E-book
20.48
drukowana A5
33.77
Ślady

Bezpłatny fragment - Ślady


5
Objętość:
226 str.
ISBN:
978-83-8104-819-4
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 33.77

Nie każdy bliski jest bliski, nie każdy daleki — daleki.

(Talmud)

Dla męża, który mnie zawsze wspiera

i zamieszkał ze mną w dzielnicy pisarzy.

Rozdział 1

Biegła tak szybko, że wiszące nisko gałęzie buków raniły jej twarz. Nagrzane słońcem liście, na ułamki sekundy kierowały na jej spoconą twarz to światło, to cień. Jasno, ciemno. W tym samym rytmie biło jej serce. Krople potu na czole osuszał wiatr, ale na ich miejsce pojawiały się kolejne. „Boże, co teraz ze mną będzie?” Jeszcze kawałek, jeszcze trochę. Czuła jak brakuje jej tchu. Z daleka widziała już dzwonnicę. Jasno, ciemno. Słońce i cień. Kiedy wybiegła na polanę, droga przed nią otworzyła się prosto w dół, a popołudniowe słońce objęło ją całą. Wreszcie dobiegła.


Zatrzymała się na chwilę w progu kościoła, żeby uspokoić oddech i podbiegła do przodu, uderzając boleśnie o drewnianą ławkę. Jezus wiszący przy ołtarzu z rozłożonymi rękami jeszcze w niedzielę wyglądał jakby obejmował wszystkich. Teraz jego ramiona zwisały, głowa zapadła się i schowała się w barki. Szmata, którą owinięto mu biodra, zsuwała się żałośnie, poplamiona i pomarszczona. „Zrób coś, słyszysz?! Musisz mi pomóc”, na jej głos odpowiedziało tylko groźne echo. Wielki kościół na co dzień wypełniony śpiewem i ludźmi, teraz był głuchy i pusty. Ocknęła się, kiedy usłyszała brzęk kluczy i kroki. Dookoła panował półmrok, a kolorowe witraże czterech Ewangelistów oddały już dawno całe ciepło i światło.


Wybiegła zanim ktokolwiek ją zobaczył. Zimne powietrze natychmiast ją otrzeźwiło. Z oddali usłyszała nawoływania ludzi i szczekanie psów.


„Nie mogę zostać tu na otwartym polu”. Przypomniała sobie wielki dąb, w którym chowały się z Asią zeszłego lata. To musiało być gdzieś blisko. Z polany weszła w obrzeża lasu, który przywitał ją ciepłym szumem. Suche gałęzie trzaskały pod jej stopami. Czuła jak z głodu i wysiłku trzęsą się jej nogi. „Ciii…” mówiła nie wiadomo do stóp, gałęzi, czy do siebie.


Jest. Stoi. Dąb zawsze przyjemnie szeleszczący rozłożystymi gałęziami, na których można było rozłożyć koc, a przy pomocy sznurka zbudować namiot, dziś wyglądał poważnie. Ale było tu bezpieczniej niż na polanie. „Tu mnie nie znajdą”. Weszła do wielkiego pnia, w którym chowały się przed chłopakami albo tą starą nawiedzoną Agatą. Poczuła pleśń i grzyby, wilgotne, idealnie ciche. One nie będą jej robić wyrzutów. Siedziała, kiwając się i trąc obolałe od uderzenia kolano. Poczuła pod paznokciem coś miękkiego i zapach krwi, musiała rozdrapać ranę na kolanie. Trochę piekło, ale ból pozwalał skupić się na nodze i zapomnieć o wszystkim. Rana pulsowała jakby rozrastała się na boki. „Zła Olga, zła, uciekła” zaszumiały drapiące świerki. „Śpij, Oleńka, śpij” odpowiedziały grzyby. „Nikomu Cię nie oddamy”. Zasnęła niespokojnym snem. Nad ranem obudziło ją najpierw zimno, a potem światło latarek i szczekające psy. „Tu jest!” zawołał ktoś, kierując światło prosto w oczy. „Dzięki Bogu” — usłyszała.

Rozdział 2

Przez okno grzało już mocne słońce. Olga umyła twarz, spięła włosy i narzuciła na siebie długi sweter, bardziej z chęci przytulenia się do czegoś miękkiego rano niż z potrzeby ogrzania się, bo było całkiem ciepło. Dziewiąta to ostatnie minuty zanim rześki poranek zamieniał się w duszne przedpołudnie. Zeszła do sklepu. Ulice mokre od porannego mycia, oddawały ciepłe powietrze o zapachu kurzu i gorącego asfaltu. Maszyny nie nadążały z czyszczeniem miasta. Śmieci ułożone na noc w gościnnych koszach, zniecierpliwione zdążyły się już rozejść po zakamarkach ulic, wywiane przez podmuchy między samochodami albo potrącone przez przechodniów. Z okolicznych kawiarni rozchodził się zapach słodkich rogalików medialunas. Kupiła dwa, sama ich nazwa to już poezja, medialunas, czyli księżyce. Ich aromat mieszał się z zapachem placków pieczonymi na ulicy. Przypominały z wyglądu proziaki pieczone przez babcię, ale nigdy nie odważyła się ich spróbować. Sprzedawcy ustawiali się na ruchliwych skrzyżowaniach, niewzruszeni przewalającym się tłumem. Ktoś z tego tłumu, jedna osoba na sto dawała im powód, żeby tu stać. Medialunas, żar pieca, słońca i zgniłe śmieci, to zapach, który kojarzył się z tym miastem i który zdążyła pokochać. Nazwa Buenos Aires — „dobre wiatry” miała być chyba zaklęciem, bo mieszały się tu bieda, duma i małe przyjemności. Za szybą kiosku obok piekarni zobaczyła plakat papieża Franciszka, wyblakłe ogłoszenie z twarzą Che Guevary, zdjęcie Messiego na okładce gazety i jakiegoś aktora serialowego. „Argentyna w skrócie” pomyślała.


Wróciła na górę, do rogalików wypiła mocną kawę (nigdy nie przekonała się do tutejszej yerba mate o smaku siana), obiecała sobie, że zje coś zdrowego na drugie śniadanie. Usłyszała dźwięk dzwonów, lubiła mieszkać w pobliżu kościołów, uspokajał ją ich przewidywalny rytm, a Buenos Aires było ich pełne. Założyła zwiewną sukienkę w drobne czerwono-żółte kwiaty, umalowała usta i wyszła wąską uliczką św. Marcina do katedry, oddalonej krótkim spacerem od wynajmowanego mieszkania. Podobnie jak wielki i pyszny budynek Narodowego Banku Argentyńskiego, którego powaga nie mogła nic poradzić na niestabilną ekonomię kraju, bawił ją własny zwyczaj porannej niedzielnej mszy, niezależnie od miejsca, w którym się znalazła i mimo różnych stref czasowych, w których się budziła. Przyzwyczajenie? Już dawno nie uważała się za osobę wierzącą, może była w dzieciństwie, kiedy wiara była prosta i oczywista, pachniała kadzidłem i ziołami święconymi z babcią. Niedaleko katedry i Casa Rosada, pałacu prezydenta, tuż przy pomniku dumnego generała Manuela Belgrano odbywały się zwykle protesty i demonstracje, więc spacer w tamte strony dawał też próbkę tego, co gra w duszach Argentyńczyków. Lubiła te okolice i mimo tak dużej odległości od Krakowa i rodzinnego domu, uznawała je za swoje.


Weszła do chłodnej świątyni. Ksiądz wyglądał jak śniady Popiełuszko z resztkami kruczoczarnych włosów okalających łysinę. Głosił mocne i surowe kazanie, wskazując zmęczonymi rękami na ludzi i rzucając gdzieś dalej, poza nich, oskarżenia o wszechobecną biedę. Nie wszystko rozumiała, znała lepiej hiszpański europejski, ale latynoska wersja mniej sepleniąca i bardziej dźwięczna, urzekała ją swoją melodią. Nieumalowane kobiety, piękne dzięki ciemnej obwódce oczu i opalonej skórze kontrastującej z białkami oczu podchodziły do błogosławieństwa po mszy. Popiełuszko rozmawiał chwilę z każdą z nich, jego twarz się rozjaśniała, rozluźniała, wybuchał śmiechem, a potem poważniejąc, kładł ręce na ich ramionach, głowach, brzuchach i dzieciach przynoszonych do błogosławieństwa. Kobiety wciąż głodne dobrego słowa mimo zakończonej mszy, matki niedoszłe i porzucone, oczekujące lub spełnione i zmęczone. Szczęśliwe narzeczone, albo te, które powoli przestawały już marzyć o dobrym mężu, czy ukojeniu w życiu. Tutaj nabierały sił na cały tydzień ciężkiej pracy, w sklepach, na rogach ulic czy w biurach i przez chwilę wszystkie były do siebie podobne, jak jedna kobieta z nadziejami, obawami i marzeniami i miłości, zdrowiu i szczęściu.


Omijając gwarny tłum turystów kręcących się z aparatami, usiadła w bocznym ołtarzu, chłodnym i zatopionym w lekkim półmroku. Stała tu figura Matki Boskiej, blada, drobna dziewczyna o smutnej twarzy, ubrana w czarną koronkową suknię. Obok niej powkładane w szklaną ramę leżały prośby, karteczki, zeschnięte kwiaty, pożółkłe zdjęcia ludzi, którzy powierzyli swój los smutnej Marii w żałobie. Olga nigdy nie odważyła się zostawić tu swojej prośby. Przestała wierzyć w ich skuteczność dawno temu. Przy wyjściu oślepiło ją południowe słońce i poczuła zimny wiatr znad portu.

Rozdział 3

Olga obudziła się i w pierwszych sekundach, nie wiedziała gdzie jest. Starała się zasypiać po tej samej stronie łóżka od okna, zawsze nogami do drzwi. Melodia dzwonka — kolejny stały punkt dnia — „Alleluja” Cohena. Ostatnio często słyszała tę melodię, odzywała się w kieszeniach ludzi na lotniskach lub w taksówkach i powstrzymywała się wtedy od odruchu ziewnięcia.


Dziś poranek był pracujący — wracała międzykontynentalnym lotem przez Frankfurt do Krakowa. Wiedziała, że jeśli nie wstanie od razu, sięgnie po telefon i straci kilka minut z czasu przeznaczonego na ćwiczenia. Sprawdziła pogodę za oknem, słońce powoli wstawało nad Puerto Madero, rozlewając po niebie pomarańczowo-różowe smugi. W łazience zobaczyła swoją trochę spuchniętą twarz, jakby pod powiekami i na policzkach zebrały się jeszcze resztki ostatniego snu — rozmawiali w nich ludzie, którzy przecież nie mogli się spotkać — zmyła je płatkami i zimnym mleczkiem. Prysznic i szklanka wody z cytryną dopełniły porannego oczyszczania, wypłukały wgniecenia i pomięcia, które czuła w ciele.


Skoczyła na matę, by pobudzić soki żołądkowe, obudzić głowę, rozciągnąć kręgosłup i łydki, które cały dzień będą się unosić na wysokich obcasach. Według jadłospisu na dziś owsianka z migdałami. Powoli i dokładnie przeżuwała każdy kęs. Odczytała nową wiadomość w aplikacji „Jem zdrowo” od tego nadaktywnego Janka. Opcja lokalizacji pokazała kiedyś, że jest w tym samym hotelu i kiedy zszedł rano na śniadanie zauważyła ukradkiem, że na żywo był oczywiście o wiele pulchniejszy niż na zdjęciu. Typowe. Każdy coś ukrywa.


Nałożyła podkład, szybko narysowała nad powiekami proste i zdecydowane kreski (niedawno usłyszała, że oczy ma migdałowe). Dwa pociągnięcia koralową szminką podkreśliły jej wąskie usta. Taki makijaż nazywała w myślach „kryzysowym”, bo robiła go już w trzęsącej się taksówce i przy silnych turbulencjach, jej przyjaciółka Marta śmiała się, że robiłaby go nawet po drodze do schronu przeciwatomowego. Wysuszyła włosy — po ostatnim ścięciu, tworzyły ciemną, równą linię do przedramion i nie musiała ich zbyt długo układać. Słuchała jednocześnie słówek po hiszpańsku — utrzymuje równe tempo — codziennie dziesięć nowych. Za cztery dni przejdzie do kolejnego poziomu.


Pakowanie uspokoiło ją: w Polsce są początki zimy, więc obok lekkich sukienek i mundurka z pracy wylądował ciepły płaszcz. Kiedy wyszła, taksówkarz już czekał. Ma jeszcze trzy godziny do pierwszego odlotu, ale lepiej być wcześniej. Zimny wczesny poranek ją obudził. Lubiła tę porę dnia, kiedy nad miastem parowała mgła i troski śpiących ludzi, którzy przewracali się dopiero na drugi bok. Nieużywane place zabaw, puste ulice i stojące w oczekiwaniu samochody wyglądały jak porzucone, czekające na koniec świata. I każde miasto pachniało trochę inaczej. Buenos to medialunas i duszny, parujący asfalt, a popołudniu zapach soczystego grillowanego mięsa, wiszącego w długich płatach za szybami eleganckich restauracji albo starannie przygotowywanych w domach. Argentyńczycy mogli godzinami opowiadać o swoich ulubionych częściach wołowiny i sposobach ich cięcia, od którego zależał smak. Najsmaczniejszą według wielu było entranjo — delikatna część między żebrami i sercem, nazwą do złudzenia przypominającą hiszpańskie słowo extraño — tęsknię za tobą. To też zapach dusznego, gorącego powietrza schładzanego morską bryzą — zapowiadającego lato już od września — lub ciepłą jesień już od marca. Zapach ulicznego pyłu, płatków kwitnących irysów zmieszanych z krótkim orzeźwiającym deszczem. Zapach pożądania w oczach śniadych mężczyzn patrzących prosto w oczy każdej mijanej kobiety. Zapach potu biegaczy w Puerto Madero i luksusu w tej dzielnicy korporacji i hoteli.


Tokio to aromat kanapek ryżowych, gofrów w kształcie ryby ze słodkim fasolowo-kremowym nadzieniem, dyskretny zapach czystego metra i pociągów, gdzie każdy pilnuje własnej przestrzeni, świeżo wypranych garniturów policjantów, robotników i kontrolerów — każdy z nich nosi inny rodzaj uniformu, doskonale rozpoznawalnego przez inne grupy. Dopiero, gdy dobrze powęszyć albo pójść na spacer po silnym deszczu i wietrze, można poczuć zapach ryby i morza, które dały początek sukcesowi i dobrobytowi Japonii. Zapach czujności, która pozwala szybko zająć wolne miejsce w metrze, by czytać komiks lub grać w grę. Zaufania do bezpiecznego kraju, które umożliwia spanie w pociągach w dziwnych pozycjach, uprzejmości, która nic nie kosztuje, a sprawia, że sprawnie się mijamy, miło żegnamy na ulicy, a turystów pozostawiamy z wrażeniem, że byli najbardziej oczekiwanymi gośćmi tego miesiąca. Zapach kwitnących wiśni, która zwykłemu salarymenowi każe się zatrzymać w drodze do pracy i zrobić zdjęcie gałęzi, co stanęła na jego drodze i przypomniała mu o ulotności i kruchości życia, albo cioci, która zginęła w trzęsieniu ziemi, ściskając nadal, gdy ją znaleźli, ulubiony komiks w ręce.


