pokrywki, z którą zresztą przez jakiś czas nie miałem żadnego kontaktu. Trudno mi było wtedy pojąć, dlaczego wiem i czuję wszystko, a ona, będąca przecież moją częścią, nie. Potem wszystko się zmieniło, ale to już inna historia.

Na dnie przywalili mi pieczątkę fabryki, żeby świat wiedział, z kim ma do czynienia i w ten sposób zacząłem swój długi ziemski byt.


Tak więc moje narodziny były gorące i nietuzinkowe. Chociaż z tego, co potem przyniosło życie, wcale nie były takie złe. Historia mojego powstania miała chociażby ten sens, że teraz mogę opowiedzieć o losie ludzi, z którymi miałem do czynienia, a także o kolejach losu przedmiotów otaczających i wypełniających ludzki żywot.

Bo świat wcale nie jest takim, jak byśmy sobie, my i wy, ludzie, wyobrazili.

Zawsze interesował mnie los ojca. W końcu to on mnie stworzył, czy tego chciał, czy nie. Myślę, a raczej wiem na pewno, że właśnie przez kontakt z krwią i częścią jego ciała narodziłem się. Dlatego jestem Wam winien historię Wincentego Prugalca, bo ona przecież jest częścią mojego żywota.

Opowieść o losach żeliwnego garnka zacznę zatem od wydarzeń, które miały miejsce w rodzinie tego człowieka już po moich narodzinach. Nie będzie to opowieść z pierwszej ręki, a jedynie relacja z tego, co zasłyszało moje lewe i prawe ucho oraz co podpowiedziała wyobraźnia.

Nie wiedzieć czemu, na lewe zawsze słyszałem lepiej niż na prawe… Nieważne. W każdym razie, nasze ścieżki już się więcej nie skrzyżowały.


***


Aniela podbiegła do kuchennego okna, które jako jedyne wychodziło na ulicę. Przed ich niskim, jednopiętrowym domem zatrzymał się właśnie ambulans z miejskiego szpitala, dzwoniąc niemiłosiernie dzwonkiem alarmowym. Patrzyła z ciekawością, co też się stało, że akurat na tę małą i zapomnianą przez świat uliczkę zajechał samochód. Dzwonek ucichł, a z auta nieśpiesznie wyszło dwóch pielęgniarzy, celebrujących w ten sposób swoją rolę w przedstawieniu dla grupki zgromadzonych wokół pojazdu ciekawskich. Jeden z nich otworzył tylne drzwi karetki i pomógł wyjść jakiejś osobie, trzymając ją pod pachami,. Gdy w końcu pasażer niezdarnie zeskoczył na bruk, Aniela z przerażeniem stwierdziła, że pacjentem przywiezionym przez ambulans był jej mąż Wincenty!

Zarzuciła szal na ramiona, chyba z nerwów, bo na dworze było ciepło i zbiegła po schodach na ulicę. Pielęgniarze prowadzili Wicka (tak pieszczotliwie wołała na męża) pod ramiona i właśnie wchodzili do bramy.


— O, dzień dobry, pani Prugalec! Przywieźliśmy męża ze szpitala! Miał mały wypadek w fabryce! — zawołał jeden z nich, grubszy i wyższy.

Po zgromadzonym tłumie przeszedł szmer komentarzy. Prugalcowa zamarła w przerażeniu i złapała się dłońmi za twarz.

— Ale niech się pani nie martwi, pani Anielo! — krzyknął drugi sanitariusz, chudy niczym tyczka od fasoli, z drgającą, jak u indyka, grdyką na cienkiej szyi i małym wąsikiem pod nosem.

Skąd on zna imię mojej żony! — przemknęło przez myśl Prugalcowi mimo dojmującego bólu.

