E-book
23.63
drukowana A5
71.78
Śledzie

Bezpłatny fragment - Śledzie

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
295 str.
ISBN:
978-83-8440-958-9
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 71.78

Przedmowa

Kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po maszynopis „Śledzi”, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Tytuł sugerował może skromny kryminał kulinarny, może sielską opowieść o kaszubskich rybakach. Szybko jednak okazało się, że trzymam w rękach coś zupełnie innego — powieść, która śmiało żongluje konwencjami, łamie tabu i zadaje pytania, na które żaden szanujący się teolog ani żaden doświadczony prokurator nie odważyłby się odpowiedzieć wprost.

A jednak autor tej książki odważył się.

„Śledzie” to rzecz o ośmiu klerykach, którzy wyruszają na pielgrzymkę, a trafiają do piekła. Nie tego biblijnego, z ogniem i siarką, ale znacznie gorszego — piekła absolutnej ciemności, głodu, zimna i zwątpienia. Piekła, w którym jedynym pokarmem jest surowy śledź, a jedynym napojem — jego mlecz. Piekła, które rodzi herezję. I królestwo.

Jako ktoś, kto przez lata zajmował się literaturą kryminalną, muszę przyznać, że rzadko spotyka się tak misternie skonstruowaną intrygę. Każdy rozdział to kolejna warstwa śledztwa — tyle że nie prowadzi go detektyw w prochowcu, lecz grupa rozbitków na arktycznej wyspie. Ich zbrodnią jest wiara. Ich ofiarą — sami siebie. A ich wyrokiem — śmierć w paszczy rekina. Autor z niezwykłą precyzją buduje napięcie, stopniując je od niepokoju po czysty terror. Gdy w pierwszym rozdziale gasną światła w zakrystii, czytelnik nie wie jeszcze, że to zapowiedź czegoś znacznie gorszego. Gdy w rozdziale trzecim klerycy budzą się w ładowni pełnej śledzi, nie ma już odwrotu. A gdy w rozdziale piętnastym kapitan Mitchell wydaje rozkaz wyrzucenia ich za burtę — wiemy, że żadne z nich nie ujdzie z życiem. I w tym tkwi prawdziwy geniusz tej powieści: nie chodzi o to, czy zginą, ale jak umrą. I czy ich śmierć okaże się zbawieniem, czy potępieniem.

Z kolei jako teolog z zamiłowania (i z wykształcenia) muszę zdjąć czapkę przed odwagą autora. „Śledzie” to bowiem nie tylko kryminał, ale i głęboko teologiczna parabola o naturze wiary, ofiary i sakramentu. Autor świadomie sięga po chrześcijańską symbolikę — jest tu swoje „Ojcze nasz” i swoje „Ave Maria”, ale przełożone na język śledzi. Jest Eucharystia, tyle że z mleczem zamiast wina i ciałem śledzia zamiast chleba. Jest katedra, tyle że z głazów i czaszek. Jest objawienie, tyle że w ciemności ładowni. I to wszystko nie jest bluźnierstwem — to jest pytanie. Pytanie, które autor zadaje czytelnikowi, sobie, a może i samemu Bogu: gdzie kończy się herezja, a zaczyna prawdziwa wiara? Czy Bóg może być rybą? Czy ryba może być Bogiem? I czy to, co jemy i pijemy, nie jest przypadkiem Jego ciałem i krwią?

Nie przypominam sobie drugiej takiej książki, która tak bezwzględnie demaskowałaby nasze przyzwyczajenia religijne. Autor nie oszczędza nikogo — ani pobożnych kleryków, którzy tracą wiarę, ani cynicznych marynarzy, którzy ją odzyskują, ani nas, czytelników, którzy z niedowierzaniem śledzimy losy ośmiu szaleńców na krańcu świata. Bo czy na pewno są szaleńcami? Czy może to my jesteśmy ślepi, głusi i niemi na wołanie Śledzia?

Fabuła, choć z pozoru absurdalna, trzyma się logiki wewnętrznej z żelazną konsekwencją. Autor nie oszukuje czytelnika — od pierwszych stron wiemy, że ta podróż nie zakończy się szczęśliwie. Wiemy, że śledzie będą patroszone, msze odprawiane, a rekiny przyjdą po swoje. Ale mimo tej (a może właśnie dzięki tej) nieuchronności, czytelnik wciąga się w losy bohaterów z narastającą pasją. Kim jest tajemniczy Leon, który widzi wizje i słyszy śledzie? Dlaczego to właśnie on prowadzi innych? Czy jest prorokiem, szaleńcem, czy może kimś pośrednim? I co symbolizuje Filip — najmłodszy, najczulszy, najbardziej podatny na wizje? Te postacie nie są papierowe. Mają w sobie cierpienie, wątpliwości, momenty zwątpienia i momenty olśnienia. Wierzy się w ich wiarę. I współczuje ich cierpieniu.

Język powieści jest zresztą osobnym tematem do analizy. Autor operuje słowem z mistrzowską precyzją — raz oszczędnym, ascetycznym, prawie biblijnym, innym razem rozbuchanym, pełnym makabrycznych szczegółów, które na długo zapadają w pamięć. Opisy ładowni, w której klerycy przez dwadzieścia jeden dni żywią się surowymi rybami, są nie do zniesienia — i właśnie o to chodzi. Czytelnik ma poczuć ten sam niesmak, tę samą ciemność, tę samą utratę zmysłów co bohaterowie. I czuje. Po kilkunastu stronach przestaje się odróżniać dzień od nocy, prawdę od halucynacji, śledzia od Boga. To jest mistrzostwo.

Nie sposób też nie wspomnieć o zakończeniu. Rozdział osiemnasty i epilog to prawdziwa eksplozja znaczeń — wszystko, co dotąd wydawało się przypadkowe, okazuje się elementem większego planu. Śledź, który przez całą powieść był tylko rybą, symbolem, pretekstem, w finale staje się Kimś. I choć autor pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi (czy to dobrze? czy to źle? czy to w ogóle miało sens?), to nie czuje się zawodu. Czuje się za to coś, co w literaturze współczesnej jest rzadkością — niedosyt. Chce się więcej. Chce się jeszcze raz przeczytać, jeszcze raz przeżyć, jeszcze raz uwierzyć.

„Śledzie” to książka nie dla każdego. Nie dla tych, którzy szukają lekkiej lektury na plażę. Nie dla tych, którzy boją się pytań o sens wiary, cierpienia i ofiary. Nie dla tych, którzy nie przepadają za surowymi rybami. Ale dla tych, którzy odważą się sięgnąć po tę powieść, czeka przeżycie niezwykłe — literackie, teologiczne i kryminalne jednocześnie. To rzecz, o której nie zapomina się po zamknięciu ostatniej strony. To rzecz, która zostaje w czytelniku. Jak ość. Jak łuska. Jak śledź.

Polecam z całego serca.

I ostrzegam: po tej lekturze inaczej spojrzy pan na śledzia w supermarkecie. I na własną wiarę.

Janusz M. — autor kryminałów teologicznych (m.in. „Rybak i śmierć”, „Ości grzechu”, „Kielich pełen krwi”)

ROZDZIAŁ 1

Ósmy kleryk

Kiedy w nocy z piętnastego na szesnastego lipca w zakrystii lubelskiego seminarium zgasło światło, nikt nie pomyślał o awarii. Takie rzeczy zdarzały się w starych budynkach, szczególnie tych, które pamiętały jeszcze carskie czasy. Ksiądz prałat Strzyżewski, rektor, westchnął ciężko, sięgnął po brewiarz i nawet nie zadał sobie trudu, by wezwać elektryka. To był ten rodzaj człowieka, który w każdym zdarzeniu widział rękę Opatrzności — albo rękę szatana, w zależności od humoru i pory roku. Tym razem Opatrzność najwyraźniej postanowiła, że klerycy mają spowiadać się w półmroku, bo świece w zakrystii jakoś cudem się znalazły, a ich migotliwe płomienie rzucały na ściany cienie długie jak grzechy młodych adeptów duchowieństwa.

W tym półmroku siedziało ich siedmiu.

Siedmiu kleryków z rocznika, który przechodził do historii jako „ten dziwny”. Dziwny nie dlatego, że szczególnie pobożny albo szczególnie rozpuszczony — po prostu każdy z nich miał w sobie coś, co od początku budziło niepokój wśród wykładowców. Brat Mateusz z Lublina, chłopak o twarzy anioła i oczach tak ciemnych, że wyglądały jak dwie studnie bez dna, potrafił godzinami patrzeć w ścianę i twierdzić, że słyszy, jak „kamienie śpiewają”. Brat Paweł z Częstochowy, były żołnierz, który po misji w Afganistanie wstąpił do seminarium, miał na przedramieniu wytatuowany krzyż opleciony różańcem, ale pod habitem nosił także mały, srebrny wisiorek w kształcie ryby — symbol pierwszych chrześcijan, jak tłumaczył, choć niektórzy twierdzili, że to amulet. Brat Andrzej, najstarszy z nich, czterdziestoletni lektor, który wcześniej pracował jako śledczy w prokuraturze, zanim „Bóg zapukał do drzwi” — jego słowa — w chwili, gdy akurat zajmował się sprawą zaginionego księdza z archidiecezji warmińskiej. Sprawa nigdy nie została wyjaśniona, a Andrzej do dziś twierdził, że „niektóre rzeczy są za duże nawet na Watykan”.

Byli też inni: młody, zdolny Tymoteusz z małej wioski pod Częstochową, który pisał wiersze o morzu, choć morza nigdy nie widział; Kacper, chłopak o nieproporcjonalnie dużych dłoniach, który śpiewał w chórze seminaryjnym basem tak głębokim, że podczas egzorcyzmów w kaplicy podobno jedna z opętanych kobiet zaczęła krzyczeć, że „ziemia się otwiera”; Hiob, który przybrał to imię po wstąpieniu do zakonu, a wcześniej nazywał się zwyczajnie Jacek i prowadził agencję towarzyską w Warszawie — nawrócenie przyszło mu, jak mawiał, „przez cierpienie i przez kobietę, która okazała się aniołem”; wreszcie najmłodszy, szesnastoletni Filip, który miał dar widzenia rzeczy, których nie ma, i rzeczy, które dopiero nadejdą. Filip nie mówił o tym głośno, bo za pierwszym razem, gdy zwierzył się spowiednikowi, dostał pokutę trzech zdrowasiek i zalecenie, żeby „mniej myślał o diabelskich sztuczkach”. Od tamtej pory milczał, ale patrzył. I widział.

To było siedmiu.

A miało być ośmiu.

— Spóźnia się — mruknął Mateusz, nie odrywając wzroku od ściany. Jego palce bębniły w stół w rytmie, który nie przypominał żadnej znanej melodii. — Trzeci raz z rzędu. Poprzednim razem, gdy się spóźnił, we śnie przyszedł do mnie potwór. Miał oczy ze śledzi. Nie jadłem śledzi od miesięcy.

— Mateusz, przestań straszyć — rzucił Paweł, przecierając swój srebrny wisiorek. — Każdy się czasem spóźnia. Może go rektor zatrzymał. Może ma dodatkowe pokutowanie. Może…

— Może po prostu nie przyjdzie — przerwał mu Andrzej głosem człowieka, który w prokuraturze przesłuchał setki świadków i nauczył się, że najczęściej prawda jest prostsza, niż się wydaje, ale też bardziej przerażająca. — Zapomnijcie o tym. Ósmy to nie nasz problem. Zebraliśmy się tu, żeby omówić rejs. Mamy wynajęty jacht. Mamy zgodę kurii. Mamy mapy, prowiant, brewiarze na każdy dzień. Płyniemy na Bornholm, modlimy się, wracamy. Proste.

— Nic nie jest proste — odezwał się Hiob. Dawny alfons, teraz kleryk Boży, siedział w kącie zakrystii z rozłożonym na kolanach notesem, w którym zapisywał coś długim, kościstym pismem. — Gdy prowadziłem agencję, myślałem, że proste jest to, za co płacą. A potem przyszedł facet, który zamówił towarzystwo na cały tydzień, a po trzech dniach okazało się, że towarzystwo to on, a ja byłem towarem. Nie ma prostych spraw. Są tylko takie, które jeszcze nie zaczęły się komplikować.

— Pięknie — wtrącił Kacper swoim basem, od którego zadrżały szyby w oknach zakrystii. — Ale czy możemy wrócić do tematu? Jacht nazywa się „Ave Maris Stella”. Wynajęliśmy go na dziesięć dni. Kapitan to jakaś stara wyga z Ustki, podobno pływał na statkach handlowych po całym świecie. Ma zezwolenia, licencje, certyfikaty. Co może pójść nie tak?

Filip podniósł wzrok.

Miał oczy jasne, prawie przezroczyste, jakby patrzył nie na świat, ale przez świat.

— Śledzie — powiedział cicho.

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Co? — zapytał Tymoteusz, który akurat marzył o falach Bałtyku i białych klifach Bornholmu. — Co ty mówisz, Filip?

