E-book
19.48
drukowana A5
79.99
drukowana A5
Kolorowa
112.93
Skrzydła Czasu

Bezpłatny fragment - Skrzydła Czasu

Tomy 1—4


Objętość:
384 str.
ISBN:
978-83-8440-994-7
E-book
za 19.48
drukowana A5
za 79.99
drukowana A5
Kolorowa
za 112.93

Najserdeczniejsze podziękowania kieruję do mojej żony Anity oraz synów, Konrada i Igora — źródła mojej siły, nadziei i natchnienia.


Wasza miłość, cierpliwość i obecność inspirowały mnie przez całą tę podróż twórczą, sprawiając, że każdy dzień był wart przeżycia, a każde słowo — zapisania.


Kocham Was ponad wszystko.

Preludium

Zanim powstała historia, zanim zapisano pierwsze słowa — były tylko pamięć i ogień.

Na długo przed piramidami.

Na długo przed miastami.

Na długo przed imieniem człowieka.

Coś pojawiło się na tej planecie — nie z potrzeby eksploracji, ale z konieczności działania.

Nie zostawiło po sobie ksiąg ani świadków.

Pozostawiło tylko dzieło.

Projekt.

Ludzkość nie była narzędziem.

Była celem.

Kształtem, jaki miał przyjąć świat — zaprogramowana do wzrostu, zapisana w matrycy materii.

Nie dano jej pamięci o początkach.

Ale dano jej zdolność tworzenia, niszczenia i marzenia — bo taki był zamiar.

* * *

Dorzecze wielkiej rzeki — wtedy bez nazwy, bez cywilizacji — okazało się idealne. Stabilny klimat, bogate zasoby, naturalna bariera dla czasu.

Tam właśnie zasiano pierwszy kod.

Nie był biologiczny.

Nie był cyfrowy.

Był czymś więcej.

Na jego podstawie powstała forma, która miała przetrwać. Forma, która miała ewoluować w cieniu zapomnienia.

Ci, którzy ją stworzyli, odeszli. A może tylko się oddalili. Zniknęli nie dlatego, że musieli, ale dlatego, że ich rola się zakończyła.

Pozostawili punkty wsparcia — ukryte, nierozpoznane.

Zbyt stare, by je zrozumiano.

Zbyt ważne, by je zniszczono.

Z czasem ludzie zaczęli je czcić. Na cześć tych, którzy przyszli wcześniej, wznoszono kamienne grobowce, obeliski i schody ku niebu. Nie rozumieli już, komu je poświęcają. Ale czuli, że tak trzeba.

Z tych przeczuwanych gestów narodził się panteon.

Z pamięci bez słów — bogowie.

Z projektantów — mit.

Ale to, co najważniejsze… nie odeszło.

Nie było słychać jego głosu.

Nie poruszało się.

Nie reagowało.

Spało.

I czekało.

* * *

Zanim pierwszy człowiek wzbił się w niebo, zanim poznał smak prawdziwego lotu, od tysięcy lat wpatrywał się w nieboskłon z mieszaniną zachwytu i zawiści. Gdy ścigał zdobycz pośród wysokich traw, gdy wznosił mury wokół osad i kuł z brązu pierwsze ostrza — już wtedy w jego myślach krążyły marzenia o oderwaniu się od ziemi. Lecz zanim poszybował, najpierw nauczył się walczyć.

Technologia wojenna nie powstała z potrzeby budowy. Zrodziła się z potrzeby dominacji.

Od kamienia w dłoni neandertalczyka po pierwsze rydwany bitewne Sumerów — historia techniki to historia konfliktu. Ostrze było pierwszym wynalazkiem, a zbroja — odpowiedzią. Przez tysiąclecia człowiek nie przestawał zadawać sobie pytania: jak zyskać przewagę? Z każdą epoką odpowiedź była coraz bardziej złożona — i coraz bardziej śmiercionośna.

Rozwój narzędzi wojny towarzyszył nam zanim nauczyliśmy się pisać. Ogień ujarzmiliśmy dla przetrwania, ale użyliśmy go do palenia miast. Koło stworzyliśmy dla transportu, lecz szybko znalazło miejsce pod rydwanem wojennym. A później… później było już tylko szybciej. Kusze, proch, muszkiety, armaty, karabiny, gaz bojowy, czołgi.

Aż w końcu — maszyny latające.

Lotnictwo narodziło się nie tylko z marzeń, ale i z potrzeby obserwacji. Balony Montgolfiera unosiły się nad polem bitwy jeszcze zanim ktokolwiek pomyślał o bombach zrzucanych z góry. W 1794 roku kompania balonowa Armii Francuskiej podawała współrzędne wrogich pozycji jednostkom artylerii. To był początek. Potem przyszły lata ciszy — aż do braci Wright.

Zaledwie dekadę po ich pierwszym locie nad piaskami Kitty Hawk, nad Europą zawisły maszyny z płótna, z ramami z drewna i silnikami plującymi dymem. Ich kadłuby trzeszczały na wietrze, ale to wystarczało, by wznieść wojnę na zupełnie nowy poziom.

W 1914 roku niebo stało się nowym frontem.

Na początku były tylko loty rozpoznawcze. Pilot, obserwator, aparat fotograficzny, notatnik i stalowe nerwy. Potem ktoś zabrał ze sobą pistolet. Potem karabin. A potem — synchronizator ognia i karabin maszynowy strzelający przez wirujące śmigło. Tak narodził się myśliwiec.

W ciągu zaledwie czterech lat starcia powietrzne przeszły drogę od niezdarnych dwupłatowców do specjalistycznych maszyn zdolnych prowadzić walkę manewrową na wysokości trzech tysięcy metrów. Narodziły się sławy — Manfred von Richthofen, René Fonck, Edward Rickenbacker. I narodziła się taktyka — przewaga wysokości, atak od słońca, zwarta formacja, zasady, które jeszcze przez dekady miały stanowić fundament powietrznego rzemiosła.

Ale wojna powietrzna to nie tylko myśliwce. To także pierwsze próby bombardowań strategicznych. Ilja Muromiec, Handley Page O/400, Gotha G.V — te kolosy z drewna i płótna niosły ogień zniszczenia na setki kilometrów. Trzęsły się od drgań silników, sunęły wolno jak chmury burzowe, a mimo to potrafiły siać panikę w miastach, do których nie dotarł jeszcze front.

Wojna zmieniła przeznaczenie samolotów. Ze środków rozpoznania stały się ostrzem — szybkim, cichym i nieubłaganym. A piloci? Oni również się zmienili. Z romantycznych pionierów — w bezlitosnych myśliwych. Z bohaterów — w tryby wielkiej machiny.

Ale czasem…

Czasem w umyśle pilota pojawiało się coś więcej.

Przebłysk.

Wizja.

Echo.

Nie wiemy, kiedy dokładnie zaczęła się ta droga. Ale wiemy jedno — człowiek zapomniał, skąd naprawdę pochodzi. Zapomniał, bo tak miało być. Bo ktoś — lub coś — sprawił, że pamięć o początkach została zatarta.

To nie był przypadek.

Od pierwszego rzuconego kamienia, przez pierwszą wojenną pieśń, aż po pierwszy lot bojowy — wszystko to było częścią większego wzoru.

Wzoru, którego nie stworzyliśmy sami.

Podziały między nami też nie powstały spontanicznie.

Zostały zasiane — subtelnie, celowo.

Rozwój technologii wojskowej był — i nadal jest — organiczny.

Jakby wpisany w nasze DNA.

Jakby ktoś, dawno temu, zakodował w nas potrzebę nieustannego doskonalenia oręża.

Niewidzialna ręka pchała cywilizację ku coraz doskonalszym formom destrukcji, jakby jedynym przeznaczeniem człowieka było tworzenie narzędzi, które mogą go unicestwić.

A może właśnie dzięki temu — przetrwać?

Ścigajcie się!

Zbrójcie się!

Walczcie!

A my — spełnialiśmy tę wolę.

Nieświadomie.

Skutecznie.

Namiętnie.

Tam, gdzie kończy się jedna wojna — zaczyna się inna.

I tam właśnie zaczyna się nasza opowieść.

1920 — W Służbie Nieba i Ojczyzny

Pamięć dna oka

Szymon powoli budził się z głębokiego snu. Próbował otworzyć oczy, jednak ciężkie powieki uparcie opadały. Nie potrafił tego pojąć. Przysiągłby na Świętą Trójcę i honor oficerski, że to nie był sen… ale też nie jawa.

W jego głowie nieustannie przewijały się echa nocnych urojeń. Wizje zwrotnych, ognistych rydwanów pędzących po nieboskłonie z niewyobrażalną prędkością nad spalonymi słońcem piaskami pustyni, kreślących spirale i zygzaki w sposób, jakiego nie osiągnie żaden Fokker ani SPAD.

Ale to nie były rydwany. I nie były to samoloty.

To coś pluło ogniem, lecz nie takim jak z karabinu maszynowego czy silnika zapłonowego — ten ogień zdawał się żywy, prowadzony przez jakiś nieludzki rozum.

Celowały w ogromne statki… Nie potrafił ich nazwać. Potworne, złote kolosy bez skrzydeł i śmigieł, unoszące się w powietrzu, jakby prawa grawitacji nie miały dla nich znaczenia. Wyglądały jak piramidy. Widział, jak uszkodzone maszyny spadały z impetem na ziemię, eksplodując w rozbłysku jaśniejszym niż słońce — świetle, którego nie wywołałby ani dynamit, ani czarny proch.

Po zderzeniu pozostawały jedynie ogromne, puste kratery i… szkło. Całe połacie piasku topniały w mgnieniu oka, pozostawiając połyskujące, lśniące tafle — niczym jeziora zrobione z luster.

Zrozumiał wtedy, że był świadkiem końca czegoś… albo początku.

Czy te rzeczy były dziełem Boga? A może Szatana?

Czuł się jak dzieciak patrzący przez lunetę na coś, co nigdy nie powinno zostać dostrzeżone.

To był horror. Nie ten znany mu z okopów. Nie świst kul i smród spalenizny. To był horror niepojęty, niezrozumiały — taki, który łamie duszę i którego nie sposób opisać słowami żadnego języka.

Przeszywał niebo i ziemię, a jego echa nadal rozbrzmiewały w jego głowie jak upiorna syrena, której nie da się wyłączyć.

Powrót do rzeczywistości

Ocknął się wreszcie z potężnym bólem głowy, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Jego wzrok padł na pustą pryczę stojącą obok. Tak… rzeczywistość powoli wracała.

Podciągnął się na łóżku polowym, wsunął nogi w wysokie, wojskowe buty i skrzywił się znowu. Ból głowy przybierał na sile, dudniąc głuchym echem w całej czaszce.

— Coś kiepsko wyglądasz — usłyszał głos od wejścia do namiotu.

W progu stał młody, uśmiechnięty blondyn w lotniczej kurtce.

Wszystko nagle wróciło. To był Remigiusz, młodszy pilot drugiego klucza 4. Eskadry Wywiadowczej, która obecnie stacjonowała razem z jego 7. Eskadrą Myśliwską im. Tadeusza Kościuszki pod Nowogródkiem.

— Stary cię szuka. Masz się stawić w sztabie za kwadrans. Chyba masz misję — dodał Remigiusz.

„Stary”, czyli ppłk pil. Włodzimierz Łazoryk, oficer lotnictwa przy sztabie 4. Armii gen. Edwarda Śmigłego-Rydza — zadaniował eskadrę praktycznie od początku działań frontowych. Do tej pory były to głównie loty osłonowe 4. Eskadry, choć trafiały się też wyjątki, kiedy można było trochę poszaleć i nisko nad ziemią ponapędzać strachu bolszewikom, zamiast wlec się w osłonie nieruchawych francuskich Breguet XIV A2.