— Nic mu nie będzie! Co prawda u prawej dłoni został mu tylko jeden palec, ale za to ten najważniejszy, najgrubszy. No i reszta paluchów nie będzie przeszkadzać! — Zaśmiał się głośno. — Dacie sobie jakoś radę! — Mrugnął okiem i nachylił się uśmiechniętą od ucha do ucha gębą do Wincentego.


Dopiero teraz Aniela spojrzała na zabandażowaną dłoń męża, która przypominała wielki, biały tłuczek umocowany na temblaku. Koszula robocza była cała upaprana krwią. Co tam koszula, całe ubranie było we krwi. Na jego tle wyróżniały się tylko dwie białe plamy: „tłuczek” i twarz Wicka, z której odpłynęła cała krew.

Chudy pielęgniarz podszedł bliżej i nachylił się nad stojącą jak kamień Anielą, dla której cała ta sytuacja była niczym z koszmarnego snu.

— Pani Anielo, będzie dobrze!

Poczuła na twarzy śmierdzący oddech przefermentowanego piwa i zepsutych zębów. To ją otrzeźwiło. Odsunęła się nieco.

— Pani Anielo, wszystko będzie dobrze! — powtarzał. — Tu ma pani recepty na lekarstwa i maści. Ręka jest zszyta i opatrzona. Za dwa dni macie przyjść do szpitala na zmianę opatrunku. O, a tutaj jest rachunek za transport i robotę lekarza. Ach, byłbym zapomniał!…

Odwrócił się i podszedł do auta. Zajrzał do środka i po chwili niósł w rękach kapotę i wyświechtaną teczkę Prugalca. Bez słowa oddał rzeczy Wojtkowi, który stał obok karetki, jak cała reszta gapiów.

W tym momencie, przez skołatany bólem umysł kolejny raz przemknęła Wincentemu niepokojąca myśl: Skąd on wie, że to mój syn?

— To co, teraz już dacie sobie radę, co? — spytał drugi pielęgniarz. Nie czekając na odpowiedź, podprowadził rannego pod drzwi bramy i tam zostawił. — Powolutku wejdziecie na pięterko. Może jakiś sąsiad pomoże?…

Pięterko? Skąd?…


Wincenty stał oparty o ścianę domu. Sanitariusze zadzwonili dzwonkiem i ambulans odjechał z hałasem, zostawiając za sobą słodkawą chmurę spalinowego dymu, który zaraz się rozwiał. Tłumek rozszedł się tak samo szybko, jak się pojawił. W końcu przedstawienie się skończyło, nie?

Zresztą, właśnie zaczął padać deszcz.


*


— Wicek, wstawaj wreszcie! — Aniela stała nad łóżkiem i szarpała śpiącego męża za ramię. — Rusz się! Czas iść szukać roboty! Będziesz tak leżeć, jak jakieś śmierdzące ścierwo?! Tak jak wczoraj i przedwczoraj? I, i codziennie?!… Myślisz, że pieniądze na czynsz i żarcie same się znajdą?! Wincenty!… — szarpała dalej zawzięcie — wstawaj, pijaku ty! Darmozjadzie!

Mężczyzna wreszcie poruszył się w pościeli. No, może pościel to było zbyt chlubne określenie dla tego, w czym leżał Wincenty. Aniela już dawno przeniosła się do pokoiku Wojtka i teraz spała razem z synem na sienniku ułożonym przy łóżeczku. Przestała prać poszwy i powłoczki na poduszki z łóżka męża. Bo za każdym razem, kiedy wracał nocą z wypraw, niby w poszukiwaniu roboty, zwalał się do barłogu w tym, co miał na sobie. Brudny, pijany, śmierdzący od moczu i rzygowin.

Otworzył oczy, przetarł dłonią zmierzwione, tłuste włosy i podrapał się po mocno zarośniętej szczęce. Usiadł.

— Zamknij się, babo… Przestań się drzeć! — warknął, szukając stopą porzuconych przy łóżku butów.