— Śledzie — powtórzył chłopak. Jego głos był cichy, ale dziwnie wyraźny, jakby każda sylaba była oddzielnie wypowiadana przez kogoś, kto stoi bardzo blisko ucha. — Widzę je. Wszędzie. Wczoraj wieczorem, gdy się modliłem, w kaplicy zgasły świece. Nie przeciąg, nie wiatr. Po prostu zgasły. A w ciemności słyszałem plusk. Jakby ryby wyskakiwały z wody. Tylko że w kaplicy nie ma wody. Nie ma ryb. A jednak…

— A jednak? — podjął Andrzej, nachylając się do przodu. On jeden spośród całej siódemki nie miał w oczach kpiny. Był śledczy. Wiedział, że czasem najmniej prawdopodobne zeznania okazują się najbardziej wartościowe.

— A jednak czułem zapach śledzi — dokończył Filip. — Słony, ostry, taki jak na targu rybnym. Tylko że w kaplicy, powtarzam, nie ma ryb. Nie jadłem ryb od tygodnia, bo w kuchni seminaryjnej od środy podają tylko schabowe z ziemniakami. Więc skąd ten zapach? Skąd te pluski?

Nastała cisza.

Paweł zaciągnął rękaw habitu na wytatuowany krzyż.

Mateusz zamrugał szybko i odwrócił wzrok od ściany, na której przed chwilą, jak twierdził, widział twarz.

Hiob przestał pisać.

Tymoteusz odłożył swoje wiersze o morzu.

Kacper wstrzymał oddech, żeby przypadkiem nie rozwalić basem witraża.

I wtedy otworzyły się drzwi.

Wszedł ósmy.

Nazywał się Leon.

Leon miał trzydzieści trzy lata — wiek Chrystusa, jak lubił podkreślać, choć robił to z takim uśmieszkiem, że nie było wiadomo, czy to pobożność, czy bluźnierstwo. Pochodził z Lublina, ale studiował też przez rok w Częstochowie, więc znał wszystkich zebranych. Był wysoki, chudy, z długimi palcami, którymi bez przerwy wykonywał jakieś dziwne gesty — jakby składał niewidzialne origami albo jakby odprawiał jakieś własne, nieznane obrzędy. Miał też dziwny nawyk patrzenia na ludzi w taki sposób, jakby ich nie widział, ale coś przez nich. Jakby przez każdego kleryka prześwitywał inny kształt — czasem ryba, czasem ptak, czasem coś, czego nie da się opisać słowami, bo słowa zawodziły, gdy próbowały uchwycić to, co Leon widział.

— Przepraszam za spóźnienie — powiedział, zamykając za sobą drzwi. Nie przeprosił jednak w taki sposób, jak robi to człowiek, któremu naprawdę jest przykro. Jego przeprosiny brzmiały jak stwierdzenie faktu. Jakby mówił: „Otóż spóźniłem się. To już się stało. Przejdźmy do rzeczy ważniejszych”. — Miałem wizję.

— Kolejną? — zapytał Mateusz. Nie krył ironii. On też miał wizje, ale nie znosił, gdy ktoś inny je miał. To była taka specyficzna rywalizacja mistyczna — kto zobaczy więcej, kto głębiej, kto straszniej.

— Nie „kolejną” — odparł Leon, siadając na jedynym wolnym krześle, tym samym, na którym według niepotwierdzonych plotek siedział kiedyś sam prymas Wyszyński. — Wizję. Przez duże W. Widziałem morze. Nie Bałtyk, nie to wasze płytkie, zielonkawe błoto. Widziałem prawdziwe morze. Ocean. A na oceanie statek. Nie jacht. Kuter. Rybacki. I w ładowni tego kutra…

— Śledzie — dokończył Filip, nie pytając.

Leon spojrzał na niego i po raz pierwszy na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uznania.

— Tak — powiedział cicho. — Śledzie. Tysiące śledzi. I my. Wszyscy ośmiu. W ciemności. Przez dwadzieścia jeden dni.

W zakrystii zrobiło się tak cicho, że słychać było skrzypienie starego drewna w podłodze i oddechy siedmiu młodych mężczyzn, którzy nagle poczuli, że coś jest nie tak. Nie coś w sensie „zapomniałem brewiarza” albo „nie zamknąłem okna w celi”. Coś znacznie głębszego. Coś, co przypominało ten moment w kryminale, gdy detektyw odkrywa, że wszystkie tropy prowadzą do tego samego miejsca — do miejsca, które wydawało się bezpieczne, a okazało się pułapką.

— Skąd wiesz o dwudziestu jeden dniach? — zapytał Andrzej, prostując się na krześle. Jego prokuratorski instynkt włączył się jak refleks. — Dlaczego akurat dwadzieścia jeden? Nie dziesięć, nie czternaście, nie trzydzieści?

Leon wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Wiem tylko tyle, ile mi pokazano. A pokazano mi ciemność, śledzie i wasze twarze. Wszystkie. Bez wyjątku. — Przesunął wzrokiem po zebranych. — I wiesz co jeszcze? W tej wizji nikt z nas nie miał habitu. Mieliśmy na sobie coś w rodzaju… skór. Rybich skór.

— To herezja — burknął Paweł, zaciskając pięść na wisiorku. — Nie powinieneś opowiadać takich rzeczy. Ani nawet ich sobie wyobrażać. Ksiądz egzorcysta by cię…

— Ksiądz egzorcysta by mnie wyspowiadał, dał trzy zdrowaśki i kazał mniej myśleć — przerwał mu Leon. — Ale ja nie myślę. Ja widzę. To różnica.

— A co z rejsem? — odezwał się nagle Tymoteusz, który do tej pory milczał, zatopiony w swoich morskich marzeniach. — Mamy płynąć za trzy dni. Jacht czeka w Ustce. Pieniądze wpłacone. Zgoda kurii podpisana. Nawet media o tym piszą — „Klerycy na morskiej pielgrzymce”, tytułowali w „Gościu Niedzielnym”. Nie możemy teraz odwołać.

— Nikt nie mówi o odwołaniu — powiedział Andrzej. Mówił spokojnie, rzeczowo, jakby prowadził odprawę przed ważnym śledztwem. — Mówimy o tym, że w tej grupie dzieją się dziwne rzeczy. Mateusz ma sny o potworach ze śledzimi oczami. Filip czuje w kaplicy zapach ryb i słyszy pluski. Leon widzi w wizji nas wszystkich zamkniętych w ładowni pełnej śledzi. — Zrobił pauzę. — A ja, choć do tej pory nie chciałem o tym mówić, od tygodnia dostaję anonimowe listy.

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Jakie listy? — zapytał Hiob. Jego długie palce zatrzymały się nad notesem.

— Listy, w których jest tylko jeden wyraz — powiedział Andrzej, sięgając do wewnętrznej kieszeni habitu. Wyjął stamtąd złożoną na czworo kartkę. Rozłożył ją. Na pożółkłym papierze, drukowanymi literami, widniał napis:

ŚLEDŹ.

Tylko tyle. Pięć liter. Żadnego podpisu. Żadnej daty. Żadnego znaczka pocztowego — listy po prostu pojawiały się pod drzwiami jego celi, zawsze rano, zawsze o świcie.

— To jakiś żart — wzruszył ramionami Paweł. — Ktoś z nas próbuje was nastraszyć. Może któryś z wykładowców? Ksiądz Strzyżewski lubi takie…

— Ksiądz Strzyżewski boi się własnego cienia — przerwał mu Kacper basem. — Nie, to nie on. Poza tym, po co miałby to robić? Żeby odstraszyć nas od rejsu? A może ktoś chce nas od tego rejsu odwieść. Może ktoś nie chce, żebyśmy popłynęli. Może ktoś wie, co nas czeka.

— Albo czego szukamy — dodał Hiob enigmatycznie.

— Czego szukamy? — zapytał Filip swoim cichym głosem. — Myślałem, że jedziemy się modlić. Na Bornholm. Do średniowiecznego kościoła. Do grobu świętego, którego nazwiska nawet nie pamiętam.

— Świętego Kjeldgaarda — podpowiedział Tymoteusz, który znał wszystkie przewodniki po duńskich wyspach na pamięć. — Żył w XII wieku. Patron rybaków. Ciekawostka: podobno potrafił rozmawiać z rybami. W każdym razie podaje się to w legendach. Gdy wchodził do wody, ławice śledzi podpływały do niego jak do przyjaciela.

Nastała cisza.

Tym razem cisza inna niż poprzednio. To było milczenie ludzi, którzy nagle zobaczyli, że wszystkie fragmenty układanki pasują do siebie. Święty od ryb. Śledzie w wizjach. Sny o potworach. Zapachy w kaplicy. Listy z jednym słowem.

— To nie może być przypadek — powiedział w końcu Andrzej. — Pracowałem w prokuraturze przez dwanaście lat. Nauczyłem się jednego: jeśli coś wygląda jak zbieg okoliczności, a śmierdzi jak zbieg okoliczności, to najprawdopodobniej jest to dobrze zaplanowana operacja. Ktoś chce, żebyśmy popłynęli. Albo ktoś chce, żebyśmy nie popłynęli. Ale jedno jest pewne — ktoś o nas wie. Ktoś nas obserwuje. Ktoś wie o nas rzeczy, których sami o sobie nie wiemy.

— Na przykład? — zapytał Mateusz.

— Na przykład to, że każdy z nas ma jakiś związek z rybami — powiedział Andrzej. — I nie chodzi mi tylko o Tymoteusza, który marzy o morzu, czy o Leona, który ma wizje. Chodzi o coś głębszego. — Spojrzał na Pawła. — Ty, bracie, nosisz wisiorek w kształcie ryby. Ale to nie jest zwykła ryba, prawda? To symbol pierwszych chrześcijan, owszem. Ale skąd go masz?

Paweł zawahał się.

— Dostałem go od ojca — powiedział w końcu. — Mój ojciec był rybakiem. Na Bałtyku. Łowił śledzie, szproty, czasem dorsze. Zniknął w morzu dwadzieścia lat temu. Podczas sztormu. Nigdy nie znaleziono ciała. Tylko tę rybkę. Wypłynęła na brzeg tydzień później. W plastikowym pudełku po śledziach.

— A ty, Hiobie? — ciągnął Andrzej. — Ty prowadziłeś agencję towarzyską. Jeden z twoich klientów, ten, który zamówił towarzystwo na tydzień, a potem okazało się, że to ty jesteś towarem — on też miał związek z rybami. Pamiętasz? Miał tatu na piersi. Śledzia.

Hiob zbladł.

— Skąd ty to wiesz? — wyszeptał.

— Bo sprawdziłem twoje akta — powiedział Andrzej bez mrugnięcia okiem. — Mam dostęp do niektórych baz danych. Dawny zawód. I nie jestem z tego dumny, ale podejrzewałem, że w tej grupie jest coś nie tak. Postanowiłem to sprawdzić. I wiesz co? Każdy z nas ma w swojej przeszłości jakiś śledziowy epizod. Mateusz — jego dziadek był konserwistą w fabryce konserw rybnych w Gdyni. Kacper — jego matka pracowała w sklepie rybnym. Filip — jego pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to zapach śledzi smażonych przez babcię. Tymoteusz — jego wujek zaginął na kutrze rybackim pod Helą. Andrzej — sam miałem sprawę o zabójstwo, w której ofiarą był handlarz śledziami z Gdańska. A Leon… Leon ma w swoim pokoju obraz. Nie wiem, skąd go ma. Ale to nie jest obraz świętego ani Matki Boskiej. To jest obraz śledzia. Wielkiego śledzia w koronie.

Leon uśmiechnął się.

— Wiedziałem — powiedział cicho. — Wiedziałem, że ty to wyczujesz, Andrzeju. Dlatego chciałem, żebyś był w tej grupie. Jesteś naszym detektywem. Naszym śledczym. Naszym… śledziowym.

Użył tego słowa celowo. Wszyscy to wyczuli.

— Przestań — rzucił Paweł. — To są bzdury. Zbiegi okoliczności. Życie jest pełne przypadków. To, że czyjś dziadek pracował w fabryce ryb, nie znaczy, że…

— A to? — przerwał mu Andrzej, wyciągając z kieszeni kolejny list. Tym razem nie był to pożółkły papier, ale nowa, biała koperta. — Znalazłem to dzisiaj rano pod drzwiami. Przeczytajcie.

Rozłożył kartkę.

Na środku, drukowanymi literami, widniał tekst:

„Ośmiu kleryków. Dwadzieścia jeden dni. Jeden śledź, który jest królem. Rejs na Bornholm to tylko pretekst. Prawdziwa podróż zacznie się, gdy stracicie światło. Nie próbujcie uciekać. Śledź was widzi. Śledź was woła.”

Pod spodem, zamiast podpisu, mały rysunek — korona, a pod nią ryba.

— Ktoś się bawi w proroka — mruknął Kacper. — Albo w psychopatę.

— Albo w kogoś, kto wie więcej niż my — odparł Andrzej. — Pytanie brzmi: co robimy? Odwołujemy rejs? Zgłaszamy sprawę kurii? Policji?

— Nie — powiedział Leon. Wstał z krzesła. Jego długie palce wykonały kilka niewidzialnych gestów, jakby składał origami z powietrza. — Płyniemy. Musimy płynąć. To nie jest groźba. To jest zaproszenie.

— Zaproszenie do czego? — zapytał Filip.