Nie wyczuła tylko zapachu Genewy, gdzie mieszkała przez miesiąc, nie spodobało się jej na dłużej to nudne, przewidywalne miasto i jej mieszkańcy. Może byłby to zapach prania? Bo pranie w jej budynku zawsze wypadało w środy o godzinie piętnastej, ludzie od lat dostosowywali przyzwyczajenia do tych godzin. Kiedy omijała swoją kolejkę, musiała się z kimś zamieniać. Przez grafik w pracy zwykle ją omijała i wtedy, unikając kontaktów z sąsiadami, szła do publicznej pralni. Tam spotykała tylko obcokrajowców i przyjezdnych, takich jak ona, przeglądających elektroniczne kalendarze, by znowu coś przesunąć i przeorganizować, dopasowując się do nienaruszalnych zasad tego miasta. Szanujący się Szwajcarzy nigdy nie odwiedzali takich miejsc, bo po prostu zdążali na pranie w środę o piętnastej, wcześniej wracali z pracy, a ktoś inny odbierał ich dzieci. Wszyscy to rozumieli, ludzie w pracy kiwali głowami „aa, dziś twój dzień prania”, taki jest odwieczny porządek. Kiedyś Marta odwiedziła ją w Genewie na weekend. Olga akurat miała wtedy zastępstwo, ostatecznie nigdzie nie poleciała, ale musiała przesiedzieć osiem godzin na lotnisku i być w pogotowiu. Marta stwierdziła, że znajdzie sobie zajęcie, a wieczorem wyjdą na miasto. Po dwóch godzinach pracy zadzwoniła do Olgi straż miejska. Sąsiedzi skarżyli się na… nieestetyczną zasłonę wiszącą nad balkonem. Zadzwoniła szybko do mieszkania i okazało się, że Marta opalała się na balkonie i zrobiła taki właśnie kolorowy parawanik. Najbardziej dziwiło ją równiutko podzielone Jezioro Genewskie, tak jakby Francuzi mieli zamiar tego podziału przestrzegać, Genewa właściwie była wykrojona z Francji i otoczona Francją. Lubiła odwiedzać Fine Museum of Arts, gdzie wisiał obraz „Siedem grzechów głównych”. To w sumie śmieszne, że właśnie tutaj go umieścili, przenosząc z Nowego Jorku, gdzie dobrze się miał przez trzydzieści lat. Siedem grzechów głównych w mieście, gdzie nikt nie grzeszy, a imprezy domowe kończą się o dwudziestej drugiej.


Taksówkarz zatrzymał się i przez uchyloną szybę doszedł do niej zapach lotniska — taki sam na całym świecie — mechaniczny, plastikowy i duszny. Podziękowała i wysiadła, płacąc w pesos o fantazyjnych kolorach.


Mimo wczesnej pory lotnisko było pełne, może to kolejne latynoskie święto lub przedłużony weekend. Miała nadzieję na pustki. Irytowali ją ludzie szurający nogami, chodzący z niedbałością — nieważne prawdziwą czy wystudiowaną. Nastoletni turyści z rozpiętymi koszulami, ich koszulki i czapeczki nosiły prowokujące napisy „Jestem niemiła, masz z tym problem?” „Nie mam czasu na głupoty” i to była ich jedyna forma buntu i komunikacji z innymi, osłonięta słuchawkami i telefonami od świata. Oprócz tego starannie naśladowali i posłusznie śledzili trendy w modzie, by przypadkiem nie nosić kratki lub zgolić brodę, gdy stała się niemodna i nie odstawać za bardzo od członka grupy najlepiej śledzącego trendy. Włosi na wycieczce w Warszawie albo Amerykanie w Tokio byli zawsze głośniejsi niż wszyscy dookoła. Zwłaszcza młodzi, pokazywali w ten sposób, że nie obchodzi ich co myślą inni, ale kątem oka obserwowali, jakie robią na innych wrażenie. Ich obecność obchodziła pasażerów może przez trzy sekundy, zanim popatrzyli z politowaniem albo szybko skręcili, zmieniając kolejkę lub miejsce siedzenia. Cała godzina przygotowań rano i tylko trzy sekundy kontaktu.


Dziś skorzystała z bramki kontroli z pierwszeństwem. Kiedy latała prywatnie i nie miała takiej opcji, oceniała dokładnie pasażerów w kolejce przed sobą. Liczba osób w poszczególnych rzędach miała mniejsze znaczenie, bardziej liczyła się płeć, pochodzenie i wygląd. Kobiety były wolniejsze od mężczyzn, wiozły więcej kosmetyków, zdejmowały długo biżuterię, a potem zapominały o pęsecie w walizce i gorączkowo ją wyjmowały. Kobiety podróżujące zawodowo były szybsze niż te na wakacjach. Ich kosmetyki były już skrzętnie zapakowane w zapiętych woreczkach, których zawartość była tylko dopełniana przed kolejną podróżą. Mężczyźni na wakacjach byli rozkojarzeni lub podnieceni w zależności od tego, czy był to pierwszy czy ostatni dzień urlopu (bladzi i niewyspani lub opaleni i wypoczęci). Wyglądali jakby ich myśli nie całkiem nadążały za taśmą bagażową. Azjaci byli zawsze porządniej i schludniej spakowani niż Europejczycy. Włochom dużo czasu zajmowało zdjęcie zegarków i sygnetów, a ich towarzyszkom klipsów i pobrzękujących bransolet. Hiszpanie na wakacjach często wrzucali coś do skarbonek na zakazane przedmioty stojących w przejściu między taśmami, a to kajdanki z futerkiem, a to dziwne szczypce nie wiadomo dla ludzi czy zwierząt. Najwolniejsze były rodziny z dziećmi, oczywiste.


Olga zdecydowanym ruchem wrzuciła na taśmę walizkę, na tyle lekką, że mogła ją zawsze wrzucić samodzielnie na najwyższą półkę i na tyle wypełnioną, by poradzić sobie w każdej sytuacji i pogodzie. Tylko ona czuła i rozumiała ten balans. Najpierw kosmetyki, potem tablet z małej torebki, na jego zimny wierzch kładła kartę pokładową, paszport i telefon. Szybko zamykała uchyloną walizkę, nie cierpiała tego momentu, gdy sąsiedzi z kolejki podglądali co nosi w środku. Wcześniej na wierzch położyła jednolity szary szal, lekki i przykrywający wszystko, przydatny w klimatyzowanych pomieszczeniach, ale ludzie i tak gapili się odruchowo albo z ciekawością jakby spodziewali się zobaczyć odciętą rękę, kochanka albo naszyjnik z zakazanej kości słoniowej. Do kontroli można było podejść na różne sposoby: spokojnie i ufnie, że strażnicy wiedzą, co robią i robią to dla twojego dobra, lękowo, że coś na pewno zrobiłem źle, chaotycznie, że nie pamiętam, co mam w walizce albo narcystycznie — układając lepsze rzeczy na wierzchu. Ona była gdzieś pośrodku. Uśmiechała się starannie na widok strażnika, pewna swoich ruchów powtarzanych setki razy, ale czuła delikatne kołatanie serca. Tyle razy to robiła, ale i tak czuła się jak przemytnik — zamachowiec. Jak wtedy gdy przypadkiem przewiozła 200ml balsamu i obcążki do paznokci, bo zapomniała, że tym razem nie nadaje bagażu. Po przejściu kontroli i założeniu butów pozbywała się skojarzeń z gwałtem i kontrolą osobistą, o których na szczęście tylko słyszała i kilkoma zręcznymi krokami omijała ludzi kręcących się po sklepach duty free. Zakupienie tu czegokolwiek traktowała jak największą słabość — pamiątki przywoziła z wędrówek po mieście albo małych lokalnych sklepów. Zresztą coraz rzadziej je zabierała, kolejne miasta powtarzały się, a lotniska wyglądały tak samo. Zawsze oślepiał ją jednak błysk świateł w tych trzykrotnie droższych sklepach, uśmiechy hostess i odurzający, słodki zapach perfum zmieszany z ciepłym powietrzem jak obietnica lepszego egzotycznego świata: „Kup nasze ekskluzywne wino/czekoladki/perfumy/zabawkę, pokaż swoim bliskim, że pomyślałeś o nich w ostatniej chwili przed lotem, ucisz wyrzuty sumienia, że nie było cię tak długo w domu. Kup u nas spokój. Jeśli się rozbijesz, może znajdą cię z kiczowatym misiem i rzędem czekoladek Toblerone ściśniętych w dłoni?”


Po przejściu kontroli przeszła do biura, żeby spotkać się z załogą i omówić szczegóły lotu. „Hello Olli”, „Hi Olha” powitały ją obce wersje jej imienia, dziś przez mglistą pogodę za oknem trochę niemrawe. Ciepły uśmiech i całus od Marty owianej zapachem rumiankowego mydła na skórze. Widok jej rudych loków, które usiłowała okiełznać co rano i radosne spojrzenie, zawsze dodawało Oldze otuchy. Zdawkowe „hej” od starannie uczesanego Matiasa, który z jakimś nowym zajął najwygodniejsze miejsca na kanapie. Lekkie, uprzejme kiwnięcie głową od kapitana Klausa, który wzbudzał zaufanie samą siwizną włosów i idealnie dopasowanym garniturem z małym samolocikiem wpiętym w klapę. Dolała wrzątku do zmielonych ziaren kawy, przyniesionych w termosie, nałożyła na nie siatkę, aby przefiltrować fusy, nie lubiła tej lotniskowej lury i usiadła, żeby dać odpocząć łydkom po lotniskowym spacerze. Z głośników zapowiadano kolejne samoloty, kierując zaspanych ludzi w odpowiednie kolejki, a potem w górę. Do ich lotu pozostało półtorej godziny, jeszcze raz omówili plan lotu i przygotowali się do wyjścia. Wiadomo, że załoga musi być wcześniej, sprawdzić wyposażenie i zapasy.


— To co, idziemy na wybieg? — rzuciła znane hasło Marta.


Tak nazywali pochód do bramek. Wszyscy nieznacznie wyprężyli się, strzepywali niewidzialne pyłki z granatowych strojów. Olga poprawiła beżowy kołnierzyk, przygładziła równe włosy i przejrzała się w lustrze. Poranny makijaż, który celowo rano zrobiła trochę zbyt mocny, przewidując jego zblednięcie, teraz wyglądał idealnie, teraz dodała tylko różu, podkreślając kości policzkowe. Gotowa, wszystko zgodnie z polityką firmy, nawet wysokość obcasa i ciemnoczerwony odcień lakieru do paznokci, wpinka z małym samolotem i imieniem w klapie marynarki. Po wyjściu cała grupa naturalnie ułożyła się w trzy dwójki, zrównując tempo i kroki. Takie momenty lubiła najbardziej. Uśmiechała się lekko, zerkając na znudzone oczekiwaniem dzieci, którym na widok pilota i załogi otwierała się buzia. U dorosłych pasażerów ten spacer budował poczucie bezpieczeństwa: ci młodzi, sprawni ludzie, na pewno wiedzą, co robią i świetnie się nami zajmą. Kapitan wygląda jak z obrazka, jest siwiejący, ale taki ma być, doświadczony, ale nie za stary, idzie wyprostowany, sprężystym krokiem i w razie czego ma nieco młodszego pomocnika obok. Stewardessy są piękne, umalowane wyraziście, ale nie wyzywająco, zadbane i opiekuńcze, ale jak idealna matka, nie pozwolą ci na wszystko. Z nimi może nawet nie będziesz się zastanawiał, że jesteś tak wysoko bez żadnego wpływu na swój los.


Po mglistym poranku zapowiadała się słoneczna pogoda i start według planu. Po sztucznych wnętrzach lotniska i przejściu przez rękaw, tuż przed schodkami do samolotu przywitało ją przyjemne, rześkie powietrze. Rzuciła okiem na widoczne w oddali małe samochody usprawniające ruch na płycie, albo dowożące jedzenie. Wszystko idealnie grało, a w razie opóźnień procedury lotniskowe przewidywały szybki i sprawny plan B. Odetchnęła głęboko świeżym tlenem po raz ostatni przed wejściem do kabiny. Popatrzyła na argentyńskie niebo, które zawsze czekało tu na nią z idealnym błękitem.

Rozdział 4

„Zapamiętaj, że możesz poprosić o co chcesz w czasie Podniesienia, a spełni się” przypomniała sobie słowa Babci. „Ale uważaj o co prosisz”. Przestała w to wierzyć latem, gdy miała 8 lat, ale czasem sobie o tym przypominała, kiedy ktoś robił znak krzyża przed lotem.


Wielogodzinne loty były dla pasażerów jak kawałek życia w skrócie. Najpierw oczekiwanie z napięciem, czy zdążę na czas, czy spotkam kogoś, kogo wolałbym uniknąć na lotnisku, czy będzie bezpiecznie. Potem wejście na pokład, jedni nieśmiało, witają się z wdzięcznością i niepokojem. Organizują wokół siebie przestrzeń — ustawiają lekturę i dokumenty obok podręcznych kosmetyków na półce przed sobą, uważają, by zająć tylko tyle miejsca, ile się im należy. Ich ruchy są zaplanowane i skoordynowane, akurat zdążą ze wszystkim tuż przed kołowaniem. Wyłączają telefon, uprzejmie słuchają zasad bezpieczeństwa, ich spokój ma wpłynąć na obsługę i zakląć bezpieczną podróż. Śpią cicho, ale czujnie. Inni od razu zaznaczają swoją przestrzeń, celują z walizką w wolną półkę, rozsiadają się i zaczynają pracować. Rozrzucają gazetę, otwierają woreczek z miękkimi skarpetami i kocem, niedbale wrzucają go pod siedzenie albo obok. Rozglądają się za obsługą, bo chce im się pić, albo nie działają słuchawki. Wyciągają notatki z walizki nad głową, choć powinni już zapiąć pasy, są w nieustannym ruchu, jakby ich energia miała przyspieszyć i napędzić start silników. Śpią niespokojnym snem. Ich powieki drżą kilkanaście razy na minutę. Wszyscy chcą już mieć to za sobą.


Pilot wzleciał nad chmury i pasażerowie rozluźniali powoli pasy, paski od spodni, zdejmowali buty, wkładali samolotowe skarpetki bez gumek. Rozglądali się dookoła. Tak, to będzie ich dom na kolejne trzynaście godzin, tu zasną i się obudzą, miejmy nadzieję, że wszyscy. Olga do tej pory pamiętała o akcji pierwszej pomocy, w której uczestniczyła na podkładzie. Zdarzają się bardzo rzadko, choć przecież przez cały kurs przygotowawczy powtarzają, że to nasz główna praca, dbanie o bezpieczeństwo i ratowanie życia, a nie podawanie kawy i przekąsek. A jednak wszyscy członkowie załogi wyglądali na zaskoczonych, kiedy ten facet złapał się za serce i zaczął ciężko oddychać, jakby uczył się tego od nowa i miał z każdym wdechem wessać, zapamiętać każdy, ostatni szczegół i zupełnie obcych mu towarzyszy śmierci. Pamiętała jego rozszerzone ze strachu, puste oczy. Od tamtej pory powtarzała sobie, że powinna być na to przygotowana za każdym razem, ale nie wierzyła, że kiedykolwiek się to stanie. Zawsze jej pierwszym odruchem w spotkaniu ze śmiercią było zastygnięcie.


