Wstęp
Pierwsza część śląsko — łużyckich opowieści skupiała się na opisie tradycji ludowych i dziejów regionu w kontekście etnicznym.
Drugi zbiór koncentrował się na znaczeniu ukształtowania terenu i warunków geologicznych dla historii regionu.
Trzeci zbiór dotyczy ludzi — konkretnych postaci, które wpłynęły na rozwój i ewolucję pogranicza śląsko — łużyckiego. To zarówno osoby, które tu się urodziły, jak również ludzie, którzy tu przebywali, bądź osiedli.
Choć jest to opowieść o regionie, to będziemy poruszać się na mapie świata w odległe regiony — do Afryki, czy Indochin.
To opowieść o bardzo różnych postaciach: pszczelarzach, kompozytorze, matematyku, organmistrzu, pisarzu — poecie, myśliwej, ale też o odważnych Polakach walczących z komunistycznym reżimem po II wojnie światowej, czy też ambitnym kierowniku kina.
Niektórych może zastanawiać dobór postaci. Bo są tu i ci, których większość zwykłaby zaliczać do Niemców, ale też Polacy. Pruski nacjonalista, ale też polscy patrioci.
Ale to też jest też cel tego cyklu wydawniczego — pokazywać dzieje regionu ponad narodowymi podziałami, bez podziału na historię „niemiecką” i „polską”. Dzieje już się wydarzyły, już ich nie zmienimy. Nie może być „lepszej historii” — „naszej” i tej „gorszej historii” — „nienaszej”. Pomijając pewne fakty, dokonywalibyśmy fałszerstwa — a takie działania były już w przeszłości po obu stronach. Zarówno tej „naszej” i „nienaszej” historii. Mieszkając tu przejmujemy dziedzictwo tej ziemi, jako nasze regionalne dzieje.
Pamięć o tych postaciach powinna być ważnym elementem lokalnej tożsamości. Oczywiście ze względu na przyjętą formę i objętość tego wydawnictwa nie jest to zbiór w żadnej mierze kompletny. Wymaga on uzupełnienia, a właściwie to uzupełnień w przyszłości.
Nauczyciel pszczelarstwa
Zalety miodu znali przed wiekami nasi słowiańscy przodkowie, którzy od dawna byli mistrzami w jego produkcji. Nie można tego powiedzieć o Europie Zachodniej, gdzie nie potrafiono go pozyskiwać na taką skalę. Oczywiście w średniowieczu także na terenie Rzeszy Niemieckiej funkcjonowała ludność zajmująca się pozyskiwaniem miodu. Byli oni określani mianem „Zeidler”. Cieszyli się wolnością osobistą, a w związku z tym, że pracowali w lesie, mogli dla obrony przed dzikimi zwierzętami używać kusz. Jednak wydaje się, że ich gospodarka nie wyszła ponad poziom bartnictwa. A zatem w epoce wczesnonowożytnej ogromne ilości zarówno miodu, jak i równie poszukiwanego wosku były importowane do Europy Zachodniej z ziem polskich i całej Słowiańszczyzny.
Tu bartnictwo dynamiczne ewoluowało, ku znacznie wydajniejszemu pszczelarstwu. Należy też zwrócić uwagę, że na terenie ziemi żarskiej, leżącej na Łużycach włączonych w skład Rzeszy w ramach ekspansji Marchii Wschodniej, funkcjonowała ludność zwana „Deditzer” — czyli „dziedzice”. Owi ludzie zajmujący się bartnictwem mieli swój własny samorząd wraz z przywilejami ludzi wolnych. Co roku na św. Michała odbywały się zebrania bartników, podczas których rozstrzygano sprawy sporne. Na przykład dotyczące granic „Cidelweide”, czyli fragmentów lasu z 60 drzewami bartnymi i terenami śródleśnymi. Choć tradycja hodowli przetrwała, a słowiańska ludność płaciła daniny w miodzie, z czasem znaczenie wytwórstwa miodu osłabło. Ewolucja miododajnego rzemiosła odbywała się bardziej na wschodzie.
Nasza mała ojczyzna — zachodnie rubieże Śląska i wschodni kraniec Łużyc — była miejscem przenikania się wpływów słowiańskich i niemieckich. W tradycyjnej historiografii kładziony jest akcent na przewagę kultury zachodniej reprezentowanej przez żywioł niemiecki kolonizujący intensywnie od XIII w. dzielnicę śląską. Należy zwrócić jednak uwagę na fakt, że kierunek przemian nie był jednostronny. To właśnie na naszym terenie doszło do wzbogacenia wiedzy zachodnioeuropejskiej, i co rozumie się ipsa per se, przede wszystkim niemieckojęzycznej o znajomość pszczelarstwa. To właśnie na podstawie doświadczeń pszczelarskich zebranych z obszaru pomiędzy rodzinną Szprotawą, a Żaganiem Nickel Jacob napisał pierwszy w języku niemieckim podręcznik pszczelarski.
Nickel Jacob urodził się w 1505 r. w Szprotawie w rodzinie kościelnego. Jego ojciec nie tylko dbał o szprotawską farę, ale również zajmował się hodowlą pszczół. Nickel pracujący od najmłodszych lat w pasiece z ojcem w naturalny sposób podzielał zainteresowania ojca. Niemniej tak jak pszczelarstwo nie było głównym źródłem utrzymania ojca, tak również Nickel próbował swych szans w innych zawodach. Najpierw próbował swoich sił jako rzemieślnik. Po okresie terminowania w warsztacie kuśnierskim, jak każdy czeladnik musiał się udać w podróż w celu poznania zasad swojego fachu w innych regionach i krajach. Powinien był także zdobyć doświadczenie życiowe i pokazać, że potrafi sobie poradzić w trudnych warunkach. Jako 26-latek trafił na Morawy. Bo też Śląsk wraz z Księstwem Głogowskim, w którym znajdowała się Szprotawa, należał ówcześnie do Królestwa Czech.