Zadanie

Szymon podreptał niespiesznie w kierunku zabudowań folwarcznych — dumnie nazywanych sztabem — majątku ziemskiego, w którym zlokalizowane było tymczasowe lotnisko przyfrontowe. Po drodze nie omieszkał zajrzeć do kantyny i chwycić coś na ząb. Lekko spóźniony doczłapał się w końcu przed drzwi frontowe małego dworku, gdzie mieścił się sztab. Po okazaniu dokumentów wartownikowi został przez niego pokierowany do bocznej izby, w której nieco już zniecierpliwiony czekał na niego dowódca.

— Pan porucznik nie śpieszył się zbytnio — zaczął Łazoryk.

— Zator na drodze czy panna nie chciała puścić? — dodał z uśmiechem.

Szymon klapnął ciężkawo na taboret przy stole operacyjnym, na którym rozłożone były mapy. Pułkownik stukał w nie palcem.

— Nic to — kontynuował niezrażony. — Mam dla pana porucznika zadanie na dzisiaj. Nic nadzwyczajnego: osłona rozpoznania samolotu 4. Eskadry, choć trochę nietypowa. Sześćdziesiąt kilometrów w głąb terenu nieprzyjaciela, kurs sto osiemdziesiąt. Cel znajduje się pod Baranowiczami. To lotnisko polowe przy dużym węźle kolejowym i kluczowym punkcie logistycznym Armii Czerwonej.

Zerknął na Szymona, jakby sprawdzając, czy ten nadąża za jego tokiem rozumowania.

— Mamy doniesienia, że bolszewicy ściągnęli cztery maszyny typu Ilja Muromiec i przygotowują je do działań bojowych. Musimy pilnie zweryfikować te dane, a w przypadku potwierdzenia zniszczyć je jeszcze na ziemi. Dlatego też byłbym zobowiązany, poruczniku, by pan doszedł do siebie w trybie natychmiastowym. W przeciwnym razie wyznaczę kogoś na pana miejsce — zakończył.

— Oczywiście, panie pułkowniku. Może pan na mnie polegać — zareagował Szymon, trzeźwiejąc momentalnie.

— To dobrze — mruknął Łazoryk zamyślony, po czym spojrzał na porucznika ponownie i dodał:

— Weźmie pan ze sobą jeszcze jedną maszynę myśliwską. Pilota dobrać według uznania. Punkt dziewiąta kołujecie na pole wzlotów. Kolejność startowa jest chyba oczywista: wpierw „grubas”, potem wy, panowie.

„Grubasem” powszechnie nazywano samoloty bombowe z racji ich korpulentnej sylwetki, niskiej prędkości i kiepskiej manewrowości choć, rzecz jasna, nie należało wypowiadać tego przydomka w obecności załóg bombowych. Kilka dni w szpitalu było wtedy murowanych.

— Tak jest, panie pułkowniku — odpowiedział Szymon, zrywając się z krzesła.

— Zrobi się — dodał na odchodnym, chwytając w locie mapy sektora z naniesioną trasą lotu oraz celem wyprawy.

Tym razem, znacznie żwawszym krokiem i w dużo lepszym nastroju, ruszył w stronę swojego namiotu, mając nadzieję, że zastanie w nim swojego stałego skrzydłowego, chorążego Wojciecha Mazura.

Wspomnienia

Wojtka znał jeszcze sprzed Wielkiej Wojny. Razem chodzili do tego samego gimnazjum w Grudziądzu. Tam zresztą zaczęła się ich przygoda z wojskiem, gdy razem uciekali przed poborem i przymusowym wcieleniem do armii pruskiej.

Pamiętał te ciężkie czasy. Sierpień. Wezwania do pruskiego komisariatu leżały na stole jak wyroki. Żaden z nich nie miał zamiaru się stawić — nie z własnej woli. Ucieczka nie była planem. Była jedyną opcją. Pokonali wspólnie prawie czterysta kilometrów. Wpierw pieszo i pociągiem towarowym do Torunia, przeważnie nocą. Następnie przedostali się do Kalisza, przez teren kontrolowany przez Niemców, przy pomocy siatki niepodległościowej. Kolejnym przystankiem były Kielce i przerzut na teren Galicji, a stamtąd do Nowego Sącza, gdzie formowano II Brygadę Legionów Polskich. Dostali przydział do 2. Pułku Piechoty. Jakie to było szczęście! Co prawda pierwsze dwa tygodnie spędzili w lazarecie z powodu niedożywienia, ale to nie miało znaczenia. Byli w polskim wojsku! Nie przypuszczali wtedy, jak ciężko będzie.

Szlak bojowy wiódł ich od zimowych Karpat, błota Besarabii, głodu i mrozu Bukowiny. Każda z tych nazw oznaczała dla nich coś więcej niż tylko punkty na mapie. Kolejno był Wołyń, gdzie prowadzili ciężkie boje z wojskami rosyjskimi, m.in. pod Kostiuchnówką.

Potem przyszedł kryzys przysięgowy. W lipcu 1917 roku, po rewolucji lutowej w Rosji i w obliczu dalszego prowadzenia wojny, państwa centralne zażądały, by żołnierze Legionów złożyli przysięgę wierności cesarzowi Niemiec i Austrii. Nie Polsce. To był moment hańby.

Pamiętał te upokarzające chwile, gdy zostali przymuszeni przez dowództwo II Brygady do tego czynu. Ale Niemcy nie cieszyli się długo tym zwycięstwem. Morale Brygady na tym nie straciło — wprost przeciwnie. Już w lutym 1918 roku, po traktacie brzeskim, II Brygada zbuntowała się. Pamiętał tę ciężką noc z 15 na 16 lutego, kiedy przebijali się przez front pod Rarańczą, by połączyć się z II Korpusem Polskim w Rosji. Był to czynny sprzeciw wobec zdrady sprawy polskiej.

Niestety, nie potrwało to długo. Po reorganizacji II Korpus został otoczony przez Niemców pod Kaniowem. Bili się do ostatniego naboju, ale po krwawej bitwie musieli się poddać. Wielu zginęło, większość została rozbrojona i internowana.

Ale znów dopisało im szczęście. Nie dalej niż trzy tygodnie po tym wydarzeniu udało im się uciec z transportu. Po wielu przygodach dotarli jeszcze w 1918 roku na tereny polskie.

Przez miesiąc byli przesłuchiwani przez oficerów Wydziału Wywiadowczego przy Sztabie Generalnym Wojska Polskiego w Warszawie. A po pomyślnej weryfikacji, na własną prośbę, skierowani do nowo formującego się lotnictwa, a ściślej mówiąc do Sekcji Żeglugi Powietrznej.

Misja

— Wojtula! — krzyknął Szymon, stając w szeroko otwartych drzwiach namiotu. — Wojtek, do cholery, wstawaj, mamy robotę! — powtórzył, szarpiąc wystającą spod koca nogę przyjaciela.

— Człowieku, zmiłuj się… — rozległo się z okolic wezgłowia pryczy. — Jeszcze noc!

— Owszem, ale w Meksyku. Wstawaj, mówię! Za trzy kwadranse startujemy. Ogarnij się, wrzuć coś na ruszt i za pół godziny widzimy się w stodole — podsumował Szymon. — Żebym nie musiał ci znowu zrobić „Rakowic”.

— Dobrze, dobrze, już wstaję… — mruknął Wojtek, siadając półprzytomny na łóżku polowym.

Dobrze zapamiętał sytuację ze szkolenia podstawowego na rakowickim lotnisku pod Krakowem, gdzie zdobywali pierwsze lotnicze szlify. Wtedy też nie miał zbyt wielkiej ochoty wstawać na apel, gdy nagle namiot z całym wyposażeniem odfrunął do tyłu, dosłownie zdmuchnięty pędem powietrza zza samolotu z pracującym na maksymalnych obrotach silnikiem. Za sterami rozpoznał czarną czuprynę Szymona, zanim ten rozpędził maszynę i lekko poderwał ją do lotu. Po tej akcji mieli obaj zakaz lotów na tydzień, ale nauczki nie zapomni do końca życia.

Szymon uśmiechnął się lekko i skierował swe kroki prosto do stodoły, gdzie mieściło się królestwo mechaników. Po krótkim spacerze dotarł do celu, mijając po drodze parę maszyn obleganych przez podwładnych sierżanta Antoniego Bartosika, szefa mechaników. Żołnierze mówili na niego „Stalowy Bartosik”, bo nawet w największym chaosie zachowywał zimną krew i potrafił uruchomić martwego Bregueta. Był weteranem jeszcze z armii austro-węgierskiej, gdzie służył jako ślusarz-mechanik w lotnictwie.

Przekraczając próg stodoły, Szymon już miał zawołać sierżanta, by ten ujawnił swoją miejscówkę, gdy nagle z prawej strony nadleciała z dużą prędkością szmata upaćkana w oleju silnikowym. Minęła o włos nos pilota i uderzyła z plaśnięciem w kadłub maszyny wiszącej na pasach podnośnika.

— Witek, ty pacanie! — rozbrzmiała gromka reprymenda Bartosika, skierowana do jednego z młodszych pomocników. — Od kiedy nasze samoloty latają na oleju silnikowym?! Coś ty wlał do zbiornika głównego, niemoto jedna?! Urżnę ci łapy przy łokciach! — kontynuował w najlepsze sierżant. — Natychmiast spuść olej i przeczyść cały układ paliwowy! Dobrze, że spojrzałem przed próbą silnikową, bo byś rozkręcał cały silnik na drobne części!

— Ale panie szefie… — dobiegło z kąta warsztatu. — Sam?

— Sam zepsułeś? To sam naprawiasz! Za głupotę się płaci, jakbyś nie wiedział! I masz szczęście, że żaden z pilotów się nie roztrzaskał podczas startu, bo byś od razu poszedł pod mur i dostał kulę w łeb! Na froncie jesteś, chłopcze, a nie u matuli przy piecu! Masz godzinę, i przyjdę sprawdzić. Obyś zdążył, bo twoja skóra nie będzie warta funta kłaków — zakończył Bartosik.

— Czołem, sierżancie — rzucił pogodnie Szymon, próbując rozładować napięcie. — Jakieś problemy wychowawcze?

— Aaaa… witam, poruczniku — odpowiedział Bartosik, odwracając się na pięcie. — Nie, wszystko gra i buczy, jak to u nas mawiają. Tylko młodzież chyba trochę niedospana, płynów nie rozróżniają. Poza samogonem. Tego to zawsze wywęszą — rzucił groźne spojrzenie w stronę pomocników i pomachał pięścią. — Ale ja z nich jeszcze zrobię porządnych mechaników…

— Z taką sprawą przychodzę — wszedł mu w słowo Szymon. — Lecimy o dziewiątej na osłonę rozpoznania. Potrzebuję dwóch sprawnych maszyn. Znajdziecie coś dla mnie, sierżancie?

— Oczywiście. Na zewnątrz, pod drzewami z prawej, stoją dwa Fokkery D.VII. Wczoraj miały gruntowny przegląd, dzisiaj chłopaki je dopieścili i dotankowali. Pełne baki, pasy amunicyjne założone, jednym słowem: można harcować. Za kwadrans podeślę kogoś na rozruch, tylko jeszcze rozkręcimy zbiornik tego Albatrosa — odpowiedział Bartosik, rzucając przelotne, gniewne spojrzenie w stronę uwijającego się jak w ukropie Witka.

— Dziękuję za służbę, sierżancie. Postaram się tym razem coś upolować — rzucił na odchodne Szymon, machając ręką na pożegnanie.

— Obiecanki, cacanki — odparł Bartosik z uśmiechem, zakręcając przy tym sumiastego wąsa.

* * *

Szymon, idąc w stronę szpaleru drzew, pod którymi stało kilka maszyn, zdołał jeszcze wyłowić uchem, jak Stalowy Bartosik komenderuje podkomendnymi z biednym Witkiem na czele, wyrzucając z siebie polecenia niczym z karabinu maszynowego.