To już nie były błyszczące jak lustro trzewiki z licowej skóry, lecz stare buciory zawiązane sznurkiem w miejsce sznurówek.

— Wojtek! — krzyknął. — Przynieś ojcu pić!

Chłopczyk posłusznie odsunął stołek od stołu, wstał i już miał nalać wody z dzbanka do szklanki, kiedy Aniela odebrała mu naczynie.

— A sam se nalej, capie niemyty! Będzie mi tu dziecko wykorzystywać! Ja przynajmniej coś zarabiam! A ty?! Ty tylko chlasz i szlajasz się po melinach, darmozjadzie!

Darła się tak każdego dnia, od długich, szarych miesięcy.


Wincenty cierpliwie wysłuchiwał jej jazgotów. Mało co się odzywał i najczęściej uciekał z domu, trzaskając drzwiami. Aniela siadała wtedy za stołem w kuchni i płakała.

Dzisiaj jednak, zanim wyszedł, stanął w progu, odwrócił się do jej zacietrzewionej twarzy i powiedział cicho:

— Ja wiem, jak zarabiasz na dom. Wiem o tobie wszystko, dziwko. Już niedługo będę dla was ciężarem, wiesz? Będziesz wreszcie miała te swoje zasrane pieniądze, będziesz mogła żyć jak dawniej, dając dupy na lewo i prawo, ale mnie już przy tym nie będzie. — Wyszedł, zostawiając ją stojącą z otwartymi ustami na środku kuchni.


Oszczędności już dawno się skończyły, a skromne zadośćuczynienie za utraconą pracę i ścięte paluchy starczyło ledwie na opłacenie lekarzy i opatrunków. Przez pierwsze tygodnie, kiedy mógł już chodzić z zaleczonym kikutem, Prugalec faktycznie szukał pracy w różnych miejscach. Był nawet na wsi u chłopów. Kiedy jednak dochodziło do omówienia szczegółów, a ewentualny pracodawca zobaczył jego poranioną dłoń, rozmowa kończyła się natychmiast, niczym owe ścięte paluchy. Raz na wsi, to go nawet pogonili z widłami w rękach. Ledwo co udało mu się uciec. Kaleka nie miał szans na znalezienie pracy, nawet kiedy chodziło o wywalanie śmieci. Po tych wszystkich nieudanych próbach, frustracja napompowanego sloganami o uczciwości i porządności człowieka narastała jak balon, wypełniony brudem i nieczystościami, których przez te wszystkie dni doświadczył. Aż wreszcie któregoś dnia, kiedy został wyśmiany przez śmieciarzy, bańka pękła z hukiem i całe szambo wylało mu się na głowę.

Wincenty, wracając do domu wszedł do pierwszego lepszego baru, gdzie upił się pierwszy raz w życiu do nieprzytomności. Ocknął się na chodniku, w samej koszuli i portkach, nie swoich zresztą.

Od tego dnia, wychodził z domu szukać zapomnienia w wódce, a nie pracy. Podbierał żonie pieniądze i szedł pić. W barach, wśród nowo poznanej kompanii takich samych nieudaczników, jak on, poznawał prawdę nie tylko o sobie i „prawych uczciwych ludziach”. Poznawał prawdę o swojej Anieli, której się domyślał od dawna.

Któregoś wieczora, pijąc bimber w jednej z bram, zauważył znajomą sylwetkę żony, idącej pod rękę z jakimś mężczyzną. W pierwszym odruchu chciał wyskoczyć z bramy, złapać ją za rękę i wytrzaskać po gębie. Może kiedyś, kilka miesięcy temu, by tak zrobił. Teraz jednak tylko rzucił butelkę z wódką kumplowi i ruszył jej śladem, kryjąc się po drodze w okolicznych ciemnych zaułkach.