Ukoronowaniem jego czeladniczej wędrówki był obowiązkowy majstersztyk, czyli dzieło będące sprawdzianem jego umiejętności. Jego ocena i dopuszczenie do wykonywania zawodu w mieście należało do rady cechowej. Owa niechętnie zgadzała się na dopuszczenie do pełni praw zawodowych nowych osób. Niemniej Jacob Nickel korzystnie wżenił się w mistrzowski ród, bo rodzinnie związany był z Hansem Buchwälderem (Buchlerem), szprotawskim burmistrzem pochodzącym z Dzikowic. W efekcie udało mu się wyzwolić na kuśnierskiego mistrza i jako taki figuruje w 1564 r. w aktach miejskich. Prawdziwych pieniędzy dorobił się jednak na handlu ziemią. Nie zadowalał się jednak jedynie prowadzeniem biznesu w rodzinnym mieście, bo sporo podróżował. Przebywał na Pomorzu, Meklemburgii i Pomorzu Przednim. Zawędrował nawet do Nadrenii.
Musiał być człowiekiem bardzo znanym skoro na prośbę mieszczan z okolicznych śląskich miast: Głogowa, Kożuchowa, Zielonej Góry, a nawet odleglejszych, czyli Góry i Świebodzic napisał księgę swego życia. Tak przynajmniej zapisał w słowie wstępnym, lecz do kosztów pierwszego wydania nie dołożyli się rzeczeni mieszczanie, ale wspomniany były burmistrz Szprotawy. Przywilej — zgodę na wydanie książki, wydał sam cesarz Maksymilian II Habsburg.
Dzieło jego życia zostało wydane przez znanego zgorzeleckiego drukarza Ambrosiusa Fritscha w 1568 r. i nosiło, zgodnie z ówczesną normą długi tytuł: „Gründlicher Unterricht von den Bienen und ihrer Wartung, in Glogischen Fürstenthumb, aus wahrer Erfahrung zusammen getragen von Nickel Jacob, Mitbürger zur Sprottaw”. Co ciekawe w wydaniu z 1576 r. znika już Księstwo Głogowskie (Glogischen Fürstenthumb), a dzieło nosi zmodyfikowany tytuł: „Gründlicher und nützlicher Unterricht von Wartung der Bienen aus wahrer Erfahrung zusammen getragen von Nicol Jacob, Bürger zur Sprottau“ co można by przetłumaczyć, jako: „Gruntowna i przydatna nauka utrzymania pszczół z prawdziwego doświadczenia zebrana przez Mikołaja Jacoba mieszczanina ze Szprotawy”. To jeden z wariantów tytułu, bo wariacji jest więcej, gdyż jego książka była wielokrotnie wznawiana przez różnych wydawców. Każdy dodawał i zmieniał, co nieco tytuł. Wydań było sporo, bo poza wspomnianymi, książkę wydawano w 1586, 1593, 1601, 1650, 1653, 1661, 1680, 1702, 1773, a wydania z 1614 roku Caspera Höflera i Christopha Schrotcha z 1659 r. były znacznie rozszerzone. W kolejnych wydania były powielane drzeworyty z ilustracjami, choć w zmodyfikowanych formach. Dzięki nim zachowały się wizerunki Mikołaja z ojcem podczas prac pszczelarskich.
Znaczenie książki Nickela Jacoba wynika z faktu, że była pierwszym prawdziwym podręcznikiem pszczelarskim w niemieckim kręgu językowym.
Jak pisał Zygmunt Gloger: „Badania naukowe przyznały Słowianom odwieczną znajomość rolnictwa i bartnictwa (…) Całe osady trudniły się wyłącznie pszczelnictwem, a każdy z osadników składał coroczną daninę po 20 urn miodu. Uzyskiwano go tyle, iż można było obdzielić nim całą Germanję, Brytanję i najdalsze strony Europy Zachodniej. Uchodził też miód, podobnie jak i futra w Polsce piastowskiej, za rodzaj monety, t. j. za środek ułatwiający wymianę różnych przedmiotów. Niektóre winy (kary) sądowe opłacano miodem.”
Piastowski Śląsk był, zatem miejscem, gdzie bartnictwo miało się wyśmienicie — nie brakowało tu ówcześnie lasów i puszcz, gdzie w wydrążonych pniach starano się trzymać dzikie pszczoły. Dalsza ewolucja miodnego rzemiosła prowadziła ku pszczelarstwu, którego to podstawy zdradził Niemcom w prosty i interesujący sposób Nickel Jacob.
Jacob w swym podręczniku pisał nie tylko o przydomowej gospodarce pasiecznej, ale również o pszczołach i pszczelich rodzinach w lasach i w puszczach. Widać wciąż bartnictwo było obecne w jego czasach. Zresztą pszczoły potrafiły się także zadomowić w mieście. Opisywał taki przypadek z Żagania, gdy odważna kobieta zgarnęła żyjący w mieście rój do kapelusza przeciwsłonecznego, który związała chustką. Takie anegdotyczne przykłady z codziennego życia na pewno zachęcały do lektury.