Leon spojrzał na niego. W jego oczach pojawił się blask — taki sam, jaki Filip widywał w swoich wizjach, gdy rzeczywistość rozszczepiała się na dwie warstwy: tę, którą widzą wszyscy, i tę, którą widzą nieliczni.

— Do poznania prawdy — powiedział Leon. — O śledziach. O nas. O tym, co czeka na nas na końcu świata. I wiesz co, Filip? Ty to widzisz. Ty to czujesz. Nie udawaj, że nie.

Filip spuścił wzrok.

— Boję się — przyznał cicho.

— To dobrze — odparł Leon. — Strach to jedyne uczucie, które otwiera drzwi do rzeczywistej wiary. Gdy się nie boisz, nie potrzebujesz Boga. Gdy się boisz, sięgasz po coś większego.

W zakrystii znowu zrobiło się cicho. Świece dogasały, a ich płomienie rzucały na ściany coraz dziwniejsze cienie — cienie, które nie przypominały kleryków siedzących przy stole. Przypominały raczej wielkie, płynące w mroku ławice ryb.

— Głosujemy — powiedział Andrzej. — Kto za rejsem?

Leon podniósł rękę. Potem Filip, choć widać było, że robi to z wielkim trudem. Potem Hiob, który westchnął ciężko, jakby wiedział, że to, co ma nastąpić, przekreśli wszystko, co do tej pory zbudował — zarówno to dobre, jak i złe. Potem Kacper, który basem mruknął: „Bądź wola Twoja”. Potem Tymoteusz, który marzył o morzu i nie wyobrażał sobie, żeby teraz zrezygnować. Potem Mateusz, który pomyślał, że może w tych snach o śledziowym potworze chodzi o coś więcej niż tylko o lęk przed ciemnością. Potem Paweł, choć robił to niechętnie, zaciągając rękaw na wytatuowany krzyż.

Siedem rąk.

Andrzej patrzył na nie przez chwilę.

— To znaczy, że jeśli teraz zagłosuję przeciw, i tak będziecie chcieli płynąć — stwierdził. — Więc lepiej, żebym był z wami. Żeby mieć na was oko. I na tego waszego śledzia.

Podniósł rękę jako ósmy.

— Rejs odbędzie się — ogłosił. — Ale pamiętajcie: jeśli coś pójdzie nie tak, ja wzywam pomoc. Mam na okręcie radio. Mam sygnały alarmowe. Mam też broń, ale o tym nie mówcie nikomu.

— Broń? — zapytał Paweł z niedowierzaniem. — W habitach?

— W plecaku — odparł Andrzej. — Mały pistolet. Został mi z czasów prokuratorskich. Nie zamierzam go używać, ale jeśli ktoś nas porwie, wsadzi do ładowni pełnej śledzi i będzie kazał nam jeść ryby przez dwadzieścia jeden dni… — wzruszył ramionami — ...to wolę mieć jakiś argument.

Leon uśmiechnął się.

— Andrzeju — powiedział cicho. — Tam, dokąd zmierzamy, żaden argument nie będzie potrzebny. Bo to, co nas czeka, nie jest na tyle małe, żeby je zatrzymać kulą.

— A na tyle duże, żeby je zatrzymać modlitwą? — zapytał Filip.

Leon spojrzał na niego.

— Tego nie wiem — przyznał. — Ale mam nadzieję.

W tej chwili, dokładnie o północy, zgasły ostatnie świece.

Zakrystia pogrążyła się w całkowitych ciemnościach.

I w tych ciemnościach, po raz pierwszy — ale nie ostatni — wszyscy ośmiu usłyszeli plusk.

Jakby ryba wyskoczyła z wody.

Tylko że w zakrystii nie było wody.

I nie było ryb.

A jednak plusk był.

I zapach — słony, ostry, nie do pomylenia — zapach śledzia.

Tego wieczoru, 15 lipca, o godzinie 23:59, w zakrystii lubelskiego seminarium, zaczęła się historia, której nikt z nich nie mógł przewidzieć. Historia o ośmiu klerykach, którzy mieli popłynąć na pielgrzymkę, a zamiast tego trafili do ładowni pełnej śledzi. Historia o wierze, która przekształciła się w herezję. Historia o królestwie założonym na arktycznej wyspie. Historia, która miała zakończyć się w paszczy rekina, ale tak naprawdę — jak to w dobrych kryminałach i jeszcze lepszych fantastycznych opowieściach bywa — dopiero się zaczynała.

Bo śledź, który jest królem, nie zaprasza bez powodu.

A ósmy kleryk — ten, który przyszedł ostatni, z wizją na ustach i cieniem ławicy rybiej w oczach — wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny.

Leon wiedział.

I dlatego właśnie się uśmiechał, gdy gasły świece.

Nie z wyższości. Nie z pewności siebie. Z czegoś znacznie rzadszego — z pokory człowieka, który zrozumiał, że jest tylko trybikiem w maszynie o wiele większej niż on sam. Maszynie zbudowanej z wody, soli, łusek i tysięcy małych, srebrzystych ciał, które płyną przez ciemność jak modlitwa, jak przekleństwo, jak przeznaczenie.

— Płyniemy — powiedział w ciemnościach.

I nikt nie zaprotestował.

ROZDZIAŁ 2

Jacht „Ave Maris Stella”

Poranek 18 lipca w Ustce był tak piękny, że aż podejrzany. Niebo miało kolor wypłowiałego błękitu, jaki malują na pocztówkach z Chorwacji, a nie nad Bałtykiem, gdzie standardem są szarości i pluchy. Słońce stało już dość wysoko, by wydobyć z fal tysiące małych, srebrzystych błysków — jakby ktoś rozsypał po powierzchni wody pokruszone lustra. Mewy krążyły nad mariną z miną stałych bywalców, które widziały już wszystko: odpływające jachty, wracające kutry, pijanych żeglarzy, płaczące narzeczone i milczących mężczyzn w sutannach, którzy właśnie wnosili na pokład brewiarze i prowiant.

— Wygląda jak z obrazka — mruknął Tymoteusz, stojąc na pomoście i wchłaniając wzrokiem każdy szczegół. On, który morze znał dotąd tylko z wierszy, ze snów i z przewodników turystycznych, teraz patrzył na nie na jawie i nie mógł uwierzyć własnym oczom. — Pachnie… pachnie jak…

— Jak ryby, śmierdzące wodorosty i stęchła woda z silników — dokończył za niego Paweł, który szedł kilka kroków za nim, dźwigając torbę z wisiorkiem w kształcie ryby pod habitem. — Ale ty nazwij to poetycko. Lubicie takie rzeczy.

— Pachnie wolnością — powiedział Tymoteusz z uporem marzyciela, któremu rzeczywistość nie ma prawa psuć nastroju.

— Wolność nie ma zapachu — wtrącił Andrzej, przechodząc obok z mapami nawigacyjnymi zwiniętymi w rulon. — Wolność to abstrakcja. A to, co czujesz, to dimetylotioetan. Związek chemiczny wydzielany przez rozkładające się glony. Ciekawostka: w dużych stężeniach może wywoływać halucynacje. Miejscowi rybacy czasem mówią, że po sztormie „morze szaleje”. To nie morze. To ich mózgi po wdychaniu tego gówna.

— Pięknie — westchnął Hiob, który szedł na końcu, ciągnąc walizkę na kółkach. Dawny alfons, teraz kleryk Boży, miał na sobie elegancki, czarny płaszcz, który kupił jeszcze w czasach, gdy jeździł mercedesem i nosił złoty łańcuch. Teraz łańcuch zastąpił krzyż, a mercedesa — wiara, ale gust pozostał. — Pierwszy dzień rejsu, a my już zaczynamy od wykładu z chemii organicznej i opowieści o halucynacjach. Andrzeju, ty naprawdę wiesz, jak zepsuć atmosferę.

— Ja nie psuję atmosfery — odparł Andrzej bez uśmiechu. — Ja ją opisuję. To różnica.

Na pokładzie jachtu „Ave Maris Stella” czekał już kapitan. Miał około sześćdziesiątki, siwe włosy przyprószone solą (choć mogło to być również zwykłe łupież, trudno było ocenić), cerę wypaloną przez wiatry i alkohol, oraz oczy, które patrzyły na świat z takim zmęczeniem, jakby widziały już wszystkie możliwe wersje katastrofy i tylko czekały, która się sprawdzi. Nazywał się Marian Kaszuba, ale na wybrzeżu mówili na niego „Marynarz”, co było tak oryginalne, jak nazwanie piekarza — „Piekarz”.

— To wy jesteście ci klerycy? — zapytał, nie kryjąc rozczarowania. Najwyraźniej spodziewał się kogoś innego. Może ludzi, którzy nie będą mu zadawać pytań. Może milczących pielgrzymów, którzy cały dzień spędzą w kajutach na modlitwie, a jacht popłynie sam, oszczędzając mu wysiłku. — Jest was… ilu?

— Ośmiu — powiedział Leon, który pojawił się znikąd, jakby wyrósł z pokładu. Miał na sobie zwykły, czarny habit, ale na ramieniu niósł mały, drewniany krucyfiks, który wyglądał na bardzo stary i bardzo dziwny — Chrystus na nim nie miał twarzy. Zamiast rysów, gładkie, srebrzyste drewno. — Ośmiu kleryków. Trzech z Częstochowy, pięciu z Lublina. Płyniemy na Bornholm. Zgodę mamy. Pieniądze też. Pan kapitan sprawdził?

— Sprawdziłem — burknął Kaszuba, spluwając przez burtę. Plwocina wylądowała z cichym pluskiem w wodzie, a mewa natychmiast nurkowała, myśląc, że to ryba. — Pieniądze są. Zgoda jest. Tylko… — zamilkł, patrząc na kleryków podejrzliwym wzrokiem. — Tylko ja nie rozumiem, po co księżom jechać na Bornholm. Tam jest jeden kościół, parafia mała, a wy jedziecie w ośmiu. Na jachcie. To nie jest statek pielgrzymkowy. To jest jacht rekreacyjny. Pływałem na nim z Niemcami, którzy pili wino i grali w karty. Z Polakami, którzy łowili ryby i pili wódkę. Z jedną parą, która… no, mniejsza z tym. Ale z klerykami jeszcze nie pływałem.

— Zawsze musi być pierwszy raz — powiedział Hiob z uśmiechem, który w dawnych czasach otwierał drzwi do najdroższych salonów Warszawy. Teraz otworzył co najwyżej drzwi do niechęci kapitana. — Nie martw się, panie Marianie. Nie będziemy przeszkadzać. Będziemy się modlić, śpiewać godzinki, czytać brewiarze. Może pan sobie w tym czasie popalać fajkę i sterować.

— Nie palę — odparł Kaszuba. — Rzuciłem. Trzy lata temu. Rak. Nie żeby mnie to obchodziło, ale lekarz powiedział, że albo rzucę, albo za rok nie będę miał czym oddychać. Rzuciłem. Teraz tylko pluję.

— Zdrowsze — przyznał Andrzej, który jako jedyny wydawał się nie mieć pretensji do kapitana o jego sarkastyczny ton. — Plucie oczyszcza płuca. Taka ciekawostka.

— Pan to skąd wie? — zapytał Kaszuba, patrząc na Andrzeja z nowym zainteresowaniem.

— Byłem prokuratorem — powiedział Andrzej. — Przesłuchiwałem wielu facetów, którzy mieli raka. I wielu, którzy pluli. Czasem to było to samo.

— Prokurator? — Kapitan gwizdnął cicho. — A teraz kleryk? To niezła zmiana. Coś pan zmalował?

— Zbyt wiele widział — odparł Andrzej enigmatycznie. — Chodźmy na pokład. Pokaże mi pan mapę. Chcę znać trasę.

Reszta grupy wchodziła właśnie na jacht, rozglądając się z mieszaniną ekscytacji i niepokoju. „Ave Maris Stella” — „Witaj, Gwiazdo Morza” — miał około dwunastu metrów długości, biały kadłub z niebieskimi wstawkami, maszt z żaglem, który w tej chwili był zwinięty, oraz małą kabinę nawigacyjną na rufie. Na pierwszy rzut oka wyglądał przyzwoicie. Na drugi — widać było ślady korozji przy relingach, plamy po oleju napędowym na pokładzie i jedną z lin cumowniczych, która strzępiła się niebezpiecznie na końcu.

— Bezpieczny? — zapytał Kacper swoim basem, od którego mewy na chwilę przerwały krążenie. — Bo jeśli nie, to możemy poszukać innego środka transportu. Albo popłynąć promem.

— Bezpieczny — burknął Kaszuba. — Pływałem nim w czasie sztormu dziesięciostopniowego. Wszystko wytrzymał. A ta lina? To tylko końcówka. Reszta jest nowa. Nie czepiać się.

— A to? — zapytał Mateusz, wskazując na niewielką, okrągłą plamę na pokładzie, która wyglądała jak zaschnięta krew.

— Śledź — powiedział kapitan bez wahania. — Przedostatni rejs, jeden z Niemców złowił śledzia, chciał go wypatroszyć na pokładzie, ale mu się wymknął. Plama została. Nie chciało mi się zmywać.