Po niedługiej chwili dotarł do pierwszej pary myśliwców, kąpiących się leniwie w promieniach wschodzącego słońca. Podszedł do pierwszej maszyny, oznaczonej białą cyfrą „9”, wymalowanej na jasnoszarym kadłubie. Świetlne iskierki tańczyły po dwukolorowych płatach oraz czerwonym kołpaku śmigła. Znał ją nie od dziś — latał tym egzemplarzem już bodaj dwadzieścia razy w ostatnim kwartale i nigdy go nie zawiódł.

Miejmy nadzieję, że i tym razem tak będzie, pomyślał, obchodząc maszynę.

Musiał przyznać, że konstruktorzy Fokkera odwalili kawał dobrej roboty. Myśliwiec miał dwa płaty o niemal identycznych wymiarach, bez zastrzałów pomiędzy nimi — nowinka techniczna możliwa dzięki zastosowaniu lżejszych i wytrzymalszych materiałów. Rozwiązanie to poprawiało widoczność oraz manewrowość maszyny.

Silnik w jego egzemplarzu to licencyjne BMW IIIa o mocy dwustu koni mechanicznych, napędzające dwułopatowe, drewniane śmigło. Dawało to prędkość maksymalną rzędu dwustu pięciu kilometrów na godzinę. Dzięki nowoczesnej konstrukcji nośnej i mocnemu silnikowi maksymalny pułap sięgał sześciu tysięcy metrów, a czas wznoszenia nie przekraczał dwudziestu minut. Dawało to przewagę manewrową nad większością samolotów myśliwskich, nie wspominając o bombowcach.

Obszedł maszynę: sprawdził podwozie, brak luzów na kołach, naciąg linek sterowych, a następnie poruszał powierzchniami sterowymi — lotkami, sterem wysokości i kierunku. Potem wdrapał się do kokpitu.

Odruchowo przeładował główne uzbrojenie — dwa karabiny maszynowe Spandau LMG 08/15, zsynchronizowane do strzelania przez śmigło i rozsiadł się w fotelu pilota. Rozejrzał się, notując w pamięci lokalizację pistoletu sygnałowego, po czym sprawdził przyrządy nawigacyjne i zegary.

Kątem oka dostrzegł, że przy sąsiednim Fokkerze — „dwudziestce” — Wojtek kończył już swój „taniec pilota”. Z oddali, zza szopy po drugiej stronie dworku, doszły ich dźwięki uruchamianych silników „grubasa”.

Ciekawe, czy przyjdzie nam lecieć razem z Remkiem?

Z rozmyślań wyrwał go głos Bartosika:

— Panie poruczniku, możemy zaczynać?

Dopiero teraz Szymon spostrzegł, że przy jego i Wojtka maszynie stali już gotowi do działania mechanicy, a sierżant machał do niego ręką, sygnalizując gotowość do rozruchu silników.

Zamyśliłem się jak ostatni kadet… — zganił się w duchu, otrząsając z rozmyślań. Odbezpieczył instalację zapłonową i zasygnalizował gotowość ruchem ręki.

Mechanik przy samolocie otworzył zawór paliwa, przekręcił śmigło na sucho trzy razy i krzyknął gromkie:

— Gotów do rozruchu!

— Kontakt! — zawołał w odpowiedzi Szymon, po czym wcisnął przycisk rozrusznika.

Silnik zaskoczył z hukiem, wyrzucając w powietrze kłąb niebieskiego dymu. Samolot zadrżał, a silnik zaryczał gardłowo. Szymon cofnął manetkę gazu na obroty jałowe i rozpoczął ostatnią kontrolę przedstartową. Poruszył drążkiem sterowym i orczykiem, sprawdzając, czy stery reagują prawidłowo. Następnie przesunął manetkę do połowy skali, trzymając wciśnięte hamulce, obserwując, czy silnik się nie dławi i pracuje równo. Na koniec jego kontrolny wzrok padł na wskazania obrotomierza i ciśnienia oleju.

W tym czasie mechanik obszedł samolot, upewniając się, że nie ma żadnych wycieków, stuków ani nietypowych drgań mogących sygnalizować problemy z jednostką napędową. Po szybkiej inspekcji cofnął się o kilka kroków i podniósł rękę — wszystko było w jak najlepszym porządku.

Spoglądając w prawo, Szymon zauważył, że mechanik Wojtka wykonał identyczny gest. Oba samoloty były gotowe do startu. Porucznik machnął ręką do Bartosika, a następnie do Wojtka, wskazując mu dłonią pas startowy.

Obie maszyny leniwie pokołowały po świeżo ściętej trawie ku dużej literze „T”, ułożonej z prześcieradeł, oznaczającej początek pola wzlotów. Przed nimi, jakieś trzysta metrów dalej, odrywał się właśnie od ziemi bombowo-rozpoznawczy Breguet.

Zatrzymali maszyny na początku drogi startowej, po czym niemal jednocześnie pchnęli manetki gazu do oporu. Silniki zawyły na wysokich obrotach, szarpiąc do przodu prawie dwie tony drewna i stali. Po kilkudziesięciu metrach rozbiegu maszyny lekko oderwały się od ziemi, lecz doświadczeni piloci przycisnęli je z powrotem do gruntu, by szybciej nabrać prędkości. Na końcu pasa obie maszyny wzbiły się w górę świecą, by po nabraniu bezpiecznej wysokości manewrowej położyć się na lewe skrzydła i wykonać płynny skręt na kurs przechwytujący do Bregueta.

Bartosik wraz z młodymi mechanikami odprowadzał wzrokiem maszyny, aż ich sylwetki zamieniły się w czarne punkciki na bezchmurnym niebie Nowogródka, a potem zniknęły całkowicie. W oddali przez pewien czas słychać było tylko pomruk oddalających się samolotów.

* * *

Po starcie i wykonaniu zwrotu, obie maszyny zaczęły powoli nabierać wysokości, kierując się wprost na cel swojej misji — pękatego bombowca, który majestatycznie wisiał na niebie na wysokości około tysiąca pięciuset metrów. Po kilku minutach byli już przy nim. Zrównali się z Breguetem i pomachali skrzydłami, sygnalizując rozpoczęcie osłony zgodnie z planem. Pilot bombowca odmachał im ręką w geście potwierdzenia.

Spod pilotki wystawały jasne kosmyki blond włosów.

Czyli to jednak Remigiusz — uśmiechnął się w duchu Szymon.

Zwiększył obroty silnika i razem ze skrzydłowym wdrapał się pięćset metrów ponad „grubasa”. Breguet niemrawo zmierzał do celu. Ze względu na jego niską prędkość przelotową, Szymon z Wojtkiem krążyli nad nim zygzakiem — z jednej strony, by utrzymać odpowiednią prędkość, co w przypadku myśliwca było kluczowe dla przeżycia w razie ataku, a z drugiej — by zwiększyć pole widzenia i mieć lepszy sektor obserwacji.

Grunt to nie dać się zaskoczyć! — przypomniały się Szymonowi słowa instruktora z Rakowic:

Musicie być cały czas czujni. Nigdy nie lećcie w linii prostej i nieustannie monitorujcie niebo wokół was. Szczególnie sektor ze słońcem. Tam będą się czaić wrogie myśliwce, próbujące wykorzystać efekt oślepienia. Pamiętajcie o tym, a wrócicie cali do bazy.

Remigiusz spojrzał w górę. Dwa Fokkery krążyły nad nim zygzakami. Bezpieczni. Przynajmniej na razie.

Po kolejnym kwadransie lotu, który przebiegł w monotonnej atmosferze, do celu pozostawało im niecałe dziesięć minut. Na horyzoncie majaczyły już smugi dymu, nadciągające znad węzła kolejowego w Baranowiczach.

Teraz trzeba będzie tylko znaleźć lotnisko — pomyślał Szymon. Na pewno nie jest dalej niż pięć kilometrów od tego kotła. Trzeba się skupić.

Pomachał skrzydłami, by przykuć uwagę Wojtka. Dał mu znak ręką. Zbliżają się do celu, czas przejść ze zwartego szyku na luźną osłonę. Wojtek skinął głową i odbił w prawo, schodząc niżej, by ułatwić sobie wypatrzenie celu misji — bolszewickie lotnisko. Szymon wykonał symetryczny manewr w lewo, dławiąc nieco silnik.

Tylko Breguet kontynuował lot niezmienionym kursem.

* * *

Nad węzłem kolejowym pojawili się niemal jednocześnie. Bombardier „grubasa” nie omieszkał poczęstować tych na dole paroma pigułami, jak potocznie nazywano bomby o małym wagomiarze, wyrzucane z samolotu przez załogę. To oczywiście nie sparaliżowało działań na ziemi, ale efektywnie podkopywało morale wroga. Potem Remigiusz położył bombowiec w lekki skręt w prawo i delikatnie pomachał skrzydłami, przechodząc jednocześnie w płytkie nurkowanie.

Ocho, chyba coś wypatrzyli.

Rzeczywiście.

Po niecałej minucie lotu Remigiusz wyrównał lot, a bombardier wystrzelił flarę z pistoletu sygnałowego. Pod nimi, wzdłuż drogi, widniało skoszone pole, a po jego drugiej stronie, w małym zagajniku, uwijały się jak w ukropie małe punkciki. Misja wykonana, odnaleźli lotnisko wroga. Problem polegał na tym, że było absolutnie puste. No, może nie do końca, bo po chwili wokół samolotów zaczęły rozkwitać czarne obłoczki. Biła do nich artyleria przeciwlotnicza z zagajnika, który dopiero co minęli.

Myśliwcy od razu zaczęli tańczyć po niebie, rzucając maszyny to w jedną, to w drugą stronę, by nie dać czasu artylerzystom na wstrzelanie się. Gorzej sprawa się miała z Breguetem, który niestety nie miał takich możliwości uników. Szymon widział, że pilot na pełnym gazie wykonywał właśnie zwrot z jednoczesnym nabieraniem wysokości. Niestety, na tą chwilę ta taktyka nie przynosiła spodziewanych efektów.

Kątem oka dostrzegł ruch po swojej prawej stronie. Obrócił się szybko, kopnął w orczyk i ściągnął na siebie drążek sterowy, otwierając jednocześnie maksymalnie przepustnicę, by w ciasnym skręcie uniknąć ewentualnego ognia przeciwnika. Ale to nie były bolszewickie maszyny, tylko Wojtek postanowił wspomóc Remigiusza w jego walce o przetrwanie. Zanurkował na pełnym gazie wprost na baterię przeciwlotniczą i otworzył ogień, zalewając zagajnik ołowiem.

Widząc to, Szymon zwalił swojego Fokkera przez skrzydło i w niecałe piętnaście sekund był nad celem, okładając zagajnik razem z Wojtkiem długimi seriami. Na efekty nie przyszło długo czekać. Obłoczki nagle przestały się pojawiać wokół bombowca, a zagajnik zapełnił się na powrót biegającymi w bezładzie „mróweczkami”.

Wtem, po trzecim przelocie, za plecami Szymona coś huknęło. Eksplozja była tak silna, że aż zatrzęsła samolotem. Pilot ledwo opanował stery rozdygotanego płatowca. Na pełnym gazie wspiął się na pięćset metrów i szybkim rzutem oka sprawdził stan myśliwca. Ogon samolotu był cały w mniejszych lub większych dziurach.

Całe szczęście, że stery nie oberwały mocno — pomyślał. Spojrzał w dół, w stronę zagajnika. Na jego obrzeżu unosił się ku niebu gęsty dym.

Pewnie Wojtek trafił w skład amunicji.

Rozejrzał się po niebie. Niestety, nigdzie nie zauważył maszyny przyjaciela.

Może spadł, a może tylko zszedł nisko i wypadł z pola widzenia.