W jego książce jest wiele praktycznych rad o tym, jak nabywać, transportować i dbać o pszczoły. Opowiada o budowie uli, ich urządzeniu, narzędziach koniecznych do pracy przy nich.
Bardzo ważną kwestią poruszaną w jego książce jest sprawa pożytków pszczelich. A to, co przyniosą owady do ula i z czego zrobią miód, zależy od rosnących upraw. Zalecał, zatem które rośliny miododajne warto siać w ogrodach. Wiele też miejsca poświęcał walce z chorobami pszczół.
Jacob zebrał na tamte czasy ogromną wiedzę o pszczołach. Najlepszym komentarzem do jego umiejętności i wiedzy była uwaga pochodząca z dwa wieki późniejszej korespondencji pomiędzy dwoma badaczami przyrody i pszczelarzami: Carlem Bonnetem i Franzem Huberem. Stwierdzili oni, że Jacob wraz ze swym synem wyczyniał mistrzowskie rzeczy z pszczołami.
Nie dziwi zatem, że Nickel Jacob nazywany był i jest przez Niemców „ojcem pszczelarskiej literatury niemieckiej”, jak również „Dzierżonem XVI w.”.
Nickel Jacob zmarł w wieku 71 lat w marcu 1576 r. w rodzinnej Szprotawie. Tak jak nie został zapomniany przez pszczelarzy, tak o pamięć o nim w grodzie nad Bobrem zadbał zasłużony szprotawski regionalista Felix Matuszkiewicz (1885 — 1956). Napisał i wydał w 1933 r. publikację pt. „Nickel Jacob aus Sprottau, der Altmeister der schlesischen Bienenkunde”, czyli „Mikołaj Jacob ze Szportawy. Dawny mistrz śląskiego pszczelarstwa”. Doprowadził także do nazwania jednej ze szprotawskich ulic imieniem Nickela Jacoba (obecna ul. Bolesława Chrobrego). Przyczynił się również do powstania pomnika, za co związek pszczelarski nadał dr F. Matuszkiewiczowi honorowe członkostwo.
Dziś na tradycyjnym żagańskim Jarmarku św. Michała nie brakuje stanowisk pszczelarzy oferujących miód z lokalnych pasiek. W sąsiednich Żarach we wrześniu odbywa się od 2007 r. impreza integrująca środowisko pszczelarskie pod nazwą Jarmark Miodu i Wina. Warto, zatem pamiętać o postaci Nickela Jacoba, który przed ponad 450 laty przyczynił się do upowszechnienia osiągnięć śląskiego pszczelarstwa w Niemczech i na świcie. Niemniej był to dopiero początek długiej listy wybitnych pszczelarzy pochodzących z naszego regionu.
Przed Chopinem
Żary które są dziś sporym ośrodkiem miejskim i przemysłowym to dawne miasto rezydencjonalne Promniców — arystokratycznego rodu pochodzącego z Saksonii, który w średniowieczu osiedlił się na Śląsku. Familia odniosła tu sukces, a członek tego rodu, biskup wrocławski Baltazar, jako jeden z najbogatszych ludzi epoki, kupił w 1556 r. miasto Żary na Łużycach wraz z okolicą. Wcześniej stał się właścicielem Pszczyńskiego Państwa Stanowego na Górnym Śląsku. Kolejni Promnicowie przyczynili się do rozwoju gospodarczego swoich ziem, jak również powiększenia swojego władztwa. Jednak stolicą pozostawały Żary, znajdujące się od 1635 r. w granicach Saksonii. Szczyt potęgi ród Promniców osiągnął za panowania hrabiego cesarstwa Erdmanna II von Promnitz (ur. 1683 r.) panującego w latach 1704 — 1745.
Były to czasy unii personalnej między Rzeczpospolitą Obojga Narodów, a Saksonią (1697 — 1763). Na tronie polskim zasiadał ówcześnie August II Mocny, z dynastii Wettynów, a następnie jego syn August III Sas. Były to skomplikowane czasy, niszczycielskiej III wojny północnej (1700 — 1721), niepokojów wewnętrznych w Rzeczpospolitej, wojen śląskich, ale później niemal trzech dekad pokoju, rozkwitu Warszawy, początków oświecenia i rozwoju polskiej kultury oraz gospodarki. W efekcie, w konstytucji 3 maja 1791 r. jako nowy król polski wskazany został wnuk Augusta III, czyli Fryderyk August I Wettyn, który w latach 1807 — 1815 ponownie połączył ziemie polskie i Saksonię unią personalną jako książę warszawski.
W okresie tych polsko — saskich związków państwowych, Żary leżące ówcześnie w Elektoracie Saksonii, znajdowały się na trasie podróży między Dreznem a Warszawą polskich władców z dynastii Wettynów. Pragnący zrobić karierę u boku swojego zwierzchnika — elektora saskiego i króla polskiego Augusta II Mocnego, Erdmann II von Promnitz stworzył liczny i znamienity dwór. Nie mogło na nim zabraknąć muzyki, zwłaszcza w modnym ówcześnie stylu francuskim.
W czerwcu 1705 r. w zajeździe pod Złotą Sową (Gasthof zur goldenen Eule), którego nazwę podczas wizyt królów polskich zmieniano na Hotel Polski (Hôtel de Pologne) zatrzymał się kompozytor Georg Philipp Telemann (1681 — 1767). Ów urodzony w marcu 1681 r. w Magdeburgu muzyk miał objąć kierownictwo nad dworską kapelą Erdmanna II von Promnitz.