Dzisiaj po rozniesieniu posiłków, mogła się trochę zdrzemnąć, zasłonięte rolety w oknach dawały złudzenie, że można wyregulować rozchwiany przez strefy czasowe rytm dnia i nocy, teraz w Europie zapadał właśnie wieczór. Przed snem przychodziły jej do głowy dziwaczne obrazy, dziś wyobrażenia o tym, w jakich momentach płodzeni byli uczestnicy lotów. Spokojna staruszka w dzierganej kamizelce — jej rodzice pewnie mieszkali w pokoju z teściami za ścianą. Kochali się powoli, metodycznie, bez pośpiechu, z przekonaniem, że to najzwyklejszy na świecie małżeński obowiązek. Umięśniony mężczyzna z tatuażem — może powstał w deszczu, w złości, w ukryciu, jego matka mściła się z jednym facetem na tym drugim, który w naiwności wierzył, że to prawdziwe uczucie. Biznesman z pierwszej klasy — biała koszula, a do tego klapki i spodenki, obok komputera notatnik w kolorowe wzory. Jakby wiózł ze sobą dwa różne życia, pod jednym nosił drugie. Może był połączeniem hipisa i kobiety z zasadami. Jego pociągała jej sztywność i paniusiowatość. Ona postanowiła się raz zapomnieć i zrobić coś szalonego, o czym będzie opowiadać koleżankom w klubie książki.


Kiedy się obudziła, lecieli właśnie nad Oceanem Atlantyckim. Pilot obniżył wysokość i spod chmur wyłoniło się czerwonozłote budzące się słońce. „Może Klaus ma romantyczną duszę. Lecę z nim już trzeci raz i zawsze tak robi” — pomyślała. Większość pruła do przodu i wolała pochwalić się przylotem trzydzieści minut przed czasem. Cieszyło to większość pasażerów, ale komplikowało życie rodzinom, jeszcze zagubionym w korytarzach lotniska przez co czasem nie zdążyły odebrać swoich bliskich na czas. Szybkość to nie zawsze zaleta. A dziś Klaus znowu obniżał łagodnie wysokość, tak, aby Ci, którzy spali, nie poczuli zmiany, niektórzy tylko przewracali się przez sen lub poprawiali koc. Ci zapracowani i lekko już poirytowani obniżali rolety w oknach, pisząc kolejnego ważnego e-maila. A ci, którzy wstali wcześniej i nie mieli nic innego do roboty, patrzyli z rozszerzonymi oczami na budzący się dzień, na który tak rzadko zwracali uwagę i czasem musieli wylecieć trzy tysiące kilometrów nad ziemię, żeby go dostrzec. W takich momentach Olga uwielbiała swoją pracę. Oświetlonych słońcem, lekko podpuchniętych od snu pasażerów częstowała napojami i czuła się jak anioł, co wita ich u bram raju ze szklanką soku pomarańczowego „Dziękujemy za wspólne życie, to znaczy lot” poprawiała się w myślach. „Może ci śpiący przeżyją życie niewinnie lub nieświadomie. Zapracowanym było ciągle za mało, kogoś gonili, o coś byli źli. Ci zapatrzeni w słońce smakowali moment, który ich spotkał”.


— Spałaś dobrze? — z rozmyślań wyrwał ją głos Marty roznoszącej wodę w przejściu między rzędami.

— Tak, nawet lepiej niż w domu.

— No tak, obie wiemy, że lubisz jak jest trudno. Pamiętasz jak zasnęłaś na tym drewnianym podium na koncercie nad ranem? A w czterogwiazdkowych hotelach zwykle źle sypiasz.


Olga uśmiechnęła się słabo w odpowiedzi. Trudno było ukryć coś przed Martą, znały się kilka lat i spotykały bardzo nieregularnie, ale ciągle zaskakiwała ją swoją przenikliwością. Mrużyła zielone oczu spod rudych loków i już wiadomo było, że szykuje jakąś armatę, nad którą można myśleć cały dzień, aż przyzna się jej rację. „Tak, lubię jak jest trudno — pomyślała Olga — łatwe mnie tak nie cieszy. Wkładam wysiłek w to, co robię, aż poczuję to w kościach”.


— A propos trudno, co u Igora? — zagadnęła Marta, puszczając oko.

— Ech, nie psujmy sobie ładnego poranka, dobrze? — odpowiedziała, układając na stoliku małe szklanki z sokiem i wodą.

— Dobrze, dam ci spokój, 12E chce sok pomarańczowy, doniesiesz mu po drodze? — zagadnęła Marta.

— Zdradzający żonę?

— Co ty gadasz?

— No nie widziałaś jak podskakuje, gdy ktoś go zachodzi od tyłu? Ewidentnie ma coś na sumieniu, ma takie przykurczone ramiona, bawi się obrączką, rozgląda się na boki, ma coś takiego w oczach, no mówię ci — szepnęła konspiracyjnie Olga.

— No nie wiem, roznoszę przystawki.


Początki znajomości z Martą nie były różowe. Zanim weszła do samolotu rozległ się głośny śmiech. Olga nie znosiła takich ludzi. Zagarniali przestrzeń wokół siebie, krzycząc dwa razy głośniej niż potrzeba. Śmiali się tak głośno ze swoich żartów, aż inni dochodzili do wniosku, że widocznie są śmieszne i też zaczynali rechotać. „Szykuje się długi i bolesny lot” pomyślała. Weszła i zobaczyła rudą burzę loków upiętą w przepisowy kok i nową towarzyszkę lotu 512, która próbowała wcisnąć walizkę na półkę. Dwaj stewardzi rzucili się do pomocy, jeden robił miejsce na półce, drugi podtrzymywał ciężar. („Podstawowa zasada złamana” pomyślała Olga — „nigdy nie pakuj większej walizki, niż potrafisz unieść”). W czasie tego dwunastogodzinnego lotu do Brazylii zdążyła usłyszeć historie Marty o wyzwaniach, które sama wymyśla: miesiąc zagadywania do znajomych, zero dni bez cukru, miesiąc patrzenia ludziom w oczy odrobinę dłużej niż potrzeba, tydzień dobroci dla siebie („Czemu tylko tydzień?” „Вo to najtrudniejsze kochana, dłużej nie dasz rady”). Marta potrafiła opowiedzieć, nad jaką wyspą właśnie lecimy, co dziwnego lub strasznego się na niej stało i była skarbnicą historii lotniskowych. Olga najbardziej polubiła opowieść o człowieku, który kradł ludziom walizki na lotniskach, a potem odtwarzał ich życie ze znalezionych rzeczy. Jeśli walizka miała adres i telefon, dzwonił do żony właściciela i mówił, że tęskni i kocha, wysyłał jej fragmenty poezji miłosnej lub liściki, a dzieciom całkiem trafione prezenty. Po kilku dniach zostawiał walizkę w biurze rzeczy zagubionych. Stamtąd była odsyłana do właściciela, który zniesmaczony odkrywał, że jego ubrania były znoszone, przesiąknięte zapachami miasta i lasu, jak po kilku dniach intensywnego spaceru, czasami były na nich plamy po czekoladzie i dziwnych sosach, a limit na karcie kredytowej był mocno nadwyrężony. Ale gdy wracał do domu, odkrywał, że jego rodzina na nowo go ubóstwia i po paru dniach zapominał, że ma wnieść skargę na linie lotnicze. Skąd Marta wiedziała jak reagowała rodzina? Nieważne, dobrze się tego słuchało, nawet jeśli nie była to prawda. Czas szybko mijał, a podróż nie była tylko rutynowym odtwarzaniem procedur.


Praca stewardesy miała sporo dobrych cech — przyjaźń z Martą była jedną z milszych niespodzianek, tym milszą, gdy okazało się, że też mieszka w Krakowie, co sprzyjało spotkaniom poza pracą. Ale dużą niedogodnością był fakt, że jeśli spotkało się na wariata w załodze, to trzeba było z nim spędzić wiele godzin na małej powierzchni. Natalie, która opowiadała o swoich dzieciach, Romain, który pokazywał zdjęcia hodowlanych dalmatyńczyków. Młodzi piloci, którzy za każdym razem robili te same żarty, że coś stuka. Anastazja wyliczająca choroby, jakich można nabawić się od latania.


Dobrze, że przynajmniej z niemiłymi pasażerami umieli sobie radzić. Taki człowiek od wejścia był niezadowolony z samego faktu lotu, a pewnie i życia, więc nic by tego nie zmieniło. Miał zawsze za mało miejsca na bagaże, wchodził w ostatniej chwili i nie podobało mu się jego miejsce przy przejściu i menu oferowane na pokładzie. Czasem odburkiwał coś załodze, bo na obrażanie ich nie mógł sobie w biznes klasie pozwolić. Świetna obsługa nie była w stanie zmienić jego ciężkiego życia. Dlatego dziwnym trafem nie słyszało się od razu jego zawołań o kawę, a potrawy albo wino, które zamawiał, niestety kończyły się w ostatniej chwili. Oprócz tych subtelnych znaków ignorowania, zawsze na tyle delikatnych, żeby nie dało się ich zauważyć, trzeba było wypracować sobie żelazny pancerz na uwagi takich klientów. Pancerz, na który składały się wystudiowane odpowiedzi i uśmiech, niemiłe uwagi spływały po nim bez śladu, a za firanką w przestrzeni dla załogi, można było z niego spuścić trochę powietrza. Wyposażenie ważniejsze niż kamizelka ratunkowa.


— Miałaś rację — wyrwały ją z zamyślenia słowa Marty.

— Hmm?

— 12E! Oglądał zdjęcia jakiejś laski, kiedy podałam mu serwetkę. Szybko zamknął, tak jakbym miała komuś powiedzieć, co widziałam.

— Niedoświadczony jakiś skoro tak panikuje.

— Możemy go pomijać przy drinkach w ramach kobiecej solidarności.

— Wiesz, że tego nie lubię. Drań czy nie drań, swoje wino niech dostanie. Podam mu je z idealnym uśmiechem.

— Jak ty widzisz takie rzeczy?

— Może po babci? Była niezła w obserwowaniu ludzi. Czasami się jej bałam, bo wiedziała o ludziach więcej niż oni sami.


Tak było z sąsiadką Basią, która mieszkała w okolicy. Przychodziła do babci co kilka dni, posiedzieć przy kawie. Nie najmłodsza, mogła mieć trzydzieści kilka lat, przeprowadziła się z mężem kilka lat temu, nie mieli dzieci. Obserwowała z ciekawością Olgę i jej siostrę, kiedy bawiły się w pokoju, jej wzrok był czasem taki natarczywy, dziwny, jakby je podglądała. Podawała im spadające zabawki, uśmiechała się bez słów, albo przynosiła cukierki, których nie miał nikt w okolicy. Zawsze zadbana, ubrana w ciemne brązy, pachnąca oliwkowym mydłem. Cała była owiana jakimś milczeniem i smutkiem. I kiedyś babcia przy rabarbarowym cieście powiedziała jej, że się ładnie zaokrągliła i że gratuluje. Na co ona popatrzyła na nią ze złością i zdziwieniem, łzy zakręciły się jej w oczach, bąknęła tylko „przepraszam, ale to okropne tak mówić, kiedy wszyscy wiedzą, że nie mogę…” i wybiegła z płaczem. Miesiąc później wróciła w beżowej sukni w wielkie czerwone maki, zaróżowiona i z małą krągłością na brzuchu, żeby przeprosić babcię. Więc tak, babcia widziała różne rzeczy wcześniej. Zapytana jak to robi, mówiła, że widzi kiedy w człowieku blednie, a kiedy nabiera światła. Ci, którzy coś lub kogoś stracili, nagle ciemnieli, jakby to światło w nich gasło, ich wzrok sięgał nie dalej jak kawałka podłogi pod nogami, ich ramiona opadały, a kąciki ust ciążyły ku ziemi. Ci z blaskiem patrzyli na coś dalej, poza nimi, czego nawet babcia nie mogła zobaczyć, ale to rozświetlało ich wzrok i prostowało ramiona.

Rozdział 5

Ten lot był spokojny. Wracała już autobusem z Katowic, bo w Krakowie mgła znowu nie pozwoliła wylądować. Postanowiła wykorzystać ten czas na relaks i słuchanie francuskiego radia w internecie, na same słówka nie miała już siły, ale ciągle brakowało jej płynności w melodii. Wybrała ustronne miejsce, ale i tak dwa siedzenia przed nią gruchała jakaś para, a po drugiej stronie zadbana pani po czterdziestce dokładnie opowiadała przez telefon koleżance o tym, co zjadła w Rzymie. Na szczęście jej głos nie był irytujący i Olga mogła odpocząć, a po krótkiej chwili, mimo walki ze sobą, zasnęła.


Śniło się jej mała wioska, podobna do jej rodzinnej wsi, ale jakby sprzed wielu lat. Unosiła się nad nią, widząc słomiane strzechy chat, potrójną wieżę kościoła, wielkie pola i mały cmentarz. Potem jej lot obniżył się i zobaczyła przez okna chat śpiących ludzi. Dzieci spokojnie oddychały, nagromadzone w ciągu dnia spięcia łagodził każdy kolejny wydech, dorośli przewracali się i wiercili, ich smutki i wyrzuty sumienia nie dały się tak łatwo uśpić. Wstaną z bólem głowy, niewyspani i rozdrażnieni. Zwierzęta zawsze spały spokojnie. Psy mlaskały smacznie, zmęczone bieganiem za kurami i pilnowaniem zagród. Koty zawinięte w kłębek na wszelki wypadek wystawiały jedno ucho w bok.


Główną drogą przez wieś jechał wóz ciągnięty powoli przez konia. Woźnica owinięty szarym kubrakiem nie drzemał, ale rozglądał się niespiesznie po okolicy. Bywał tu często, najczęściej wczesnym rankiem i za każdym razem zauważał coś nowego, przyjmując to z głuchym pomrukiem: odmalowane ściany chaty wójta, nowe kwiaty i wyprane pieluchy u organisty, w połowie wymienione sztachety w płocie Nowaka. Koń cierpliwie postępował wyboistą drogą. Nagle w oddali zabrzmiało głuche uderzenie dzwonu. Wyraźnie trzy razy, a potem cisza. Woźnica spiął cugle i skierował konia lekko w lewo w polną drogę tuż obok kościoła. Stanął przed niczym nie wyróżniającą się chatą i zeskoczył z wozu. Odsłonił kościstą twarz i lekko się uśmiechnął.


Dzwon zabrzmiał znowu trzy razy. „Dziękujemy za wspólną podróż”. Obudziła się, gdy autobus zwalniał i zakręcał na parkingu dworca. Resztki snu zawiesiły się jej gdzieś na skrawku pamięci. Przeciągnęła się i wyjęła spod siedzenia swoją walizkę.


