E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
19.73
drukowana A5
kolorowa
41
Slainte cz. 1.

Bezpłatny fragment - Slainte cz. 1.


Objętość:
71 str.
ISBN:
978-83-8155-734-4
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 19.73
drukowana A5
kolorowa
za 41

Pobierz bezpłatnie

Migranci

Zanim zaczniesz czytać, Czytelniku drogi, zapraszam na Instagram i Facebooka. Lajkuj, szeruj, komentuj.

W drodze

Mam rację?… ty to powiedziałeś?… A więc — jesteś ocalony!… Tak, jeszcze będą z ciebie ludzie… Pluń na wszystko, co minęło: na własną boleść i na cudzą nikczemność… Wybierz sobie jaki cel, jakikolwiek, i zacznij nowe życie.

Bolesław Prus, Lalka

I

Mogłoby być tak

Czarny ptak z rozpiętymi skrzydłami pojawił się na nocnym niebie. Pazurami rozdarł gęstą ciszę, która ociężale zalegała nad ziemią. Z poszumem skrzydeł i hukiem silników przedzierał się przez ciemności, niewidzialny nad warstwą chmur.

Pasażerowie niecierpliwie nachylali się do okienek, aby ujrzeć zieloną wyspę: Porośnięte trawami wzgórza i pastwiska, obrośnięte mchem kamienice, szmaragdowe janowce, żywopłoty z fuksji, sterty torfu, a nawet zielone morze. Smarkozielone morze irlandzkie. Mosznękurczące morze. Ciemność jednak wszystko pochłaniała.

Wciśnięty przez potężne cielsko ciamkającej pani w boczną ścianę samolotu tanich linii lotniczych, wgnieciony w szybę okna, żałowałem, że przy nim usiadłem. Zresztą znad chmur nie widziałem wyspy, tylko czerwone i zielone refleksy świateł pozycyjnych, rozbijających się o pierzastą powierzchnię. No i samolotowe skrzydło z jednym silnikiem, które drgało złowieszczo, jakby zaraz miało oderwać się od kadłuba. Ale pani to nie odstraszało; ani brak widoczności, ani drgające skrzydło. Przechylała się nade mną, opierając swoją ciężką, obfitą pierś na moich kolanach i wciskając mnie w ścianę spoglądała przez okno, żeby zobaczyć niewidoczną zieloną wyspę, widząc, że nic nie widzi.

Już na lotnisku w Warszawie ją spostrzegłem i już wtedy wiedziałem, że usiądzie obok mnie. Gdy tylko zobaczyłem ten turkusowy beret z moheru i takiż szalik wśród tego bezbarwnego tłumu, gdy spostrzegłem jej różowawy płaszcz i dwie niewielkie dłonie, uzbrojone w koronkowe białe mitenki, które ze skupieniem przekładały paciorki różańca, wiedziałem, że zanim zdążę się rozpłaszczyć i zająć swoje miejsce, pani odłoży swój składany parasol w szkocką kratę na fotel przy moim i z przeuprzejmym uśmiechem, zajmując już miejsce, zapyta formalnie, czy wolne, i przedstawi się: Charybda Jakaśtam, a chwilę potem będzie wyciągała kanapki.

— Ze swojską kiełbaską i ogóreczkami kiszonymi, na pewno panu zasmakują.

Przyciągam dziwnych ludzi, co do tego nie mam wątpliwości. W gruncie rzeczy w niczym pani Charybda mi nie przeszkadzała, ale należę do tej grupy podróżujących, która woli zanurzyć się w lekturze lub podziwiać widoki za oknem, niż rozmawiać z nieznajomymi, a trafiam zawsze na tych, którzy nie potrafią przebyć drogi bez mielenia językiem.

— Mniam, mniam, naprawdę dobre, na pewno pan nie chce?

Nie. Podziękowałem grzecznie za kiszone ogóreczki i swojską kiełbasę i wyciągnąłem z bagażu podręcznego Dziennik irlandzki Heinricha Bölla.