Po kolejnym przelocie nad zagajnikiem nie dostrzegł na ziemi żadnych oznak wrogich maszyn. Ustawił więc kurs powrotny i rozpoczął wznoszenie do wysokości przelotowej. Nagle, podczas manewru, przed nosem myśliwca przeleciała seria. Odruchowo położył samolot w ciasnym skręcie w prawo i wtedy zobaczył obiekt całego zamieszania.

Ponad nim, jakieś siedemset metrów z tyłu, leciały w szyku trzy ciężkie, czterosilnikowe bombowce Ilja Muromiec z wielkimi, czerwonymi gwiazdami na skrzydłach i kadłubach.

Mam szczęście, że mają niedoświadczonych strzelców pokładowych — pomyślał — i za wcześnie otworzyli ogień. Ja nie popełnię tego błędu.

Wyszedł pełnym gazem za maszyny bolszewików i wykonując półpętlę, zniwelował różnicę wysokości. Manewr uplasował go pomiędzy celem a słońcem.

Idealnie — przemknęło mu przez myśl i rzucił się na zwierzynę jak jastrząb na kaczki.

Na pierwszy cel obrał skrajny prawy bombowiec. Docisnął gaz do oporu. Sylwetka wrogiej maszyny rosła w celowniku, aż wypełniła go w całości. Widział już członków załogi w kokpicie i strzelców ostrzeliwujących się na ślepo.

Jeszcze sto metrów … jeszcze pięćdziesiąt — odliczał w myślach i nacisnął spust.

Dwa sprzężone karabiny maszynowe Spandau zagdakały, wypluwając z siebie krótkie serie pocisków zapalających. Pierwsza przeszła na wylot przez ogon celu, lekko tylko zmniejszając jego sterowność, ale dwie następne utkwiły w kokpicie i prawym wewnętrznym silniku, który od razu stanął w płomieniach.

Myśliwiec przemknął nad palącym się bombowcem, który w niekontrolowany sposób pikował ku ziemi.

Chyba trafiłem pilota — pomyślał Szymon, wykonując ciasny skręt w lewo z jednoczesnym nabieraniem wysokości.

Po jego zakończeniu wyszedł prosto na lewego skrzydłowego. Koniec manewru zbiegł się z głuchym hukiem, gdy pierwszy bombowiec dokonał żywota, eksplodując przy zderzeniu z ziemią.

Nie było jednak czasu, by święcić triumf. Do celu pozostało mu nie więcej niż trzysta metrów. Przymierzył się do strzału w centropłat i nacisnął spust. Karabiny maszynowe wypluły z siebie resztkę amunicji, po czym zastygły w bezruchu z pustymi taśmami amunicyjnymi.

Zanim Szymon zorientował się, co zaszło, powietrzem targnęła kolejna eksplozja. Tym razem pilot trafił ostatnią serią w jedną z czterech ćwierćtonowych bomb podczepionych na wyrzutnikach pod brzuchem czterosilnikowej bestii.

To spowodowało detonację kolejnych trzech, łącznie pół tony trotylu. Bombowiec praktycznie wyparował, a prowadzący grupę samolot z urwanym lewym skrzydłem wił się w korkociągu ku ziemi, ciągnąc za sobą warkocz czarnego jak smoła dymu.

Niestety, efekt tych fajerwerków dosięgnął również myśliwca. Eksplozja oderwała górny płat. Odłamki pokiereszowały kadłub i uszkodziły silnik, który zaczął się dławić i w końcu zamilkł. Pilot od fali uderzeniowej stracił przytomność.

Gdy się ocknął, zmierzał lotem koszącym w kierunku matki ziemi. Próbował poruszyć drążkiem sterowym, ale zakrwawione ręce w poszarpanej kurtce lotniczej dzierżyły jedynie fragment drążka, oderwanego od układu sterowania przez odłamki.

Jedyne, co mógł teraz zrobić, to patrzeć na ten powolny marsz ku wieczności.

Był za słaby na skok ze spadochronem. Pewnie i tak był w strzępach, jak reszta maszyny i on sam.

Oczy, nabiegające czerwienią, rejestrowały jeszcze wydarzenia tych ostatnich sekund życia.

Dziwne — pomyślał Szymon. — Jakże powoli mija teraz czas…

Ostatnie, co zarejestrował przed uderzeniem w ziemię, to intrygujące uczucie, jakby jego jaźń opuszczała w pośpiechu ciało przed nieuchronnym końcem, zwieńczonym eksplozją i słupem dymu.

To uczucie było mu dziwnie znajome, porównywalne do skoku ze spadochronem z niesprawnej maszyny…

* * *

Wojtek obserwował tę scenę z ciężkim sercem, oddalony o niespełna kilometr od tych zdarzeń na niebie.

Po ataku na zagajnik jego Fokker również został uszkodzony, znacznie bardziej niż ten kolegi. Silnik co chwilę krztusił się i przerywał, ciągnąc za sobą błękitną wstążkę wyciekającego oleju.

Dlatego też nie był w stanie pomóc przyjacielowi w ataku na bolszewickie zgrupowanie powietrzne. Samolot ledwo trzymał się powietrza, a do domu miał jeszcze z pięćdziesiąt kilometrów.

Przepełniał go smutek po stracie kolegi, lecz w głębi duszy wiedział, że nie był mu w stanie pomóc.

Teraz musiał się skoncentrować na walce z maszyną, by chociaż ktoś mógł zaświadczyć o tym, co wydarzyło się tamtego letniego poranka na niebie wschodniej Europy.

* * *

Daleko za liniami frontu sierżant Bartosik z niecierpliwością chodził w tę i z powrotem koło swego mechanicznego królestwa, spoglądając co chwilę na zegarek i pole wzlotów. „Grubas” wylądował pół godziny temu, trochę poharatany. Bartosik podsłuchał przez okno, że myśliwcy uratowali porucznika Krasowskiego, tłumiąc ogniem obronę przeciwlotniczą. To nigdy nie kończyło się dobrze. Usłyszał też o walce powietrznej ich myśliwców z wrogimi bombowcami, ale niestety załoga Bregueta nie zaobserwowała finału starcia. Mogli mieć tylko nadzieję, że wszystko się dobrze skończyło. Oczywiście dowództwo bazy nie polegało tylko na szczęściu, dlatego też własna artyleria przeciwlotnicza była w najwyższej gotowości bojowej, a niebo nad bazą patrolowała para myśliwskich Albatrosów D. III, podczas gdy kolejne dwie maszyny stały w alarmie bojowym na skraju pasa startowego z włączonymi silnikami, by w razie potrzeby w kilkadziesiąt sekund wesprzeć kolegów znajdujących się w powietrzu. Niestety, jak dotąd posterunki obserwacyjne nie wypatrzyły powracających maszyn.

Wtem nad lotnisko wystrzeliła żółta raca sygnałowa, oznaczająca kontakt wzrokowy z nieznanym samolotem. Bartosik z nadzieją w sercu pobiegł w kierunku posterunku obserwacyjnego. Zanim do niego dotarł, w powietrze wzbiła się również raca koloru niebieskiego, oznaczająca powracający przyjacielski samolot. Dobiegłszy do obserwatora, dostrzegł w oddali na niebie punkcik ciągnący za sobą kitę czarnego dymu. To nie wróżyło dobrze. Po chwili zza zabudowań podjechał na skraj pasa wóz strażacki, czekając w gotowości na rozwój wypadków.

Dopiero teraz zorientował się, że wokół zebrała się grupka jego mechaników z Witkiem na czele i wspólnie z nim z niecierpliwością śledziła chwiejny lot powracającego samolotu. Po niecałych pięciu minutach od obserwatora uzbrojonego w mocną lornetkę dało się słyszeć:

— To dwudziestka. Ma kłopoty.

Kilkaset metrów od pasa dźwięk silnika samolotu umilkł. Obserwatorowi przyklejonemu do lornetki wyrwało się szczere, żołnierskie:

— Kurwa mać!

Ale Bartosik z ekipą już tego nie słyszeli, pędząc co sił ku tracącemu wysokość z każdą sekundą myśliwcowi. Wojtek ostatkiem sił przydusił samolot do ziemi, ratując się przed przeciągnięciem i tragicznym końcem w kraterze ze szczątkami maszyny. Zyskał dzięki temu manewrowi kolejne dwieście metrów lotu, po czym, urywając podwozie na płocie okalającym skraj lotniska, gruchnął ciężko o ziemię, kręcąc bączka i urywając dolne skrzydła.

Bartosik dopadł do wraku pierwszy i zaczął szybko wypinać pilota z pasów. Po chwili dobiegli do niego pomocnicy i wspólnie odciągnęli osłabionego pilota od maszyny. W tym samym czasie do działania przystąpili strażacy, zalewając bez pardonu miejsce kraksy litrami wody.

— Spokojnie… — wymamrotał Wojtek. — Tam już nie ma ani kropli paliwa.

— Panie chorąży — potrząsnął nim Bartosik — co z dziewiątką? Co z porucznikiem Kościanem?

Wojtek spojrzał na sierżanta długim, pełnym bólu spojrzeniem i powoli pokręcił głową.

— Możecie odwołać alarm — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Żaden aeroplan już tu nie dotrze.

1945 — Anioł Zagłady

Prolog

W dwudziestoleciu międzywojennym niebo było jeszcze puste. Dźwięk silnika lotniczego wciąż wywoływał u przechodniów odruch uniesienia głowy. Piloci, odziani w skórzane kurtki i gogle, przypominali pionierów nowych światów — pół-mitologicznych herosów unoszących się ponad granicami państw i czasów.

Ale to był dopiero początek.

W 1920 roku samolot był wciąż drewnianą maszyną z płóciennymi skrzydłami, napędzaną tłokowym silnikiem o mocy stu koni mechanicznych. Loty wymagały nie tylko odwagi, lecz także wiary — w maszynę, w człowieka, w to, że niebo nie okaże się ostatnim błędem.

Dziesięć lat później niebo już nie milczało. Srebrne sylwetki JunkersówDouglasów przecinały kontynenty, przenosząc pocztę, pasażerów i wojskowych obserwatorów. Lotnictwo przestało być ekstrawagancją — stało się narzędziem. A zaraz potem… bronią.

Wraz z wybuchem II wojny światowej przyszła eksplozja technologii. W ciągu zaledwie sześciu lat świat przeszedł drogę od samolotów z otwartym kokpitem do potężnych bombowców strategicznych, silników odrzutowych, radarów i pierwszych eksperymentów z maszynami bezzałogowymi.

Do 1945 roku w powietrzu pojawiły się rzeczy, które dekadę wcześniej uchodziły za fantazję.

Heinkel He 280 — pierwszy myśliwiec odrzutowy, platforma testowa nowych rozwiązań z zakresu dużych prędkości.

Messerschmitt Me 262 Schwalbe — pierwszy myśliwiec odrzutowy użyty w boju — osiągał prędkości ponad 850 km/h.

Messerschmitt Me 163 Komet, napędzany silnikiem rakietowym, wspinał się niemal pionowo, z szybkością zbliżoną do 1000 km/h.

Bracia Hortenowie zaprojektowali latające skrzydła, które bardziej przypominały przyszłość niż teraźniejszość początku lat 40-tych.

Równolegle rozwijała się technika walki nocnej.

Radary — jeszcze niedawno ciekawostka — stały się oczami w ciemności.

Brytyjskie Mosquito z radarami AI Mk. IV i amerykańskie P-61 Black Widow patrolowały nocne niebo. Niemcy mieli własne odpowiedzi: stacjonarne systemy FreyaWürzburg, a także pokładowe zestawy FuG 202, 212220 Lichtenstein, montowane w myśliwcach nocnych, takich jak Heinkel He 219 Uhu i Ju 88 G.

Noc przestała być bezpieczna.

Zamiast mroku — anteny, wykrywacze, działka systemu Schräge Musik strzelające pod kątem wprost w brzuch lecącego bombowca.

Precyzja rosła. Czas reakcji malał.