Para szła nieśpiesznie, aż w końcu dotarła do niskiego parterowego domu, i zniknęła w drzwiach. Odczekał chwilę, podszedł do nich i nacisnął klamkę. Ustąpiły bezgłośnie. Rozejrzał się po ciemnej sieni. Tylko zza jednych drzwi dochodziły go jakieś rozbawione, przytłumione głosy. Cicho stanął w mroku i przyłożył ucho do drewna.


To był niewątpliwie głos Anieli!

— Nie tak prędko, panie Mietku, bo mi pan guziki pourywa! — Śmiała się wesoło. — Zdąży pan, przecież nigdzie nie ucieknę!

Drugi, wyraźnie podniecony, męski głos mruczał jakieś niezrozumiałe słowa. Po chwili wszystko ucichło. Od tego momentu słyszał już tylko jednostajny, monotonny jęk, jaki wydawała Aniela. Zrozumiał.

Targnął nim tak straszny gniew, że nie zważając na nic złapał za klamkę.

Zabiję sukę!


To znaczy, tylko mu się wydawało, że złapał klamkę. Pozbawiona palców dłoń trafiła w pustkę. Uniósł ją wysoko, przyjrzał się jej z wykrzywioną twarzą, a potem ugryzł mocno kikut, aż popłynęła krew. To go otrzeźwiło. Schował krwawiącą rękę do kieszeni. Splunął na próg i wolno wyszedł z budynku. Kiedy stał w otwartych drzwiach, dotarł do niego dźwięk spełnienia… Jego i jej.

Ciężkie łzy spłynęły po jego brudnych policzkach. Odwrócił się na pięcie i zniknął w mroku nocy.


*


W ciemnym pokoju, gdzieś na zapleczu obskurnego baru, siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, tęgi i łysy, palił grube cygaro, siedząc rozparty za biurkiem. Nazywali go Żyleta. Po pierwsze dlatego, że znany był z noszenia w kołnierzyku żyletki, którą nie raz wyrysował facjatę jakiemuś frajerowi albo dziwce, a po drugie, bo był niepisanym szefem półświatka tego powiatowego miasta. Drugim facetem był nie kto inny, jak Wincenty Prugalec.


— To co, Wicek, dogadaliśmy się? Jutro w nocy przyjdziesz do baru. Dam ci dobry majcher i inne pierdoły. Powiem ci też, do kogo pójdziesz i co dla mnie zrobisz. Zrozumiałeś? Od jutra, kiedy już ci dam motyla, nie będzie odwrotu. Gdy skrewisz albo zawalisz robotę… — przerwał i wypuścił w stronę Wincentego smużkę dymu — czapa. Znajdę cię wszędzie, na samym końcu tego durnego kraju, wyciągnę z nory i zajebię. Rozumiesz? A gdyby jednak, jakoś ci się udało ukryć, to najpierw zatłukę twoją żonkę, kurwiszonkę, a potem synka. Robię to wszystko dla twojego ojca. Bo był człowiekiem, a nie dymanym frajerem, mimo że siedział za politykę. Uratował mi dupsko w puszce, dlatego mam dług. Od teraz będę z Kazkiem kwita. Pokaż Wicek, że też jesteś porządnym człowiekiem.

Skończył, obserwując twarz Prugalca.


Mężczyzna patrzył prosto w oczy grubasowi, a jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Nawet nie mrugnął okiem po tych wszystkich ciężkich słowach. Ten twardy i pusty wzrok nieco zaniepokoił Żyletę, ale tylko nieco. Franciszek Wysypał, bo tak brzmiało jego prawdziwe imię i nazwisko, nie należał do strachliwych. W jego fachu takich nie było, w końcu to on przecież rządził w grudziądzkim półświatku.

Wstał zza biurka i podszedł do małej szafki, stojącej pod ścianą. Sięgnął za koszulę i wyjął mały kluczyk, wiszący na rzemyku. Otworzył nim szafkę, pogrzebał w środku i schował coś w kieszeni. Na ten ruch, szklane i nieobecne oczy Wincentego nieco się poruszyły.

