Dawno, dawno temu, za pięcioma górami, trzema rzekami w wielkim lesie istniała wioska skrzatów. Ukryta była w spróchniałym konarze największego dębu, tak by nikt nie mógł jej dostrzec. Mogło to grozić wielkim niebezpieczeństwem dla jej mieszkańców. Skrzaty, które tam mieszkały były niezwykle pracowite. Dbały o swoją wioskę, każdy sprzątał i ulepszał swój domek by wyglądał najlepiej ze wszystkich. Co dzień powtarzał się od rana ten sam scenariusz.
Skrzat Tymon najstarszy ze wszystkich zamiatał swoje obejście mówiąc do siebie pod nosem — To mój dom będzie najpiękniejszy, rzecz jasna oczywiście. To było jego ulubione powiedzenie i wszyscy już je doskonale znali. Miał on długą, siwą brodę, która mu często przeszkadzała, ciągle potykał się o nią, gdyż potrafiła zaplątać mu się między nogami i nie raz przypłacił to upadkiem. Kiedyś nawet wybił sobie ząb i nie zdążył go podnieść bo wiewiórka z lasu go ubiegła myśląc, że to jakiś przysmak, który trafił do jej dziupli.
Bobek, kolejny skrzat mieszkający po sąsiedzku codziennie mył w swoim domu wszystko co się tylko dało, ściany, drzwi, okna nawet dach, robił wszystko by jego dom błyszczał najjaśniej. Ponieważ jego wzrok był dość słaby często się zdarzało, że oprócz swojego domu czyścił też inne rzeczy, które akurat wpadły mu pod rękę. Pewnego razu umył lisa, który uciął sobie drzemkę przy jego drzwiach, szorował tak zawzięcie, że z rudego futra zrobiło się białe, a lis na ten widok uciekł gdzie pieprz rośnie.
Trzecim skrzatem, o którym chcę opowiedzieć jest Duduś. On również robił porządki w swoim domu, choć jego poglądy różniły się od pozostałych. Skrzat ten kochał przyrodę i wszystkie leśne stworzenia, lubił z nimi rozmawiać i czasami nawet po kryjomu dawał im jedzenie z zapasów, które zgromadzone były w wiosce. Nawet jego ubranie było całe zielone, w odróżnieniu od innych, którzy nosili czerwone kubraczki. On jako jedyny nosił zieloną koszulę w kratkę i zielone ogrodniczki, a na głowie spiczastą zieloną czapkę, która była troszkę za duża i zdarzało się, że w najmniej oczekiwanym momencie spadała mu na oczy. Duduś nie potrafił zrozumieć rywalizacji między skrzatami tego, że każdy ze sobą konkurował. Każdy wykonywał swoją pracę sam, nikt nikomu nie pomagał w obawie żeby tylko dom rywala nie był piękniejszy. Skrzacik często próbował to zmienić i wychodził z inicjatywą by pomóc, coś podać, coś przytrzymać, ale każdy dziwnie na niego patrzył wietrząc jakiś podstęp i nikt się na to nie godził. Każdy tylko mówił — Idź do swojego domu i pilnuj swojego nosa. Więc Duduś wracał do siebie, siadał przy kominku na pięknym, drewnianym fotelu i wpatrywał się w drwa, które dawały ciepły płomień. Myślał wtedy o tym, że brakuje mu miłej rozmowy i towarzystwa. Dziwiło go, że nikt oprócz niego nie czuje tak samo. Każdy wieczór mijał mu na tego typu przemyśleniach, jednak jak do tej pory nie znalazł żadnego sensownego wyjaśnienia. Tracił już zupełnie nadzieję na to, że kiedykolwiek coś się zmieni. Jedyną radość dawały mu leśne zwierzątka, które zapraszał do swojego domku, wiewiórki, jeżyki, chrabąszcze i wszystkie inne, które tylko miały ochotę go odwiedzić.
Mieszkańcy widząc to nie mogli wierzyć własnym oczom i ciągle wytykali go palcami, szeptali — on oszalał chyba, przecież zwierzęta brudzą, nigdy nie będzie miał czystego domu. Duduś jednak nie przejmował się tym gadaniem, pozostawał sobą i nie chciał robić niczego wbrew sobie.
Pewnego dnia Rada Skrzatów wymyśliła, aby zrobić prawdziwy konkurs z nagrodami na najpiękniejszy i najczystszy domek. Wszyscy byli ogromnie poruszeni tym wydarzeniem. Nagrodą miała być złota moneta, która kiedyś została znaleziona w lesie przez grupę skrzatów i przechowywana w pięknej szklanej skrzyni na środku wioski. Każdy skrzat długo nie myśląc zabrał się do pracy. Po tygodniu miał być wyłoniony zwycięzca. Tymon pewny swojej wygranej cały czas powtarzał pod nosem — ja wygram, to rzecz jasna oczywiście, Bobek z takim przejęciem sprzątał, że nawet nie zauważył, że w kółko czyści te same miejsca, a pozostali tak się wzięli do pracy, że nawet w nocy nie kładli się spać. Każdy myślał tylko o sobie i wygraniu konkursu. Duduś jak zwykle miał zupełnie inne zdanie, zachowywał się normalnie i nie brał udziału w tym wszystkim, nie zależało mu na wygranej, co jak zwykle budziło zdziwienie innych, ale nawet nikt się nie odzywał bo szkoda było na to czasu. Pierwsze dni upłynęły bardzo szybko, każdy próbował zrobić jak najwięcej, ale potem sprawy zaszły za daleko. Skrzaty zaczęły się kłócić między sobą i robić sobie na złość. Jeden drugiemu wyrzucał śmieci przed dom, a to oblewał farbą okna, a to podeptał kwiatki w ogródku i tym zachowaniom nie było końca. Sprawy przybrały taki obrót, że zamiast sprzątaniem swojego domu każdy wyrządzał szkody drugiemu. Wywiązały się z tego ogromne kłótnie i zapanował chaos. Widać było, że rywalizacja była tak zacięta, że doprowadzała do katastrofy. Wszystkiemu z góry przyglądała się Matka Natura, która nie mogła uwierzyć w to co się dzieje. Była cierpliwa i na początku czekała na dobre zakończenie, ale gdy końca nie było widać zdenerwowała się tak bardzo, że zesłała wielki wiatr, który powalił wszystkie domki. Skrzaty nie wiedziały co się dzieje i szukały schronienia gdzie tylko się da. Wiatr hulał przez cały dzień do póki nie runął ostatni domek a potem nagle ucichł. Po tym wszystkim skrzaty wyszły ze swoich kryjówek i nie mogły uwierzyć w to co się stało. Oglądały straty i każdy próbował jakoś naprawić swój dom, ale nic z tego nie wychodziło.