Nie minęła minuta, w trakcie której pani Charybda wierciła się niecierpliwie i zaglądała mi przez ramię, kiedy zapytała — A pan co czyta?

Odpowiedziałem krótko, podając tytuł i autora, nie podnosząc jednak głowy znad książki, sugerując, że nie życzę sobie żadnych pogawędek, czy jakiegokolwiek kontaktu, i że chciałbym…

— A to ciekawe musi być musi. On pewnie też za chlebem tam jeździł, co? Bo pan też za chlebem?

— Za chlebem.

— A ja do córki, wie pan, dwa tygodnie byłam w Polsce byłem żeby odpocząć byłam i do córki wracam. Pomagam wychować jej synka pomagam; mały, śliczny bobas, jej synek. Ma już prawie rok już ma A może zna pan moją córkę, Scyllę może pan zna, bo skąd pan jest? Bo my spod Lublina. Pod Lublinem mieszkamy. Zna pan Scyllę spod Lublina?

Kongresówka. Stąd to natręctwo. — Nawet nie wiem, skąd mi się nagle ta niechęć do regionu wzięła. Zawsze starałem się szanować człowieka niezależnie od pochodzenia, a teraz poczułem wstręt do wschodnich terenów i zatęskniłem za zachodniopruskimi ziemiami, za moim heimatem, tymi neogotyckimi budowlami, Collegium Maius, ufundowanym przez Kaisera Wilusia, jak go moja babcia nazywała, za budynkiem Poczty Głównej, również przez niego zasponsorowanym, podobnie jak Kościół Garnizonowy, Dwór Artusa i Teatr Miejski, dziś Wilama Horzycy. Babcia mówiła, że zanim Wiluś to odbudował, to sterty gruzu tam były po wojnach szwedzkich. Poczułem jedność z tym narodem, na którego zaprzeszłym terenie się wychowałem. Mimo, że w żyłach moich krew pruska nie płynęła.

— — — Ciekawe, swoją drogą, jak ona wygląda? Ta krew. Polska, pruska, żydowska. Czym ona się różni? Bo moja jest polska, a jednak więź z tym narodem poczułem, który wprowadził powszechny obowiązek szkolny. Zatęskniłem za Toruniem.

— To pan z Torunia! Gdzie Zakon Radia Najświętszej Marii Panny Domu Polskiego, gdzie Ojciec Dyrektor Tadeusz Borowyk swoje kazania na świat cały głosi. Toż pan mi z nieba spadł mi pan! Pan opowie, jaki jest Ojciec Borowyk? Pan go na oczy widział? Świątobliwość Jego?

Nie mogłem pozbyć się myśli, że skądś znam tę kobietę. Ta sama natrętność w poszukiwaniu kontaktów, to nachalne gadanie; prawie przesłuchanie (gdyby nie to, że ona mówiła, a ja milczałem). Gdzie ją wcześniej spotkałem? Gdzie ją widziałem? Ale czy na pewno ją?

I wtedy uświadomiłem sobie, że ją, ale nie ją. Nie była przecież młodym Niemcem o jasnych włosach i różowej twarzy, a jednak była Herbertem Hencke, którego Walter Faber spotkał w samolocie do Panamy. Ale dlaczego, mimo tego natręctwa? Bo przecież nie jest ona bratem Joachima, mojego przyjaciela ze studiów, bratem, z którym pojadę go odwiedzić na plantację w dżungli pośrodku Ameryki Południowej, i którego odnajdę martwego, powieszonego na wentylatorze. Nie okaże się przecież, że jej, dziś już martwy, brat ożenił się dwadzieścia lat temu z Hanną, moją młodzieńczą miłością, którą porzuciłem z głupoty i ze strachu, i że wspólnie, Hanna i Joachim, wychowywali Sabeth, i że ja potem spotkam Sabeth, przypadkowo, i że się w niej zakocham, i że ją potem wąż ukąsi, i że dopiero wtedy się dowiem, że ona jest córką Hanny, mojej miłości z młodości, i że Hanna nie będzie potrafiła mi wybaczyć, że spałem z jej dzieckiem i nie zrozumie też mojego wywodu, że prawdopodobieństwo zgonu w przypadku ukąszenia węża wynosi od trzech do dziesięciu procent, a ona mi odpowie, że prawdopodobieństwo nie ma tu nic do rzeczy…