A na wysokim pułapie latał już Boeing B-29 Superfortress — zdolny wznieść się na dziesięć tysięcy metrów i przelecieć ponad pięć tysięcy kilometrów w jedną stronę zrzucając ładunki, które mogły zniszczyć całe miasta.

I mimo tego wszystkiego…

Gdzieś za kulisami toczył się inny wyścig.

Cichszy.

Oparty na fizyce, która balansowała na granicy magii.

O broń, której nie dało się zatrzymać.

O napęd, który nie potrzebował skrzydeł.

O energię, która nie pochodziła z ropy.

To tam, poza wiedzą opinii publicznej i poza oficjalnymi rejestrami, narodził się Haunebu III.

I z nim — pytania, na które do dziś nie ma odpowiedzi.

Cienie nad Buczaczem

Wibracje…

Wibracje na całym ciele…

I ten dźwięk…

Dziwnie znajomy.

Coś zmusiło go do otwarcia oczu. Ból głowy był nie do zniesienia. Spod przymrużonych powiek dostrzegł… wirujący świat za oknem… błękit… zieleń… błękit… w pętli.

Co się ze mną dzieje? — przemknęło mu przez myśl.

I ten dźwięk… ostry… nieustępliwy… jak syrena alarmowa…

Syrena?

Alarm!

Alarm wysokościowy!

W jednej chwili ocknął się z letargu. Za oknem kokpitu błękit powoli zlewał się z zielenią w jedną rozmazaną plamę. Kątem oka uchwycił wysokościomierz, którego wskazówki tańczyły razem ze światem za szybami.

Siedem tysięcy metrów…

Sześć tysięcy…

Pięć tysięcy…

Przeciążenie wbijało go w fotel, nie miał siły nawet oddychać. Jakimś nadludzkim wręcz wysiłkiem woli pchnął drążek sterowy od siebie i w lewo. Do oporu. Kopnął orczyk lewą nogą i przytrzymał go, mimo że ważył teraz chyba z tonę. Powoli zaczynał odzyskiwać wzrok i kontrolę nad maszyną. Jego „Dora — jak pieszczotliwie nazywał Focke-Wulfa FW-190 D9 — szła płaskim korkociągiem ku zielonym przedpolom Buczacza. Po dłuższej chwili mocowania się z myśliwcem w końcu udało mu się odzyskać panowanie i wyrównać lot na niespełna siedmiuset metrach. Zlany zimnym potem rozejrzał się nerwowo w poszukiwaniu oprawców.

Są!

Powyżej, na wysokości około dwóch kilometrów, krążyły dwa Jaki-9.

Jak przez mgłę przypominał sobie wydarzenia ostatnich minut.

* * *

Lecieli na wymiatanie całą ósmą eskadrą z 54. pułku myśliwskiego, operującego w osłonie Grupy Armii Południe, feldmarszałka Ericha von Mansteina. Wystartowali rano, jeszcze przed ósmą, ze swojego bazowego lotniska Fliegerhorst Lemberg-Skniłów, zlokalizowanego niecałe pięć kilometrów na zachód od centrum Lwowa. Wyposażone w długi, ponad kilometrowy betonowy pas, było idealne jako baza i zaplecze techniczne zarówno dla 54. pułku myśliwskiego, jak również 2. i 77. pułku szturmowego latającego na Focke-Wulfach FW-190Junkersach Ju-87 oraz trzech pułków bombowych: 4., 55. i 57., latających na Dornierach Do 217, Heinklach He 111Junkersach Ju 88.

To właśnie tam został przydzielony major Einar Koestian, przeniesiony tymczasowo z Erprobungsstelle Rechlin, Głównej Stacji Doświadczalnej Luftwaffe, czyli głównego niemieckiego ośrodka testów samolotów i uzbrojenia lotniczego pod Rechlinem w Meklemburgii. Miał za zadanie przetestować w warunkach bojowych nowinkę techniczną zakładów Focke-Wulfa, maszynę wczesnej serii przedprodukcyjnej — Fw-190 D-9. Raporty słał bezpośrednio do Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy i zakładów Focke-Wulfa, z pominięciem wojskowej drogi służbowej, co nie do końca podobało się pilotom jednostki frontowej, z którymi przyszło mu latać. Nie mieli do niego zaufania, toteż w razie kontaktu bojowego z wrogiem mógł liczyć tylko i wyłącznie na samego siebie.

I maszynę.

Pierwsze dwa tygodnie minęły względnie spokojnie. Na początku były to loty wokół bazy, weryfikujące zachowanie maszyny przy pełnym obciążeniu w paliwo i uzbrojenie. Nudne loty sprawdzające działanie dwunastocylindrowego, rzędowego, chłodzonego cieczą silnika Junkers Jumo 213A w warunkach polowych, weryfikujące temperaturę pracy, jakość i skład mieszanki paliwowej optymalnej dla osiągnięcia maksymalnych prędkości, mechanikę obsługi płatowca, zarówno na ziemi, jak i w powietrzu. Te wszystkie dane były kluczowe dla dalszego rozwoju konstrukcji i znacznie istotniejsze niż liczba zestrzelonych przez niego maszyn. Jednakże latanie „wokół komina”, jak to w żargonie opisywali piloci, to jedno, a test konstrukcji podczas walki na śmierć i życie to zupełnie coś innego. Dlatego też wyprosił u dowództwa udział w działaniach bojowych w ograniczonym zakresie, by mógł w pełni ocenić nową maszynę i przetestować główne uzbrojenie: dwa skrzydłowe działka MG 151/20 i dwa szybkostrzelne wkmy MG 131 zamontowane w nosie Dory nad silnikiem. I dzisiaj rano nadszedł ten dzień — z rana zabrał się na „wymiatanie” razem z resztą pilotów ósmej eskadry.

Po starcie wzbili się na cztery tysiące metrów, utworzyli szyk schodkowy i weszli na kurs sto stopni, prawie idealnie na wschód. Zadanie było proste — osłona własnych kolumn pancernych, przechwytywanie samolotów szturmowych i zwiadowczych wroga. Widoczność była doskonała, praktycznie żadnej chmurki. Po stu pięćdziesięciu kilometrach, które pokonali w niecałe osiemnaście minut, dotarli w rejon akcji. Pod nimi widniało skrzyżowanie kluczowych dróg i linii kolejowych Lwów — Tarnopol — Czortków. Niestety, słońce biło prosto w pancerne przednie szyby kokpitów, oślepiając pilotów. Ten na szpicy, młody porucznik, przegapił ruskich, którzy umiejętnie manewrowali swoimi kluczami myśliwskimi tak, aby znaleźć się dokładnie pomiędzy słońcem a nimi. Rzucili się na niczego niespodziewających pilotów 8. Eskadry bez pardonu, wręcz ze zwierzęcą dzikością. Furia ataku była niesamowita. Po pierwszym przelocie z dwunastu maszyn w płomieniach poszybowało ku ziemi czterech pilotów. Einar nie zauważył ani jednego spadochronu. Jego grupa poszła w rozsypkę, a tymczasem czerwoni zamienili sprawnie energię kinetyczną na potencjalną, nabierając raptownie wysokości i półpętlą zaatakowali znowu. Kolejnych trzech kamratów szybowało ku ziemi w płomieniach, ciągnąc za sobą warkocze czarnego dymu. Po tym ataku jeden z Jaków przemknął koło Dory tak blisko, że strugi zaśmigłowe pchnęły ją w płaski korkociąg…

* * *

Teraz jednak to on zaczynał zyskiwać przewagę. Co prawda nadal znajdował się w położeniu taktycznym nie do pozazdroszczenia, ale tamci zdawali się go nie widzieć na tle zielonych pól. Pchnął manetkę gazu do oporu, a maszyna wyrwała do przodu.

Całe szczęście, silnik nieuszkodzony — pomyślał i zaczął się wspinać ku słońcu. Dwunastocylindrowy motor Dory o mocy bagatela dwóch tysięcy dwustu czterdziestu koni mechanicznych ryczał wniebogłosy, ciągnąc w górę prawie pięć ton stali, aluminium, paliwa i amunicji, nic sobie z tego nie robiąc, jakby to była lekka awionetka.

W niecałe dziewięćdziesiąt sekund był już na pułapie wrogich myśliwców i pędził ku nim z lekkim przewyższeniem. Wskazówka na prędkościomierzu minęła sześćset kilometrów na godzinę i nadal pięła się w górę. W odległości niespełna kilometra dwie ciemne sylwetki Jaków-9 sunęły w łagodnym kręgu nad miejscem upadku jednej z niemieckich maszyn. Nie widziały go jeszcze.

Idealnie — pomyślał.

Einar wciągnął powietrze, lewa ręka na manetce gazu, palce prawej delikatnie muskające elektrospust na drążku sterowym. Wyświetlacz celownika kolimatorowego migotał jasno w słonecznym świetle. Tylko nieco ponad siedem sekund — i będzie przy nich. Dystans topniał błyskawicznie. Silnik grzmiał na wysokich obrotach, prędkość zbliżania niemal sto metrów na sekundę. Jakby przecinał powietrze rozżarzonym do czerwoności ostrzem miecza.

* * *

W kabinie Jaka starszy lejtnant Masłow jeszcze czuł adrenalinę wcześniejszego ataku. Kilkanaście minut temu jego para wraz z resztą 18. Gwardyjskiego Pułku Myśliwskiego wspięła się ponad niemieckie zgrupowanie, uderzając z góry i z zaskoczenia. Masłow wiedział, że Niemcy latali jak szachiści — szybko, czysto, z wyczuciem przestrzeni. Ale tego dnia szachownica należała do nich, do ludzi, którzy nie kalkulowali manewrów, tylko lecieli naprzód, skrzydło w skrzydło.

— Ich jest dwunastu — meldował dowódca w radiu — nas dwa razy więcej. Atakujemy od słońca!

Masłow zerknął w bok. Z obu stron ciągnęły sylwetki Jaków. Klin formował się jak ostrze. Niemców widział już pod sobą — czarne punkty, w szyku, ale bez wsparcia.

Technicznie doskonali. Ale samotni.

— Naprzód! — ryknęło w słuchawkach.

Masłow docisnął gaz. Silnik zawył, ziemia pod nim zamieniła się w smugę. Wiedział, że pociski faszystów będą celniejsze. Ale nie trafią we wszystko. Nie, kiedy nadchodzi fala.

Nie wygrasz z powodzią tylko dlatego, że umiesz pływać…

* * *

Palące się wraki niemieckich maszyn wciąż dymiły na ziemi, rozrzucone po polach jak porzucone zabawki. Rozkaz był jasny — krążyć nad rejonem i zidentyfikować ewentualnych ocalałych. Orłow w drugim Jaku przeczesywał teren, próbując dojrzeć jakikolwiek ruch.

— Siedem potwierdzonych! — meldował wcześniej Masłow przez radio, ledwo tłumiąc entuzjazm. — Pięciu uciekło.

— Niech lecą — odburknął Orłow. — Dziś niebo należy do nas.

* * *

Pięć sekund.

Kontury Jaków rosły, coraz wyraźniejsze. Czerwone gwiazdy na szarych kadłubach, jeszcze nieświadome swego losu. Słońce za nim, wiatr dźwięczy na owiewce.


Cztery sekundy.

Einar przymknął lewe oko. Celownik zakotwiczony na Jaku z prawej.


Trzy sekundy.

Ostatnia korekta — minimalne wychylenie drążka, wyrównanie lotu.


Dwie sekundy.

Palce zaciskają się na spuście… Działka plują ogniem… Maszyna nie szarpie, tylko śpiewa głośniej…

Doskonałe wyważenie — mruknął pod nosem.

* * *

— Masłow, sprawdź lewy sektor, coś widzę na ósmej… — Orłow urwał. W słuchawkach zapanowała nagła, obca cisza, jakby eter wstrzymał oddech.

A potem — eksplozja.