Niebo szarzało, pierwsze niewyraźne płatki śniegu roztapiały się od razu na mokrej jezdni. „Dopiero listopad i już śnieg” — westchnęła w myślach, otulając się mocniej płaszczem. Pasażerowie dworca spieszyli się, żeby złapać taksówkę i dojechać do domu przed zmrokiem. W powietrzu wisiały ciężkie chmury. Jeszcze chwila i będzie w domu, dzielnica Grzegórzki, nie wiedzieć czemu rozczulała ją ta nazwa. Ustronne osiedle na ul. Francesco Nullo, w idealnej odległości między hałaśliwym centrum i rondami, na których kręcili się w kółko ludzie jadący i wracający z pracy i ze szkoły. W razie potrzeby lub paraliżu miasta, na dworcu mogła być spacerem w kilkanaście minut. Mogła biegać nad Wisłą albo kiedy miała więcej czasu, by przeciąć rzekę i pooddychać zielenią w Parku Bednarskiego na Podgórzu. Jutro tak zrobi, najlepiej…


Zobaczyła go i odruchowo schowała się za słupem. Natychmiast się wybudziła z resztek sennego rozleniwienia. Nie mógł jej tu zobaczyć, pozostała nieruchoma, ale była gotowa ruszyć, kiedy on zmieni miejsce. Obserwowała go czujnie jak drapieżnik ofiarę, krew napłynęła jej do rąk i nóg, czuła jak pali ją twarz, chciała uciec zgodnie z instynktem, ale wbrew rozsądkowi, bo dałaby się wtedy zauważyć. Rozmawiał z kimś przez telefon, śmiejąc się, wyglądał na wypoczętego, był opalony. „Może był na jednej ze swoich wypraw, których tak nie znosiłam.” Wychodzenie na Mt Blanc tylko po to, żeby z niej zjechać na nartach było według Olgi dziwnym kaprysem, rozrzutnością energii, zdrowia i szczęścia. Skończył rozmowę i rozejrzał się, przez chwilę miał na twarzy ten swój „piękny smutek”. Poczuła gulę w gardle, oblała ją fala gorąca. Tak kiedyś do niej powiedział „Masz taki piękny smutek na twarzy”. A potem coraz częściej go od niej przejmował. Nie mogli być tak samo szczęśliwi. Może mamy tylko określony poziom smutku, który musi przelać się na kogoś innego, najbliższego, gdy sami już nie dajemy rady? I taką radość, która musi się skończyć, gdy jest jej za dużo, bo nikt nie wytrzyma tyle piękna bez strachu, że to tylko na chwilę?


Wszedł do podziemnego przejścia, Olga, odczekując chwilę rozejrzała szybko się za taksówką, żeby schować się i uspokoić oddech. Dojeżdżając do domu, pomyślała, że już tak dobrze jej szło, prawie tydzień bez myślenia o nim, a tu jednego dnia, wspomina go Marta, a potem widzi go w tłumie.


Czasem widziała go w twarzach innych ludzi, filmach, sklepach, w rysach pasażerów, w ruchu ręki zagarniającym włosy, pocierającym brodę, przepuszczającym ją przez drzwi. W przechodniu idącym z naprzeciwka, wzbudzającym panikę i gorączkowe myśli, w którą uliczkę skręcić, aż do otrzeźwienia i zrugania w myślach własnej fantazji, bo dwa metry bliżej człowiek okazywał się nawet nie tak bardzo podobny. Wydawało się jej że jest tylko określona liczba powtarzających się twarzy i że w kolejnej znajdzie kogoś podobnego. W końcu i tak nikt nie jest tym, za kogo się podaje.

Rozdział 6

Spała dłużej niż zwykle. Jej organizm dobrze znosił zmiany stref czasowych, dwie dodatkowe godziny snu zwykle wystarczały i budziła się sama. Przeciągnęła się nareszcie we własnym łóżku i powoli wstała. Słabe listopadowe słońce wpadało do pokoju zza szarych rolet. Podniosła je i zmrużyła oczy. Po wczorajszym śniegu na wypielęgnowanym trawniku nie został ślad, na ulicy błyszczały kałuże, a na chodniku, chowając się pod wystającymi dachami szybko przemykał sąsiad z psem. Po drugiej stronie ulicy młoda kobieta z wózkiem i parasolką postanowiła dzielnie walczyć z pogodą i zapewnić dziecku dawkę odporności na dziś mimo wszystko. Oprócz tej dwójki dumne nowoczesne osiedle przy ul. szacownego generała Nullo zamarło. Z obojętnością przyjmowało kolejne zmiany pogody i lokatorów, którzy skuszeni lokalizacją, wprowadzali się do świeżo oddanych mieszkań. Cicha brama podnoszona pilotem zapewniała bezpieczeństwo, nienarzucające się witryny sklepów, apteki, przedszkola i żłobka dawały wygodę zaspokojenia podstawowych potrzeb w promieniu dwóch kilometrów. Ostatnimi wydarzeniami, które poruszyły mieszkańców był samochód zaparkowany na drodze pożarowej oraz impreza na parterze, której trwała do północy. Oba precedensy zakończyły się wymianą listów przyklejonych ku rozwadze na drzwiach do klatki schodowej.


Olga wpuściła trochę świeżego powietrza i przeciągnęła się na piankowej macie do ćwiczeń wyciągniętej spod łóżka (składaną woziła zwykle w walizce), dziś nie mogła złapać równowagi balansując w pozycjach na jednej nodze, ale dobrze wychodziło jej rozciąganie, czuła jak stopniowo rozgrzewają się ramiona i nogi, a krew krążąca coraz energiczniej w całym ciele, dodaje sił.


Dłuższy, ciepły prysznic zamiast orzeźwiającego masażu chłodną wodą był tym, czego dziś potrzebowała. Czarę rozpusty przelał kubek ciepłego kakao do owsianki, zamiast zdrowych ziółek. To był jeden z rzadkich dni, gdy potrzebowała sprawić sobie przyjemność po wyczerpującym maratonie w pracy i ogólnym rozprzężeniu, które nachodziło ją zwykle w listopadzie.


Usiadła na szerokim parapecie w kuchni, sącząc kakao. Grzała plecy w nieśmiałym przedpołudniowym słońcu, mierząc wzrokiem swój dobytek w walizce zostawionej wczoraj w kącie „Powinnam rozpakować się wczoraj” — pouczyła się w myślach. Lubiła przestrzeń tego mieszkania, drewniane, gładkie podłogi, białe ściany i jasne meble, szafa i półki pozostały po poprzednich właścicielach, małą komodę przy kanapie i stolik odnowiła na kursie renowacji mebli na fali twórczej fantazji w zeszłym roku. W jej wyobraźni meble miały imitować klasyczną elegancję przedwojennych kamienic krakowskich, ale efekt był dość pospolity — farba o piaskowym kolorze gdzieniegdzie się już łuszczyła, choć wciąż dziwnym trafem pasowała do pozostałych mebli. Mała biblioteczka i szafa, kanapa w salonie, która wieczorami służyła za łóżko, tyle jej wystarczało. Ze znajomymi zwykle spotykała się na mieście, więc oszczędzała sobie nieprzyjemnego uczucia, kiedy ktoś siadał na jej łóżku.


Chętnie tu wracała, ale zwykle za krótko przebywała, żeby angażować się w urządzanie mieszkania. Tak było dobrze. Posprzątanie całej przestrzeni zajmowało jej godzinę, a wyprowadzić mogła się w jeden dzień, wszystkie jej rzeczy mogłyby zmieścić się w dwóch walizkach.


Kiedy sprzątała po śniadaniu, zawibrował telefon. Spojrzała na wyświetlacz, to matka. Podniosła się i ubrała szlafrok, przez plecy przeszedł ją nagły dreszcz, a potem zrobiło się jej gorąco, rzadko się kontaktowały i wiedziała, że to nie będzie dobra wiadomość.


— Cześć Oluś. Jesteś w domu?

— Cześć mamo, tak, co się stało?

— Wiesz, babci się nagle pogorszyło, wiesz, że od tygodni nie czuła się najlepiej z tym sercem.. I wczoraj wieczorem zmarła, spokojnie, we śnie.


Poczuła jak oblewa ją zimny pot, a w gardle zbiera się gula twarda jak drewniany kołek. Przełknęła ślinę i długo nie mogła znaleźć słowa. Przez głowę przelatywały jej obrazy i słowa, śmiech babci i jej zmrużone brwi, wspólne spacery o różnych porach roku, wszystko mieszało się naraz, jak rozsypane puzzle z różnych obrazków, bardzo małe kawałeczki…


— Halo? Przyjedziesz? Pogrzeb w piątek — usłyszała w słuchawce przytłumiony głos matki.

— Jasne mamo, będę dzisiaj… Coś zabrać, kogoś powiadomić?

— Dzwonię właśnie, wszyscy już wiedzą. No i ubierz się jakoś ciemno.

— Tak wiem mamo, to pogrzeb — wzięła głęboki wdech, nawet w takich momentach potrafiła wyprowadzić ją z równowagi. Dłuższy wydech i mogła już być wspierającą córką — Jak się trzymasz?

— Tak, no wiesz, jakoś tak, kończę już, Gosia przyszła, cześć…

— Cze..


Urwany sygnał w słuchawce. „Jak zwykle nasze rozmowy, krótkie, niedopowiedziane, urwane w połowie — pomyślała ze złością i poczuła jak spinają się jej ramiona — Matka mówi wszystko, co ma do powiedzenia i kończy. Chciałam jeszcze zapytać o ojca…”


Weszła do jasnej kuchni, nastawiła wodę na kawę. Sprawdziła grafik na kolejny tydzień, zanotowała, by zadzwonić do centrali i znaleźć zastępstwo na poniedziałkowy poranny lot, nie miała zamiaru zostawać w domu dłużej niż przez weekend, kolejne dni były w porządku, po dłuższych lotach miała zwykle kilka dni wolnego. Sprawdziła dojazd do domu, najpierw pociąg do Lublina, potem przesiadka. Powinna być na 18 w domu. Autem byłoby szybciej, ale nie czuła się dziś na tyle przytomnie. Rozejrzała się za walizką, by spakować najpotrzebniejsze rzeczy. „A tak, ciągle leży w kącie”.


Zatrzymała się w połowie drogi do pokoju i zdała sobie sprawę, co robi. Babcia powiedziałaby, że jest podobna do niej — najpierw obowiązki, potem czas dla siebie. Przed śniadaniem sprzątała kuchnię, dopiero potem jadła, kiedy wracała z zakupami po pracy, najpierw układała je na miejscu, potem odpoczywała. Zawsze silna, zawsze przygotowana. „Kiedy dawała sobie czas na rozklejenie się?” pomyślała, pocierając ciepły kubek dłońmi.


Nagle przeciąg otworzył z hukiem okno, podskoczyła i zawinęła się mocniej w miękki szlafrok. Zamknęła okno i poczuła jak ciężkie są jej ręce i ciało. Usiadła i płacz wstrząsnął jej ramionami. Drewniany czop w gardle rozpuszczał się powoli. Płakała długo, jakby uzbierały się w niej dawno nie uwalniane zapasy. Łzy dawały jej ulgę, położyła się na łóżku, nakryła puchatym kocem i poczuła się bezbronna i krucha, a jednocześnie uspokojona przez proste uczucie, że może sobie na to pozwolić, że tego potrzebuje, że może babcia jest tu gdzieś obok, przywiana wiatrem. Otulając się jeszcze mocniej, pomyślała o momentach, które już dawno minęły.


Do ósmego roku życia mieszkała z rodzicami i dziadkami. Z czułością wspomina tamte czasy. Z babcią żyło się w cyklu liturgicznym, który zaczynał się nie nowym rokiem, ale roratami o świcie pod koniec listopada. W domu było jeszcze ciemno i zimno, ale babcia wstawała pierwsza i krzątała się już z herbatą, otulona w ciepły sweter. Wcale nie budziła Olgi, sama musiała wstać i okazać się wystarczająco dorosłą, by pójść z babcią. Wypijała szybko gorącą herbatę, która czasem parzyła gardło, łapała w biegu pajdę chleba i obie wychodziły w noc po chrzęszczącym śniegu, Olga, skrywając ziewanie, babcia narzucając szybkie tempo długimi krokami. Mało kiedy pamiętała samą drogę, zwykle siadały z babcią w ławkach z przodu, gdzie zawijała się szczelniej w miękki dziergany na drutach szalik i zbierała siły, żeby stanąć na wejście i pieśń „Rorate caeli” intonowaną przez księdza. Babci podobały się bardziej tradycyjne pieśni — „Spuśćcie nam na ziemskie niwy” na przykład, a Olga lubiła kiedy młody chór, powstały niedawno przy parafii, wprowadzał nowe — „Zbudź się o śpiący” na kilka głosów, to była jej ulubiona. Ożywiała się zatem raz ona, raz babcia w zależności od dźwięków, które słyszały na wejście. Obie budziły się już zupełnie, kiedy kościół i twarze ludzi rozświetlały się od blasku zapalanych świec, najpierw głównej roratki przy ołtarzu, a potem świec, gromnic i kaganków przyniesionych przez ludzi. Tuż po podniesieniu za oknami lekko się rozwidniało, a gdy wychodziły, świt szarzał już na wschodzie i nawet bez zapalonej świecy dotarłyby do domu. Śniadanie rzadko tak smakowało jak po roratach. Babcia kroiła solidną pajdę chleba i smarowała grubo masłem i serem, Olga pilnowała, żeby nie wykipiało mleko na ciepłe kakao, gotowe w sam raz gdy wstawała reszta domowników.


W miesiąc po roratach szły na pasterkę, na której grzmiało pod chórem „Wśród nocnej ciszy”. Wszyscy śpiewali, a kościół odwiedzali nawet tacy, co nie pojawiali się cały rok. Gdy mijała oktawa Bożego Narodzenia, babcia chodziła na mszę nawet w dni powszednie, wydawała się zadowolona, że wreszcie skończyły się wielkie uroczystości i tłumy w kościele, a zaczął się okres zwykły. Gdy ktoś z rodziny pytał ją, dlaczego tak często chodzi do kościoła, odpowiadała, że czas się tam zatrzymuje, więc to tak jakby młodniała. Msza w dzień powszedni miała swój urok. Można było usłyszeć, co ksiądz szepcze nad kielichami, bo nikt nie śpiewał, dialog z wiernymi był jak rozmowa przy płocie, tylko bardziej uroczystymi słowami. Olga najbardziej lubiła majówki, kiedy było już ciepło, a msza nie kończyła ani nie zaczynała dnia, tylko była jego częścią naturalnie wplecioną między przyganianie krów z pastwiska, a kolację. Słowa litanii powtarzane przez babcię niosły się swoim naturalnym rytmem „Matko dobrej rady…” „Królowo Aniołów…” i tak pewnie, jakby rozmawiała z tą królową każdego dnia, przekonana, że doradzi najlepiej i wyśle najmocniejszego anioła, gdy będzie trzeba.