Abstrakcja. I moja chora wyobraźnia. A jednak nie chciała mnie opuścić myśl, że to spotkanie niczego dobrego nie wróży, zwłaszcza po dzisiejszej ewakuacji lotniska ze względu na domniemany atak terrorystyczny. W mojej głowie siedziało natrętnie przeczucie, że w jakiś sposób ta kobieta pojawi się jeszcze w moim życiu. Ale czy na pewno przeczucie? Czy znowu to wrażenie, że to gdzieś już było? Że to déjà vu, że może znowu mylę rzeczywistość z literaturą?

Żyjemy w czasach reprodukcji — pisał Frisch w Stillerze. Nic już nie jest dla nas nowe. Wszystko już przeżyliśmy, chociaż większości w naszym osobistym obrazie świata nie doświadczyliśmy na własne oczy — jesteśmy odległowidzami, odległosłuchaczami, odległoznawcami.

Moja babcia opowiadała mi, że kiedy była mała, wracając z niedzielnej mszy świętej ujrzała lecącego nad szosą diabła. Przeraziła się nie na żarty tą czarną, frunącą nad ziemią postacią, w cylindrze i z czarną jak rozpacz brodą. Zadrżała na widok świdrujących oczek tego lucyfera, za którym trzepotały poły czarnego płaszcza. I dopiero po wielu latach poznała słowo bicykl oraz fizyczny tego słowa odpowiednik. A dzisiaj? Dziecko już chyba niczego się nie przerazi. Widziało zwierzęta z dalekich stron świata, widziało morskie potwory, było naocznym świadkiem pożarów w Kalifornii i Grecji, trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów. Słyszało dźwięki tańców i okrzyków godowych plemion zwanych prymitywnymi, oglądało relacje z wojen, poznało zwyczaje najbardziej egzotycznych ludów świata. A i to nie wszystko; widziało przerośnięte żółwie, które żartowały między sobą i walczyły o sprawiedliwość na świecie, widziało setki wersji istot pozaziemskich, żyjące dinozaury, małpy giganty i mówiące zwierzęta. Nietoperze walczące z Jokerami, pająki z goblinami, latający reporterzy w czerwonych majtkach założonych na spodnie. Niczego obcego się już nie boją, poza gejami oczywiście, i nic ich już nie zadziwia, poza bezinteresownym niesieniem pomocy.

— A może jednak kiełbaski albo kiszonego ogóreczka? Domowej roboty, naprawdę wyborne. — Podziękowałem raz jeszcze za tę polską, natrętną gościnność.

— Naprawdę nie mam ochoty, jestem najedzony, dziękuję.

— Pan się lotu boi się. Pierwszy raz w samolocie, co? To widać na pierwsze spojrzenie. Pan się boi się, że zwróci, ale niech pan się nie boi się, nic się nie wydarzy się. Nie ma nic strasznego w lataniu nie ma, pan nie zwymiotuje pan. A może ten terrorysta panu stracha napędził? — mówiła wciskając mi kanapkę w usta.

— Naprawdę dziękuję, chciałbym poczytać.

— To podobno fałszywy alarm był. Nie było żadnej bomby. Na co komu byłoby bombę

w Polsce podkładać? Sam pan powie.

II

Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Gdzie ja miałem o terrorystach rozmyślać, kiedy oni dla mnie odległą fikcją byli, mniej namacalną niż literatura? Chowali się podobno po jakichś jaskiniach w odległym Afganistanie, w kraju, o którym wiedziałem tylko, gdzie go na mapie szukać. Dzisiaj rano miałem poważniejsze zmartwienie: Czy Laura pójdzie na pewno do pracy?