— Śledź — powtórzył Filip cicho, patrząc na plamę. Jego jasne oczy rozszerzyły się. — Wszędzie te śledzie.

— Co? — zapytał Kaszuba.

— Nic — wtrącił szybko Leon, kładąc rękę na ramieniu Filipa. — Młody kolega ma bujną wyobraźnię. To dobrze na rejsie. Pomoże nam się modlić.

— Modlić to się możecie, ile chcecie — mruknął kapitan, odwracając się w stronę sterówki. — Ale jak zaczniecie odprawiać egzorcyzmy na pokładzie, to wysadzę was na pierwszej wyspie. Mam swoje zasady. Żadnych czarnych mszy, żadnych wywoływania duchów, żadnego…

— Nie będziemy wywoływać duchów — obiecał Hiob. — Tylko Boga.

— Bóg jest wszędzie — dodał Paweł, dotykając wisiorka pod habitem. — Nawet na tym jachcie. Nawet w tych śledziach.

Kapitan spojrzał na niego takim wzrokiem, jakby właśnie usłyszał, że ziemia jest płaska, a w środku mieszka smok. Ale nie skomentował. Tylko splunął znowu przez burtę, tym razem celując w mewę, która akurat podpłynęła za blisko. Mewa zdążyła uciec.

— Ruszamy za godzinę — ogłosił. — W międzyczasie rozgośćcie się. Kajuty są cztery, po dwie osoby. Kuchnia mała, ale jest kuchenka, lodówka, zapas wody i jedzenia. Śledzi nie ma, żebyście się nie martwili.

Uśmiechnął się pod nosem, jakby opowiedział dowcip, który tylko on rozumiał. Klerycy wymienili spojrzenia. Andrzej zmarszczył brwi. Leon uśmiechnął się tajemniczo. Filip zaczął cicho nucić pod nosem jakąś melodię, która brzmiała jak kościelna pieśń, ale w dziwny sposób przypominała szum fal.


Godzina później jacht odpłynął z mariny. Silnik warknął, a potem przeszedł w równomierne, uspokajające mruczenie. Wiatr był słaby, więc żagiel pozostał zwinięty — mieli płynąć na silniku przez pierwsze kilka godzin, aż do wysokości Łeby, gdzie kapitan obiecał „lepsze wiatry”. Słońce stało wysoko, woda błyszczała, a mewy pożegnały ich donośnym wrzaskiem, który brzmiał jak „wracajcie szybko, żebyśmy miały co jeść”.

W kajutach klerycy rozpakowywali rzeczy. Tymoteusz i Filip dostali kajutę na dziobie — najmniejszą, ale z iluminatorem, przez który widać było fale rozcinane przez jacht. Tymoteusz od razu przykleił nos do szyby i nie mógł się oderwać.

— Popatrz — powiedział do Filipa, który układał swoje rzeczy z pietyzmem zbliżonym do obsesji. — Popatrz, jak fale się rozchodzą. Jakby ktoś rysował kredą po tablicy. Tylko że to nie kreda, to woda. I nie tablica, to morze.

— Morze jest głębokie — odparł Filip bez entuzjazmu. — Głębokie i ciemne. Na dole jest ciemno. Nawet w dzień.

— Skąd wiesz? — zapytał Tymoteusz, odwracając się od iluminatora.

— Wiem — powiedział Filip. — Byłem tam. We śnie. We śnie, który się powtarza. Stoję na dnie. Wokół mnie tylko ciemność. I śledzie. Tysiące śledzi. Płyną wokół mnie jakby… jakby się modliły.

— Ryby się nie modlą — stwierdził Tymoteusz, choć w jego głosie zabrzmiała nuta niepewności.

— A skąd wiesz? — zapytał Filip. — Skąd wiesz, co robią ryby, gdy nikt nie patrzy? Skąd wiesz, że nie mają swojego Boga? Albo swojej religii? Może śledzie wierzą w coś, co my nazywamy… nie wiem… Wielkim Kutrem. Albo Świętym Morzem. Albo…

— Albo Świętym Śledziem — dokończył Tymoteusz, uśmiechając się, ale bez kpiny. — Leon o tym mówił. Przed rejsem. Mówił, że śledź może być symbolem. Że może coś znaczyć. Że może w ogóle nie chodzi o rybę, tylko o…

— O co?

— Sam nie wiem — przyznał Tymoteusz. — Ale chyba chcę się dowiedzieć.

W drugiej kajucie, na rufie, Andrzej i Paweł układali swoje rzeczy w milczeniu. Paweł zdjął habit, pod którym miał zwykłe, granatowe spodnie i białą koszulkę. Jego wytatuowany krzyż był teraz dobrze widoczny, podobnie jak wisiorek — mała, srebrna ryba z wygrawerowanym greckim napisem ICHTHYS.

— Jesteś pewien, że chcesz płynąć? — zapytał Andrzej, nie patrząc na niego. Składał mapy na małym stoliku, układając je w kolejności chronologicznej. — Możesz zostać. Nikt cię nie zmusza.

— Nikt nie zmusza — przyznał Paweł, siadając na koi. — Ale coś mnie ciągnie. Nie wiem co. Może Bóg. Może sumienie. Może ciekawość. A może to, co ty nazywasz „śledziowym epizodem”. Mój ojciec zniknął na morzu. Na kutrze. Poławiając śledzie. Może jeśli popłynę, dowiem się czegoś o nim. Może to głupie.

— Nie głupie — powiedział Andrzej, w końcu podnosząc wzrok. — W prokuraturze widziałem wielu ludzi, którzy szukali swoich bliskich. Czasem na miejscach zbrodni. Czasem w aktach. Czasem na dnie morza. To nie jest głupie. To jest ludzkie.

— A ty? — zapytał Paweł. — Ty czego szukasz na tym rejsie? Przecież nie wiary. Wiary już masz, skoro zostałeś klerykiem. Chyba że…

— Że co?

— Że nie jesteś pewien. Że masz wątpliwości. Że ten rejs to taka twoja próba. Jak u Hioba — tylko że zamiast trądu, wrzodów i utraty majątku — masz morze. I śledzie.

Andrzej zaśmiał się sucho, bez wesołości.

— Hiob stracił wszystko, bo Bóg się założył z diabłem o jego duszę. Ja nie jestem Hiobem. Jestem tylko byłym prokuratorem, który zbyt wiele widział i zbyt mało zrozumiał. Może na tym morzu zrozumiem więcej. A może zrozumiem, że nie ma czego rozumieć.

— Głębokie — skomentował Paweł.

— Głębokie jak morze — odparł Andrzej. — Chodźmy na pokład. Chcę sprawdzić, czy kapitan trzyma kurs.


Na pokładzie było gwarno. Kacper i Mateusz pomagali kapitanowi przy linach, choć więcej w tym było przeszkadzania niż pomocy. Kaszuba klął pod nosem, ale nie przeganiał ich — może dlatego, że dawno nie miał towarzystwa, a może dlatego, że w głębi duszy lubił, gdy ktoś się nim interesował. Hiob siedział na ławce rufowej z notesem na kolanach i zapisywał coś, od czasu do czasu spoglądając na horyzont. Leon stał na dziobie, z twarzą zwróconą ku słońcu i zamkniętymi oczami. Wyglądał jak posąg — tylko jego długie palce poruszały się w tym dziwnym, niewidzialnym origami.

— Co on robi? — zapytał Kacper, wskazując głową na Leona.

— Modli się — odparł Mateusz. — Albo medytuje. Albo łapie sygnał.

— Jaki sygnał?

— Taki, który tylko on słyszy — wzruszył ramionami Mateusz. — W seminarium też tak robił. W czasie przerw. Klęczał w kaplicy, zamykał oczy, ruszał palcami. Ksiądz Strzyżewski mówił, że to „dar kontemplacji”. Ja mówię, że to dziwactwo. Ale każdy ma jakieś.

— A ty? — zapytał Kacper. — Ty masz sny o śledziach, to też dziwactwo?

Mateusz zamilkł. Jego ciemne oczy, te dwie studnie bez dna, wpatrywały się w horyzont, ale nie w taki sposób jak Tymoteusz, który widział piękno. Mateusz patrzył tak, jakby wypatrywał czegoś, co za chwilę wyłoni się z wody. Czegoś wielkiego. Czegoś, czego nie powinno być.

— To nie są sny — powiedział w końcu cicho. — To są wizje. Tak jak u Leona. Tylko że jego są o śledziach, a moje o potworze. O wielkiej, ciemnej postaci, która wychodzi z morza i ma oczy jak… jak śledzie. Tysiące oczu. Wszędzie. Patrzą na mnie.

— I co robisz w tej wizji?

— Uciekam — przyznał Mateusz. — Ale nigdy nie ucieknę. Bo potwór jest wszędzie. Jest w wodzie. Jest w powietrzu. Jest we mnie.

Kacper położył swoją wielką dłoń na ramieniu Mateusza.

— Jesteśmy razem — powiedział basem, który tym razem nie drżał. Był ciepły, głęboki, uspokajający jak dzwon kościelny w małym miasteczku. — Cokolwiek się stanie, jest nas ośmiu. I Bóg z nami. Albo Śledź. Albo ktokolwiek. Ale nie jesteś sam.

Mateusz uśmiechnął się blado.

— Dzięki — szepnął.

W tym momencie Leon otworzył oczy. Odwrócił się od słońca i spojrzał na grupę. Jego wzrok wędrował od jednego do drugiego — od Mateusza, przez Kacpra, Hioba, Tymoteusza wyglądającego przez iluminator, Pawła wychodzącego z kajuty, Andrzeja sprawdzającego mapy, Filipa, który siedział na dachu kabiny z nogami zwisającymi nad wodą.

— Ośmiu — powiedział głośno, jakby chciał to potwierdzić. — Ośmiu kleryków. Osiem dusz. Osiem dróg. Wszystkie prowadzą do jednego miejsca.

— Do Bornholmu? — zapytał Tymoteusz naiwnie.

— Nie — odparł Leon. — Do początku. Do momentu, w którym zgaśnie światło.

Kapitan Kaszuba, który stał przy sterze i udawał, że nie słucha, splunął przez burtę. Tym razem plwocina wylądowała na pokładzie, tuż przy plamie po śledziu.

— Głupoty gadać — mruknął. — Żadne światło nie zgaśnie. Mamy agregat, mamy akumulatory, mamy latarki. A jakby co, to świece. Chyba że… — urwał, bo coś przykuło jego uwagę. Spojrzał na wskaźnik GPS. — Cholera.

— Co się stało? — zapytał Andrzej, podchodząc bliżej.

— GPS pokazuje, że płyniemy w dobrym kierunku. Na Bornholm. Ale… — kapitan postukał palcem w ekran. — Ale kompas magnetyczny wskazuje co innego. O jakieś piętnaście stopni na północ. Jakby… jakby coś zakłócało pole magnetyczne.

— Burze słoneczne? — zasugerował Paweł.

— Nie. Sprawdzałem prognozy. Spokój. Zero aktywności.

— A może… — zaczął Filip, ale przerwał mu Leon.

— Nie mów — powiedział Leon. — Nie teraz. Niech się dzieje.

Andrzej spojrzał na niego uważnie.

— Ty coś wiesz — stwierdził. — Ty wiesz więcej, niż mówisz.

— Wiem tyle, ile mi pokazano — odparł Leon. — A pokazano mi, że kompas będzie kłamał. Że ster nie będzie reagował. Że popłyniemy tam, dokąd nas popchną. Nie tam, gdzie chcemy.

— A dokąd nas popchną? — zapytał Kacper.

Leon spojrzał na północ. Na horyzoncie, daleko, daleko, widać było ciemną smugę — może chmurę, może coś innego. Coś, co nie było ani niebem, ani morzem. Coś, co wisiało między nimi.

— Na spotkanie — powiedział cicho. — Na spotkanie z tym, co nas woła.


Dzień mijał spokojnie. Słońce wędrowało po niebie, a jacht płynął równo, jakby po sznurku — tyle że nie po takim, jaki zakładał kapitan. Kaszuba co chwilę spoglądał to na GPS, to na kompas, to na mapy. GPS pokazywał kurs na Bornholm. Kompas — stale na północ. Nie na wschód, nie na zachód, tylko prosto na północ, jakby ktoś zamienił Bałtyk w rzekę prowadzącą prosto do bieguna.

— To niemożliwe — mruczał do siebie. — Pole magnetyczne nie zachowuje się tak. Chyba że…

— Że co? — zapytał Andrzej, który trzymał się blisko kapitana przez cały dzień.

— Że ktoś zakłóca sygnał. Albo coś. Nie wiem. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

— A widział pan kiedyś coś, czego nie potrafił pan wyjaśnić? — zapytał Andrzej.

Kapitan zamyślił się. Jego zmęczone oczy pobiegły w przeszłość, do czasów, gdy był młodszy, gdy pływał na statkach handlowych po całym świecie.

— Raz — powiedział w końcu. — Na Morzu Północnym. Płynęliśmy z ładunkiem śledzi. W nocy. Nagle całe morze zaczęło świecić. Bioluminescencja, pomyślałem. Algi. Ale to nie były algi. To były… kształty. Kształty, które poruszały się pod wodą. Jakby coś wielkiego płynęło pod nami. Coś, co miało oczy. Setki oczu. Wszystkie patrzyły do góry. Na nas.