Mając zaledwie dwanaście lat, Telemann skomponował swoją pierwszą operę, ale zasadniczo był samoukiem, którego wspierali duchowni i nauczyciele szkół do których uczęszczał. Pierwsze duże sukcesy kompozytorskie odniósł podczas studiów prawniczych w Lipsku, które rozpoczął w 1701 r. Założył tu amatorską orkiestrę, dyrygował przedstawieniami operowymi i awansował na stanowisko dyrektora muzycznego ówczesnego kościoła uniwersyteckiego. Sam też wykonywał basso continuo i występował jako wokalista.
Działalność młodego i ambitnego Georga Philippa Telemanna podważała autorytet czołowego lipskiego kompozytora Johanna Kuhnau’a (1660 — 1722). Ów na rzecz Telemanna stracił studentów, których potrzebował do większych występów. Dodatkowo Telemann został w 1704 r. organistą i dyrektorem muzycznym lipskiego Neukirche, a Kuhnau stale narzekał na „dziką naturę opery”. Ponadto dotychczasowa pozycja Kuhnau’a została podważona przez burmistrza Franza Conrada Romanusa, który zlecił Telemannowi dostarczanie co dwa tygodnie kompozycji kościelnych do kościoła św. Tomasza, uzasadniając to tym, że Telemann był „jednym z najlepszych kompozytorów […] i zdolnym do dyrygowania chórem w kościołach św. Mikołaja i św. Tomasza”. Kuhnau stale słał protesty przeciwko działaniom „nowego organisty, […] który wykonuje lokalne opery”.
W takiej atmosferze w 1704 r. hrabia Erdmann II von Promnitz zaproponował Telemannowi stanowisko koncertmistrza na żarskim dworze. Miał tu wesprzeć, a następnie zastąpił jako kapelmistrz zaawansowanego wiekiem Wolfganga Caspara Printza (1641—1717), kompozytora i autora dzieł o historii muzyki, co przyniosło mu szacunek świata muzycznego w krajach niemieckich. Telemann propozycję przyjął, jednak zwlekał z przyjazdem do Żar zapewne w związku z toczącą się III wojną północną w którą zaangażowana była Saksonia.
Młody 24-letni kompozytor przyjeżdżając do Żar nie zastał tu hrabiego, który wraz z dworem przebywał ówcześnie w Pszczynie. Niemniej zastał tu miłość swojego życia. Mianowicie zakochał się w Amelii Elisabeth Julianie Eberlin, dworzance żony hrabiego, czyli księżnej Anny Marii von Sachsen-Weiβenfels (1683 — 1731). Przybyła ona na dwór hrabiego do Żar wraz z księżną w 1705 r. Co ważne była ona córką kompozytora Daniela Eberlina (1647 — 1714~1715). Komponował on kantaty i sonaty triowe o wysokiej wartości muzycznej. Jednak do dziś przetrwało tylko kilka jego dzieł. Niemiej można przypuszczać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że jego córka posiadła wrażliwość i wiedzę na temat muzyki. Także częste jej pobyty ze swą panią na dworze w Pszczynie, częstsze niż samego G. P. Telemanna, mogły przyczynić się do krzewienia inspiracji muzyką polską.
Para od początku zapałała do siebie uczuciem, choć czekały ich okresy rozłąki, gdy Telemann podróżował do Berlina (trzykrotnie w czasie żarskiego okresu), a wybranka jego serca towarzyszyła swej pani podczas wizyt w Pszczynie. Jednak sam G. P. Telemann też bywał na Górnym Śląsku i według jego słów: „poznałem tam, jak i w Krakowie muzykę polską i hanacką w jej prawdziwie barbarzyńskim pięknie”. Podkreślał w listach, że nie należy lekceważyć tych wiejskich grajków, ich kompozycji i pomysłowości. Można powiedzieć, że był jednym z pierwszych, o ile nie pierwszym dworskim kompozytorem, który prawdziwie zachwycił się muzyką ludową. Nie lekceważył jej, a starał się pewne pomysły zasłyszane na pograniczu polsko — morawskim wykorzystywać w swej twórczości. Chodzi o struktury zarówno we frazach z taktem trójmiarowym, jak i czteromiarowym, które w różny sposób połączone są z wielką różnorodnością melodyki, rytmiki, metrum i systemu tonalnego polskiej muzyki ludowej. Dodatkowo Telemann komponował polonezy, co świadczy o jego wrażliwości na muzykę polską obecną na dworze Erdmanna II von Promnitz w czasach unii polsko — saskiej.
Zgodnie z upodobaniami hrabiego, który przywiózł z podróży do Francji dzieła Jeana-Baptiste’a Lully’ego i André Campry, Telemann komponował w Żarach średnio dwie suity na orkiestrę tygodniowo, opierając się na francuskich wzorcach. Przyjmuje się, że podczas okresu żarskiego Telemann skomponował około 200 suit.
Tak wspominał początki swojego pobytu w Żarach: „Jeśli jest w świcie coś, co zachęca ducha ludzkiego by był coraz sprawniejszy w tym czego się nauczył, to jest to chyba dwór. Staramy się pozyskać łaskawość jego wielkości, uprzejmość ludzi szlachetnych, którzy na nim przebywają (…) i nie żałujemy sobie trudu by osiągnąć swój cel (…) Skoro już w najlepszym rozkwicie moich lat dostałem się na ten dwór, to łatwo jest zauważyć, że nie będę siedział z założonymi rękoma, by zbudować moje szczęście (…)”. A zatem pobyt na dworze Erdmanna II w Żarach traktował jako swoją życiową szansę. Dalej oceniał: „Świetność tego dworu od nowa postawionego na książęcej stopie zachęciła mnie do entuzjastycznych przedsięwzięć zwłaszcza w dziedzinie muzyki instrumentalnej przy czym faworyzowałem tu przede wszystkim uwertury wraz z ich suitami”.