W zasadzie powinna była pójść, ale czasem zdarzało jej się czuć źle — Kochanie, mówiła wtedy, głowa mnie boli i chyba zostanę w domu; albo wpadała na szalony pomysł — Kochanie, mam pomysł: zrobimy sobie dzisiaj wolne, ja przygotuję jakiś obiad i spędzimy romantyczny dzień w łóżku.

Pół nocy nie mogłem zasnąć rozmyślając, czy pójdzie do pracy, czy też nie, aż wreszcie, gdy tylko usłyszałem jej komórkę wołającą głosem Penelope Cruz kilka razy pod rząd „abre los ojos”, natychmiast się przebudziłem i z łomoczącym sercem oraz wstrzymanym oddechem czekałem na jej ruch.

Laura przeciągnęła się na łóżku, westchnęła cicho swoim namiętnym głosem i wyłączyła budzik telefonu. Przymrużonym okiem obserwowałem, jak zsuwa się z łóżka, w lekkiej aksamitnej koszuli na ramiączkach, i jak podchodzi do okna. Podciągnęła żaluzje i pomarańczowa poświata zasnuła jej prężące się ciało; zarys jej delikatnych piersi, jej długą szyję, jej talię. Zrobiła kilka skłonów, rozciągnęła się wszystkie różne strony i weszła do łazienki.

To był dobry znak. Skoro się rozciąga, skoro idzie do łazienki, to znaczy, że do pracy też pójdzie, a im szybciej to zrobi, tym będę miał więcej czasu.

Ale przez jej rozciąganie, przez to prężenie ciała, i ja się rozprężyłem. Pod kołdrą coś drgnęło, wzrosło ciśnienie krwi i poczułem pragnienie. A ona wyszła z łazienki, naga, jak ją Pan Bóg stworzył. Na jej ciele srebrzyło się kilka niewysuszonych kropel wody. Nachyliła się nad swoją szafką, grzebiąc w niej i wyciągała ubrania, a ja cierpiałem, pragnąłem wciągnąć ją do siebie, zawołać: Nie idź dzisiaj do pracy, kochajmy się cały dzień!, ale zagryzłem zęby i znosząc okrutne katusze patrzyłem, jak ubiera swoje ciało w rzeczy, które teraz najchętniej bym z niej zrywał. Jak wczoraj. Jak kilka godzin temu, kiedy przed zaśnięciem się kochaliśmy; długo i namiętnie. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio było mi z nią tak dobrze. Jej splecione wokół moich bioder nogi, jej coraz szybszy oddech, paznokcie rozdrapujące moje plecy. Całowałem ją i kąsałem, szeptałem kocham, kocham cię, a ona wyprężyła się i jęknęła przeciągle i wtedy ja też, w tej samej chwili… Ale to było wczoraj.

Teraz nie poruszyłem się, nie odezwałem.

Pozwoliłem jej zakładać pończochy, powoli, z jej właściwą, przepełnioną erotyzmem gracją, potem spódniczkę, bluzkę. Zarzuciła żakiet i wsunęła buty na obcasie. Ubrana, piękna, namiętna, kręcąc biodrami podeszła do łóżka. Poczułem zapach jej perfum, cytrusowy, pomarańczowy. Pochyliła się nade mną, zmierzwiła mi pieszczotliwie włosy i pocałowała w czoło. Do zobaczenia — powiedziała. Do zobaczenia — odmruknąłem niby przez sen.

Gdy zatrzasnęła drzwi, zsunąłem się z łóżka i podbiegłem do okna. Czy się nie rozmyśli? Z klatki kamienicy wyłoniły się kołyszące się pośladki w obcisłej spódniczce. Nachyliła się nad autem, żeby przekręcić klucz i wystawiła je w moim kierunku, a mi się żal zrobiło, że już nigdy ich nie dotknę. Gdy wsiadała, jak zwykle z gracją, prezentując swoje piękne nogi w czarnych pończochach, zagryzłem wargi i ogarnął mnie smutek. Już nigdy nie pogłaszczę tych nóg. Nigdy nie pobawię się jej piersiami. Łzy stanęły mi w oczach, ale zacisnąłem pięści: Weź się, chłopie, w garść! Planowałeś to od kilku tygodni!