Żyleta usiadł z powrotem za biurkiem. Nie mówiąc nic, rzucił na blat papierowy banknot.

— Masz, kup sobie nowe buty i kapotę. Bo w tym, co masz na sobie, daleko nie zajdziesz. Jutro masz być wykąpany i pachnący. Nie znoszę brudasów! I masz być trzeźwy — warknął. — Idź już. Jutro, punktualnie o dwudziestej drugiej, masz być u mnie. — Sięgnął pod biurko, wyjął butelkę wódki i upił spory łyk. — Co się gapisz? Ja mogę pić, ty nie. Zjeżdżaj. Aha: to, co ci dałem, odliczę z twojej doli, kapujesz?

Wincenty kiwnął głową i wyszedł z pakamery.


*


O umówionej godzinie, w nowej-starej marynarce, spodniach i wyczyszczonych butach, Wincenty stawił się w „biurze” Żylety. Był ogolony i wykąpany, pierwszy raz od niepamiętnych czasów.

Grubas siedział jak zwykle za biurkiem i żarł, trzymając w paluchach jakieś mięso ociekające tłuszczem. Na blacie stała sporych rozmiarów butelka mętnego bimbru i dwie brudne szklanki.

Obok bossa na stołku przycupnęła młoda kobieta. Jej mizerną twarz „zdobił” wyzywający makijaż i kilka drobnych blizn świadczących o tym, że Żyleta nie raz pokazał jej, kto tu rządzi. O blat wsparła duże piersi, wypływające z obszernego dekoltu. Dziewczyna była już mocno wstawiona, głowę miała przekrzywioną w bok i opartą o ramię alfonsa. Smętnym wzrokiem, pustym niczym studnia bez wody, gapiła się na przybyłego Prugalca.

Grubas wytarł ręce o koszulę i warknął:

— Mańka, do roboty. Ale już…

Dziwka niemrawo zerwała się z krzesła, ponaglona siarczystym klapsem w pośladek, wychyliła resztkę wódki ze szklanki i kręcąc tyłkiem wyszła z pakamery.

— Przyszedłeś jednak — mruknął i nalał do szklanek bimbru po brzegi. — Nie lepiej było spieprzać, gdzie pieprz rośnie? — Podniósł szklankę i pokazał brodą Prugalcowi, że ma zrobić to samo. — Wypijmy.

— Nie lepiej… — odparł krótko Wicenty i wychylił szklankę.

— Coś małomówny jesteś — stwierdził Żyleta, ocierając usta rękawem koszuli. — Może to i dobrze. Nie lubię gadatliwych frajerów.

Odchylił się od biurka i wysunął szufladę spod blatu. Wyjął z niej trzy przedmioty: składany, długi noż w metalowej rękojeści, pudełko zapałek i benzynową grawerowaną zapalniczkę. Przesunął wszystko w stronę Prugalca.

— Wiesz, tak się zastanawiałem. Powinieneś mieć jakąś ksywę. Przecież nie będę cię zawsze nazywać Wicek. Tak, to do ciebie może mówić twoja matka albo baba. — Uśmiechnął się. — Będę na ciebie wołać Paluch! Fajnie, nie? — Zaśmiał się głośno.

Twarz Wincentego wykrzywiła się w grymasie złości. Zerwał się ze stołka i złapał leżący na blacie nóż. Żyleta był jednak szybszy. Zanim Paluch zdążył wysunąć ostrze noża, żyletka wbiła się boleśnie w skórę policzka. Zastygli w bezruchu zawieszeni nad blatem.

— Paluch, spokojnie — warknął gruby, wbijając głębiej ostrze. — Nie ze mną te numery. Jesteś Paluch i tyle, zrozumiano? Mam w dupie, co sobie o tym myślisz. Więcej nie próbuj, bo następnym razem złapiesz ostatni oddech przez dziurę w szyi. Kapujesz?