Z drugiej strony pisał: „Rozkazy różnych osób z mieszczaństwa nieustannie dawały mi powód do sporządzania całych dzieł instrumentalnych wszelkiego rodzaju.” A zatem nie tylko dwór, ale też znamienici mieszkańcy Żar starali się wykorzystać potencjał płodnego kompozytora, który trafił tu na dogodne warunki do twórczej pracy — z dala od zgiełku dużego miasta jakim był Lipsk i konkurencji innych ambitnych muzyków.
Podczas pobytu w Żarach G. P. Telemanna w 1706 r. naczelnym kaznodzieją dworskim, radnym konsystorza i superintendentem w Żarach (towarzyszył Annie Marii von Sachsen-Weißenfels po jej ślubie z Erdmannem II von Promnitz) był Erdmann Neumeister (1671 — 1765). W Żarach utrzymywał bliski kontakt z G. P. Telemannem, bo znali się jeszcze z Lipska. E. Neumeister stał się najczęściej wymienianym librecistą Telemanna i jego zwolennikiem w teologicznych debatach. Łączyły ich poglądy, dysputy i to co można chyba nazwać przyjaźnią.
Kiedy Erdmann II zaczął się coraz bardziej skłaniać się ku poglądom pietystycznym, E. Neumeister porzucił Żary i ubiegał się o posadę w Hamburgu. Dzięki protekcji G. P. Telemanna od 1715 r. do swojej śmierci w 1756 r. był starszym pastorem w kościele św. Jakuba w Hamburgu.
W 1708 r. G.P. Telemann wyjechał z Żar do nowego pracodawcy — księcia Jana Wilhema von Sachsen-Eisenach (1666 — 1729). Otrzymał jednak zgodę na ponowny przyjazd na swój ślub do Żar. Ślub z Amelią Elisabeth Julianą Eberlin odbył się w starej kaplicy zamkowej (z 1593 r.) znajdującej się na podzamczu gotycko — renesansowego zamku 13 października 1709 r. Po ślubie para wyjechała do Eisenach. Wkrótce kaplicę włączono w mury budowanego na podzamczu pałacu (nowa okazała rezydencja miała służyć podczas wizyt królów polskich). Ołtarz i kazalnicę z kaplicy sprzedano gminie w podżarskich Kunicach, gdzie znajdują się do dziś w kościele parafialnym będąc niemymi świadkami ślubu G. P. Telemanna. Nowa kaplica w północnym skrzydle pałacu została konsekrowana w 1711 r.
Żona Telemanna, córka wspomnianego kompozytora Daniela Eberlina, zmarła na gorączkę połogową w styczniu 1711 r. po urodzeniu ich pierwszej córki, Marii Wilhelminy Eleonory (1711–42). Ostatecznie Georg Philipp Telemann osiadł w Hamburgu, gdzie zmarł 25 czerwca 1767 r.
W swej twórczości G. P. Telemann mniejszą wagę przykładał do wirtuozerii, preferując rozbudowę kolorytu brzmienia. Z ponad 3 600 napisanymi utworami Telemann jest jednym z najbardziej płodnych kompozytorów w historii muzyki. Telemann otworzył się na kosmopolitycznie na bodźce muzyczne, które obejmowały francuskie i włoskie, angielskie i wschodnioeuropejskie. Przede wszystkim, jako swoiste novum w jego twórczości obecne są polskie wpływy stylistyczne, gatunki i style pisania, elementy muzyki ludowej oraz tanecznej. Na długo przed Fryderykiem Chopinem przybliżył Europejczykom urok polskiego folkloru, ale w przeciwieństwie do muzyki szopenowskiej, elementy polskiej muzyki mają w jego twórczości charakter wesoły. O polskiej i morawskiej muzyce ludowej pisał w swej autobiografii: „W zwykłych karczmach grano ją na przywiązanych do ciała skrzypcach nastrojonych tercję wyżej i znacznie głośniejszych niż pół tuzina zwykłych skrzypiec, na polskich dudach, na puzonie kwintowym i na regale. W miejscach bardziej okazałych regału jednak nie było, za to więcej skrzypiec i dud: kiedyś doliczyłem się aż 36 skrzypiec i 8 dud. Aż trudno uwierzyć jak wspaniałe pomysły mają ci dudziarze i skrzypkowie, gdy fantazjują w czasie, kiedy odpoczywano od tańca. Ktoś uważny w ciągu ośmiu dni zebrałby tu pomysłów na całe życie”. Jak widać G. P. Telemann szczególnie cenił sobie improwizację grajków z obszaru między Pszczyną a Krakowem.