Odkleiłem się od szyby, za którą pozostało puste miejsce na parkingu i chodnik, po którym spacerowała jakaś pani z pieskiem. Pamiętam, że nad nurtem Wisły unosiła się wraz z mgłą blada, karmazynowo-pomarańczowa kula wschodzącego słońca, która rzucała mistyczną poświatę na wilgotną cegłę katedry świętych Janów. Ale nie miałem czasu podziwiać tego powtarzającego się od czasu do czasu niepowtarzalnego widoku. Uciekałem. I trzeba było to zrobić szybko, żeby zdążyć na pociąg, a potem na samolot.

Miałem listę rzeczy, które muszę ze sobą zabrać. Wcześniej spakować się nie mogłem, bo Laura zaczęłaby coś podejrzewać. Miałem więc tylko listę, którą skrzętnie przez nią ukrywałem, i niecałe dwie godziny do pociągu. Rzeczy z listy wrzucałem do plecaka chaotycznie, bez układania i grymaszenia; szczoteczkę do zębów, ręcznik, jakieś kosmetyki, T-shirty, dżinsy, koszule, majtki, skarpetki, no i książki. Choć kilka. Te najważniejsze.

I jeszcze tykwa z bombillą! — w ostatniej chwili sobie o nich przypomniałem. Nie zapisałem ich na listę i o mały włos zapomniałbym ze sobą zabrać. A tykwa, w której pijam od wielu miesięcy yerba mate, wraz ze złocistą słomką to najważniejsze pamiątki, jakie posiadam. Dostałem je na urodziny od Aurelii i od tego czasu nie potrafię się z nimi rozstać. Podejrzewam, że jest to jakiś fetysz, pewien rodzaj lansowania się na Artystę, jak mi się skończy mate, jestem ugotowany, jak Cortázar, jak jego Horacio.

Zarzuciłem wreszcie plecak na siebie i raz jeszcze ogarnąłem pokój wzrokiem. Czego mi się nie udało zabrać, jest już stracone.

Klucz położyłem w kuchni na stole, obok krótkiego listu, drugi plecak wziąłem do ręki i wyszedłem z domu, zatrzaskując za sobą drzwi.

Powietrze było jeszcze mroźne, przesycone zapachem dymu z kominów, palonym koksem i starymi szmatami, drzewa wciąż nagie, jak z obrazów Kaspera Davida Friedricha, a topniejący śnieg zalegał w rynsztokach. Idąc najpierw Ślusarską, odbijając potem w Wielkie Garbary, mijałem wczorajsze kamienice, brukowaną starówkę, pustą Szeroką nafaszerowaną sklepami, dwie godziny później pełną już ludzi; dzieciaków idących do szkoły lub na bulwar, włóczących się studentów, pań robiących zakupy. Minąłem pomnik Kopernika, ratusz, właśnie otwierane stoiska z zapiekankami pod arkadami na Różanej, przeszedłem przez plac Rapackiego na pusty przystanek autobusowy, wsiadłem do autobusu, spoglądając ostatni raz na Dolinę Marzeń, która w porannym blasku słońca, zasnuta subtelnym welonem mgły, wyglądała rzeczywiście magicznie, kulisty zegar słoneczny odbijał pomarańczowe promienie, a autobus ruszył, wjechał na most Piłsudskiego, pozostawiając za mną bulwar Filadelfijski, na którym jeszcze niedawno siedziałem z książką, a kilka lat wcześniej z tanim winem. Panorama toruńska malała; wyłaniające się z mgły wieże kościoła Akademickiego i Najświętszej Marii Panny, potężna Bazylika Katedralna świętych Janów, blada czerwień ruin zamku krzyżackiego i mur, stojący nad bulwarem, którego przykryła woalka mgły. Wszystko to malało, aż znikło zupełnie za zakrętem. Pierwszy raz żal mi się zrobiło, że opuszczam to piękne miasto.