Powietrze rozerwał huk pocisków. Jeden… drugi… trzeci błysk. Masłow w drugim Jaku zniknął w fontannie metalu i ognia. Kadłub pękł jak orzech, skrzydło odpadło z trzaskiem, a potem tylko dym ciągnący się ku ziemi.

— Masłow! — wrzasnął Orłow, ale odpowiedziały mu tylko trzaski w słuchawkach.

W tym samym momencie w radiu odezwał się głos:

— Tu Szóstka, Orłow, co się tam dzieje? — głos był nerwowy, zadyszany.

— Masłow zestrzelony! Mamy kontakt! Chyba myśliwiec. Nie wiem, co to było…! — głos Orłowa trząsł się, dławił powietrzem.

— Szóstka do Orłowa. Nie damy rady wrócić, mamy rezerwę paliwa! Trzymaj się!

Orłow nie miał nawet czasu krzyknąć. Instynkt pchnął go w lewo.

Drążek…

Gaz…

Ucieczka…

Krew uderzyła mu do głowy, serce dudniło w uszach.

Odwrót…

Paliwo…

Wysokość…

Zniknąć…

Ryk silnika wzmógł się, ale nie miał znaczenia. Wiedział, że niemiecki myśliwiec był tuż za nim. Nie słyszał go. Nie widział. Ale czuł, że śmierć była blisko.

— Orłow, trzymaj się, wracaj na wschód, na Czortków! — głos Szóstki brzmiał coraz bardziej rozpaczliwie.

— On jest… jest tuż za mną… nie widzę go… — wycharczał Orłow. Jego oczy szukały w lusterku czegokolwiek, ale niebo pozostawało puste, ciche i bezlitosne.

— Faszystowska swołocz! — wyrwało się skrzydłowemu Szóstki.

Wszystko działo się zbyt szybko. Echa triumfu sprzed kilku minut rozwiewały się jak dym. Orłow czuł, że nie ma już przewagi. Mimo tego, że przed chwilą wygrali starcie — teraz to on był celem.

* * *

Einar kopnął orczyk, korygując o kilkanaście metrów tor lotu, i przeniósł ogień na drugiego “Iwana”, by po sekundzie minąć go o centymetry w szaleńczym pędzie ku wolności. A przynajmniej to, co z niego zostało. Wychodząc świecą w górę, położył maszynę na skrzydło, obserwując przez owiewkę kabiny dwa czarne słupy dymu unoszące się nad palącymi się szczątkami wroga.

Udało się!

Wyrównał lot i obrał kurs na lotnisko macierzyste. Szybki rzut oka na wskaźnik paliwa utwierdził go w przekonaniu, że musi bardzo ostrożnie obchodzić się z manetką gazu. Zdusił więc obroty silnika i łagodnym łukiem wyszedł na kurs docelowy do bazy.

* * *

Po godzinie powolnego lotu na małej wysokości dotarł w końcu w rejon macierzystego lotniska. Nad pasem startowym, na wysokości niespełna trzystu metrów, kołowały niespiesznie trzy maszyny. Czwarta, mocno kopcąca, właśnie lądowała awaryjnie ze schowanym podwoziem na trawie równolegle do pasa. Szczęśliwie tym razem obyło się bez fajerwerków — choć wnosząc po pogubionych częściach płatowca, rozciągniętych na przestrzeni dwustu metrów, ten egzemplarz już raczej nigdy nie poleci.

Z dwunastu maszyn wróciły tylko cztery.

Horror — przemknęło mu przez myśl.

Sięgnął do gałek radia, ustawił je na właściwej częstotliwości wieży kontroli lotów w Skniłowie i po wymianie uprzejmości z obsługą skontrolował prędkość maszyny. Następnie sięgnął do dźwigni hydraulicznego systemu opuszczania podwozia i pchnął ją w dół. Maszyną szarpnęło, a ze skrzydeł dał się słyszeć przeciągły jęk zakończony zgrzytem i kolejnym wstrząsem. Po nim Dora zaczęła nerwowo myszkować w powietrzu.

Verdammt! — rzucił przekleństwo w myślach i szarpnął ponownie za dźwignię.

Nic się nie stało.

Samolot stawał się coraz bardziej niesterowny. Einar docisnął manetkę gazu do oporu, by nabrać prędkości i nie skończyć w kraterze ze szczątkami maszyny.

— Wieża, tu Czerwona Jedynka, zgłaszam problem. Zacięte podwozie — rzucił do mikrofonu.

— Czerwona Jedynka, słyszę cię — rozbrzmiało w słuchawkach. — Spróbuj wykonać krąg wokół lotniska i przeleć na wysokości pięćdziesięciu metrów koło wieży. Rzucimy okiem.

— Zrozumiałem — odpowiedział pobladły pilot.

Po wykonaniu kręgu wokół lotniska Einar podleciał do wieży, przechylając nieco Dorę, by ułatwić obserwację spodu maszyny.

— Czerwona Jedynka, lewe koło oderwane, została sama goleń. Prawe zaklinowane o wygiętą osłonę wnęki podwozia — dobiegło z głośnika. — Skacz lub ląduj awaryjnie na trawie. Uważaj na rozbitą Siódemkę. Powodzenia!

W głowie Einara przemknął ekspres myśli: Jak wyskoczę, to maszynę szlag trafi. Nie pogłaszczą mnie za to w RLM. Jak spróbuję wylądować, nie będzie kogo opieprzyć za zniszczenie maszyny… Tak… ewidentnie trudny wybór… Kończąc tę myśl, uruchomił radio:

— Wieża, tu Czerwona Jedynka. Ląduję.

— Przyjąłem. Ekipy ratunkowe w drodze na pas — zabrzmiało w słuchawkach.

Dźwignia gazu drżała w dłoni, jakby sama czuła zbliżający się finał. Silnik rzęził na resztkach paliwa, gubił rytm — stukał metalicznie i głucho, jak ranny zwierz. Kontrolki migotały złowieszczo. Einar wyprostował maszynę, złapał kurs równoległy do betonu, nad nierównym poboczem, usianym grudami ziemi. Opuścił klapy, zredukował obroty do minimum. Dora ślizgała się nad ziemią jak drapieżnik przed skokiem.

Tuż przed dotknięciem — krótkie westchnienie silnika.

Kontakt.

Pierwsze — uderzenie tylnego kółka, potem główne podwozie.

Prawy punkt podparcia przyjął ciężar.

Lewy — pusty.

Samolot przechylił się gwałtownie, lewa krawędź skrzydła zaryła w darń. Trzask, szarpnięcie, metaliczny jęk. Maszyna sunęła po ziemi półokrakiem, siekąc trawę jak kosa w żniwa. Ziemia pluła trawą i pyłem na osłonę kabiny.

Gdy maszyna stanęła, wszystko ucichło — poza dźwiękiem stygnącego silnika i klikaniem uszkodzonych serwomechanizmów.

Ministerstwo Lotnictwa Rzeszy (RLM)

Te wydarzenia miały miejsce ponad dwa miesiące wcześniej. Pamiętał doskonale trzy tygodnie spędzone w szpitalu we Lwowie i kolejne dwa w sanatorium ulokowanym w zamku myśliwskim Gelbensande, w pobliżu Rostocka.

Gdy doszedł do siebie, pocztą kurierską otrzymał rozkaz o natychmiastowym stawieniu się w Ministerstwie Lotnictwa Rzeszy. Przybył tam jak na skazanie, pewny swego losu za utratę wartościowej, prototypowej bądź co bądź, maszyny. Do tego dochodziły nieporozumienia zarówno z dowódcą 8. Eskadry, jak i 54. Pułku Myśliwskiego na froncie wschodnim. W głębi duszy szczerze dziwił się, że jeszcze ani Abwehra, ani — co gorsza — SD, nie „zaprosili” go na przesłuchanie.

* * *

Energicznie nacisnął klamkę do gabinetu swojego przełożonego, pułkownika Edgara Petersena, szefa ośrodków testowych Luftwaffe. Wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i odwrócił się w stronę biurka, stukając obcasami.

— Panie pułkowniku, major Einar Koestian melduje powrót z sanatorium! — wyrecytował na jednym wdechu, spodziewając się najgorszego.

Znad biurka uniosła się głowa, uzbrojona w zaczesane do tyłu, schludne, ciemnoblond włosy szczupłego mężczyzny po czterdziestce.

— Einar, mój drogi! — Petersen podniósł się sprężyście z fotela, obchodząc energicznie biurko i kierując się w stronę pilota, odsłaniając jednocześnie w pełni swój szaroniebieski mundur Luftwaffe ze złoto-srebrnymi naramiennikami okraszonymi złotą gwiazdką generała majora. — Dobrze cię widzieć w pełni zdrowia! — dodał.

— Dziękuję, Herr… Generalmajor! — Einar wyprężył się jak struna. — Gratuluję awansu!

— Dziękuję, dziękuję — odpowiedział Petersen. — Kurt Tank przysyła pozdrowienia i podziękowania za zebrane dane. Są dla nas praktycznie bezcenne. Prawie przypłaciłeś to życiem. Doceniamy to. Dlatego oficjalnie informuję cię, że otrzymałeś Krzyż Żelazny I klasy. Gwoli ścisłości — formalnie przyznał ci go dowódca JG 54., a nieformalnie to ja podpisałem wniosek i zatwierdziłem. Proszę.

Einar uniósł brwi, słysząc nazwisko.

Tank.

To nie był byle kto.

Główny konstruktor Focke-Wulfa, ojciec Fw 190 — człowiek, którego podpis decydował o kształcie powietrznej wojny. Dla większości był legendą. Dla pilotów — kimś więcej. Jeśli Kurt Tank dziękował osobiście, to znaczyło, że poświęcenie Einara naprawdę coś znaczyło.

Poza odznaczeniem trzymał w dłoni również rozkaz jego nadania z uzasadnieniem. Na papierze, jak zawsze, widniała ta sama formuła: „w imieniu Führera”. Nawet jeśli sam Hitler nie miał pojęcia, kto to jest ten Koestian.

— Proszę, siadaj — kontynuował generał. — Skoro już wydobrzałeś, to mam dla ciebie nowe zadanie.

— Zamieniam się w słuch — odrzekł Einar.

Petersen podał mu dwie teczki: jedną brązową, z lakowanym sznurem i pieczęcią RLM. W środku — rozkaz przejęcia dowództwa nad jednostką specjalną EKdo 264. Rozkaz podpisany został przez samego Generalleutnanta Gallanda, z dopiskiem: „Dyrektywa zatwierdzona na szczeblu specjalnym”.

Druga była czarna, opatrzona pieczęcią SS. W środku znajdował się inny rozkaz:

Messerschmitt Me 264 Schwarzvogel — zostaje przekazany do testu bojowego pod dowództwem majora Einara Koestiana.

Jednostka: Erprobungskommando 264 (EKdo 264).

Prototyp nie figuruje w rejestrach Luftwaffe ani RLM.

Egzemplarz zbudowany na osobiste polecenie SS-Obergruppenführera Hansa Kammlera, w ramach Projektu Schwarzvogel.

Celem operacji jest przelot międzykontynentalny z wykorzystaniem eksperymentalnego systemu nawigacji Gerät H-14, ocena pełnego zasięgu operacyjnego oraz kompatybilności z urządzeniami nowej generacji.

Załoga ograniczona do minimum. Upoważniony do pełnej treści misji: wyłącznie major Koestian.

W przypadku naruszenia procedur obowiązuje natychmiastowa egzekucja, zatwierdzona przez dowództwo SS.

Einar spojrzał na ostatni wers.

Egzekucja.

Bez sądu.

Bez raportu.

Petersen wyjął z kieszeni cienką zapalniczkę, zapalił dokument nad stalowym kubkiem i patrzył, jak płomienie pożerają literę po literze.

— EKdo 264 to już twoja jednostka — powiedział cicho. — Masz maszynę i zadanie, teraz skompletuj załogę. Nikt poza tobą nie pozna całego obrazu sprawy.