Dziś pamięć o Telemannie w Żarach jest żywa — istnieje ulica nosząca jego imię przy której znajduje się m.in. kryta miejska pływalnia Wodnik, od 2000 r. jego imię nosi Państwowa Szkoła Muzyczna I stopnia. Częstym motywem na kartach pocztowych, magnesach czy zdjęciach turystów jest ławeczka Telemanna na żarskim rynku, która została zamontowana w 2010 r. Ale to także miejsca i obiekty bezpośrednio związane z pobytem kompozytora w Żarach: miejsce rozstajne, gdzie stał Hotel pod Złotą Sową na pl. Inwalidów, kompleks zamkowo — pałacowo — ogrodowy w centrum miasta, nieodległa żarska fara (kościół NSPJ) w której dawał koncerty, budynek nadindentury w którym obecnie mieści się Muzeum Pogranicza Śląsko — Łużyckiego, gdzie rezydował Erdmann Neumeister, przyjaciel i współpracownik G. P. Telemanna. Park Miejski w miejscu geometrycznego ogrodu francuskiego Promniców, gdzie od lat odbywają się koncerty z cyklu „Lato z Telemannem” oraz ołtarz i ambona z kaplicy zamkowej, które są świadkami ślubu G. P. Telemanna z A. E. J. Eberlin — jego pierwszą żoną. Znajdują się one w kościele pw. Matki Boskiej Szkaplerznej w żarskiej dzielnicy Kunice.
Polak z wyboru
Bohater tej opowieści urodził się 31 lipca 1739 r. w Dreźnie, jako najstarszy syn Henryka Brühla (ministra króla Rzeczpospolitej Augusta III Sasa) oraz Marii Anny z domu Kolowrath. Nazywał się Alojzy Fryderyk. Ale w tym miejscu należy parę słów opowiedzieć o jego ojcu.
Henryk Brühl (1700 — 1763) — „self made man” swojej epoki, dzięki umiejętnym intrygom odsunął konkurenta — faworyta Augusta III, Aleksandra Józefa Sułkowskiego, który musiał w 1738 r. opuścić Drezno. Tej rywalizacji poświęcił część swej powieści „Brühl” nasz najpłodniejszy powieściopisarz, czyli Ignacy Kraszewski. Przyłożył się on mocno do utrwalenia czarnej legendy Henryka Brühla. To trochę jak z Dumasem i jego wizją kardynała Richelieu… Obaj: Richelieu i Brühl byli zdolnymi politykami, którzy starali się realizować swe ambitne plany. A te można różnie oceniać. Na przykład Henryk Brühl próbował zdobyć „korytarz śląski”, by doszło do unii realnej Saksonii i Rzeczpospolitej. Marzył o integracji terytorialnej obu państw. Był nieprzejednanym wrogiem Prus, które słusznie uważał, za głównego wroga nie tylko Sakasoni, ale też Rzeczpospolitej. Jakże wiele miał racji, wszakże to Prusy były inicjatorem rozbiorów naszego kraju. Stworzył nowoczesną administrację w Saksonii opierając się na niższej arystokracji, z której sam się wywodził.
Na jego niekorzyść świadczył fakt skumulowania w swych rękach praktycznie wszystkich najważniejszych urzędów saskich. Od 1738 do 1763 r. podlegał mu Tajny Gabinet — naczelny organ władzy w Saksonii. W 1746 r. został „premier-ministrem”. Sprzedawał urzędy, kupczył Orderem Orła Białego, miał opinię człowieka skorumpowanego. Doprawdy? Aż tak bardzo jego praktyki odbiegały od ówczesnej normy? Ba, a czy dziś nie widzimy w świecie polityki podobnych działań i zarzutów? A właśnie, zarzuty. Należy pamiętać, że śmiertelnym wrogiem Henryka Brühla, by inicjator I rozbioru Rzeczpospolitej, czyli król Prus Fryderyk II. Był mistrzem tego, co nazywamy dziś czarnym PR — to on nakazał świadomie tworzyć „czarną legendę Polski”, jako kraju zacofanego, nietolerancyjnego, zamieszkiwanego przez ludzi nieznających porządku i cywilizacyjnie zacofanych. Pytanie, raczej retoryczne, czy w takich działaniach zniesławiających ograniczał się król Prus tylko Rzeczpospolitej, czy wziął na celownik także premier-ministra de facto rządzącego Rzeczpospolitą…
Ta czarna legenda Henryka Brühla wydaje się jednak na wyrost, skoro jego najstarszy syn, nie tylko dzięki zabiegom politycznym ojca, ale także w sercu zwiąże się z Polską, jej rozwojem i kulturą.
Alojzy Fryderyk Brühl w dzieciństwie otrzymał staranne wykształcenie oraz dzięki zabiegom ojca poznał język polski. W 1750 r., mając jedenaście lat, otrzymał urząd starosty warszawskiego. Można powiedzieć — skandal!, ale skoro ojciec tak starannie zadbał o to by syn poznał Polskę, to raczej nie można tego nazwać działaniem na szkodę Rzeczpospolitej.
Siedem lat później Alojzy Fryderyk przeniósł się do Polski. Objął chorągiew pancerną i walczył w wojnie siedmioletniej (1756–1763). W 1760 r. zgodnie z wolą ojca poślubił Mariannę Klementynę Potocką i osiadł w rezydencji w Młocinach. W 1763 r. został mianowany generałem artylerii koronnej. Na stanowisku tym młody Alojzy Brühl sprawdził się znakomicie, dbając o wyszkolenie i organizację tej formacji. W 1766 r. założył szkołę artyleryjską.