Wincenty wolno odłożył nóż i kiwną głową na znak, że zrozumiał.

— No!… — krzyknął zadowolony Żyleta. — Tak to rozumiem! Masz jaja! Trza to oblać! — Nalał wódki do szklanek. Tak jak trzeba, po rant.

Wypili.


— Za chwilę pójdziesz do Wasyla. Znasz tego Ukraińca, prawda?

— To ten krawiec od wyścigów? — spytał dla pewności.

— Taa… Dokładnie ten sam — potwierdził gruby. — Wiesz, gdzie mieszka i ma warsztat?

Prugalec kiwnął głową, że wie.

— Wasyl jest mi winien kupę kasy. Moi chłopcy, już nie raz byli u niego, grzecznie rozmawiali i przekonywali, że ma zwrócić dług. Nie posłuchał. Nie posłuchał też, kiedy poszli kolejny raz i jeszcze grzeczniej poprosili o zwrot gotówki razem z odsetkami. Znowu nie posłuchał! Ba! — Klepnął się w uda. — Poleciał ze skargą do konkurencji! Wypłakał się w mankiet Kapocie, a jeden z jego frajerów dziabnął mojego chłopaka kosą w żebra! — Nalał sobie kolejną porcję wódki, którą zaraz wypił, zakąszając kawałkiem mięsa.


Kapota to drugi bandzior, który trząsł miastem, podobnie jak Żyleta. Bardzo się nie lubili, ale do tej pory zachowywali kruche status quo, dzieląc się wpływami i zyskami z bandziorki. Kapota miał zakład pogrzebowy i obracał się trochę w innych sferach, niż Żyleta, którym gardził, nazywając Wysypała „damskim bokserem” albo co gorsza „kindybałem”. Ten nie był mu dłużny, przez co dochodziło między ludźmi z obu band co jakiś czas do krótkich, aczkolwiek krwawych porachunków. Po kosie, którą dostał jeden z jego chłopaków, Żyleta poprzysiągł Kapocie zemstę. Postanowił, że ostatecznie i radykalnie rozwiąże problem wrogiego kindybała. Wtedy to, któregoś szczęśliwego dnia, ze swoimi problemami napatoczył się Wincenty.

Żyleta z początku zamierzał wyrzucić pijaczynę na zbity pysk, ale potem przemyślał sprawę i w osobie frajera, a na dodatek kaleki, zwietrzył okazję do pozbycia się raz na zawsze konkurenta albo przynajmniej na bardzo długi czas. Wymyślił plan, w którym główną rolę miał odegrać Wincenty — Paluch. Jak co, to będzie na zapijaczonego i sfrustrowanego Prugalca, co to szukał kumpla do picia albo pieniędzy. On i jego ludzie będą czyści.


— Pójdziesz tam i grzecznie poprosisz o zwrot długu. Na pewno ten chlejus zacznie ci płakać w mankiet, że nie ma, że dzieci chore, że żona rodzi i takie tam duperele. — Nalał bimbru do szklanek. Wypili. — Wsadzisz mu kosę, Paluch, rozumiesz?

Na te słowa Wincentemu szerzej otwarły się oczy, ale na tak krótką chwilę, że Żyleta nawet tego nie zauważył.

— Potem oblejesz jego budę benzyną i spalisz wszystko w diabły, rozumiesz?

— On ma dzieci Żyleta. Kosa to jedno, dzieci i bab nie ruszę. — Wstał z krzesła, chcąc wyjść.

— Siadaj! — ryknął gruby. — Stąd się nie wychodzi po takich informacjach! Mówiłem, to bilet tylko w jedną stronę! Nie pozwolę, żebyś puścił farbę glinom! Dzieci i baba Wasyla wyjechali dzisiaj w południe na wieś. Chłopaki filowali cały dzień, wiem na pewno. Siadaj. Wasyl dostał ode mnie czapę, rozumiesz? Długi się spłaca, kropka. Powtarzam. Rozumiesz?…

Zapadła chwila grobowej ciszy.