— I co było? — zapytał Filip, który podszedł niezauważony i teraz stał za plecami kapitana.

— Nic — wzruszył ramionami Kaszuba. — Popłynęliśmy dalej. A rano okazało się, że cały ładunek śledzi zniknął. Pół tysiąca skrzyń. Ani jednej ryby. Jakby ktoś wyparował. Albo jakby… jakby same wyszły. Do morza.

— Albo jakby ktoś po nie przyszedł — dokończył Leon, który również dołączył do rozmowy. Stał teraz obok Filipa, a jego długie palce spoczywały nieruchomo na relingu. — Ktoś, kto potrzebował śledzi. Ktoś, kto żywi się nimi. Ktoś, kto…

— Przestań — przerwał mu kapitan. Jego głos zadrżał, po raz pierwszy od początku rejsu. — Nie chcę słuchać takich rzeczy. Jestem starym marynarzem. Widziałem wiele. Ale nie wierzę w duchy, w potwory, w śledziowe królestwa. Wierzę w wiatr, w fale, w silnik i w GPS. A GPS mówi, że wszystko jest w porządku.

— A kompas? — zapytał Andrzej.

Kaszuba spojrzał na kompas. Igła drżała, ale wciąż wskazywała północ.

— Kompas może się mylić — powiedział, ale nie brzmiało to przekonująco.

Zapadł zmierzch. Słońce zaszło za linią horyzontu, zostawiając na niebie smugi purpury i pomarańczy — jakby ktoś rozlał atrament po niebieskim papierze. Na pokładzie zapalono światła. Kapitan włączył nawigacyjne, a klerycy zapalili małe, przenośne latarki, które przywieźli z seminarium.

— Czas na modlitwę — ogłosił Paweł, dotykając swojego wisiorka. — Wieczorne godzinki. Kto chce, może dołączyć.

Wszyscy dołączyli. Nawet kapitan, choć stał z boku i tylko patrzył, jak klerycy klękają na pokładzie, wyjmują brewiarze i zaczynają śpiewać. Ich głosy — od basu Kacpra po wysoki, czysty tenor Tymoteusza — połączyły się w dziwną, nieziemską harmonię, która wydawała się unosić nad wodą i płynąć dalej, w głąb nocy, w głąb morza, w głąb czegoś, czego nie da się nazwać.

Leon śpiewał najciszej, ale jego usta poruszały się w rytm słów, których nikt inny nie słyszał. Filip miał zamknięte oczy, a jego twarz w świetle latarki wyglądała jak maska — piękna, spokojna, ale pusta, jakby dusza opuściła ciało i poszła gdzieś, gdzie nie ma powrotu. Mateusz patrzył w ciemność za burtą, a jego oczy — te dwie studnie bez dna — odbijały światło latarek w taki sposób, że wyglądały jak oczy ryby. Tysiące oczu ryby.

Gdy skończyli, zapadła cisza. Nie taka zwykła cisza, jaka panuje na morzu po zmroku — z pluskiem fal, skrzypieniem lin, oddechami załogi. To była cisza absolutna. Jakby ktoś wyłączył dźwięk świata. Nawet silnik jachtu — który przed chwilą warczał równo — nagle zamilkł.

Kapitan rzucił się do sterówki.

— Silnik zgasł — powiedział. Jego głos był spokojny, ale widać było, że ręce mu drżą. — Próbuję odpalić. Nie działa.

— Akumulatory? — zapytał Andrzej.

— Pełne. Sprawdzałem przed rejsem.

— Paliwo?

— Baku pełne.

— Więc co?

Kapitan spojrzał na niego. W świetle latarki jego twarz wyglądała jak mapa — pełna zmarszczek, które były śladami dawnych burz, nie tylko tych na morzu, ale i tych w duszy.

— Nie wiem — przyznał. — Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

W tym momencie, gdzieś w ciemności, rozległ się plusk. Nie taki, jaki wydaje ryba wyskakująca z wody. To był plusk ciężki, miarowy, jakby coś wielkiego płynęło tuż pod powierzchnią. Coś, co miało kształt kutra. Albo statku. Albo potwora.

— Nadchodzą — szepnął Filip, który nagle otworzył oczy. Jego wzrok był szklisty, nieobecny. — Nadchodzą po nas. Po wszystkich ośmiu.

— Kto? — zapytał Paweł, chwytając za wisiorek.

— Śledzie — powiedział Filip. — Nie, nie śledzie. Ci, którzy ich pilnują. Ci, którzy nimi rządzą. Rybacy. Ale nie tacy jak pan — dodał, patrząc na kapitana. — Inni. Ci, którzy pływają tam, gdzie nie ma światła. Ci, którzy żyją w ciemności.

Kapitan Kaszuba zbladł. Chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie z ciemności wyłonił się kształt. Był duży, na tyle duży, że zasłonił gwiazdy. Miał około dwudziestu metrów długości, pomalowany na czarno, bez żadnych świateł, bez bandery, bez znaków rozpoznawczych. Na burcie widniał tylko jeden napis, namalowany białą farbą, która świeciła w ciemności jak kościotrup:

„ŚLEDZIOWY GNÓJ”

— Co to za nazwa? — zapytał Tymoteusz, który przestał marzyć o Bornholmie i zaczął marzyć o powrocie na ląd.

— To nie jest nazwa — powiedział Andrzej. — To ostrzeżenie.

Kuter podpłynął do jachtu. Z jego pokładu spuszczono trap — zwyczajną, drewnianą deskę, która oparła się o reling „Ave Maris Stella”. I wtedy z ciemności wyszli oni.

Byli wysocy, chudzi, ubrani w czarne, skórzane kombinezony, które lśniły w świetle latarek jak łuski ryb. Mieli na głowach kaptury, a pod kapturami — tylko ciemność. Żadnych twarzy. Żadnych oczu. Tylko ciemność, która patrzyła. I mówiła.

— Ośmiu — powiedział jeden z nich głosem, który brzmiał jak szum fal, jak skrzypienie lodu, jak trzaskanie ognia. — Ośmiu kleryków. Dwie godziny po północy. Zgodnie z przepowiednią.

— Jaką przepowiednią? — zapytał Leon, a jego głos był dziwnie spokojny, jakby od dawna czekał na ten moment.

— Przepowiednią Świętego Śledzia — odparł głos z ciemności. — Wsiadajcie. Zabieramy was w podróż.

— Gdzie? — zapytał Andrzej, sięgając do plecaka, w którym trzymał pistolet.

— Tam, gdzie światła nie ma — powiedział głos. — Do ładowni. Do śledzi. Do waszego przeznaczenia.

I wtedy zgasły wszystkie światła.

Latarki, nawigacyjne, nawet latarki w telefonach — wszystko zgasło w jednej chwili, jakby ktoś jednym machnięciem ręki zgasił słońce, księżyc i gwiazdy. Ciemność była całkowita, absolutna, tak gęsta

ROZDZIAŁ 3

Porwanie wśród śledziowej ciszy

Ciemność, która zapadła na pokładzie „Ave Maris Stella”, nie przypominała żadnej nocy, jaką kiedykolwiek przeżyli. Była gęsta, namacalna, ciężka jak woda na głębokości tysiąca metrów. Klerycy, którzy jeszcze przed chwilą stali w kręgu świateł latarek, nagle znaleźli się w świecie bez granic, bez kierunków, bez żadnego punktu odniesienia. Nawet dźwięki — plusk fal, skrzypienie lin, oddechy towarzyszy — zostały wchłonięte przez tę ciemność jak przez kosmiczną czarną dziurę.

— Nie ruszajcie się! — krzyknął Andrzej, ale jego własny głos zabrzmiał dziwnie, stłumiony, jakby pochodził z drugiego końca długiego korytarza. — Trzymajcie się razem!

Jego ręka sięgnęła do plecaka, w którym trzymał pistolet. Broń była tam — czuł pod palcami zimną, metalową obudowę — ale w tej ciemności nawet nie wiedział, w którą stronę ma wycelować. Poza tym, przeciwko czemu? Przeciwko ludziom w skórzanych kombinezonach, którzy nie mieli twarzy? Przeciwko głosom, które brzmiały jak szum fal? Przeciwko czemuś, czego nie można zobaczyć, dotknąć, nazwać?

— Panie Marianie! — zawołał w stronę, gdzie przed chwilą stał kapitan Kaszuba. — Gdzie pan jest? Niech pan odpa…

Nie dokończył. Bo w tym momencie poczuł, że ktoś — albo coś — chwyta go za ramię. Uścisk był mocny, zimny i mokry, jakby złapała go dłoń wyjęta prosto z morza. Próbował się wyrwać, ale siła, która go trzymała, była nieludzka. Nie miała nic wspólnego z mięśniami, kośćmi, ścięgnami. To była siła wody, która niesie dryfującego rozbitka — bezwładna, nieubłagana, nie do pokonania.

— Niech nas pan puści! — krzyknął, ale jego głos znów zgasł w ciemności, jak iskra wrzucona do oceanu.

Tymoteusz nie wiedział, co się dzieje. Przed chwilą stał na pokładzie, trzymając w dłoni brewiarz, a teraz leżał na czymś twardym i zimnym, co śmierdziało rybami. Próbował otworzyć oczy, ale to nie miało sensu — ciemność była tak całkowita, że nawet gdyby otworzył powieki na maksa, nie zobaczyłby nic. Zero. Null. Nic. Taką ciemność widzą niewidomi od urodzenia. Taką ciemność widzą ci, którzy nigdy nie zaznali światła.

— Filip? — szepnął. — Mateusz? Ktoś?

Nikt nie odpowiedział.

Przez chwilę myślał, że jest sam. Że wszyscy innzy zniknęli, a on został porzucony w tym miejscu, które pachniało jak chłodnia w sklepie rybnym, tylko sto razy intensywniej. Ale potem usłyszał oddech. Nie swój. Kogoś, kto leżał obok, może metr od niego. Oddech był szybki, płytki, przestraszony.

— Filip? — powtórzył.

— Tak — usłyszał w odpowiedzi cichy, drżący głos najmłodszego kleryka. — Jestem tu. Nie wiem, gdzie. Ale jestem.

— Co się stało?

— Nie wiem. Pamiętam tylko ciemność. I ten plusk. I że ktoś mnie chwycił. A potem… potem nic.

Tymoteusz spróbował usiąść. Udało mu się, choć nie bez trudu. Podłoże, na którym leżał, było śliskie i niestabilne — jakby pokryte warstwą małych, wilgotnych przedmiotów, które przesuwały się pod jego dłońmi, gdy tylko próbował się oprzeć.

— Co to jest? — zapytał, przesuwając ręką po podłożu. Jego palce natknęły się na coś małego, twardego, łuskowatego. — To… to są ryby.

— Śledzie — dobiegł go głos z drugiej strony. Tym razem należał do Mateusza. — Leżymy na śledziach. Tysiącach śledzi. Czuję je. Czuję ich oczy. Patrzą na mnie.

— Nie gadaj głupot — warknął Tymoteusz, choć sam nie był pewien, czy to głupoty. W tej ciemności wszystko było możliwe. — Ryby nie patrzą.

— Te patrzą — upierał się Mateusz. — Czuję to. Mają oczy jak ja. Ciemne, głębokie, bez dna. I widzą nas. Wszystkich.

Gdzieś w innym miejscu tej samej ładowni — bo to musiała być ładownia, sądząc po zapachu, wilgoci i śledziach pod nogami — Paweł i Kacper próbowali się zorientować w sytuacji. Paweł, były żołnierz, zachował więcej zimnej krwi niż pozostali. Jego ręka automatycznie sięgnęła po wisiorek w kształcie ryby, ale tym razem nie po to, żeby się modlić. Po prostu potrzebował czegoś znajomego, czegoś, co przypominałoby mu, kim jest i gdzie się znajduje.

— Kacper — szepnął. — Jesteś przy mnie?

— Jestem — odpowiedział bas, który w tej ciemności brzmiał jeszcze głębiej, jeszcze potężniej, jakby pochodził z wnętrzności ziemi. — I powiem ci coś. To nie jest zwykłe porwanie.

— A co to jest?

— To jest coś, co Leon przewidział. Pamiętasz? Mówił o ładowni pełnej śledzi. Mówił o dwudziestu jeden dniach. Mówił o ciemności. Wszystko się sprawdza.

— Więc mamy dwadzieścia jeden dni — stwierdził Paweł, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie. — Pytanie: co robić w tym czasie?

— Modlić się — odparł Kacper. — I jeść śledzie.

— Jeść?

— No a co? Innego jedzenia tu nie ma. Śmierdzimy tymi rybami od stóp do głów. Za kilka dni zaczniemy odczuwać głód. Wtedy śledzie będą naszym jedynym ratunkiem.

Paweł zawahał się. Jako były żołnierz wiedział, że w sytuacjach przetrwania człowiek jest w stanie zjeść rzeczy, o których w cywilizacji by nie pomyślał. Ale śledzie? Surowe, niepatroszone, leżące w ciemności od Bóg wie ilu dni? To nie było danie wyboru. To było danie konieczności.