Również na stanowisku starosty warszawskiego dał się poznać jako sprawny organizator. Dokonał m.in. parcelacji gruntów pod dzierżawę, co umożliwiło rozbudowę Warszawy i wytyczenie nowych ulic. W 1768 r. doprowadził do budowy kanalizacji i powstania straży pożarnej. Hrabia ufundował również na Młocinach wytwórnię prochu i kul armatnich (Prochownia) na potrzeby polskiej armii. W 1785 r. założył w Warszawie „Dom dla ubogich albo nową fabrykę krajową”, gdzie wyrabiano pończochy dla wojska. Przyczynił się też do otwarcia pierwszego w kraju ambulatorium dla bezpiecznego szczepienia ospy wietrznej.
Jego związki z dynastią saską oraz koligacje rodzinne nie ułatwiały mu działalności politycznej, dlatego też niechętnie ją podejmował.
Na czas konfederacji barskiej (1768–1772) schronił się w Dreźnie, jednak po klęsce konfederatów wrócił do Warszawy. Od tego momentu skupił się na obowiązkach generała artylerii
Sejm Rozbiorowy (1773—1775) rozszerzył jego kompetencje, powierzając mu pieczę nad twierdzami Rzeczypospolitej. W 1775 r. założył Szkołę Artylerii przy Korpusie Artylerii Koronnej, która wykształciła około czterystu oficerów. Dzięki niemu artyleria koronna, choć stosunkowo nieliczna, osiągnęła poziom europejski pod względem organizacji i wykształcenia żołnierzy. Zreformował organizację artylerii oraz dzięki dużej wiedzy fachowej przeprowadził zmiany w systemie szkolenia artylerzystów i oficerów broni technicznych. Otrzymał dowództwo partii (dywizji) małopolskiej i stopień generała lejtnanta. Prowadził także praktyczne szkolenia połączonych różnych oddziałów (kawalerii, infanterii/piechoty i artylerii), których pierwsze manewry odbyły się w 1776 r. pod Kamieńcem Podolskim. Dbał również o rozbudowę i utrzymanie twierdz Rzeczypospolitej, czego wyrazem było utworzenie z jego inicjatywy w 1775 r. korpusu inżynierów. Oficerowie tej formacji sprawowali między innymi nadzór nad twierdzą w Kamieńcu Podolskim i unowocześnili oraz częściowo przebudowali w 1783 r. twierdzę jasnogórską. W 1776 r. został członkiem Komisji Wojskowej Koronnej.
W 1780 r. został wybrany przez Sejm członkiem Rady Nieustającej. Owszem była ona nazywana „Zdradą Nieustającą”, bo powstała na skutek rosyjskiego dyktatu podczas Sejmu Rozbiorowego i początkowo zasiadali w niej zdrajcy, to jednak z czasem stała się sprawnie działającą radą ministrów, która pomagała królowi Stanisławowi Augustowi w sprawnym zarządzaniu Rzeczpospolitą. Król Staś zresztą bardzo Alojzego Fryderyka Brühla cenił, stąd odznaczenie go w 1777 r. Orderem Świętego Stanisława.
Był członkiem masonerii. Od 1766 r. stał na czele loży „Cnotliwy Sarmata”. W 1773 r. został generalnym wizytatorem wolnomularstwa diecezji polskiej Ścisłej Obserwy.
Był autorem cieszących się ówcześnie popularnością komedii: „Przyjazd pana” (1775), „Podrzutek, czyli dziecię znalezione” (1781) i „Figiel za figiel” (1793). Swe dzieła tworzył równocześnie w języku francuskim, niemieckim i polskim, który opanował znakomicie.
Powodzenie w polityce nie szło w parze ze szczęściem osobistym. W ciągu dwóch lat zmarł mu syn oraz druga żona, Marianna Potocka. Alojzy załamał się i bardzo podupadł na zdrowiu. Stopniowo wycofał się z życia publicznego, sprzedał starostwo warszawskie i generalstwo artylerii.
Wyjechał do rodzinnych Brodów w dzisiejszym powiecie żarskim, znajdujących się ówcześnie Saksonii, gdzie osiadł z trzecią żoną, Józefą Schaafgotsch. Aż do śmierci 27 stycznia 1793 r. zachował szczery sentyment dla Polski.
Pruski generał w Brodach
Prusy i Prusak — kiedyś owe słowa budziły grozę, ale także pogardę Polaków walczących o narodowy byt. Czego obawiali się nasi przodkowie i czy my dziś mamy się czego bać?
A zatem po kolei w wielkim skrócie. Problemem nie byli Prusowie. No dobrze, oni byli problemem w średniowieczu, lecz chcąc rozwiązać problem najazdów pogańskich Prusów, książę mazowiecki Konrad ściągnął większy problem. Zaprosił Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Uff, jaka długa nazwa. Dlatego mówimy krótko: Krzyżacy. Ci z zadania wywiązali się z teutońską precyzją — mordując, rabując i zajmując ziemie Prusów, których nazwę z czasem przywłaszczyli. Wszyscy pamiętamy o Grunwaldzie, uczyliśmy się o zwycięskim II pokoju toruńskim (1466). Wielu oglądało też „Hołd pruski” Jana Matejki. Ale to nie obsmarowany przez naszego wielkiego malarza Albrecht Hohenzollern (1490 — 1568) był winny przyszłego wzrostu znaczenia Prus. Tu zawinili dwaj królowie Rzeczpospolitej: Stefan Batory i Zygmunt III Waza, bo pozwolili by władza w zależnych od Polski Prusach Książęcych przeszła na brandenburską linię Hohenzollernów. Książę Fryderyk Wilhelm (1620 — 1688) wykorzystał słabość Rzeczpospolitej, gdzie najpierw szlachta witała z otwartymi rękoma króla Szwecji Karola X Gustawa (1622 — 1660) jako wyzwoliciela od „tyranii” króla Jana Kazimierza (1609 — 1672). A potem, przekonawszy się na własnej skórze jak to jest żyć pod okupacją, zaczęła popierać walkę ze Szwedami. Ceną za wyparcie się przez Prusaków konszachtów z Karolem Gustawem było nadanie suwerennej władzy w Prusach Książęcych „Wielkiemu Elektorowi” — owemu Fryderykowi Wilhelmowi. Stąd już tylko krok do korony królewskiej, po którą sięgnął jego syn — Fryderyk III w 1701 r. (po koronacji zdenominowany do Fryderyka I, króla Prus). Znowu wykorzystana została słabość Rzeczpospolitej, którą w wielki konflikt wplątał jej król — August II Mocny (1670 — 1733). Była to III wojna północna (1700 — 1721).