Po krótkiej przerwie dodał:

— I nie mów nikomu, że lecisz za ocean. Masz tylko jeden rozkaz: wróć żywy. Przygotuj się na przeniesienie do bazy w Alpach Austriackich. To, co robisz, nie zostanie zapisane w żadnym raporcie Luftwaffe. Ale będzie to najważniejszy lot tej wojny — skończył z pełną powagą.

— Dziękuję za zaufanie, panie generale. Nie zawiodę. — Zakończył rozmowę Einar.

Eisnest

W połowie stycznia 1945 roku, znalazł się w końcu na terenach malowniczych Alp. Biała dolina, którą przemierzali, leżała w sercu niedostępnych gór, niczym zaklęte miejsce, wyjęte żywcem z kart nordyckich legend. Śnieżne szczyty otaczały ją pierścieniem milczenia, a lodowate powietrze niosło ze sobą gęstą, niemal namacalną ciszę. Właśnie tu, gdzie niegdyś brzęczały kilofy i turkotały wózki górnicze, skryto tajną bazę Luftwaffe o kryptonimie „Eisnest”.

Dawna kopalnia żelaza została przekształcona w górskie sanktuarium technologii. Zamaskowane hangary wtopiono w poszarpane skały tak umiejętnie, że nawet z powietrza trudno było je odróżnić od naturalnych formacji. Półkę skalną, służącą za pas startowy, utwardzono bazaltem i poszerzono do rozmiarów wystarczających, by przyjąć olbrzyma, jakim był czterosilnikowy bombowiec strategiczny Messerschmitt Me 264 o rozpiętości skrzydeł ponad czterdziestu metrów. Warunki były skrajnie trudne — lecz możliwe do opanowania przez najlepszych pilotów. Z uwagi na zacieśniający się pierścień okrążenia wokół III Rzeszy, tylko tu ta powietrzna bestia mogła wznieść się w spokoju ku misji, której nikt nawet nie śmiał nazywać po imieniu.

Wjazd do bazy prowadził przez wąską przełęcz, zamkniętą pancernymi wrotami o podwójnej warstwie stali i betonu. Po ich otwarciu konwój samochodów, na którego czele poruszał się Einar, wjechał do szerokiego tunelu pod górą. Wnętrze przypominało bardziej podziemne miasto niż wojskową instalację: boczne galerie prowadziły do kwater, laboratoriów i hal serwisowych, a przy ścianach widniały oznaczenia zakodowane cyframi i symbolami runicznymi SS.

Powietrze było wilgotne, pachniało ozonem i smarami technicznymi. W oddali buczały generatory. Czasami echo niosło metaliczny stuk łańcuchów albo zgrzyt przesuwanych skrzyń. Nad wejściem do centralnego hangaru widniał napis: „Nic nie jest niemożliwe”.

Zatrzymując pojazd, Einar zauważył kątem oka, że z drugiego auta wysiadł wysoki, ciemnowłosy SS-Obersturmbannführer, który sprężystym krokiem ruszył w jego stronę.

— Major Einar Koestian? — padło jak strzał z karabinu.

— Zgadza się. A kto pyta? — odparł Einar.

— SS-Obersturmbannführer Harry Zauer. — Skinął krótko. — Oto moje plenipotencje od SS-Gruppenführera Hansa Kammlera. — Wyciągnął rękę z plikiem dokumentów i podał je Einarowi.

— Pan dowodzi jednostką, ale misja leży w mojej gestii. Poleci pan tam, gdzie ja wskażę, kiedy ja rozkażę i z ładunkiem, który ja dostarczę! Żadnych pytań! — warknął Zauer, niemal wyrywając dokumenty z rąk Koestiana.

Duszą towarzystwa to on raczej nie jest… — pomyślał Einar.

Zauer spoglądał na niego lodowato jeszcze przez kilka sekund, po czym odwrócił się i ruszył w głąb kompleksu. Einar poszedł w ślad za nim, pragnąc jak najszybciej zobaczyć swoją nową maszynę.

* * *

Messerschmitt Me 264 Schwarzvogel został zmontowany w wydzielonej hali testowej przy zakładach Messerschmitta w Oberammergau, a następnie przetransportowany do bazy w Alpach. Teraz, gdy stał na alpejskim pasie startowym i patrzył na niego w porannym chłodzie, wydawał się… żywy. Coś w proporcjach, w wydłużonych gondolach silnikowych i ich matowym połysku mówiło mu, że nie był to już tylko zwykły bombowiec — była to maszyna zdolna do zapisania się na kartach historii.

Zmienili mu serce — pomyślał, podchodząc bliżej.

Zamiast pierwotnych silników tłokowych, samolot otrzymał eksperymentalne zespoły napędowe Jumo 219 T-Z Göttertrieb, cztery turbośmigłowe bestie z podwójnymi, przeciwbieżnymi śmigłami. Einar nie musiał zaglądać do raportów. Wystarczył jeden rzut oka na to dzieło inżynierii: dwa współosiowe czterołopatowe śmigła, kręcące się w przeciwnych kierunkach, jakby każdy silnik toczył własną wewnętrzną wojnę z momentem obrotowym.

Wiedział, że turbiny nie pracowały jak zwykłe silniki spalinowe. Najpierw śmigła, potem sprężarka — pięć stopni, ciśnienie rosło, aż powietrze robiło się gęste jak przed burzą. Potem płomień, spalanie, a za nim turbina, odbierająca energię z piekła. I znów ruch, znów moc.

Einar przesunął dłonią po gładkiej powierzchni kadłuba. Metal był zimny, jakby chłonął mrok hali. Zatrzymał się przy jednej z gondoli silnikowych, gdzie mechanicy domykali ostatnie panele inspekcyjne.

— Te nowe jednostki… ile one naprawdę wycisną? — zapytał, zerkając na technika w kombinezonie z naszywką „Göttertrieb-V”.

— Każda po dziewięć i pół tysiąca koni mechanicznych. Razem trzydzieści osiem tysięcy. — Technik poprawił skórzane rękawice. — Prędkość przelotowa blisko sześćset. Maksymalna — siedemset. Przy tej masie? To jak koń wyścigowy z ładownością pociągu towarowego.

Einar gwizdnął cicho pod nosem.

— To więcej niż Dora z dopalaniem.

— I więcej niż Messerschmitt miał w marzeniach. Te śmigła… — Technik wskazał na przeciwbieżne łopaty, które w półcieniu wyglądały jak zakrzywione ostrza — o zmiennym skoku, są dodatkowo chłodzone. Przy pełnej mocy końcówki wirują z prędkością przekraczającą barierę dźwięku. Obracają się w przeciwnych kierunkach, więc praktycznie nie masz efektu ściągania.

Druga komora bombowa, która pierwotnie mogła pomieścić kolejną partię ładunku, teraz kryła dodatkowy zbiornik na syntetyczne paliwo. Płyn był jasny jak wódka, ale jego zapach przypominał wszystko, czego należało unikać na poligonie.

— C-Stoff? — rzucił jeszcze Einar, wskazując na miejsce dawnej komory bombowej.

— Tak. 47K. Zbiornik pomocniczy w drugiej komorze. Powiększa zasięg o czterdzieści procent. Pod warunkiem, że nie będziesz trzymał wciśniętego gazu w podłogę przez całą drogę.

Einar uśmiechnął się. Dotknął kadłuba. Metal był chłodny i cichy, jakby wszystko, co mógłby powiedzieć, było ukryte pod warstwami kompozytu i stali.

To już nie jest tylko samolot. To nośnik decyzji. Latająca odpowiedź na pytania, których nikt nie odważył się zadać.

* * *

W kolejnych dniach do bazy przybyli członkowie załogi, zatwierdzeni przez szefostwo RLM zgodnie z listą Einara. Pojawili się kolejno: drugi pilot/mechanik pokładowy Rolf Träger z zakładów Junkersa; nawigator/operator systemu naprowadzania Max Höllenstein; bombardier/strzelec pokładowy Otto Wieczorek oraz strzelec ogonowy/radiooperator Emil Dornberger. Einar obserwował ich przybycie z satysfakcją — dobrani przez niego, zaufani i kompetentni. Pojawiła się również piąta osoba. Był nią technik ładunku specjalnego i fizyk pomiarowy, SS-Sturmscharführer Lukas Mehler, przydzielony z ramienia SS.

Przez dwa tygodnie trwał intensywny proces zgrywania się ludzi z maszyną. Dwa, czasem trzy loty dziennie. Sprawdzanie procedur. Symulacje. Z każdym dniem napięcie narastało. Czas misji zbliżał się nieuchronnie.

* * *

W końcu, pewnego lutowego popołudnia, gdy wszyscy szykowali się do kolejnego lotu treningowego, do sali odpraw wszedł Zauer.

— Panowie, dzisiaj nigdzie nie lecicie — powiedział krótko. — Właśnie dostarczono przesyłkę. Majorze, proszę ze mną. Höllenstein, Mehler — również.

Nie czekając na reakcję, odwrócił się i wyszedł. Chcąc nie chcąc trójka załogantów podążyła za nim.

Krętymi tunelami dotarli do hangaru, gdzie czekał na nich czarny jak noc Me 264. Za maszyną stały dwie ciężarówki. Mechanicy przenosili z nich stalowe skrzynie na pokład bombowca. Einar dostrzegł, że komora bombowa jest otwarta. Pod nią leżał ogromny, prostopadłościenny kontener oznaczony symbolami SS, przykryty niestarannie narzuconym brezentem. Wokół kręciła się uzbrojona ochrona w czarnych mundurach. Atmosfera była ciężka, jakby sam fracht emanował czymś… nienazwanym.

— Panowie — rzucił Zauer, zatrzymując się przy maszynie. — Oto ładunek.

Wskazał szpicrutą kontener.

— W środku znajduje się makieta ładunku specjalnego. Symuluje jego masę, opór i rozkład sił. Dodatkowo zamontowano w niej zestaw instrumentów pomiarowych do rejestracji danych balistycznych i elektromagnetycznych. Proszę teraz do środka.

Ruszył w stronę przedniego włazu do kokpitu. Weszli za nim, przeciskając się do stanowiska nawigatora. Technicy kończyli montaż dużej, czarnej konsoli, z której wystawały splecione wiązki przewodów.

— To jest Gerät H-14 — oznajmił Zauer, uderzając szpicrutą w panel. — Eksperymentalny system naprowadzania, oparty na triangulacji radiowej. Powstał w Peenemünde we współpracy z działem radiołączności i bazuje na badaniach nad falami długimi prowadzonych przez niejakiego Schaubergera.

Zwrócił się do nawigatora:

— Höllenstein, masz tydzień na opanowanie obsługi. Pomogą ci technicy z zespołu ładunku.

Następnie spojrzał na Mehlera:

— Ty zajmiesz się kontenerem. Musisz znać każdą śrubę, każde urządzenie pomiarowe. Tydzień, panowie. Ani dnia dłużej.

Zamilkł i spojrzał na Einara.

— Majorze, proszę za mną.

Ruszając korytarzem, Einar poczuł, jak napięcie ściska mu kark. Maszyna gotowa. Załoga skompletowana. Teraz pozna cel.

* * *

Szli dobre dziesięć minut. Tunel wił się coraz głębiej. W końcu dotarli do trzech par stalowych drzwi, gdzie w wykuszach w ścianach tunelu znajdowały się zamaskowane stanowiska ciężkich karabinów maszynowych. Po przejściu przez ostatnią barierę weszli do ogromnej, dawnej komory kopalnianej. Przestrzeń zaadaptowano na centrum planowania strategicznego.