— A woda? — zapytał. — Co z wodą?

— Śledzie mają soki — powiedział Kacper. — W ich ciałach jest woda. Może nie najczystsza, może słona, ale woda. Jeśli będziemy ją pić, wytrzymamy.

— Skąd ty to wiesz? — zapytał Paweł z niedowierzaniem.

— Mój dziadek był rybakiem — odparł Kacper. — Opowiadał historie o rozbitkach, którzy przeżyli tygodnie na morzu, żywiąc się tylko surowymi rybami i pijąc ich soki. Mówił, że to nie jest przyjemne, ale działa. A śledzie są szczególnie dobre, bo mają dużo tłuszczu. Tłuszcz to energia. Przeżyjemy.

— Jeśli nie oszalejemy wcześniej — mruknął Paweł.

— To też — przyznał Kacper. — Ciemność potrafi zniszczyć psychikę. Dlatego musimy mówić. Musimy słyszeć swoje głosy. Musimy wiedzieć, że nie jesteśmy sami.

Hiob obudził się — jeśli można to nazwać obudzeniem — z poczuciem, że wrócił do czasów, gdy prowadził agencję towarzyską. Nie dlatego, że czuł się jak w burdelu. Przeciwnie — czuł się jak w więzieniu. I to nie takim, gdzie są kamery, światła, strażnicy. To było więzienie absolutne, bez żadnych bodźców, bez żadnych punktów zaczepienia. Dokładnie takie, o jakim czytał w podręcznikach psychologii — kompletna deprywacja sensoryczna.

— To jest piekło — powiedział głośno, choć nie wiedział, czy ktoś go słyszy. — Nie takie z ogniem i siarką. Gorsze. Piekło bez światła. Piekło, w którym jesteś tylko ty i twoje myśli.

— Nie tylko ty — odezwał się nagle głos z bliska. Andrzej. — Jest nas ośmiu. Wszyscy tu jesteśmy. Rozpoznałem was po oddechach. Tymoteusz oddycha płytko, jakby się bał. Filip ledwo dyszy, jakby zaraz miał zemdleć. Mateusz wstrzymuje oddech co kilka sekund, jakby sprawdzał, czy jeszcze żyje. Kacper oddycha głęboko, spokojnie, jakby to była jego piętnasta podróż w takich warunkach. Ty, Hiobie, oddychasz nierówno, jakbyś coś wspominał. A Paweł… Paweł oddycha jak żołnierz na misji — miarowo, zdeterminowanie, choć wiem, że się boi.

— A Leon? — zapytał Hiob. — Jak oddycha Leon?

Andrzej zamilkł na chwilę.

— Leon — powiedział w końcu — w ogóle nie oddycha.

To była prawda. Leon leżał nieruchomo wśród śledzi, z otwartymi oczami, które nie widziały nic, bo nie było nic do widzenia, ale które patrzyły — tak jak oczy Mateusza, tak jak oczy śledzi, tak jak oczy wszystkich, którzy widzą to, czego inni nie potrafią dostrzec. Nie oddychał, bo nie potrzebował powietrza. W jego wizji, tej sprzed rejsu, było napisane, że w ładowni będzie ciemno, że będą śledzie, że będzie dwadzieścia jeden dni, i że on, Leon, będzie przewodnikiem. Przewodnik nie musi oddychać. Przewodnik musi tylko prowadzić.

— Leon! — krzyknął Filip, który usłyszał słowa Andrzeja. — Leon, nie umieraj! Nie możesz umrzeć! Obiecałeś, że nas poprowadzisz!

I wtedy Leon wziął oddech.

Głęboki, długi, taki, jakby pierwszy raz w życiu łapał powietrze.

— Nie umieram — powiedział cicho. Jego głos był spokojny, prawie melodyjny, jakby nie należał do człowieka, ale do kogoś, kto już był po drugiej stronie i wrócił tylko po to, żeby opowiedzieć. — Tylko słucham.

— Czego? — zapytał Tymoteusz.

— Śledzi. One mówią. Nie słyszycie? Mówią, żebyśmy się nie bali. Mówią, że to dopiero początek. Mówią, że dwadzieścia jeden dni to nie kara. To próba. I że jeśli ją przejdziemy, zobaczymy światło.

— Jakie światło? — zapytał Paweł. — Tutaj nie ma światła. Jest tylko ciemność.

— Światło, które jest na końcu — odparł Leon. — Światło, które jest początkiem. Światło Świętego Śledzia.

Pierwsze godziny w ładowni były najgorsze. Nie dlatego, że działo się coś strasznego — wręcz przeciwnie, nic się nie działo. I to było właśnie straszne. Ciemność, cisza (bo nawet szum fal nie docierał do wnętrza kutra), zapach tysięcy śledzi — to wszystko działało na zmysły jak narkotyk, który powoli odcinał kontakt z rzeczywistością.

— Musimy jakoś organizować czas — powiedział Andrzej, który w swojej prokuratorskiej karierze widział niejednego świadka, który zwariował po kilku godzinach w izolatce. — Jeśli będziemy tylko leżeć i myśleć, oszalejemy. Dlatego ustalamy harmonogram. Modlitwy o świcie, w południe i wieczorem. W międzyczasie — rozmowy. Opowiadamy sobie historie. Śpiewamy. Cokolwiek, byle nie milczeć.

— A jedzenie? — zapytał Kacper. — Kiedy jemy?

— Gdy poczujemy głód — odparł Andrzej. — Ale najpierw musimy rozwiązać problem wody. Kacper mówił, że śledzie mają soki. Spróbujemy je pić. Ale uwaga — nie wszystkie ryby są bezpieczne. Niektóre mogą być chore. Albo zgniłe. Zanim coś zjemy, najpierw to obwąchamy. Jeśli śmierdzi bardziej niż inne — wyrzucamy.

— Gdzie wyrzucamy? — zapytał Hiob. — Jesteśmy w zamkniętej ładowni. Nie ma okien. Nie ma drzwi. Nie ma…

— Są drzwi — przerwał mu Mateusz. — Czuję je. Są gdzieś tam, w ciemności. Ale są zamknięte. I pilnowane.

— Skąd wiesz? — zapytał Paweł.

— Bo słyszę oddechy. Nie nasze. Inne. Za drzwiami. Ktoś stoi na straży. Albo coś.

Mateusz miał rację. Za drzwiami ładowni, które były wykonane z grubej, stalowej blachy, stali dwaj mężczyźni w skórzanych kombinezonach. Nie mieli twarzy — to znaczy mieli, ale ich twarze były ukryte pod kapturami, a pod kapturami była tylko ciemność, która patrzyła. Jeden z nich trzymał w ręku coś, co wyglądało jak starożytny, drewniany krzyż, ale zamiast Chrystusa wisiał na nim śledź. Śledź w koronie. Śledź, który był królem.

— Słyszysz ich? — zapytał pierwszy strażnik.

— Słyszę — odparł drugi. Jego głos brzmiał jak szum fal, jak skrzypienie lodu, jak trzaskanie ognia. — Mówią. Planują. Modlą się.

— To dobrze. Niech się modlą. Niech planują. I tak nie uciekną.

— A jeśli spróbują?

— To ich zjemy — powiedział pierwszy strażnik, a jego głos zabrzmiał tak, jakby właśnie opowiedział stary, dobrze znany dowcip. — Tak jak resztę. Tak jak wszystkich, którzy próbowali.

— Ilu ich było? — zapytał drugi.

— Tysiące. Przez tysiące lat. Od czasu, gdy pierwszy człowiek wypłynął na morze. Niektórzy uciekali. Niektórzy walczyli. Niektórzy modlili się do swoich bogów. Ale wszyscy kończyli tak samo. W ładowni. Wśród śledzi. W ciemności.

— A ci? Ci ośmiu? Czym się różnią?

Pierwszy strażnik zamilkł na chwilę.

— Ci — powiedział w końcu — są inni. Jeden z nich widzi. Jeden z nich słyszy. Jeden z nich wie. I to jest niebezpieczne.

— Dla nas?

— Dla wszystkiego.

Tymczasem w ładowni klerycy powoli oswajali się z nową rzeczywistością. Andrzej, który objął nieformalne dowództwo, kazał wszystkim położyć się obok siebie, tak aby tworzyli jeden, długi łańcuch ciał. Dzięki temu mogli się nawzajem dotykać, czuć swoje ciepło, słyszeć swoje głosy. To była podstawowa zasada przetrwania w ekstremalnych warunkach — nie można było dopuścić do tego, by ktokolwiek poczuł się odizolowany.

— Będziemy zmieniać pozycje co kilka godzin — zarządził. — Ci na końcach będą zamieniać się z tymi w środku. Dzięki temu nikt nie będzie czuł się wykluczony.

— A co z jedzeniem? — zapytał znowu Kacper. — Mówiłeś, że gdy poczujemy głód. Ja już czuję. Ostatni porządny posiłek jadłem wczoraj w południe. Schabowy z ziemniakami. A przed chwilą było północ. Minęło dwanaście godzin. Jestem głodny.

— Ja też — przyznał Tymoteusz. — I jest mi zimno.

— Zimno to jeszcze nic — mruknął Hiob. — Gorzej, że nie wiemy, dokąd płyniemy. I po co. I co z nami zrobią, gdy dopłyniemy.

— A może nie dopłyniemy? — zasugerował Filip swoim cichym, drżącym głosem. — Może będziemy pływać tak długo, aż wszyscy umrzemy? A potem oni wyrzucą nasze ciała do morza? A może nie wyrzucą? Może nas zjedzą? Albo może…

— Filip — przerwał mu Leon. Jego głos był spokojny, ale stanowczy. — Przestań. Nie pomagasz. Nie nam, nie sobie.

— A co mam robić? — zapytał chłopak. — Mam udawać, że się nie boję? Boję się. Strasznie. I ty też się boisz. Wszyscy się boimy. Tylko udajecie, że nie.

— Nikt nie udaje — powiedział Andrzej. — Ja się boję. Przyznaję. Bałem się, gdy prowadziłem śledztwa w sprawach zabójstw. Bałem się, gdy pierwszy raz wszedłem do kaplicy seminaryjnej i zobaczyłem Chrystusa na krzyżu. Bałem się, gdy gasły światła na jachcie. I boję się teraz. Ale strach nie może mną rządzić. Bo jeśli on zacznie rządzić, to jestem zgubiony. I wy też.

— Więc co robić? — zapytał Tymoteusz.

— To, co robili pierwsi chrześcijanie w katakumbach — powiedział Paweł, dotykając swojego wisiorka. — Modlić się, śpiewać, trzymać się razem. I czekać.

— Na co? — zapytał Kacper.

— Na światło — odparł Leon. — Na światło, które przyjdzie po dwudziestu jeden dniach. Na światło Świętego Śledzia.

Pierwszy dzień minął bez większych wydarzeń. Klerycy spali na zmianę — jedni czuwali, inni odpoczywali. Jedli pierwsze śledzie. Kacper pokazał im, jak patroszyć ryby w ciemności — dotykiem, wyczuwając palcami miejsce, gdzie należy naciąć skórę, by wydobyć wnętrzności. Nie było to przyjemne, ale działało. Soki śledziowe były słone, tłuste, o intensywnym, rybim smaku, który na początku wywoływał odruch wymiotny, ale z czasem — gdy głód stawał się coraz bardziej dokuczliwy — zaczynał smakować niemal jak wykwintna zupa.

— Ciekawostka — powiedział Kacper, patrosząc swojego śledzia z wprawą starego rybaka. — Śledzie mają w sobie dużo witaminy D. W ciemności jej nie wyprodukujemy, bo potrzebujemy słońca. Ale dzięki śledziom nie dostaniemy krzywicy. To taki Boży żart — zamyka nas w ciemności, ale daje nam ryby, które nas przed nią chronią.

— Albo diabelski — mruknął Paweł. — Diabeł też potrafi dawać. Pytanie, po co.

— Po to, żebyśmy przeżyli — odparł Leon. — Żebyśmy dotrwali do końca. Żebyśmy zobaczyli to, co mamy zobaczyć.

— A co mamy zobaczyć? — zapytał Tymoteusz, który mimo strachu nie tracił ciekawości.

— Światło — powtórzył Leon. — I wyspę. I śledzia w koronie.

Drugi dzień. Trzeci. Czwarty.

Klerycy powoli tracili poczucie czasu. Andrzej próbował go mierzyć — licząc oddechy, bicie serca, modlitwy. Ale po kilku dniach nawet jego prokuratorska precyzja zaczęła szwankować. Ciemność i monotonia zlewały się w jedno, a dni przestawały się od siebie różnić.

— Który to dzień? — zapytał któregoś razu Filip.

— Nie wiem — przyznał Andrzej. — Może piąty. Może siódmy. Może dziesiąty.

— A skąd wiesz, że nie dwudziesty pierwszy? — zapytał Mateusz. — Może już koniec? Może za chwilę otworzą drzwi i wypuszczą nas na światło?

— Nie — powiedział Leon. — Jeszcze nie teraz. Czuję to. Śledzie jeszcze nie skończyły mówić. Mówią, że zostało nam jeszcze dużo czasu. Dużo ciemności. Dużo śledzi. Dużo modlitwy.