Wszystkie te uroczystości były piękne i wzniosłe. Małe ręce robiły uważnie znak krzyża, tak jak uczyła ją babcia, a jeśli nie znała słów pieśni, patrzyła na nią i odczytywała kolejne słowa z jej ust, lekko przedłużając kolejne sylaby. Nie rozumiała jedynie nabożeństw wielkopostnych — całe to cierpienie i bezsilność Boga, nieznane słowa gorzkich żali, wyjące drogi krzyżowe, przecież wiadomo było jak to wszystko się skończy, to po co tak rozpaczać? Kiedy pytała o to babcię, mówiła, że tak po prostu jest, że nie da się tego wytłumaczyć. A sama babcia właśnie wtedy z jeszcze większą zawziętością chodziła na długie adoracje, patrzyła na krzyż, szeptała długie modlitwy. Mała Olga czuła, że jakaś ważna część jej umyka, podobnie jak wtedy, gdy rodzice powiedzieli, że ulubiony chomik pojechał na kolonie do lasu i tak mu się spodobało, że tam został albo gdy przed szczepieniem mówili, że nie będzie bolało, a bolało zawsze, tym mocniej nawet, kiedy mówili „to nic, nie ma co płakać”. Nawet gdy dorosła, w domu nie rozmawiało się o śmierci, cierpieniu, chorobach, jakby istniały tylko w odległym świecie. Może ta niewiedza, co robić, gdy się choruje dała jej siłę, bo dbała o zdrowie z największą czułością, praktycznie nie chorowała, stawiała sobie kolejne wyzwania w siłowni i diecie i takiej samej dyscypliny wymagała też od innych.


„Czy babcia żyła tak jak chciała? Czy czegoś żałowała? — zamyśliła się Olga, dolewając ciepłej wody do zimnego kubka — Nigdy się nie skarżyła, ale kiedy nikt na nią nie patrzył, jej twarz zasłaniał jakiś cień.. smutku?”


Westchnęła i wstała, żeby dokończyć pakowanie. Po dwóch godzinach była już na krakowskiej stacji, nowoczesnej i przypominającej trochę lotnisko po niedawnym remoncie. Czasem tęskniła za starym, ciemnym tunelem, gdzie można było kupić używane książki i obwarzanki tuż przed odjazdem pociągu. Przez pierwsze miesiące po renowacji łudziła się, że może jest do niego inne wejście, ale biało-niebieskie tablice schludnie informowały, że dojście prowadzi tylko na perony lub parking na dachu. W przestronnym, szklanym korytarzu poczekalni z fantazyjnie pofalowanymi zielonymi siedziskami i cicho szemrzącą małą fontanną siedzieli pasażerowie, czekający na zapowiedź pociągu, od zeszłego roku podawaną też w języku angielskim. Ta część była oddzielona kilkoma schodkami od szerokiego korytarza, gdzie przetaczały się tłumy. Ci, którzy pewnym krokiem zmierzali prosto do wyjścia — wybierali korytarz prowadzący w stronę dworca autobusowego lub przeciwny kierunek do galerii handlowej i na stare miasto. Przejście korytarzem przypominało o potrzebach, które duże szklane sklepy pomagają spełnić, więc Ci, którzy mieli trochę czasu, czuli nagłe pragnienie, zmęczenie, tęsknotę za domem albo potrzebę ukulturalnienia się, wchodzili do jednego ze sklepów, kupowali aromatyczną kawę, pachnącą świeżym drukiem książkę na drogę albo pamiątkę z Krakowa dla bliskich.


Kupiła bilet do Lublina i usiadła, czekając na zapowiedź. Obserwując przechodzących, usiłowała zgadnąć, kto w tym tłumie jedzie w jej stronę i jak daleką odbywa podróż. Znaków mogło być wiele — naklejona taśma przy walizce z trzyliterowym skrótem lotniska, pasiasta torba jakiej używały handlarki, wschodni akcent w rozmowie. Kiedy wywołano jej pociąg, wjechała na peron ruchomymi schodami. Powitał ją silny wiatr, ale na szczęście pociąg stał już na stacji. Zajęła ustronne miejsce w wagonie bez przedziałów. Dawny zapach przegrzanych pomieszczeń i moczu z brudnej toalety, który pamiętała z czasów studenckich, ustąpił miejsca mechanicznemu ale sterylnemu zapachowi nowego wagonu i lurowatej kawy z sąsiedniego warsu. Ludzi było niewiele, miała wrażenie, że ci, którzy nie wyróżniali się z tłumu mieszczuchów w Krakowie, odzyskiwali specyficzne rysy twarzy, zrzucali zabieganie, rozluźniali się zapatrzeni w szyby.


Sama też miała wrażenie, że zmienia się, jadąc w kierunku wschodniej granicy. Przesiadając się w Lublinie do czerwonego, skrzypiącego autobusu do Wrzosowic wchodziła na kolejny poziom. Już w „dzień dobry” wypowiedzianym do kontrolera wkradał się jakiś delikatny zaśpiew. W środku rozmawiali ze sobą — o zakupach, dzieciach, wydarzeniach tygodnia, pogodzie. To była główna różnica między wsią i miastem. Tutaj było dziwne, jeśli nie rozmawiałeś ze swoim sąsiadem. W samolocie byłeś dziwny, jeśli zbyt natrętnie zagadywałeś współpasażera. W mieście liczyło się to jak się pokażesz, w kilka minut mogłeś zrobić dobre wrażenie, na wsi wszyscy wiedzieli kim jesteś, bo na swoją opinię rodziny pracowały latami i pokoleniami, wiadomo było, który chłopak jest z „dobrej rodziny”, a gdzie jest alkohol i patologia.


Po przeprowadzce do miasta na studiach zdziwiła się jak dużo śmieci zaczęła produkować. Na wsi wszystko się zużywało: obierki i resztki jedzenia były zjadane przez zwierzęta, nie było plastikowej wody i mleka, ale studnia i krowa, która dawała ser i maślankę. Po warzywa szło się na pole albo do piwnicy, słodycze, chleb, alkohol i makaron robiło się w domu i dopóki nie miało się dziwnych zachcianek typu gazety, można było nie oglądać sklepu tygodniami. Na wsi do pracy i odpoczynku wzywał dzwon, odmierzając czas od porannej jutrzni, przez Anioł Pański w południe, mszę o siódmej, aż do Apelu Jasnogórskiego o dziewiątej wieczorem. Tu nie patrzyłeś na zegarek, żeby zobaczyć, czy jesteś zmęczony, głodny albo chce ci się spać.


— Pani do Jabłońskich? — zagadnął kierowca, kiedy miała już wstawać przed przystankiem.

— Tak.

— Tak właśnie myślałem, pani to cała babcia, niech jej ziemia lekką będzie. Proszę usiąść, zatrzymam się bliżej domu.


„To miłe i… bardzo ograniczające prywatność — pomyślała — Nawet gdy nie chcesz, tu wszyscy znają twoją historię i grzeszki. Chodzisz z kroniką rodzinną wypisaną na twarzy. Przystanek koło szkoły: wysiadła nieślubna córka, ojciec pijak, dwa rozwody. Przystanek koło kościoła: siostra księdza, bez dzieci, facet uciekł po dwóch latach. Ostatni przystanek: miastowa, przyjechała na pogrzeb, niewiele o niej wiadomo, bo rzadko przyjeżdża, więc można sobie dużo dopowiedzieć. Ładna babka, to na pewno kogoś ma, może Araba i wstydzi się go tu przywieźć? A może jakaś lesbijka?”


Autobus odjechał z chrzęstem opon po żwirowanej drodze. Prostując mięśnie na drodze prowadzącej do domu, przyjrzała się otoczeniu. Trochę odrapana zielona brama była otwarta na oścież, za nią leżały resztki liści pobieżnie zgrabionych przed wczesnym listopadowym śniegiem, zasypana śniegiem huśtawka wisiała smętnie między dwoma mocnymi więzami. Dom z odnowioną zeszłej wiosny elewacją zyskał nowe beżowe oblicze z brązowymi obwódkami dookoła okien. Rodzice przeprowadzili się tu na emeryturze, kiedy dziadkowie wymagali pomocy. To miejsce i dom babci, który stał niedaleko i las pod cmentarzem przywoływały wiele wspomnień. W oknie poruszyła się firanka i chwilę potem matka wyszła na ganek otulona w długi zielony sweter. Wysoka, szczupła, jasnoniebieskie oczy miała podpuchnięte od płaczu i snu, między długimi blond włosami, które uparcie farbowała, prześwitywały siwe kosmyki, jej pomarszczona, ale błyszcząca od świeżo naniesionego olejku twarz, rozciągnęła się w wąskim uśmiechu. Przytulając się, Olga poczuła miękki słodki zapach przypraw i zapachu kadzidełek. Pomyślała, że tak jak matka próbuje zatrzymać młodość, tak ona próbuje się odróżnić od niej ciemnymi włosami, krótką fryzurą i klasycznymi zapachami, ale na tym różnice się kończyły.


— Witaj kochanie, jak podróż?

— W porządku.

— Zrobiłam twoje ulubione danie, nastawiłam wodę na herbatę, ogrzejesz się.


„Ciekawe jakie jest to moje ulubione danie”. Wchodząc poczuła zapach łazanek. „Ok, niezły traf.” Rzadko bywała w domu i za każdym powrotem miała wrażenie, że rodzice znowu coś zmienili, przez co czuła się tu jeszcze bardziej gościem. Nowe zasłony, inny kolor ścian. Mama fascynowała się od niedawna wystrojem wnętrz. Jej pokój został przerobiony na garderobę („Nie obrazisz się kochanie, prawda?”). Matka stanęła w progu, potem zmniejszyła ogień pod patelnią, sięgnęła po kubek z kawą, ale nie wyjęła kawy. Podeszła, żeby wziąć od córki płaszcz.


— Usiądź, już się podgrzało, nałożę ci.

— Jak to się stało?

— Chodzimy do dziadków zawsze rano, spytać, czy czegoś nie potrzebują, ja albo ojciec i potem on idzie do sklepu, bardziej z potrzeby spaceru i kontaktu z nimi niż gdyby nam czegoś brakowało. Wiesz, jaka babcia była uparta, że chcą mieszkać sami, nawet po wylewie dziadka, z którym jest trudny kontakt. Z nami byłoby im łatwiej, ale nie przemówisz jej do rozsądku — westchnęła, odrzucając luźno spięte włosy na karku — Ojciec opowiadał, że wszedł i pierwsze co go tknęło, to zimno przejmujące w domu, w piecu nikt nie napalił, a obok siedział dziadek i czytał kalendarz, otulony kocem. „Zobacz — mówi dziadek — dziś dwudziestego piątego, wspomnienie tych Quattrocchich, święte małżeństwo, nam tam daleko do świętości, ale nie będziemy długo na siebie czekać.” Ojciec na dobre już zaniepokojony dziwnymi gadaniem dziadka wszedł do pokoju i zobaczył babcię śpiącą spokojnie pod kołdrą. Przyłożył rękę do jej zimnego czoła, sprawdził puls i zaraz przybiegł po mnie.


— Przynajmniej nie cierpiała, zmarła spokojnie, we śnie. A gdzie tato?

— Z babcią, znaczy się u babci. Chciał, żeby cały czas ktoś z nią był. Potem go zmienię. Wieczorem jest różaniec. Pójdziemy?

— A tak, bo nie macie tu kaplicy. Tak, tylko zjem i chwilę odpocznę.

— Możesz się położyć w dużym pokoju.


Pamiętała ten przesąd jeszcze z ust babci. Zmarłego nie należy zostawiać samego w domu. Zwyczaj czuwania przy ciałach zmarłych ciągle utrzymywał się w tej okolicy. Pierwszy raz poszła na taką modlitwę, gdy w wypadku zmarła młoda dziewczyna, w trumnie była ubrana w białą suknię, a dookoła niej śpiewały stare kobiety. Już nigdy potem nie zerkała na nieboszczyka, zmroziła ją ta blada twarz z fioletowymi obwódkami oczu, ust i kości policzkowych. Teraz mimo ciepłego posiłku też poczuła chłód. W domu rodziców było o kilka stopni chłodniej niż w jej mieszkaniu, więc zawinęła się w ciepłą bluzę, którą przezornie wzięła ze sobą i zdrzemnęła się chwilę na kanapie w pokoju. Śniło jej się jakieś pożegnanie, trzymała kogoś płaczącego za rękę, padało i nachyliła się, żeby usłyszeć, co mówi.


Obudziło ją szczekanie psa i zdała sobie sprawę, że płakała we śnie, ale nie pamiętała już usłyszanych słów. Na piersi poczuła ciężar i zebrała wszystkie siły, żeby się podnieść. Było już całkiem ciemno. Przez okno dochodził delikatny szmer i tupot nóg. W mgle i ciemności zobaczyła kilka postaci w długich płaszczach, powoli szły drogą z zapalonymi świecami. „Śnię jeszcze, czy to nowe zwyczaje pogrzebowe?” Weszła do kuchni, gdzie mama siedziała przy kubku kawy.


— Mamo czy mi się wydawało, czy ktoś szedł ze świecami koło domu?

— To wieczorne roraty Oleńko. Ksiądz chciał robić rano, ale teraz mało kto chodzi, a wieczorem to przynajmniej dzieci po szkole. Gotowa? To chodźmy.


To był krótki spacer, babci dom stał niedaleko, łudząco podobny do domu, z którego wyszły, ale z mniej zadbanym obejściem, starzejący się zgodnie z prawami natury i zarośnięty drzewami. Kiedy weszły, uderzył je ciepły duszny zapach świec, ubrań za długo trzymanych w szafie i słodkawy zapach nieboszczyka. Ci, którzy siedzieli od kilku godzin w środku, już tego nie czuli, ale Olga najpierw wstrzymała oddech na kilka sekund a potem wzięła głębszy wdech jak przed zanurzeniem się w wodę. Przecisnęła się przez tłum siedzących dookoła trumny, aby dotknąć zimnej ręki babci, starając się ignorować skupione na niej spojrzenia i szepty. Zmarszczona twarz babci była spokojna, lekko żółtawa. Ubrana w swoją najlepszą garsonkę, mogłaby się za chwilę podnieść, wypić ulubioną herbatę z dzikiej róży i zacząć opowiadać jedną z wielu historii z przeszłości. W trumnie ktoś położył jej ulubiony tomik poezji ukraińskiej. Olga usiadła z tyłu na twardym krześle zwolnionym przed jakiegoś mężczyznę i poczuła żal na myśl, że już nigdy nie usłyszy głosu babci czytającej:


mówię ci że napisałem wszystko — to co czułem —

jak czas zbiera słowa — tych słów całą słodycz —

jak starość twoja i moja podstępuje

mówię ci to zbierając okruchy ze stołu


Zapłakała i ciężar na piersi ulżył jej trochę. Rozglądając się po domu, zauważyła, że ktoś zasłonił duże lustro w przedpokoju i zatrzymał zegar, który od jej przyjścia nie zmienił ułożenia wskazówek. Stary wzruszający zabobon. Czas nie ma tu znaczenia, a dusza musi w spokoju opuścić dom, nie pozostawiać swojego odbicia, trzeba dać jej odejść.