— Rozumiem… — Cicho powiedział Paluch.

— To nie koniec. Gdzieś koło chałupy podrzucisz tę zapalniczkę. To jest rzecz Kapoty. Jest na niej grawerka z jego inicjałami. Gliny ją znają i będą wiedzieć, czyje to jest. Nikt się nie będzie pytać, czy tam był, czy nie. Jak znajdą, to Kapota już ma krawat, rozumiesz? W ten sposób załadujemy go do tej sprawy. Wrócisz do domu i tam się zadekujesz. Mamona będzie czekała u mnie. — Wskazał głową na szafkę. — Przy drzwiach stoi teczka, a w niej dwie butelki z benzyną.

Żyleta wstał.

— Dobra, dawaj już. Uważaj i filuj w koło, dzisiaj łysy kapuje. A ja cię nie znam.


*


Wincenty stał w bezpiecznej odległości i z trwogą obserwował palącą się budę Wasyla. Odkręcił butelkę wódki, którą znalazł w kuchni u krawca i wypił dwa potężne łyki alkoholu. Resztą polał zakrwawione dłonie i nóż. Ręce mu drżały. W miejscu, gdzie kiedyś miał palce, ból był nie do zniesienia. W pewnej chwili w łunie bijącej od pożaru dostrzegł strażaka, który niósł na rękach jakieś małe zawiniątko. Znieruchomiał i patrzył z niedowierzaniem.

Nie! To niemożliwe!

Zrozumiał. To nie było żadne zawiniątko, ale…

— Jeezu Chrystee! — zawył i padł w błoto na kolana. — Dzieci! Tam były dzieci!…

Patrzył przerażony, jak kolejny ze strażaków niesie drugie dziecko.

Na więcej już nie czekał. Dopił bimber, wstał i chwiejnym krokiem poszedł w stronę meliny Żylety. W kieszeni obracał kciukiem zapalniczkę.


Nasłuchiwał pod drzwiami. W pakamerze było cicho. Ostrożnie otworzył i zajrzał do środka. Żyleta siedział na krześle i spał smacznie, ułożony na brudnym blacie.

Podszedł bliżej. Obserwował sylwetkę śpiącego. Podniósł pustą butelkę po wódce i z rozmachem walną nią w łysy łeb bandyty. Szkło rozprysło się na wszystkie strony. Odczekał chwilę, słuchając czy nie narobił zbyt wiele hałasu. Wyjął z kieszeni zapalniczkę. Postawił ją na biurku tuż obok głowy leżącego, a potem wyjął nóż.


*


— Żyleta! Obudź się! No obudź się, zasrańcu!

Jakiś mężczyzna szarpał go za ramię i darł się tak głośno, że pękały bębenki w uszach. Franciszek Wysypał wolno otwarł oczy, ale zaraz na powrót je zamknął. Po pierwsze dlatego, że ostre światło świeciło mu prosto w twarz, a po drugie, bo poznał kto się do niego przed chwilą wydzierał.

— Bidulek! Patrzcie, co to wódka potrafi zrobić nawet z takiego bydlaka!


Kurwa! Toż to jest ten zasrany pies, Morda! — pomyślał Żyleta, mając na myśli komisarza Ludwika Panasiewicza, zwanego powszechnie w środowisku wszelkiego rodzaju męt i bandytów Mordą.

Do nadania tego przezwiska przyczynił się nie kto inny, jak właśnie Żyleta, który lata temu przejechał nożem po facjacie policjanta, zostawiając mu na całe życie sporą bliznę. Za ten czyn odsiedział swoje, ale jak to mówią, uraz pozostał, a Wysypał miał w osobie komisarza zaciekłego wroga.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 41.27