Stal, beton, miedź — pomieszczenie było w pełni ekranowane i odporne na zakłócenia elektromagnetyczne. Pośrodku znajdował się długi stół z czarnego drewna i metalu, ozdobiony wyżłobionymi symbolami runicznymi i strefami numeracyjnymi. Na jednej ścianie widniał relief orła Luftwaffe, na drugiej godło SS. U góry wisiała kopuła z mapą półkuli północnej — wysuwaną automatycznie nad stół operacyjny. W kącie stał terminal Enigmy oraz oplombowane skrzynki, przeznaczone do szyfrowanej komunikacji. Światło filtrowane przez matowe osłony tworzyło ponury półmrok.

Zauer podszedł do mapy.

— Niech się pan zapozna z trasą, strategią paliwową i prognozą pogody — rzucił sucho. Po chwili dodał ciszej: — Tu nie tylko o zrzut chodzi, majorze. Tu chodzi o to, czy tam w ogóle dolecimy… i czy wrócimy z odpowiedzią.

Einar spojrzał na niego uważnie.

— To znaczy… Pan też leci?

Zauer uśmiechnął się zimno.

— A jak pan myśli? — powiedział. — Nie pozbędzie się mnie pan tak łatwo. Od początku mówiłem: to ja dowodzę misją. Od startu po lądowanie.

Misja

Pod koniec lutego nadszedł wreszcie długo wyczekiwany dzień. Już od trzeciej nad ranem w bazie wrzało jak w ulu. Punktualnie na piątą wyznaczono okno startowe. Zauer i Einar przyglądali się ostatnim poprawkom wprowadzanym przez mechaników przy ich maszynie.

Me 264, jeszcze niedawno spowity matową czernią prototypu, teraz prezentował się zupełnie inaczej. Przez kilka ostatnich dni zespół z warsztatu numer 4, sprowadzony specjalnie z Rechlina, pracował bez wytchnienia — dzień i noc — w świetle reflektorów UV i wojskowych lamp sodowych.

Najpierw na kadłub naniesiono ciemną, porowatą powłokę pochłaniającą promieniowanie radiowe. Gęsty, grafitowo-antracytowy lakier, który pod palcami przypominał coś pomiędzy kurzem a aksamitem. Technicy nazywali go „wilcza skóra”. Einar przyglądał się temu zabiegowi z odległości.

— To ta sama formuła, co w Alberichu. Tylko zmodyfikowana pod pasmo metrowe — powiedział jeden z techników, starszy sierżant z wyraźnym akcentem z północy. — Testowaliśmy ją na kioskach U-Bootów. Działa. Brytyjczycy nie widzą nas do ostatniej chwili, a Amerykanie… jeszcze gorzej. Ich stacje radiolokacyjne na Islandii operują głównie w paśmie S, około 3 GHz. Ten lakier pochłania większość tego sygnału. Zwłaszcza pod kątem.

Einar tylko skinął głową, nie przerywając marszczenia brwi.

— A kamuflaż? Nie zrujnuje tego? — zapytał cicho.

— Nie. Farby maskujące zostały opracowane pod kątem kompatybilności. Niska refleksyjność, zero metalu w składzie. Zresztą — dodał z lekkim uśmiechem — górne warstwy to głównie dyfrakcja światła widzialnego. Radar tego nie widzi.

Po chwili pojawiły się znajome kolory: jasnoszary RLM 76 na kadłubie, rozmyte pasy RLM 75 na górnych powierzchniach, a pod spodem chłodny błękit RLM 65.

Nawet osłona kabiny nie została pominięta. Zastąpiono ją nowym typem oszklenia: Aegis-Kristall V4, opracowanym w Rechlinie we współpracy z zakładami optycznymi Zeiss i sekcją RLM do spraw lotów wysokościowych. Od zewnątrz przypominała wypolerowany grafit — ciemną, metaliczną taflę bez odbicia. Ale od środka… Einar pamiętał, jak dwa dni temu pierwszy raz spojrzał przez to szkło. Niebo, góry, śnieg — wszystko było ostrzejsze, bardziej nasycone. Jakby patrzył przez lustro, które zamiast odbijać, wchłaniało rzeczywistość.

„Kryształ duchów” — powiedział wtedy technik. I coś w tym było.

Mechanik zakończył nanoszenie ostatnich znaków na kadłubie. Nie było już krzyży, żadnych emblematów Luftwaffe. Zamiast nich — techniczny kod: TE+EZ. Z pozoru przypadkowy, lecz w rzeczywistości wszystko w nim miało znaczenie. Jeśli przechwyciłby ich aliancki myśliwiec nad oceanem, kod ten nie zdradziłby zupełnie nic.

Z galerii zawieszonej nad hangarem odezwał się głos Zauera:

— Teraz wygląda jak coś, co nie istnieje.

Einar jeszcze przez chwilę patrzył na maszynę. Teraz nie przypominała samolotu. Raczej artefakt — jakby wykopany z przyszłości, gdzie zacierają się granice między widzialnym a niewidzialnym.

* * *

Noc była jeszcze ciemna i spokojna. Niebo nad Alpami przypominało sklepienie planetarium — rozsiane gwiazdy nie dawały światła, lecz budziły niepokój. Me 264 TE+EZ stał gotów na końcu bazaltowego tarasu, niczym czterogłowy smok uwięziony pomiędzy skałami. Zbiorniki pełne, ładunek zabezpieczony, układy hydrauliczne gotowe. Einar po raz ostatni zerknął na wskaźniki — wszystkie w normie. Sięgnął do rozruszników.

Najpierw usłyszeli ten dźwięk — niski, gardłowy pomruk, jakby w stalowym wnętrzu maszyny budziło się do życia coś większego niż tylko mechanika. Cztery turbośmigłowe silniki Jumo 219 T-Z zassały powietrze przez czołowe kanały i rozgrzały je w spiralnym ciągu sprężarek. Zaczął się charakterystyczny, wielostopniowy rozruch: wirniki turbin weszły na średnie obroty, sprężarki wciągnęły powietrze do komór spalania, a po sekundzie z dysz wyrwał się pierwszy, wyraźny impuls cieplny.

To nie był zwyczajny huk. To było mruczenie podziemnego wulkanu, zwiastującego niszczycielską moc erupcji. Dźwięk zdawał się pochodzić z wnętrza samego kadłuba — nie dudnił, lecz rezonował, jakby konstrukcja zaczęła grać własną pieśń.

Po chwili ruszyły przeciwbieżne zespoły śmigieł, wprawione w ruch przez przekładnie — jedne obracające się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, drugie przeciwnie, niwelując tym samym siły odśrodkowe. Cztery pary łopat cięły powietrze z taką prędkością, że na ich końcach zaczęły formować się strugi kondensacyjne.

Mechanicy się spisali — pomyślał Einar.

Nacisnął hamulce. Maszyna jęknęła cicho i przysiadła na przednim kole.

Spojrzał na panel kontrolny. Temperatury gazów wylotowych przekraczały 650 stopni Celsjusza, ale chłodzenie działało bez zarzutu. Kadłub drżał lekko, w równym rytmie — niemal kojąco.

— Ciąg stabilny. Komory spalania pod kontrolą — rzucił Rolf Träger przez interkom, z pozornym spokojem, pod którym czaiło się napięcie.

Einar skinął głową, choć nikt nie mógł tego zobaczyć.

— I pomyśleć, że to wszystko napędzają wiatraki — mruknął z przekąsem Zauer.

— Nie wiatraki, tylko śmigła przeciwbieżne. Mniejsze drgania, większy ciąg. Tank mówił, że to przyszłość lotnictwa strategicznego — odparł Einar.

— Tank zawsze mówi, że to przyszłość… — dodał Zauer.

Einar spojrzał na Rolfa, który siedział po jego prawej stronie. Wymienili spojrzenie.

— Gotowość startowa! — rzucił przez interkom do załogi.

W tym samym momencie pchnęli cztery manetki przepustnic do oporu i zwolnili hamulce.

Schwarzvogel drgnął. A potem ruszył — najpierw powoli, ciężko, jakby przecząc własnej masie. Potem przyspieszył. Sprężona mieszanka syntetycznego paliwa i powietrza eksplodowała rytmicznie w komorach spalania, rozgrzewając turbiny do ponad tysiąca stopni. Dźwięk silników przypominał zjawisko naturalne — nie maszynę, ale zjawisko — jakby lodowiec pękający w ciszy.

Pięćdziesiąt siedem ton niemieckiej nadziei na zwycięstwo ruszyło powoli, jakby niepewnie, a potem — z jękiem przeciążonych goleni — zaczęło przyspieszać. Blisko czterdzieści tysięcy koni mechanicznych bezlitośnie cięło powietrze śmigłami.

Bazaltowy pas startowy, mimo codziennego równania, nie był dziełem cywilnej inżynierii. Gdy maszyna nabierała prędkości, zaczęła tańczyć na nierównościach. Dziób podskakiwał, lewe skrzydło opadło lekko przy przejściu przez geologiczną szczelinę.

— Kontruj w prawo! — rzucił Rolf.

Wskaźnik prędkości przekroczył dwieście dziesięć kilometrów na godzinę. Einar pociągnął wolant. Maszyna oderwała się niechętnie — jakby musiała sobie przypomnieć, że potrafi latać. Gdy przednie koło zawisło swobodnie, Einar sięgnął do dźwigni chowania podwozia. Zatrzasnął ją w górnej pozycji — kontakt elektryczny zadziałał natychmiast.

Do kabiny dobiegł szum pompy hydraulicznej, potem przeciągły syk. Kolejno zaskoczyły blokady: najpierw goleń lewa, potem prawa, na końcu kółko przednie. Wskaźniki potwierdziły — trzy zielone lampki znikły, trzy czerwone się zapaliły.

— Podwozie schowane! — zameldował Rolf.

Kadłub zyskał pełną czystość aerodynamiczną. Drgania ustały. Pozostał tylko przybierający z każdą sekundą szum wiatru. Maszyna zaczęła nabierać wysokości.

Einar spojrzał na kompas żyroskopowy.

— Kurs 340°. Pierwszy zwrot w lewo za trzy godziny i czterdzieści pięć minut, nad Trondheim, na kurs 290°— rzucił do interkomu.

Pchnął wolant delikatnie w lewo. Me 264 wspinał się, jak ogromna strzała wypuszczona z alpejskiego łuku. Śnieżne szczyty znikały pod nimi. Przed nimi — pustka. Otwarta przestrzeń.

* * *

Maszyna pięła się w górę bez wysiłku. Cztery Jumo 219 T-Z mruczały cicho i równo, jakby nie ciągnęły przez nieboskłon kolosa o masie ponad pięćdziesięciu ton. Gdy przekroczyli pułap dziesięciu tysięcy metrów, Niemcy zostały daleko pod nimi. Świat z tej wysokości wyglądał inaczej — jak makieta. Cienie Alp skracały się, rzeki przypominały zacieki na mapie, a miasta… były tylko domysłami.

Z kabiny nie było widać żadnych oznak życia na ziemi. Ale to działało w obie strony.

Powłoka pochłaniająca fale radarowe, nałożona warstwowo przez specjalistów z Rechlina, działała dokładnie tak, jak założono. Żadnych odbić. Żadnych sygnałów. Żadnych alarmów w stacjach radiolokacyjnych Luftwaffe. Dla niemieckich radarów Schwarzvogel nie istniał. W paśmie VHF i UHF, w jakim pracował najczęściej używany system wczesnego wykrywania Freya, odbicie bombowca było mniejsze niż krążącego bociana.

Z poziomu gruntu, nawet przy czystym niebie, Me 264 wyglądał najwyżej jak ptak — srebrzysty cień na tle świtu, który znikał za pierwszym refleksem.

Obrona przeciwlotnicza nie zareagowała, bo nie miała na co. Flakartillerie nie dysponowała sprzętem zdolnym do skutecznego śledzenia celów powyżej ośmiu tysięcy metrów, a tym bardziej nie spodziewała się bombowca, który na takim pułapie zbliżałby się z głębi Rzeszy.

Mimo to, największe ryzyko niosło niebo.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.48
drukowana A5
za 79.99
drukowana A5
Kolorowa
za 112.93