Olga zauważyła teraz ojca, który siedział w kącie przy babci. Od ostatniego spotkania schudł i trochę bardziej osiwiał. Teraz jeszcze bledszy z dłuższego niewyspania i organizowania pogrzebu, wydawał się kruchy jak pisklak bez mamy, bez jedzenia i bez gwarancji, że przetrwa. Jego rodzice zmarli wcześniej i bardzo związał się z teściami. Musiał poczuć wzrok córki na sobie, bo odwrócił się i skinął głową z ledwie dostrzegalnym uśmiechem.


Przyszła najbliższa rodzina, sąsiedzi, niektórzy bo wypada, bo ich mama była na pogrzebie sąsiadki, inni z ciekawości albo by powiedzieć ostatnie słowo w sporze trwającym latami („poróżniliśmy się, ale wybaczam ci”), babcia na starość mało przejmowała się opiniami innych i miała cięty język. Dzieci zapędzone tu przez rodziców, przestraszone, nie na miejscu, obserwowały wszystko, co się dzieje i otwierały usta na powtarzający się refren pieśni. Starsi mężczyźni, wycofani do sieni, pomodlili się, przeżegnali i wyszli porozmawiać cicho z kolegami, bo takie śpiewy to sprawa kobiet. Młode mężatki i sąsiadki, śpiewając, dyskretnie rozglądały się po ścianach mieszkania, wysprzątanego pospiesznie, z małą nitką pajęczyny zwisającą z żyrandola. Z nostalgią patrzyły na ślubne zdjęcie zmarłej, przypominając sobie podobne, które widziały u swojej matki. Ze wzruszeniem zerkały na kolorowe szkło w kredensie, z ciemnopomarańczową jarzębiną albo bordowymi winogronami. W rodzinnym domu stały takie same ozdoby, gdy były małe, nie wolno było ich dotykać, a kiedy dorosły do odpowiedniego wieku, mama pozwalała im wyciągać je dwa razy do roku na święta. I gdzie są teraz te kieliszki od mamy? Chyba zostawiły w pudełkach w spiżarce, bo nie pasowały do nowych mebli. Starsze kobiety śpiewały i nie rozglądały się już dookoła. Ten dom znały, często tu zachodziły, czasem zdarzał się różaniec u sąsiadki, która zdziwaczała i nie chodziła nigdzie więc i jej nie odwiedzały. Teraz siedzą zapatrzone w jeden punkt, albo w książeczkę. O czym myślą? O swoich mężach i o sobie, kogo pierwszego Bóg wezwie? Mówią, że zmarli biorą raz kobietę, raz mężczyznę, albo tego, kogo lubili, żeby im było tam w górze wesoło. Przecież nie dalej jak w zeszłym roku po Romku zmarł Stefan i wszyscy się śmiali, że najlepszego kolegę od piwa sobie zabrał, więc tam na górze mają niezłą imprezę.


Stare kobiety skończyły różaniec, a potem zaintonowały „Boże Sędzio Sprawiedliwy”, podniosłą pieśń o karze i winie. Nie potrzebowały modlitewników, setki razy żegnały nią młodych i starych, z nadzieją, że zostanie ktoś, by odśpiewać ją też im, kiedy przyjdzie pora. Stara melodia kołysała wszystkich do zadumy, wspominania swoich zmarłych i tej, którą otoczyły dzisiaj po raz ostatni.

Rozdział 7

W dzień pogrzebu Olga wstała zdeterminowana, aby z siłą przetrwać ten dzień. Dla dziadka i rodziców, którzy od rana to popłakiwali, to sprzątali po śniadaniu, wpadając na siebie w kuchni.


— Wyspałaś się? Widziałaś jak pada? Babcia lubiła taką pogodę — przywitała ją matka siadając w wysłużonym miękkim fotelu obszarpanym przez psa i kota, co błąkały się gdzieś po domu.

— Przywiozą ją prosto do kościoła, nie będzie procesji z domu — dodał ojciec, mieszając głośno miód w kubku z kawą — Co pijesz Oluś?

— Kawę, dzięki. Co właściwie robi się na stypie? Będziecie podawać alkohol? — spytała Olga zauważywszy skrzynkę z wódką w kącie.

— Mamy trochę jedzenia, Gosia przyniosła, Jasiek zachorował i tak musiała siedzieć w domu przez ostatnie dwa dni, więc nagotowała jak dla wojska.

— Zawsze mi się to wydawało dziwne, że komuś chce się jeść i pić na takim spotkaniu. Ja straciłam apetyt.

— Babcia by się ucieszyła, przy takich okazjach sama łykała kieliszek na rozgrzanie — westchnęła matka i zadumała się.


— Dziadku jak się czujesz? — spytała Olga, przerywając dłuższą ciszę. Dziadek siedział cicho w kącie na wózku, kiwając się nieznacznie do przodu. W odpowiedzi na jej pytanie, podniósł głowę i uśmiechnął się do niej ledwo podnosząc kąciki ust.

— Biedaczek, co on z tego wie? — jęknęła matka — ledwo co wyszedł z wylewu a tu kolejny cios.


Tupanie stóp na progu zapowiedziało kolejnego gościa.


— Cześć wszystkim — Gosia zdjąwszy płaszcz, weszła do kuchni, stawiając ostrożnie kroki, kierując stopy lekko na boki, wielka, pełna i nabrzmiała od rosnącego brzucha. Spuchły jej też lekko kostki i twarz. Między jej obfitymi piersiami kołysał się drewniany wisiorek — mały przekrój pnia drzewa, lekko błyszczący w słońcu, kiedy się poruszała. W kuchni było gorąco, zdjęła narzucony sweter i pomachała luźną koszulką w górę i w dół, żeby się schłodzić, z boku brzucha widać było fioletową żyłę, która doprowadzała odżywcze soki do ciała dziecka. Spięła półdługie blond włosy na karku, sięgnęła po szklankę, a drugą ręką po sok i przez chwilę wyglądała jak wieloręczna bogini płodności, albo życiodajne drzewo rozrastające się w wielu kierunkach.


— Mam jeszcze dwie zapiekanki do tego, co Marek przyniósł wczoraj, wystarczy podgrzać — Postawiła na stole dwie blaszki, wzdychając opadła na fotel i popatrzyła na Olgę.


— Witaj siostrzyczko, dobrze Cię widzieć, do kiedy zostajesz?

— Będę do niedzieli. Jak się czujesz?

— Dobrze, coraz mi ciężej tylko, ale dobrze. Marek został z Jaśkiem w domu, wezmę starszą dwójkę na mszę. Mateusz ostatnio ciągle mówi o samolotach i lataniu, pewnie będzie Cię chciał wypytać, ostrzegam — uśmiechnęła się do Olgi.


Usłyszeli z oddali dzwony. Spojrzeli na siebie bez słów, rozumiejąc, że to dzwony dla Babci i że czas się zbierać.


Olga omówiła się z rodzicami, że pójdzie trochę szybciej, żeby dyskretnie opłacić organistę, który miał zagrać na pogrzebie. Ojciec zabrał dziadka, a matka miała pomóc Gosi wybrać się z dwójką maluchów.


Idąc wolno po mokrej od porannego deszczu drodze, przypomniała sobie, jakie długie kroki robiła babcia, kiedy szły do kościoła, jako mała dziewczynka musiała podbiegać, żeby ją dogonić, potem rosnąc, zrównywała coraz bardziej krok, aż zwalniała, widząc, że babcia szybciej się męczy. Droga do kościoła była krótka, tutaj wszędzie było blisko. U sąsiadów mijanych po drodze zwykle ktoś krzątał się na podwórzu, a może wychodził, żeby zerknąć sobie na „miastową”. Odruchowo kiwała głową wszystkim, których widziała z daleka. Wiedziała, że będą o nią dopytywać matkę po niedzielnej mszy z udawaną troską „Sama przyjechała?”. Tutaj określano się przez przynależność. Najpierw do rodziny — najlepiej pełnej i z małżonkiem z Polski, chociaż coraz częściej przez wyjazdy zarobkowe do Anglii czy Niemiec zdarzało się, że ktoś wracał z mężem czy żoną zza granicy, pół biedy jeśli był to katolik, gorzej jeśli muzułmanin albo jakiś niewierzący — co wtedy? Ślub się niby odbył, ale jaki? Niepełny przecież, bo nie po polsku i z jakimś innowiercą. Do komunii chodzić? Jak dzieci chować? Jak takiemu mówić? Dzień dobry czy jakoś po ichniejszemu? Takie pytania mieszały w głowach mieszkańcom wsi, gdzie od lat znano tylko jedną wiarę i jeśli ktoś się jej wyrzekał, albo przestawał chodzić do kościoła, to przynajmniej wiadomo było, że wyrzeka się właśnie tej jednej. Olga wiedziała o tych zbiorowych rozterkach od babci i mamy, które mimochodem wspominały, że sąsiadki pytały, co u niej, kiedy przyjedzie, czy ma kogoś. Nauczyła się nie reagować na takie zaczepki i z ulgą wyjeżdżała. Z każdym kilometrem niemal fizycznie czuła jak oddala się od małej wioski i jak poszerzają się jej możliwości — z Lublina może wyjechać dwoma różnymi trasami, wybrać pociąg, autobus albo samochód, w Krakowie może wyjść do sklepu w spodniach od piżamy albo ciemnych okularach i nikt nie zwróci na nią uwagi. Odkleja się od innych, nie nosi ze sobą historii rodziny, jest pojedynczą osobą, która może zmienić swoją historię, nazwisko lub miejsce zamieszkania w tydzień i nikomu nic do tego.


Na te kilka dni wiązała się jednak na nowo z rodziną. Kiedy stanęła na progu kościoła, czekając na matkę i Gosię z dziećmi, wszystkie wspomnienia wróciły. Kościół był zbudowany na fundamentach i murach prawosławnej cerkwi z początku wieku. Starsza drewniana część tworząca teraz główną nawę kościoła powiększona została o dwie boczne nawy. Bez uzgadniania, mężczyźni siadali zwykle po prawej stronie, a kobiety po lewej. Zawsze się temu dziwiła i kiedyś spytała babci, dlaczego tak siedzą, nie umiała odpowiedzieć, ale sama zawsze trzymała się swojej strony i miejsca. Kobiety siedziały przy figurze bladej i zatroskanej Matki Boskiej, której od wielu zadań i próśb obtłukł się mały palec prawej ręki. Mężczyźni mieli przed sobą figurę Pana Jezusa świeżo po zmartwychwstaniu, ale z fantazji miejscowego artysty trochę zbyt szerokiego w ramionach.


Przypomniała sobie, że kiedy parafia dorabiała się jeszcze ławek, każda rodzina przynosiła krzesła, podpisane w widocznym miejscu „Bronisława Krzemińska”, „Rodzina Janczarskich”, „Józef Pięta”. Obcego na wsi można było poznać po tym, że mieszał strony, albo zajmował czyjeś miejsce, a tu przecież wszyscy wiedzieli, że czerwone aksamitne krzesło z brązowego dębu, wytarte na środku jest Helki Stasiakowej. To się musiał podnosić jak niepyszny! Krzesła drewniane, z poduszkami lub twarde, z wyrytymi inicjałami lub nazwiskami, wysiedziane i po przejściach lub nowe, upodabniały się czasem do swoich właścicieli. Kiedy msza się kończyła i właściciele wychodzili, one zostawały z lekko odgiętym materiałem już coraz mniej podobnym do fabrycznego wgłębienia, chłonęły resztki kadzidła i wyszeptane słowa. Stały bezradne i porzucone, przed wieczną lampką świecącą na czerwono.


Sama jak w starosłowiańskim zwyczaju postrzyżyn do siedmiu lat siedziała po lewej stronie z matką z tyłu, potem przesiadała się bliżej ołtarza, tam gdzie inne dzieci, bez rodziców, ale czujnie przez nich obserwowane. To było chyba po komunii, dziewczynki ubierały na nią długie sukienki, matki na kilka tygodni przed wielkim świętem prześcigały się w dopasowywaniu sukienek i wymyślaniu widowiskowych, ale skromnych fryzur z pokręconych loków. Zwłaszcza, kiedy wprowadzono bezpłciowe alby, odróżnić się można było już tylko fryzurą. Pamięta, że ledwo spała z włosami na wałkach dzień przed uroczystością, a na równie zmęczonych twarzach koleżanek widać było tu i ówdzie delikatny makijaż różujący policzki albo podkreślone niebieskim cieniem oczy. Blade dzieci, z lekko spuchniętymi oczami, ale dumne z pierwszego uroczystego stroju wodziły wzrokiem dookoła tłumu złożonego ze zdenerwowanych rodziców, znudzonych czekaniem gości i beztroskiego fotografa, który znał na pamięć wszystkie ujęcia, zanim je zrobił.


Chłopcy z wyżelowanymi czubami, speszeni patrzyli na siebie, niczym się nie wyróżniając, chyba że któryś z nich był gruby albo wygłupił się i powiedział coś śmiesznego do kamery. I tak już miało być od tej pory — to one błyszczą, wszyscy patrzą na ich suknie i fryzury, tak będzie na ślubach, chrzcinach, zdjęciach ciążowych i urodzinowych. Kobieta i matka w centrum, a mężczyzna i tato podaje rękę, obrączki, białą szatkę, smoczek, ramię, tort.


W okolicy dojrzewania najtrudniej było jej znaleźć sobie miejsce w kościele. W pierwszych ławkach z mamami siedziały małe dzieci, nieco starsze według płci w środkowych, a młodzież zatrzymywała się najczęściej pod bocznymi ścianami po obu stronach kościoła, nieznacznie wycofana w głąb nawy. To był dobry punkt obserwacyjny, by zerkać na siebie ukradkiem, ale i odwrócić się bokiem, nie zwracając na siebie zbytnio uwagi bądź zatuszować ten kawałek ciała, który akurat w danym miesiącu rozrastał się nieregularnie — założyć za siebie zbyt długie niezdarne ręce, przykryć nowy trądzik szalikiem, niesłyszalnie odpowiadać zmienionym głosem, odwrócić nos, który głupio się wydłuża albo pokazać ten lepszy profil.


Co odważniejsi chłopcy stali pod chórem, czasem ze starszym bratem albo kolegą. Ci, których rodzice nie chodzili do kościoła albo dbali o dyscyplinę, w ciepłe miesiące stali na zewnątrz, opierając się ciężko o starą dzwonnicę, kucali na trawniku albo pod ogrodzeniem. Niektórzy nawet nie udawali, że podchodzą do kościoła, ale przesiadywali całą mszę na odrapanym przystanku, czasem dorysowali z nudów nowego kutasa, imię dziewczyny, a najczęściej palili papierosy. Kiedy wyryte imię dziewczyny, pociągało za sobą konieczność nadania imienia dziecku, przepraszali się szybko z miejscowym proboszczem, spowiadali się i stawali przy ołtarzu, by pojąć za żonę wystraszoną dziewczynę, pełną nadziei „że się ułoży”, a sześć miesięcy później wracali, by odpowiedzieć „jakie imię nadaliście swojemu dziecku”. Potem aż do komunii dzieciaka można było oddalać się stopniowo od ołtarza. I tak falowali wszyscy od przodu do tyłu, dowolną ilość razy. Długi, czerwony dywan biegnący wzdłuż głównej nawy podkreślał ten kierunek ruchu. Śluby, pogrzeby, chrzciny, komunie, chrzciny, pogrzeby. Przód ławki, prawo, do tyłu, z boku, zza drzwi i znowu do przodu. Taniec, w którym powtarzalność kroków była stała, zmieniała się tylko pora. Dziś babcię prowadzono po raz ostatni do przodu i do tyłu po dywanie.