— Modlitwy? — zaśmiał się gorzko Hiob. — Modliliśmy się przez te dni. Codziennie. Godzinki, różaniec, brewiarz. I co? Bóg nas wysłuchał? Otworzył drzwi? Wypuścił nas?

— Bóg nie jest od otwierania drzwi — odparł spokojnie Paweł. — Bóg jest od dawania siły, by przetrwać za nimi.

— Ładnie powiedziane — mruknął Hiob. — Tylko że ja nie czuję żadnej siły. Czuję tylko zmęczenie, głód i strach.

— To też jest siła — powiedział Leon. — Strach to energia. Można ją wykorzystać. Można się nią karmić. Można zamienić w modlitwę. Albo w coś innego.

— W co? — zapytał Mateusz.

Leon zamilkł. Jego długie palce wykonały kilka niewidzialnych gestów — to dziwne origami z powietrza, które towarzyszyło mu od zawsze.

— W śledzia — powiedział w końcu. — Strach można zamienić w śledzia.

Nikt nie zapytał, co to znaczy. W tej ciemności, po kilku dniach jedzenia surowych ryb i picia ich soków, takie zdania przestawały dziwić. Stawały się normalne. Tak samo normalne jak to, że Mateusz zaczął rozmawiać ze śledziami. I że śledzie mu odpowiadały. I że Filip przestał spać, bo w snach widział to, co działo się na zewnątrz — kuter płynący przed siebie, na północ, prosto w stronę arktycznego lodu. I że Tymoteusz, który nigdy wcześniej nie pływał, teraz potrafił wyczuć kierunek, w którym płyną, tylko po tym, jak śledzie układały się pod jego ciałem.

— Płyniemy na północ — powiedział któregoś dnia. — Czuję to. Im dalej, tym zimniej. Śledzie są coraz tłustsze. W zimnej wodzie ryby gromadzą więcej tłuszczu. To oznacza, że jesteśmy coraz dalej od Bornholmu. Coraz bliżej…

— Czego? — zapytał Andrzej.

— Nie wiem — przyznał Tymoteusz. — Ale czegoś, co jest bardzo zimne. I bardzo ciemne. I bardzo stare.

Dziesiąty dzień.

Klerycy zaczęli tracić zmysły. Niektórzy — jak Mateusz — coraz częściej słyszeli głosy. Inni — jak Filip — widzieli obrazy, które nie miały prawa istnieć. Jeszcze inni — jak Hiob — popadali w apatię, przestawali jeść, przestawali pić, przestawali mówić.

— Hiob, zjedz śledzia — namawiał go Paweł. — Musisz jeść. Inaczej umrzesz.

— A co to zmieni? — zapytał Hiob. Jego głos był cichy, prawie niedosłyszalny. — I tak umrzemy. Wszyscy. Tu, w tej ciemności. I nikt się nie dowie, co się z nami stało. Znikniemy jak ci wszyscy przed nami. Jak tysiące ludzi, którzy pływali w tych samych ładowniach, jedli te same śledzie, pili te same soki. I zginęli. A ich kości leżą gdzieś na dnie morza. Albo w żołądkach rekinów. Albo…

— Albo wstali — przerwał mu Leon. — I założyli królestwo.

— Jakie królestwo? — zapytał Hiob, podnosząc głowę.

— Królestwo Świętego Śledzia — powiedział Leon. — Nie teraz. Później. Gdy dopłyniemy. Gdy wysiądziemy na brzeg. Gdy zobaczymy światło.

— Jakie światło? — zapytał po raz setny Tymoteusz.

— Światło, które jest na końcu ciemności — odparł Leon. — Światło, które jest początkiem. Światło, które widziałem w wizji. Światło, które zobaczycie i wy. Za jedenaście dni. Albo dwanaście. Albo trzynaście. Nie wiem dokładnie. Ale wiem, że przyjdzie. I że wtedy wszystko się zmieni.

Piętnasty dzień.

Kuter wciąż płynął na północ. Klerycy nie mieli już siły modlić się. Nie mieli siły śpiewać. Nie mieli siły rozmawiać. Leżeli wśród śledzi, wtuleni w siebie, i czekali. Na śmierć. Na ratunek. Na cokolwiek.

Tylko Leon wciąż miał energię. On jeden wstawał — jeśli można to nazwać wstawaniem w ładowni o wysokości metra — i poruszał się wśród śledzi, dotykając ich, szepcząc do nich, jakby prowadził z nimi rozmowę. I śledzie — jeśli wierzyć Mateuszowi — odpowiadały mu. Nie głosami. Nie słowami. Ale czymś, co było głębsze niż dźwięk. Czymś, co czuło się w kościach, w zębach, w szpiku.

— Co mówią? — zapytał któregoś razu Andrzej, gdy Leon wrócił na swoje miejsce.

— Mówią, że już blisko — odparł Leon. — Że za kilka dni zobaczymy światło. Że wysiądziemy na brzeg. I że wtedy zacznie się nasze prawdziwe życie.

— Nasze prawdziwe życie? — powtórzył Andrzej. — A to dotychczasowe? To było fałszywe?

— To było przygotowanie — powiedział Leon. — Jak w seminarium. Jak w prokuraturze. Jak w agencji towarzyskiej. Jak w wojsku. Jak w marzeniach o morzu. Wszystko to było tylko przygotowaniem do tego, co nas czeka.

— A co nas czeka? — zapytał Filip, który mimo wyczerpania wciąż miał w sobie iskrę dziecięcej ciekawości.

— Królestwo — odparł Leon. — I śledź. I msza. I ciemność, która jest światłem.

Dwudziesty pierwszy dzień.

Nikt nie liczył. Nikt nie wiedział. Ale Leon wiedział. On jeden zachował rachubę czasu — nie dzięki oddechom czy biciu serca, ale dzięki śledziom. To one mówiły mu, kiedy nadejdzie dzień ostatni. To one szepczą mu do ucha: „już, już, teraz, wstawaj, idź, zobacz”.

— Wstawajcie — powiedział Leon, podnosząc się z trudem. Jego nogi uginały się pod nim, ale stał. — Wstawajcie, wszyscy. Już. Zaraz otworzą drzwi.

— Skąd wiesz? — zapytał Paweł, który ledwo żył.

— Bo śledzie przestały mówić — odparł Leon. — A kiedy śledzie milkną, znaczy to, że…

Nie dokończył.

Bo w tym momencie drzwi ładowni otworzyły się z głośnym, metalicznym skrzypieniem.

I wdarło się przez nie światło.

Nie takie, jakie znali. Nie słoneczne. Nie księżycowe. Nie sztuczne.

To było światło północne, arktyczne, blade jak kościotrup, ale oślepiające po dwudziestu jeden dniach ciemności.

Klerycy krzyknęli. Zakryli oczy. Niektórzy zaczęli płakać. Inni śmiać się. Jeszcze inni — jak Mateusz — upadli na kolana i zaczęli się modlić, choć nie było wiadomo do kogo.

— Wyjść — usłyszeli głos. Ten sam, co na początku. Szum fal. Skrzypienie lodu. Trzaskanie ognia. — Wyjść. Szybko.

I wyszli.

Na pokład kutra.

I zobaczyli.

To, co zobaczyli, nie było Bornholmem.

Nie było Danią. Nie było Polską. Nie było żadnym znanym lądem.

Była to wyspa. Kamienista, jałowa, pokryta śniegiem i lodem, choć był środek lata. Na horyzoncie widać było góry lodowe, a woda wokół kutra miała kolor granatowy, prawie czarny, jak atrament.

— Gdzie my jesteśmy? — wyszeptał Tymoteusz.

Leon spojrzał na horyzont. Na północ. Na wyspę, która czekała.

— King William Island — powiedział cicho. — Kanada. Daleka Północ. Koniec świata.

— I co my tutaj zrobimy? — zapytał Filip.

Leon uśmiechnął się. Po raz pierwszy od dwudziestu jeden dni.

— Założymy królestwo — odparł. — Królestwo Świętego Śledzia.

I postawił stopę na brzegu.

ROZDZIAŁ 4

21 dni ciemności (część I — szaleństwo zmysłów)

Pierwsza doba w ładowni kutra „Śledziowy Gnój” nie była najgorsza. To odkrycie przyszło klerykom dopiero później, gdy minęły kolejne dni i okazało się, że istnieją poziomy ciemności, o jakich nie śniło się filozofom, a już na pewno nie śniło się młodym adeptom duchowieństwa z Lublina i Częstochowy. Pierwsza doba była jeszcze oswojona — organizm nie zdążył zapomnieć, czym jest światło, a wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, podsuwając obrazy ratunku, otwierających się drzwi, głosów kapitana Kaszuby wołającego, że to pomyłka, że już po nie płyną, że za chwilę zobaczą słońce.

Ale słońca nie było.

Nie było go drugiego dnia. Nie było trzeciego. Nie było czwartego. A piątego dnia klerycy zaczęli zapominać, jak ono wygląda.

— Jakie to było? — zapytał Filip któregoś razu, gdy leżeli wtuleni w siebie, tworząc jeden długi łańcuch ciał na warstwie śledzi. — Światło. Jakie ono było? Pamiętasz?

Tymoteusz, który leżał obok niego, zamknął oczy — choć w tej ciemności nie miało to żadnego znaczenia — i spróbował przywołać w pamięci blask słońca nad Bałtykiem, te tysiące srebrzystych błysków na falach, które tak go oczarowały pierwszego dnia rejsu.

— Żółte — powiedział w końcu, niepewnie. — Albo białe. Albo… nie wiem. Jasne. Było jasne.

— Jasne — powtórzył Filip, jakby to słowo miało mu wszystko wyjaśnić. Ale nie wyjaśniało. „Jasne” było tylko abstrakcją, pustym znakiem, który nic nie znaczył w świecie bez żadnego światła.

— Żółte — dobiegł ich głos Mateusza z drugiego końca łańcucha. Jego głos był dziwny, matowy, jakby dochodził z głębi jaskini. — Słońce jest żółte. A niebo jest niebieskie. A trawa jest zielona. Ale to tylko nazwy. Kolory przestały istnieć. Zostały tylko słowa.

— Nieprawda — zaprotestował Kacper swoim basem, który w tej ładowni brzmiał jak dzwon pogrzebowy. — Kolory istnieją. Tylko my ich nie widzimy. Ale śledzie je widzą.

— Śledzie są ślepe — mruknął Paweł.

— Śledzie widzą inaczej — odparł Kacper. — Mają oczy przystosowane do ciemności. Widzą to, czego my nie widzimy. Widzą ultrafiolet. Widzą polaryzację światła. Widzą…

— Śledzie nie widzą nic, bo tu nie ma żadnego światła — przerwał mu Andrzej. Jego głos był ostry, rzeczowy, choć czuć w nim było zmęczenie. — Nie ma ultrafioletu, nie ma polaryzacji, nie ma nic. Jest tylko ciemność. I my. I te ryby. I tyle.

Zapadła cisza.

Cisza w ładowni kutra rybackiego to nie jest zwykła cisza. To jest dźwiękochłonna, gęsta, namacalna nieobecność hałasu, która działa na psychikę jak kwas na metal. W normalnych warunkach człowiek słyszy tysiące dźwięków — szum wiatru, ruch ulicy, brzęczenie lodówki, własne kroki. W ładowni nie ma nic. Ściany są grube, izolowane, wypełnione ładunkiem, który tłumi każdą wibrację. Silnik kutra? Nie słychać go w ładowni. Fale? Nie. Krok strażników za drzwiami? Tylko jeśli bardzo się nasłuchujesz, a i wtedy możesz nie być pewien, czy to naprawdę krok, czy tylko twoje własne serce bijące w skroniach.

Po kilku dniach klerycy zaczęli słyszeć rzeczy, których nie było.

— Ktoś śpiewa — powiedział nagle Mateusz, siódmego dnia. Leżał na śledziach z szeroko otwartymi oczami, wpatrzony w ciemność, jakby miał nadzieję, że w końcu coś w niej dostrzeże. — Słyszycie? Śpiewa. Jakaś kobieta. Po łacinie.

— Nie ma tu żadnej kobiety — odparł Andrzej. — To twoja wyobraźnia.

— Nie. To nie wyobraźnia. Słuchajcie!

Wszyscy zamilkli. Nawet oddychali ciszej, żeby nie zagłuszyć potencjalnego dźwięku. Przez długą chwilę słychać było tylko bicie ośmiu serc i cichy, wilgotny szelest śledzi przesuwających się pod ich ciałami, gdy ktoś zmieniał pozycję.

A potem — rzeczywiście, gdzieś z głębi ładowni, a może zza ściany, a może z wnętrza własnych czaszek — dobiegł ich śpiew. Był cichy, ledwo słyszalny, ale wyraźny. Melodia była prosta, niemal dziecinna, a słowa — jeśli to były słowa — brzmiały jak łacina, ale jakaś dziwna, zniekształcona, jakby śpiewana przez kogoś, kto nigdy nie uczył się tego języka, a jedynie zasłyszał go we śnie.

— „Ave maris stella…” — wyszeptał Tymoteusz, który jako jedyny z całej grupy miał słuch absolutny. — To jest „Ave maris stella”. Ta sama pieśń, co na jachcie. Tylko… inaczej. Przekręcona.