Nigdy nie czułem żalu, a wręcz cieszyłem się, że mogę wyrwać się z tego zaściankowego Torunia. Ale dotąd zawsze wracałem i wiedziałem, że wrócę. I być może właśnie to było w podróżach najprzyjemniejsze — ta świadomość, że kiedyś się wróci.

Gdy ruszał pociąg, który miał mnie zawieźć do Warszawy, Karkowa czy Berlina, gdy po pierwszym szarpnięciu pociąg łapał swój rytm, adokądto, adokądto, adokądto, wyciągałem się w fotelu i wdychałem zapach wielkiego świata. Wciśnięty między dwóch grubych robotników budowlanych, którzy są zwolennikami teorii, że częste mycie skraca żywot, czułem zapach wolności. Czekało mnie snucie się po wielkich, obcych miastach. Mogłem być anonimowy, a wszystko było nowe. Odczytywałem fragmenty swoich utworów przed znawcami i fascynatami, przyjmowałem nagrody i gratulację, brałem udział w warsztatach pisarskich, ale wciąż byłem impersonalny — znali tylko moje nazwisko, rzadko twarz.

Ale po tym swoistym katharsis wracałem do siebie; do znajomych, do odwiedzanych codziennie miejsc. Znów mogłem czuć się bezpiecznie. Po odetchnięciu wielkim światem, wracałem na stare śmieci.

III

Na dworcu centralnym w Warszawie odetchnąłem pełną piersią. Poczułem ciepły, słodki zapach kolei, palonej gumy lub startych tłoków, usłyszałem gwar miasta, zobaczyłem tłumy idących gdzieś ludzi. Mijali mnie czarni w kolorowych sukniach, azjatyccy biznesmeni w garniturach, Żydzi z długimi brodami, w chałatach i czarnych kapeluszach, muzułmanie o ostrych rysach ukrywających się za gęstymi, czarnymi brodami, opatuleni w turbany, krzykliwi i jaskrawi homoseksualiści i transwestyci. Pstrokata różnorodność wielkich miast, w której czułem się anonimowo. Patchwork, w którym każdy jest tak samo istotny jak reszta i zarówno tak samo obojętny. Tłum naturalny, przypadkowy, który tworzy się tylko po to, aby zaraz zniknąć albo przeistoczyć się w inny tłum, podążający w jakimś kierunku: tłum w tramwaju, w metrze albo autobusie jadącym na lotnisko. Nikt o sobie nic nie wie, nikt nikogo nie obmawia, nikim się nie interesuje. Tłum, w którym można być samotnym, tłum tak głośny, że go nie słychać, tłum, który nie poucza, który niczego nie wymaga, nie przechwala się, pychą się nie unosi, dobrych nie narusza obyczajów, nie szuka własnej korzyści.

IV

Na lotnisku ten tłum, który przed chwilą jeszcze był różnokolorowym, wielorasowym, politeistycznym i kosmoseksualnym przypadkowym tworem, przeistacza się w masę, konkretną masę, płynącą wąskim korytem do okienka, na odprawę. Z pozornie chaotycznego tłumu formuje się pozorny szyk w kształcie ogonka: tak samo męczący i chaotyczny jak tłum zamieniony w masę wiernych, masę wojskową, szkolną, masę kibiców, czy masę strajkujących: jednolitą masę, hermetyczną i nieprzyjemną, monotonną i niebezpieczną. Masę mającą jakiś wspólny interes, będącą jednak niejednolitą, pełną grudek zawiesiną.

Zasmucony stratą tego przypadkowego tłumu ustawiłem się na końcu kolejki, która przez dziesiątki metrów ciągnęła się do odprawy bagażowej. Zniecierpliwieni podróżni narzekali na opieszałość pracowników warszawskiego Okęcia, na kiepską organizację, na niesprzyjające warunki do podróżowania. Mężczyzna stojący przede mną odwrócił się do mnie i z pretensją w głosie zagadał:

— Pan sobie to wyobraża? Pół godziny tu stoję, a dopiero kilka kroków zrobiłem.