Owinęła się mocniej płaszczem, na schodach kościoła mocniej wiało, matka z Gosią i dziećmi nareszcie doszły do schodów. Weszli wszyscy, Olga podtrzymała mamę pod rękę. Przedsionek kościoła były ciemny i powoli rozszerzał się na nawę główną i dwie boczne rozświetlane przez kolorowe witraże po obu stronach. Dziś słabe południowe słońce wpadało do środka, drobinki kurzu fruwały w powietrzu. W bocznych nawach stały stare drewniane ławki, z wygładzonymi krawędziami i śladami wędrówek korników, lekko pachnące kadzidłami i starymi modlitewnikami. Siedziało się na nich bardzo wygodnie, w półklęku można było oprzeć kolana i pośladki, rozmodlić się, zadumać, a nawet trochę przysnąć.


Stare ławki pamiętały pierwsze miłości dzięki wyrytym na nich pośpiesznie inicjałom: K+M= WNM 1996. Nowsze w głównej nawie nie były już takie wygodne i trudniej się po nich pisało, ślizgały się na nich nogi, nie dało się długo wysiedzieć, ledwo starczało na godzinną mszę i pospieszną modlitwę.


Kiedy dorastała, nie znosiła tej kościelnej pokazówki co niedzielę. Najlepsze miejsca były z tyłu przed chórem, gdzie można siedzieć bokiem i wtedy widać najlepiej, kto wchodzi i wychodzi, komu się słabo zrobiło, bo może w ciąży, a kto z dzieckiem na siku, kto idzie do komunii, kto jak ubrany. Najbardziej widać jak się kto zmienił, gdy długo nie było się we wsi, wyjeżdżało się na studia, do pracy, za granicę. Dziewczynki, które pamiętasz z warkoczykami do pasa i ustami w ciup, idące do pierwszej komunii, teraz noszą skórzaną kurtkę, krótką spódnicę i niewygodne buty, kupione specjalnie do kościoła, bo nie da się w nich długo chodzić, z kokiem w lekkim nieładzie, robionym jakby w pośpiechu, ale układanym cztery razy. Idą od komunii i przez te kilkanaście kroków, wiedzą, że są obserwowane. Przez mamy, które przy obiedzie powiedzą im, że za bardzo trzepały włosami. Babcie, które przypomną, że nie powinny się uśmiechać, wracając od komunii. Koleżanki, które ocenią makijaż. Kolegów, którzy się zapatrzą — jeszcze niedawno byli pyzatymi szkrabami, a teraz nierównomiernie i bez ich kontroli rozrastają się im ramiona, szczęki, zbyt wystające nosy, twarz obsypana krostami, chociaż woleliby zarost. Starszych dziadków, co pomyślą, że lata już nie te. I małe dziewczynki, które będą wieczorem przed lustrem robić sobie podobną fryzurę. Kilkanaście kroków, które mogą sprawić, że zostaną ocenione jako niemodne, dumne, ładne albo wychudzone.

Stare matrony patrzyły, ale dla nich czas w kościele się zatrzymywał. Siwe włosy, trochę zmarszczek, siedziały zawsze w tym samym miejscu, sprawiając wrażenie, jakby od lat się nie zmienili. A potem znikały. Choroba, szpital, pogrzeb. Na przykład po prawej stronie w pierwszej ławce, blisko ołtarza i z dobrą widocznością na idących do komunii, każdy musi tędy przejść. Zawsze siedziała tam stara Nowakowa. Nawet jeśli miejsce obok było wolne i ktoś chciał się dosiąść, powoli wychodziła i przepuszczała sąsiadkę w głąb ławki. W ostatnich latach robiła to coraz wolniej, przytrzymując się ręką, z wysiłkiem, ale nie dawała po sobie poznać zniecierpliwienia. Od kiedy zaczęła chorować i nie przychodziła na mszę, raz po raz jej miejsce zajmowała energiczna Bieńkowska, najpierw oglądając się za siebie, czy ktoś jej nie przesunie, potem coraz pewniej, a kilka tygodni po pogrzebie Nowakowej, było to jej nowe stałe miejsce.


Z całego kościoła lubiła drewnianą figurę św. Antoniego z Matką Boską, podtrzymującego na jej rękach Jezusa w głównym ołtarzu. To na jego stare drewniane ręce, odmalowywane co kilka lat cielistą farbą, ludzie składali prośby, zguby i beznadzieje. Zatroskany, stary Antoni z postępującą plackowatą łysiną, przyjmował je wszystkie. Może chował do woreczka wiszącego u paska, albo w jasnych, niebieskich oczach, odbijających się wyraźnie od brązowego habitu. Patrzył dobrotliwie to na Jezusa, jakby z obawy, czy nie spadnie, to na wiernych, z pytaniem, czym go jeszcze zaskoczą (bo jak to się stało, że w ciągu miesiąca w takiej małej wsi zgubiły się aż trzy obrączki).


Wysokie nawy i odmalowane na biało ściany miały niewiele ozdób — czterech Ewangelistów na górze, droga krzyżowa po bokach — w przeciwieństwie do pstrokatych malowideł i niezliczonych obrazów, które wisiały tu, gdy kościół był prawosławną cerkwią. Krzyż z dodatkowym przekrzywionym stopniem został usunięty i zastąpiony katolickim. Niebiesko-żółte barwy elewacji — biało-szarym neutralnym kolorem. Ołtarz z ażurowymi misternymi drzwiczkami — usunięty i przeniesiony w prostszej formie w głąb nawy głównej. Obrazy i figury ojców i pustelników, z których każdy otoczony był mosiężną ramą i gorliwie wzywany w czasie chorób i niepokojów, ustąpiły miejsca oficjalnym świętym katolickim z jasno określonym zakresem odpowiedzialności i dniem, w którym obchodzono jego wspomnienie. Tylko kształt pękatej kopuły nie pozostawiał wątpliwości co do historii tego miejsca.


Nowe biało-niebieskie płytki nakryły mozaikową posadzkę wytartą po bokach przed kroki licznych wiernych. Silny zapach kadzidła i świec, a czasem kiszonej kapusty, zbieranych z pól ziół i kwiatów, ulotnił się dawno, ustępując miejsca subtelnym aromatom perfum kobiecych z przodu kościoła i męskich pod chórem, mieszających się w czasie komunii.


Spojrzała w górę, przypominając sobie jak bogate żyrandole pozwalały się jej w dzieciństwie zająć czymś na długiej koronce czy różańcu — liczyła ile lampek jest już wypalonych albo wyobrażała sobie kościelnego, który wyciąga żyrandol przed kopułę kościoła, stając na wielkiej drabinie tuż pod niebem. W upalne dni pod sufitem tańczyły drobinki kurzu prześwietlane słońcem i unoszone leniwymi podmuchami z otwartych drzwi.


Msza pogrzebowa miała się niedługo zacząć. Ksiądz Ignacy powolnym krokiem wyszedł z zakrystii, rzucając okiem na wiernych i usiadł na chwilę w konfesjonale, szukając najlepszego pozycji dla swoich zimnych, starych kości. Lubił spowiadać. Ludzie rozluźniali się po jednym, dwóch pytaniach i zaczynali gadać. Myślał wtedy, że to żadna sztuka się wyspowiadać, bo wszyscy mają w środku to samo błoto i złoto, pytanie tylko, o co będą dbać, gdy odejdą od kratek.


Wolał spowiadać i śpiewać niż głosić kazania. Najgorzej było mu stanąć przed ludźmi w zwykłą niedzielę. W czasie pogrzebów czy ślubów i tak nikt nie słuchał tego, co mówi, ludzie zamartwiali się sobą albo swoją rodziną. Za to pieśni były wtedy piękniejsze, czulsze, bardziej uroczyste na ten moment przejścia z jednego świata do drugiego. Można je było śpiewać na dwa głosy nawet z takim fałszownikiem jak ten organista piszczałka. Płacz matek i żon często współbrzmiał z najwznioślejszymi fragmentami. Ksiądz unosił wtedy zmęczone oczy w górę, brał głęboki wdech z przepony jak uczyli go w szkole kantorów i powoli wypuszczał go w dźwięki i słowa, mocnym, stabilnym strumieniem. A w zwykłą niedzielę? Kolejna Ewangelia o uzdrowieniu, a tu wszyscy jacyś ospali i pieśni zawsze te same. Kiedy pierwszy raz przyszedł w te strony, parafia z płaczem żegnała księdza, który z ambony przemawiał ostro i płomiennie, a w ciągu dnia z zapałem pracował na roli. Miał stado swoich owiec (oto przypowieść o pasterzu w praktyce!), czasem zaczynał mszę ze słomą wystającą ze spodni albo zapachem siana we włosach. Z każdym się dogadał, znał problemy ludzi, taki swój chłop. Chociaż ksiądz. A on, wiadomo, chłopak z miasta, więc mało się znał na uprawie pola. Wszystko, co zawsze kochał, to śpiewać. Gdy pierwszy raz z kolegą z basów wyprodukowali harmonię dźwięków, to aż przeszły go ciarki. Muzyka była największym dowodem na istnienie i szczodrość Boga. Takie piękno, takie bogactwo nie mogło przyjść od ludzi. Najchętniej zamiast kazania puszczałby ludziom Pasję Św. Jana Bacha i kiwał z podziwem głową, zaznaczając najpiękniejsze fragmenty. Słowa mu się tak nie kleiły. Bez obecności dźwięków słowa były kwadratowe, ociosane. A kilka nut w Pasji piękniejsze niż wszystkie misteria i rozważania drogi krzyżowej razem wzięte. Nowych dźwięków i wrażliwości na muzykę uczył dzieci pierwszokomunijne, to najlepszy czas, gdy śpiewają z przejęciem, którego brakowało zagubionym bierzmowanym lub zestresowanym chrzestnym. Potem ich głosy się łamały, dojrzewały, zaczynały skrzeczeć i drewnieć.


Przebrał się w zachrystii i zaczął mszę. Od ołtarza do pierwszych ławek było tak daleko. Ta przestrzeń wypełniała się tylko na komunii i błogosławieniu dzieci, czasem jakiś maluch zapędził się tutaj, ale zaraz przybiegał po niego speszony publicznym widokiem rodzic. Stąd było dobrze widać twarze parafian. Dziś świętej pamięci Maria zebrała prawie całą wieś, taka to była kobieta! Po obu stronach siadały kobiety i mężczyźni z twarzami, w które wryły się ich losy. Walusiowa ma opadnięte powieki, wąskie kąciki oczu i głębokie bruzdy policzkowe jeszcze bardziej ściągają jej twarz w dół, nawet podbródek i uszy ciążą ku ziemi. Dla odmiany Walusiowi po drugiej stronie ławek wszystko sterczy. Kępki włosów po obu stronach łysiejącego czoła, krzaczaste brwi, kołnierzyk koszuli odwinął mu się po lewej stronie, sam też sterczy nie wiadomo po co, co wszyscy już usiedli do czytań, a on się zapomniał, na co Walusiowa oczami przewraca. „Jednemu wszystko ciąży, a inny stoi wyprostowany i ma jeszcze siłę, żeby to życie pchać do przodu” — pomyślał filozoficznie. Przed nim jak na dłoni cała parafia. Kalembowie z czwórką dzieci w pierwszej ławce. A pomyśleć, że Kalemba, gdy ich bieda przycisnęła, chciał czwarte usunąć, namawiał żonę, zostawił jej nawet pieniądze, gdy wyjechał do wojska, a potem się z tego spowiadał. A za tydzień ich msza w trzydziestą piątą rocznicę ślubu. Dzieci wyrośnięte, ale porozjeżdżały się po świecie, karierę robią, tylko to czwarte, najmłodsze, zostało z nimi i teraz dumnie stoi obok żony w stanie błogosławionym (oby tylko na mszy rodzić nie zaczęła). Dalej Kazik Żyniewski patrzy spode łba na Wieczorkowską, to jej męża rozpił tak w zeszłą sobotę, że cały tydzień leżał chory, nawet dziś się nie podniósł, za to Kazik do spowiedzi przyszedł, bo przestraszył się, że kolega ducha wyzionie. Jakiś pożytek z tego pijaństwa jest na koniec. I co on ma powiedzieć na pogrzebie? Ostatnio zresztą kazania mu się nie kleją. Najchętniej to by im pokazał ich strachy i grzechy „Patrzcie czego się głupi chwytacie, czego się boicie, a zbawienie tylko stoi przed wami i czeka.” A potem zrobiłby z nich chór wielki. Człowiek nie jest w stanie zła popełniać, kiedy ma w sercu muzykę. Parę altów i sopranów dobrych słychać w kościele. Basy stoją zwykle pod chórem, ale czasem zagrzmią przy mocniejszej pieśni: „Ciebie Boga wysławiamy” albo „Maryjo Królowo Polski”. Na zwykłe pieśni usta ledwo co otwierają. Zamyślił się, a tu czytania już ministranci przeczytali i trzeba było zacząć kazanie. Na szczęście dobrze znał zmarłą. Mówił długo i wzruszająco o jej zasługach dla wsi, o trosce, jaką okazywała chorym, o duchu poszukującym dobra w ludziach. Głęboko westchnął po skończonym kazaniu, całkiem dobrze mu dziś wyszło. Patrząc z troską na rodzinę zebraną w pierwszych rzędach, przypomniał sobie rozmowy, jakie prowadził z nieboszczką i jej ostatnią spowiedź. „Tak, każdy ma swój krzyż, który nosi.” — pomyślał.


Olga nie pamiętała mszy, nie widziała, kto przyszedł. Siedząc z przodu, łapała urywany oddech i gorączkowo próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz rozmawiała z babcią. Dopiero kiedy ksiądz wyszedł ubrany w czarną kapę, a czterej mężczyźni stanęli przy trumnie, żeby ją podnieść, doszło do niej, że to ostatni spacer z babcią. Organista zaintonował „Spójrz Boże Mocny, który nie znasz kresu…” i przeszły ją dreszcze. Wyszła podtrzymując mamę, a słowa pieśni niosły się przez drogę, pola i obojętną na ich smutek późną jesień. Jakiś samochód zatrzymany w potrzasku pogrzebu, czekał, aż orszak przejdzie, a zmieszany niecodzienną sytuacją kierowca nie wiedział, gdzie patrzeć. Był obserwowany przez tłum. Każdy krok orszaku żałobnego trwał dla niego wieczność. Stukot obcasów przypomniał mu ostatnią rozmowę z matką i że zapomniał wczoraj zadzwonić do rodziców. Posiedział trochę dłużej niż trzeba w samochodzie pocierając skronie i ruszył cicho, jakby bojąc się, że przestraszy tych, co już nie usłyszą.