Tak. Naszemu królowi a zarazem elektorowi saskiemu z rywalizującej z Hohenzollernami w Rzeszy dynastii Wettynów, nie wiodło się w tej wojnie. Znacznie lepiej wyszedł na niej jego kumpel od kielicha i męskich rozrywek, czyli car Rosji Piotr I Wielki (1672 — 1725). Niemniej panowanie w Rzeczpospolitej elektorów saskich (1697 — 1763) wcale nie było takie jednoznacznie złe. Ba! Wielu Saksończyków polonizowało się i była szansa na realną unię Drezna i Warszawy. Ale właśnie do tego nie chcieli dopuścić Prusacy.
Król Fryderyk II (1712 — 1786), hmmm, jako Polakowi trudno przychodzi wymienienie jego przydomka — „Wielki”, mimo swych niewątpliwych zasług dla państwa pruskiego oraz erudycji i inteligencji, od początku prowadził politykę skierowaną przeciwko saskim Wettynom, a przede wszystkim przeciwko naszej ojczyźnie. To on celowo budował nieprawdziwy obraz Rzeczpospolitej jako kraju zacofania, nietolerancji i anarchii. No z tym ostatnim trochę miał racji, bo Polacy zawsze woleli wolność, niż pruski dryl wymuszony kapralską pałką. Z resztą zarzutów grubo przesadzał, ale jego „czarny piar” miał służyć określonemu celowi. Brzmiał on: uzasadnić i skłonić europejskie mocarstwa do rozbiorów Rzeczpospolitej. Swój cel osiągnął. To on był architektem pierwszego rozbioru w 1772 r., kolejnych nie dożył, ale zrealizował je jego bratanek, król Fryderyk Wilhelm II (1744 — 1797).
Zaryzykuję stwierdzenie, że Królestwo Prus genetycznie miało wpisaną antypolskość, w przeciwieństwie do Saksonii, która od czasów Augusta Mocnego była z Polską związana, a ten związek miał trwać dalej. Oto po bitwie pod Jeną-Auerstedt 14 października 1806 r. Napoleon Bonaparte rzucił na kolana dumnych Prusaków, którzy uważali, że mieli najlepszą armię na świecie (tak, tak — Amerykanie nie wygrali by w wojnie o niepodległość z Brytyjczykami, gdyby nie Prusak Friedrich Wilhelm von Steuben). To była narodowa tragedia dla pruskich nacjonalistów i z tymi czasami związany jest pewien grób, który znajduje się na ziemi żarskiej.
Oto w Brodach znajduje się niezwykle interesujący cmentarz. Są tu zachowane w niezłym stanie dawne groby. Wśród nich jest nagrobek Friedricha Wilhelma Magnusa von Eberhardta (11 sierpnia 1791 w Kłodzku † 31 października 1867 w Brodach). Był to pruski generał — porucznik. Jego ojcem był Friedrich Wilhelm von Eberhardt (1755–1806). Jako 15-latek został wzięty do niewoli francuskiej we wspomnianej bitwie pod Jeną (zginął w niej jego ojciec — dowódca 47. pułku piechoty pruskiej). Pokonane Prusy zostały zmuszone do zarówno uznania powstania Księstwa Warszawskiego, jak i wymuszonej współpracy z Francją. Prusacy musieli także zapłacić Francuzom wysoką kontrybucję, której wysokość chciał ograniczyć kanclerz Karl vom Stein. Został on zmuszony do ucieczki z Prus, gdy sam Napoleon ogłosił go „wrogiem Francji”. Fryderyk Wilhelm III nie miał odwagi przeciwstawić się cesarzowi Francuzów (samo wspomnienie o Jenie i Auerstedt było dla niego traumatyczne). Niemniej upokorzeni oficerowie i pruscy politycy marzyli po cichu o walce z Napoleonem, który dawał Polakom nadzieję na niezależny byt państwowy („dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy”).
W czasie wyprawy na Rosję Friedrich Wilhelm Magnus von Eberhardt służył w stosunkowo niewielkim pruskim korpusie gen. Johanna Ludwiga Yorck von Wartenburga, który walnie przyczynił się do przejścia Prusaków na stronę rosyjską. Podczas spotkania w Taurogach (30 grudnia 1812 r.) podpisał z Iwanem Dybiczem zawieszenie broni. Yorck — nie pytając króla o zgodę ogłosił, że korpus pruski jest w toczonej wojnie „neutralny”. W Prusach wieść o tym przyjęta została z entuzjazmem, ale dwór nie mógł jeszcze zrzucić maski sprzymierzeńca Francuzów.