Uśmiechnąłem się profilaktycznie. Przebił mnie swoim zirytowanym wzrokiem, czekając wyraźnie na jakiś odzew. Milczałem, nie wiedząc, co życzy sobie usłyszeć, i pokiwałem głową. Podniósł brew — jeszcze chwila i swoją złość wyładuje na mnie. Ale w momencie, kiedy zaciskał pięść i otwierał swoje usta, przyszła mi z odsieczą pani w niebieskim fartuchu w kropki z miotłą w ręku i zapytała od niechcenia, czy to moja walizka.

Tamta — rzekła niecierpliwie, wskazując walizkę palcem, gdy rozglądałem się dokoła. Nie była to jednak moja walizka. Wzburzonego pana zresztą też nie. Więc czyja? Panu zeszło wzburzenie i zainteresował się tajemniczą sprawą niczyjej walizki:

— Pan się nie rusza — powiedział do mnie. — To może być atak terrorystyczny — i ruszył wraz z panią odpowiedzialną za czystość lotniska w poszukiwaniu właściciela walizki.

Z wyraźnym przejęciem na twarzy podchodził do ludzi i pytał gestykulując energicznie, czy to nie ich walizka, czy nie widzieli, kto ją zostawił. Znikał między grupkami ludzi, by wyłonić się w innej części terminalu, znowu nurkował i raz jeszcze wypływał na powierzchnię. Ale nikt nie przyznawał się do walizki i nikt nie znał jej właściciela.

Pan znikł wreszcie. Pojawił się po dłuższym czasie, podszedł do mnie i czerwony na twarzy wysapał:

— Atak terrorystyczny!

Chwycił swoją walizkę i ruszył pospiesznie do wyjścia. Nie zniknął mi jeszcze z pola widzenia, gdy przez głośniki podano komunikat: Wszyscy pasażerowie przebywający w terminalu, proszeni są o jego natychmiastowe opuszczenie. Komunikat powtórzono w języku angielskim, potem znów w polskim i raz jeszcze w angielskim. Ludzie rozejrzeli się po sobie, ale nikt nie ruszył z miejsca. Na niektórych twarzach pojawiły się głupkowate uśmiechy. Nikt nie wierzył w atak terrorystyczny. Nie w Warszawie. Nie w Polsce! A do prima aprilis jeszcze przeszło dwa tygodnie. Jedyne, co mogło ich niepokoić to, jak w moim przypadku, realna ewakuacja budynku: zamieszanie, chaos i opóźnienie lotu.

Powtórzono komunikat. Nie było już mowy o proszeniu: Pasażerowie mają natychmiast opuścić budynek!

Ludzie stojący przy wyjściu oraz na końcach kolejek ruszyli niechętnie w stronę wyjścia. Szli wolno, ociągali się i odwracali do tyłu, by zobaczyć, co robią inni, ale tamci stali. Ja też stałem. Nie zamierzałem wychodzić na mróz, w deszcz ze śniegiem, z powodu jakiejś głupiej walizki.

Dopiero mężczyźni w kominiarkach i czarnych mundurach, uzbrojona i anonimowa masa, która pojawiła się znikąd, potrafiła wpłynąć na opieszałych pasażerów i na mnie. Mimo że mniejsza od naszej masy, czekającej na odprawę, posiadała władzę i prawo stosowania przemocy i potrafiła nas pobudzić do opuszczenia terminala. W akompaniamencie westchnień i narzekań ruszyliśmy; wolno i niechętnie. Niektórzy próbowali dyskutować, inni wzruszali ramionami i kiwali głowami, ale wszyscy poruszali się powoli ku wyjściu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 19.73
drukowana A5
kolorowa
za 41

Pobierz bezpłatnie