Na cmentarz było blisko, więc wszyscy szli spacerem. Ojciec pchał wózek z dziadkiem, Gosia wózek z 3-letnim Mateuszem, starsza o rok Basia szła obok trzymając się wózka. Mareczek, mąż Gosi, został w domu z najmłodszym i chorującym od kilku dni Jasiem. Weszli w bramę cmentarza i chwilę potem stanęli nad wykopanym grobem. Ksiądz zaczął modlitwy, a Mama i dziadek pochlipywania. Do Olgi niewiele docierało, rozejrzała się po tłumie, który przyszedł żegnać babcię i pomyślała, że pewnie cieszy się, jeśli patrzy z góry, to chyba cała wieś. Deszcz ustał i zrobiło się cieplej, a na słowa pieśni „Niech aniołowie zawiodą cię do raju” zza chmur wyszło słońce. Patrząc na Mateusza, który oderwał się od zwartej grupy rodzinnej i wystawił pyzatą twarz do słońca, Olga miała ochotę zrobić to samo. Nagle jego wątły głosik dołączył się do śpiewu, wydając bliżej nieokreślone wycia i dźwięki.


— Mateuszku, ciiicho… — syknęła w jego stronę Gosia.

— Niech śpiewa, on tak się modli — szepnęła mama.

— Modlę się, modlę — krzyknął Mateusz, robiąc kolejne kółko dookoła grobów.


Głuchy odgłos grudek ziemi spadających na trumnę, sprawił, że Olga poczuła dreszcze na ramionach, a z tyłu karku odezwał się znajomy ból głowy. „Dziwne uczucie — pomyślała — patrzeć jak ją zasypują. Wiedzieć, że już się nie zaśmieje, nie popatrzy na mnie z ukosa jakby prześwietlała wzrokiem… Nie tak dawno śmiała się, że jak będziemy ją źle wspominać, to będzie nas nawiedzać. To nam chyba nie grozi. Zbieram się babciu, będę tu do Ciebie zaglądać. Dobrze, że nie było przemówień, nie znosiłaś ich. Mówiłaś, że nie ma co próbować w kilku zdaniach podsumowywać czyjegoś życia, że potrzeba o wiele więcej słów, a zwykle i tak znajdują się niewłaściwe.”


Wrócili spacerem, tu wszędzie było blisko. Kościół, szkoła, cmentarz, całe życie można spędzić w zasięgu wzroku. Godzinę potem dom wypełnił się ludźmi. Olga, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, pomagała w kuchni, wynosząc kolejne półmiski, rozglądała się dyskretnie dookoła, widząc, głównie starszych, nieznanych jej ludzi, wspominających babcię. Na środku pokoju otoczony staruszkami siedział spokojnie dziadek Józek, kiwając głową i stukając laską z radością w odpowiedzi na co żywsze historie.


— Czerstwa i zdrowa to była dziewczyna — wspominał dziadziuś z krzaczastymi brwiami i dwudniowym zarostem, opierając trzęsące się ręce na drewnianej lasce.


— Nie było osoby, której by nie pomogła, w czasie wojny bimbrem odkażała synowi ranę przez kilka tygodni, aż się zaczęła goić. Mój stary wygrażał, że tyle bimbru zeszło, ale syn nogę odzyskał — dopowiedziała pani z fioletowymi włosami i w takiej samej garsonce. — Dziewięćdziesiąt dwa lata, piękny wiek.


— Moje trzy porody odebrała, szybciej niż w szpitalu teraz rodzą. Józuś to się pupą w dół rodził, tak się wypinał na świat od początku, a teraz córkę cięli w szpitalu, bo to zagrożenie. Marysia sobie poradziła jakoś! Kazała mi chodzić, a potem, obróciła go z boku na pupę.


Olga pamiętała kilka osób z wakacji, gdy odwiedzała babcię, przychodziły do niej kobiety z różnymi dolegliwościami. Odgrażała się, żeby szły do prawdziwego lekarza, ale czasem podsunęła ziółka, herbatkę, albo dobre słowo. Gdzie się tego nauczyła?


— Ciociu, ciociu, a wiesz, że widziałem samolot wczoraj? — wyrwał ją z zamyślenia Mateusz i szarpnął ją lekko za rękaw, kiedy usiadła na chwilę w wolnym fotelu — Byłaś w nim? Taki biały z niebieskim paskiem.

— Wczoraj akurat nie leciałam, ale czasem możesz widzieć takie, w których lecę.

— A co ludzie robią tak wysoko?

— To co my tutaj na ziemi, jedzą, czytają, śpią.

— A kupę też?

— No.. tak.

— Blee, słyszałaś Baśka, kupę też, a nie mówiłem? Fruwająca kupa, frrrrr, bleeee — wybiegł z kuchni do pokoju. Basia bawiąca się do tej pory w kącie, potarła czoło, zapatrzyła się przez chwilę na dziadka, po czym wspięła się na kolana Olgi, przytuliła i szepnęła:

— Ciociu, a ty jak jesteś tam bliżej Boga, to możesz mu powiedzieć, żeby dziadek był zdrowy? Nie chcę, żeby umarł jak babcia.


Olga zaniemówiła, uratowała ją wchodząca i uśmiechnięta Gosia:

— Co tam szepczesz kochanie? Ale z ciebie przytulas. Do wszystkich się tak klei — dodała, patrząc przepraszająco na siostrę.

— W porządku — uspokoiła ją gestem dłoni Olga.

— Powiesz mu ciociu? — szeptała Basia do ucha.

— Taak — odpowiedziała Olga łamiącym się głosem — jak tylko go spotkam, to powiem.


Uspokojona Basia pobiegła się bawić. Olga obserwowała Gosię, która mimo okrągłego jak mały arbuz brzucha, sprawnie obsługiwała gości. Patrząc na siebie i siostrę Olga miała wrażenie, że są bohaterkami bajki o dobrej jasnowłosej i złej kruczoczarnej siostrze. Różniło je niemal wszystko. Olga po studiach szybko wyjechała z domu i nie miała planów sięgających dalej niż za rok. Życiorys Gosi był pełen pozytywnych i przewidywalnych zdarzeń, jakby realizowała się dobra wróżba: piątki i pochwały od nauczycieli w szkole, studia filologiczne skończone z wyróżnieniem, zakochanie jak w zegarku tuż po 21-tych urodzinach w koledze Marku uczącym w tej samej szkole matematyki, przepisowe roczne narzeczeństwo, żeby się lepiej poznać, udany ślub i dzieci pojawiające się z regularnością co półtora roku z tradycyjnymi imionami oddającymi szacunek przodkom rodziny — Barbara, Mateusz, Jan i Maria w drodze. („Pieprzona święta rodzina” myślała). Nawet płeć dzieci i nauka w domu były idealnie podzielone i dopasowane do humanistycznych i ścisłych zainteresowań rodziców. Mateusz i Jasiek patrzyli w ojca jak w obrazek, uwielbiali samoloty i wszystko, co poruszało się na czterech kółkach, Gosia z czułością opiekowała się wrażliwą, wymyślającą piosenki i historie Basią, a w przerwach między ogarnianiem domu troskliwie głaskała się po brzuchu w oczekiwaniu na drugą córkę. Kiedyś co prawda marzyła o podróżach, zwłaszcza do Paryża i Madrytu (uczyła hiszpańskiego, znała bardzo dobrze francuski), ale jak każda dobra i szlachetna matka z łatwością poświęciła marzenia, gdy pojawiły się dzieci. Czasami tylko wieczorami, gdy przygotowywała się do zajęć między kolejnymi urlopami macierzyńskimi, przeglądała zdjęcia Montmartre`u czy Muzeum w Madrycie, wzdychając cicho, na tyle, by nie budziło to w niej nagłego zrywu szaleństwa.


Olga kochała swoją siostrę, ale denerwowała ją czasem jej doskonałość — idealna żona, matka i córka, samodzielnie przygotowała jedzenie na 30-osobową stypę i z uśmiechem je podawała. Marta spytała ją kiedyś, że może chodzi to zazdrość, Gosia wiedziała, czego chce, była dumna ze swojej rodziny, więc może Olga tęskni za związkiem, ale nie, to nie było to. Doceniała, że Gosia jest blisko rodziców i może szybko reagować, ale zastanawiała się, czy jej kochana siostra od czasu do czasu nie wariuje, bo wszystko co robiła wymagało nadludzkiej cierpliwości. Martwiła się zatem, czy siostra jest … normalna?


— Pyszne jedzenie i ładnie wyglądasz — powiedziała Olga wchodząc do kuchni, gdzie Gosia zamknęła klapę telefonu lekko zaróżowiona.

— Naprawdę? — Przekręciła głowę, a jej równo ścięte jasne włosy, uwydatniające policzki przechyliły się na prawo. Wygładziła amarantową sukienkę podkreślającą kształty. Delikatny makijaż dobrze komponował się z całością.

— Nooo, lekko się zaokrągliłaś i ładnie rośnie ci ciążowy brzuszek, ale tak w ogóle to chyba zrzuciłaś trochę kilogramów, co?

— Widać? — ucieszyła się Gosia, wygładzając sukienkę — Ćwiczyłam z filmikami w internecie jeszcze po trzeciej ciąży. Jasiek mnie dopingował i wywijał mieczem do rytmu, a Marek mówił, że kręci mu się w głowie od samego patrzenia jak się ruszam.

— Ale teraz chyba też się cieszy? Widziałam dziś jak na Ciebie patrzy. Pożerał Cię wzrokiem bardziej niż te żeberka na talerzu.

— Serio? — spłoszyła się Gosia. Opuściła ramiona, a jej rozbiegany wzrok, zatrzymał się przez chwilę na telefonie.

— Dziwna jesteś! Przecież to twój mąż!

— A wiesz ostatnio się czuję zmęczona i mało atrakcyjna, Marek to chyba myśli, że dom magicznie sprząta się sam, małe krasnoludki myją jego kubki po kawie i gotują obiad zanim wszyscy wyjdziemy do pracy i przedszkola, rozumiem, że on więcej pracuje, ale ten układ zaczyna mnie dobijać.

— Rozmawiałaś z nim?

— Wspominałam mu o tym, ale zaszył się w garażu i nic z tego nie wynikło. Zresztą gdy widzę, jak sprząta albo robi pranie, to przewraca mi się w żołądku, tyle to trwa, bo zaczyna od czytania instrukcji do sprzętów, których używamy już dwa lata- westchnęła, wyrzuciwszy z siebie ze złością potok zdań na jednym oddechu.

— Nie znam się na stałych związkach, ale może powiedz mu jak się czujesz — poradziła nieśmiało.

— No tak — zamyślona przeciągnęła ostatnią sylabę. Podskoczyła i zarumieniła się, gdy telefon, w który wpatrywała się od dłuższej chwili, zawibrował.


„Czego wstydzi się ta moja dobra i szlachetna siostra?” — pomyślała Olga, ale w duchu przyznała, że ulżyło jej — to pierwszy raz od kilku lat, gdy Gosia przyznała się, że jest jej ciężko. Powiało normalnością.


Było już po dwudziestej, gdy goście zbierali się do wyjścia. Gosia dyskretnie zbierała talerze, zachowując idealną proporcję między czystym stołem, a subtelnym przekazem dla gości, że już czas iść.


— Zostaw, ja to zrobię, na coś się przydam — powiedziała Olga — Odpocznij, idź do dzieci, zobaczymy się jutro.

Rozdział 8

Spała twardo i trochę za długo. Obudził ją brzęk szklanek w kuchni. W domu panował przytulny bałagan. Ślady śniadania, wczorajsze ubrania pospiesznie powieszone na kanapie i oparciach krzeseł, w korytarzu dwie parasolki zostawione przez gości, niedopite herbaty. Kiedy weszła do kuchni, ojciec zbierał ostatnie naczynia.


— Spałaś dobrze?

— Aż za dobrze, chyba nie jestem przyzwyczajona do takiej ciszy za oknem, a chciałam wstać wcześniej, żeby dokończyć sprzątanie. Wczoraj tyle tego było, ale widzę, że mnie ubiegłeś…

— Chcesz herbaty?

— Poproszę.


Poruszał się sprawnie między zlewem i szafkami w przytulnej kuchni wymalowanej na niebiesko i wyłożonej białymi płytkami. Włosy przyprószone siwizną dodawały mu uroku, długi jasnoszary szlafrok podkreślał jego zielonkawe oczy. Herbata to ulubiony napój ojca. Od kiedy pamiętała, robił wielki kubeł herbaty i znikał w gabinecie. Czasem przemieszczał się po mieszkaniu, jakby chciał być niewidzialnym. W pracy działał praktycznie i funkcjonalnie, kierując zespołem budującym podwodne turbiny, w domu odpoczywał czytając filozofów i etyków. Pracował też na pół etatu na wydziale Chemii i Fizyki jednej z lubelskich uczelni. Czasem nie było go miesiącami, a potem nie wychodził z domu przez tydzień, jakby wynurzał się z jednej głębiny i wchodził w drugą z przerwami na spotkania rodzinne. Nie umiała wytłumaczyć koleżankom w szkole, co robi tato, ale gdy oglądała filmy o szpiegach, myślała, że jest trochę jak oni — nie wiadomo gdzie jest, kiedy wróci i używa skomplikowanych maszyn. Ale gdy widziała go w rozciągniętym swetrze z herbatą, Bond zamieniał się w dobrodusznego poczciwinę ze swoimi dziwactwami. Rozwiązywał sudoku, bo bał się Alzheimera. Nie prowadził samochodu, chodził albo jeździł rowerem, gdy był chory mama zawoziła go do lekarza. Nie wierzył w gimnastykę, jogę mamy nazywał sztucznym wysiłkiem, ale dużo spacerował z psem.


Jej pierwsze wspomnienie związane z ojcem to zapach substancji do preparowania materiałów pod mikroskop. Nosił go ze sobą na fartuchu, we włosach, na rękach, które częściej dotykały dziwnych, długich roślin niż włosów Olgi. Może dlatego zapragnęła mieć mikroskop i dostała go na siódme urodziny, podobno ciocia Ela przywiozła go aż z Francji. Wykrawała małe kawałeczki z wszystkiego i wkładała pod szkło: plasterek z resztką krwi, gdy zraniła się w kolano na rowerze, włos starego Benka zebrany z jego wysłużonej poduszki pod kaloryferem, płatek śniegu, który za szybko spłaszczył się i roztopił, kawałek znienawidzonej marchewki, gumę do żucia schowane ukradkiem piórko, które wpadło za kołnierz dziadka. Pod szkłem wszystko zyskiwało nowe kształty, kolory i dziwaczne układy, nie było tym samym, co widzieli wszyscy. Ośmioramienne figury splecione ze sobą, czerwono-fioletowe smugi na zupełnie szarych w dziennym świetle włosach, dziwne narośle i kolory, które nie istniały poza tym szkiełkiem. Które były prawdziwsze?


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 33.77