— Jak przekręcona? — zapytał Paweł.

— Zamiast „Dei mater alma” — „Dei mater śledzia”. Zamiast „Felix coeli porta” — „Felix śledzi porta”. Ktoś zmienił słowa.

— Kto? — zapytał Filip. — Ktoś z nas? Leon? Ty?

— Nie — odparł Tymoteusz, a w jego głosie zabrzmiała nuta przerażenia. — To nie jest żaden z nas. To… to śpiewają śledzie.

I tak zaczęło się szaleństwo zmysłów.

Nie przyszło nagle, z hukiem i krzykiem. Nie było jak uderzenie pioruna czy eksplozja. Przyszło cicho, podstępnie, małymi krokami — najpierw dźwięk, który nie istniał, potem zapach, który nie miał źródła, potem dotyk czegoś, czego nie mogło być.

Ósmego dnia Filip poczuł, że ktoś go dotyka. Nie któryś z kleryków — leżeli w łańcuchu, trzymając się za ręce, więc doskonale wiedział, gdzie są ręce towarzyszy. To było coś innego. Coś zimnego, wilgotnego, łuskowatego, co przesunęło się po jego nagim przedramieniu (habity zdjęli trzeciego dnia, bo przeszkadzały w poruszaniu się po śliskiej powierzchni śledzi).

— Co to było? — zapytał, zrywając się na nogi, o ile można było się zerwać w ładowni o wysokości metra. Uderzył głową w sufit — metalowy, zimny sufit, który pamiętał niejedną podróż i niejedną tajemnicę.

— Spokojnie — powiedział Andrzej. — To tylko śledź. Leżysz na śledziach. Jeden się poruszył. To wszystko.

— Śledzie nie poruszają się same — zaprotestował Filip. — One są martwe. Kacper mówił, że są martwe. Że je złowili, zamrozili, wsadzili do ładowni. Martwe ryby nie ruszają się.

— Nie ma mrożonych śledzi — odezwał się Kacper swoim basem. — Złowili je, wsadzili do ładowni żywe. W tej chwili są jeszcze żywe. Część z nich. Dusz się, ale żyją. I ruszają się. Nie martw się.

— Nie martwić się? — Filip zaśmiał się histerycznie. — Jesteśmy zamknięci w ciemnej ładowni, na tysiącach żywych śledzi, które śpiewają po łacinie, a ty mówisz mi, żebym się nie martwił?

— Ma rację — wtrącił Hiob. Jego głos był cichy, zmęczony, ale wciąż trzeźwy. — Martwienie nie pomoże. Musimy zachować zimną krew.

— Zimną krew? — powtórzył Filip. — Ja nie mam zimnej krwi. Jestem ssakiem. Mam ciepłą krew. I czuję, jak ta krew wrze ze strachu.

— Więc niech wre — powiedział Leon, który leżał na samym końcu łańcucha, nieruchomy jak kamień. — Strach to paliwo. Wykorzystaj go. Niech cię napędza. Niech cię prowadzi.

— Dokąd? — zapytał Filip.

— Tam, dokąd zmierzamy — odparł Leon. — Do światła.

Dziewiąty dzień.

Klerycy przestali odróżniać sen od jawy. To nie była bezsenność — spali regularnie, choć w nienaturalnych warunkach. Problem polegał na tym, że sny były tak realne, że po obudzeniu nie można było stwierdzić, czy to, co się pamięta, wydarzyło się naprawdę, czy tylko w wyobraźni.

Tymoteusz śnił, że stoi na pokładzie jachtu „Ave Maris Stella” i patrzy na Bornholm. Wyspa była piękna — zielone wzgórza, białe klify, małe, czerwone domki rybackie. Słońce stało wysoko, a wiatr był ciepły i pachniał lawendą. Nagle coś się zmieniło. Woda wokół jachtu zaczęła ciemnieć, robić się czarna jak atrament. Z głębin wynurzyła się ogromna, srebrzysta ławica śledzi — tysiące, miliony ryb, które otoczyły jacht i zaczęły go ciągnąć w dół. Tymoteusz próbował krzyczeć, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Próbował uciekać, ale nogi miał jak z ołowiu. Śledzie wciągnęły go pod wodę, a tam, na dnie, czekał na niego tron. Tron z kości. I na nim — korona. Korona z łusek.

Obudził się z krzykiem.

— Cisza — powiedział Andrzej, choć w jego głosie nie było złości, tylko zmęczenie. — Co ci się śniło?

— Bornholm — odparł Tymoteusz, dysząc ciężko. — Bornholm poszedł na dno. A śledzie go ciągnęły. Wszystkie śledzie świata. I był tam tron. I korona. I…

— I Święty Śledź — dokończył Leon. — Widziałeś Świętego Śledzia. To dobry znak.

— Dobry? — Tymoteusz zaśmiał się gorzko. — Śniło mi się, że utonąłem, i to jest dobry znak?

— Śmierć we śnie to nie śmierć — powiedział Leon. — To transformacja. Umierasz jako jeden człowiek, budzisz się jako inny. Jako ktoś, kto widział. Kto wie.

— Co ja wiem? — zapytał Tymoteusz. — Nic nie wiem. Im dłużej tu jestem, tym mniej wiem.

— To też jest wiedza — odparł Leon. — Świadomość własnej niewiedzy to pierwszy krok do prawdziwego poznania.

— Sokrates — mruknął Andrzej. — „Wiem, że nic nie wiem”. Cytujesz Sokratesa w ładowni pełnej śledzi. Nieźle.

— Sokrates pił cykutę — powiedział Leon. — My pijemy soki śledziowe. Różnica jest czysto symboliczna.

Dziesiąty dzień.

Głód przestał być problemem. Klerycy nauczyli się jeść śledzie w ciemności, patrosząc je dotykiem i wyczuwając palcami, które części są jadalne, a które należy odrzucić. Kacper, który miał w tej dziedzinie największe doświadczenie, stał się nieformalnym instruktorem.

— Najpierw odrywacie głowę — tłumaczył, pokazując na śledziu, którego trzymał w dłoni. Jego wielkie palce poruszały się z zaskakującą precyzją. — Głowa jest do niczego. Mało mięsa, dużo ości. Potem rozcinacie brzuch, od odbytu do głowy. Uważajcie na wnętrzności — jeśli są zielonkawe, znaczy, że żółć pękła. Taki śledź będzie gorzki. Lepiej go wyrzucić. Jeśli wnętrzności są srebrzyste, to dobrze. Wyciągacie je. Niektóre można zjeść, ale lepiej nie ryzykować. Potem płuczecie w solance.

— W czym? — zapytał Filip. — Nie mamy wody.

— W soku śledziowym — odparł Kacper. — To, co wycieka z ryb, jest słone i lekko kwaśne. Nie nadaje się do picia w dużych ilościach, bo zawiera amoniak, ale do płukania ryb — wystarczy.

— A amoniak? — zapytał Paweł. — Nie jest trujący?

— Jest — przyznał Kacper. — Ale w małych stężeniach. Śledzie go produkują, gdy się psują. Dlatego nie jemy śledzi, które śmierdzą amoniakiem. Wybieramy tylko świeże.

— A skąd w ciemności wiemy, które są świeże? — zapytał Tymoteusz.

— Po zapachu — odparł Kacper. — I po dotyku. Świeży śledź jest jędrny, sprężysty. Stary jest miękki, oślizgły. Nauczycie się rozróżniać. Dajcie sobie kilka dni.

— Mamy dwadzieścia jeden dni — powiedział Andrzej. — Nauczymy się.

Jedzenie śledzi w ciemności okazało się łatwiejsze, niż ktokolwiek przypuszczał. Po kilku posiłkach język przestał buntować się przeciwko surowemu mięsu, a żołądek przyzwyczaił się do wysokiej zawartości tłuszczu i soli. Problemem nie było jedzenie. Problemem było picie.

Śledzie zawierają dużo wody — około siedemdziesięciu procent ich masy to woda. Ale ta woda jest słona, mniej więcej tak samo słona jak morska. Picie jej w dużych ilościach prowadzi do odwodnienia, bo organizm musi wydalić nadmiar soli, zużywając przy tym własne zapasy wody. To paradoks — pijesz, a zarazem odwadniasz się.

— Nie możemy pić soku śledziowego bez ograniczeń — powiedział Andrzej, który jako były prokuratura miał podstawową wiedzę z medycyny sądowej. — Wypijemy za dużo — dostaniemy biegunki i wymiotów. Stracimy więcej wody, niż zyskamy.

— Więc co mamy pić? — zapytał Hiob. — Swoje własne?

— Nie bądź śmieszny — burknął Andrzej. — Będziemy pić mało. Kilka łyków dziennie. Resztę wody pozyskamy z ciał śledzi — ale nie z ich soków, tylko z mięsa. Mięso śledzia zawiera wodę w komórkach. Gdy je zjemy, ta woda zostanie w naszym organizmie.

— To znaczy, że nie musimy pić? — zapytał Filip.

— Nie — odparł Andrzej. — Musimy. Ale oszczędnie. Kilka łyków dziennie. I uważajcie, żeby nie pić soku ze zepsutych śledzi. Zepsuty śledź śmierdzi amoniakiem, ale sok może nie śmierdzieć. Dlatego…

— Dlatego będziemy sprawdzać każdą rybę przed zjedzeniem — dokończył Kacper. — Jak w wojsku. Procedury. Zasady. Dzięki nim przeżyjemy.

— A jeśli nie przeżyjemy? — zapytał Mateusz. Mówił cicho, ale w ciszy ładowni każde słowo było słyszalne jak krzyk.

— Wtedy umrzemy — powiedział Andrzej. — Ale nie zamierzamy umierać. Zamierzamy przeżyć. Dwadzieścia jeden dni. A potem zobaczymy, co dalej.

Jedenasty dzień.

Mateusz przestał spać. Nie dlatego, że nie był zmęczony — przeciwnie, był wyczerpany, ledwo trzymał się na nogach (o ile można było stać w ładowni o wysokości metra). Ale każdej nocy, gdy zamykał oczy, widział potwora. Tego samego, co w snach przed rejsem. Wielką, ciemną postać, która wychodziła z morza i miała oczy jak śledzie — tysiące oczu, świecących w ciemności, patrzących na niego, w niego, przez niego.

— Co on chce? — zapytał któregoś razu Leona, gdy reszta grupy spała (lub udawała, że śpi). — Ten potwór. Czego ode mnie chce?

Leon leżał obok niego, nieruchomy, z otwartymi oczami. Jego długie palce wykonywały te dziwne gesty — składanie origami z powietrza, niewidzialne rzeźby, które istniały tylko w jego wyobraźni.

— Może niczego nie chce — odparł. — Może tylko patrzy. Może to ty chcesz czegoś od niego.

— Ja? — Mateusz zaśmiał się gorzko. — Ja nie chcę od niego niczego. Chcę, żeby zniknął. Chcę, żeby przestał mi się śnić. Chcę, żeby…

— Żeby co?

— Żeby przestał istnieć — wyszeptał Mateusz. — Albo żeby powiedział mi wprost, po co przychodzi. Niech mówi. Niech patrzy. Cokolwiek. Tylko nie to milczenie. To patrzenie bez słów. To gorsze niż wszystko.

Leon odwrócił głowę w stronę Mateusza. W ciemności nie było widać jego twarzy, ale Mateusz czuł na sobie jego wzrok — inny niż wzrok potwora, bardziej ludzki, ale równie przenikliwy.

— A może on już mówi — powiedział Leon. — A może ty tylko nie umiesz słuchać. Może jego oczy to jego słowa. Może patrząc na ciebie, mówi: „Jesteś moim odbiciem. Jesteś mną. A ja jestem tobą”.

— Nie — zaprzeczył Mateusz, ale w jego głosie zabrzmiała nuta niepewności. — Nie jestem potworem. Jestem klerykiem. Sługą Bożym. Jestem…

— Jesteś człowiekiem — przerwał mu Leon. — Człowiekiem, który ma w sobie ciemność. Każdy ma. Niektórzy ją ukrywają. Niektórzy z nią walczą. Niektórzy ją karmią. Ty patrzysz na nią w snach. To już coś. Więcej niż inni.

— A ty? — zapytał Mateusz. — Ty patrzysz na swoją ciemność?

Leon zamilkł. Jego palce przestały się poruszać. Przez chwilę w ładowni panowała absolutna cisza — nawet śledzie zdawały się milczeć, jakby czekały na odpowiedź.

— Ja — powiedział w końcu — jestem swoją ciemnością.

Dwunasty dzień.

Filip zaczął płakać. Nie histerycznie, z krzykiem i szlochem. Po prostu z jego oczu — tych jasnych, prawie przezroczystych oczu, które widziały rzeczy, których nie ma — zaczęły cieknąć łzy. Płakał cicho, bezgłośnie, a łzy spływały mu po policzkach i kapały na śledzie, które leżały pod jego głową.

— Filip — odezwał się Tymoteusz, który leżał obok niego. — Filip, co się dzieje?

— Nie wiem — wyszeptał chłopak. — Po prostu… nie mogę przestać. Wszystko jest takie… takie…

— Jakie?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 71.78